Miłość z widokiem na Śnieżkę - Agnieszka Olejnik, Magdalena Witkiewicz - ebook

115 osób właśnie czyta

Opis

Zapraszamy na Wielki Bal Ducha Gór!
Impreza odbędzie się 31 grudnia w Hotelu Pod Skałą, w Karpaczu!

Zaproszenia tej treści zostały rozesłane w listopadzie. Poza oczywistymi adresatami w postaci ministrów, aktorów, piłkarzy i wszelkiej maści celebrytów, biuro organizatora balu opuściło siedem tajemniczych zaproszeń.
Każde z nich trafiło w inne miejsce. Do rozgłośni radiowej, małej lokalnej telewizji, biblioteki w małopolskim miasteczku, górskiego schroniska i do galerii handlowej. Każde z tych miejsc otrzymało zadanie przygotowania konkursu, w którym nagrodą główną będzie zaproszenie na tajemniczy bal w Karpaczu. Wieść o tym niesamowitym wydarzeniu szybko obiegła cały kraj. Wygranie jednego z siedmiu zaproszeń stało się marzeniem setek, a może nawet tysięcy, spragnionych przygód serc.

Komu uda się wziąć udział w Wielkim Balu Ducha Gór? Kto stoi za tym tajemniczym przedsięwzięciem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


AGNIESZKA OLEJNIK

Jeszcze jedna szansa

Szymon dopił kawę i odstawił kubek do zlewu. Odkąd mieszkał sam w wynajętej kawalerce, nie chciało mu się używać zmywarki. Znacznie mniej zachodu było z ręcznym zmywaniem, zwłaszcza że ostatnio przestał cokolwiek gotować. Stołował się na mieście.

Zanim włożył kurtkę, przypomniał sobie o nieodebranym połączeniu od żony. Musiała dzwonić późno, kiedy już spał. Zauważył migającą ikonkę dopiero rano, wyłączając budzik. Ostatnio wszystkie wieczory spędzał w taki sam sposób: brał prysznic, otwierał piwo i włączał sobie jakiś serial. W zasadzie było mu wszystko jedno, co wybierze, bo i tak zasypiał niemal natychmiast po wypiciu ostatniego łyka piwa. Sam nie wiedział, skąd brało się jego permanentne zmęczenie.

– Halo – odezwał się w słuchawce głos Anki, jego żony. Wciąż jeszcze żony, choć już prawie byłej. Pierwsza (i oboje mieli nadzieję, że ostatnia) rozprawa rozwodowa miała się odbyć w styczniu.

– Dzwoniłaś wczoraj wieczorem – powiedział. – Sorry, że nie odebrałem, spałem już. Coś ważnego?

– Trzeba dziś zawieźć Sebastiana do dentysty. Na szóstą. Załatwisz to? Ja nie mogę, wypadło mi coś. A ty chyba w piątki nie masz zajęć w szkole językowej?

Kandydat na nowego tatusia nie może? – chciał zapytać Szymon, powstrzymał się jednak przed tą złośliwością. Podobnie jak przed zadaniem kolejnego pytania: czym jest to „coś”, co wypadło Ance. Wciąż zapominał, że to już nie są jego sprawy.

– Jasne, postaram się. Niech czeka w domu, podjadę i zadryndam. Mam lekcje do szesnastej, powinienem dać radę.

– Ale to nie może być „powinienem”, musi być „na pewno”, bo go okropnie boli i dziąsło spuchło. Rosną mu siódemki i tam musi być jakiś stan zapalny…

– Okej, będę na pewno.

„Spokojnie, mała” – powiedziałby. – „Zdążycie, jak zawsze”.

Prychnęłaby i może mruknęła coś o czekających na nią w banku klientach. Potem wszyscy troje wyszliby z domu, Anka zamknęłaby drzwi, cmoknęłaby męża w policzek i poszłaby do garażu, przypominając Sebastianowi, aby uważał na drzwi auta. Szymon otworzyłby bramę wyjazdową i pomachałby im, wsiadając do swojego opla. Potem pojechałby do pracy.

Tak właśnie wyglądałby ten poranek, gdyby jakieś osiem miesięcy wcześniej żona nie wyznała mu, że ma romans i że chce rozwodu, bo nawet jeśli ze związku z tamtym mężczyzną nic nie wyjdzie, to ona ma absolutną pewność, że z Szymonem nic jej już nie łączy.

Jadąc do szkoły, psioczył na światła, które ewidentnie sprzysięgły się, aby utrudnić mu dotarcie na czas. Włączył radio, chcąc wysłuchać prognozy, bo obiecał synowi weekendowy wyjazd do dziadków, ale wizyta u nich nie miała sensu w deszczowy listopadowy dzień. W taką pogodę leśniczówka tonęła w błocie. Nawet Borys, stary wyżeł ojca, odmawiał spacerów po lesie, kiedy padało.

Niestety, skrót wiadomości o wpół do ósmej już się skończył. Z głośników popłynęła skoczna melodia reklamy, a potem odezwał się rozemocjonowany spiker:

– Przypominamy o naszym konkursie! Wygraj podwójne zaproszenie na Wielki Bal Ducha Gór w Karpaczu! Spędź sylwestra w pięknym górskim otoczeniu, baw się, tańcz, jedz i pij z najpopularniejszymi celebrytami! Wszystko, co trzeba zrobić, to opowiedzieć nam o swoim pierwszym balu. Regulamin konkursu znajdziecie na naszej stronie…

– Jasna cholera! – zaklął Szymon i zahamował w ostatniej chwili.

Facet jadący przed nim zatrzymał się nagle. Najwyraźniej zobaczył na chodniku kogoś znajomego i postanowił go podwieźć.

– O mały włos rozkwasiłbym ci kuper! – krzyknął Szymon, choć tamten nie mógł go usłyszeć. Zatrąbił więc, a tuż po nim zrobiło to kilku innych kierowców stojących z tyłu.

Facet na szczęście ruszył, dzięki czemu Szymon wciąż miał szansę zdążyć na pierwszą lekcję. Jego myśli wróciły do słów spikera radiowego. O czym to on mówił? O konkursie. Wygrać zaproszenie na bal w Karpaczu? Po co komu bal? Zwłaszcza komuś takiemu jak on, porzuconemu przez żonę, samotnemu trzydziestosiedmiolatkowi?!

Do budynku liceum wpadł dosłownie równo z dzwonkiem. W drzwiach pokoju nauczycielskiego zderzył się z dyrektorką.

– Proszę wcześniej wychodzić z domu – upomniała go chłodno. – Dzwonek oznacza, że wychodzimy na lekcję, a nie wbiegamy do szkoły.

– Tak, tak – mruknął.

Szkoda mu było energii na tłumaczenie, że czasem zdarza się taki poranek jak ten, pełen czerwonych świateł i idiotów na drodze. Powiesił kurtkę na wieszaku, wziął klucz od klasy i poszedł na drugie piętro, aby przypomnieć tegorocznym maturzystom, co to jest mowa zależna.

Pogoda w sobotę okazała się niezła jak na listopad, więc Szymon mógł wywiązać się z obietnicy i zabrać Sebastiana na weekend do dziadków. Chłopiec wziął już dwie dawki antybiotyku i był nieco mniej spuchnięty, ale wciąż bolało go dziąsło, spod którego wyrastała prawa siódemka.

– Mamo, wiozę ci ciężko chorego wnuka – zażartował Szymon, który zatelefonował do rodziców, stojąc na przejeździe kolejowym. – Nie może gryźć, biedaczysko, no mówię ci, siedem nieszczęść. Chyba musisz mu ugotować kleik.

– Nie, tylko nie kleik! – zawołał Sebastian z tylnego siedzenia. – Babciu, nie rób kleiku! Ja mogę pierogi, rosół, grzybową…

– Mam pomysł! – oznajmiła babcia. – Rozmrożę mus truskawkowy i zrobię pyszne danie: pierożki leniwe. One rozpływają się w ustach i nic nie trzeba gryźć, do tego słodka śmietanka i mus truskawkowy właśnie. Może być?

– Może być – potwierdzili chórem Szymon i Sebastian.

Po obiedzie dziadek i wnuk wzięli wyżła Borysa na spacer po lesie, a Szymon usiadł z matką przy stole kuchennym i układał na blaszce herbatniki, które miały stanowić spód sernika wiedeńskiego. Mama ucierała mikserem twaróg z żółtkami i cukrem.

– Jak tam sprawy sercowe? – zapytała głośno, aby przekrzyczeć pulsujący odgłos miksera. – Rozmawiałeś z Anką?

– A o czym tu rozmawiać, mamo? Wszystko jest jasne. Mamy ustalony termin rozprawy rozwodowej, od razu zrobimy podział majątku. Ten Anki biznesmen jest przy forsie, więc pewnie ona przeprowadzi się do niego, a dom sprzedamy i podzielimy się pieniędzmi.

– Nie chciałbyś tam zamieszkać?

– Sam? Po co mi taki duży dom? Utrzymanie go sporo kosztuje. Dobre czasy się skończyły. To Anka w naszym małżeństwie dużo zarabiała. Ja z moją pensją nauczycielską…

– Przecież dorabiasz w szkole językowej. Nie przesadzaj, ona cię nie utrzymywała. Pracujesz jak mróweczka.

