Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Kwidzynie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 114
Rok wydania: 1955
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jules
Supervielle
MŁODY CZŁOWIEK
W NIEDZIELE I W INNE DNI
Tytuł oryginału:
Le jeune homme du dimanche et des autres jours
© Librairie Gallimard, 1955
Posłowiem opatrzył:
Jan Pieszczachowicz
Okładka, strona tytułowa, ilustracje
MAREK PIETRZAK
Redaktor
JOANNA PETRY-MROCZKOWSKA
Redaktor techniczny
BOŻENA KORBUT
Printed in Poland
Wydawnictwo Literackie. Kraków 1977 [nieczytelne]
Drukarnia Wydawnicza, Kraków, ul. Wadowicka 8
Impossibile credibile Vico
(Nauka Nova)
Kiedy myślę o swoich osiemnastu latach, to widzę przede wszystkim ciebie, moja droga przyjaciółko. Twój ojciec, wolnomyśliciel, makler na giełdzie w San Pedro del Chaco, i osobisty wróg wszystkich kalendarzowych świętych, założył się, że da ci na imię Obligacja po udanej sprzedaży papierów wartościowych. I zostałaś zmuszona do noszenia przez całe życie ciężaru tego głupstwa, któremu nieśmiałość twojej matki nie próbowała się nawet przeciwstawić.
Dzięki swojemu wdziękowi i osobowości umiałaś nadać temu niedorzecznemu imieniu taki blask, że dwie lub trzy twoje przyjaciółki dały je własnym córkom. Rodzice innej dziewczynki nazwali ją Akcją, składając w ten sposób pośredni hołd twojej osobie. I nie wiadomo dokąd sięgał twój wpływ.
Tymczasem ty przechadzałaś się po Paryżu z pewnością siebie cechującą Południową Amerykankę, którą cieszy wszystko to, co napotyka na swojej drodze, nawet nieprzewidziane przeszkody. Umiałaś cenić swoje oczy, szyję, sposób chodzenia i piękność, nie będąc przy tym zarozumiałą. Byłaś dumna ze swojego męża, siostry, a także i ze mnie, który byłem przyjacielem domu. I ze wszystkiego, co zdarzało się każdemu z nas. Mówiłaś bardzo szybko w swoim ojczystym języku. To prawda, że mając dwadzieścia jeden lat miałaś już za sobą dwa lata uczenia w szkole w swoim kraju. Nigdy nie widziałem, żebyś szukała słowa, nawet we francuskim języku, w którym popełniałaś błąd za błędem z wielką pewnością siebie i z takim przekonaniem, że w końcu uwierzyłem, że to nie ty, ale gramatyka się myli.
Twój mąż, wspaniały Firmin, w wyniku rozbieżności w łonie partii zrezygnował w szaleństwie z mandatu poselskiego i pozwolił się wysłać do Francji, jak zapewniano, w bardzo ważnej misji, której właściwego celu nigdy nie udało mi się rozszyfrować.
Ukończyłem liceum i zadebiutowałem w literaturze pod nazwiskiem Filip Karol Apestegue. Pisałem wiersze pełne straszliwych banałów, które wydawały mi się bardzo oryginalne, ponieważ wypływały z głębokich wzruszeń, lecz należały bardziej do Lamartine'a, Musseta czy Wiktora Hugo niż do mnie. Twój mąż uważał ten sposób wypowiadania się za niezwykle autentyczny i bez skrępowania napisał w głównym przeglądzie w San Pedro, że jestem poetą, którego oczekiwała Francja.
Zakochałem się prawie natychmiast, Obligacjo, ze wszystkich sił i z całą beznadziejnością, w tobie, która tak uwielbiałaś swojego męża, że napełniało mnie to wdzięcznością i poczuciem winy.
Znałem dotychczas tylko parę kobiet, które ubierały się po to, żeby mężczyźni mieli przyjemność przy ich rozbieraniu. Jak mogła nie zadziwić mnie twoja piękność, prawość i urok sukni zapiętych szczelnie na ciele młodej mężatki?
Prawie tak samo piękna jak ty, lecz bardziej uległa naturze, Dolores z dwoma łukami zbyt gęstych brwi, które przywodziły mi, niestety, na myśl groźnego Marsa i tak paraliżowały całą moją żywotność, że nie mogłem oddać sprawiedliwości zalotnym dołeczkom na policzkach. A tymczasem z każdym dniem pojmowałem lepiej, Obligacjo, że w twojej pięknej głowie nauczycielki szkolnej, wypełnionej regułami bez wyjątków, ułożyłaś sobie, że za jednym zamachem znajdziesz dla mnie żonę, a dla siebie szwagra.
