Moj@ historia - Åsa Bonelli - ebook + audiobook

Moj@ historia ebook i audiobook

Åsa Bonelli

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Po wyjątkowo suto zakrapianej imprezie znana influencerka Mia budzi się w swoim łóżku z kacem stulecia i licznymi dziurami w pamięci. Jej rodzicie, siostra i najlepszy przyjaciel Lucas siedzą w kuchni z kamiennymi wyrazami twarzy i oskarżycielskimi spojrzeniami.

Tym razem najwyraźniej nie chodzi o kolejne zrzędliwe kazanie na temat jej szalonego i nieodpowiedzialnego trybu życia. To, co zrobiła poprzedniego wieczora, przelało czarę goryczy i jeśli Mia nie zgodzi się na odwyk we Włoszech, rodzina zerwie z nią kontakt na zawsze.

W drodze do Toskanii dziewczyna przyjmuje wszystko bez stresu, przekonana, że spokojnie przeżyje te kilka tygodni, a nawet sobie odpocznie. Ale kiedy dociera na miejsce do przyjaciółki matki – prowadzącej, jak się okazuje, schronisko dla psów, w którym panuje smród i hałas – brutalnie sobie uświadamia, że nie będzie łatwo i przyjemnie. 

Z czasem okazuje się jednak, że Mia wcale nie trafiła do piekła na ziemi bez łącza internetowego i że pobyt w Toskanii może być wyzwalający.

„Moj@ historia” to ciepła, humorystyczna opowieść o tym, że czasami warto się zatrzymać i przewartościować swoje życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 159

Rok wydania: 2022

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 20 min

Rok wydania: 2022

Oceny
4,0 (5 ocen)
3
0
1
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Annku90

Całkiem niezła

#czytam_se Ostatnio miałam okazję poznać nowe szwedzkie nazwisko, ale czytane książki nie zrobiły na mnie jakoś dużego wrażenia. Ot, opowiastki, o których niedługo pewnie nie będę pamiętała. Te książki to "Moj@ historia" i "Idzie nowe". Opowieści o influencerce, która spada na dno. Właściwie nie całkowicie spada, bo po ostatniej imprezie rodzina i przyjaciel stawiają ulrimatum i wysyłają Mię do Toskani. Z dala od nich, z dala od poprzedniego życia i z dala od telefonu i innych aplikacji. Włochy stają się jej azylem. Schronisko dla psów nie jest takie złe, a i osoby je prowadzące chociaż wymagające to również pomocne... Dalsze losy dziewczyny poznajemy w kolejnej części. Tam pojawia sie też Sandro i tajemnicza dziewczyna ze Szwecji. Z kim Mia nawiąże nić porozumienia i czy w ogóle? O tym możecie przeczytać właśnie w książkach Asy Bonelli. Plusem jest to, że czytało sie szybko. Idealne na przerwę między kryminałami.
00
Monella13

Nie oderwiesz się od lektury

Najbardziej boli, gdy dobre książki są wydawane przez wydawnictwo, które nie zawracaj sobie głowy marketingiem. Zero ocen i komentarzy mimo, że książka jest naprawdę dobra. Ech... Polecam pozycję, bo dobra. Ja wskakuje do drugiej części 👍
00



Ty­tuł ory­gi­nału: My som i @my­_story

Prze­kład z ję­zyka szwedz­kiego: Marta Sta­siak-Górna

Co­py­ri­ght © Åsa Bo­nelli, 2022

This edi­tion: © Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2022

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Mo­nika Drob­nik-Sło­ciń­ska

Re­dak­cja: Alek­san­dra Pie­trzyń­ska

Ko­rekta: Jo­anna Kłos

ISBN 978-91-8034-916-1

Kon­wer­sja i pro­duk­cja e-bo­oka: www.mo­ni­ka­imar­cin.com

Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń jest przy­pad­kowe.

Word Au­dio Pu­bli­shing In­ter­na­tio­nal/Gyl­den­dal A/S

Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.wor­dau­dio.se

Roz­dział 1

Mia czuła, jak jej wnętrz­no­ści wy­wra­cają się na lewą stronę, a kwas żo­łąd­kowy wy­pala prze­łyk. Była prze­ko­nana, że już ni­gdy nie bę­dzie w sta­nie przyj­mo­wać po­kar­mów sta­łych.

Ła­zienka jakby krę­ciła się wo­kół wła­snej osi i Mia, mimo że klę­czała z głową w muszli, stra­ciła rów­no­wagę i prze­wró­ciła się na bok, ude­rza­jąc ra­mie­niem o pod­łogę po­krytą ele­ganc­kimi płyt­kami.

Kiedy z wy­sił­kiem pró­bo­wała się po­de­przeć i usiąść, jej dłoń wy­lą­do­wała w czymś lep­kim. Kwa­śny za­pach wy­krzy­wił jej noz­drza. Po­cią­gnęła za je­den z wi­szą­cych na ha­czyku kre­do­wo­bia­łych ręcz­ni­ków i pa­trzyła, jak tka­nina wchła­nia za­wie­sinę. Od­rzu­ciła go na bok, gdy ko­lejna fala kon­wul­sji wstrzą­snęła ca­łym cia­łem. Coś nie­okre­ślo­nego za­wie­ru­szyło się w pa­śmie wło­sów opa­da­ją­cym na czoło po tym, jak za­war­tość żo­łądka chlu­snęła do muszli.

Mi­mo­wol­nie pły­nące z oczu łzy mie­szały się z tu­szem do rzęs, po­kry­wa­jąc po­liczki czar­nymi li­niami. Mia po­now­nie wcią­gnęła ślinę, którą przed chwilą wy­pluła.

Nie było wia­domo, ile al­ko­holu wlała so­bie do gar­dła tego wie­czoru. Tyle dar­mo­wych drin­ków, nie bar­dzo dało się od­mó­wić. Jak przez mgłę przy­po­mi­nała so­bie wy­bu­chy kor­ków z nie­zli­czo­nych bu­te­lek moët & chan­don oraz drinki z so­kiem. W za­sa­dzie wódka rów­nie do­brze sma­ko­wała czy­sta. Z lo­dem…

Ko­lejny skurcz i ko­lejny paw. Ileż tam tego jest, w tym żo­łądku?

– Kurwa mać! – Głos Mii od­bi­jał się od ścian. Ża­ło­sny głos ko­goś, kto jest fej­kiem, kto nie jest wart tego, co ma wo­kół. Nie­na­wi­dziła wszyst­kiego. Nie­na­wi­dziła wszyst­kich. A naj­bar­dziej sie­bie.

Bą­bel­ku­jący kwas żo­łąd­kowy do­ga­niał na­ra­sta­jącą złość. Mia ze­rwała por­ce­la­nowy uchwyt na szczotkę do muszli i usły­szała, jak ten roz­bija się na ka­wa­łeczki po kon­tak­cie ze ścianą.

Niech to szlag, brzy­dziła się sie­bie!