– Co nie zmienia faktu, że to dzięki jej zarobkom mogliśmy sobie pozwolić na dwa samochody, wakacje za granicą, ogrodnika i tak dalej. Ja będę musiał żyć skromnie.

Mama wyłączyła mikser. Milczała przez chwilę, zdejmując masę serową z ubijaków.

– A inne kobiety? – zapytała niby mimochodem. – Pojawił się ktoś w twoim życiu?

– Daj spokój, mamo! Nie uważasz, że jeszcze na to za wcześnie?

– Nie, nie uważam. – Mama popatrzyła na niego zadziornie, jakby rzucała wyzwanie. – Szkoda życia na samotność. Ty się w niej nurzasz, jakby ci to sprawiało jakąś masochistyczną przyjemność…

– Te twoje pseudopsychologiczne teorie! – prychnął Szymon. – W niczym się nie nurzam! Jestem smutny, bo rzuciła mnie żona. Zdradziła, diabli wiedzą, jak długo zdradzała, a potem odeszła. Czy to nie jest normalne, że chwilowo nie mam ochoty na niczyje towarzystwo? Że chcę pobyć sam, przetrawić to wszystko, jakoś się z tym uporać… Ale w swoim tempie, na litość boską! Nie zacznę się przecież umawiać na randki w celach terapeutycznych!

– Nie o tym mówię. Jeśli zamkniesz się w czterech ścianach, to nigdy nikogo nie poznasz! Daj sobie przynajmniej szansę! Wyjdź gdzieś, do kina albo ze znajomymi do pubu! Pojedź w góry! Kiedyś jeździłeś w każdy weekend!

– Daj spokój! To było w czasach studenckich!

– Raptem trzynaście lat temu. Nie rób z siebie staruszka.

Szymon nie miał siły dyskutować. Poczuł się bardzo zmęczony, naprawdę niczym starzec, który wszystko już przeżył i wszystkiego doświadczył, i który już tylko czeka na rychły koniec swojej historii.

Może mam depresję – przeszło mu przez myśl. – To by wyjaśniało, dlaczego wciąż czuję się taki wyczerpany i senny.

– Jesteś tak samo przystojny jak w kawalerskich czasach – mówiła dalej mama, która tymczasem zabrała się do ubijania piany z białek. – Zawsze mogłeś przebierać w pannach, lgnęły do ciebie jak pszczoły do miodu. Pamiętam tę Dorotkę z liceum…

– Ech, daj spokój, mamo. Stare dzieje.

– Przyjeżdżała pod byle pretekstem. Niby że chciała się od ciebie uczyć gry na gitarze. Czasem aż mi było jej żal, robiła takie maślane oczy, a ty nie zwracałeś na nią uwagi.

– Nie byłem zainteresowany – mruknął Szymon.

– Bo ktoś inny zaprzątał twoje myśli. Była taka czarnulka… Wszędzie wisiały jej zdjęcia. Jak jej było na imię?

– Weronika – mruknął. – I wcale nie wszędzie, bo miałem tylko jedno. Zresztą nieważne. Już mówiłem, stare dzieje. No, skończyłem z tymi ciasteczkami. Jeśli nie masz dla mnie już żadnej roboty, to pójdę się przejść, może spotkam tatę z Sebkiem.

– Roboty nie mam – odparła mama. – I doskonale wiem, że uciekasz przed rozmową. Wydaje ci się, że dopóki nie rozmawiasz o problemie, to jego nie ma? Jest, synku. Twoja samotność nie stanie się ani odrobinę mniejsza przez to, że będziesz o niej milczał. Ani odrobinę!

Nie słuchał dalej. Włożył kurtkę i wyszedł przed dom. Mama irytowała go tym wiecznym optymizmem, przekonaniem, że wszystko da się zrobić, jeśli tylko człowiek wystarczająco się stara. Otóż nie wszystko. Nie da się na przykład odbudować małżeństwa, kiedy uczucie się wypaliło.

Szymon ruszył przed siebie ścieżką, którą znał od dzieciństwa. Przez chwilę kluczył w zaroślach, by wreszcie znaleźć się na polance, gdzie w czasach dorastania chował się przed rodzicami, ilekroć chciał pobyć sam.

Uwierała goświadomość, że mama miała trochę racji. Samotność rzeczywiście była dokuczliwa. Dla faceta, który dotychczas narzekał na brak czasu, bo wiecznie miał jakieś domowe sprawy do załatwienia, trzeba było gdzieś zawieźć syna, skądś go zabrać, a na biurku zawsze piętrzyły się stosy sprawdzianów i kartkówek – dla kogoś takiego sytuacja, w której nagle ma się zająć tylko sobą (no i tymi nieszczęsnymi sprawdzianami), jest czymś nowym i nienaturalnym. Anka uznała, że skoro odeszła od męża, to nie będzie go prosić o pomoc w załatwieniu czegokolwiek. Oczywiście rozumiał to: pragnęła udowodnić jemu i samej sobie, że jest niezależna i samodzielna. Tylko że on bardzo chciał na coś się jeszcze przydać. Łatwiej było pogodzić się ze słowami „nie kocham cię już” i nawet „jest ktoś inny” niż ze świadomością, że i ona, i syn świetnie radzą sobie bez niego.

Sebastian zareagował na wieść o rozwodzie rodziców nadzwyczaj spokojnie – wydawało się, że bez emocji. Chyba sprawił to fakt, że rodzice się nie kłócili, nie obrażali wzajemnie, zwyczajnie się dogadali w kwestii rozstania. Szymon zastanawiał się nawet, jak udało mu się przejść przez to tak spokojnie. On sam na wieść o tym, że żona chce odejść do innego, zwyczajnie poszedł do baru i wypił trochę wódki. Wrócił w nocy, położył się spać na kanapie w salonie i nie odzywał się przez cały następny ranek. Oto cała jego reakcja.

Podejrzewał, że sam już prawdopodobnie Anki nie kochał. Byli ze sobą siłą rozpędu, bo dom, bo syn, bo wspólna codzienność… Owszem, trochę ucierpiała jego męska duma, ale nie miał złamanego serca. Wreszcie doszedł do wniosku, że trudno złamać coś, co jest wyschnięte na wiórek. Od dawna nie odczuwał żadnych romantycznych porywów. Pewnie to była jego wina, bo rozleniwił się w małżeństwie, nie dbał o podsycanie uczuć, nie kupował żonie kwiatów, nie zabierał jej na randki. Uznał jednak, że gdyby to wszystko robił, byłoby to sztuczne. Nie czuł potrzeby spędzenia z nią wieczoru. Kiedy nie było z nimi syna, zwyczajnie się ze sobą nudzili.

Więc może dobrze się stało, że ona odeszła – podsumował w myślach. I że potrafili to załatwić tak, żeby nie ucierpiało dziecko. Jedyne, co nie stało się dobrze, to to, że w miejscu, gdzie kiedyś była rodzina i dom, w życiu Szymona pojawiła się ogromna, czarna dziura, która nosiła imię „pustka”.

* * *

Weronika ostatni raz poprawiła włosy klientki siedzącej na fotelu.

– Chyba ładny odcień nam wyszedł, prawda? – zapytała.

– Mógłby być trochę bardziej popielaty. Ale może być – potwierdziła łaskawie pani Jola.

Cóż, w jej ustach brzmiało to jak nie lada pochwała. Niemal entuzjazm.

– Dam pani odżywkę, która powinna zapobiec żółknięciu – dodała szybko Weronika. – Wystarczy, jeśli będzie jej pani używać raz w tygodniu.

– Drogie to?

– Nie, nie, ja to pani dodaję gratis.

– A, no to wezmę.

Kiedy pani Jola wyszła z zakładu, Weronika odetchnęła z ulgą. Bała się takich klientek: wiecznie niezadowolonych, prychających, fukających z niesmakiem, ilekroć coś poszło nie po ich myśli. A szło często: wymyślały na przykład fryzury zupełnie niepasujące do ich kształtu twarzy, wysokości czoła albo rysunku brwi. Rude chciały stać się brunetkami, a brunetki – blondynkami, koniecznie bez żółtego odcienia. Te o prostych włosach marzyły o lokach, a te z naturalnymi puklami kazały je sobie prostować. No i wszystkie bez wyjątku oczekiwały, że te zabiegi pozostawią ich włosy w tak dobrej kondycji, w jakiej były przedtem, a może nawet w lepszej.

Weronika pozamiatała, odłożyła nożyczki do sterylizacji, umyła szczotkę i grzebień, przygotowała próbnik farb i zaparzyła sobie herbatę. Spojrzała na zegar. Miała jeszcze pięć minut do następnej klientki. Usiadła w fotelu i włączyła radio. Spiker ogłaszał właśnie konkurs pod hasłem „Mój pierwszy bal”. Nagrodą miało być dwuosobowe zaproszenie na bal sylwestrowy do Karpacza.