Dał mi tylko jedną lekcję. To sam na sam z mężczyzną nie nauczyło niczego ani mnie, ani jego i zostało postanowione, Obligacjo, że to ty będziesz udoskonalała moją znajomość języka hiszpańskiego.
Pod twoim spojrzeniem pozostawałem w strefie cudowności i niepokoju. Nie udało mi się zrozumieć ani jednego słowa z tego, co mówiłaś, tak czułem się unicestwiony i podniecony swoją miłością. Zbyt nieśmiały, żeby patrzeć ci w twarz, podczas kiedy mówiłaś, wielbiłem spojrzeniem twoje dłonie, nadgarstki, oświadczałem się ramionom, kołnierzykowi, stopom, a nawet całej sukni i bucikom, nie zapominając przy tym o sprzączkach.
Robiłem więc szalone wysiłki, żeby uważniej słuchać; powtarzałem często to, co usłyszałem, i zaciskałem powieki, żeby oczami nie uciekło natychmiast to, co wchodziło do moich uszu nie pobudziwszy odrętwiałej uwagi.
Lecz żeby wykazać Obligacji, że nie zgłupiałem doszczętnie, dałem jej kilka rad dotyczących jej francuskiego. Zwłaszcza jej wymowa szwankowała.
- Doprawdy czytam bardzo niewiele i muszę przy znać, że nic o nim nie słyszałem.
Bardzo zmęczony przygotowywaniem się do egzaminów, a zwłaszcza bezsennością, udałem się kiedyś do moich przyjaciół z San Pedro del Chaco padając ze znużenia. Ponieważ przyszedłem przed nimi, zasnąłem na jednej z ich wspaniałych berżerek tym łatwiej, że zażyłem późno w nocy środek nasenny, który zaczął działać nad ranem. Moi przyjaciele, powróciwszy do domu, utworzyli wokół mojego snu krąg wyrozumienia i przyjaźni. W czasie snu zdarzało się, że pochrapywałem, odwracałem się i pochrapywałem znowu. Lecz poecie wszystko się wybacza. Od czasu do czasu wchodziła pokojówka i pytała, czy można już podawać, lecz przez dwie godziny szanowano mój odpoczynek, nad którym wszyscy czuwali. Nagle wyrwałem się ze snu.
- Dwie i pół godziny — powiedziałem patrząc na zegarek. — I państwo cały czas na mnie czekali? Jakżeż mogłem...
Z trudem wydobywałem się ze snu i czułem, że nie tak łatwo mnie on opuści.
Tymczasem Dolores patrzała na nas z niedowierzaniem tak, jakbyśmy nie byli zdolni do zrozumienia czegokolwiek z tajemnej wiedzy.
Następnej niedzieli poseł zatelefonował, że spóźni się pół godziny na śniadanie. Byliśmy sami, Obligacja i ja. Lutowe słońce promieniało już ciepłem i nadzieją. Poza tym, bardzo wesoły, byłem usposobiony do zrobienia jakiegoś głupstwa. Chciałem wypróbować swoją odwagę, której nie byłem zbyt pewny. Młoda małżonka mówiła do mnie byle co z tym większą płynnością, że wyczuwała jakieś niebezpieczeństwo i to nagromadzenie słów traktowała jako ewentualną obronę. Nie udało mi się słuchać tego, co mówi, i zatopiony w milczeniu poddawałem się coraz bardziej pożądaniu spotęgowanemu brzmieniem jej głosu. Są dni, kiedy wszystko staje się pożywką dla naszego wewnętrznego ognia. Nagle, bez żadnego uprzedniego komplementu rzuciłem się na nią, z nabożną opieszałością jednak, która pozostawiała czas na odparowanie ciosu. Tak jakby odmowa ukochanej była już z góry założona, a nawet nakazana w moim geście, raczej pytającym niż przekonywającym. Lecz kiedy zobaczyłem na jej twarzy zdumienie, pocałowałem ją w pośpiechu gdzieś w okolicę policzka czy szyi, być może w brodę. Ten podwójny szturm wywołał u Obligacji tak gwałtowną wściekłość, że nagle uznała za stosowne przemówić do mnie po francusku, tak jakbym nie zasługiwał na to, żeby zwracała się do mnie w swoim ojczystym języku. Być może chciała mi w ten sposób dać do zrozumienia, że to, co było we mnie karygodnego, należało raczej do Francuza aniżeli do Południowego Amerykanina? W ferworze zrobiła opłakany błąd w tłumaczeniu: „Proszę wyjść, proszę pana — powiedziała do mnie wskazując na drzwi. — Nie będzie pan więcej u mnie pisiał (z hiszpańskiego pisar — stąpać)”.
