Pamiętnik z zapomnianego dworu - Izabela M. Krasińska - ebook
NOWOŚĆ

Pamiętnik z zapomnianego dworu ebook

Izabela M. Krasińska

0,0

57 osób interesuje się tą książką

Opis

Mira ma 35 lat, mieszka z mamą i babcią, szefowa stosuje wobec niej mobbing, dodatkowo kobiety w jej rodzinie prześladuje fatum. Kiedy udaje jej się wybłagać kilka dni urlopu, nie wie jeszcze, że jej życie całkowicie się odmieni. Na prośbę babci, w drodze do Zakopanego zatrzymuje się w wiejskiej bibliotece, skąd ma odebrać ważne dla rodziny pamiątki. Cudem ocalony pamiętnik dziedziczki Elizy Wolskiej oraz kilka pożółkłych fotografii początkowo nie robią na Mirze większego wrażenia. Gdy poznaje Alberta, bibliotekarza i pasjonata lokalnej historii, w kobiecie stopniowo zachodzi przemiana. Mężczyzna pokazuje jej piękno swojej małej ojczyzny i uczy ją, jak czerpać radość z małych rzeczy. Między nimi nawiązuje się uczucie, jednak oboje wiedzą, że dzieli ich zbyt wiele, by mogli być razem a może tak im się tylko wydaje?
Czy przeszłość zapisana w pamiętniku Elizy może zmienić przyszłość Miry?
Czy miłość zawsze wyraża się w czasie jej trwania, a może w czynach?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 344

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © Izabela M. Krasińska Copyright © 2026 by Lucky

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Źródło obrazu: fantom_rd, janzwolinski (stock.adobe.com)

Skład i łamanie: Michał Bogdański

Redakcja i korekta: Joanna Jeziorna-Kramarz

Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom

Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54

e-mail: [email protected]

Wydanie I

Radom 2026

ISBN 978-83-68684-28-5

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszystkie postacie, sytuacje, miejsca i wydarzenia opisane w powieści są fikcyjne, a ewentualna zbieżność nazwisk jest przypadkowa.

13 lutego 1909 roku

Tyle ciekawych rzeczy się dzieje, dlatego uznałam, iż dobrym pomysłem będzie, abym zaczęła prowadzić pamiętnik. Nie wiem, jak długo uda mi się wytrwać w tym postanowieniu, gdyż kilka razy już próbowałam i... kończyło się na paru wpisach. Myślę, że teraz będzie inaczej, bo jestem starsza, a tym samym mądrzejsza... Niedawno obchodziłam szesnaste urodziny i rodzice uznali, że stałam się panną na wydaniu! Półżartem, półserio mówią o tym, że rychło trzeba będzie szukać dla mnie odpowiedniej partii. Jestem ich ukochaną córką, do tego jedyną, więc chcą dla mnie jak najlepiej. Obiecali, że kupią mi piękną suknię i będę mogła wreszcie pójść na bal karnawałowy! Nie mogę się doczekać!

25 maja 1909 roku

Dorosłe życie jest takie ekscytujące! Uwielbiam bale, mogłabym nie schodzić z parkietu. Mam ogromne powodzenie, chłopcy nieustannie proszą mnie do tańca, ale moje serce bije mocniej na widok tylko jednego z nich... Ma na imię Maksymilian i jest taki przystojny! Dowiedziałam się, że to syn dziedzica z Darzowa. Zdaje się, że ja również nie jestem mu obojętna, bo zerka na mnie często, kilka razy zaproponował mi nawet taniec. Podczas walca prawił mi komplementy, a ja robiłam wszystko, aby nie zauważył, jak bardzo się z tego powodu rumienię. Po powrocie do domu mama zapytała mnie na osobności, czy jakiś kawaler wpadł mi w oko. Nieśmiało przyznałam, że podoba mi się pan Darzyński... Matula uśmiechnęła się i ścisnęła mnie za rękę. Wyglądała na zadowoloną, co napełnia mnie nadzieją, że kiedy przyjdzie mi wybierać kandydata na małżonka, syn dziedzica spotka się z aprobatą ze strony moich rodziców. Na razie nie w głowie mi jednak zamążpójście. Zmieniam tylko suknie i jeżdżę na bale, korzystam z nowych przywilejów i tego, że tylu ładnych chłopców wodzi za mną wzrokiem. Mój utkwiony jest w panu Maksie. Kiedy go widzę, serce zaczyna mi łopotać niczym ptaszek w klatce. Do tej pory myślałam, że takie rzeczy dzieją się jedynie w sentymentalnych romansach, które czasem czytam, jednak teraz już wiem, że w prawdziwym życiu również jest możliwa wielka i szczera miłość...