– Dwuosobowe – mruknęła między jednym łykiem herbaty a drugim. – Ciekawe po co. Nawet gdybym wzięła udział w tym konkursie i jakimś cudem go wygrała, na co mi podwójne zaproszenie, skoro nie mam nawet z kim obejrzeć filmu dziś wieczorem, a co dopiero pójść na bal.

Poza tym – choć w młodości lubiła pisać i marzyła o tym, aby zdawać na dziennikarstwo – nie miałaby o czym opowiedzieć. Nigdy nie była na prawdziwym balu. No, może raz. Ale nie jako zaproszony gość, lecz w charakterze kelnerki. Nie było czego wspominać.

Z takich rozmyślań wyrwał ją zdyszany głos klientki, która już od progu przepraszała za spóźnienie. Weronika wyłączyła radio i wzięła się do pracy.

Po całym dniu jak zwykle miała nogi ciężkie niczym kłody. Mimo że starała się strzyc i nakładać farbę na siedząco, i tak co wieczór musiała spędzić co najmniej pół godziny, leżąc na plecach z nogami opartymi o ścianę, aby pozbyć się wrażenia, że popękają jej łydki.

Tuż przed dwudziestą pierwszą wpadła do niej Iza z butelką wina.

– Dziś sobota – oznajmiła wesoło. – Nie zamierzasz chyba po prostu iść spać.

– Zawsze w soboty po prostu chodzę spać – odparła Weronika. – Podobnie jak w czwartki, niedziele oraz wszystkie inne dni tygodnia.

– Och, nie bądź nudna! Napijemy się wina. Siadaj! Dlaczego kładziesz się na podłodze?

– Codziennie muszę odleżeć swoje. Pół godziny to minimum, żeby krew wróciła na swoje miejsce.

Iza przyjrzała się z troską przyjaciółce. Sięgnęła do barku po kieliszki, przetarła je i nalała wina.

– Martwię się o ciebie – powiedziała. – Od śmierci tego drania powoli zasychasz jak niepodlewana paprotka u mojej ciotki.

– I dlatego postanowiłaś mnie podlać winem? – zaśmiała się Weronika.

– To też. Ale oprócz podlania potrzebujesz jakiegoś nawozu. Potrzebujesz troski.

– Daj spokój. Jest mi teraz lepiej niż kiedykolwiek.

– Taaa, w tym sensie, że nikt cię nie poszturchuje, nie obraża w pijackim amoku i nie podbiera ci pieniędzy przeznaczonych na rachunki. Tylko że pod wszelkimi innymi względami jest coraz gorzej. Weź się za siebie, dziewczyno!

Weronika westchnęła i z wysiłkiem podniosła się z podłogi.

– Co konkretnie masz na myśli? – zapytała sucho. – Co według ciebie powinnam zrobić?

– Nie wiem. Wyjść gdzieś. Idź do kina na dobrą komedię, na jakiś koncert, potańcz, poszalej, pośpiewaj. Kiedyś lubiłaś poezję śpiewaną… Miałaś gdzieś takie fajne płyty… Co to było?

– Stare Dobre Małżeństwo. Ale nie chcę tego słuchać.

– Dlaczego? – Iza odchyliła głowę i patrzyła na przyjaciółkę spod zmrużonych powiek. – Niby dlaczego nie chcesz?

– Bo wtedy zaczynam beczeć – odparowała Weronika. – Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?

Wypiła wino jednym haustem.

– Wszystko okazało się do dupy, rozumiesz?! – powiedziała napastliwie, choć wcale nie miała zamiaru być niemiła. – Moje życie, moje małżeństwo, moja praca! Nic mi się nie udało! Źle wybierałam od początku do końca!

Iza była jej przyjaciółką od czasów liceum. Nie dała się spłoszyć opryskliwym tonem ani złym humorem.

– Właściwie dlaczego zostałaś fryzjerką? – zapytała. – Właśnie sobie uświadomiłam, że nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Czy ty przypadkiem nie marzyłaś o karierze dziennikarskiej?

– Dziennikarskiej! – prychnęła Weronika. – Może i marzyłam, ale to były takie dziecinne fantazje. Znasz mnie przecież. Jestem nieśmiała, nie mam za grosz siły przebicia. Czy dziennikarka może być zahukana?

– Nie jesteś zahukana. A w każdym razie nie byłaś. Cicha i refleksyjna, to tak. Ale zahukana, jeśli w ogóle taka jesteś, stałaś się dopiero jako żona Artura.

– Zaraz mnie jeszcze zapytasz, dlaczego za niego wyszłam.

– A żebyś wiedziała!

Wbrew tym słowom Iza nie zapytała jednak o nic więcej. Dolała wina i poszła po orzeszki ziemne. Doskonale wiedziała, gdzie co jest w kuchni przyjaciółki. Swego czasu, tuż po śmierci Artura, mieszkała tu przez trzy tygodnie, bo Weronika bała się każdego szmeru.

– Powiem ci, dlaczego za niego wyszłaś – oznajmiła, wróciwszy do pokoju. Przesypała orzeszki do bambusowej miseczki i usiadła naprzeciwko Weroniki. – Ponieważ ten drań miał zwierzęcy urok, a ty nie umiałaś odróżnić zauroczenia od miłości. I ponieważ umarł twój tata, a mama znalazła sobie drugiego męża, którego nie akceptowałaś. Byłaś sama. Nie lubisz być sama. Prawie nikt tego nie lubi. Jesteśmy stworzeniami stadnymi, czy nam się to podoba, czy nie. Dlatego przyszłam tu dzisiaj z winem, dlatego przychodzę tu od lat.

– Przecież ty masz rodzinę – chlipnęła Weronika, która rozpłakała się już przy słowach „nie lubisz być sama”. – Masz swoje stado.

– Tak, ale ono mnie wkurza. – Iza mrugnęła zawadiacko. – Nie masz pojęcia. Dzieciaki mają swój świat, jakieś pokemony i gry, do dłoni poprzyrastały im telefony, a jak matka się do nich odezwie, to prychają ze zniecierpliwieniem, bo przeszkadza. Z kolei Mirek całymi dniami gapi się w telewizor.

– Pogap się razem z nim.

– Taaa, zwłaszcza że to są kanały sportowe. Uwielbiam sport!

Mówiła ironicznie, śmiała się przy tym, ale Weronika znała ją zbyt dobrze, by dać się zwieść. Iza była rozżalona, rozczarowana i zmęczona. Potrzebowała przerwy, jakiejś odskoczni, relaksu.

– Pouczasz mnie, że powinnam wyjść do kina albo na koncert, a sama wlazłaś po uszy w rolę kury domowej. Nie sądzisz, że…

– Tak, sądzę – przerwała jej Iza, machając ręką. – Oczywiście, że powinnam zająć się sobą. Pójść do kosmetyczki, do fryzjera.

– No, u fryzjera właśnie jesteś. Jeśli chcesz, to ci zaplotę…

– Daj spokój. Odpocznij.

– Ale zawsze lubiłaś, jak ci czesałam koronę albo kłos.

– Pij wino. Tego mi najbardziej trzeba. Żeby ktoś się ze mną napił wina, wysłuchał mnie, nie oceniał, nie pouczał. Po prostu przy mnie pobył. Rozumiesz?

– Rozumiem – odparła Weronika, która uświadomiła sobie, że potrzebuje tego samego.

Po wyjściu Izy napuściła wody do wanny i wlała kilka kropli olejku do kąpieli, aby łazienka wypełniła się zapachem igliwia. Rozebrała się i stanęła nago przed lustrem. Już od dawna na jej ciele nie było sińców ani otarć, a jednak nawyk pozostał – zawsze rano i wieczorem sprawdzała, czy może włożyć bluzkę z krótkim rękawkiem albo z większym dekoltem.

Iza miała rację, twierdząc, że człowiek to stworzenie stadne i w samotności zawsze będzie mu źle. Nie brała tylko uwagę tego, że czasem samotność jest wybawieniem. I tym właśnie była dla Weroniki. Wybawieniem od strachu, od pogardy, której starała się nie żywić dla męża, tłumacząc sobie, że alkoholizm to choroba, że on na trzeźwo nigdy by jej nie uderzył, nigdy by jej nie ukradł pieniędzy… A jednak gardziła nim, brzydziła się go i nienawidziła, ilekroć składał te swoje pijackie obietnice, że nigdy więcej, podczas gdy ona przykładała do obolałych miejsc lód zawinięty w ściereczkę, żeby następnego dnia obrzęk był mniejszy.

Umarł w najgłupszy z możliwych sposobów. Zachłysnął się własnymi wymiocinami, kiedy wracał z imienin kolegi. Nie było przy nim żony, ponieważ nie została zaproszona, to była męska impreza. Znaleziono go dopiero rano, gdy był już niemal zupełnie sztywny.

Gorąca woda otuliła jej ciało, rozluźniła mięśnie. Weronika odchyliła głowę i zanurzyła włosy, pozwalając, by unosiły się swobodnie i łaskotały ją w ramiona. Zmęczone nogi już nie bolały. A może to dwie lampki wina pozwoliły zapomnieć o bólu?