Ten niedorzeczny hiszpanizm wytworzył nagle między nami groteskową obcość, na skutek której straciłem głowę, i nie tylko głowę, jak to się później okaże.
Wyrzucony za drzwi z domu Obligacji nie mogłem znaleźć niczego na swoje usprawiedliwienie i moje zakłopotanie stało się tak wielkie, że w głębi własnego ja wzbraniałem się przed całkowitym opuszczeniem pokoju. I podczas kiedy moja ludzka postać wraz z kapeluszem i płaszczem znikały na schodach, rdzeń moich myśli (i marzeń) pozostawał za mną, na próżno szukając słów usprawiedliwienia. W trosce o to, żeby nie została odkryta jego obecność, uczepił się mojej zmory z poprzedniej niedzieli tak mocno, że ją ożywił i znalazł w niej schronienie.
W chwili kiedy Firmin wkładał klucz do zamka, zobaczyłem się w wiszącym na ścianie salonu lustrze pod postacią muchy (musca), całkiem zwyczajnej muchy, których tyle jest na świecie. Poruszałem się w powietrzu incognito. Czy mogłem być tego pewny? Mucha w środku zimy; przecież zostanę zauważony! Oto jeszcze jeden dowód mojego roztrzepania. I żeby pomyśleć spokojnie nad nowym stanem, ukryłem się na pustyni sufitu, po którym posuwałem się bez żadnej akrobatycznej umiejętności głową w dół.
Myśląc o gwałtownej reakcji mojej ukochanej mówiłem sobie: „Jak mogłem przypuszczać, że będzie się w jakimś stopniu interesowała moją ludzką skórą, kiedy jej piękna, księżycowa twarz całe swoje światło czerpie z osoby męża?” Trzeba wielkiego roztargnienia i małego poczucia rzeczywistości początkującego poety, żeby myśleć o możliwości takiej przygody. Przez swoją ślamazarność stając się muchą przyjąłem rozwiązanie podsunięte mi przez lenistwo. „Jednakowoż — powiedziałem sobie na swoją obronę — trzeba być wydanym na pastwę straszliwego niepokoju, żeby móc stać się tak małą i pogardzaną istotą, której obecności nawet nikt nie zauważa”.
Towarzyszyłem każdemu poruszeniu się Obligacji, sam będąc nie zauważony, co jest zawsze trochę poniżające — myślałem. Tak jakbym na skutek poniżenia nie przekroczył wszelkich granic rozsądku. Pocieszałem się, jak umiałem najlepiej, mówiąc sobie, że mogę bez trudności latać z jednego miejsca w drugie i zakreśliwszy koło w powietrzu powrócić do punktu wyjścia, co miało swoje zalety. (Jak dotychczas poznałem tylko bardzo umiarkowane radości z latania w balonie na uwięzi w lunaparku). Mówiłem też sobie, że mam za sobą osiemnaście lat ludzkiego życia, że miałem już swoje przyjemności itp. Tymczasem Dolores czytała nadal przy mnie wielką książkę o metamorfozie. Usiadłem jej na ręce, żeby się przypatrzeć. Była tak pochłonięta lekturą, że nawet nie zauważyła mojej obecności i czytała dalej, w przekonaniu, że wiedzę można znaleźć tylko w książkach, podczas kiedy ja proponowałem jej skromną, lecz bardzo prawdziwą lekcję przedmiotu.
Czułem, jak słowa małżonków zapadną głęboko w to, co służyło mi jeszcze za pamięć. Mogłem sobie być muchą, lecz nie pozbyłem się ludzkich kłopotów i zdarzało się, że niepokoiłem się jeszcze moimi egzaminami, moim postępowaniem, moim prawem rzymskim. Wielkość i nędza zaimków dzierżawczych. Chciałem na powrót zabrać się do pracy i czułem się upokorzony tym, że nie mogę nawet odwrócić kartki. Po cóż mam się jeszcze niepokoić przeszłością? Czasami brała mnie ochota, żeby żyć cały dzień życiem muchy i mieć tylko te zmartwienia, które trapią owady. Lecz człowiek działał we mnie nadal, bronił się w małym ciele i nie byłem w stanie się go pozbyć. Uporczywość ludzkiej egzystencji zwiększała moje trudności, ponieważ mogłem podziwiać przez cały dzień Obligację, która nie wahała się rozbierać przed moimi nowymi oczami. W takich chwilach można się przekonać, że zakochany, nawet rażony gromem, jeszcze domaga się swojej części szczęścia i niewiadomego. Tymczasem nie odwracałem oczu od widowiska, które mi ofiarowywała, i wszystko to, co pozostało we mnie z dżentelmena, cierpiało przy odkrywaniu sekretów jej wstydliwości i niektórych ukrywanych tajemnic.
