44,90 zł
Gdy powinność staje się początkiem pięknego trelu…
Węgierski król Albrecht umiera. Cała Europa zadaje sobie jedno pytanie – kto zostanie następcą?
Jednym z kandydatów na tron jest król polski, Władysław III, przez co na Węgry zostaje wysłane poselstwo. Nieszczęśliwie się składa, że to młody polski szlachcic, Feliks, zostaje wybrany do tej misji. Wyrwany z dotychczas sielankowego życia musi, wbrew swojej woli, wyruszyć w długą podróż. I to zimą. A nawet nie wie, czego właściwie dotyczy to niby-jego poselstwo.
Obca ziemia nie jest Feliksowi łaskawa. Wkrótce po przybyciu dostaje gorączki i zmuszony jest zostać dłużej. Cała ta wyprawa jawi mu się jako ciemna otchłań i jedynym, co ją rozświetla, są momenty spędzone z Piroską – córką właściciela ziemskiego, u którego się zatrzymał. Jej towarzystwo sprawia, że coś mu kołacze w piersi. A gdy dziewczyna się uśmiecha… takich odczuć jeszcze w swoim życiu nie doznał.
Książka urzeka lekkością stylu i autentycznym staropolskim klimatem, dzięki czemu historia wciąga już od pierwszych stron. Autorka z dużą wrażliwością opisuje nie tylko emocje bohaterów, ale też przemyślenia i wewnętrzne rozterki młodego Feliksa, subtelnie pokazując rodzące się między nim a Piroską uczucie. To opowieść, która łączy historyczne tło z poruszającą opowieścią o dojrzewaniu i pierwszej miłości.
Magda Knedler, autorka Medei z Wyspy Wisielców
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 550
Prawa autorskie © Katarzyna Malik, 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być kopiowana i wykorzystywana w jakiejkolwiek formie bez zgody wydawcy i/lub właściciela praw autorskich.
Redaktor prowadząca
Ewelina Bojszczak
Redakcja
Łukasz Piaskowski
Korekta
Joanna Misztal
Opieka promocyjna
Bartosz Wojtaszek
Projekt okładki
Joanna Wasilewska
Projekt typograficzny i łamanie
Justyna Nowaczyk
Elementy graficzne pochodzą z Freepik.com.
Wydanie I
ISBN 978-83-8203-500-1
Wydawnictwo Nowa Baśń
ul. Święty Marcin 77/8a, 61-808 Poznań
telefon: 881 000 125
www.nowabasn.com
Principium
K ról zmarł. Mówią, że na czerwonkę. Ale nie wiem, nie było mnie tam. Podobno wszystkich jego rycerzy dopadło to choróbsko. Wyjątkowo ciężka sprawa… Tym gorzej, że w tym czasie świętej pamięci król (daj mu, Boże, spokój wieczny!) zażartą wojnę z Turkami prowadził. I co z krajem teraz, co z królestwem się stanie, skoro nie ma władcy?
Och, wybaczcie, moi drodzy, że ot tak wam mówię – sądząc po twarzach, spodziewaliście się chyba jakiej weselszej opowiastki do kufla alibo przynajmniej nieco wyjaśnień i wprowadzenia. Całe jednak królestwo i sąsiedztwo się trzęsło, wrząc i dociekając, co tu dalej się przygodzi. Nikt tak właściwie się tego nie spodziewał – tak samo zatem, jak i wy. Nie fakty tu przekazuję, lecz historię opowiadam. A ją czuć także trzeba, słuchać nie starczy!
Gdybyście byli Węgrzynami, to z pewnością nie ucieszyłaby was śmierć króla. Nieważne, czyście go wcale lubili. Jaki by nie był król Albrecht, to bezpieczeństwo królestwu aż do końca zapewniał. Każdy zaś wie, co za sobą bezkrólewie nieszczęsne niesie – oto ziemie jak na srebrnym półmisku wystawione leżą. Nie ma kto ich pilnować, to i zagrabić można, bo są niczyje. Naród bez króla to jak ciało zmysłów pozbawione – żyć będzie jakoś potrafiło, acz niełatwo mu się z innymi komunikować i bronić przed wrogiem zwłaszcza. Na takiego łatwo uderzyć (choć nie do końca to honorowe). Łatwo osłabionego zaatakować… Chyba że się znajdzie kto, co za dłoń weźmie i poprowadzi. Kto taki?