Czy tak właśnie ma wyglądać reszta mojego życia? – zadała sobie pytanie. – Będę wracać skonana z pracy, wypijać trochę alkoholu, aby się rozluźnić, poprawiać gorącą kąpielą, a potem siedzieć w pustce, aż zmorzy mnie sen? Przed telewizorem, przy książce, wszystko jedno. Tak czy owak, pustka pozostanie pustką, niezależnie od tego, czy spróbuję zagłuszyć ją ciekawą historią, głośną muzyką czy nawet wizytą przyjaciółki.

Co trzeba zrobić, aby nadać życiu sens? I czy wszyscy inni ten sens znajdują? Nie wierzyła w to. Była przekonana, że takich jak ona – ludzi nie bardzo wiedzących, po co właściwie żyją, jest wielu. I nie chodziło tylko o samotność. Bywa przecież, że ktoś ma rodzinę, kochającego partnera, jest otoczony gromadką dzieci, a zmaga się z depresją, nie znajduje odpowiedzi na pytania o sens tych codziennych zmagań ze światem.

Jako młoda dziewczyna była bardzo religijna. Ojciec zachorował wtedy na raka. Ten okres w jej życiu – wbrew pozorom – Weronika wspominała jako najbardziej wypełniony treścią. Jej świat składał się z opieki nad chorym, szczerej modlitwy i miłości (a była wówczas zakochana najpiękniej, bo po raz pierwszy). Towarzyszyło temu przeświadczenie, że każdy dzień może przynieść jakiś dar, cudną niespodziankę od losu czy raczej Boga – bo naprawdę wierzyła, że to Stwórca rozdaje karty. Czuła się potrzebna i z całą sobą odczuwała błogą pewność, że taki jest właśnie sens istnienia: robić coś dla drugiego człowieka.

Dopiero małżeństwo z Arturem wyleczyło ją zarówno z tego przekonania, jak i z wiary w Boga. Kiedy po raz kolejny podnosiła się z podłogi, sprawdzając, czy ma wszystkie zęby, kiedy sprzątała po nim i prała jego uwalane wymiocinami ubrania – stopniowo przestawała wierzyć w cokolwiek.

Przez te wieczorne rozmyślania źle spała. Śniły jej się jakieś strzępki przeszłości: biwak szkolny, na którym zerkała na Szymona grającego na gitarze, a potem nagle Artur, wyjątkowo zupełnie trzeźwy, wymierzający jej metodycznie cios za ciosem za to, że ośmieliła się patrzeć na innego.

– Patrzyłam na gitarę – tłumaczyła się w tym śnie, ale mąż nie słuchał, bił dalej, aż na jego rękach pojawiła się krew. – Wiesz dobrze, że inni mężczyźni mnie nie interesują. Jesteś tylko ty.

Obudziła się spuchnięta, z bólem głowy i karku. Nigdy więcej wina, pomyślała. Nie, raczej nigdy więcej wspomnień. Skąd jej się w ogóle wziął ten Szymon? Przecież to stare czasy.

Zaparzyła sobie kawę i usiadła przy oknie, aby mieć widok na bezlistne drzewa. Usiłowała sobie przypomnieć, jak wyglądają latem. Nie znosiła listopada. Potrzebowała odrobiny koloru, najchętniej zieleni, ale jesienne rudości także ją cieszyły. W grudniu można było przynajmniej ubarwić sobie świat choinką i ozdobami, natomiast listopad był bezbarwny, szary i zimny. O tej porze roku naprawdę trudno było dostrzec w czymkolwiek sens.

Jej myśli wróciły do paskudnego snu. Tak naprawdę doskonale wiedziała, co sprawiło, że Szymon pojawił się w jej wspomnieniach. Przywołało go ogłoszenie o konkursie, usłyszane poprzedniego dnia w radiu. Konkurs na opowieść o pierwszym balu. To wtedy wrócił obraz zmierzwionych blond włosów, szarych oczu i tego uśmiechu, któremu nie mogła się oprzeć żadna dziewczyna.

Chodzili razem do liceum. Już w pierwszej klasie widać było wyraźnie, że Szymon nie jest po prostu jednym z wielu uczniów. Był wybitny. Na angielskim swobodnie rozmawiał z nauczycielem, podczas gdy reszta grupy wybałuszała oczy i usiłowała wyłapać choć ogólny sens konwersacji. Na matematyce rozwiązywał zadania maturalne już w drugiej klasie. Jego serwów w czasie gry w siatkówkę nikt nie był w stanie odebrać, nikt również nie mógł go powstrzymać podczas rajdów z piłką na bramkę, gdy chłopcy grali w futbol. Był wirtuozem gitary, śpiewał przyjemnym głosem z leciutką chrypką, a do tego grał w szkolnym teatrze i recytował niczym zawodowy aktor.

W dodatku był duszą towarzystwa. Lubiany przez wszystkich i dla każdego życzliwy, zawsze roześmiany, po prostu idealny kumpel. Jego popularność była oczywista, szybko stał się kimś w rodzaju szkolnej gwiazdy.

Czy można było się w nim nie zakochać? Zapewne tak. Na przykład Iza pozostała odporna na jego wdzięk, zawsze bardziej podobali jej się umięśnieni twardziele. Ale dla Weroniki był bożyszczem. Nie miał wad. Wszystko, co zrobił lub powiedział, było absolutnie idealne, godne uwielbienia i zachwytu.

Od początku starała się być blisko. Zdawała sobie sprawę, że Szymona otaczają wielbicielki i że ona nie ma przy nich najmniejszych szans. Niewysoka, drobna, niewyróżniająca się niczym – mogła być dla Szymona jedynie przyjaciółką, nie kandydatką na dziewczynę.

Udało jej się do niego zbliżyć dopiero w drugiej klasie. Teatr szkolny, którego trzon stanowili uczniowie z klasy Weroniki, wystawiał wówczas spektakl według Stachury. Pojawił się problem ze scenariuszem.

– Tu jest za dużo piosenek – mruczał niezadowolony polonista. – Wiem, że lubicie śpiewać, fajnie, że jest Szymon z gitarą, ale widziałbym jednak więcej ról mówionych. Dialogi! Potrzebne nam dialogi!

– A gdyby tak powstawiać fragmenty z Dziennej jazdy pociągiem? – zapytała nieśmiało Weronika, która nie dostała żadnej roli, a bardzo chciała się na coś przydać.

– Co masz na myśli?

Wzrok polonisty spoczął na jej twarzy, a wraz z nim spojrzeli na nią uczniowie, w tym ten jeden, najważniejszy – Szymon. Uśmiechnął się zachęcająco, a w jej duszy wszystko się rozśpiewało.

– Przedział w pociągu – rzuciła już odważniej. – Różni pasażerowie, z różnymi historiami. Jak to w pociągu, nawiązują rozmowę, ktoś czyta, ktoś rozwiązuje krzyżówkę…

– Ktoś pisze list… – wtrącił się Szymon, a jego oczy błyszczały podekscytowaniem. – I śpiewa Z nim będziesz szczęśliwsza.

– Ktoś inny patrzy przez okno, mówi, że wschodzi słońce. I tu pasuje Wstaje nowy dzień – dodał ktoś inny.

Klasa zaczęła się przerzucać propozycjami, a nauczyciel patrzył na nich z rosnącym zadowoleniem.

– I o to właśnie chodzi – oznajmił wreszcie. – O burzę mózgów, o pomysły. Szymon i Weronika zajmą się zebraniem tego wszystkiego. Weronika, ty jesteś na bieżąco z prozą Stachury? Czytałaś tę Dzienną jazdę pociągiem?

Weronika skinęła głową.

– Świetnie, w takim razie powybierasz odpowiednie fragmenty. Spotkajcie się któregoś dnia, Szymon dobierze piosenki, spiszcie to. Dorota z Kaśką zaczną myśleć nad scenografią, to nie będzie łatwe, przedział w pociągu to nie mogą być krzesła, bo wyjdzie jak poczekalnia u dentysty…

Weronika już nie słuchała. Patrzyła uszczęśliwiona w oczy Szymona, który uśmiechnął się do niej i zapytał, czy pasuje jej czwartek po południu. Pasował. Pasowałaby jej każda data i każda pora.

* * *

Niedzielne wieczory miały w sobie więcej smutku niż pozostałe. Szymon odwiózł syna do Anki, po czym wrócił do pustego mieszkania. Nie chciało mu się nawet zapalać światła. Siedział przez jakiś czas po ciemku, aż przypomniało mu się, że na następny dzień zapowiedział test, a jeszcze go nie wydrukował.

– Klasa druga a by się ucieszyła – mruknął do siebie.

Zapalił światło i z westchnieniem usiadł do komputera. Miał ochotę na piwo, ale wolał z tym poczekać, aż dopnie wszystkie sprawy szkolne na ostatni guzik. Wiedział, że po kilku łykach stanie się senny i prawdopodobnie o czymś zapomni.

Wydrukował testy, powpisywał planowane tematy w dzienniku elektronicznym i sprawdził, czy ma wystarczającą ilość kopii mapek dla uczniów szkoły językowej, z którymi zamierzał ćwiczyć pytanie o drogę. Wreszcie uznał, że jest przygotowany na nadejście poniedziałku. Wziął gorący prysznic, żeby pozbyć się nieznośnego napięcia ramion i karku, po czym otworzył puszkę piwa.

Wiedział, że jego kiepski nastrój wynika po trosze z tego, że pokłócił się z matką. Po niedzielnym obiedzie, kiedy Sebastian bawił się z psem na podwórku, a ojciec i Szymon zaczęli partyjkę warcabów, mama postanowiła wrócić do tematów damsko-męskich.

– Nie masz jeszcze czterdziestki – powiedziała zaczepnie. – Zamierzasz spędzić resztę życia w samotności?

– Mamo, naprawdę nie masz innych zmartwień?

Wzięła się pod boki i przekrzywiła głowę. Wyglądała jak rozgniewana przekupka.

– A żebyś wiedział, że nie mam! – odrzekła. – Wszystko inne mi się układa! Nawet ten wasz rozwód byłby do przyjęcia, bo Sebuś tak pięknie potrafi się odnaleźć w tej sytuacji… Ale matka nie może spać spokojnie, wiedząc, że jej dziecko jest nieszczęśliwe.

– Kto powiedział, że nieszczęśliwe! Smutny niekoniecznie znaczy nieszczęśliwy, mamo. Poradzę sobie. Daj mi trochę czasu – poprosił już ciszej, bo nie chciał wdawać się w pyskówkę.

Złagodniała natychmiast i usiadła przy stole.

– Pamiętam cię zakochanego – powiedziała. – Byłeś taki radosny, taki łapczywy na życie. Cudownie było na to patrzeć.

– Nie przypominam sobie. Pozwól nam grać, mamo.

Naprawdę bardzo już chciał porzucić ten temat. Wspomnienia nie były czymś, co mogłoby mu pomóc w tej sytuacji, a jednak przyszły i nie chciały sobie pójść.

Czy rzeczywiście kiedykolwiek był, jak to określiła matka, łapczywy na życie?

Położył się w ciemności i usiłował sobie przypomnieć swoją pierwszą miłość. To było w liceum. Kochał się w Weronice. Była drobniutka, najszczuplejsza z klasy, a jego to wzruszało. Inni chłopcy zwracali uwagę na bujne biusty dorodniejszych koleżanek, na ich pełne biodra i błyskające spod spódniczek uda. On zerkał tylko na małą czarnulkę, która wbrew pozorom wydawała się doroślejsza od nich wszystkich.

Onieśmielała go. Nigdy nie odważył się na żadną formę zalotów. Wydawało mu się, że ona jest ponad te damsko-męskie gierki, w które bawili się licealiści. Od drugiej klasy zaczęli się przyjaźnić i wówczas Szymon dowiedział się o chorobie jej ojca, a także o tym, że matka ma innego mężczyznę. Weronika bardzo się tym gryzła. Dowiedziała się o romansie matki przypadkiem, ale postanowiła nie dać nic po sobie poznać, aby nie pogarszać stanu ojca.

– Pomyśl – tłumaczyła przyjacielowi, kiedy spacerowali po łąkach nad rzeką. – Jeśli tata wyzdrowieje, to mama powinna być tą, która zbierze się na odwagę i powie mu o wszystkim. Może zresztą uzna, że to był błąd, głupia przygoda, i nigdy się nie przyzna do zdrady. A jeśli tata umrze… To po co go ranić w tych ostatnich miesiącach. Jego już wystarczająco wszystko boli.

Szymonowi wydawało się to zupełnie abstrakcyjne, ten spokój, z jakim Weronika potrafiła mówić o najczarniejszym scenariuszu. Sam był bardzo związany z rodzicami, na każdy weekend wracał z internatu do leśniczówki i chłonął atmosferę miłości, jaka tam panowała. Nie potrafił sobie wyobrazić, że mamy lub taty mogłoby zabraknąć. Podobnie jak tego, że jedno z nich miałoby się okazać wiarołomnym małżonkiem i zechcieć odejść. Jak niewiele wówczas wiedział o życiu! I jak wiele wiedziała o nim Weronika!

W klasie maturalnej ich przyjaźń zaczęła się rozluźniać. Szymon nie umiałby wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Nadal podkochiwał się w niej po cichu, choć już przeczuwał, że nic z tego nie będzie. Ona po prostu nie interesowała się miłością. Gdyby chociaż należała do grona klasowych „imprezowiczów”, można by kiedyś po słodkim winie spróbować ją przytulić i pocałować, a gdyby go odtrąciła, zrzucić winę na alkoholowe upojenie. Ale nie. Weronika zamiast na prywatki chodziła na spotkania oazowe. Zapewne modliła się o zdrowie ojca. Niestety, kiedy miesiąc przed maturą jej tata umarł, a mama oznajmiła, że ponownie wychodzi za mąż, dziewczyna zupełnie zamknęła się w sobie.

– Pouczymy się razem do matury? – zaproponował jej wtedy Szymon. – Tylko powtórki, od rana do wieczora.

Podniosła na niego spojrzenie wielkich, ciemnych oczu. Miał ochotę ująć jej drobną twarz w dłonie i całować po kolei usta, nos, policzki i powieki. Była śliczna, krucha, delikatna i… I nie chciała go.

– Ja właściwie nawet nie wiem, czy przystąpię do egzaminów – odparła cicho. – Przecież i tak nie pójdę na studia.

– Żartujesz? Przecież marzyłaś o dziennikarstwie! Ty tak dobrze piszesz, Werka! Pamiętasz scenariusz w drugiej klasie?

– Ech, udała mi się jedna rzecz i do tej pory wszyscy mnie za to komplementują!

– A te wszystkie wypracowania, tak chwalone przez Góralczyka?! Masz świetne pióro, musisz iść na studia!

– Nie muszę – odpowiedziała smutno. – Nie chcę, żeby matka mnie utrzymywała. Znajdę sobie jakąś pracę… Teraz żałuję, że wybrałam liceum, trzeba było iść do technikum albo zawodówki, miałabym zawód.

Szymon nie mógł uwierzyć, że tak to się skończy. Dziewczyna o wyraźnym talencie literackim, rozkochana w literaturze, miałaby po prostu zrezygnować z dalszej edukacji, bo obraziła się na matkę?

– Możesz studiować zaocznie – podpowiedział. – Sam nie wiem, Weronika, po prostu nie rezygnuj!

– Nie rozumiesz – szepnęła i przez jedną krótką chwilę wydawało mu się, że zamierza się do niego przytulić. – Ja już zrezygnowałam. Ze wszystkiego.

Po maturze, do której ostatecznie podeszła i nawet nieźle ją zdała, ich drogi rozeszły się na dobre. To były inne czasy, prawie nikt nie miał wówczas telefonu komórkowego. Wprawdzie wymienili się adresami, ale poza kartką z wakacji nad morzem Szymon nic nigdy nie napisał. Może gdyby Weronika mu odpisała, korespondencja trwałaby jakiś czas, tak się jednak nie stało. Stracili się z oczu i już nigdy nie odnaleźli.

Na pierwszym roku anglistyki poznał w klubie studenckim Ankę, która studiowała bankowość. Była ładna, inteligentna i lubiła się bawić. Pod koniec studiów zaliczyli wpadkę. Szymon nie zastanawiał się, jak postąpić. Było oczywiste, że skoro jest dziecko, to musi być też ślub. Tak go wychowano. A zresztą było mu z Anką dobrze. Albo inaczej: nie było mu z nią źle.

* * *

Weronika przejrzała notes, w którym miała zapisane nazwiska klientek umówionych na nadchodzący tydzień. W poniedziałek głównie strzyżenie, tylko jedna trwała i jedno farbowanie. Najgorzej było we wtorek, tam cztery osoby z rzędu były umówione na rozjaśnianie włosów, a to zawsze się przeciągało. Nie zawsze rozjaśniacz zadziałał jak należy, włosy potrafiły przybrać wściekle żółty lub nawet zielonkawy odcień i trzeba było nakładać blond farbę.

Przejrzała jeszcze spis produktów do zamówienia, który miała przygotowany dla pani Ewy z hurtowni, dopisała do niego kilka kosmetyków Revlona, po czym wreszcie uznała, że jest przygotowana do pracy. Wzięła prysznic i zamierzała położyć się wcześniej spać, ale zupełnie nie czuła senności. Przez chwilę siedziała na kanapie i przerzucała kanały w telewizorze, nic jej jednak nie zainteresowało. Nie miała co zrobić z wolnym wieczorem. Przejrzała książki na półce: nic, czego by jeszcze nie czytała. Trzeba będzie wybrać się do biblioteki, oddać Duszę świata i wypożyczyć coś podnoszącego na duchu.

Ostatecznie zabrała się do prasowania; uzbierała jej się niewielka sterta: komplet pościeli, dwa obrusy i kilka bluzek. Włączyła radio, jak zwykle przy tym zajęciu. Lubiła tańczyć, a nieczęsto miała okazję. Prasowanie pozwalało przynajmniej kiwać się do rytmu.

Przy obrusie odtańczyła Mamma mia Abby, z kolei prasując pościel, kołysała się do rytmu Uptown girl. Oczekując na następny taneczny kawałek, rozłożyła na desce bluzkę w paseczki.

– Za chwilę skrót wiadomości – oznajmił wesoło spiker. – A tymczasem przypominamy o naszym konkursie! Do wygrania dwuosobowe zaproszenie na bal w Karpaczu…

Ech, znowu ten konkurs! Zupełnie jakby prześladował ją ktoś, kto bardzo chce, aby wydobyła z pamięci wspomnienie tamtego nieudanego wieczoru sprzed lat. Kiedy po raz pierwszy w życiu nałożyła makijaż, bo chciała, aby Szymon wreszcie spojrzał na nią inaczej. Żeby zobaczył w niej kobietę, którą przecież już się stawała. Nie chciała być wiecznie tylko jego przyjaciółką. Pragnęła, żeby z nią zatańczył, żeby położył dłoń na jej talii i przytulił ją do siebie.

A gdyby rzeczywiście o tym napisać? – pomyślała, przykładając stopę żelazka do rękawa bluzki. – Zapewne nie wygram tego konkursu; wygra go ktoś, kto napisze o jakimś cudownym balu, pięknej sukience i szalonym tańcu. Zawsze zwyciężają szczęśliwe wspomnienia. Ale kto wie, może wyrzucenie tego z pamięci w jakiś sposób mi pomoże? Zupełnie jak na sesji u psychoterapeuty, który każe sobie opowiedzieć o dręczących myślach. A jeśli mimo wszystko wygram, podaruję zaproszenie Izie. Wyjechałaby z mężem do Karpacza, wypoczęliby, spędziliby weekend sam na sam, tak jak czasem powinni spędzać czas małżonkowie. A ja zajęłabym się ich dziećmi.

Wyłączyła żelazko, nie zważając na to, że zostało jej jeszcze kilka bluzek do wyprasowania.

Bal jak nie bal

Mój pierwszy bal? Bal zarazem pierwszy i jedyny. W dodatku nie był prawdziwym balem. Nie dla mnie.

Zima była ostra, sroga, sklejała mrozem rzęsy, gdy się za długo stało na przystanku. Mieliśmy po dziewiętnaście lat. Za kilka miesięcy mieliśmy zdawać maturę. Wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że to ostatnie miesiące naszej znajomości.

W domu umierał mój ojciec, choć o tym także nie wiedziałam: wciąż miałam nadzieję, że pokona raka i wszystko skończy się jakimś filmowym happy endem. W tym wieku mocno się wierzy w happy endy.

Tuż przed Bożym Narodzeniem wychowawczyni oznajmiła nam, że uczniowie szkół średnich z naszego miasta zostali zaproszeni do udziału w balu karnawałowym dla zdolnej młodzieży, która przynosi chlubę swojej placówce. Na każdą szkołę przypadało osiem zaproszeń. Bal miał się odbyć w zabytkowym pałacyku w Gusławicach, ale tym mieliśmy się nie kłopotać, bo szkoła zapewniała dojazd uczestnikom. A zatem – wystarczyło wybrać owych ośmioro szczęśliwców, którzy w nagrodę za wybitne osiągnięcia będą się bawić do białego rana w pałacowych wnętrzach.

Oczywiście doskonale wiedziałam, że nie mam szans znaleźć się w tym gronie. Nie osiągnęłam nic szczególnego, nie miałam talentów, nie błyszczałam w żadnej dziedzinie. Byłam zwyczajną uczennicą, może z odrobiną polotu przejawianego w wypracowaniach na języku polskim – jednak to za mało, by zostać zaproszoną na bal dla zdolnej młodzieży. Za to chłopiec, który mieszkał wówczas w moim sercu, był absolutnym pewniakiem! Zdobył tytuł laureata olimpiady z języka angielskiego, miał więc indeks na studia. Ponadto śpiewał i grał na gitarze, był aktorem w szkolnym teatrze, doskonałym siatkarzem, piłkarzem, matematykiem… Mogłabym wymieniać długo. Było oczywiste, że Szymon pojedzie na bal.

Na myśl o tym, że będzie tańczył z innymi dziewczynami, moje serce ściskało się z żalu. Wiedziałam, że jeszcze nie ma partnerki na studniówkę i po cichutku liczyłam na to, że zaprosi właśnie mnie – ale jak dotąd nie poruszył tego tematu. Zdawałam sobie sprawę, że jestem niepozorna, ledwie mnie było widać przy innych dziewczynach – pewnych siebie, ślicznych, obnoszących swoją urodę z jakąś nonszalancją. Jedynym moim atutem była nasza przyjaźń. To ze mną uczył się do testów i kartkówek, to ja odwiedzałam go w internacie, to on wieczorami odprowadzał mnie na msze, gdy chciałam się pomodlić o zdrowie taty. To ze mną się śmiał na głupawych komediach i bał na horrorach w naszym ulubionym kinie Muza.

Wkrótce wychowawczyni ogłosiła listę szczęśliwców, którzy otrzymali zaproszenie. Oprócz Szymona było jeszcze tylko dwóch chłopców: Adam z drugiej b, nasz szkolny szachista i laureat olimpiady chemicznej, oraz Krystian, najlepszy sportowiec, zdobywca kilku pucharów i tytułów w zapasach. Wśród dziewcząt oczywiście same gwiazdy: Ewelina, która śpiewała jak anioł i podobno miała nawet wystąpić w telewizji, Kaśka, obstawiająca konferansjerkę na wszystkich szkolnych i nawet niektórych miejskich uroczystościach, i tak dalej, jeszcze kilka dziewczyn z innych klas.

Szymon cieszył się tak, jakby wygrał bilet do raju. Podczas przerwy podszedł do mnie i powiedział rozmarzonym tonem:

– To, że wytańczę się za wszystkie czasy, to jeszcze nic. Ale jak się najem! Wyobrażasz sobie?! Przecież to jest pałacyk, Francja-elegancja, tam będą pyszności!

Jak każdy mieszkaniec internatu był wiecznie głodny. Codziennie dzieliłam się z nim kanapkami. Najbardziej lubił te z pastą jajeczną oraz z pasztetem – zawsze powtarzał, że jest chłopakiem z lasu i lubi proste jedzenie. Tym razem jednak najwyraźniej miał ochotę na rarytasy.

– Słuchaj, to chyba trzeba będzie iść w garniturze? – zapytał jeszcze z niepokojem. – Pewnie tak. A przeszłabyś się ze mną któregoś dnia po sklepach? Mama przysłała mi pieniądze, ale sam nie będę umiał wybrać.

Od jakiegoś czasu wspominał, że nie ma jeszcze garnituru na studniówkę, i mówiąc szczerze, spodziewałam się, że poprosi mnie o pomoc. Na swój sposób było to zabawne odwrócenie ról: zwykle w filmach o miłości to dziewczyna kupuje sukienkę, a chłopak jej doradza i na widok jakiejś szczególnie udanej kreacji wpada w zachwyt. Tyle że nasza opowieść to nie był film o miłości. To była tylko sentymentalna, lecz w gruncie rzeczy nudna historia pewnej przyjaźni z głupimi mrzonkami naiwnej dziewczyny w tle.

Wybraliśmy się na te zakupy w czwartek po południu. Pamiętam, że to był czwartek, bo w piątki Szymon zawsze wracał do swojej ukochanej leśniczówki. Nigdy nie zostawał w internacie na weekendy. Tym razem cieszył się bardziej niż zwykle: nie mógł się doczekać, kiedy oznajmi rodzicom nowinę o balu i zaprezentuje swój balowo-studniówkowo-maturalny garnitur.

Postanowiliśmy chodzić po sklepach tak długo, aż coś wybierzemy. Nie było to łatwe. To były inne czasy, nikt wówczas nie słyszał o galeriach handlowych, musieliśmy więc sporo się nachodzić, zanim w końcu udało się nam znaleźć coś, co pasowałoby na Szymona – przy jego wzroście i szczupłej sylwetce. Wreszcie jednak mieliśmy garnitur: ciemnogranatowy, bo czarnego w tym rozmiarze nie było, zgrabny, elegancki. Kiedy Szymon po raz kolejny pytał mnie, czy pasuje, czy nie odstaje w ramionach, czy nie ma za długich rękawów, uspokajałam go, że wygląda świetnie i marzyłam, że za chwilę padną słowa, na które tak czekam: „Pójdziesz ze mną na studniówkę?”.

Ale nie padły. Kupiliśmy jeszcze białą koszulę i granatowo-srebrzysty krawat, po czym rozstaliśmy się na przystanku, bo Szymon musiał wracać do internatu.

Tuż przed feriami świątecznym wychowawczyni wróciła do tematu balu.

– Słuchajcie, jest taka sprawa – zaczęła, chyba lekko zmieszana. – Potrzebne są osoby do obsługi… Technikum hotelarskie zajmie się przygotowaniem jedzenia, a pozostałe szkoły mają obstawić imprezę pod względem, że tak powiem, kelnerowania. Czy jest ktoś chętny? Dziewczyny? Każda szkoła ma wyznaczyć trzy kelnerki.

Zapadła ponura cisza. Żadnej z nas nie uśmiechało się podawanie do stołu tym szczęśliwcom, którzy otrzymali zaproszenia.

– Oczywiście będziecie mogli także się bawić – dodała wychowawczyni. – I skosztować tych wszystkich wspaniałości.

Wydawało mi się, że Szymon spojrzał na mnie nagląco. Może chodziło mu po prostu o jedzenie, może był to wzrok mówiący „nie bądź głupia, będzie pyszne żarcie” – ale ja bardzo chciałam zrozumieć to spojrzenie po swojemu. Pragnęłam, żeby w ten sposób powiedział „zgódź się, bo to prawie tak, jakbyśmy poszli razem”. Podniosłam rękę.

– Ja mogę – powiedziałam. – Czemu by nie?

Szymon posłał mi szeroki uśmiech. Chyba naprawdę się ucieszył. Moje serce trzepotało się w piersi z cichej radości.

„Kelnerki” miały się ubrać w czarne spódniczki i białe bluzki, więc odpadał problem sukienki. Nie miałam jeszcze pomysłu na kreację studniówkową, a w domu się w tamtym czasie nie przelewało, więc ulżyło mi, że nie muszę nic kupować na chybcika. Podkradłam natomiast mamie trochę kosmetyków i wykonałam pierwszy w życiu makijaż. Nieco nieporadny, ale dodający mi powagi i lat, a przecież to właśnie chciałam osiągnąć.

Pojechaliśmy tym samym autobusem – my, kelnerki, oraz oni – szczęśliwcy z zaproszeniami. Szymon siedział obok mnie i trajkotał wesoło, mnie było jakoś nie do śmiechu, choć przecież powinnam być podekscytowana. Nie zauważył mojego dorosłego makijażu, chyba w ogóle nie zwracał na mnie większej uwagi.

Roznosiłam wymyślne przekąski, wazy z zupą borowikową, półmiski z pieczoną gęsiną oraz cudnie przystrojone sałatki, zerkając wciąż na niego. Najpierw tylko jadł, niczym prawdziwy koneser raczył się roladkami serowymi, marynowanymi rydzami i szynką w galarecie. Miał rację, jedzenie było niesamowite. Choć my, obsługa, mieliśmy w kuchni swój stół i mogliśmy się częstować do woli, nie miałam jakoś apetytu. Zwłaszcza od chwili, gdy oficjalnie otwarto bal, a Szymon poszedł tańczyć z Kaśką.

Sądziłam, że będę umiała opisać, co wówczas czułam, ale nie umiem. Rozczarowanie jest za słabym określeniem; rozpacz – zbyt mocnym. Byłam więc zawieszona gdzieś pomiędzy rozczarowaniem a rozpaczą. Krążyłam między stołami, przystrojona w sztuczny uśmiech, który miał maskować drżącą brodę. Czego się spodziewałam? Dlaczego liczyłam na to, że on poprosi mnie do tańca? Przecież byliśmy tylko przyjaciółmi. Gdyby chciał zmienić ten stan rzeczy, zrobiłby to już dawno.

Tuż przed północą podałyśmy jajka faszerowane. Szymon schodził właśnie z parkietu, prowadząc pod rękę Justynę. Chodziła do równoległej klasy; wiedziałam o niej tylko tyle, że jest świetna z angielskiego. Pewnie znali się z kółka przedmiotowego.

– Wybawimy się za wszystkie czasy – mówiła właśnie, kiedy się mijaliśmy. – Nie mogę się doczekać, a to jeszcze cały miesiąc.

Błyskawicznie domyśliłam się, że chodzi o studniówkę. Zapewne właśnie jej zaproponował, aby poszli razem. No tak, była śliczna, wysoka, a do tego znakomicie tańczyła. Ja byłam tylko małą, chudą kelnerką. Łzy nabiegły mi do oczu, ale mrugałam tak zawzięcie, że zdołałam je powstrzymać. Nałożyłam przecież makijaż, nie mogłam sobie pozwolić na czarne smugi pod oczami.

– Słuchaj, Werka – zaczepił mnie kilka minut później, kiedy wnosiłam kolejne półmiski. – Z kim idziesz na studniówkę? Bo widzisz, Justyna…

– Daj spokój – przerwałam mu, za wszelką cenę chcąc ukryć, jak bardzo jest mi przykro. – Wcale nie idę. Tata chory, każdy grosz się liczy, a ja mam wydawać kasę na strojną kieckę, której nigdy więcej nie włożę?

Spojrzał na mnie smutno. Wykonał taki gest, jakby chciał mnie przytulić, a we mnie serce zachybotało, aż niemal straciłam równowagę. Zrób to, pomyślałam. Przygarnij mnie do siebie i wreszcie pocałuj. Chociaż ten jeden raz.

– Rozumiem – powiedział wreszcie i po bratersku poklepał mnie po ramieniu. – No nic, idę. Trzeba zjeść, ile się da, zanim ta bajka się skończy.

Widziałam, że potem jeszcze dwa razy tańczył z Justyną. W autobusie, gdy wracaliśmy, usiadł koło mnie, ale udawałam, że śpię, żeby z nim nie rozmawiać. Bałam się, że się rozbeczę.

Na studniówkę rzeczywiście nie poszłam – jako jedyna z naszej klasy. Wiedziałam, że kilka osób nie miało partnerów, więc właściwie mogłam iść sama, ale po tym, co powiedziałam Szymonowi, musiałam konsekwentnie trzymać się swojej wersji. Nikt mnie zresztą nie namawiał. Przepłakałam wtedy cały wieczór i porwałam na strzępki nasze wspólne zdjęcie – jedyne, jakie miałam, z wycieczki w Karkonosze. Na tym zdjęciu Szymon niósł mnie na barana, a ja obejmowałam go za szyję. To był jedyny raz, kiedy miałam go tak blisko. Mogłam nawet na chwilę wtulić twarz w jego włosy.

Oto opowieść o moim pierwszym balu. Smutna jak życie i jak ono prawdziwa. Opowieść z morałem. Brzmi on: nigdy nie czekaj, że coś stanie się samo w twoim życiu. Nigdy nie czekaj, aż ktoś inny zrobi coś, czego pragniesz. Rób to sam. Chwytaj te wątłe pasemka szans na szczęście, dopóki są w zasięgu twoich rąk. Kiedy ulecą, może już nie być okazji.

* * *

W połowie grudnia wreszcie spadł śnieg. Miasto wyglądało bajkowo przez kilkanaście minut, zanim samochody i ludzie nie zamienili białego kobierca w rozdeptaną szarą breję.

Nie znoszę zimy – myślał Szymon, patrząc przez okno i dopijając kawę. Te szarości wpływają na mnie jeszcze bardziej depresyjnie, jeśli to w ogóle możliwe.

A gdyby tak po rozwodzie rzucić wszystko i wyjechać? Zamieszkać gdzieś, gdzie nawet o tej porze roku jest zielono? Albo gdzie wcale nie ma zim. Hiszpania, południowe Włochy… Jako nauczyciel angielskiego mógłby znaleźć pracę wszędzie. Może nawet inny kontynent, Azja na przykład. Może Japonia?

Tylko czy dzięki temu poczułby się szczęśliwszy? Czy to nie jest tak, że kiedy się ucieka przed smutkiem, ten drań jest zawsze o krok przed nami?

A zresztą Szymon wiedział, że nigdy nie odważy się wyjechać. Straciłby ostatnie dwa źródła radości, jakie mu jeszcze zostały: syna oraz rodziców. Właściwie od tych ośmiu miesięcy żył jedynie od weekendu do weekendu, bo wtedy spędzał trochę czasu z Sebastianem albo odwiedzał staruszków w leśniczówce. To ubarwiało nieco jego monotonną rzeczywistość i nadawało jej sens. Ktoś na niego czekał, ktoś czegoś od niego chciał, ktoś witał go z radością.

Zerknął na zegarek – dochodziła ósma. W poniedziałki miał na dziesiątą. To były jego ulubione poranki: mógł spokojnie wysączyć kawę, powoli przestawiając się z weekendowego lenistwa na tryb zadaniowy, pełen stresu i wyzwań. Spakował do teczki sprawdzone już testy drugoklasistów oraz materiały na lekcję o świątecznych zwyczajach Anglosasów. Przeciągnął się i napiął mięśnie ramion, aby wygonić z nich resztki senności.

Jeszcze jedna kawa, pomyślał. W taki ciemny poranek człowiek zasługuje na dodatkowy zastrzyk energii. Wstał i nalał wody do czajnika. Przy okazji włączył małe kuchenne radio.

– Po południu spodziewane są dalsze opady śniegu. Jeśli ta tendencja się utrzyma, mamy szansę na białe święta! – zakończyła entuzjastycznie spikerka.

Prowadzący podziękował jej za prognozę pogody, po czym rozległy się takty Last Christmas, które zwyczajowo o tej porze roku królowało na antenach chyba wszystkich rozgłośni radiowych świata. Szymon westchnął. W jego wynajętym mieszkanku nie było żadnych drobiazgów, które pomogłyby mu zbudować świąteczną atmosferę. Zresztą nawet gdyby nawieszał sobie reniferów, mikołajów i diabli wiedzą czego jeszcze, nic by to nie zmieniło.

To tylko dekoracje – myślał. Prawdziwy klimat świąt to bliscy ludzie, nastrój oczekiwania, zapachy potraw. Nie da się tego osiągnąć w samotności.

Po raz pierwszy od wielu lat miał jechać na wigilię do rodziców. Anka zawsze nalegała, aby ten wieczór spędzali w trójkę. Na pierwszy dzień świąt jeździli do leśniczówki, a na drugi – do Oławy, do teściów. Ale wigilia należała tylko do nich, do ich małej rodziny.

– …rozstrzygnięcie naszego konkursu! – mówił tymczasem prowadzący audycję, wyrywając Szymona z zadumy. – Nadesłaliście fantastyczne wspomnienia, opowieści o balach, tańcach i sukniach! Za wszystkie prace dziękujemy, czytaliśmy je z prawdziwą przyjemnością. Jury składające się z trzech naszych redakcyjnych koleżanek oraz pani profesor Joanny Winkiewicz, która zgodziła się przewodniczyć obradom, miało nie lada problem z wyborem zwycięskiej opowieści. Ostatecznie jednak zwyciężyła praca pod tytułem Bal jak nie bal, której autorką jest pani Weronika z Wrocławia! Gratulujemy serdecznie i przypominamy, że nagrodą jest dwuosobowe zaproszenie do Karpacza na Bal Ducha Gór! A teraz wysłuchajmy zwycięskiej opowieści. Czyta aktorka wrocławskiego teatru, pani Klara…

Szymon przestał słuchać. Weronika z Wrocławia, co za zbieg okoliczności. Ostatnio wciąż myślał o swojej Weronice. Wspomnienia wracały nieproszone, wybijając go z nudnego, ale bezpiecznego rytmu.

– Nie mam czasu na głupoty – mruknął do siebie, bo naprawdę powinien już dopić kawę i zbierać się do pracy. Lubił być w szkole nieco wcześniej, parę minut przed przerwą; wtedy można było bez problemów dostać się do kserokopiarki.

Zamierzał właśnie wyłączyć radio, gdy jego uwagę zwróciła treść zwycięskiej pracy konkursowej.

– Było oczywiste, że Szymon pojedzie na bal – czytała aktorka niskim, wibrującym głosem, przesadnie akcentując niektóre słowa. – Na myśl o tym, że będzie tańczył z innymi dziewczynami, moje serce ściskało się z żalu. Wiedziałam, że jeszcze nie ma partnerki na studniówkę i po cichutku liczyłam na to, że zaprosi właśnie mnie, ale jak dotąd nie poruszył tego tematu.

Przez chwilę nie mógł się poruszyć. Czy to możliwe, że… Nie, to jakaś bzdura, zwyczajny zbieg okoliczności! Szymonów są tysiące, tysiące Weronik, tysiące balów i studniówek…

– To ze mną się śmiał na głupawych komediach i bał na horrorach w naszym ulubionym kinie Muza – przeczytała aktorka.

Nie, to już nie wyglądało na przypadek! Mieli z Weroniką takie kino, maleńkie, kameralne. Zawsze siadali w ostatnim rzędzie, bo Szymon był za wysoki i zasłaniałby głową ekran osobom siedzącym z tyłu.

A więc to Weronika?! Naprawdę ta Weronika napisała do radia o tamtym balu?! Jego Weronika?!

– Tyle że nasza opowieść to nie był film o miłości. To była tylko sentymentalna, lecz w gruncie rzeczy nudna historia pewnej przyjaźni z głupimi mrzonkami naiwnej dziewczyny w tle… – ciągnęła Klara Jakaś-tam.

– Jak to nie o miłości! – zawołał Szymon. – Przecież kochałem się w tobie nieprzytomnie!

Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że krzyczy. Ręce mu dygotały, gdy słuchał dalszego ciągu opowieści. To się wydawało niemożliwe! Przecież chciał, bardzo chciał zaprosić ją na studniówkę, ale zgasiła go, powiedziała, że nie idzie, wspomniała o chorobie taty, a on poczuł się jak smarkacz; było mu głupio, że w ogóle ją zapytał.

Wysłuchał do końca wspomnienia Weroniki, po czym wciąż tak samo roztrzęsionymi rękami otworzył laptopa. Spiker mówił coś jeszcze o odbiorze nagrody, głosem pełnym ekscytacji zachwalał Bal Ducha Gór, lecz do Szymona nie docierały te słowa – gorączkowo szukał w internecie witryny rozgłośni, by znaleźć numer telefonu. Musiał się skontaktować z Weroniką! Musiał jej wytłumaczyć…

Omal nie spóźnił się do pracy. Przez całą tę historię z konkursem wybiegł z domu w ostatniej chwili, jechał jak wariat, a i tak wpadł do pokoju nauczycielskiego, kiedy rozległ się już dzwonek na lekcję. O kserowaniu materiałów nie było mowy.

Trudno, lekcja o zwyczajach świątecznych będzie w środę – pomyślał. – Dziś zrobimy powtórkę słownictwa zimowego.

Do radia dodzwonił się ostatecznie dopiero po pracy. W rozgłośni w ogóle nie chcieli z nim rozmawiać.

– Ochrona danych osobowych – oznajmił sucho redaktor. – Przecież na pewno pan rozumie, że nie mogę panu podać numeru telefonu ani nawet nazwiska tej pani…

– Ale to ja jestem tym Szymonem ze wspomnienia! – zawołał, choć doskonale wiedział, że to nie ma najmniejszego znaczenia. – Muszę jej wszystko wyjaśnić!

– Przykro mi, nie mogę panu pomóc.

Rozłączył się i rozejrzał bezradnie po wnętrzu samochodu. Wciąż stał na parkingu przed szkołą. W głowie miał zupełny mętlik. Odnosił wrażenie, że myśli obijają mu się wewnątrz czaszki niczym piłeczki podczas losowania lotto.

To niemożliwe – powtarzał sobie.

Takie rzeczy się nie zdarzają, w każdym razie nigdy nie słyszał o kimkolwiek, komu przytrafiłaby się taka historia! A jednak się dzieje, przytrafia się właśnie mnie, właśnie nam dwojgu. Tyle że Weronika o tym nie wie. Nie wie, że on słuchał jej opowieści i że ma swoją wersję wydarzeń, nieco inną. Trzeba je złożyć w całość, ona po prostu musi go wysłuchać!

Usiłował sobie przypomnieć, co jeszcze napisała. Jakiekolwiek wskazówki: czy wyszła za mąż, czy ma dzieci, gdzie może teraz mieszkać. Nie słuchał uważnie, był zbyt podekscytowany, może nawet odrobinę przestraszony – w końcu nie co dzień człowiek słucha w radiu o samym sobie… Właściwie jedynym, co zapamiętał, były zdania o tym, że chciała, aby ją zaprosił na studniówkę, poprosił do tańca, żeby objął, pocałował.

I jeszcze jedno – „smutna jak życie”. Tak to brzmiało. Że ta historia jest smutna jak życie. O czym to mogło świadczyć, jeśli nie o tym, że jej się nie układa? Może także jest samotna? Może nie jest szczęśliwa w związku?

Ale czy w takim razie wzięłaby udział w konkursie? Jeśli ktoś chce wygrać dwuosobowe zaproszenie na bal, to najwyraźniej ma z kim na ten bal pójść… Szymon spierał się w myślach sam ze sobą.

Gdyby kogoś miała – odpowiedział sobie natychmiast – nie pisałaby o dawnej miłości. Każdy mąż by się wściekł, słysząc takie wspomnienia na antenie lokalnego radia.

Zanim wreszcie dojechał do domu, był rozemocjonowany aż do bólu głowy. Z tego wszystkiego zapomniał, że nic nie jadł. Miał tylko dwie godziny do zajęć w szkole językowej, ale postanowił poświęcić je na poszukiwania. Żołądek skurczył mu się boleśnie, ale on zaparzył sobie tylko trzecią kawę i usiadł do laptopa. Jak mógł wcześniej nie wpaść na ten pomysł! Ona może mieć konto na Facebooku! Prawie wszyscy mają w dzisiejszych czasach.

Szymon także miał, choć po prawdzie niewiele na nim zamieszczał. Jakieś dwa zdjęcia wyjątkowo dużej ryby złowionej kiedyś z synem podczas pobytu u dziadków, kilka udostępnionych artykułów na temat strajku nauczycieli – nic osobistego.

Jak ją znaleźć? Zaczął od nazwiska panieńskiego, ale szczerze mówiąc, nie wierzył, aby to mogło się udać „Weronika Lasota” – wpisał. Wyświetliło mu się kilkanaście profili. Przejrzał je wszystkie, ale żaden z nich z całą pewnością nie należał do jego Weroniki. No tak, taka dziewczyna jak ona musiała wyjść za mąż. Tylko skąd on miałby wiedzieć, jak się teraz nazywa?

Przyjaźniła się z Izą Kłosek, przypomniał sobie. Może tą drogą uda