11 stycznia 1910 roku

Moje serce nadal krwawi po tym, co spotkało mnie ze strony pana Maksymiliana. Phi, wielki dziedzic dworu, patrzcie go! W ubiegłym roku tyle razem przetańczyliśmy, tak wiele rozmów za nami, spojrzeń, gestów, uśmiechów... Byłam pewna, że jest tym jedynym, że to właśnie jemu oddam swoje serce, tymczasem Maks... zaręczył się z Kazią Doboszówną. Wiosną ma się odbyć ich ślub. Kiedy się o tym dowiedziałam, przepłakałam kilka dni. Nie chciałam chodzić na bale, patrzeć na niego, nic mnie nie cieszyło... Rodzice próbowali jakoś zaradzić na moje złamane serce, mama sprawiła mi nową suknię, ale ja nie chciałam już tańców. Moje życie straciło sens, a ja całkiem zwątpiłam w miłość. Nie, wcale nie jest taka jak w powieściach. Tam mężczyźni okazywali się honorowi i wierni swojej wybrance. Kochali ją do śmierci, a nie do kolejnego tańca z inną.

Nigdy nie wyjdę za mąż, nie będę się już wcale pokazywać ludziom. Myślę, aby wstąpić do zakonu i oddać swoje serce Bogu Najwyższemu.

29 września 1910 roku

Byłam pewna, że umarła we mnie wszelka miłość, jednak litościwy Bóg wciąż nade mną czuwa. Kiedy odchorowałam już swoje uczucia do tego nędznika Maksa, niechętnie powróciłam na salony. Byłam pewna, że bale już nie będą mi się podobały, ale stało się inaczej, a to wszystko za sprawą... jednego tańca. To właśnie podczas poloneza poznałam Antoniego. Jeśli wydawało mi się, że Maksymilian jest przystojny, to w takim razie syn dziedzica Wolskiego jest po prostu... piękny. Wysoki, szczupły, z gęstymi kędzierzawymi włosami wpatrywał się we mnie tymi swoimi przenikliwymi czarnymi oczami, jakbym była jakąś boginią. Zatańczyliśmy poloneza, po nim mazurka i walca, a ja... Znowu poczułam, że moje serce nieśmiało otwiera się na, wydawałoby się, zapomniane już uczucie. Tym razem jednak wolałam zachować powściągliwość, aby ponownie nie narazić się na ośmieszenie. Antoni nie daje jednak za wygraną. Zjawia się na każdym balu i od razu ku mnie kieruje swoje kroki. Opowiada mi o swoim życiu na wsi, o pięknym dworze, który wkrótce ma się znaleźć w jego władaniu, prawi mi komplementy, od których robi mi się gorąco.

Kiedy rodzice zapytali wczoraj, czy Wolski naprawdę mi się podoba, tym razem zapewniłam ich o tym z całą odwagą i żarliwością, na jakie było mnie stać. Mama tylko zerknęła na tatę, a on chrząknął i przygładził wąsa. Minę miał nietęgą, jakby spotkała go jakaś przykrość. Nie wiem jeszcze, co ich trapi, ale nie zamierzam się tym na razie zadręczać.

12 lutego 1911 roku

Jestem po słowie z Antonim! Przez długi czas byłam pewna, że on tylko się ze mną droczy, flirtuje, że nie ma wobec mnie poważnych zamiarów, tymczasem... jeszcze w tym roku zostanę jego żoną. Przez ostatnie miesiące kręcił się przy mnie nie tylko on, ale również dwóch innych kawalerów. Jeden z nich był zbyt stary, a drugi... zbyt młody. Obaj wydawali mi się nie tylko głupi, ale też nudni. Nie mieli najmniejszych szans przy Antonim. Kiedy pomyślę, że niedługo zamieszkamy razem w jego pięknym dworze, że stanę się dziedzicową, a zarazem żoną i matką jego dzieci, czuję ogromną radość. Niestety matula i tatuś wydają się markotni. Niby się cieszą, ale z ich oczu wyziera jakiś smutek, którego źródła jeszcze nie udało mi się poznać...