Wbrew temu wszystkiemu nie zostało królestwo do końca samo. Błyszczał w ciemności promyk nadziei dobrej drogi w postaci królowej, wdowy po królu Albrechcie. Pani Erzsébet starała się kraj cały pod swe skrzydła skryć przed kimkolwiek, kto ważyłby się na węgierskie ziemie wkroczyć bez pozwolenia.
Pojawiała się jednak sprawa kolejna, od której uciec nie sposób. Kto na tronie będzie zasiadał? Nie zostawił po sobie król męskiego potomka, jeno dwie królewny. O kolejnym wszakże trzeba wam wiedzieć: była królowa brzemienna, przy czym medycy najznakomitsi przewidywali narodziny chłopca. Jakiż nieład przez to wszystko zapanował! Nawet mnie się od tego w głowie kręcić zaczyna.
Jakby rzeczywiście na świat przyszedł syn królewski i by go koronowano w pełnej i dokładnej procedurze – rozsądne to działanie? Jeżeli by się miało na głównej myśli chęć przedłużenia dynastii i utrzymania panien w stolicy, to jak najbardziej. Inaczej ma się sprawa dla narodu. Dla niego różnicy nie sprawiłoby to wielkiej. Tak właściwie, to tak samo byłoby jak teraz, tyle że Węgry by miały króla – nieświadomą dziecinę, ale koronowaną.
I stąd poczęli ludzie chcieć króla zapożyczyć skądyś. Takiego, żeby potrafił kraju bronić, a też dobry był i ambitny.
Niedaleko Budy, kłębka węgierskich problemów, stała sobie pewna wioska. Nie sposób było dla jej mieszkańców unikać tematu króla. Nowe wieści zaglądały do niej każdego dnia choćby i nieproszone. Tam siedziała młoda dzieweczka w swojej izdebce przed oknem, raz po raz podrywając głowę znad księgi. Patrzyła wówczas na ostatnie jesienne liście, co wirowały na wietrze, oddając się tańcowi raz spokojnemu, zaraz porywczemu. Te już brązowiały i sztywniały, by zgnić wreszcie i zniknąć pod śniegiem.
Usłyszała wtem, jak trzaskają drzwi chaty. Od razu poderwała się z miejsca i wyszła na korytarz, by powitać ojca.
– Witaj w domu, ojcze – powiedziała, pochylając głowę. – Jakie nowe są wieści o naszym królu? Mają już kogo do wyboru? – dodała zaraz ciekawsko.
Tamten ściągnął z siebie płaszcz. Westchnął ciężko, brwi strosząc, i pokręcił głową. Spojrzał na córę i jej oblicze niewinne, nieco zlęknione i rumiane.
– Ponoć Jagiellon – mruknął. – Nie mam pojęcia, co to u nas będzie…
Dzieweczka zamrugała oczkami ciemnymi. Ciekawiła ją dalsza sprawa, a lepiej nawet rzec, że ją frasowała jak jeszcze nic nigdy. Ojca wypytywała stale od kilku dni o to, co będzie z królestwem. A on dowiadywał się i odpowiadał.
Także on chodził cały w nerwach, zwłaszcza kiedy coraz częściej o spiskach przeciw królowej słyszał. Nie podobały mu się owe wieści i każdego, kto gadał podobne temu słowa, miał chęć pod pachy chwycić i za miedzę krajową wyrzucić.
Kiedy widziała, jak go tak nosi, czuła wyrzuty sumienia oraz potrzebę zamilknięcia. Ciekawość wciąż brała jednak górę – chciała przecie wiedzieć więcej i więcej, znać najświeższe wieści o kondycji królestwa.
Zacisnęła wargi i zastanowiła się krótko nad słowami ojca. Jagiellon – a zatem Litwin, król polski Władysław. Nie wiedziała wiele o nim prócz tego, że ledwie był od niej starszy. Od razu myśli zwiodły ją ku jego ojcu i poprzednikowi, Jogaile, który wsławił się w całej Europie głośnym zwycięstwem nad Krzyżakami w bitwie pod Tannenbergiem. Nie dla wszystkich był to rodzaj sławy, jakim można by się z dumą pochwalić.
– Jego ojciec zwyciężył wtedy dzięki czarom, prawda? – zapytała niepewnie. – Słyszałam, że zawładnął nad pogodą, by Krzyżaków piekło słońce, a na mistrza krzyżackiego rzucił klątwę.
Ojciec uniósł brew.
– Pod Tannenbergiem? – upewnił się, a ona pokiwała głową. – Cóż, mówią tak – przytaknął. – Snują wiele opowieści o śmierci mistrza, bo nikt jej nie widział, więc nikt już się nie dowie, jak było naprawdę. Ale nie dziwota. Litwini zawsze parali się czarami. Słyszałaś, co mówią? Że od leśnych bóstw czerpią moce, żyją w głębi lasów jako jedno z dzikimi zwierzętami, potrafiąc nawet przyjąć ich formę. Ochrzcili się, a dotąd się tego nie wyparli.
Panienka milczała chwilę.
– Myślicie, ojcze, że i jego syn taki? – zapytała nie tylko z ciekawością, ale i zupełną powagą.
– Lepiej dla niego, gdyby nie był – odparł ojciec. – Ludziom się to nie spodoba. W końcu potrzeba nam króla mocnej wiary, który będzie walczył w obronie Boga, a nie pogaństwa.
– A może nam też by tak pomógł? – spytała zbyt pospiesznie.
Ojciec od razu nachmurzył czoło. Pokręcił głową.
– Nie, córuchna. Wiesz, że magia to ani dobry pomysł, ani dobry zwyczaj.
Panienka westchnęła. Niezbyt podobało jej się uprzedzenie ojca, ale wiedziała, że przecie nie jeno on je ma. Rozumiała niechęć ludzi do tych, którzy zdawali się żyć inaczej – imając się czarów i innych wiar. Mówili wszyscy: „magia to grzech i przekleństwo”. Ale przecie nie sama magia wskazuje na to, jaki jest człowiek, lecz to, jak się z nią obchodzi.
Ślady po magii i czarach wciąż pozostawały w ludziach i w świecie. Nie dało się całkiem ich wyprzeć, były w końcu już częścią ludzkości. Skoro więc istniały i nie miało się na nie wpływu, może warto byłoby wykorzystać je, by czynić dobro?
– A chciałby on u nas królować? – zapytała, nieco odchodząc od tematu, byle wymknąć się od niewygodnej rozmowy. – Dobrze o nim mówią?
– Dobrze – odparł Sándor. – Ale któż wie, jaki on naprawdę? Póki się u nas nie zjawi, to się nie przekonamy. Ale jeszcze nic nie jest pewne, to dopiero domysły. – Westchnął z bardzo dobrze słyszalnym wzburzeniem. – I zamiast dobrego wyboru zaraz rozpoczną się kłótnie.
Panienka również westchnęła. Była pewna, że jeżeli tego będą się trzymać, to pod ich oknem pewnego dnia przemaszeruje sułtańska armia. Aż się wzdrygnęła na myśl o spustoszonej Budzie, zrujnowanych chatach i wszelkich ich pozostałościach pływających w Dunaju. A myśl o własnej wiosce spalonej przyprawiała ją o naprawdę ogromny strach.
Nie chciała, by się wydarzyły tak okropne rzeczy. Co by się wtedy stało z nimi wszystkimi? Gdzie by się podziali? W jasyr by ich wzięto, jeżeli by nie pomarli wcześniej. I żal jej było, iż nie mogła z tym nic zrobić. Była jeno drobną i młodziutką panienką. Nie na jej barkach losy i decyzje spoczywały. Kto by się jej posłuchał? Była po prostu jedną z wielu, co miała własne zdanie.
– Nie gniewajcie się, ojcze. Zbyt wiele chyba o tym myślę.
– A pewno, że za wiele. Już ci tego wystarczy. I tak nie powinnaś się tym interesować. Nie twoje to sprawy. Zostaw je starszym i doświadczonym panom. Bierz się do nauki, skoro ci wolno.
Położył ciężką dłoń na jej głowie i zmierzwił jej krucze włosy. Panienka zmrużyła oczy. Nic nie powiedziała. Rzuciła jeno krótkie spojrzenie w głąb swej izdebki, gdzie na stole leżała nowa księga, jaką niedawno przywiózł jej ojciec.
– Czytałaś już? – zapytał, jakby odgadując jej myśli. Skinęła głową. – I co? Znalazłaś coś?
Westchnęła.
– Nic nowego – przyznała z zawodem. – Właściwe ta książka w większości zawiera spisy jakichś obcych stworzeń… zjaw różnych… i opis jakichś ziół nadzwyczajnych, jakie można wyhodować.
– Magicznych? – Uniósł brew, a panienka znowu kiwnęła głową. – I jakie mają właściwości?
– Jedno na przykład pozwala na rozmowę z poza…
– Nie hoduj takich – przerwał jej. Speszyła się, że wszedł jej w słowo.
– Nie będę – wymamrotała.
Poczuła, jak ojciec kładzie jej rękę na ramieniu, chcąc, by podniosła na niego oczy. Tak też zrobiła. Ujrzała wtedy jego oblicze nieco już spokojniejsze, troskliwe.
– Nie chmurz się, córuchna – rzekł tonem zmęczonym, ale całkiem przyjaznym i kojącym. – Chcę dla ciebie dobrze. Musimy po prostu znaleźć sposób, by to z ciebie wyplenić. Pamiętaj, że nikt tego nie zaakceptuje. Wiem, że to nie twoja wina. Ale ludzie są, jacy są. Dopiero zresztą o tym wspominaliśmy.
Przytaknęła i ponownie spuściła wzrok. Ojciec pogłaskał ją po włosach.
– Nie przejmuj się. Będzie dobrze, tak?
– Tak, ojcze – powiedziała cicho.
Nie lubiła, kiedy poruszał ten temat. Wiedziała, że to z troski, ale… czuła się z tym okropnie. Starała się o tym w ogóle nie myśleć. Zawsze ją to przygnębiało.
Nie chciała się teraz tym przejmować. Wróciwszy do swojej izby, przystanęła przy swym stoliku. Zerknęła na księgę i ilustrację namalowaną barwnym inkaustem na otwartej właśnie stronie. Zacisnęła usta i zamknęła ją. Westchnęła głęboko i odwróciła głowę ku oknu, by raz jeszcze spojrzeć na fruwające w powietrzu liście. Wiatr je kierował ku północy, w stronę Krakowa.
Jagiellon... No tak. Wieści o śmierci dotychczasowego króla rozeszły się po Europie niewyobrażalnie szybko, a pusty tron węgierski kusił wielu. Dlaczego mieliby o nim nie pomyśleć i polscy możnowładcy? Była pewna, że oni sami już w tym momencie poselstwo szykowali, by złożyć Budzie propozycję.
I tego właśnie poselstwa, pomimo opowieści o litewskich czarownikach i rzucającym klątwy królu Jogaile, wyczekiwano tu najbardziej ze wszystkich.
Wciąż jednak pozostawało wiele czasu do uregulowania wszystkich spraw. Bez względu na międzynarodowe problemy i plany to właśnie wtenczas wydarzyć się mogło naprawdę wiele innych rzeczy – takich, którymi nikt się jeszcze nie przejmował. Rzeczy zupełnie wobec polityki zwyczajnych i przyziemnych.
A ja właśnie o tym wam opowiem.
Rozsiądźcie się więc wygodnie, moi drodzy. I spokojnie, w skupieniu, przy świetle kaganka i świec wsłuchajcie się w tę historię. Może uda wam się usłyszeć małego słowika i jego nieśmiałe trele.
Zapowiada się nam miły wieczór… Prawda?