Zmę­cze­nie przy­bie­rało na sile. Nie mo­głoby po pro­stu być już ju­tro? Wtedy wszystko by­łoby jak zwy­kle. Piękne, wy­po­le­ro­wane i ład­nie za­pa­ko­wane.

Wy­cień­czone ciało osu­nęło się na pod­łogę, która – po­nie­waż dzia­łało ogrze­wa­nie – oka­zała się przy­jem­nie cie­pła. Włosy kle­iły się do po­liczka, a cierpki za­pach prze­szy­wał noz­drza. Skrzy­wiła się. A więc we­wnątrz jest tak samo obrzy­dliwa, jak i na ze­wnątrz. Wes­tchnęła, za­mknęła oczy i po­ło­żyła się na ple­cach. Jak miło wresz­cie wśli­zgnąć się w ciem­ność. Nie my­śleć. Nie czuć. Przyj­mo­wała to z otwar­tymi ra­mio­nami. Wszystko inne mo­gło spier­da­lać, bo to ona miała wła­dzę. Wła­dzę, żeby de­cy­do­wać, któ­rzy wa­ze­li­nia­rze się li­czyli – hot or not. Tak, oto ona.

Qu­een of fuc­king eve­ry­thing.

– Co ty, do cho­lery, wy­pra­wiasz? – Głos Lu­kasa prze­ciął po­wie­trze jak brzy­twa. Prze­rwał bieg my­śli i spra­wił, że Mia mi­mo­wol­nie się sku­liła.

Co on tu ro­bił? Za­mru­gała, kie­ru­jąc spoj­rze­nie w stronę drzwi, ale pod­dała się, nie mo­gąc się sku­pić.

Pro­szę, chciała po­wie­dzieć. Dziś wie­czo­rem nie dam rady. Mu­sisz trzy­mać moją stronę. Za­wsze.

Ciem­ność ją roz­luź­niała, więc po­zwo­liła jej sie­bie po­chło­nąć.

Roz­dział 2

Oczy skle­jone, po­dob­nie jak usta. Mia po­trze­bo­wała wody. Nie przy­po­mi­nała so­bie, żeby kie­dy­kol­wiek była tak spra­gniona. Stę­ka­jąc, prze­to­czyła się na bok i prze­rzu­ciła jedną nogę przez kant łóżka. Pró­bo­wała usiąść, ale zmie­niła zda­nie, jak tylko kac dał o so­bie znać w żo­łądku i za­czął na­ci­skać na tylną ścianę gar­dła. Z ję­kiem po­ło­żyła się z po­wro­tem. Chyba jesz­cze nie wy­trzeź­wiała.

Już ni­gdy nie na­pije się wódki. Od tej pory za­mie­rzała ogra­ni­czyć się tylko do wina i piwa. I oczy­wi­ście bą­bel­ków. Ale al­ko­hol był ostat­nią rze­czą, na jaką miała obec­nie ochotę. Choć może wła­śnie jego te­raz po­trze­bo­wała? Klina, który zni­we­lo­wałby ob­jawy kaca. Sku­liła się do po­zy­cji em­brio­nal­nej i ob­jęła rę­kami nogi. Nie, na­wet je­śli ży­cie by od tego za­le­żało, nie na­pi­łaby się ani kro­pelki. Tę­sk­nota za wodą była co­raz sil­niej­sza, przy­po­mniał też o so­bie ści­śnięty pę­cherz. Mu­siała do to­a­lety. Za chwilę. Tylko naj­pierw ka­ru­zela pod czaszką musi prze­stać wi­ro­wać.

Co się wła­ści­wie wczo­raj wy­da­rzyło? Pa­mię­tała wszystko od ósmej, czyli od mo­mentu przyj­ścia na tę wy­stawną im­prezę zna­nego pro­du­centa wódki, a po­tem po­rządną za­bawę przez ko­lejne trzy go­dziny. To, co stało się póź­niej, było jedną wielką czarną dziurą. A, no tak, ko­ja­rzy ja­kiś in­cy­dent ze zła­ma­nym ob­ca­sem, który mógł na­le­żeć do niej, ale rów­nie do­brze do ko­goś in­nego. Wła­ści­wie nie­ważne. Je­śli się ma gar­de­robę pełną bu­tów upchnię­tych w rzę­dach jedne za dru­gimi, jedna znisz­czona para jest ostat­nim zmar­twie­niem.

Pro­mie­nie słońca prze­ni­kały przez de­li­katną, białą za­słonę z lnu. Od­bi­jały za­pra­sza­jące do tańca dro­binki ku­rzu. Wy­da­wało się, że za­po­wiada to ko­lejny piękny letni dzień. Może spró­bo­wa­łaby się ze­brać do parku Rålamb­shov i po pro­stu za­le­gnąć na kocu w słońcu?

Jaki był dziś dzień? So­bota? Nie, prze­cież po­nie­dzia­łek. A zresztą, so­bota czy po­nie­dzia­łek. Nie ma zna­cze­nia. Kiedy nie jest się zwią­za­nym ani miej­scem, ani go­dzi­nami pracy, tak jak ona, to dni ty­go­dnia prze­la­tują, roz­pły­wa­jąc się we mgle.

Po omacku od­szu­kała ko­mórkę na sto­liku noc­nym i na­ci­snęła ikonkę In­sta­grama. Wpi­sała hasz­tag vod­ka­par­ty­sthlm i za­częła skro­lo­wać nie­zli­czone zdję­cia z wczo­raj­szej im­prezy.

Była tam. Mia w roc­ko­wej po­zie z ję­zy­kiem wy­wa­lo­nym na brodę i dło­nią z wy­pro­sto­wa­nymi pal­cami, wska­zu­ją­cym i ma­łym. Spo­cone włosy w ko­lo­rze mie­dzi, pół­otwarte oczy, szkli­ste spoj­rze­nie. Mia czoło w czoło, cia­sno sple­ciona z nie­zna­nym chło­pa­kiem. Mia z za­mknię­tymi oczami, kie­lisz­kiem w jed­nej dłoni, ca­łu­jąca w po­li­czek… Ana­sta­się? Jak do tego do­szło? Prze­cież na­wet jej nie lu­biła.

Dłu­żej nie dało się igno­ro­wać sy­gna­łów, mu­siała pójść do to­a­lety, żeby nie eks­plo­do­wać. Tym ra­zem pod­czas sia­da­nia była znacz­nie ostroż­niej­sza. Po­mału wstała i na chwilę znie­ru­cho­miała, za­nim upew­niła się, że może się po­ru­szać, nie tra­cąc rów­no­wagi.

Dla­czego drzwi sy­pialni były za­mknięte? Prze­cież za­wsze spała przy otwar­tych. Pchnęła je lekko i przy­sta­nęła. Z kuchni do­bie­gały cztery zna­jome głosy. Na­prawdę się nie prze­sły­szała?

W po­wie­trzu uno­sił się za­pach świeżo za­pa­rzo­nej kawy, a dźwięk brzę­ka­ją­cej por­ce­lany i sztuć­ców od­bi­jał się echem po ca­łym miesz­ka­niu.

Prze­mknęła przez po­kój dzienny, ostroż­nie omi­ja­jąc skrzy­piące klepki. Nie, nie my­liła się. Oni na­prawdę tu byli. Wszy­scy. W jej kuchni.

Zro­biła duży krok i sta­nęła w progu kuchni. Od­gar­nęła za ucho zwi­sa­jący ko­smyk wło­sów i po­ło­żyła rękę na bio­drze.

– Co wy tu ro­bi­cie?

Mama, tata, sio­stra Mii – Molly – i Lu­cas za­mil­kli.

Lu­cas od­su­nął jedno z krze­seł.

– Usiądź. Po­roz­ma­wiamy po śnia­da­niu.

Roz­dział 3

Mia przy­glą­dała się twa­rzom wo­kół stołu. Ocze­ki­wała, że ktoś z ze­bra­nych w końcu nie wy­trzyma i wy­buch­nie śmie­chem: „Gdy­byś tylko wi­działa swoją minę! Chcemy po pro­stu zjeść z tobą śnia­da­nie, a ty wy­glą­dasz, jak­by­śmy pla­no­wali oskar­żyć cię o mor­der­stwo”.

Ale zmarszczka za­tro­ska­nia mię­dzy brwiami mamy, za­ci­śnięte usta taty i spusz­czony wzrok Molly wska­zy­wały na coś in­nego. Je­dy­nym, który nie uni­kał spoj­rze­nia, a wręcz pro­wo­ko­wał Mię, by za­prze­czyła, był Lu­cas. W cza­sie ich trzy­na­sto­let­niej przy­jaźni ni­gdy nie pa­trzył na nią z taką po­wagą. Mia wy­czu­wała na­wet brak sym­pa­tii.

– Co ta­kiego się stało? – Po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu sio­stry, a na­stęp­nie obe­szła stół i usia­dła. Za­re­je­stro­wała lek­kie wzdry­gnię­cie, jak wtedy, kiedy ktoś in­stynk­tow­nie chce się wy­co­fać, a jed­nak nie chce zra­nić. – Ktoś umarł czy coś? – Za­sty­gła w krzy­wym uśmie­chu, gdy oka­zało się, że Molly unika ko­lej­nych prób na­wią­za­nia kon­taktu i za­miast tego opiera brodę na dłoni, od­wra­ca­jąc głowę do okna. – Mamo? – W żo­łądku Mii za­częła się two­rzyć twarda gula. – Tato?

Lis­beth po­dała jej ko­szyk z pie­czy­wem.

– Zjedz naj­pierw ka­na­pkę, póź­niej po­roz­ma­wiamy.

– Wy­głu­pia­cie się czy co? – Mia ode­pchnęła wy­cią­gniętą w ser­decz­nym ge­ście dłoń mamy, która naj­wy­raź­niej uwa­żała, że to sprawa ży­cia i śmierci, żeby żo­łą­dek córki nie po­zo­sta­wał pu­sty.

– Do­my­śla­cie się pew­nie, że nic nie prze­łknę, kiedy ma­cie ta­kie miny?

– To chyba nie jest główny po­wód, dla któ­rego nie mo­żesz jeść?

Znowu to samo. Mia ni­gdy wcze­śniej nie od­no­to­wała ta­kiej po­wagi u Lu­casa.

– Co, do cho­lery, masz na my­śli?

– Do­kład­nie to, co po­wie­dzia­łem. Ile tak na­prawdę wczo­raj wy­pi­łaś?

– Bo co?

– Po pro­stu od­po­wiedz.

– Prze­cież po­ję­cia nie mam, do ja­snej cho­lery! – Mia przy­su­nęła ser­we­tkę i wy­tarła kro­plę mleka, która wy­lą­do­wała poza fi­li­żanką.

Lu­cas od­chy­lił się i splótł ręce na piersi. Mia wle­piła wzrok w ro­dzi­ców. Dla­czego nic nie mó­wili?

Naj­lep­szy przy­ja­ciel kon­ty­nu­ował:

– Ale mniej wię­cej chyba wiesz? Dwa kie­liszki wina czy dzie­sięć? Kilka piw? A może kilka szo­tów? – Wcią­gnął po­wie­trze no­sem. – Prze­cież wciąż cuch­nie od cie­bie wódką.

Mia roz­ło­żyła ręce.

– Dajże spo­kój! Co to ma być? Ja­kaś pie­przona na­paść czy co?

W końcu udało jej się ścią­gnąć uwagę Molly. Młod­sza sio­stra od­wró­ciła głowę, a wi­dok jej mro­żą­cego błę­kit­nego spoj­rze­nia spo­tę­go­wał gulę w żo­łądku Mii tak, że uro­sła i stała się cięż­sza. W oczach Molly za­bły­sły łzy, które po chwili wy­lały się, zo­sta­wia­jąc mo­kre ślady na gład­kich po­licz­kach, aż wresz­cie skap­nęły na stół. Tata po­woli i de­li­kat­nie po­gła­skał swoją młod­szą córkę po ple­cach.

Mia nie spusz­czała z niej wzroku.

– Molly, czemu pła­czesz? – Pod sto­łem za­ci­skała dło­nie, a w środku prze­kli­nała, bo jej głos na­gle stra­cił pew­ność sie­bie.

Ale nie mo­gła znieść wi­doku swo­jej dwa lata młod­szej sio­stry, która się smuci. Wła­śnie dla­tego, kiedy do­ra­stały, Mia da­wała jej wszystko, czego Molly chciała. Na szczę­ście sio­stra nie stała się przez to nie­zno­śną smar­kulą. Za­miast tego za­wsze się od­wdzię­czała, pra­wie ni­gdy nie od­ma­wiała po­mocy, a jej bli­scy za­wsze mo­gli na nią li­czyć. Brak sym­pa­tii wo­bec Molly byłby nie­zgodny z na­turą.

Obej­mu­jąc dłońmi fi­li­żankę kawy, Mia gwał­tow­nie od­su­nęła krze­sło i wstała.

– Wie­cie co? Wy­no­ście się. Od kiedy was in­te­re­suje, ile wy­pi­jam na im­pre­zach?

Lu­cas wy­jął ko­mórkę z kie­szeni spodni, prze­cią­gnął pal­cem po ekra­nie i na­ci­snął. Po­wol­nym ru­chem po­ło­żył ją na stole, żeby wszy­scy mo­gli zo­ba­czyć.

– Od wtedy.

Roz­dział 4

Ese­mes od Ana­sta­sii.

– Czemu masz nu­mer Ana­sta­sii?

Mia nie ro­zu­miała. Ta przy­głu­pia la­ska, któ­rej już od dawna ob­ra­biają ty­łek.

– Na­prawdę? Wy­syła mi coś, a je­dyne, co cię in­te­re­suje, to fakt, że mam jej nu­mer. –Lu­cas mocno stuk­nął pal­cem wska­zu­ją­cym w ekran. – Patrz na zdję­cie, do cho­lery!

Nie mo­gła jed­nak tego zro­bić. Bo wzbu­dzało w niej to, co z całą mocą od tak dawna pró­bo­wała zdu­sić. Ale spoj­rze­nie za­re­je­stro­wało mo­tyw, za­nim zdą­żyła od­wró­cić wzrok.

Mia sie­dząca na chod­niku z bu­tem bez ob­casa. Zwi­sa­jąca głowa i włosy ni­czym lepka za­słona na twa­rzy. Roz­ło­żone nogi za­pra­sza­jące wszyst­kich do zo­ba­cze­nia, że pod su­kienką po­krytą wy­mio­ci­nami nie ma maj­tek. Opróż­niona do po­łowy bu­telka wódki w jed­nej dłoni, te­le­fon w dru­giej. Ko­per­tówka rzu­cona za­raz obok. Próżno szu­kać tej roc­ko­wej, od­jaz­do­wej dziew­czyny, z którą każdy chciał spę­dzać czas. Pa­nika na­ra­stała. Ile osób zdą­żyło to zo­ba­czyć przez ostat­nie pół doby?

Lu­cas, jakby czy­ta­jąc jej w my­ślach, ki­wał głową:

– I nie, Ana­sta­sia przy­się­gała, że ni­komu tego nie prze­słała. Zro­biła zdję­cie, żeby po­ka­zać mi, jak z tobą źle. To ona za­pa­ko­wała cię do tak­sówki, że­byś bez­piecz­nie do­tarła do domu.

Tata prze­rwał mil­cze­nie chrząk­nię­ciem.

– Zde­cy­do­wa­li­śmy wspól­nie o tym, co te­raz na­stąpi. Mamy na my­śli te­raz.

– Aha, wy zde­cy­do­wa­li­ście? – Sar­kazm Mii za­wisł w po­wie­trzu ni­czym tru­jący gaz.

– Tak – po­wie­działa Molly, wsta­jąc. Po­de­szła do swo­jej star­szej sio­stry, ob­jęła ją i mocno przy­tu­liła.

Mia czuła jej cie­pły od­dech na szyi.

– Pro­szę cię, pro­szę – szep­nęła Molly. – Mu­sisz to zro­bić, w prze­ciw­nym ra­zie się roz­pad­niesz. Ja się roz­padnę. Ko­chamy cię, ale je­śli tego nie zro­bisz, nie chcemy cię w na­szym ży­ciu. Zo­sta­niesz sama.

Mia uwol­niła się z uści­sku Molly. Pró­bo­wała zro­zu­mieć słowa, które przed chwilą usły­szała. Jak to: sama? W sen­sie: od­rzu­cona, od­trą­cona? Co to za chore tech­niki na­ci­sku? Żeby tak gro­zić wła­snemu dziecku po to, by zro­biło to, co się mu każe?

Molly znowu chwy­ciła Mię za ra­miona, jakby cze­goś od niej żą­dała. Nie spo­sób było umknąć przed tym ge­stem.

– Ro­zu­miesz, Mia? To na po­waż­nie, bo nie da­jemy już rady. Mu­sisz po­je­chać.

Mia stała zu­peł­nie bez ru­chu ze spusz­czoną głową. Pie­kło ją pod po­wie­kami, pa­liło w gar­dle. Jak mo­gli? Czego chcieli? Zmu­sić ją, ale do czego?

– Po­je­chać gdzie? – Py­ta­nie Mii po­zo­stało bez od­po­wie­dzi, za­wie­szone w po­wie­trzu.

My­śli prze­la­ty­wały jej przez głowę ni­czym strzały wy­strze­lone z łuku. Czy chcieli ją zmu­sić do od­wyku, na któ­rym mia­łaby roz­trzą­sać zmy­ślone emo­cje w gru­pie nie­udacz­ni­ków? Nie miała naj­mniej­szego za­miaru się na to go­dzić. Omia­tała ich spoj­rze­niem. Tylko czy po­zo­stał jej ja­kiś wy­bór? Zda­niem osób znaj­du­ją­cych się w po­miesz­cze­niu – nie.

– Więc nie mam nic do ga­da­nia? Albo to zro­bię – co­kol­wiek to jest – albo ze­rwie­cie ze mną kon­takt i nie bę­dzie­cie mnie chcieli znać? Czy tak?

– Wła­śnie tak – po­twier­dził tata.

Mama za­ci­snęła usta, splo­tła ra­miona na piersi, gła­dząc kilka razy ra­mię. Jakby po­cie­szała samą sie­bie. Na­stęp­nie otwo­rzyła to­rebkę, zła­pała za róg zło­żo­nej kartki pa­pieru, po­ło­żyła ją na stole, prze­łknęła ślinę i za­częła:

– To twój bi­let lot­ni­czy do Włoch. Na dzi­siaj. Chcemy, że­byś zna­la­zła się na po­kła­dzie sa­mo­lotu.

Krew się w niej za­go­to­wała, skro­nie za­częły pul­so­wać. Mia wsta­wiła fi­li­żankę z kawą do zlewu z ta­kim im­pe­tem, że za­war­tość opry­skała płytki, po­zo­sta­wia­jąc za­cieki w ko­lo­rze latte. Z tru­dem poj­mo­wała, że to się na­prawdę dzieje. Ro­dzi­com i Molly zda­rzało się już przy in­nych oka­zjach po­dej­mo­wać te­mat tego, jak pro­wa­dzi się star­sza córka, ale do tej pory Mia uci­nała to po­iry­to­wana albo miała to gdzieś. W stylu „zaj­mij­cie się sobą, a mnie zo­staw­cie”. Te­raz jed­nak jej wła­sny oj­ciec sie­dział w kuchni i sta­wiał jej bez za­wa­ha­nia ta­kie ul­ti­ma­tum? Czy on w ogóle ro­zu­miał zna­cze­nie tego, co po­wie­dział? Że to w za­sa­dzie może być ostatni raz, kiedy wi­dzi swoją córkę.

– Kurwa, jak mo­że­cie ro­bić coś ta­kiego?! – krzy­czała, prze­sad­nie ge­sty­ku­lu­jąc, co pod­kre­ślało bu­zu­jące w niej emo­cje. – Zmu­szać mnie do wy­jazdu? Mam zo­sta­wić wszystko, bo wy­my­śli­li­ście so­bie, że nie umiem o sie­bie za­dbać?!

Wy­ostrzony i pod­nie­siony głos prze­szy­wał wszyst­kich obec­nych w kuchni, pod­czas gdy Mia zmu­szała się, żeby spoj­rzeć im w oczy. Dła­wiąca ci­sza. I sta­now­czość – wi­działa ją. Nie za­mie­rzali dać za wy­graną. Po­zo­sta­wali nie­wzru­szeni, gdy po­dej­mo­wała ko­lejne próby wy­war­cia pre­sji, żeby raz jesz­cze prze­my­śleli to, co jej wła­śnie oznaj­mili. Nie tym ra­zem.

Byli nie­ugięci, mo­gła się pod­dać.

Roz­dział 5

Ostry za­kręt w lewo spo­wo­do­wał ła­sko­ta­nie w żo­łądku Mii, nim sa­mo­lot się na­pro­sto­wał i ła­god­nie po­szy­bo­wał nad pa­gór­ko­wa­tym to­skań­skim kra­jo­bra­zem.

Więc to tu­taj miała spę­dzić naj­bliż­sze trzy mie­siące? Wzru­szyła ra­mio­nami. Ist­nieją oczy­wi­ście gor­sze miej­sca na ze­sła­nie. Zro­biła sel­fie z pal­cem wska­zu­ją­cym okno, przy­bie­ra­jąc moż­li­wie naj­bar­dziej za­do­wo­loną i pełną na­dziei minę, a póź­niej prędko wy­piła resztkę czer­wo­nego wina, które ra­to­wało nudny po­si­łek ser­wo­wany w sa­mo­lo­cie. Czuła do­brze znane ła­sko­ta­nie, kiedy al­ko­hol roz­cho­dził się w ży­łach. Le­piej te­raz się po­ra­czyć, bo kto wie, kiedy znowu bę­dzie oka­zja, żeby po­de­lek­to­wać się kie­lisz­kiem czer­wo­nego wina. Mimo wszystko za­po­wia­dała się po­dróż ze ści­słymi re­stryk­cjami.

Edy­to­wała zdję­cie, na­ło­żyła na nie filtr z bla­skiem słońca miękko sma­ga­ją­cym twarz, a po­tem, z wdzięcz­no­ścią my­śląc o li­niach Nor­we­gian i ich nieco po­wol­nej, ale wciąż bez­prze­wo­do­wej sieci, wrzu­ciła zdję­cie na In­sta­gram.

VA­CAY!

Po tek­ście na­stę­po­wały emo­ti­kony z oku­la­rami prze­ciw­sło­necz­nymi, błysz­czą­cymi sło­necz­kami i nie­bie­skimi fa­lami, Mia nie wsta­wiła jed­nak hasz­tagu, który ujaw­niałby miej­sce jej po­bytu. Do­stała już na­uczkę i te­raz wie­działa, że wśród ty­sięcy fol­lo­wer­sów mógł znaj­do­wać się ja­kiś wa­riat z Włoch zdolny stwier­dzić, że zna Mię, i nie ro­zu­mieć, gdzie prze­biega gra­nica mię­dzy ży­ciem pry­wat­nym a pu­blicz­nym. Pa­mię­tała, jak raz, wła­śnie wrzu­ca­jąc sel­fie, ozna­czyła jedną z ka­wiarni w Sztok­hol­mie, a wtedy ja­kaś za­krę­cona pięt­na­sto­latka opacz­nie zin­ter­pre­to­wała tekst Mii #al­l­by­my­self i my­śląc, że ta czuje się sa­motna, nie­pro­szona do­sia­dła się do sto­lika. Stwier­dziła, że są naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami i jak tylko skoń­czyły pić kawę, chciała pójść z Mią do jej domu. Bo prze­cież miesz­kała w po­bliżu, prawda? Tego dziew­czy­nie udało się oczy­wi­ście do­wie­dzieć.

Tamto zda­rze­nie było bar­dzo nie­przy­jemne. Wów­czas Mia po raz pierw­szy do­świad­czyła ciem­nej strony by­cia osobą pu­bliczną. Skoń­czyło się tak, że wy­ma­wia­jąc się pilną wi­zytą w to­a­le­cie, Mia szybko się stam­tąd wy­mknęła. Lęk, że dziew­czyna ob­sma­ruje ją w sieci, to­wa­rzy­szył jej przez parę ty­go­dni, ale nic ta­kiego się nie stało. Po tym zda­rze­niu Mia była jed­nak dużo ostroż­niej­sza. Ni­gdy nie ozna­czała od­wie­dza­nych miejsc, je­żeli była sama, i uwa­żała, żeby nie być zbyt bez­po­śred­nia w od­po­wia­da­niu fa­nom. Cho­dziło o to, by zmi­ni­ma­li­zo­wać ry­zyko nie­po­ro­zu­mie­nia.

Ste­war­desa po­in­stru­owała pa­sa­że­rów, że czas zło­żyć sto­liki, usta­wić fo­tele do po­zy­cji pio­no­wej i za­piąć pasy bez­pie­czeń­stwa. Mia nie miała po­ję­cia, co czeka ją po wy­lą­do­wa­niu. Mama Lis­beth po­in­for­mo­wała ją tylko, że bę­dzie miesz­kać u jej ko­le­żanki z dzie­ciń­stwa, która na­zywa się Gia­nara, ale wszy­scy mó­wią do niej Gia. W ży­ciu Gii naj­wy­raź­niej wy­da­rzyło się coś, w co za­mie­szany był ja­kiś fa­cet, który spra­wił, że nie wy­szło jej w Szwe­cji, więc dwa­dzie­ścia lat temu spa­ko­wała cały do­by­tek i wró­ciła do oj­czy­zny swo­jej matki. To wszystko, co Mia o niej wie­działa.

Koła sa­mo­lotu do­tknęły ziemi, sa­mo­lot za­ha­mo­wał, a Mia jak zwy­kle dzi­wiła się, że pa­sa­że­rom tak się spie­szy, żeby wstać i usta­wić się w ko­ry­ta­rzu w ko­lejce do wyj­ścia. Jakby do zdo­by­cia była ja­kaś na­groda.

Za­miast się stre­so­wać, sie­działa spo­koj­nie. Wy­ło­wiła z to­rebki te­le­fon, roz­łą­czyła się z po­kła­do­wym wi-fi i ak­ty­wo­wała funk­cję szyb­szego ro­amingu. Nie­sa­mo­wi­cie ucie­szyło ją, że ope­ra­to­rzy te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej wresz­cie zro­zu­mieli, jak istotne jest, żeby abo­nenci mieli do­stęp do sieci i nie zo­stali za to obar­czeni do­dat­ko­wymi wy­so­kimi opła­tami. Za­do­wo­lona po­ki­wała głową, wi­dząc na In­sta­gra­mie dwa ty­siące laj­ków, i to w go­dzinę od wrzu­ce­nia ostat­niego zdję­cia. Na do­da­tek praw­dzi­wych. A nie ja­kichś pie­przo­nych fej­ków, które Ana­sta­sia za­ła­twiała so­bie przez tak zwane boty. Fał­szywe, ku­pione ser­duszka ro­bo­tów. Ża­ło­sne.

Gdy tylko Mia usta­wiła się przy ta­śmie, ka­ru­zela z ba­ga­żami na­tych­miast za­częła wy­plu­wać torbę za torbą. Mia pró­bo­wała nie my­śleć o tym, jak wy­gląda, usi­łu­jąc ścią­gnąć z ta­śmy dwu­dzie­sto­pię­cio­ki­lo­gra­mową torbę. Ale po­nie­waż wy­bór ubrań na trzy mie­siące oka­zał się nie­moż­li­wym za­da­niem, każdy ki­lo­gram wy­da­wał się te­raz po­trzebny.

Ko­biecy głos wy­krzy­czał z we­rwą krótką wia­do­mość po wło­sku. Piękny ję­zyk, ocie­kał pa­sją i uczu­ciami i ni­gdy nie brzmiał obo­jęt­nie. Wło­chy były kra­jem, w któ­rym się żyło. Na sto pro­cent.

Mia mocno chwy­ciła rączkę ba­gażu i ru­szyła do wyj­ścia, po­dzi­wia­jąc w dro­dze ubra­nia ko­biet. Nie dość, że na świe­cie nie ist­niało miej­sce, w któ­rym można było zjeść i wy­pić le­piej, to jesz­cze lu­dzie tu do­brze się ubie­rali. Jak okiem się­gnąć, ani jed­nej pary spra­nych spodni dre­so­wych czy croc­sów.

Drzwi się roz­su­nęły i Mia ro­zej­rzała się po hali przy­lo­tów, omia­ta­jąc wzro­kiem cze­ka­ją­cych, któ­rzy trzy­mali ta­bliczki. O, tam. Dziew­czyna, mniej wię­cej w wieku Mii – w gra­na­to­wych spodniach ro­bo­czych, cięż­kich tra­pe­rach i ko­szuli z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami – trzy­mała kartkę z na­pi­sa­nym od­ręcz­nie imie­niem Mia. To prze­cież nie mo­gła być Gia. Chyba że miała bar­dzo do­bre geny i czas ła­god­nie ją po­trak­to­wał.

Mia uśmiech­nęła się i wy­cią­gnęła rękę:

– Cześć. Gia?

Dziew­czyna zi­gno­ro­wała rękę i za­miast tego zlu­stro­wała Mię z góry do dołu. Po­gar­dli­wie prych­nęła i po­trzą­snęła głową:

– Nie. Czemu tak po­my­śla­łaś?

Wzięła ba­gaż, od­wró­ciła się na pię­cie i ru­szyła przo­dem w stronę drzwi ob­ro­to­wych i słońca.

Roz­dział 6

Mię­dzy Mią i tą osobą, która nie wy­si­liła się na­wet, żeby się przed­sta­wić, nie pa­dło ani jedno słowo wię­cej. Żad­nego small talku w sa­mo­cho­dzie, żad­nych opo­wie­ści o kra­jo­bra­zie, który prze­my­kał za oknem, żad­nego za­in­te­re­so­wa­nia Mią, która ko­rzy­sta­jąc z ci­szy, z tyl­nego sie­dze­nia ob­ser­wo­wała dziew­czynę. Kim była? Bio­rąc pod uwagę – nieco jed­nak nie­pewny – szwedzki i bar­dzo ja­sne włosy upięte w nie­dbały kok, wy­da­wało się, że nie na­leży do lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Dło­nie, które pew­nie pro­wa­dziły sa­mo­chód po wi­ją­cych się dro­gach, spra­wiały wra­że­nie szorst­kich i przy­zwy­cza­jo­nych do cięż­kiej pracy. Spodnie po­kryte były pla­mami za­schnię­tej gliny i czymś, co su­ge­ro­wało za­dra­pa­nia. Upstrzona ma­lut­kimi dziur­kami wo­kół koł­nie­rzyka ko­szula czasy świet­no­ści miała już za sobą. Nad­gar­stek opla­tała zaś kilka razy skó­rzana bran­so­letka z me­da­li­kiem. Rysy twa­rzy dziew­czyny były czy­ste, można by je za­kla­sy­fi­ko­wać jako ładne, gdyby nie to obo­jętne spoj­rze­nie i zmarszczka wy­ra­ża­jąca zgorzk­nie­nie w jed­nym ką­ciku ust. Ale Mia mo­gła się za­ło­żyć o co­kol­wiek, że dziew­czyna wy­glą­da­łaby świet­nie na zdję­ciu, gdyby ją od­po­wied­nio wy­sty­li­zo­wać. Przez chwilę roz­wa­żała zro­bie­nie jej zdję­cia z ukry­cia, ale się nie od­wa­żyła. By­łoby to nie­mą­dre, bio­rąc pod uwagę, że nie miała u niej wy­so­kich no­to­wań. Za­miast tego, jak w od­ru­chu wa­run­ko­wym, Mia wy­jęła te­le­fon, żeby spraw­dzić sy­tu­ację, lecz ku swo­jemu wiel­kiemu roz­cza­ro­wa­niu od­kryła, że nie ma za­sięgu. Niech to szlag, więc tak czuje się ćpun? Musi się opie­rać temu po­żą­da­niu, które go prze­żuwa i gnie­cie.

Droga pro­wa­dziła przez uro­czą gór­ską wio­skę, gdzie można było zo­ba­czyć sta­ruszki w chu­s­tach na gło­wie, sie­dzące na stoł­kach przy drew­nia­nych furt­kach po­kry­tych łusz­czącą się farbą. Olśnie­wa­jące bu­gen­wille po­kry­wały fa­sady więk­szo­ści do­mów, a wi­śnio­wo­ró­żowe, białe i czer­wone pe­lar­go­nie tło­czyły się w do­nicz­kach na pra­wie każ­dym bal­ko­nie i każ­dych scho­dach. Blask słońca kłuł w oczy, a Mia nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, żeby kie­dy­kol­wiek do­świad­czyła tak in­ten­syw­nego i ostrego świa­tła. W Sztok­hol­mie słońce ni­gdy nie świe­ciło w po­do­bny spo­sób. Jakby pró­bo­wało do­trzeć do naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­ków i roz­mra­żało ją od środka. To może nie jest ta­kie złe, bio­rąc pod uwagę sy­tu­ację.

Molly miała chyba ra­cję. Mia po­trze­bo­wała zro­bić so­bie prze­rwę od tego wszyst­kiego. Wi­działa ob­raz sie­bie wę­dru­ją­cej pod górę i w dół po tych wy­bru­ko­wa­nych ulicz­kach, uśmie­cha­ją­cej się i po­zdra­wia­ją­cej tu­tej­szych miesz­kań­ców albo re­lak­su­ją­cej się w ka­wiarni nad dużą fi­li­żanką cap­puc­cino. Może na­wet mo­głaby za­cząć ro­bić tę fo­tok­siążkę, po­mysł, który kieł­ko­wał w niej już od dawna? Choć miała ze sobą tylko te­le­fon jako na­rzę­dzie pracy, to ro­bił na­prawdę do­bre zdję­cia. Po­dob­nie jak wiele in­nych przed­mio­tów w ży­ciu, także ten eks­klu­zywny pro­dukt otrzy­mała gra­tis, w za­mian za wy­sta­wie­nie mu laurki na YouTu­bie i na In­sta­gra­mie.

Myk po­le­gał na tym, żeby wy­bie­rać naj­lep­sze świa­tło, a póź­niej za­sto­so­wać jedną z apli­ka­cji do edy­to­wa­nia zdjęć. W dzi­siej­szych cza­sach byle ama­tor mógł zro­bić zdję­cie, które wy­glą­da­łoby na wy­ko­nane przez pro­fe­sjo­na­li­stę.

Mia uśmiech­nęła się do sie­bie roz­luź­niona. Nie po­zwo­liła, żeby ne­ga­tywne na­sta­wie­nie dziew­czyny kie­ru­ją­cej sa­mo­cho­dem na nią wpły­nęło. Je­śli ona miała pro­blem ze swoją pa­sa­żerką, nie był to pro­blem Mii. Zna­la­zła się tu­taj, żeby uciec od tej go­ni­twy i sku­pić się tylko na so­bie. Każdy po­trze­bo­wał tego od czasu do czasu. Oby tylko Gia miała sen­sowne łą­cze in­ter­ne­towe, wtedy wszystko się roz­wiąże, wtedy Mia bę­dzie mo­gła utrzy­mać kon­takt ze świa­tem i dbać o do­bry na­strój swo­ich fol­lo­wer­sów i spon­so­rów.

W my­ślach za­czy­nała ma­lo­wać ob­raz miej­sca, w któ­rym miała za­miesz­kać. Wi­działa nie­duży biały dom z ce­gły z czar­nymi okien­ni­cami, które do póź­nego wie­czora po­zo­sta­wiano za­mknięte, żeby go­rąc nie wdzie­rał się do środka. Wy­gra­biona żwi­rowa alejka oto­czona była pach­ną­cymi ja­śmi­now­cami, a me­ble ogro­dowe stały wśród wi­no­ro­śli i krza­ków po­rze­czek. Może Gia pę­dziła wła­sne wino? Co prawda ocze­ki­wano, że po­byt Mii w To­ska­nii bę­dzie ni­czym czas spę­dzony na izbie wy­trzeź­wień, ale Gia na pewno zmięk­nie i w pew­nym mo­men­cie po­lu­zuje tę za­sadę.

Wszę­dzie było mnó­stwo kwia­tów, o które Gia dbała za dnia, wie­czo­rami zaś spę­dzała go­dziny na go­to­wa­niu w ru­sty­kal­nie urzą­dzo­nej kuchni sta­no­wią­cej serce domu. U su­fitu wi­siały pa­tel­nie i mie­dziane garnki, a na ku­chence za­wsze coś pyr­kało. Pół­mi­sek doj­rza­łych w słońcu owo­ców zdo­bił ma­sywny stół z miej­scem dla co naj­mniej dwu­na­stu osób. Krewni i przy­ja­ciele czę­sto wpa­dali z wi­zytą i pa­no­wała tu ra­do­sna at­mos­fera. W ustach zro­biło jej się wil­gotno od tej ży­wej fan­ta­zji. Mia bar­dzo do­brze zda­wała so­bie sprawę, że ide­ali­zuje, ale nie mo­gła się po­wstrzy­mać.

Ro­zej­rzała się po pi­ka­pie. Czuć było za­pach stę­chli­zny i brudu. Wy­po­sa­że­nie wy­ma­gało od­no­wie­nia, a za kra­tami w ba­gaż­niku le­żały ny­lo­nowe liny, ło­paty, dzie­się­cio­li­trowe wia­dra, no­życe do prę­tów i para ka­lo­szy. Bio­rąc pod uwagę, że sa­mo­chód wy­po­sa­żono w na­rzę­dzia do róż­nych cięż­kich ro­bót, dziew­czyna mo­gła być ja­kąś złotą rączką za­trud­nioną u Gii. To by ozna­czało, że nie­chęt­nie na­sta­wiona szo­ferka i Mia nie będą miały ze sobą zbyt wiele wspól­nego.

Sil­nik pra­co­wał na wy­so­kich ob­ro­tach, kiedy sa­mo­chód piął się pod nie­zwy­kle stromą górę. Po le­wej stro­nie bie­gła droga, w którą skrę­ciły. Pod opo­nami chru­pał żwir. Zde­ner­wo­wa­nie ko­ła­tało się w Mii, kiedy wy­cią­gała szyję, żeby le­piej wi­dzieć.

To, co przed sobą uj­rzała, wy­wo­łało roz­cza­ro­wa­nie, które wy­lą­do­wało głę­boko w żo­łądku.

Roz­dział 7

Gdzie ja­śmin i róże? Gdzie wy­gra­biona alejka albo pod­jazd? Wi­dok domu też ani tro­chę nie zga­dzał się z we­wnętrz­nym ob­ra­zem Mii. Żad­nej bia­łej ce­gły, czar­nych okien­nic ani wi­no­ro­śli. Za­miast tego wy­so­kie chwa­sty przed dwu­pię­tro­wym, nie­atrak­cyj­nym do­mem z drewna po­kry­tego żółtą farbą łusz­czącą się w zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż jed­nym miej­scu. Opusz­czone ża­lu­zje za­kry­wały okna, a w drzwiach wej­ścio­wych otwar­tych na oścież wi­siała mo­ski­tiera.

Sa­mo­chód za­trzy­mał się w chmu­rze ku­rzu, a bez­i­mienna dziew­czyna wy­jęła klu­czyk ze sta­cyjki i wy­sko­czyła z auta. Otwo­rzyła ba­gaż­nik i wy­jęła torbę.

– Za­mie­rzasz sie­dzieć tu cały dzień czy jak? – Py­ta­nie było ostre jak roz­bite szkło.

– Nie, nie. – Mia roz­pięła pas i wy­sia­dła.

Ude­rzyła ją fala go­rąca, tak że z tru­dem ła­pała od­dech. Zza domu do­cho­dziło szcze­ka­nie kilku psów, co bio­rąc pod uwagę, na ja­kim od­lu­dziu po­ło­żone było to miej­sce, z pew­no­ścią zwięk­szało bez­pie­czeń­stwo.

Wy­chy­liła się po swój ba­gaż.

– Mogę to wziąć sama.

Dziew­czyna wzru­szyła ra­mio­nami, wy­pu­ściła uchwyt z dłoni i ru­szyła w kie­runku domu. Sztywna i wy­pro­sto­wana po­stawa ciała. Silne i świa­dome celu kroki.

Mia po­dą­żyła za nią, po dro­dze mi­nęła ja­kiś złom roz­rzu­cony obok za­rdze­wia­łego wraku sa­mo­chodu i pod­nisz­czo­nego pla­sti­ko­wego krze­sła. Jak ro­dzina mo­gła ją wy­słać do ta­kiej ru­dery? Czy oni w ogóle wie­dzieli, że dom Gii wy­gląda jak zło­mo­wi­sko i śmier­dzi… gno­jem?

Mo­ski­tiera się uchy­liła i chwilę póź­niej na scho­dach ganku sta­nęła ko­bieta w wieku matki Mii. Na sze­roko roz­sta­wio­nych no­gach i z rę­kami wy­cią­gnię­tymi w ge­ście przy­wi­ta­nia. Uśmiech na jej opa­lo­nej twa­rzy wy­da­wał się cie­pły, ser­deczny i szczery, a jej brą­zowe oczy były żwawe i za­cie­ka­wione. Sło­wem: dia­me­tralne prze­ci­wień­stwo ta­jem­ni­czej szo­ferki. Miała na so­bie cięż­kie tra­pery i ro­bo­cze spodnie, które jak się wy­da­wało, były tu­taj ubra­niem stan­dar­do­wym. Spod bia­łego T-shirtu wy­sta­wały ży­la­ste ra­miona. Ciemne włosy ścięto krótko i prak­tycz­nie, zo­sta­wia­jąc ster­czącą grzywkę.

– Wi­taj w moim skrom­nym domu – wy­bu­chła Gia i nie dała Mii szansy wy­mi­gać się od dłu­giego i moc­nego uści­sku. Póź­niej od­su­nęła ją na od­le­głość ra­mie­nia i spy­tała: – Jak mi­nęła po­dróż?

Mia, czu­jąc się tro­chę nie­swojo z po­wodu przy­mu­szo­nej bli­sko­ści, wy­krę­ciła się ostroż­nie z uśmie­chem.

– Dzię­kuję, do­brze.

Gia wy­cią­gnęła dłoń w kie­runku szo­ferki, ob­ser­wu­ją­cej wszystko z boku:

– Po­zna­łaś już moją córkę Elenę. Obie tu­taj miesz­kamy i wszyst­kim się zaj­mu­jemy.

Mia po­rów­ny­wała oby­dwie ko­biety. Tak, rze­czy­wi­ście ist­niało mię­dzy nimi po­do­bień­stwo. To zna­czy, je­śli cho­dzi o wy­gląd.

– A to jest Penny. – Gia schy­liła się i po­gła­skała czar­nego roz­czo­chra­nego coc­ker spa­niela, który sie­dział u jej stóp z bła­gal­nym spoj­rze­niem w oczach przy­po­mi­na­ją­cych zia­renka pie­przu. – Je­steś głodna? – kon­ty­nu­owała Gia. – Przy­pusz­czam, że ja­kość je­dze­nia w sa­mo­lo­cie się nie po­lep­szyła?

– Tak, je­stem.

– To do­brze! Je­dze­nie za­raz bę­dzie go­towe. Ale naj­pierw… – Gia wy­cią­gnęła dłoń i ka­te­go­rycz­nie na­ka­zała: – Daj mi swój te­le­fon.

Roz­dział 8

Mia cof­nęła się o krok.

– Co? Mój te­le­fon? A to dla­czego?

Gia prze­krzy­wiła głowę i się uśmiech­nęła.

– Bo tak mó­wię.

– Daj spo­kój. Nie za­mie­rzam ci od­da­wać te­le­fonu tylko dla­tego, że mi ka­żesz. Po­trze­buję go do pracy.

– Och, nie bój się – od­parła Gia, śmie­jąc się ła­god­nie. – Do­sta­niesz wszystko, czego po­trze­bu­jesz do pracy, choć może nie ta­kiej, do ja­kiej przy­wy­kłaś.

Ogień wście­kło­ści za­pło­nął w klatce pier­sio­wej Mii.

– Nie mó­wisz po­waż­nie.

– Śmier­tel­nie po­waż­nie.

– Ale to prze­cież chore! – Mia za­częła skro­lo­wać kon­takty z li­sty. – Dzwo­nię do mamy.

– I co jej po­wiesz? Ona do­kład­nie wie, ja­kie tu pa­nują za­sady, i nie ma nic prze­ciwko. To je­den z po­wo­dów, dla któ­rych cię tu przy­słano.

Mia pod­nio­sła wzrok.

Ła­godny uśmiech wciąż go­ścił na ustach Gii. Wy­cią­gnęła rękę, ge­stem po­na­gla­jąc Mię, by od­dała te­le­fon.

– No da­lej, daj mi go.

– Co to, kurwa, za miej­sce? Ja­kieś pie­przone wię­zie­nie?

– Wręcz prze­ciw­nie, ale to mój dom – i moje za­sady.

Mia ści­skała te­le­fon. Ob­ra­cała go w pal­cach. To na­prawdę było chore. Jak miała wy­peł­niać swoje zo­bo­wią­za­nia, skoro nie mo­gła mieć te­le­fonu? Żad­nych kart, żad­nej ak­tu­ali­za­cji sta­tusu, żad­nej re­klamy. Z dru­giej strony – czy warto było ro­bić z Gii swo­jego wroga tylko z po­wodu te­le­fonu? Je­śli Mia bę­dzie się do­brze za­cho­wy­wać, być może za parę dni do­sta­nie go z po­wro­tem. Poza tym ma prze­cież ta­blet, więc bę­dzie mieć do­stęp do sieci.

– A kiedy go do­stanę z po­wro­tem?

– Wkrótce.

Elena stała oparta o fu­trynę z rę­kami w kie­sze­niach spodni. Ci­cha ob­ser­wa­torka, któ­rej nie dało się roz­gryźć.

Nie­źle się za­czyna…

Głę­boko wzdy­cha­jąc, Mia po­ło­żyła ko­mórkę na otwar­tej dłoni Gii.

– Dzię­kuję – po­wie­działa Gia i wsu­nęła te­le­fon do kie­szeni. – Elena po­każe ci twój po­kój, a za pół go­dziny jemy. Czy tak bę­dzie OK?

Mia wzru­szyła ra­mio­nami. Wy­da­wało się, że nie ma prawa głosu, więc co miała po­wie­dzieć?

We­wnątrz domu pa­no­wał taki sam nie­po­rzą­dek jak na ze­wnątrz. Szma­ciany dy­wa­nik w przed­po­koju nie bez po­wodu na­zy­wany był szma­cia­nym, a po­roz­rzu­cane buty su­ge­ro­wały, że ktoś zdej­mo­wał je w biegu. Po­dą­ża­jąc przez przed­po­kój pro­wa­dzący aż do scho­dów na pię­tro, Mia doj­rzała za­wa­lony blat w kuchni. Skrzy­piące schody błysz­czały z zu­ży­cia, a na ścia­nie nad po­rę­czą pełno było na­prawdę świet­nych zdjęć Gii wy­ko­nu­ją­cej wielki skok z rę­kami wy­pro­sto­wa­nymi ku niebu, poza nią fo­to­gra­fie pre­zen­to­wały różne dziew­czyny i róż­nych chło­pa­ków. Ra­dość na zdję­ciach była bar­dzo wy­raźna, wy­da­wała się cie­pła i szczera, a Mia osza­co­wała, że zdjęć mu­siało być co naj­mniej pięć­dzie­siąt. To była ściana mi­ło­ści.

Ci­che kroki za ple­cami spra­wiły, że Mia od­wró­ciła głowę, pod­czas gdy po­nadwy­mia­rowa torba na­dal ude­rzała w każdy sto­pień scho­dów. Penny zer­k­nęła na Mię swo­imi brą­zo­wymi oczami, nim prze­mknęła na pię­tro.

Faj­nie. Na­prawdę. Jakby to, że ma miesz­kać na końcu świata, bez ko­mórki, nie wy­star­czało – te­raz jesz­cze cho­dzi za nią krok w krok pies, któ­remu cuch­nie z py­ska.