30 maja 1911 roku

Mama zabrała mnie na wieś, do swojej kuzynki Urszuli. Wcześniej odwiedziłyśmy doktora Anielskiego, który stwierdził, że wyglądam nieco blado i mizernie, w związku z czym przydałby mi się krótki pobyt na wsi, aby nabrać wigoru i nieco zaróżowić blade policzki. Cioteczka Ula mieszka we dworze razem ze swoim mężem, wujkiem Jerzym, synem Grzegorzem i córką Krysią. Krystyna jest dwa lata młodsza ode mnie, ale bardzo lubimy spędzać ze sobą czas. Gdy tylko pozwolono nam po obiedzie i deserze odejść od stołu, natychmiast pobiegłyśmy do przydwornego parku. Opowiedziałam jej o balach i, rzecz jasna, o Antonim. Krysia jest zachwycona i bardzo się cieszy, że będę mieszkać we dworze. Spacerując po posiadłości wujostwa, próbowałam sobie wyobrazić, że oto przechadzam się po własności Wolskich, a wszyscy robotnicy i służące kiwają mi przyjaźnie głowami. Ach, może i moje rozmyślania są nieco naiwne, ale tak mi już tęskno do dorosłości... Miłość to piękne uczucie. Jestem pewna, że po ślubie będę najszczęśliwszą dziedziczką na świecie!

Rozdział 1

2025 rok

– Możesz mi powiedzieć, po jaką cholerę pościągałaś manekiny z wystawy? Prosił cię ktoś o to?

Mira znieruchomiała, słysząc ostry ton swojej przełożonej. Mimowolnie się skuliła i mocniej zacisnęła palce na trzymanej w dłoniach lnianej koszuli.

Tylko spokojnie, nie prowokuj jej, bo znowu będzie się na ciebie darła przez pół dnia, pomyślała, obracając się powoli w stronę szefowej.

– Pani Jadwigo, umawiałyśmy się w zeszłym tygodniu, że dziś zrobię wymianę odzieży z wystawy – odezwała się Mira i odłożyła ubranie.

Nie chciała, by zostały na nim ślady jej spoconych rąk. Jeszcze tego brakowało, by dostała kolejną burę za poplamienie ciucha za osiemdziesiąt złotych. Ignorując narastające dudnienie w głowie i serce bijące jak oszalałe, spojrzała na pracodawczynię. W tej samej chwili zrozumiała, że popełniła ogromny błąd.

Jadwiga Majkowska była pięćdziesięciopięcioletnią, atrakcyjną singielką. Wysoka, zgrabna, z długimi lśniącymi blond włosami, wyglądała na dużo młodszą. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie niezwykle serdecznej osoby. Gdy cztery lata temu Mira zatrudniła się w jej sklepie odzieżowym, również dała się nabrać sympatycznemu wyrazowi twarzy Majkowskiej oraz jej obietnicom stabilnego zatrudnienia. Zgodnie z umową, którą zawarły ustnie podczas rozmowy kwalifikacyjnej, Mira miała przepracować trzy miesiące na okresie próbnym, a następnie zostać przyjęta na czas nieokreślony. Taką propozycję złożyła jej sama Jadwiga.

Dziewczyna starała się, jak mogła, by nie tylko zaimponować przełożonej, ale również zasłużyć na jej zaufanie i stałą umowę. W ciągu kwartału sama z siebie wysprzątała cały sklep, zaproponowała nowe ustawienie wieszaków i regałów, zgodziła się także na prowadzenie portali społecznościowych i tym samym reklamowanie sklepu w sieci. Wydawało jej się, że Majkowska jest z niej zadowolona, jednak po upływie trzech miesięcy szefowa podsunęła jej do podpisania umowę na... rok.

– Ale... przecież umawiałyśmy się na czas nieokreślony – przypomniała nieśmiało Mira, widząc datę widniejącą w dokumencie.

Jadwiga zmarszczyła gniewnie brwi.

– Przemyślałam swoją propozycję i uznałam, że to dla mnie zbyt ryzykowne – stwierdziła. – Jesteś jeszcze młoda, kto wie, co ci odbije, może się zaciążysz i pójdziesz sobie na wieczny urlop, a ja zostanę na lodzie. Mało to cwaniar już chciało mnie oszukać w ten sposób? – Kobieta popatrzyła na Dobrowolską, jakby ta właśnie oznajmiła, że spodziewa się dziecka i idzie na długie zwolnienie lekarskie.

