Młody Mungo - Douglas Stuart - ebook + książka

Młody Mungo ebook

Stuart Douglas

4,4

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwóch młodych mężczyzn i uczucie, które nigdy nie powinno się narodzić – Douglas Stuart, autor głośnego, nagrodzonego Bookerem „Shuggiego Baina”, powraca z nową znakomitą powieścią.

Protestant Mungo i katolik James dorastają na jednym z robotniczych osiedli Glasgow, w świecie zdominowanym przez przemoc, alkoholizm i uliczne walki gangów. Powinni być śmiertelnymi wrogami, jednak wbrew przeciwnościom losu zaprzyjaźniają się, a z czasem zakochują. Swoją miłość muszą starannie ukrywać przed światem, zwłaszcza przed starszym bratem Munga, szefem jednego z gangów. Mungo i James marzą o wyrwaniu się z szarego, brutalnego świata, w którym nie ma dla nich – ani dla ich uczuć – miejsca.

„Młody Mungo” to porywająca i czuła opowieść o dorastaniu, więzach rodzinnych, znaczeniu męskości i skali przemocy, z jaką spotykają się ci, których społeczeństwo nazywa odmieńcami. To także historia ryzyka wiążącego się z kochaniem kogoś za bardzo i na przekór wszystkiemu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 566

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (76 ocen)
46
20
9
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kamyk979

Nie oderwiesz się od lektury

Ta książka złamała mi serce. Polecam bardzo.
10
NatkaS

Dobrze spędzony czas

4.5/5 Bardzo bolesna i mocna, ale czegoś mi zabrakło do pełnej piątki.
10
Cocorosie_ej

Dobrze spędzony czas

Ciężka książka i trudna historia ale warta przeczytania.
00
atramentowe

Nie oderwiesz się od lektury

Stuart jest mistrzem pogrążenia człowieka w beznadziei. To jest jedna z tych książek w których tak bardzo chcesz żeby bohatera spotkało szczęśliwe zakończenie ale wiesz, że nawet ono nie złagodziłoby całej krzywdy która spotyka go po drodze. Okrutnie prawdziwe przedstawienie pętli przemocy, uzależnienia i biedy, z której wyjście widać tylko gdy człowiek się w niej nie znajduje.
00
ross85

Nie oderwiesz się od lektury

Brutalna i bardzo smutna.
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: Young Mungo
Co­py­ri­ght © 2022 by Do­uglas Stu­art Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2023 Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Ma­ciej Stu­dencki, 2023
Re­dak­to­rzy ini­cju­jący: Ad­rian Tom­czyk, Pau­lina Sur­niak
Re­dak­to­rzy pro­wa­dzący: Ma­te­usz Wit­czak, An­drzej Szew­czyk
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Ka­ta­rzyna Koń­czal
Re­dak­cja: Mi­ro­sław Rusz­kie­wicz
Ko­rekta: Agnieszka Paw­li­kow­ska, Mi­ro­sław Krzysz­kow­ski
Pro­jekt ty­po­gra­ficzny wnę­trza: Ma­te­usz Cze­kała
Ła­ma­nie: ME­LES-DE­SIGN
Pro­jekt okładki: Stu­art Wil­son | Pi­ca­dor Art De­part­ment
Fo­to­gra­fia na okładce: Wol­fgang Til­l­mans | The Cock (kiss), 2002, © Wol­fgang Til­l­mans
Ad­ap­ta­cja okładki: Magda Bloch
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-67616-70-6
Wy­daw­nic­two Po­znań­skie Sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.plwww.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ale­xan­drowi

i wszyst­kim wraż­li­wym sy­nom Glas­gow

MAJ, PO­TEM

Je­den

Kiedy zbli­żali się do rogu, Mungo za­trzy­mał się i strzą­snął dłoń męż­czy­zny ze swo­jego ra­mie­nia. Ten aser­tywny gest za­sko­czył wszyst­kich. Chło­pak od­wró­cił się i zmru­żo­nymi oczami spoj­rzał na ka­mie­nicę czyn­szową, a jego po­wieki za­częły ner­wowo drgać. Matka, ob­ser­wu­jąca go przez wzo­rzy­stą fi­rankę w kłosy psze­nicy, pró­bo­wała wmó­wić so­bie, że ten tik to we­sołe mru­że­nie oczu, ra­do­sna wia­do­mość nada­wana al­fa­be­tem Morse’a: wszystko bę­dzie do­brze. D-O-B-R-Z-E. Taki wła­śnie był jej naj­młod­szy syn: uśmie­chał się, na­wet kiedy nie miał ochoty. Zro­biłby wszystko, żeby inni po­czuli się le­piej.

Po-Mo od­su­nęła za­słonę i oparła się o ramę okna jak ko­bieta szu­ka­jąca to­wa­rzy­stwa. Unio­sła ku­bek z her­batą i za­stu­kała w szybę pa­znok­ciami dru­giej dłoni, po­ma­lo­wa­nymi na per­ło­wo­ró­żowo. Wy­brała ten ko­lor, żeby jej palce wy­da­wały się śwież­sze. Je­żeli dło­nie wy­glą­dały mło­dziej, to samo mo­gło do­ty­czyć twa­rzy i ca­łej jej osoby. Mungo znów się prze­su­nął, stopy same nio­sły go z po­wro­tem ku do­mowi. Po­trzą­snęła pal­cami z po­ma­lo­wa­nymi pa­znok­ciami, od­ga­nia­jąc go. „Idźże już!”

Jej chło­piec stał lekko po­chy­lony, z ple­ca­kiem tkwią­cym na grzbie­cie ni­czym garb. Nie wie­dział, co po­wi­nien za­brać, więc wcze­śniej bez en­tu­zja­zmu wziął się za pa­ko­wa­nie i osta­tecz­nie w ple­caku wy­lą­do­wała kupa bzdur: za duży sze­tlandzki swe­ter – ża­kard z Fair Isle, her­bata w to­reb­kach do za­pa­rza­nia, szki­cow­nik z po­wy­gi­na­nymi ro­gami, gra w chiń­czyka i kilka na wpół wy­ci­śnię­tych tu­bek lecz­ni­czych ma­ści. Chło­pak za­chwiał się na rogu, tak jakby ple­cak prze­wa­żał go i cią­gnął w tył, pro­sto do rynsz­toka. Po-Mo wie­działa, że ba­gaż nie jest aż tak ciężki. Była pewna, że je­śli już coś ob­ciąża Munga, to jego ma­sywne ko­ści.

Za­pla­no­wała to wszystko dla jego do­bra, a on te­raz śmiał ga­pić się na nią smęt­nym wzro­kiem. Było zbyt go­rąco na ta­kie głu­poty, do tego grał jej na ner­wach. – No, idźże! – wy­mó­wiła bez­dź­więcz­nie i łyk­nęła zim­nej her­baty.

Na rogu cze­kało na Munga dwóch męż­czyzn. Wes­tchnęli, za­chi­cho­tali i wy­mie­nili po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, a po­tem od­sta­wili torby i za­pa­lili pa­pie­rosy. Po-Mo do­strze­gała, że mają już ochotę stąd spa­dać – na tych wą­skich ulicz­kach nie lu­biano nie­zna­nych twa­rzy – a także, że ostat­kiem sił po­wstrzy­my­wali się od po­pę­dza­nia jej chłopca. Męż­czyźni byli dość sprytni, żeby nie na­ci­skać Munga, nie tak bli­sko domu, gdzie wciąż mógł im uciec. Spo­glą­dali na niego spod przy­mru­żo­nych po­wiek, ob­ser­wu­jąc i cze­ka­jąc, co zrobi, a ich dło­nie mysz­ko­wały w kie­sze­niach spodni, od­kle­ja­jąc moszny od ud. Za­po­wia­dał się go­rący, duszny dzień. Młod­szy z męż­czyzn ba­wił się swoim fiu­tem. Po-Mo prze­je­chała ję­zy­kiem po dol­nych zę­bach.

Mungo uniósł dłoń, by po­ma­chać w kie­runku okna, ale Po-Mo spoj­rzała na niego groź­nie. Mu­siał do­strzec, jak jej twarz tę­żeje w gry­ma­sie, a może do­szedł do wnio­sku, że ma­cha­nie jest dzie­cinne, po­nie­waż prze­rwał gest w po­ło­wie i zła­pał dło­nią po­wie­trze, tro­chę jak to­nący.

W ob­wi­słych spor­to­wych spoden­kach i zbyt du­żej prze­ciw­desz­czo­wej kan­gurce wy­glą­dał jak lump w stroju z da­rów, lecz kiedy od­gar­nął włosy z twa­rzy, Po-Mo zo­ba­czyła na­pięte mię­śnie jego szczęki i przy­po­mniała so­bie, że jej syn staje się wła­śnie nie­za­leż­nym mło­dzień­cem. Znów za­stu­kała pa­znok­ciami w szybę. „Że­byś mi sie nie śmiał tak ga­pić!”

Młod­szy z męż­czyzn pod­szedł do Munga i ob­jął go ra­mie­niem. Chło­pak skrzy­wił się pod cię­ża­rem ręki tam­tego. Po-Mo do­strze­gła, jak roz­ciera so­bie boki, a pa­mięć pod­su­nęła jej wspo­mnie­nie fio­le­to­wych si­nia­ków roz­kwi­ta­ją­cych mu na że­brach. Za­stu­kała w szkło. „Idźże już, na li­toś bo­sko!” Po tym jej syn opu­ścił wzrok i po­zwo­lił się od­pro­wa­dzić. Męż­czyźni śmiali się i kle­pali go po ple­cach. „Do­bry mło­dziak, dzielny mło­dziak”.

Po-Mo nie była prze­sad­nie re­li­gijna, ale te­raz wy­cią­gnęła ró­żowe pa­znok­cie ku niebu i po­trzą­snęła pal­cami, wy­krzy­ku­jąc po­dzię­ko­wa­nia. Wy­lała resztę her­baty do do­niczki z wy­su­szoną zie­listką, na­peł­niła ku­bek beł­tem, al­ko­ho­lo­wym drin­kiem z ko­fe­iną, pod­krę­ciła mu­zykę i zrzu­ciła buty.

Trójka po­dróż­ni­ków zła­pała miej­ski au­to­bus na Sau­chie­hall Street. Glas­gow omdle­wało od wy­jąt­kowo uciąż­li­wych upa­łów, a oni mu­sieli prze­pchnąć się pod prąd przez tłum ha­ła­śli­wych fa­ce­tów w bez­rę­kaw­ni­kach, pod­pie­czo­nych już na ró­żowo w pro­mie­niach słońca. Ławki w cen­trum mia­sta zaj­mo­wały krzep­kie bab­cie w ka­pe­lu­szach i gru­bych weł­nia­nych płasz­czach. Na war­gach ko­biet po­ja­wiały się kro­ple potu. Spo­cone dzie­ciaki prze­my­kały po uli­cach, a bab­cie przy­tu­lały głowy do ob­fi­tych piersi i drze­mały w go­rącu. Przy­po­mi­nały Mun­gowi go­łę­bie z jego dziel­nicy, wiel­kie, le­niwe pta­szy­ska o pół­przy­mknię­tych oczach i gło­wach scho­wa­nych w na­stro­szo­nym pie­rzu.

Mia­sto żyło dźwię­kami me­lo­dii gra­nych przez bu­ske­rów, idą­cych o lep­sze z woj­sko­wym zgieł­kiem ćwi­czą­cego ze­społu pro­te­stan­tów. Ich fle­ciki świer­go­tały słodko ni­czym ptaszki na tle ni­skich, po­wol­nych ude­rzeń wiel­kiego bębna lam­beg. Me­lo­dia była tak po­ru­sza­jąca, że ja­kiś star­szy, wy­glą­da­jący na dys­tyn­go­wa­nego dżen­tel­men po­grą­żył się w za­du­mie i uro­nił kilka rzę­si­stych łez. Mungo pró­bo­wał nie pa­trzeć na tak jaw­nie pła­czą­cego męż­czy­znę, tym bar­dziej że nie był pe­wien, czy to łzy żalu, czy też dumy. Spod man­kietu tam­tego błysz­czała bran­so­letka kosz­tow­nego ze­garka. Z braku lep­szych pod­po­wie­dzi chło­pak do­szedł do wnio­sku, że jest zbyt osten­ta­cyjna, zbyt nie­tak­towna jak na ka­to­lika.

Męż­czyźni czła­pali w bla­sku słońca, ob­ła­do­wani na­rę­czami pla­sti­ko­wych re­kla­mó­wek, skó­rza­nym tor­ni­strem z przy­bo­rami węd­kar­skimi i wiel­kim kem­pin­go­wym ple­ca­kiem. Mungo sły­szał, jak skarżą się na do­skwie­ra­jące pra­gnie­nie. Znał ich za­le­d­wie od go­dziny, ale wspo­mnieli o tym już kilka razy. Zda­wało się, że przez cały czas ich su­szy. – Ale­bym se łyk­noł! – za­gaił star­szy z tej dwójki, z bu­racz­ko­wo­czer­wo­nymi ru­mień­cami, wy­raź­nie prze­grzany w gru­bym twe­edo­wym gar­ni­tu­rze. Drugi męż­czy­zna zi­gno­ro­wał pierw­szego. Szedł okra­kiem, tak jakby no­gawki cia­snych dżin­sów draż­niły jego uda.

Po­pro­wa­dzili chłopca na dwo­rzec au­to­bu­sowy i po­brzę­ku­jąc mo­ne­tami, za­ła­do­wali się do au­to­busu, który po chwili ru­szył na pół­noc, wy­wo­żąc ich z Glas­gow ku zie­lo­nym wzgó­rzom Dum­bar­ton.

Za­nim męż­czyźni prze­ci­snęli się do pla­sti­ko­wej ka­napy na tyle po­jazdu, spo­cili się i za­sa­pali. Mungo sie­dział po­mię­dzy nimi, pró­bu­jąc się sku­lić tak, by ich nie do­ty­kać. Kiedy je­den z nich pa­trzył przez okno, chło­pak przy­glą­dał się jego pro­fi­lowi, a gdy fa­cet od­wra­cał się w stronę Munga, on uda­wał, że za­in­te­re­so­wało go coś za prze­ciw­le­głym oknem, i sta­rał się uni­kać wzroku tam­tego.

Przy­ci­snął pod­bró­dek do piersi i spró­bo­wał po­wstrzy­mać ner­wowe swę­dze­nie roz­cho­dzące mu się po twa­rzy, gdy pa­trzył na szare mia­sto zni­ka­jące za oknami. Wie­dział, że znów to robi: marsz­czył się i mru­gał z taką miną, jakby krę­ciło go w no­sie, ale nie był w sta­nie kich­nąć. Czuł na so­bie spoj­rze­nie tam­tego.

– Nie pa­mien­tam, kiedy żem ostatni raz był za mia­stem – po­wie­dział star­szy męż­czy­zna. Jego głos za­brzmiał chra­pli­wie, tak jakby miał w gar­dle pełno su­chych okru­chów. Cza­sami w środku zda­nia wcią­gał po­wie­trze i dy­go­tał: miało się przy tym wra­że­nie, że każde jego słowo może być ostat­nim. Mungo pró­bo­wał się do niego uśmiech­nąć, ale coś w twa­rzy tam­tego przy­po­mi­nało mu szczura. Trudno było mu pa­trzeć w oczy.

Nie­zna­jomy w gar­ni­tu­rze od­wró­cił się z po­wro­tem do okna, a Mungo wy­ko­rzy­stał tę oka­zję, by przyj­rzeć mu się do­kład­niej. Ko­ści­sty męż­czy­zna na prze­ło­mie pięć­dzie­siątki i sześć­dzie­siątki swoje w ży­ciu prze­szedł. Chło­pak wi­dy­wał już wcze­śniej ta­kich fa­ce­tów. Mło­dzi pro­te­stanccy chu­li­gani z jego dziel­nicy czę­sto ga­niali ta­kich dla za­bawy, okrą­ża­jąc ha­ła­śli­wych pi­ja­ków pod ro­bot­ni­czymi pu­bami, za­ga­nia­jąc ich szy­der­stwami ku ba­rom z rybą i fryt­kami, a po­tem rzu­ca­jąc się na ostat­nie mo­nety wy­pa­da­jące z po­roz­dzie­ra­nych kie­szeni. Star­szy męż­czy­zna przez całe ży­cie naj­wy­raź­niej jadł byle co i ostro po­pi­jał, to­też wy­da­wał się wy­chu­dły i po­żół­kły. Zbyt mało tłusz­czu, zbyt dużo skóry i w efek­cie jego żół­tawa twarz marsz­czyła się ni­czym przej­rzałe jabłko.

Sfa­ty­go­wana ma­ry­narka nie pa­so­wała do pary spodni z wy­pcha­nymi ko­la­nami, które rów­nież wy­glą­dały jak roz­cią­gnięta skóra. Pod ma­ry­narką miał re­kla­mu­jący ser­wis hy­drau­lika z So­uth Side T-shirt, któ­rego góra była ode­rwana od reszty. Chło­pak za­sta­na­wiał się, czy nie są to je­dyne ciu­chy star­szego fa­ceta: śmier­działy bru­dem i po­tem, tak jakby wła­ści­ciel no­sił je przez cały czas.

Mun­gowi na­gle zro­biło się dziw­nie żal tam­tego. Męż­czy­zna trząsł się lekko. Lata spę­dzone na ukry­wa­niu się przed świa­tłem w za­ka­mar­kach mrocz­nych pu­bów spra­wiły, że te­raz re­ago­wał na słońce ni­czym chart wy­pchnięty na śnieg. Jego małe oczka strze­lały na wszyst­kie strony, a dłu­gie koń­czyny drgały jak u mal­tre­to­wa­nego psa. Wy­glą­dał, jakby miał ochotę rzu­cić się do ucieczki.

Kiedy ostatni z wie­żow­ców znik­nął za oknem, męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze za­czął wy­da­wać za­chę­ca­jące dźwięki, wy­peł­nia­jąc ci­szę i su­ge­ru­jąc in­nym, by do­łą­czyli do kon­wer­sa­cji. Mungo przy­ci­snął brodę do piersi i mil­czał, a młod­szy męż­czy­zna dra­pał się tylko po kro­czu. Dzie­ciak ob­ser­wo­wał go ką­tem oka.

Ten z ko­lei wy­glą­dał na dwa­dzie­ścia kilka lat. No­sił błę­kitne dżinsy, w któ­rych pa­sek miał prze­wle­czony pod logo, tak by nie za­sła­niał dum­nego znaku „Ar­mani”. Wy­da­wał się przy­stojny, a w każ­dym ra­zie kie­dyś taki był, ale coś psuło jego wy­gląd: miało się wra­że­nie, że przy­po­mina mięso u rzeź­nika, zbyt długo po­zo­sta­wione na la­dzie. Mimo go­rąca za­ło­żył na ten wy­jazd pę­katą bom­berkę, lecz kiedy w au­to­bu­sie ją zdjął, Mungo do­strzegł na jego ra­mio­nach ży­la­ste mię­śnie, świad­czące o tym, że ich po­sia­dacz ma za sobą lata cięż­kiej pracy, walki albo i tego, i tego.

Włosy miał krótko przy­strzy­żone, a grzywkę za­cze­saną do przodu i po­zle­pianą tak, że two­rzyła małe zęby, jakby przy­cięto ją pro­fi­lo­wa­nymi no­życz­kami. Mungo za­ga­pił się na jego otarte kostki. Skóra męż­czy­zny miała mio­dowy od­cień, rzadko spo­ty­kany u Szko­tów. Być może jego ro­dzina po­cho­dziła z Włoch lub Hisz­pa­nii, albo od „czar­nych Ir­land­czy­ków”.

Ostatni ślad ro­man­tycz­no­ści pierzch­nął w po­pło­chu, kiedy męż­czy­zna prze­mó­wił ni­ską, gar­dłową gwarą z Glas­gow. – Ho, nie za­wra­caj se głowy sta­rym Świn­tym Krzysz­to­fem – rzu­cił w prze­strzeń przed sobą, nie pa­trząc na żad­nego z to­wa­rzy­szy. – Ten jak za­cznie nu­dzić, to kro­wie dupa od­pada.

Po czym wró­cił do dłu­ba­nia w no­sie, a Mungo po­zo­sta­wiony sa­memu so­bie za­cho­dził w głowę, co robi w jed­nym au­to­bu­sie ze Świę­tym Krzysz­to­fem. Kiedy męż­czy­zna ope­ro­wał w no­sie ma­łym pal­cem, dzie­ciak do­strzegł, że tam­ten nosi na wszyst­kich pal­cach pier­ście­nie ze zło­tymi su­we­re­nami, a na jego przed­ra­mio­nach wiją się sple­cione ta­tu­aże. Całe jego ciało po­kry­wały znaki: słowa i ob­razy wid­niały na piersi, bu­tach i dżin­sach, a także na skó­rze. Wy­dzia­rał je so­bie na mię­śniach zwy­kłą igłą do szy­cia – imiona ko­biet i na­zwy gan­gów: San­dra, Jac­kie, RFC, Mad Squad. Tu i ów­dzie nie­bie­ski tusz z dłu­go­pisu po­bladł lub roz­pły­nął się pod skórą jak akwa­rela i za­bar­wił ją na śliczny fio­le­towy od­cień. Mungo uważ­nie od­czy­ty­wał na­pisy na ra­mio­nach tam­tego, sta­ra­jąc się za­pa­mię­tać jak naj­wię­cej z nich.

Święty Krzysz­tof się­gnął do jed­nej z re­kla­mó­wek, mru­gnął prze­bie­gle i wy­cią­gnął pół tu­zina pu­szek piwa Ten­nent’s Su­per. Utkwił małe oczka w po­ty­licy kie­rowcy, wy­rwał dwa po­jem­niki z fo­lio­wej ramki i po­dał je chłopcu oraz wy­ta­tu­owa­nemu męż­czyź­nie. Mungo po­krę­cił prze­cząco głową, ale jego to­wa­rzysz przy­jął puszkę z ję­kiem wdzięcz­no­ści. Po­śpiesz­nie ją otwo­rzył i chwy­cił ustami ucie­ka­jącą pianę, po czym opróż­nił po­jem­nik trzema hau­stami.

Święty Krzysz­tof mu­siał od­czy­tać my­śli chło­paka, po­nie­waż ode­zwał się: – Mó­wio o mie Świnty Krzysz­tof, bo cho­dze na spo­tka­nia al­ko­ho­li­ków na Hope Street co środe i co wto­rek. Śro­dowo-Wtor­kowy Krzysz­tof, zna­czy sie ś-w, jak świnty, nie my­lić z Krzysz­to­fem z Ca­stle­milk czy Ma­łym Ru­dym Krzyś­kiem. – Męż­czy­zna po­cią­gnął łyk piwa, a Mungo ob­ser­wo­wał, jak jego gar­dło pra­cuje z wy­sił­kiem, żeby prze­łknąć, ile trzeba. – Ś-w, Świnty Krzysz­tof, ła­piesz?

Mungo sły­szał już wcze­śniej o czymś ta­kim. Po-Mo była prze­cież znana jako Po­nie­dział­kowo-Czwart­kowa Mau­reen. Taką ksywkę wy­mie­niali inni al­ko­ho­licy, kiedy chło­pak od­bie­rał te­le­fon w przed­po­koju. Roz­mówcy wo­leli się upew­nić, że nie do­dzwo­nili się przez po­myłkę do „Mau­reen z Mil­ler­ston” albo „Ma­łej Mo z Milk”. Te roz­róż­nie­nia miały zna­cze­nie, je­żeli zgod­nie z za­sa­dami chcieli za­cho­wać ano­ni­mo­wość.

– Cza­sem tak mie trzen­sie, że po­wi­nie­nem też pójść w pion­tek wie­czór. Ale ja­koś nie moge. – Święty Krzysz­tof zmarsz­czył twarz ze smut­kiem. – Ła­piesz, o co mi idzie?

Mungo za­wsze bar­dzo się sta­rał, żeby zro­zu­mieć, o co lu­dziom na­prawdę cho­dzi. Po-Mo i Jo­die, jego sio­stra, zwy­kle do­ku­czały mu z tego po­wodu. Naj­wy­raź­niej ist­niała róż­nica po­mię­dzy tym, co ktoś mó­wił, a co po­winno się ro­zu­mieć. Jo­die twier­dziła, że jej brat jest ła­two­wierny, a Po-Mo ża­ło­wała, że nie wy­cho­wała go na spryt­niej­szego dzie­ciaka, któ­rego nikt nie mógłby na­bić w bu­telkę. To na­wet za­bawne: roz­cza­ro­wy­wał ich, po­nie­waż był uczciwy i za­kła­dał, że lu­dzie też tacy będą. Gierki, w które grali inni, przy­pra­wiały chło­paka o ból głowy.

Święty Krzysz­tof wy­sy­sał resztki z puszki, kiedy Mungo po­wie­dział: – Może po­wi­nien pan cho­dzić także w piątki, je­żeli rze­czy­wi­ście pan po­trze­buje?

– Ano, ale lu­bie swojo ksywe. – Się­gnął pod ko­szulę i wy­cią­gnął mały me­da­lik z wi­ze­run­kiem świę­tego, po czym spoj­rzał na niego ze­zem wzdłuż ospo­wa­tego nosa. – „Ś-w Krzysz­tof”. Naj­faj­niej­sze, co żem o so­bie w ży­ciu usły­szał.

– A nie mógł pan po­dać im po pro­stu na­zwi­ska?

– No, to by nie było bar­dzo ano­ni­mowe, co nie? – prze­rwał wy­ta­tu­owany męż­czy­zna. – Jak za­czniesz kła­pać ozo­rem, co ci złego sie­dzi w gło­wie, to szy­scy na ulicy bedo o to­bie ga­dać.

Mungo do­sko­nale wie­dział, że lu­dziom cza­sem sie­działo w gło­wie coś złego. Po-Mo po­ka­zy­wała swoją złą stronę za każ­dym ra­zem, kiedy miała ochotę so­bie wy­pić. Jej de­mon wy­glą­dał jak pła­ski, wę­żo­waty stwór ze szczęką i pa­cior­ko­wa­tymi oczami ła­sicy, po­kryty ma­tową sier­ścią par­szy­wego szczura. Pod­stępna be­stia na łań­cu­chu, ła­koma i sprytna, szar­piąca jego matkę i cią­gnąca ku rze­czom, któ­rych po­winna uni­kać. De­mon po­tra­fił cze­kać w uśpie­niu, aż dzieci po­ca­łują mamę na do wi­dze­nia i wyjdą do szkoły, a wtedy zwra­cał się prze­ciwko Po-Mo, du­sząc ją, jakby była bez­wolną my­szą. In­nym ra­zem zwi­jał się we­wnątrz niej i mocno za­ci­skał wę­żowe sploty na jej sercu. Za­wsze był w po­bliżu, tuż pod po­wierzch­nią, na­wet w do­bre dni.

Kiedy pod­da­wała się na­ło­gowi, cichł na chwilę, ale cza­sami po­su­wała się w pi­jań­stwie tak da­leko, że sta­wała się cał­kiem inną ko­bietą, ba, inną istotą. Pierw­szą oznaką tego stanu była wiot­cze­jąca skóra, tak jakby jej twarz za­czy­nała się zsu­wać, by od­sło­nić dziwną ko­bietę cza­jącą się pod spodem. Mungo, jego brat i sio­stra na­zy­wali tę sfla­czałą wer­sję matki „Ba­bulwą”. Ta na­zwa pa­so­wała do nie­czu­łego stra­szy­dła o spo­wol­nio­nych ru­chach. Bez względu na to, jak wielką mi­łość oka­zy­wały jej dzieci, jak bar­dzo ją wspie­rały i po­ma­gały się po­zbie­rać, wchła­niała całą ich tro­skę i uwagę, a po­tem wy­glą­dała wciąż na rów­nie wy­zutą z uczuć.

Gdy Ba­bulwa się od­zy­wała, żu­chwa zwi­sała jej luźno, a ję­zyk ob­ra­cał się w ustach w obrzy­dliwy, lu­bieżny spo­sób, jakby bar­dzo chciała coś po­li­zać. Ba­bulwa za­wsze po­dej­rze­wała, że omija ją ja­kaś im­preza, że tuż za ro­giem albo w ukry­ciu dzieje się wła­śnie coś eks­cy­tu­ją­cego. W tym sta­nie zwra­cała się prze­ciwko dzie­ciom i prze­pę­dzała je, jakby były ulicz­nymi wró­blami. Ba­bulwa są­dziła, że ko­biety, które nie mają dzieci, ba­wią się le­piej, śmieją się gło­śniej i bry­lują po ja­śniej­szej stro­nie ży­cia.

