Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
64 osoby interesują się tą książką
Sonia ma dwadzieścia dwa lata i marzy o lepszym życiu. Kiedy na jej drodze staje Robert – starszy o ponad dwadzieścia lat, przystojny, zamożny i szanowany lekarz – wszystko zmienia się niemal z dnia na dzień. Daje jej poczucie bezpieczeństwa, otacza luksusem i sprawia, że Sonia zaczyna wierzyć, że właśnie tak wygląda szczęście.
Nie zauważa momentu, w którym troska zamienia się w kontrolę. Robert coraz częściej podważa jej słowa, izoluje ją od bliskich, ośmiesza i sprawia, że Sonia przestaje ufać samej sobie. Dziewczyna próbuje szukać pomocy, ale nikt jej nie wierzy. Przecież Robert jest szanowanym lekarzem i wzorowym mężem.
Dopiero rozmowa z jego byłą żoną daje Sonii nadzieję. Ale wtedy jest już za późno.
Jedna noc. Nóż. Krew. Ciało mężczyzny na podłodze.
A potem szpital psychiatryczny i coś, co każe Sonii zwątpić we wszystko, co wydarzyło się tamtej nocy.
Czy Sonia naprawdę zabiła męża? A może od początku ktoś manipulował jej rzeczywistością? Kto w tej relacji naprawdę jest ofiarą, a kto katem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 332
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Izabela M. Krasińska Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: M.Shaf
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Kornelia Dąbrowska
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-92-6
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszystkie postacie, sytuacje i wydarzeniawystępujące w powieści są fikcyjne,a ewentualna zbieżność nazwiskjest przypadkowa
– Kamil, wyłaź już, bo spóźnię się do pracy!
Ponownie dobijam się do drzwi łazienki, ale brat pozostaje niewzruszony wobec moich nawoływań.
Wzdycham ciężko i wracam do kuchni, gdzie pospiesznie dopijam herbatę i sprzątam po śniadaniu. W takich chwilach marzę o tym, żeby wyprowadzić się z domu rodzinnego, wynająć kawalerkę, choćby najmniejszą, ale wreszcie zamieszkać samej, mieć nieograniczony czasowo dostęp do każdego pomieszczenia, porządek i... ciszę.
Mieszkamy w sześcioro w pięćdziesięciodwumetrowym mieszkaniu w starym bloku z lat sześćdziesiątych. Mama, ja i moja młodsza siostra Dagmara zajmujemy większy pokój, nazywany salonem chyba już tylko z przyzwyczajenia. W drugim, znacznie mniejszym, gnieżdżą się moi trzej bracia. Mam dwadzieścia dwa lata i od dzieciństwa śpię w jednym łóżku z Dagmarą. Mama korzysta z rozkładanego fotela, ale nasz pokój i tak jest stanowczo za mały na trzy osoby. Daniel, Kamil i Kuba mają jeszcze trudniej, ale przez te wszystkie lata zdążyliśmy przywyknąć do niełatwych warunków mieszkaniowych. Kiedy tata żył, obiecywał, że sprzedamy mieszkanie w mieście i zamieszkamy w domu jednorodzinnym na wsi. Snuł wizje, jak to każde z nas będzie miało własny pokój, przed domem postawimy wielką huśtawkę ogrodową, weźmiemy ze schroniska psa i kota, co sobota grill albo ognisko z pieczonymi ziemniakami, do tego taras ze stolikiem na kawę i śniadanie oraz wiele, wiele innych pięknych obietnic, których nigdy nie spełnił...
Dziś, kiedy zdarza mi się myśleć o ojcu, już się nie uśmiecham na wspomnienie o nim. Miałam szesnaście lat, gdy mama wyznała nam z płaczem, że tata dostał w pracy rozległego zawału. Nie udało się go uratować. Gdyby to był niespodziewany atak serca, pewnie byłoby mi łatwiej pogodzić się z jego śmiercią. Niestety ojciec od dłuższego czasu skarżył się na złe samopoczucie, ale nic z tym nie zrobił. Mama niemal krzyczała na niego, wysyłała go do lekarza, ale konsekwentnie ignorował jej prośby i groźby. W rezultacie dostał tego cholernego zawału i zostawił nas w ciasnym mieszkaniu, niemal bez środków do życia.
W chwili jego śmierci mój najstarszy brat Daniel dopiero osiągnął pełnoletność, reszta z nas jeszcze chodziła do szkoły, a Kuba miał zaledwie sześć lat. Nasze plany i marzenia legły w gruzach. Mimo że mama zarzekała się, że zrobi wszystko, abyśmy mogli pójść na studia i się wykształcić, ja i Daniel wiedzieliśmy, że po maturze czeka nas nie wybór uczelni, ale szukanie pracy. Nasza matka jest zatrudniona jako sprzątaczka w szpitalu i niestety nie zarabia kokosów. Nie dostaliśmy renty po ojcu, bo ten ostatnie lata przepracował na czarno i nie opłacał składek. Niewielkie oszczędności, jakie udało się zgromadzić rodzicom, szybko się rozeszły na bieżące wydatki, a tych przy pięciorgu dzieciach przecież nie brakowało.
Kiedy zdałam maturę, wiedziałam, że muszę porzucić mrzonki o studiowaniu i znaleźć jakąkolwiek pracę. Tylko ja i Daniel byliśmy już dorośli, reszta rodzeństwa nadal się uczyła. Nienawidziłam biedy, jakiej doświadczyliśmy, złośliwych komentarzy rówieśników, że kto o zdrowych zmysłach robi sobie pięcioro dzieci, w dodatku mieszkając w bloku. Tak, o to też miałam żal do rodziców. Gdyby zdecydowali się tylko na dwoje lub troje potomstwa, teraz byłoby nam nieporównanie łatwiej. Przez te lata, kiedy chodziłam do szkoły, ani razu nie zaprosiłam do domu swoich koleżanek. Nie tylko wstydziłam się naszych starych, zniszczonych mebli, odrapanego parkietu i brudnych ścian, ale przede wszystkim mieszkanie nigdy nie było puste. W każdym pomieszczeniu wiecznie ktoś przebywał, rozmawiał, śmiał się, płakał, bawił się, krzyczał albo biegał. Na myśl o tym, że któraś z moich koleżanek z klasy miałaby zobaczyć to kakofoniczne zoo, robiło mi się niedobrze. W rezultacie to ja odwiedzałam swoje znajome w ich domach. Nie wszystkie były urządzone ze smakiem i zamożne, ale żaden nie wyglądał tak żałośnie jak mój. W takich chwilach obiecywałam sobie, że gdy tylko będę mogła, wyprowadzę się z domu i zamieszkam sama, by codziennie napawać się upragnioną samotnością.
W naszym mieszkaniu nie istnieje coś takiego jak prywatność. Jej iluzję stanowi jedynie szafka w meblościance. Mam do swojej dyspozycji dwie półki, na których latami musiałam pomieścić podręczniki do szkoły oraz ubrania. Tych drugich miałam i nadal mam tyle co nic, ale obie z Dagmarą wspieramy się wzajemnie. Czasem udaje nam się kupić coś nowego na targu, czasem trafimy ekstra ciuchy w secondhandzie, znacznie rzadziej dokonujemy zakupu w sklepie. Przy odrobinie improwizacji i kreatywności udaje nam się stworzyć stylizację, która nie różni się aż tak bardzo od tego, co noszą nasze rówieśniczki. Dzielimy się też kosmetykami i perfumami. Śmiejemy się, że nic tak nie solidaryzuje sióstr jak bieda.
Już jako nastolatka często słyszałam, że jestem śliczna. To prawda, uroda od zawsze stanowiła mój ogromny atut, ale nie chcę, by postrzegano i oceniano mnie jedynie przez pryzmat ładnej buźki i zgrabnej sylwetki. Moja mama też kiedyś była piękną kobietą, jednak liczne porody i ciężka fizyczna praca, a jeszcze potem wdowieństwo postarzyły ją o dobre dziesięć lat. Obecnie nie ma jeszcze pięćdziesiątki, ale wygląda, jakby niebawem wybierała się na emeryturę. Ani ja, ani Dagmara nie zamierzamy podzielić jej losu. Owszem, chciałybyśmy wyjść za mąż i mieć dzieci, ale priorytetem są dla nas studia i dobra praca. Bardzo zależy mi na niezależności, poczuciu, że sama decyduję o sobie i swoim losie.
Kiedy Kamil opuszcza w końcu łazienkę, wpadam tam jak burza i szybko myję zęby. Poprawiam szminkę i włosy, po czym zerkam na zegarek. Czas na mnie. Dwa lata temu zatrudniłam się w agencji hostess, dzięki czemu nie tylko otrzymuję regularne, dobrze płatne zlecenia, ale mam także pewność, że zleceniodawca zapłaci za wykonaną przeze mnie pracę. Zapisałam się również na studia zaoczne. Był to warunek konieczny, żebym mogła nawiązać współpracę z agencją, ale dla mnie stanowiło to także spełnienie marzeń i dało ogromną motywację do działania. Po kilkunastu miesiącach w tej branży zgromadziłam już sporo oszczędności, a za rok uzyskam licencjat z administracji. Nie mogę się doczekać, kiedy uzbieram tyle pieniędzy, żebym mogła wyprowadzić się z domu i zacząć żyć po swojemu.
W tym tygodniu promuję nowy smak znanego polskiego twarożku. Przepasana fartuszkiem z logo producenta częstuję klientów supermarketu mini kanapeczkami z serkiem. Zachęcam do degustacji, uśmiecham się, odpowiadam na dwuznaczne pytania, niemal codziennie zadawane mi przez facetów, którzy mogliby być moimi ojcami, pilnuję, żeby dzieci nie odbijały swoich rączek w twarożku, udzielam informacji na temat innych produktów firmy, krótko mówiąc, dwoję się i troję, żeby ludzie wyszli ze sklepu razem z tym cholernym serkiem, a najlepiej kilkoma opakowaniami.
Nie przepadam za promowaniem produktów w marketach. Od tego wprawdzie zaczynałam i czasem nadal biorę takie zlecenia, ale generalnie jest to najmniej opłacalna opcja. Znacznie lepiej zarabia się podczas obsługi eventów czy wszelkiego rodzaju targów. Mogę nie tylko zgarnąć podwójną stawkę, ale również zobaczyć ciekawe i znane osoby, napić się bardzo drogiego szampana i skosztować potraw, na które nigdy nie byłoby mnie stać. Zazwyczaj zatrudniam się właśnie do takich akcji promocyjnych, ale nawet tam zdarzają się przestoje albo zwyczajnie konkurencja okazuje się szybsza. Wtedy właśnie ratuję się promocjami w supermarkecie.
– Zachęcam do skosztowania nowego smaku! Pyszny twarożek Maruś z dodatkiem porzeczki! – Uśmiecham się do pary staruszków, ale ci mijają mnie obojętnie, jakby wcale mnie nie zauważyli.
Przez niemal dwa lata zdążyłam przywyknąć do różnych reakcji klientów. Najczęściej zachowują się tak jak ci seniorzy, czyli przechodzą obok i udają, że mnie nie widzą ani nie słyszą. Drugą grupę, mniej liczną, stanowią ci, którzy zatrzymają się i poczęstują oferowanym przeze mnie przysmakiem. Czasem powiedzą coś miłego, ale najczęściej tylko dziękują i czmychają między sklepowe półki, jakby bali się, że zaraz za nimi pobiegnę i zmuszę do zakupu całego opakowania. Trzecia grupa to namolni, nie zawsze do końca zrównoważeni psychicznie faceci, którzy biorą mnie chyba za panienkę do towarzystwa. Tacy nie tylko zjadają po kilka smakołyków, ale też zaczynają flirtować albo, jeśli są zaburzeni, wygadywać jakieś głupoty i przekraczać moje osobiste granice zarówno dystansu, jak i cierpliwości. Nierzadko się zdarza, że muszę korzystać z pomocy ochroniarzy, bo sama nie jestem w stanie się pozbyć takiego niechcianego czy wręcz niebezpiecznego osobnika. Czwartą grupę tworzą frustraci, czyli osoby reagujące na moją zachętę do poczęstunku niemal agresywnie. W mniej lub bardziej wulgarnych słowach opisują, gdzie mogę sobie wsadzić kanapeczki czy inne oferowane przysmaki. Podejrzewam, że tak samo traktują biednych roznosicieli ulotek.
– Może kanapeczkę? Dziś do sklepów trafił nowy smak Marusia, z dodatkiem porzeczki – zaczepiam wysokiego i przystojnego bruneta, który właśnie przechodzi obok mojego stanowiska.
Facet kompletnie nie pasuje do tego miejsca. Jest elegancko ubrany, na nadgarstku świeci się jego Rolex, a niebieskie, nieco zdziwione oczy, jakie na mnie kieruje, momentalnie kojarzą mi się z wakacjami gdzieś na Karaibach. Ciekawe, czy woda tam też jest tak piękna.