Mira miała do wyboru zgodzić się i zarazem łudzić, że po roku wreszcie doczeka się obiecanej umowy na stałe albo... szukać szczęścia w odległej o półtorej godziny jazdy Warszawie.

Już raz wyruszyła na podbój stolicy i zakończyło się to dla niej dramatycznie. Zrozpaczona i okradziona, musiała prosić mamę o pożyczkę, aby zapłacić za wynajem i rachunki. Po tamtych przykrych wydarzeniach wróciła do domu rodzinnego i już w nim została. Długo zbierała się po tym, co ją spotkało, i to za sprawą człowieka, któremu bezgranicznie zaufała. Gdyby miała ponownie szukać szczęścia w Warszawie, nie byłoby to dla niej łatwe nie tylko ze względu na przeszłość, ale także... komunikację. Z Pliszowa odjeżdżało tylko kilka pociągów, w dodatku planowano zlikwidować kolejne połączenia. Mieszkańcy jej rodzinnej miejscowości dawno już przesiedli się do samochodów. Woleli stać codziennie w kilkukilometrowych korkach, niż marznąć na stacji kolejowej w oczekiwaniu na wiecznie opóźniony pociąg.

Gdyby była równie uparta i przebojowa, pewnie udałoby jej się znaleźć w Warszawie i mieszkanie, i dobrą pracę. Kłopot polegał na tym, że Mira nie miała o sobie zbyt dobrego zdania. Nie była dość sprytna ani zaradna, nie była nawet bardzo ładna, ot, przeciętna dziewczyna z równie przeciętnego miasteczka. Zarobki u Majkowskiej także nie napawały dumą. Podwyżka, premia? Mogła o tym tylko pomarzyć. Gromadziła oszczędności w ślimaczym tempie i zamartwiała się, że skończy jak wszystkie kobiety w jej rodzinie: samotna i zgorzkniała.

Zatrudnienie na czas nieokreślony otrzymała dopiero za... piątym razem. Jadwiga straszyła ją, że zamiast umowy na rok może zaoferować śmieciówkę. Nieustannie ubolewała nad niskim utargiem i obwiniała o to Mirę. Dziewczyna niemal każdego dnia wysłuchiwała, jak to kiedyś było gorzej, pracowało się na czarno, a teraz młodym się w głowie przewraca i wymuszają na pracodawcach stałe umowy. Jej szefowa zaczynała na słynnym Jarmarku Europy, gdzie handlowała ubraniami od rana do późnego popołudnia. Po likwidacji nielegalnego targowiska kobieta otworzyła własny sklep. Kilka razy zmieniała lokalizację, aż w końcu zdecydowała się na Pliszów.

Majkowska miała niewątpliwie głowę do interesów, bo te, wbrew jej narzekaniom, szły naprawdę dobrze. Sklep z odzieżą był chętnie odwiedzany, do czego w dużej mierze przyczyniła się również Mira. Konta w mediach społecznościowych, na których prezentowała atrakcyjną odzież La Moda Italiana zbierały wiele reakcji i pozytywnych komentarzy. Mira dwoiła się i troiła, aby efektywnie łączyć obowiązki doradcy klienta, sprzątaczki i specjalistki do spraw promocji i marketingu. Tak manewrowała czasem, by zdążyć ze wszystkimi zadaniami i by... Jadwiga nie miała się o co przyczepić. Płonne nadzieje, bo pomimo jej starań szefowa bez przerwy na nią pokrzykiwała i oczekiwała jeszcze więcej.

Teraz Majkowska wpatrywała się w nią, jakby obserwowała rzadki i wyjątkowo obrzydliwy okaz karalucha. Dla Miry nie było to nic nowego, zdążyła już przywyknąć do aroganckiego stylu bycia przełożonej.

– Ja się z tobą na coś umawiałam? – wycedziła starsza kobieta, nadal patrząc na Dobrowolską z odrazą. – Chyba coś ci się popieprzyło w tej pustej blond główce – warknęła. – Ubierz manekiny w to, co rano miały na sobie. Nie przypominam sobie takiej rozmowy, więc nie wciskaj mi tu kitu. Jeszcze jeden taki numer i cię zwolnię. – Spojrzała ostatni raz na Mirę i wyszła na zaplecze.