Teraz, kiedy żyłem z nimi w poufałości, mogłem lepiej przekonać się, do jakiego stopnia młodzi małżonkowie się kochali. Zdarzało się, że zaledwie Dolores wyszła na jakiś wykład, moi przyjaciele, zamknąwszy uprzednio drzwi na klucz, oddawali się w środku dnia miłości. Zawsze udawało mi się uciec na czas, z wyjątkiem jednego razu, kiedy musiałem znosić miłość, w której, jak to można było zobaczyć i usłyszeć, nie miałem żadnego udziału. Lecz mimo że moje uczucia były jeszcze uczuciami ludzkimi, mogłem działać tylko jako skromny owad. Odczuwałem to dobrze, kiedy odzywał się dzwonek telefonu i kiedy w roztargnieniu kierowałem się w stronę słuchawki, lecz zanim do niej doleciałem, zatrzymywała mnie obudzona godność ludzka. Unikałem siadania na Obligacji, nawet wtedy kiedy była ubrana, i adorowałem ją z daleka i w ukryciu, w skromnym przebraniu owada. Lecz któregoś pięknego dnia nie mogłem się powstrzymać i powtórzyłem, z trochę lepszym rezultatem, mój wyczyn młodego człowieka i jako mucha usiadłem na jej wilgotnych wargach. Odtrąciła mnie ze strasznym grymasem. Jakim sposobem udało się jej wydobyć tyle brzydoty ze swej czystej twarzy?
W niedługim czasie przybyły do mojego sąsiedztwa w mieszkaniu inne muchy. Widziałem już jedną, która zakreślała wokół coraz węższe kręgi, jakby zapraszając mnie do przerażającego zbliżenia. Ach! droga Obligacjo, czy dowiesz się kiedyś, ile wycierpiałem aż do dnia, w którym zabiłaś mnie uderzeniem sandała...
Odnalazłem się w swoim mieszkaniu, powracając z właściwą mi powolnością do świadomości. Z łokciami opartymi o stół uniosłem niezaprzeczalnie ludzkie powieki.
Jakżeż wspaniale odnaleźć swój własny sytem nerwowy, oddech i krwiobieg, wszystkie skromne, wypróbowane przez osiemnaście lat sługi. Byłem znowu taki, jakim poczęli mnie moi rodzice, i prawie takim, jakim życzyli sobie, żebym był. Coraz dumniejszy ze swojej skóry, nie czułem się nią bardziej obciążony aniżeli przez rejestr sądowy lub raczej dość już przeciążony — psychiczny. Wyciągnąłem nareszcie odzyskane ramiona i nogi i zapaliłem po męsku papierosa.
Postanowienie pierwsze: nigdy już moja noga nie postanie u Obligacji, która zażywa rozkoszy z kimś innym, a nie ze mną. Postanowienie drugie: żeby skończyć z najbliższą przeszłością, zabiję muchę na ścianie. Mucha żywa, mucha martwa... Musiałem zadowolić się jakimś muszyskiem, które prawdopodobnie nie żyło już od zeszłego roku. Nieważne, mój gest powinien zażegnać zły urok. Postanowienie trzecie: otworzyłem słownik na haśle „mucha”, żeby zawrzeć lepszą znajomość z tym, czego doświadczyłem. Czy nie przypominało to początków choroby? Czy nie było naturalnym zbadać mój przypadek w wielkiej księdze? Przeczytałem: „mucha — gatunek dwuskrzydłych owadów z rodziny muchówek”. Zobaczmy teraz „muchówki”: „rodzina dwuskrzydłych owadów, do których należą właściwe muchy”. To były słowa nauki.
Postanowienie czwarte: natychmiast zabiorę się bardzo poważnie do prawa rzymskiego, najbardziej zrównoważonej i wypróbowanej od wieków wiedzy. Jak dotąd traktowałem ją zbyt po amatorsku, co doprowadziło mnie do stanu, w którym stałem się podatny nawet na całkowity zanik mojej ludzkiej postaci. Z jakąż przyjemnością obracałem kartki Rzymskich instytucji sądowych! Lecz odczuwałem jakiś dziwny brak uwagi... Usłyszałem dzwonek u drzwi. A więc świat zewnętrzny istniał nadal! Oczywiście, głupcze. Pospieszyłem otworzyć drzwi, był to listonosz. Rozpoznałem na kopercie pismo Obligacji, która zapraszała mnie „jak zwykle” na śniadanie, nazajutrz w niedzielę.