Zatrzymuje się nieoczekiwanie.
– A wie pani, że chętnie się skuszę?
Obdarza mnie ciepłym uśmiechem, po czym przekłada do drugiej dłoni skórzany neseser i zgrabnym ruchem sięga po kanapeczkę. Wgryza się w nią i z lubością przymyka powieki.
Przyłapuję się na tym, że wpatruję się w niego ze źle skrywanym zachwytem. Rany, co za ciacho, w dodatku zdaje się, że stanu wolnego, bo nie ma obrączki! Wygląda na jakieś czterdzieści kilka lat, ale niewykluczone, że bliżej mu do pięćdziesiątki. Jest bardzo zadbany i, sądząc po jego ubraniu oraz dodatkach, zamożny. Ciekawe, jaki zawód wykonuje.
Gromię samą siebie za te głupie rozmyślania i skupiam się na kliencie.
– Bardzo smaczny ten twarożek. Porzeczka to prawdziwy strzał w dziesiątkę! – stwierdza przystojniak, wycierając usta serwetką. – Chętnie go kupię. Dostanę go u pani?
Znowu uśmiecha się zniewalająco, a ja z trudem zachowuję spokojny wyraz twarzy. Sonia, idiotko, ten gość mógłby być twoim ojcem, karcę się ponownie w myślach.
– U mnie możliwa jest tylko degustacja, ale wszystkie smaki Marusia są oczywiście dostępne na półce. – Wskazuję na alejkę za siebie.
– Bardzo pani dziękuję. – Mężczyzna jest nie tylko atrakcyjny, ale ma również bardzo miłą dla ucha barwę głosu. – Uratowała mnie pani, konałem już prawie z głodu – dodaje i mruga do mnie szelmowsko.
– Może w takim razie skosztuje pan czekoladowego Marusia? Trochę cukru nie zaszkodzi, a nieco doda sił... – Nie czekając na reakcję nieznajomego, podaję mu przysmak na serwetce.
Mężczyzna udaje, że się waha, po czym parska śmiechem i sięga po kolejną kanapeczkę. Rozprawia się z nią w kilku kęsach, a ja znowu bezczelnie się na niego gapię. Jest naprawdę intrygujący i... Sama nie wiem, jak to nazwać, ale emanuje taką serdecznością i spokojem, że chciałoby się godzinami przebywać w jego towarzystwie.
– Delicje, po prostu pychota... – Przystojniak wyciera dłonie i zerka na swojego Rolexa. – Najchętniej zjadłbym wszystko, co pani tu ma, ale po pierwsze pewnie nie wolno, a po drugie muszę zrobić jeszcze zakupy. Jeszcze raz dziękuję za tę ambrozję i... – Zawiesza głos, po czym spogląda na mnie z delikatnym uśmiechem. – Mam nadzieję, że jeszcze tu na panią wpadnę. To czysta przyjemność konsumować takie specjały z rąk tak uroczej damy.
Czuję, że się rumienię, ale jest mi zarazem bardzo miło. Nie odbieram komplementu klienta jako rubasznego czy zawstydzającego, wręcz przeciwnie, podoba mi się to, jak się wyraża. Widać, że facet jest z wyższych sfer, a w tym markecie znalazł się pewnie przez czysty przypadek.
– Będę tu aż do niedzieli – mówię i mimowolnie się prostuję. Sama nie wiem dlaczego, ale chcę mu się wydać atrakcyjna. Nie wiem, czy to możliwe, kiedy ma się na sobie fartuszek z logotypem serka i wizerunkiem w połowie bezzębnego, uśmiechniętego chłopca. Błysk w oczach przystojniaka wskazuje jednak na to, że chyba spodobały mu się nie tylko kanapeczki z Marusiem.
– Znakomicie – stwierdza. – Proszę się zatem spodziewać, że codziennie będę wpadał na degustację – deklaruje, po czym żegna się i znika między sklepowymi półkami.
Zostaję sama przy stanowisku i przyłapuję się na tym, że szeroko się do siebie uśmiecham. Nawet jeśli nieznajomy tylko żartował i już nigdy więcej go nie zobaczę, warto było go spotkać. Mimo że przede mną jeszcze kilka godzin pracy, ten dzień stał się o wiele znośniejszy.