Dziewczyna z trudem powstrzymała łzy i popatrzyła na trzy manekiny. Kiedy szefowa zjawiła się w sklepie, Mira kończyła ubierać ostatniego z nich. Teraz musiała na nowo ściągnąć ciuchy i założyć te, które miały na sobie wcześniej. Zabrała się do pracy, mimo że doskonale pamiętała tamtą rozmowę. W piątek po południu Jadwiga powiedziała, że w środę trzeba przebrać manekiny w ubrania z najnowszej kolekcji. Dzisiaj nie dość, że zapierała się, iż niczego takiego nie mówiła, to jeszcze kolejny raz zagroziła Mirze, że wyrzuci ją z pracy.

Wszystko zaczęło się po podpisaniu drugiej umowy, a właściwie było obecne od początku, tylko Mira nie potrafiła jeszcze wtedy prawidłowo nazwać tego zjawiska. Akceptowała milcząco fakt, że szefowa rzadko miewa dobry humor, że odzywa się do niej lekceważąco, a czasem nawet nie zaszczyca zdawkowym „dzień dobry”. Udawała, że nie słyszy, gdy Majkowska nazywała ją „kretynką” albo sugerowała, że Mira ma problemy z psychiką. W myślach wyzywała Jadwigę od najgorszych, ale w kontakcie z nią była uległa i starała się jak najmniej rzucać w oczy. Dzień po dniu pracodawczyni odbierała jej pewność siebie i godność, sprowadzała niemalże do roli służącej.

– Bo jej na to pozwalasz! – denerwowała się Marta, przyjaciółka Miry.

Znały się jeszcze z liceum, razem wyjechały na studia do Warszawy i planowały, że zrobią tam furorę. Życie szybko zweryfikowało ich szalone plany. W rezultacie obie, choć każda w innym czasie i w innych okolicznościach, powróciły do rodzinnego Pliszowa.

– Dziewczyno, przecież ta baba to klasyczny przykład mobbera! – Marta wpatrywała się w Mirę z niedowierzaniem. – Nie wytrzymałabym z tym potworem ani minuty... Wolałabym zarejestrować się w urzędzie pracy, niż pracować z taką podłą suką.

Mira cierpliwie wysłuchiwała pouczeń przyjaciółki. Zdawała sobie sprawę, że Marta chce dla niej jak najlepiej, jednak różnica polegała na tym, że Chrzanowska nigdy nie musiała się martwić o pieniądze, za to Dobrowolska od dziecka klepała mniejszą lub większą biedę. Ilekroć próbowała zmierzyć się z losem i w końcu zaznać spokojnego życia, ten kolejny raz rzucał jej kłody pod nogi.

Tak, Marta miała rację. Postępowanie Jadwigi bez najmniejszych wątpliwości można było uznać za mobbing. Mira mogłaby godzinami wyliczać, co szefowa zrobiła lub powiedziała, ile razy świadomie złamała prawo...

– Tyle razy ci mówiłam, zgłoś ją do Inspekcji Pracy i w końcu poszukaj sobie nowej roboty, gdzie będziesz szanowana i normalnie wynagradzana. Tutaj nie wolno ci nawet brać urlopu, przecież to chore i niezgodne z kodeksem! Rany, Mira, jak ty z nią wytrzymujesz? Ja bym trzasnęła drzwiami zaraz po tym numerze z drugą umową... – Marta nie kryła swojego oburzenia.

Mira dawno już przestała tłumaczyć przyjaciółce, że praca z mobberem przypomina trochę związek z narcyzem i przemocowcem. Najpierw jest słodko i miło, ignoruje się kolejne czerwone flagi, aż w końcu okazuje się, że ofiara jest już tak zastraszona i psychicznie uwikłana, że nie potrafi się sama uwolnić z toksycznej relacji. Bywały dni, że wstawała z mocnym postanowieniem, że właśnie dzisiaj powie Majkowskiej, co naprawdę o niej myśli, i demonstracyjnie rzuci wypowiedzeniem, jednak wystarczyło, że dotarła do sklepu i stanęła oko w oko z przełożoną, by jej harde nastawienie gdzieś się rozmyło.