Ba­bulwa za­da­wała się z przy­god­nie spo­tka­nymi ko­bie­tami i nad bu­telką whi­sky Black & White zdra­dzała im swoje naj­głęb­sze, naj­bar­dziej in­tymne ta­jem­nice, a na­stęp­nie czuła się zra­niona, kiedy nowe przy­ja­ciółki nie dzie­liły się z nią rów­nie skwa­pli­wie. Dla­tego do­cho­dziło do awan­tur i bó­jek, pod­czas któ­rych cią­gnęła je – albo sama by­wała przez nie cią­gana – po dy­wa­nie, a póź­niej w dół po scho­dach. Rano Mungo znaj­do­wał le­żące w ko­ry­ta­rzu kłaki wy­per­fu­mo­wa­nych wło­sów, przy­po­mi­na­jące siano z wy­pa­tro­szo­nego stra­cha na wró­ble, po­ru­szane po­dmu­chem wpa­da­ją­cym przez szparę pod fron­to­wymi drzwiami. On albo Jo­die uprzą­tali je kaśką do dy­wa­nów, a po­tem nie wspo­mi­nali o tym ni­komu.

To Jo­die po­dzie­liła ich matkę na dwie różne osoby. W świe­tle zim­nych po­ran­ków ta sztuczka po­ma­gała Mun­gowi wy­ba­czyć Po-Mo chwile, kiedy al­ko­hol wy­wo­ły­wał u niej na­pady pi­jac­kiej mści­wo­ści. – To nie była Po-Mo – uspo­ka­jała go Jo­die, gdy matka za­mknęła go w szafce do su­sze­nia bie­li­zny. – To tylko ta straszna stara Ba­bulwa, która te­raz po­szła spać.

Mungo do­sko­nale wie­dział, jak wy­glą­dają de­mony. Au­to­bus to­czył się na pół­noc, a chło­pak sie­dział ci­cho i roz­my­ślał o wła­snych spra­wach.

– Ten kie­rowca to mógby sie, kurwa, po­śpie­szyć – stwier­dził wy­ta­tu­owany męż­czy­zna. Się­gnął do torby mię­dzy no­gami, w któ­rej płó­cienne pa­ski wpięto ja­skrawe przy­nęty, i spo­mię­dzy szpu­lek żyłki węd­kar­skiej wy­grze­bał sa­szetkę z ty­to­niem. Skrę­cił z niego gru­bego pa­pie­rosa, li­żąc wpraw­nie jego brzeg. Za­pa­lił go, za­cią­gnął się i wy­dmuch­nął dym do puszki po pi­wie. Za­krył usta dło­nią, tak jakby zła­pał pa­jąka, ale smród ni­ko­tyny już roz­cho­dził się po au­to­bu­sie. Kil­koro pa­sa­że­rów od­wró­ciło ku nim głowy, spo­glą­da­jąc gniew­nie na pa­la­cza. Mungo ze sła­bym uśmie­chem prze­chy­lił się nad ko­la­nami to­wa­rzy­sza i od­blo­ko­wał za­trzask wą­skiego okienka.

– Pa­lisz? – za­py­tał wy­ta­tu­owany męż­czy­zna po­mię­dzy łap­czy­wymi hau­stami dymu. Jego oczy lśniły zie­le­nią, na­kra­pianą tu i ów­dzie zło­tymi cęt­kami.

– Nie.

– No i cacy. – Za­cią­gnął się po raz ko­lejny. – To szko­dzi.

Święty Krzysz­tof wy­cią­gnął drżącą dłoń, a młod­szy męż­czy­zna nie­chęt­nie po­dał mu pa­pie­rosa. Krzysz­tof za­cią­gnął się dy­mem po same dziurki w no­sie, przy­kle­ja­jąc su­che wargi do wil­got­nego pa­pieru. Fa­cet z ta­tu­ażami szturch­nął Munga ra­mie­niem. – Kum­ple mó­wio mi Gal­low­gate. Zna­czy sie stam­ton je­stem. – Po­pra­wił pier­ście­nie z su­we­re­nami i ski­nął głową ku nie­świa­do­memu kie­rowcy. – Ner­wowy ście­bie ko­leś, co nie? Nic sie nie mart, jak za­cznie py­sko­wać, to mu, kurwa, sprze­dam kose.

Święty Krzysz­tof przy­ssał się do nie­do­pałka, aż żar spa­rzył go w palce. – Lu­bisz wen­d­ko­wać?

– Nie wiem. – Mungo ucie­szył się na wi­dok ga­sną­cego pa­pie­rosa. – Ni­gdy tego nie ro­bi­łem.

– Tam, dzie je­dziemy, można ła­pać szczu­paki, we­ngo­rze i cent­ko­wane pstrongi – ode­zwał się Gal­low­gate. – Ło­wisz cały łi­kend i nik sie nie do­pier­dala o po­zwo­le­nie. Be­dzie dwaj­ścia, może czter­dziej­ści mil od lu­dzi.

Święty Krzysz­tof przy­tak­nął. – Ano. Tak bli­sko nieba, jak sie da za­je­chać na trzy ał­to­busy.

– Cztery! – po­pra­wił Gal­low­gate. – Cztery ał­to­busy.

Myśl o tak od­le­głej oko­licy spra­wiła, że Mungo po­czuł się słabo. – Je­cie po­tem te ryby?

– Za­leży, ja­kie duże – od­parł Gal­low­gate. – W tarło da sie zła­pać tyle, że mu­siał­byś je cho­wać do za­mra­żarki. Twoja mam­cia ma po­rzonno za­mra­żarke?

Mungo po­krę­cił prze­cząco głową. Po­my­ślał o ma­lut­kiej za­mra­żarce Po-Mo, za­ro­śnię­tej lo­dem. Czy ucie­szyłby ją tłu­sty cęt­ko­wany pstrąg? Chyba nie. Nie cie­szyło jej nic, co ro­bił Mungo. Ostat­nio bar­dzo jej le­żał na sercu, o czym wie­dział, po­nie­waż po­wie­działa mu to wprost. Pró­bo­wał się nie ro­ze­śmiać, gdy to usły­szał, bo wy­obra­ził so­bie ma­lut­kiego sie­bie, le­żą­cego na jej sercu mię­dzy że­brami. Jo­die prze­wró­ciła wtedy oczami i po­wie­działa: – Po­słu­chaj sama sie­bie, Mau­reen. Czy ty w ogóle masz serce?

Mungo po­sku­bał się w po­li­czek, kiedy au­to­bus mi­nął Dum­bar­ton, a w polu wi­dze­nia po­ja­wiły się ochrowe brzegi Loch Lo­mond. Przy­po­mniał so­bie wszyst­kie krzyw­dzące rze­czy, ja­kie mó­wiła mu Po-Mo. Wie­dział, dla­czego tu jest: z wła­snej winy.

– A ile ty masz lat? – za­py­tał Gal­low­gate.

– Pięt­na­ście. – Mungo spró­bo­wał wy­pro­sto­wać się na całą wy­so­kość, ale że­bra wciąż go bo­lały, a stary au­to­bus miał strasz­nie kiep­skie za­wie­sze­nie. Chło­pak jak na swój wiek nie był szcze­gól­nie wy­soki: za­czął ro­snąć jako je­den z ostat­nich w kla­sie. Jego star­szy brat Ha­mish chwy­tał go cza­sem za brodę i prze­krę­cał jego twarz do świa­tła, a po­tem szcze­gó­łowo spraw­dzał cienką li­nię de­li­kat­nego za­ro­stu na gór­nej war­dze Munga, po­dob­nie jak ogrod­nik przy­gląda się wiot­kim sa­dzon­kom. Czę­sto dmu­chał w ten pu­szek, tylko po to, żeby roz­draż­nić brata. Cho­ciaż Mungo nie był zbyt wy­soki, prze­rósł już Ha­mi­sha, któ­remu bar­dzo się to nie po­do­bało.

Święty Krzysz­tof wy­cią­gnął dłoń i chwy­cił nad­gar­stek chłopca swo­imi dłu­gimi pal­cami. – Gów­niarz ście­bie jesz­cze, co nie? Dał­bym ci dwa­na­ście, na­wy­żej trzy­na­ście.

– E tam, to pra­wie fa­cet. – Gal­low­gate po­ło­żył wy­ta­tu­owane ra­mię na bar­kach chło­paka i uśmiech­nął się prze­bie­gle do star­szego męż­czy­zny. – Jajka ci już opa­dły, Mungo?

Chło­pak nie od­po­wie­dział. Wie­dział, że wi­szą so­bie, po­marsz­czone i bez­sen­sowne. Jakby miały opaść, to niby gdzie?

– Ła­piesz? Jajka, we worku. – Gal­low­gate lekko trą­cił jego kro­cze.

– Nie wiem – od­parł Mungo i zgiął się w ochron­nej po­zy­cji.

Męż­czyźni za­re­cho­tali, a chło­piec spró­bo­wał do nich do­łą­czyć, ale było sły­chać, że to wsty­dliwy śmiech, o pół se­kundy spóź­niony. Święty Krzysz­tof roz­kasz­lał się ha­ła­śli­wie, Gal­low­gate zaś lek­ce­wa­żąco od­wró­cił się do okna. – Za­dbamy o cie­bie, Mungo, nic sie nie mart. Be­dzie za­bawa, a po­tem za­wie­ziesz mamci świeżo rybke.

Mungo roz­ma­so­wał otarte jajka i przy­po­mniał so­bie znowu o tym, jak le­żał na sercu Po-Mo.

– Ano. Twoja mam­cia to do­bra ko­bita. Mało już ta­kich zo­stało. – Gal­low­gate za­czął ob­gry­zać skórkę wo­kół pa­znok­cia na palcu wska­zu­ją­cym i wy­plu­wać ją na pod­łogę. Na­gle wy­jął pa­lec z ust. – Dasz spoj­rzeć? – Za­nim Mungo zdą­żył za­pro­te­sto­wać, męż­czy­zna wło­żył dłoń pod jego prze­ciw­desz­czową kan­gurkę. Za­czął ją pod­no­sić, a po­tem roz­bie­rać chłopca. – No, dajże rzu­cić okiem.

Mungo uniósł ra­miona i po­zwo­lił tam­temu ścią­gnąć so­bie górę, aż ny­lo­nowy ma­te­riał za­krył mu twarz, ką­piąc wszystko w przy­ćmio­nym nie­bie­skim świe­tle. Nic nie wi­dział, ale sły­szał obu męż­czyzn i ich ury­wane od­de­chy: wcią­gnęli ze smut­kiem po­wie­trze, na­stą­piła se­kunda prze­rwy, a póź­niej do­bie­gło go wes­tchnię­cie. Pa­lec Gal­low­gate’a, śli­ski od śliny tam, gdzie męż­czy­zna go ob­gry­zał, do­tknął czer­nie­ją­cego sińca na piersi Munga, na­stęp­nie chło­pak po­czuł, jak prze­suwa się od mostka, wo­kół krzy­wi­zny naj­niż­szego że­bra, ni­czym ołó­wek kar­to­grafa kre­ślą­cego mapę. Gal­low­gate trą­cił jego mo­stek i wci­snął pa­luch w si­niaka, tak jakby spraw­dzał jego wraż­li­wość. Mungo skrzy­wił się i skrę­cił, ucie­ka­jąc przed do­ty­kiem. Ścią­gnął kan­gurkę z po­wro­tem w dół, pe­wien, że na jego twa­rzy po­ja­wił się pie­kący ru­mie­niec. Gal­low­gate po­krę­cił głową. – Straszna sprawa. Twoja mam­cia mó­wiła nam, ja­kie żeś miał kło­poty z tymi cho­ler­nymi Fe­nia­nami. Ka­to­licy, cho­pie. Wilki w owczej skó­rze.

Mungo pró­bo­wał o tym nie my­śleć.

– Nic sie nie mart – uśmiech­nął się Gal­low­gate. – Wy­rwiemy cie z tej dzielni. Urzon­dzimy se nor­malny men­ski łi­kend i jesz­cze zro­bimy ście­bie mensz­czy­zne, nie?

Prze­sie­dli się na na­stępny au­to­bus, po­tem na jesz­cze je­den, a na na­stępną prze­siadkę cze­kali pra­wie trzy go­dziny. Znaj­do­wali się te­raz da­leko za Loch Lo­mond i Mungo za­czął po­dej­rze­wać, że męż­czyźni sami nie mają po­ję­cia, gdzie są. Wszystko wo­koło wy­glą­dało mu tak samo.

Obaj pi­jacy za­le­gli w za­ro­ślach kol­co­li­stu za bla­szaną budą przy­stanku au­to­bu­so­wego i wy­kań­czali ostat­nie za­pasy ten­nenta. Co ja­kiś czas Gal­low­gate prze­rzu­cał opróż­nioną puszkę nad ży­wo­pło­tem na wiej­ską dróżkę i py­tał chło­paka, czy nie nad­jeż­dża au­to­bus. Mungo sprzą­tał śmieć i mó­wił, że nie, nic nie wi­dać.

Mimo słońca po­czuł dreszcz i po­zwo­lił, żeby mię­śnie jego twa­rzy swo­bod­nie drgały, wolny od zdzi­wio­nych spoj­rzeń i otwar­tych ust nie­zna­jo­mych. Kiedy był sam, pró­bo­wał so­bie w ten spo­sób ulżyć, wy­czer­pać do cna ner­wowe na­pię­cie po­wo­du­jące ten tik, ale ni­gdy mu się nie udało.

Tu­taj na wsi było zim­niej. Ospałe pół­nocne słońce wy­da­wało się tkwić w jed­nym miej­scu na nie­bie, lecz jego cie­pło na­tych­miast wy­kra­dał upo­rczywy wiatr wie­jący z wą­wo­zów. Za­częło mu ciek­nąć z nosa, mimo że rano mógł się spa­lić na słońcu.

Usiadł na ziemi. Na pra­wym ko­la­nie miał strupa, skóra była po­marsz­czona i swę­działa. Spraw­dził, czy nikt nie pa­trzy, a po­tem przy­tknął do niego usta, po­li­zał mocno, żeby zmięk­czyć, po czym ssał, aż jego usta wy­peł­niły się me­ta­licz­nym sma­kiem. Wie­dział, że nie może so­bie za­ufać i za chwilę znów za­cznie li­zać strupa, więc pod­cią­gnął gołe nogi ku piersi i za­krył je brze­giem kan­gurki przed nio­są­cym co­raz mniej cie­pła słoń­cem. Na osie­dlu za­zwy­czaj grzało, to­też nie po­my­ślał, by wziąć ze sobą co­kol­wiek wię­cej niż cien­kie spor­towe spodenki. Po-Mo nie dała mu czasu na spa­ko­wa­nie i nie za­trzy­my­wała go, kiedy kiep­sko ubrany wy­śli­zgnął się z miesz­ka­nia.

Mungo wy­cią­gnął z ple­caka gruby ża­kar­dowy swe­ter i za­ło­żył go pod ny­lo­nową kan­gurkę. Su­cha sze­tlandzka wełna po­ła­sko­tała go prze­lot­nie w twarz. Spraw­dził, że pi­jacy wciąż leżą w za­ro­ślach. Cho­wa­jąc pół twa­rzy w swe­trze, prze­su­nął ję­zy­kiem wzdłuż weł­nia­nych splo­tów. Na­dal pach­niały świe­żym po­wie­trzem, tro­ci­nami i kwa­śną wo­nią amo­niaku z za­sra­nego go­łęb­nika. Przy­po­mi­nały mu o domu. Wci­snął tka­ninę kciu­kiem do otwar­tych ust, za­mknął oczy i na­ci­skał da­lej, aż do udła­wie­nia.

Kiedy nad­je­chał wiej­ski au­to­bus, męż­czyźni byli już nie­źle wsta­wieni. Mungo po­mógł im wejść do środka z tor­bami i węd­kami, a po­tem cze­kał cier­pli­wie, aż Święty Krzysz­tof za­płaci za bi­lety. Pi­jany męż­czy­zna za­chwiał się i wy­cią­gnął z kie­szeni garść sre­bra i mie­dzia­nych drob­nych. Ko­biety o spierzch­nię­tych ustach sa­pały z roz­draż­nie­niem, u ich stóp roz­mra­żały się za­kupy, a Mungo czuł, jak kark za­czyna go pa­lić, kiedy wy­dłu­by­wał mo­nety z za­ci­śnię­tej dłoni Świę­tego Krzysz­tofa i upusz­czał je jedną po dru­giej na po­daj­nik. Po­czuł, że po­wieki za­czy­nają mu drgać, to­też z ulgą po­wi­tał pro­te­sty kie­rowcy: – Do­bra, do­bra, już star­czy. To za dużo, sy­nek. – Z za­kło­po­ta­niem po­my­ślał, że nie po­trafi do­da­wać tak szybko. Rzadko by­wał w szkole, od kiedy Po-Mo znów za­cho­ro­wała na al­ko­hol.

Kie­rowca zwol­nił ha­mu­lec ręczny. Mungo nie po­tra­fił spoj­rzeć wiej­skim ko­bie­tom w oczy, ale ro­ze­śmiał się, sły­sząc, jak Święty Krzysz­tof ta­ra­bani się za nim i ży­czy skwa­szo­nym pa­sa­żer­kom „cu­dow­nego i ra­do­snego dnia”. Gal­low­gate już za­snął na sto­sie przy­bo­rów węd­kar­skich i re­kla­mó­wek. Mungo usiadł z przodu i za­czął sku­bać czarną gu­mową uszczelkę wo­kół okna.

Opa­sły au­to­bus to­czył się po­woli krętą gór­ską drogą. Co ja­kiś czas się za­trzy­my­wał i wy­pusz­czał ni­skie, blade ko­biety pod ich ma­łymi bia­łymi dom­kami. Wy­so­ko­prężny sil­nik mru­czał ko­ły­sankę, aż chło­pak po­czuł, że po­wieki ro­bią mu się cięż­kie po dniu peł­nym wra­żeń. Przy dro­dze po­ja­wiły się oka­la­jące ją so­snowe i ci­sowe za­gaj­niki, a ich ga­łę­zie prze­sie­wały pro­mie­nie słońca pa­da­jące mu na twarz. Mungo oparł głowę o szybę i głę­boko za­snął.

We śnie spo­tkał Ha­mi­sha. Brat le­żał na łóżku na­prze­ciwko po­sła­nia Munga, który po ką­cie, pod ja­kim świa­tło słońca od­bi­jało się od gru­bych szkieł tam­tego, roz­po­znał porę dnia: wcze­sny wie­czór. Ha­mish ła­do­wał so­bie do ust pełne łyżki płat­ków śnia­da­nio­wych, a strużki mleka cze­ko­la­do­wego cie­kły mu na bez­włosą klatkę pier­siową. Mungo le­żał bez ru­chu, spo­koj­nie ob­ser­wu­jąc brata. Czer­pał ra­dość z ta­kich chwil, kiedy mógł pa­trzeć na ko­goś, kto nie wie­dział, że jest pod­glą­dany. Ha­mish uśmie­chał się do sie­bie. Lewa strona jego twa­rzy marsz­czyła się, gdy chło­pak prze­wra­cał kartki ko­lo­ro­wego ma­ga­zynu. Mungo do­strze­gał wy­ma­lo­wane, ścią­gnięte twa­rze na­gich, roz­kra­czo­nych ko­biet, które od­po­wia­dały Ha­mi­showi gry­ma­sami. Gdy jed­nak z po­wro­tem prze­niósł wzrok na twarz brata, oka­zało się, że to Ha­mish mu się przy­gląda. Już się nie uśmie­chał. – Po­wiedz mi, Mungo: to szy­sko moja wina?

Gal­low­gate obu­dził go gwał­tow­nym szarp­nię­ciem. Do gór­nej wargi męż­czy­zny przy­kle­iła się lepka, na wpół wy­schnięta ślina. Chło­pak przez chwilę nie wie­dział, czy tam­ten się uśmie­cha, czy na niego war­czy.

Gdy wy­ta­czali się z au­to­busu, Święty Krzysz­tof na­cią­gnął so­bie kostkę i upadł w trawę na po­bo­czu. Na tym od­cinku drogi pod gę­stym bal­da­chi­mem olch stało zie­lone, wil­gotne i duszne po­wie­trze. Święty Krzysz­tof wił się po ziemi, przy­ci­ska­jąc ma­ry­narkę do pta­siej piersi. – Czemu żeś nas nie obu­dził! – ry­czał wście­kle, a w ką­ci­kach jego ust zbie­rała się piana. – Że­śmy so o mile od na­szej pier­do­lo­nej drogi!

– Nie wiem, do­kąd je­dziemy. Wszystko wy­gląda tak samo.

Gal­low­gate zro­bił krok na­przód, tak jakby miał ochotę ude­rzyć chło­paka, a Mungo in­stynk­tow­nie się cof­nął, za­sła­nia­jąc się ra­mio­nami.

– Do kurwy nę­dzy. – Od­dech tam­tego śmier­dział kwa­śno pi­wem i snem. – Spo­kój. Nima już o co drzeć ryja. – Męż­czy­zna dźwi­gnął siatki z ziemi i za­rzu­cił je so­bie na ra­mię, po czym ru­szył spa­ce­ro­wym kro­kiem w kie­runku, z któ­rego przy­je­chał au­to­bus, środ­kiem drogi, rzu­ca­jąc wy­zwa­nie każ­demu kie­rowcy. – Jak że­śmy so mile w plecy, to sie le­piej, kurwa, ru­szajmy.

Tą drogą naj­wy­raź­niej rzadko jeź­dziły sa­mo­chody, ale Mungo i Święty Krzysz­tof wle­kli się bez­piecz­nie po­bo­czem. Ich ba­gaże za­cze­piały o kol­cza­ste pędy je­żyn. Chło­pak za­piął błę­kitną kan­gurkę aż pod szyję, a po­tem wy­żej, za­kry­wa­jąc rów­nież usta. Wtu­lił głowę w wy­soki koł­nierz tak, że na ze­wnątrz po­zo­stała tylko para spusz­czo­nych oczu, mru­ga­ją­cych w takt ner­wo­wego tiku.

Po czter­dzie­stu mi­nu­tach mar­szu Święty Krzysz­tof za­czął ję­czeć: siatki wpi­jały mu się w palce, a buty od gar­ni­turu za­częły ocie­rać jego su­che jak pa­pier pięty. Gal­low­gate ob­rzu­cił ich gniew­nym spoj­rze­niem jak oj­ciec, który nie może skło­nić dzieci, by się grzecz­nie za­cho­wy­wały. Szarp­nął Munga za ra­mię i zmu­sił go do wy­sta­wie­nia kciuka w kie­runku nad­jeż­dża­ją­cych sa­mo­cho­dów, mimo że w za­sięgu wzroku nie było żad­nych po­jaz­dów, po czym ze­śli­zgnął się z na­sypu, a star­szy męż­czy­zna po­dą­żył za nim, nie­ustan­nie uskar­ża­jąc się na swój los. Za­le­gli za ka­mien­nym mur­kiem, tym­cza­sem Mungo cze­kał przy pu­stej dro­dze, usi­łu­jąc zła­pać oka­zję. Nic nie je­chało, ani z jed­nej, ani z dru­giej strony. Da­leko przed nim drogę blo­ko­wało stado owiec.

Mungo nie wie­dział, która go­dzina, ale pod bal­da­chi­mem olch zro­biło się chłodno. Jego na­gie go­le­nie za­częły si­nieć, więc ścią­gnął kan­gurkę i za­ło­żył rę­kawy na nogi, a gdy zro­biło mu się zim­niej w że­bra niż w nogi, znów ją roz­piął i za­ło­żył z po­wro­tem na górę. Mi­nęła go­dzina, po­tem dwie, lecz na szo­sie nie po­ja­wiły się żadne sa­mo­chody. Usły­szał za ka­mien­nym mu­rem syk ko­lej­nych otwie­ra­nych pu­szek z pi­wem. Święty Krzysz­tof wsta­wał co ja­kiś czas, by rzu­cić mu słowa za­chęty. – Ano, do­brze se ra­dzisz, sy­nek. Na­prawde świet­nie!

Ko­bieta o mę­skim wy­glą­dzie naj­wy­raź­niej po­czuła się wstrzą­śnięta wi­do­kiem chłopca sto­ją­cego na środku drogi. Jej za­sko­cze­nie ustą­piło miej­sca lę­kowi, a po­tem roz­cza­ro­wa­niu, kiedy zza murku wy­gra­mo­liło się dwóch pi­ju­sów. Mungo stał z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem przed jej brą­zową ładą, unie­moż­li­wia­jąc jej ucieczkę. Wy­glą­dał nie­po­ko­jąco, szcze­rząc się z ulgą w sła­bym bla­sku re­flek­to­rów.

Wła­ści­cielka auta nie po­zwo­liła żad­nemu z nich usiąść z przodu. Mungo, ści­śnięty na tyl­nym sie­dze­niu po­mię­dzy ob­cymi męż­czy­znami, cie­szył się, że ich ciała go ogrze­wają. Po­si­nieli od al­ko­holu, a nuta torfu w ich od­de­chu sko­ja­rzyła mu się z zi­mo­wym ogni­skiem. Chłód po­zba­wił go ja­kie­go­kol­wiek po­czu­cia nie­za­leż­no­ści, więc bez wa­ha­nia po­zwo­lił, żeby ści­snęli go mię­dzy sobą. Gal­low­gate si­lił się na uprzejme uwagi, a Mungo słu­chał, jak fa­cet wal­czy z wła­snym ję­zy­kiem, pró­bu­jąc wy­ma­wiać każde słowo wy­raź­nie. Po­pro­sił ko­bietę, by pod­wio­zła ich do miej­sca, gdzie droga wio­dła przez ob­ni­że­nie te­renu, do dziury w ogro­dze­niu, za którą błot­ni­sty szlak pro­wa­dził do je­ziora. Mungo wi­dział, że to miej­sce trudno by­łoby zna­leźć na­wet w świe­tle dnia, a co do­piero o ta­kim fio­le­to­wym zmierz­chu, jaki wła­śnie za­pa­dał.

Ko­bieta pro­wa­dziła po­woli. Naj­wy­raź­niej bała się męż­czyzn na tyl­nym sie­dze­niu i wo­lała nie prze­ga­pić prze­rwy w ogro­dze­niu, żeby nie spę­dzić z nimi ani chwili dłu­żej, niż to ko­nieczne. Mungo za­uwa­żył, że jej oczy co i rusz wę­drują ku we­wnętrz­nemu wstecz­nemu lu­sterku, i za każ­dym ra­zem, kiedy ich wzrok się spo­ty­kał, po­sy­łał jej swój naj­lep­szy uśmiech ze szkol­nego zdję­cia.

– Ni­gdy w ży­ciu nie wi­dzia­łem owiec – oświad­czył.

Ko­bieta uśmiech­nęła się, być może tylko z grzecz­no­ści. Co­kol­wiek ro­bił Mungo, wy­da­wało się ją krę­po­wać. Jej skóra wy­glą­dała na wy­gar­bo­waną, tak jakby pra­co­wała na wie­trze i desz­czu. Na jej no­sie tkwiły oku­lary w ro­go­wych opraw­kach. Miała na so­bie ręcz­nie ro­biony swe­ter z wzo­rem z wysp Aran. Do tego skrom­nego stroju za­ło­żyła na­szyj­nik z pe­reł. Mungo ob­ser­wo­wał, jak ko­bieta po­śpiesz­nie wpy­cha bi­żu­te­rię pod swe­ter.

– Nie je­ste­śmy spo­krew­nieni – po­wie­dział ci­cho. – To kum­ple mo­jej matki. Za­bie­rają mnie na węd­kar­ski week­end.

– Cu­dow­nie – od­po­wie­działa, ale jej ton zdra­dzał, że tak nie my­śli.

– Ano. – Po­czuł na­gły przy­mus, by opo­wie­dzieć tej snobce wię­cej o so­bie, swo­ich to­wa­rzy­szach i celu ich po­dróży. – Są ano­ni­mo­wymi al­ko­ho­li­kami. Pew­nie mam­cia po­my­ślała, że tro­chę świe­żego po­wie­trza po­służy nam wszyst­kim.

Ko­bieta w swe­trze z Aran pa­trzyła na niego o se­kundę za długo. Sa­mo­cho­dem za­rzu­ciło, kiedy koła zła­pały po­bo­cze. Czyjś kciuk (a może to była ta­nia pla­sti­kowa za­pal­niczka?) wbił mu się ostrze­gaw­czo w gołą nogę. Naj­wy­raź­niej Gal­low­gate wo­lał, żeby dzie­ciak prze­stał ga­dać. Mungo sły­szał sa­pa­nie Świę­tego Krzysz­tofa. Star­szy męż­czy­zna cmo­kał z prze­ję­ciem, ni­czym sto­jąca przed skle­po­wym re­ga­łem go­spo­dyni, która nie może uwie­rzyć w pod­wyżkę cen mleka.

Wle­kli się tak przez kilka mil, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc zna­leźć punkt za­pa­mię­tany przez Gal­low­gate’a, gdy jed­nak w końcu do­tarli do prze­rwy w ogro­dze­niu, wy­glą­dała do­kład­nie tak, jak ją opi­sał. Ko­bieta ści­snęła to­rebkę mię­dzy ko­la­nami, za­nim ich wy­pu­ściła, po czym od­je­chała z ry­kiem sil­nika, pod­czas gdy oni ogar­niali swoje ba­gaże, siatki z pi­wem i torby z żyłką węd­kar­ską.

– Na­denta cipa. My­ślał żem, że se ukrenci to per­łowe ucho – ode­zwał się Gal­low­gate i za­chi­cho­tał.

Święty Krzysz­tof dy­go­tał przy pło­cie. Wciąż cmo­kał z prze­ję­ciem. – Mungo, nie po­wi­nien żeś tyle o nas ga­dać.

Mungo ode­rwał wzrok od nik­ną­cych w od­dali tyl­nych świa­teł. – Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem. – Od­pro­wa­dzał Po-Mo na spo­tka­nia AA na Hope Street tyle razy, że do­sko­nale orien­to­wał się w za­sa­dach do­ty­czą­cych ano­ni­mo­wo­ści.

– Co s tobo? – za­py­tał Gal­low­gate. – Młody tyko se traj­ko­tał.

Święty Krzysz­tof dy­go­tał te­raz jak szkie­let w we­so­łym mia­steczku. Wy­mam­ro­tał pod no­sem: – Mó­wie tyko, żeś nie po­wi­nien ni­komu tak psuć re­pu­ta­cji.

Gal­low­gate spoj­rzał bacz­nie na trzę­są­cego się to­wa­rzy­sza. Na jego ma­ry­narce wi­dać było ślady błota po po­pa­sie w za­ro­ślach, a białe spor­towe skar­pety, jak z pa­kietu „dzie­sięć za pią­taka”, miały czarne ob­wódki ku­rzu z drogi. Na ob­tar­tych bu­tami pię­tach wid­niały pur­pu­rowe pę­che­rze. Wy­ta­tu­owany męż­czy­zna po­krę­cił głową. – Bym nie po­my­ślał, że masz wo­gle ja­koś re­pu­ta­cje. – Wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki paczkę cia­stek Wa­gon Wheel i wrę­czył ją chłopcu z po­ro­zu­mie­waw­czym mru­gnię­ciem, tak jakby prze­pra­szał za sta­rego pi­jaka. Mru­gnię­cie ozna­czało, że Gal­low­gate uważa go za w po­rządku chło­paka i że mu­szą ścier­pieć Świę­tego Krzysz­tofa ra­zem.

Ro­biło się późno. Kiedy scho­dzili nad je­zioro, Mungo po­my­ślał, że jego to­wa­rzy­sze to dziwna, nie­do­brana para. Wie­dział jed­nak, że al­ko­hol to wielki ni­we­la­tor róż­nic, który po­trafi po­łą­czyć zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cych lu­dzi. Wi­dział we wła­snym domu, jak kom­plet­nie różni go­ście gro­ma­dzą się so­li­dar­nie wo­kół po­siłku przy­nie­sio­nego z baru. Przy­po­mi­nał so­bie wszyst­kie te ciotki i wuj­ków, któ­rych jego matka go­ściła, a po­tem sta­czała się z nimi pod stół. Lu­dzie, na któ­rych nie spoj­rza­łaby na­wet na ulicy, sta­wali się naj­bliż­szą ro­dziną, gdy wy­mie­nili czeki z za­sił­kiem dla bez­ro­bot­nych na ćwiartkę bursz­ty­no­wego płynu.

Nad je­zioro nie pro­wa­dziła żadna wy­raźna ścieżka: na ziemi roz­po­ście­rał się dy­wan skrzy­pów. W ostat­nich pro­mie­niach fio­le­to­wego zmierz­chu Gal­low­gate prze­my­kał po­mię­dzy brzo­zami, zsu­wa­jąc się ku je­zioru, któ­rego jesz­cze nie było wi­dać. Święty Krzysz­tof zo­stał z tyłu. Mungo sły­szał, jak star­szy męż­czy­zna mam­ro­cze do sie­bie, i za­trzy­my­wał się od czasu do czasu, by uśmiech­nąć się do na­bur­mu­szo­nego to­wa­rzy­sza, ale tam­ten tylko sta­wał i dłu­bał w omsza­łej ko­rze, jakby go fa­scy­no­wała.

Mungo pra­wie ni­gdy nie wy­jeż­dżał z mia­sta, a już na pewno ni­gdy nie był w miej­scu, gdzie zie­leń wy­da­wała się roz­cią­gać bez końca we wszyst­kie strony. Kie­dyś zna­lazł się na za­pusz­czo­nych po­lach nie­da­leko Gar­tham­lock, ale tam było pełno wy­pa­lo­nych wra­ków sa­mo­cho­dów oraz po­roz­pru­wa­nych ka­nap i nie dało się bie­gać po tra­wie bez stra­chu, że czło­wiek nie ro­ze­tnie so­bie kostki. Te­raz kiedy szli przez las, aż mu się za­krę­ciło w gło­wie na myśl, że przed nim była tu za­pewne tylko garstka lu­dzi. W brzo­zo­wym za­gaj­niku pa­no­wała ci­sza, nie było sły­chać pta­ków ani zwie­rzą­tek prze­my­ka­ją­cych przez po­szy­cie. Nie­ska­zi­telna przy­roda ko­iła zmy­sły chło­paka.

Zna­leźli po­bie­lałą czaszkę i ko­ści sta­rej owcy. Gal­low­gate prze­su­nął pal­cami po za­krzy­wio­nych ro­gach i wy­ja­śnił, że to był ba­ran, „owczy fa­cet”. Mungo po chwili po­szu­ki­wań wy­grze­bał z kie­szeni kan­gurki jed­no­ra­zowy apa­rat, który dała mu sio­stra, z fil­mem w po­ło­wie wy­pstry­ka­nym na głu­pie uję­cia Jo­die eks­pe­ry­men­tu­ją­cej z ob­ciętą sa­mo­dziel­nie grzywką. Je­dy­nym dźwię­kiem, jaki roz­le­gał się te­raz w za­gaj­niku, było „skrzyp-skrzyp” prze­su­wa­ją­cej się kli­szy. Flesz za­trzy­mał w ru­chu ko­ły­szące się li­ście. Na­wet Święty Krzysz­tof prze­stał na­rze­kać.

Prze­cięli mroczną po­lanę, idąc gę­siego. Gal­low­gate kuc­nął i po­ka­zał Mun­gowi, jak wy­glą­dają po­krzywy, a kiedy do­tarli do miej­sca, gdzie roz­cią­gało się całe mo­rze tych ro­ślin, wsa­dził so­bie go­ło­no­giego chło­paka na plecy i ru­szył przez pa­rzące za­ro­śla ni­czym osio­dłany muł. Za­rżał, gdy jego wy­głupy przy­pra­wiły chło­paka o bul­go­czący śmiech. Im moc­niej Mungo się śmiał, tym szyb­ciej męż­czy­zna ga­lo­po­wał, aż wrza­ski ra­do­ści od­biły się echem od gę­stych ko­ron drzew, a Gal­low­gate ciężko dy­szał.

Kiedy gołe nogi Munga ob­jęły Gal­low­gate’a w pa­sie, chło­pak uznał to w pierw­szej chwili za dość dziwne uczu­cie, ale po­tem po­czuł się bez­piecz­nie na ple­cach męż­czy­zny. Gdy zaś ten po­sta­wił go z po­wro­tem na ziemi, roz­tarł mu go­le­nie i roz­grzał ko­ści. Mungo za­sta­na­wiał się, czy wcze­śniej nie zro­zu­miał jego za­cho­wa­nia opacz­nie. Spoj­rzał za sie­bie, jed­nak nie zo­ba­czył ani nie usły­szał za nimi Świę­tego Krzysz­tofa. Gal­low­gate nie wy­da­wał się tym szcze­gól­nie prze­jęty: od­kaszl­nął, splu­nął mię­dzy pa­pro­cie i żwawo ru­szył da­lej.

Słońce cho­wało się już za wzgó­rzami, kiedy do­tarli nad wodę. Wy­szli z gę­stego lasu i na­gle otwarło się przed nimi je­zioro, nieco zbyt wiel­kie jak na gust Munga. Po­szedł po­woli ku brze­gowi.

Dzień koń­czył się fe­erią barw, a gdy mięk­kie fio­lety i od­cie­nie brzo­skwi­nio­wego znik­nęły już za ho­ry­zon­tem, Mungo się za­smu­cił: dla­czego nie przy­byli tu wcze­śniej? Od­chy­lił głowę i za­czął cho­dzić w kółko: w gó­rze ciem­nie­jący błę­kit nieba prze­szy­wały lek­kie cy­try­nowe smugi. Do tej pory nie wie­dział, że niebo po­trafi być tak ko­lo­rowe – albo nie zwra­cał na to uwagi. Czy kto­kol­wiek w Glas­gow pa­trzył w górę?

Wes­tchnął ci­cho z po­dzi­wem. Cały ten prze­piękny spek­takl na nie­bie od­bi­jał się w wo­dach je­ziora, tak jakby matka na­tura cheł­piła się swo­imi moż­li­wo­ściami. Gal­low­gate uśmiech­nął się z dumą. – Cze­kaj, aż przyj­dzie noc. Żeś jesz­cze nie wi­dział ta­kiego czar­nego nieba.

Męż­czy­zna za­pro­po­no­wał Mun­gowi, że weź­mie go na ba­rana, tak żeby chło­pak mógł zo­ba­czyć drugi brzeg, za­nim znik­nie cał­ko­wi­cie w mroku nocy. Pa­trząc z tej wy­so­ko­ści, Mungo my­ślał so­bie, że je­zioro musi być sze­ro­kie na ja­kieś dwie mile, ale za to dłu­gie chyba na sto.

Prze­ciwny brzeg ob­rę­biony był krzep­kimi wzgó­rzami, któ­rych stoki wy­da­wały się roz­prute, tak jakby skały spod spodu roz­darły samą ich tkankę. Cały barwny kra­jo­braz wy­glą­dał na po­ła­tany i usiany cęt­kami. Mun­gowi zda­wało się, jakby pa­górki zo­stały przy­kryte wiel­kim wy­tar­tym dy­wa­nem, a omszała zie­leń i bure brązy – miej­scami prze­tarte, od­sła­niały szary gra­nit, tak jakby ta skała sta­no­wiła pod­szewkę ziemi. Na tym tle ro­sły roz­siane kępy fio­le­to­wych wrzo­sów i zło­tych kol­co­li­stów, a tu i ów­dzie le­żały małe łaty bia­łego śniegu, trwa­jące upar­cie w naj­głęb­szych szcze­li­nach.

Po le­wej je­zioro zni­kało z wi­doku, po pra­wej zaś skrę­cało le­ni­wie i cho­wało się za ścianą so­sen. Mungo oce­niał w my­ślach, że jest więk­sze od jego osie­dla, a może na­wet więk­sze niż całe Glas­gow.

Dwa razy w ży­ciu wi­dział mo­rze, któ­rego wody przez cały czas ko­ły­sały się i bu­rzyły. Tu jed­nak fale wę­dro­wały le­ni­wie, a po­wierzch­nia lśniła nie­ru­chomo ni­czym w ka­łuży. Pra­wie nic się nie po­ru­szało poza ro­jami czar­nych mu­szek, la­ta­ją­cymi ni­sko i przy­cią­ga­ją­cymi głodne ryby, które wzbu­dzały na ta­fli kręgi fal. Je­zioro wy­glą­dało na głęb­sze i chłod­niej­sze niż w naj­śmiel­szych za­ło­że­niach Munga. Pa­no­wała tu smutna at­mos­fera za­po­mnie­nia i spo­koju. Ci­sza wy­da­wała się kryć liczne ta­jem­nice.

Gal­low­gate opu­ścił chłopca na zie­mię. Roz­tarł zzięb­nięte plecy Munga, a na­stęp­nie ru­szył po­mię­dzy roz­łu­pane skały oka­la­jące brzeg. W po­kryty mchem stok wzgó­rza wci­śnięto tu stos to­por­nie ocio­sa­nych ka­mieni, przy­po­mi­na­ją­cych nieco sza­łas. Mungo do­strze­gał rów­no­le­głe ściany, zruj­no­wane wej­ście i prze­ciw­le­głą ścianę szczy­tową. Na ze­wnątrz sza­łasu było miej­sce na ogni­sko i usta­wione w pół­kole więk­sze głazy – sie­dzi­ska. W cie­niach brzę­czały żar­łoczne muszki.

– Przy­wyk­niesz do nich – oświad­czył Gal­low­gate, wrę­cza­jąc chłopcu wielki liść szcza­wiu. – Na­trzyj tym nogi i szy­sko be­dzie w po­rzonku.

Mungo tarł od­sło­nięte go­le­nie, aż po­zie­le­niały i stały się śli­skie od chlo­ro­filu, nie znie­chę­ciło to jed­nak gry­zą­cych much.

Święty Krzysz­tof wy­kuś­ty­kał spo­mię­dzy drzew. Opadł ciężko na ka­mie­nie przy brzegu je­ziora i za­nu­rzył stopy w lo­do­wa­tej wo­dzie. Jego kan­cia­sta syl­wetka odziana w szary tweed wy­glą­dała jak jesz­cze jedna nad­brzeżna skała.

Gal­low­gate za­rzą­dzał roz­bi­ja­niem obozu wo­kół ka­mien­nego kręgu ogni­sko­wego. Zdjął modną ny­lo­nową bom­berkę, a ko­lana jego wło­skich dżin­sów szybko za­mo­kły, kiedy roz­pa­ko­wy­wał stos pla­sti­ko­wych sia­tek. Wy­jął z ple­caka dwa na­mioty, które wy­glą­dały, jakby ich ścianki zro­biono z pa­pieru. Dwu­oso­bowy roz­bił we­wnątrz po­rzu­co­nego sza­łasu, a drugi, mniej­szy, po prze­ciw­nej stro­nie obozu, na su­chym, żwi­ro­wym pod­łożu, zda­wało się – jak naj­da­lej od pierw­szego. Mungo po­ma­gał wbi­jać za­krzy­wione śle­dzie w zie­mię ka­wał­kiem krze­mie­nia. – Czy te na­mioty nie po­winny stać bli­żej sie­bie?

Gal­low­gate spoj­rzał na chłopca i po­krę­cił głową z uśmie­chem, który miał wy­glą­dać przy­jaź­nie, ale był cał­ko­wi­cie po­zba­wiony cie­pła. Mun­gowi wy­da­wało się, że po­mię­dzy cien­kimi war­gami do­strzega nie­bez­pieczny błysk zę­bów. Być może ten męż­czy­zna – tak jak Ha­mish – nie lu­bił, kiedy pod­wa­żano jego au­to­ry­tet.

– Nie. Le­piej po­sta­wić go da­leko od ognia – od­parł Gal­low­gate. Cof­nął się, by na­piąć od­ciąg, po czym szarp­nął za niego, żeby spraw­dzić na­prę­że­nie. – Nie chcesz se po­oglon­dać gwiazd?

STY­CZEŃ, PRZED­TEM

Dwa

Ich matka na pewno już nie żyła. Mi­nęły po­nad trzy ty­go­dnie, od kiedy dzieci wi­działy ją po raz ostatni, więc Mungo wy­obra­żał so­bie naj­bar­dziej ma­ka­bryczne sce­na­riu­sze. Po-Mo Ha­mil­ton zo­stała zgwał­cona, a na­stęp­nie wy­pa­tro­szona no­żem do ste­ków, na­by­tym przez ja­kie­goś kie­rowcę tira na sta­cji ben­zy­no­wej za ku­pony. Zwią­zano ją, po­tem od­rą­bano końce pal­ców, a w końcu wrzu­cono jej na­gie ciało do zim­nej, sło­na­wej rzeki Clyde. Mungo cho­dził za sio­strą z po­koju do po­koju, snu­jąc naj­czar­niej­sze wi­zje.

– Po pro­stu wiem, że nie żyje.

– Może tak – od­po­wia­dała ko­jąco Jo­die. – A może za­ba­lo­wała tylko na ko­lej­nej po­pi­ja­wie.

– Ale co, je­żeli nie żyje?

Jo­die wes­tchnęła. – Ro­zej­rzyj się. Nie mamy tyle szczę­ścia.

Dzie­ciaki znów wró­ciły ze szkoły do pu­stego domu i jesz­cze bar­dziej pu­stej lo­dówki. Jo­die ob­ser­wo­wała, jak jej brat cho­dzi w tę i we w tę przed oknem wy­ku­szo­wym, wy­obra­ża­jąc so­bie wszyst­kie po­twor­no­ści, ja­kie mo­gły się przy­tra­fić ich matce, wy­mie­nia­jąc po­wody, dla któ­rych po­winni iść na po­li­cję. Mieli na so­bie jed­na­kowe szkolne mun­durki: gra­na­towe swe­try i pa­sia­ste, bor­dowo-złote kra­waty, tyle że Mungo owi­nął so­bie kra­wat wo­kół głowy ni­czym ban­daż, by zła­go­dzić uczu­cie swę­dze­nia na twa­rzy.

– Spier­da­lała z domu już wcze­śniej – stwier­dziła Jo­die. – Pa­mię­taj, z kim masz do czy­nie­nia.

Po­de­szła do miej­sca, gdzie jej brat wy­dep­ty­wał ko­le­iny w dy­wa­nie. Ob­jęła go ra­mio­nami, pró­bu­jąc ukoić ło­po­ta­nie w jego piersi. Był od niej młod­szy tylko o rok, ale ostat­nio wy­strze­lił w górę. Za­czął ro­snąć późno, mimo to już był wyż­szy od sio­stry pra­wie o głowę. Jo­die oparła po­li­czek o jego kark, który wy­da­wał się pa­rzyć. – W każ­dej chwili może wejść przez tamte drzwi.

Mungo zwró­cił brą­zowe oczy ku drzwiom, a drga­jący mię­sień pod jego le­wym okiem nada­wał te­raz al­fa­be­tem Morse’a. Sio­stra chwy­ciła go za brodę i siłą od­wró­ciła jego głowę. Był jak pies: po­tra­fił wpa­try­wać się w coś go­dzi­nami, chyba że ktoś mu prze­szko­dził.

Przy­ci­snęła palce do jego twa­rzy. Le­ka­rze ra­dzili jej nie zwra­cać uwagi na jego tik, upew­nić się tylko, że do­staje dość pre­pa­ra­tów z ma­gne­zem, i cze­kać, aż z tego wy­ro­śnie... ale czas mi­jał i nic się nie zmie­niało. Jo­die wąt­piła, czy kie­dy­kol­wiek mu się po­prawi. Te­raz zda­rzało się to czę­ściej. Nos mu się marsz­czył, a po­tem Mungo za­czy­nał mru­gać, tak jakby ktoś ba­wił się prze­łącz­ni­kiem prądu w jego mó­zgu. Je­żeli był szcze­gól­nie za­nie­po­ko­jony albo zmę­czony, tik ob­ja­wiał się jako szar­pa­nie lub drga­nie mię­śni na jego le­wym po­liczku. Mungo na­uczył ją, gdzie na­ci­snąć, żeby zła­go­dzić lub cał­kiem usu­nąć ob­jawy. Co prawda było to tylko pla­cebo – Jo­die po pew­nym cza­sie zro­zu­miała, że lu­bił, kiedy go do­ty­kano.

Te­raz znów dra­pał się po po­liczku. Skórę miał tam po­draż­nioną i ob­tartą. Sio­stra za­pro­te­sto­wała kpiąco: – Prze­stań szo­ro­wać swoją zdrapkę, bo zo­sta­nie ci bli­zna, haaa-ha.

– Nie mogę się po­wstrzy­mać.

Na gór­nej war­dze miał świeżą rankę. Za­czy­nał sku­bać to miej­sce, kiedy otar­cie na twa­rzy sta­wało się zbyt bo­le­sne. – Och, na li­toś bo­sko. Toć skoń­czy się to tak, że całą twarz bę­dziesz miał w stru­pach i bli­znach, jak ten ko­leś z mię­snego.

Młod­szy brat Jo­die był – nie­ty­powo – dość przy­stojny. Nie pre­zen­to­wał tę­pej ani su­ro­wej mę­sko­ści w stylu pił­ka­rza ama­tora, nad­mier­nie cheł­pli­wej i try­ska­ją­cej te­sto­ste­ro­nem, do ja­kiej aspi­ro­wali chłopcy w jej wieku. Mungo miał wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe i de­li­katne brwi, za które Jo­die – ze swo­imi py­za­tymi po­licz­kami i za­dar­tym no­sem – mo­głaby za­bić. Do tego brą­zowe oczy, otu­la­jące roz­mówcę cie­płym, nie­śmia­łym spoj­rze­niem: kiedy opusz­czał wzrok, każdy chciał, by chło­pak po­pa­trzył na niego jesz­cze raz. Je­żeli ko­muś udało się go do tego na­kło­nić, otrzy­my­wał na­tych­mia­stową na­grodę w po­staci ostroż­nego uśmie­chu, któ­rym Mungo po­tra­fił so­bie zjed­ny­wać lu­dzi. Jego nie­po­rządna czu­pryna spra­wiała, że ko­biety miały ochotę mu mat­ko­wać.

W dzie­ciń­stwie po­słusz­nie wy­stę­po­wał w roli pana mło­dego pod­czas za­ba­wo­wych ślu­bów or­ga­ni­zo­wa­nych przez sio­strę. Jo­die drę­czyła go nie­ustan­nymi żą­da­niami, a Mungo, za­wsze zgodny, pod­po­rząd­ko­wy­wał się jej. Stał nie­ru­chomo, pod­czas gdy Jo­die i An­gie Harms snuły się wo­kół niego, owi­nięte brud­nymi we­lo­nami zro­bio­nymi z fi­ra­nek Po-Mo. Spę­dził wiele po­po­łu­dni, klę­cząc i wgry­za­jąc się w gumki do wło­sów, które dziew­czyny za­kła­dały na swoje dzie­cięco pulchne uda jako imi­ta­cje pod­wią­zek.

Był tak ła­godny, że dziew­częta czuły się przy nim swo­bod­nie. Chciały zro­bić z niego zwie­rzątko do­mowe. Ta de­li­kat­ność nie­po­ko­iła jed­nak in­nych chło­pa­ków.

Mungo za­wsze był naj­bar­dziej uro­dziwy z ca­łego ro­dzeń­stwa. Jego brat i sio­stra mieli ta­kie same kasz­ta­nowe włosy i lekko śniadą cerę, urodę tak od­mienną od ich bla­dej, my­siej matki. Kiedy Ha­mish chciał wku­rzyć Po-Mo, ma­wiał, że po­dobne od­cie­nie ich skóry i wło­sów świad­czą o tym, że przy­naj­mniej wszy­scy mieli jed­nego ojca i odzie­dzi­czyli po nim coś wię­cej niż tylko na­zwi­sko. Jo­die mu­siała przy­znać, że Mungo do­stał naj­lep­szy ka­wa­łek. Piegi i nieco zie­mi­sta cera nie przy­da­wały urody ani jej, ani Ha­mi­showi, na­to­miast skóra Munga miała tak kre­mową barwę, że chciało się ją jeść łyż­kami.

Jo­die wi­działa wnę­trze glas­gow­skiej ka­te­dry tylko raz. Po­zwo­lono jej wy­brać się na tę jedną szkolną wy­cieczkę, po­nie­waż mo­gła tam do­trzeć na pie­chotę, a wstęp był za darmo. Pod­czas gdy inne dziew­częta wy­jęły ze­szyty do re­li­gii, żeby od­bi­jać na kart­kach za­byt­kowe pła­sko­rzeźby tech­niką fro­tażu, Jo­die zna­la­zła okno z wi­tra­żem przed­sta­wia­ją­cym Świę­tego Ken­ti­gerna, zna­nego wśród glas­gow­czy­ków jako Święty Mungo. Tu­taj przed­sta­wiono go jako me­lan­cho­lij­nego chłopca, dzier­żą­cego w ob­ję­ciach tłu­stego ło­so­sia. Świę­temu wy­raź­nie było przy­kro, że ryba nie żyje. Jo­die pa­trzyła, jak po­po­łu­dniowe świa­tło roz­sz­cze­pia się, pa­da­jąc przez wi­ze­ru­nek świę­tego na za­ku­rzoną pod­łogę ka­te­dry, i my­ślała o bra­cie. To był spo­kojny wi­traż, a po­stać na nim wy­da­wała się sa­motna. Jo­die wes­tchnęła wtedy głę­boko: ży­cie z Po-Mo tak rzadko było rów­nie upo­rząd­ko­wane!

Kiedy byli młodsi i Po-Mo za­brała ich na za­kupy na Duke Street, ja­kieś ko­biety przy­sta­nęły, by po­dzi­wiać Munga. – Pa­trz­cie no, jaki ca­cany chło­pa­czek.

Ha­mish sta­nął wtedy przed bra­tem i od­parł: – Dzię­kuję, pa­niu­siu, pani też nie­źle wy­gląda.

Mniej zgrabna z ko­biet za­cmo­kała z dez­apro­batą i po­wie­działa: – No nie, sy­nek, nie ty. O nim mó­wimy! Cudny jes.

Mungo nie­na­wi­dził ta­kich sy­tu­acji. Nie lu­bił, gdy ktoś mu się przy­glą­dał. Wie­dział, że kiedy wrócą do domu, Ha­mish spu­ści mu manto, we­pchnie po­mię­dzy ramę łóżka i bo­aze­rię, a po­tem bę­dzie na nim stał, aż się znu­dzi.

Jo­die pu­ściła twarz brata. – Kiedy czu­jesz, że chce ci się sku­bać po­li­czek albo wargę, usiądź na rę­kach.

– Daj spo­kój, i tak się ze mnie śmieją. Wi­dzisz, jak sia­dam na rę­kach, kiedy twarz mi wa­riuje? W żad­nym, kurwa, ra­zie. – Mungo po­chy­lił się do przodu i pod­niósł sio­strę z pod­łogi, za­rzu­cił ją so­bie na ra­miona jak ple­cak i za­niósł chi­cho­czącą do wą­skiej kuchni. Opu­ścił ją przed ku­chenką. – Na­kar mie, ko­bieto.

Wy­cią­gnęła dwa palce i dźgnęła go pod że­bra. – Nie pa­suje ci taka gów­niana gadka, więc jej nie pró­buj. Haaa-ha.

Jo­die Ha­mil­ton miała wła­sny ner­wowy tik, cho­ciaż ni­gdy by się do niego nie przy­znała. Mógł ujść uwagi po­stron­nych jako wy­raz afek­ta­cji albo dziew­czę­cego zde­ner­wo­wa­nia, ale po nie­któ­rych zda­niach par­skała bul­go­czą­cym śmie­chem – „haaa-ha” – zwy­kle w nie­ocze­ki­wany spo­sób. Ten dziwny od­głos za­czy­nał się sap­nię­ciem, a koń­czył pi­skiem. Pró­bo­wała zwy­kle od­gryźć mu koń­cówkę, tak jakby miał ogon, który mo­głaby zła­pać zę­bami. Gdy Mungo za­czy­nał mru­gać, wy­wo­ły­wało to u wi­dzów współ­czu­cie, ale kiedy Jo­die wy­bu­chała śmie­chem, lu­dzie mó­wili jej, żeby wzięła się w garść.

Mungo wie­dział, że była bez­silna wo­bec tego od­ru­chu, który po­ja­wiał się w naj­mniej od­po­wied­nich mo­men­tach. Wi­dział, jak to krę­po­wało jego sio­strę. Po-Mo ma­wiała na­to­miast, że Jo­die robi to, żeby zwró­cić na sie­bie uwagę. „Haaa-ha-ha”. Po­tra­fiła za­sko­czyć ko­biety w sen­nych urzę­dach pocz­to­wych lub spra­wić, że cały gang chu­li­ga­nów co­fał się o krok. Mungo uwa­żał, że to wspa­niałe, dużo lep­sze niż jego wier­ce­nie się i dra­pa­nie po twa­rzy, bo roz­mówcy za­wsze pod­cho­dzili do niego bli­żej, żeby mu się przyj­rzeć. Tym­cza­sem tik Jo­die dzia­łał jak czy­sta ma­gia: od­py­chał od niej lu­dzi.

Mungo uwiel­biał pa­trzeć, jak prze­ka­zuje złe wie­ści.

Pew­nego po­ranka zna­la­zła na śmiet­niku Par­szywca, prę­go­wa­nego kota pani Camp­bell. Le­żał mar­twy, sztywny i po­kryty lar­wami. Owi­nęła trupka w swe­ter od mun­durka i za­stu­kała do drzwi pani Camp­bell. Obie spła­kały się rzew­nymi łzami nad cia­łem bied­nego, nie­ży­wego zwie­rzę­cia. Pani Camp­bell dra­pała łyse miej­sce po­mię­dzy jego brą­zo­wymi uszami, a Jo­die ro­niła wiel­kie łzawe gluty na jej ko­szulę. – Tak mi przy­kro, prosz­pani – dła­wiła się pła­czem. – Od razu było wi­dać, na­wet po ciemku. Chyba na­żar sie trutki na szczury, bo koło jego po­ciesz­nej mordki była śmier­dzonca ka­łuża rzy­go­win. Haaa-ha-ha! – Jo­die nie po­tra­fiła się po­wstrzy­mać od śmie­chu na­wet w naj­gor­szych chwi­lach.

U Ha­mi­sha ni­gdy nie za­ob­ser­wo­wano żad­nego tiku. Kiedy Po-Mo roz­cie­rała plecy Munga, żeby uśmie­rzyć jego lęki, chło­pak wi­dział, jak jego brat pa­trzy na nich spode łba, i za­sta­na­wiał się, czy Ha­mish nie czuje się nieco od­rzu­cony. Rzadko mógł li­czyć na spe­cjalne względy ze strony matki. Może po­wi­nien mieć rze­czy­wi­ście nie­zwy­kły tik, na przy­kład pstry­kać prze­łącz­ni­kiem od czaj­nika elek­trycz­nego po mi­lion razy. Mungo wy­obra­żał so­bie Ha­mi­sha włą­cza­ją­cego i wy­łą­cza­ją­cego lampę nad sto­łem, pod­czas gdy po­zo­stali pró­bo­wali jeść ko­la­cję. W każ­dym ra­zie gdyby miał ja­kiś tik, to z pew­no­ścią naj­bar­dziej uciąż­liwy z ca­łego ro­dzeń­stwa. A może by­łoby to coś, co Mungo wi­dział w te­le­wi­zji: chło­pak z Bor­ders wy­wrza­sku­jący naj­bar­dziej wul­garne rze­czy, kiedy lu­dzie naj­mniej się tego spo­dzie­wali: „Pier­do­lo­na­ci­pa­dziu­ra­jaja!” w ko­ściele czy „Ru­sz­du­pęw­ło­cha­ta­pizdo!” w ga­bi­ne­cie le­ka­rza. Taki tik wy­da­wał się zu­chwały i gwał­towny, więc ide­al­nie pa­so­wał do Ha­mi­sha.

Jo­die roz­wią­zała wę­zeł kra­wata owi­nię­tego wo­kół głowy Munga i przyj­rzała się jego nie­pew­nej mi­nie. – Co tam się ko­tłuje w tym twoim cho­mi­czym móżdżku?

– Na­prawdę my­ślisz, że Po-Mo może w każ­dej chwili wró­cić do domu?

– Nie wiem, Mungo. Py­ta­łam we­te­ry­na­rza, ale nie dał mi za­ło­żyć jej ob­roży.

– Mo­gła­byś być wo­bec niej mil...

– Nie dał mi jej też wy­ste­ry­li­zo­wać. – Jo­die chwy­ciła dwie grube kromki bia­łego chleba z po­jem­nika na pie­czywo, po czym po­sma­ro­wała je mar­ga­ryną i opró­szyła cu­krem. Zło­żyła je w ka­napkę i po­dała bratu. – Może za­szedł­byś do Ha­mi­sha i za­py­tał, czy się z nią nie wi­dział? W każ­dym ra­zie do­brze by było, gdyby jak naj­szyb­ciej przy­wlo­kła tu swój cho­lerny ty­łek. Ina­czej gmina wy­pier­doli nas na bruk.

– Na­prawdę?

– No wiesz, ofi­cjal­nie tra­fisz do przy­tułku dla bez­dom­nych, a mnie wy­sta­wią na ulicę. Ale ła­piesz, o co mi cho­dzi. – Jo­die na­peł­niła dwa kubki wodą z kranu. – Da­lej uwa­żasz, że jest naj­lep­szą ma­mu­nią na świe­cie?

Spę­dzili resztę po­po­łu­dnia na od­ra­bia­niu pracy do­mo­wej. Jo­die szybko upo­rała się ze swo­imi za­da­niami, a po­tem po­mo­gła bratu. Ry­so­wał psz­czołę i po­my­lił pod­pisy pod tu­ło­wiem i od­wło­kiem. Z fru­stra­cją wy­darła mu ze­szyt i zro­biła wszystko za niego, oglą­da­jąc wie­czorne wia­do­mo­ści. Uczyła się we­dług tego sa­mego pro­gramu za­le­d­wie dwa­na­ście mie­sięcy wcze­śniej. Na­ry­so­wała psz­czołę ide­al­nie, pra­wie nie pa­trząc na pa­pier.

– Mungo Ha­mil­to­nie! – ma­wiał czę­sto jego na­uczy­ciel wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie. – Jak to sie stało, żeś nie wy­rós na ta­kiego jak twoja sio­stra? – Ten mały Na­po­leon miał grzywę si­wych lo­ków, które od­gar­niał na wszyst­kie strony w na­dziei, że zrobi na kimś wra­że­nie. Mó­wił szorst­kim glas­gow­skim dia­lek­tem, lecz Mungo wie­dział, że uda­wał go, by wy­paść przed dzie­cia­kami z East Endu na au­ten­tycz­nego glas­gow­czyka i pod­po­rząd­ko­wać je so­bie sa­mym brzmie­niem głosu, przy­po­mi­na­ją­cym ich oj­ców. Wielu na­uczy­cieli ro­biło w ten spo­sób, po­nie­waż ich po­prawna, bry­tyj­ska an­gielsz­czy­zna śmier­działa uprzy­wi­le­jo­wa­niem i za­wsze wy­wo­ły­wała falę szy­derstw, kiedy pod­no­sili głos, pró­bu­jąc kon­tro­lo­wać klasę. Męż­czy­zna za­bęb­nił pię­ścią o czoło Munga, tak jakby spraw­dzał ka­dłub prze­cie­ka­ją­cej ło­dzi. – Czemu żeś nie wy­rós na ta­kiego jak Jo­die? – Pan Gil­le­spie prze­rwał na chwilę, bo lu­bił, jak za­pa­dała krę­pu­jąca ci­sza, za­nim ode­słał Munga do ławki mach­nię­ciem krót­kiej ręki. – Szy­scy­ście so inni od tego tam Ha­mi­sha, a to już cuś.

Mungo z ra­do­ścią po­zwo­lił, żeby Jo­die od­ro­biła pracę do­mową za niego, pod­czas gdy on sie­dział przy ra­diu i na­gry­wał li­stę prze­bo­jów na ka­setę. Kiedy się tym znu­dził, zna­lazł w ku­chen­nej szu­fla­dzie ba­lon i na­dmu­chał go, a po­tem ra­zem z Jo­die ko­pali go mię­dzy sobą, tak żeby nie do­tknął dy­wanu. Raz czy dwa sio­stra mach­nęła nogą zbyt mocno i prze­wró­ciła się, po­nie­waż miała na so­bie zwę­żaną spód­niczkę. Kiedy le­żała na pod­ło­dze, za­no­sząc się śmie­chem, Mungo sia­dał na jej piersi i uda­wał, że wy­pluwa jej ślinę na twarz. Nie si­ło­wali się jed­nak, a w końcu ich wzrok padł z po­wro­tem na te­le­wi­zor. Mungo sie­dział przez chwilę na sio­strze, a ona mu na to po­zwa­lała, aż za­czy­nało jej być za ciężko albo mu­siała w końcu wstać i iść się wy­si­kać. Ina­czej spóź­ni­łaby się na swoją zmianę w Ga­ri­baldi’s Café. Mungo wie­dział, że bę­dzie te­raz biec przez całą Ar­ma­dale Street, żeby Enzo nie wrzesz­czał na nią po wło­sku przez całe dwa­dzie­ścia mi­nut. Mimo to wo­lała pod­bi­jać ten głupi ba­lon i ro­ze­drzeć so­bie naj­lep­szą spód­niczkę na szwie tylko po to, żeby jej brat nie czuł się bez niej sa­motny. Była dla niego do­bra bez po­wodu.

– Co ro­bisz dzi­siaj wie­czo­rem? – za­py­tała.

– Może se kapke po­spa­ce­ruje.

– Po­wi­nie­neś zna­leźć so­bie ja­kichś przyja... – Za­mil­kła, wi­dząc jego drga­jące po­wieki.

Sta­nął na ba­lo­nie, pró­bu­jąc spra­wić, żeby ten pękł.

– Słu­chaj, nie wra­cam dzi­siaj wie­czo­rem do domu po swo­jej zmia­nie. Nie martw się, znajdę cię ju­tro w po­rze lun­chu i zjemy ra­zem. Obie­cuję.

– Do­kąd idziesz po Ga­ri­bal­dim?

– Nie twoja sprawa. – Po­szedł za nią, ob­ser­wu­jąc, jak wkłada do szkol­nego ple­caka różne dziwne rze­czy: lo­kówkę, pla­ster na od­ci­ski i ak­sa­mitną su­kienkę, którą wcze­śniej wy­pra­so­wała i po­wie­siła od środka na drzwiach ła­zienki. – Zo­staję na noc u jed­nej z dziew­czyn, z któ­rymi cho­dzę na hi­sto­rię.

– Ale u kogo?

Po­stu­kała się w ko­niec nosa. Munga ogar­niała pa­nika, a jego sio­stra wi­działa to wy­raź­nie, ni­czym pod­ska­ku­jącą po­krywkę na garnku z go­tu­jącą się zupą. – Nie je­stem Po-Mo. Wrócę ju­tro, przy­rze­kam.

– Okej. – Pró­bo­wał nie sku­bać twa­rzy, ale nie po­tra­fił się po­wstrzy­mać.

Po wyj­ściu Jo­die Mungo sta­nął w oknie i jesz­cze bar­dziej mar­twił się o Po-Mo. Żeby za­bić czas, wy­cią­gnął szki­cow­nik. Gdy jego dłoń uno­siła się nad kartką, za­po­mi­nał o so­bie. To Jo­die za­uwa­żyła to jako pierw­sza. Pew­nego dnia, roz­draż­niona jego ti­kami, dała mu je­den ze swo­ich no­tat­ni­ków i na wpół po­gry­ziony nie­bie­ski dłu­go­pis. Kiedy nie mógł się skon­cen­tro­wać albo za­czy­nał się sku­bać, otwie­rała mu no­tat­nik na czy­stej stro­nie, a on kre­ślił na niej wiel­kie, roz­le­głe wzory. Ni­gdy nie ry­so­wał po­staci. Za­czy­nał w jed­nym rogu i wę­dro­wał po bia­łej kartce, do­póki nie wy­peł­nił jej gra­na­to­wym tu­szem, ukła­da­ją­cym się w mi­sterne, wi­ru­jące, po­łą­czone, ża­kar­dowe de­se­nie. Wy­glą­dały jak pa­wie pióra, ry­bie łu­ski czy też pędy blusz­czu, wy­ra­sta­jące wo­kół sie­bie, do­póki nie za­jęły ca­łej strony. Jego umysł for­mo­wał ta­kie piękne wzory, ozdobne jak tka­nina z Bay­eux lub pro­ste jak ko­ronki z Ayr­shire.

Dziś jed­nak nie po­tra­fił sku­pić się na pu­stej stro­nie. Jego my­śli upar­cie krą­żyły wo­kół matki.

Wła­śnie na­de­szła ko­lej Po-Mo, żeby sprzą­tać na klatce scho­do­wej, co ozna­czało, że obo­wią­zek ten spadł na jego sio­strę. Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie Mungo pa­trzył, jak sio­stra smyrga do wej­ścia na klatkę i prze­myka po scho­dach, za­nim któ­ry­kol­wiek z są­sia­dów otwo­rzy drzwi i za­cznie ją opie­przać za ha­łasy. Chło­pak są­dził, że to nie fair: Jo­die za­su­wała z wy­wie­szo­nym ję­zy­kiem, a wszystko to tylko dla­tego, że miała cipkę.

Po­nie­waż nie miał nic lep­szego do ro­boty, na­lał wody do bla­sza­nego wia­dra i wpu­ścił do niej parę kro­pel na­le­żą­cego do Jo­die szam­ponu z od­żywką. Za­czął na naj­wyż­szym pię­trze, przed drzwiami pana Don­nelly, i umył wszyst­kie ka­mienne stop­nie do sa­mego dołu. Na klatce od razu roz­niósł się tro­pi­kalny za­pach z ra­do­snymi nu­tami ko­kosa i tru­skaw­ko­wej gumy do żu­cia, ale mop stał się śli­ski, a Mungo mu­siał kilka razy prze­trzeć pod­łogę na pię­trze, żeby zli­kwi­do­wać wszyst­kie bą­belki.

Ha­mil­to­no­wie miesz­kali na trze­cim pię­trze czte­ro­pię­tro­wej czyn­szo­wej ka­mie­nicy z pia­skowca. Klatka scho­dowa nie była spe­cjal­nie piękna, lecz do­brze utrzy­mana, i każdy z lo­ka­to­rów miał za punkt ho­noru wy­ło­że­nie przed drzwiami czy­stej wy­cie­raczki. Na każ­dym pię­trze znaj­do­wały się dwa miesz­ka­nia, a na pół­pię­trach wsta­wiono wi­tra­żowe okna w pro­sty wzór w karo, wpusz­cza­jące świa­tło od peł­nego zie­leni po­dwó­rza i rzu­ca­jące ła­godne oliw­kowe i in­dy­gowe plamy na ka­mienne schody.

Wy­lał per­fu­mo­waną wodę do rynsz­toka, ob­ser­wu­jąc grupki pro­te­stanc­kich mło­dzia­ków włó­czące się po ulicy. Mimo wil­got­nego chłodu mieli roz­pięte kurtki i zwie­szali chude ra­miona, pre­zen­tu­jąc non­sza­lancką, wy­lu­zo­waną po­stawę. Wszy­scy bez wy­jątku no­sili fry­zury z prze­dział­kiem na środku, a włosy zwi­sały im nad oczami ni­czym cięż­kie, na­że­lo­wane za­słony.

– Mungo! – wrza­snęli za nim, marsz­cząc i krzy­wiąc twa­rze ni­czym wy­żęte ścierki.

Gdy wcho­dził z po­wro­tem na górę, An­nie Camp­bell stała na swoim pię­trze. Po­cie­rała stopą o ka­mienną pod­łogę, a mo­ka­syn jej męża wy­da­wał kle­iste, ssące dźwięki. – Och! Mungo, sy­nek, czym żeś ty to umył?

– Szam­po­nem, psze pani. – Za­wsze lu­bił pa­nią Camp­bell. Kiedy byli młodsi, czę­sto pie­kła cia­sta. Gdy w ja­kiś dżdży­sty dzień usły­szała, że ba­wią się na klatce, da­wała im po ka­wałku placka z ro­dzyn­kami i opo­wia­dała, jak bar­dzo tę­skni za swo­imi sy­nami, już do­ro­słymi, któ­rzy wy­je­chali na po­łu­dnie za pracą. Mungo wie­dział, że pan Camp­bell pra­co­wał kie­dyś w stoczni Yar­row. Mimo to chło­pak nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć, żeby są­siad kie­dy­kol­wiek wy­cho­dził do pracy, od kiedy That­cher wstrzy­mała fi­nan­so­wa­nie tu­tej­szego prze­my­słu stocz­nio­wego. Te­raz pan Camp­bell gnił w fo­telu przed te­le­wi­zo­rem, a dzie­ciaki Ha­mil­to­nów prze­my­kały pod ścia­nami, kiedy mi­jały się z nim na klatce.

Pani Camp­bell od­gar­nęła Mun­gowi włosy z twa­rzy. – Na­prawde, sy­nek, do­bry chło­pak ście­bie, ale mało roz­gar­nienty. – Po­grze­bała w kie­szeni far­tu­cha i po­dała mu garść cy­try­no­wych drop­sów, skle­jo­nych w jedną słodką masę.

– Żem nie wi­działa two­jej mamci od duż­szego czasu. Szy­sko z nio w po­rządku?

Mungo ode­rwał ka­wa­łek od lep­kiej klu­chy sło­dy­czy. Nie pa­trzył na nią.

Pani Camp­bell za­cmo­kała z na­my­słem, po czym ob­jęła jego chude że­bra szorst­kimi dłońmi. – Zro­bił­byś do­bry uczy­nek? Żem przy­wy­kła go­to­wać dużo na obiad i ni­gdy do­brze nie wy­mie­rze, od kiedy chło­paki wy­je­chali. Wpad­byś na chwilke na mie­lone? Serce by mie pen­kło, jak­bym miała to wy­rzu­cić na śmieci. – Zro­biła minę ma­jącą świad­czyć o tym, że mar­no­wa­nie je­dze­nia na­prawdę mo­głoby się dla niej źle skoń­czyć.

Mungo po­my­ślał o panu Camp­bellu. Nie cho­dziło o to, że go nie lu­bił, to ra­czej roz­miary męż­czy­zny prze­ra­żały każ­dego dzie­ciaka, który zna­lazł się w jego cie­niu. Wiele lat temu za każ­dym ra­zem, kiedy wy­wie­szał się z okna i ru­gał jed­nego ze swo­ich sy­nów, wszyst­kie inne dzie­ciaki prze­ry­wały za­bawę i zwie­szały głowy, przez chwilę ża­łu­jąc bied­nego ma­łego Camp­bella, ska­za­nego na ta­kiego ojca. Coś w panu Camp­bellu spra­wiało, że Mungo, do­ra­sta­jący pod nie­obec­ność do­ro­słego męż­czy­zny w domu, czuł się ner­wowo.

Dla­tego te­raz, mimo że był głodny, po­krę­cił głową. – Nie, dzię­kuję, psze pani.

Ko­bieta cmok­nęła po­tę­pia­jąco. Zła­pała go za rękę i wcią­gnęła do miesz­ka­nia. Może na oko wy­da­wała się wiotka ni­czym pa­sma mgły nad mo­rzem, ale w rze­czy­wi­sto­ści była twarda jak gra­nit z Aber­deen. – Nie da sie po do­broci? No to tera sie cinżko ob­raże, jak po­gar­dzisz mojo wy­żerko.

Po czym po­pro­wa­dziła go do sa­lonu. Miał taki sam kształt jak sa­lon u Ha­mil­to­nów, tyle że znaj­do­wał się pię­tro ni­żej. Pani Camp­bell lu­biła pa­lić, ale nie otwie­rała okien. Mungo sły­szał kie­dyś, jak pyta, dla­czego mia­łaby mar­no­wać coś, za co za­pła­ciła nie­złe pie­nią­dze.

Kiedy we­szli do po­koju, pan Camp­bell nie ode­rwał wzroku od te­le­wi­zora. Na ekra­nie le­ciała po­wtórka naj­waż­niej­szych mo­men­tów z wy­ści­gów char­tów w Ayr. Mungo pa­trzył, jak dłu­gie, chude psi­ska go­nią me­cha­nicz­nego kró­lika, roz­ci­na­jąc war­stwy mżawki.

Pani Camp­bell po­pchnęła chłopca na wła­sny fo­tel. Roz­ło­żyła mały sto­lik, blo­ku­jąc Mun­gowi moż­li­wość ucieczki, a sama po­szła pod­grzać obiad. Na ścia­nie nad ko­min­kiem wi­siała cała ko­lek­cja zdjęć mło­dych Camp­bel­lów, ni­czym swego ro­dzaju po­klat­kowa ani­ma­cja, do­ku­men­tu­jąca każdy etap w ży­ciu dzieci. Uśmiech­nięci, do­bro­duszni chłopcy szcze­rzyli się do obiek­tywu raz do roku na mar­mur­ko­wym błę­kit­nym tle u szkol­nego fo­to­grafa. Byli przy­naj­mniej dzie­sięć lat starsi od Munga, który nie pa­mię­tał ich zbyt do­brze, ale zdję­cia za­pew­niały mu pełny prze­gląd ich ży­cia: zęby mleczne, szczerby po zę­bach, pierw­sze zęby stałe, zęby ze szpa­rami i me­ta­lowe. Oglą­dał nie­śmiało roz­chy­lone usta ze srebr­nymi apa­ra­tami or­to­don­tycz­nymi, a po­tem sze­ro­kie, pewne uśmie­chy mło­dych lu­dzi, któ­rzy od­nie­śli suk­ces. Mungo z za­że­no­wa­niem do­tknął swo­ich ust. Po-Mo nie wie­rzyła w sztukę sto­ma­to­lo­gii.

– Twoja matka znowu zni­kła? – Pan Camp­bell nie pa­trzył na chłopca.

– Ano.

– Tera to ko­bity same nie wie­dzo, czego chco. Za dużo do wy­boru. Na pewno sie po­każe, jak jej garło prze­schnie.

– Tak pan my­śli?

– Ano. – Pan Camp­bell skrzy­wił się, wi­dząc wy­niki wy­ścigu. – Ten wasz Ha­mish zna­laz już prace?

– Nie.

Męż­czy­zna za­my­ślił się na chwilę. – Ano tak. Glas­gow sie skoń­czyło. Ani we­ngla, ani stali, ani ro­boty na ko­lei, ani w pier­do­lo­nych stocz­niach. – Wy­su­nął za­baw­nie żu­chwę, ale nie prze­stał oglą­dać wy­ści­gów. – Po­wiedz mu, że pan Camp­bell ra­dzi mu za­cion­gnońć sie do ma­ry­narki. Niech po­prosi o przy­dział do Fa­slane, a po­tem wje­dzie jed­nym stych ato­mo­wych okren­tów pod­wod­nych pro­sto w cipe That­cher.

Mungo za­chi­cho­tał ner­wowo. – Cho­dzi panu o dupę Johna Ma­jora?

Pan Camp­bell wy­krzy­wił się po­ro­zu­mie­waw­czo. – Star­czy tych okren­tów dla ca­łej bandy.

Na­wet Mungo wie­dział, że Mar­ga­ret That­cher nie jest pre­mierką już od ład­nych paru lat, ale i tak każda gniewna roz­mowa o bez­ro­bo­ciu i przy­szło­ści kon­cen­tro­wała się na niej. Pan Gil­le­spie po­wie­dział w szkole, że Mar­ga­ret That­cher miała za­miar zli­kwi­do­wać cały prze­mysł ciężki w Glas­gow. An­giel­ski rząd był sfru­stro­wany ro­snącą po­tęgą związ­ków za­wo­do­wych i zmę­czony sub­sy­dio­wa­niem Szko­cji, by mo­gła kon­ku­ro­wać z tań­szą siłą ro­bo­czą z za­gra­nicy. Na­uczy­ciel mó­wił, że to ka­ta­strofa, gdy jed­no­cze­śnie po­zba­wia się pracy wiele po­ko­leń z tych sa­mych ro­dzin: wy­cho­wani do ob­róbki stali męż­czyźni rdze­wieli bez za­ję­cia, a całe spo­łecz­no­ści, które wy­ro­sły wo­kół prze­my­słu stocz­nio­wego, nie miały źró­dła utrzy­ma­nia. Pan Gil­le­spie na­ry­so­wał na ta­blicy kon­cen­tryczne koła, jak fale w ka­łuży, i spró­bo­wał skło­nić uczniów, by wy­mie­nili szer­sze efekty wpływu po­li­tyki pani That­cher na mia­sto: na przy­kład kiedy za­mknięto ko­pal­nie, ucier­piały sklepy mię­sne i wa­rzyw­niaki, a także sprze­dawcy uży­wa­nych sa­mo­cho­dów. Do­dał jesz­cze jedno: nie dość, że to kon­ser­wa­ty­ści za­mor­do­wali Glas­gow, to jesz­cze do­wo­dziła nimi An­gielka, a to była po­tworna obe­lga. Dla­czego na­brała ochoty na wy­ka­stro­wa­nie glas­gow­skich męż­czyzn? Wy­pra­co­wa­nie na ty­siąc słów na po­nie­dzia­łek za ty­dzień.

Kiedy Mungo za­py­tał Jo­die, co to zna­czy „wy­ka­stro­wa­nie”, od­parła, że pan Gil­le­spie wy­pił za dużo. Że gdyby u wła­dzy był męż­czy­zna, ni­gdy nie pod­jąłby tak trud­nych de­cy­zji, przed ja­kimi sta­nęła That­cher. Po­tem zaś za­py­tała Munga, czy chciałby pra­co­wać na przodku w ko­palni wę­gla.

– Nie.

– W ta­kim ra­zie prze­stań, kurwa, zrzu­cać winę na ko­biety. – Jo­die uła­mała od­pry­śnięty ka­wa­łek la­kieru z kciuka. – A poza tym zi­gno­ruj sta­rego su­kin­syna. Tych rze­czy, co mó­wił o That­cher, w ogóle nie ma w pro­gra­mie. Pan Gil­le­spie to mark­si­sta z ob­wi­sło dupo. Sły­szał żeś, że nie­któ­rzy fa­ceci bu­dują so­bie małe mo­dele ko­le­jek w wol­nych po­ko­jach? No to wy­ście są dla niego jak ta­kie małe zie­lone żoł­nie­rzyki. Robi z ta­kiego ga­da­nia swój pro­jek­cik, żeby za­mie­szać w pro­le­ta­ria­cie na East En­dzie, a sam je­dzie for­dem sierro do Marks & Spen­cer w Bi­shop­briggs i ku­puje so­bie ba­gietki i mer­lota.

Chło­pak mu­siał za­cząć mru­żyć oczy, po­nie­waż Jo­die wes­tchnęła. – Ty­dzień temu wi­dzia­łam, jak obie­rał kiwi w po­koju na­uczy­ciel­skim. Niech se w dupe wsa­dzi te bzdury o gło­sie klasy pra­cu­ją­cej.

Mungo za­ło­żyłby się, że sio­stra ni­gdy nie po­wie­dzia­łaby tego panu Gil­le­spie pro­sto w oczy.

Tym­cza­sem pan Camp­bell wciąż ga­dał: – Jak to pier­do­leni An­glicy, nie? Na­rpiew po­zwa­lajo przy­pły­wać tu stat­kom z głod­nymi ir­landz­kimi su­kin­sy­nami, któ­rzy za­bie­rajo cało do­bro prace. A po­tem za­my­kajo firmy i zo­sta­wiajo nas bez pracy na ku­pie z brud­nymi Fe­nia­nami. – Spoj­rzał na Munga oczami ja­snymi i nie­bie­skimi jak czerw­cowe niebo. – Ano, chy­trze se to wy­my­ślili ci An­glicy. Tak sie po­wala szkoc­kiego lwa na ko­lana.