Kontakt z Jadwigą powodował, że Mirze trzęsły się ręce, serce tłukło się w piersi niczym uwięziony ptak, a ona sama nie potrafiła sklecić jednego mądrego zdania. Przełożona doskonale zdawała sobie sprawę, jak działa na swoją pracownicę, i w pełni świadomie to wykorzystywała. Im większą wrogość oraz arogancję okazywała Mirze, tym bardziej nad nią triumfowała.

Dziewczyna otrząsnęła się z rozmyślań, słysząc, że ktoś wchodzi do sklepu. Zostawiła ostatniego manekina i podeszła do lady, uśmiechając się do pani Kariny, stałej bywalczyni.

– Dzień dobry, słyszałam, że dziś miałyście dostawę, ale chyba się pomyliłam, bo nie widziałam żadnego info na Facebooku, nie ma też manekinów na wystawie... – Kobieta spojrzała z zakłopotaniem na Mirę. – Przyszłam za wcześnie?

Zanim Dobrowolska zdążyła otworzyć usta, z zaplecza wyszła jej szefowa.

– Dzień dobry, pani Karinko – zaszczebiotała do klientki. – Wszystko się zgadza, mamy świeżą dostawę, tylko ktoś – mocno zaakcentowała słowo – zapomniał wstawić posta i przygotować na czas ekspozycję na witrynę. – Majkowska westchnęła ostentacyjnie i przewróciła oczami, jasno dając do zrozumienia, że ma na myśli Mirę.

Ta spojrzała z zaskoczeniem na przełożoną. Poczuła się jak idiotka. Niespełna godzinę temu przebrała manekiny i zamierzała je sfotografować, żeby pokazać nowe ubrania na portalach społecznościowych sklepu. Miała już nawet pomysł na fajną relację, ale właśnie wtedy zjawiła się Jadwiga i zarządziła, by na wystawę wróciły stare stroje. Teraz obarczyła całą winą Mirę, i to jeszcze przy klientce. Co za perfidne zagranie!

– Nic się nie stało, przejrzę ubrania tu, na ladzie, jeśli oczywiście można... – Karina zawahała się, widząc miny obu kobiet. Starsza miała wypisaną na twarzy satysfakcję, za to młodsza... Wyraźnie zbierało jej się na płacz. Atmosfera w sklepie nagle zrobiła się nerwowa, wręcz odpychająca. – Albo nie! – Klientka poczuła, że musi stąd jak najszybciej wyjść. – Przyjdę, gdy będą już manekiny i info w internecie. Niepotrzebnie tylko paniom namieszałam. Do widzenia! – Nie czekając na reakcję sprzedawczyń, szybko opuściła butik.

Mira popatrzyła za nią przez szybę, na której dostrzegła smugi. Zamierzała umyć okno, gdy już upora się z manekinami. To było godzinę temu, teraz sama już nie wiedziała, co ma zrobić...

– Pięknie, przez ciebie straciłyśmy naszą najlepszą klientkę – syknęła Jadwiga. – Do cholery, nie potrafisz wykonywać prostych poleceń? Za co ja ci płacę? Jesteś tak durna, że mam ochotę cię zwolnić, i to natychmiast! – Kobieta podniosła głos. – Przebieraj manekiny w nową kolekcję, tylko migiem! I umyj, do kurwy nędzy, to okno. Brudno tu jak w chlewie! – zarządziła krótko i ponownie zniknęła na zapleczu.

Mira z trudem zapanowała nad łzami, które pchały jej się pod powieki. Nie, nie wolno jej się rozpłakać, nie tu, nie przy tej... Słowo, które wyszeptała pod nosem, zagłuszyło głośne burczenie w jej brzuchu. Od śniadania nie miała niczego w ustach, nie była też jeszcze w toalecie. Potrzeby fizjologiczne musiały jednak zaczekać. Jeśli dość szybko nie przebierze tych cholernych manekinów i nie wstawi posta, ta wiedźma znowu urządzi jej awanturę.

Dziewczyna zabrała się do pracy, zastanawiając się przy tym, co jeszcze zafunduje jej dzisiaj szefowa. Drżącymi dłońmi ściągała ubrania ze sztywnej modelki, ignorując przy tym coraz większe parcie na pęcherz. Mimowolnie popatrzyła żeńskiemu manekinowi w twarz. Jego oczy były puste i pozbawione życia, jakby było mu obojętne, co się z nim dzieje.

To zupełnie jak ja, pomyślała z goryczą Mira.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki