Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
23 osoby interesują się tą książką
Anthony Jones podczas porannego joggingu dostrzega na przystanku Pamelę Dawson – dawną miłość, która przed pięcioma laty zostawiła go i wyjechała bez słowa pożegnania. Cały świat, który rozpadł się po jej zniknięciu, a który skrupulatnie odbudowywał, znów rozlatuje się na kawałki, gdy Anthony dowiaduje się o powodach odejścia dziewczyny.
Pięć lat ciszy. Jedna prawda, która zmienia wszystko. To historia o wybaczaniu, pokorze i miłości silniejszej niż czas. To też opowieść o dorastaniu i sentymentalna podróż do dzieciństwa w latach 90.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 245
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Basia ŁaszkowCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reserved
Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.
Redakcja: Kinga Szelest
Korekta: Aneta Krajewska
Projekt okładki: Adam Buzek
Zdjęcie na okładce: AI Generator
Ilustracja na wewnętrznej stronie okładki: pngtree.com
Ilustracje przy nagłówkach i na drugiej stronie: pngtree.com
Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]
Wydanie I – elektroniczne
Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie
ISBN 978-83-8290-967-8
Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]
Dla moich przyjaciół z dzieciństwa, dzięki którym dorastanie w latach 90. było wspaniałą przygodą
Być może wielkie uczucie nie wkracza w nasze życie w blasku glorii jak rycerz na koniu; być może wkrada się cichutko jak stary przyjaciel; być może rozwija się w pozornej monotonii, by nagły błysk olśnienia ujawnił rytm i ukrytą muzykę. Być może miłość rozwija się naturalnie z pięknej przyjaźni, jak herbaciana róża z zielonego pąka.
Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonlea
Prolog
Historia ta ma kilka początków. Jeśli mi pozwolicie, postaram się opowiedzieć każdy z nich, bo wszystkie są dla mnie równie ważne.
Nazywam się Anthony Jones. Przyjaciele mówią na mnie Tony, lecz brzmienie mojego pełnego imienia stało się dla mnie wyjątkowe. Kiedy myślę o tym, jak dane było mi przeżyć życie, nie żałuję niczego, choć potrzebowałem wielu długich lat, aby się o tym przekonać. I to stało się właśnie dzięki niej – dzięki osobie, która wypowiadając moje imię swoim lekkim jak piórko głosem, nauczyła mnie żyć pełnią życia.
Nie było to nic spektakularnego, nic z tych rzeczy, chociaż miłość potrafi być spektakularna sama w sobie. Czułem, jak moje serce bije szaleńczo, motyle wariują w żołądku, a cała reszta wnętrzności zaplata się w ciasne supły, lecz wy, patrząc na mnie, widzielibyście tylko wysokiego, chudego chłopca w okularach z grubymi oprawkami, któremu włosy opadały niedbale na twarz. Może dalibyście radę ujrzeć to w moim spojrzeniu, bo ilekroć spoglądałem na nią – a spoglądałem naprawdę często, głównie gdy ona nie zdawała sobie z tego sprawy – tylekroć coś odzywało się w głębi mojej podświadomości i chyba próbowało uzmysłowić mi to już od samego początku.
Kochałem ją, o tak. Gdy nikt nie był w stanie przemówić mi do rozsądku, ona dawała sobie radę z moim nadpobudliwym charakterem. Gdy coś spaprałem, ona uparcie mnie kryła, a gdy miałem zły dzień, ona pierwsza o tym wiedziała. Wcale nie potrzebowałem jej o tym mówić. Wystarczyło, że spojrzała na mnie, i po prostu wiedziała. Byliśmy jak dwie połówki jabłka lub jak jedna dusza rozdzielona na dwa ciała, bo jak inaczej wytłumaczyć to, co działo się między nami już od samego początku?
Do wszystkiego dojdę w swoim czasie, choć jednocześnie wiem, że bardzo trudno będzie mi wyjaśnić to słowami. Wszystko, co najważniejsze, odczuwałem gdzieś na wysokości klatki piersiowej i żadne, nawet najpiękniejsze słowa nie będą w stanie tego wyrazić. Jeśli kiedykolwiek kogoś kochaliście, a ja wiem, że tak, to z pewnością dobrze to znacie.
Czym jest miłość? Miłość jest wspomnieniami. Miłość jest przywiązaniem. Miłość jest muzyką. Miłość jest nią.
Pozwólcie, że zacznę moją opowieść, choć zacznę ją od środka. Jest to tak naprawdę jeden z wielu początków tej historii, ale wydaje mi się, że to będzie odpowiedni moment, abyście poznali Pam. Moją Pam.
Rozdział 1
Od zawsze uwielbiałem Nowy Jork, lecz najbardziej kochałem go wiosną. Poranny jogging w Central Parku niesamowicie budził mnie do życia, a od kilku lat był dla mnie niezbędny jak samo oddychanie. Co więc było piękniejszego niż powolny trucht w towarzystwie muzyki sączącej się ze słuchawek, gdy wokół przyroda budziła się do życia?
Betonowa dżungla wyrastająca zza zielonych koron drzew od jakiegoś czasu była moim domem, lecz wychowałem się w zupełnie innym otoczeniu. Nie wiem, czy to właśnie dlatego pragnę wybrać miejsce tak intensywnie tętniące życiem, czy wręcz na przekór temu, że nigdy tak naprawdę nie miałem w planach opuszczać Ashland.
Przemierzyłem całe Stany Zjednoczone, aby odciąć się od przeszłości, która pozostawiła we mnie poczucie pustki, a i tak nie potrafiłem się od niej uwolnić. Biegłem wąską alejką wśród kwiatów wiśni, gubiących swoje drobne płatki, które wirowały jeszcze długo w powietrzu, zanim opadły na zieloną, starannie przyciętą trawę. Byłem przyzwyczajony do myśli o swoim równym oddechu i głównie to zajmowało mnie przez te wszystkie kilometry, które codziennie pokonywałem. To chyba właśnie te myśli były dla mnie kojące, bo nie byłem w stanie myśleć wtedy o niczym więcej. Nie byłem w stanie myśleć o niej.
A jednak tego ranka o niej pomyślałem i spowodowały to chyba te różowe kwiaty, bo Pam uwielbiała przecież japoński ogród w Ashland. Central Park przypominał go jedynie odrobinę, ale to wystarczyło, abym się zatrzymał. Gdy rozglądałem się wokół, wszystko zdawało się ją przypominać. Jasnoróżowe płatki kwiatów, śnieżnobiałe obłoki na soczyście błękitnym niebie, a nawet muzyka, której razem słuchaliśmy. Choć był rok dwa tysiące trzeci, ja od pięciu lat nie zapisałem na odtwarzaczu ani jednego nowego kawałka. Moje uszy nie tolerowały żadnej piosenki, której nie słuchaliśmy razem.
Nie wiedziałem, czy mam nierówno pod sufitem, ale nie dbałem o to. Rozejrzałem się wokół, myśląc o niej, i… zobaczyłem ją. Działo się to jakby w odpowiedzi na wszystkie moje szalone myśli.
Zaśmiałem się. Cholera, to był Nowy Jork, prawie pięć tysięcy kilometrów od Ashland, jak więc mógłbym pomyśleć, że zobaczę ją właśnie tutaj?
Ale przecież znałem ją na pamięć. I choć miała zupełnie inną fryzurę niż kiedyś, jej twarz zdawała się krzyczeć do mnie przez tłum obcych ludzi. Stała na brzegu parku, przy przystanku autobusowym. Z tej perspektywy widziałem zaledwie jej profil, ale w jednej chwili nabrałem stuprocentowej pewności. To była ona.
Poczułem się tak, jakby moje stopy stały się częścią chodnika, po którym jeszcze przed chwilą biegłem, a teraz stałem niezdolny do żadnego ruchu. Moje serce przestało bić, a na ramiona wypełzła gęsia skórka. Nawet oddech, który tak bardzo starałem się opanowywać, teraz zamarł w moich płucach, jakby zapomniał, że musi przez nie przepływać, aby utrzymać mnie przy życiu. I przy zdrowych zmysłach.
Zanim zdążyłem ocknąć się z tego amoku, nadjechał autobus. Patrzyłem, jak Pamela wsiada do środka, przytrzymując się metalowej barierki przy otwieranych automatycznie drzwiach. Gdy te zamknęły się za nią i zniknęła mi z pola widzenia, nagle oprzytomniałem.
– Pam! – zawołałem, nie bacząc na to, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż najzwyczajniej w świecie z kimś ją pomyliłem.
Znaki te musiały się mylić. Przecież wiedziałem, kogo widzę, i nic nie było w stanie mi tego wyperswadować. Ten z pozoru zwyczajny wiosenny piątkowy poranek okazał się kluczowy.
Dlatego też, nie myśląc dłużej, zacząłem biec i nie miało to nic wspólnego z truchtem sprzed chwili. Puściłem się sprintem przez wąskie, zatłoczone alejki Central Parku, wiedząc, że autobus, który zniknął mi z pola widzenia, skręci zaraz w prawo. O tej godzinie zawsze były spore korki, więc moje szanse na to, aby zdążyć do kolejnego przystanku, nie były zerowe.
Po pięciu latach nadal pamiętałem ją tak dobrze… Nie było mowy o pomyłce. Moje serce przyspieszało z każdą sekundą, a każde kolejne uderzenie było coraz mocniejsze. Jeśli zgubię ten autobus… co wtedy? Coś podpowiadało mi, że już nigdy nie zaznam spokoju. Bo jak mógłbym go zaznać, mając świadomość, że ona jest gdzieś tutaj, w tym samym mieście? Było ogromne, to prawda, ale po tylu latach w końcu nabrałem pewności, że Pam nie rozpłynęła się w powietrzu.
Biegłem. Potrącałem ludzi, ścinałem zakręty przebiegając przez trawniki, aby zyskać sekundę lub dwie. Przeskakiwałem przez barierki, a w międzyczasie rozglądałem się za biało-niebieskim autobusem, który gdzieś w oddali ukazywał mi się pomiędzy drzewami. Brakowało mi powietrza, lecz niemal wcale nie zwracałem na to uwagi. Biegłem napędzany jakąś dziwną, ponadnaturalną siłą, zupełnie zapominając o kontrolowaniu tempa i oddechu.
Zapomniałem o wszystkim. Zamiast tego zaczęły pochłaniać mnie panika i przerażające poczucie, że nie zdążę. A to przecież nie tak miało być.
Autobus zatrzymał się w chwili, gdy wybiegłem na zatłoczony chodnik okalający Central Park. Soczysta zieleń trawników zamieniła się w szarość kamienic, a szum drzew i gwar rozmów przeistoczył się w odgłosy klaksonów i zatłoczonego miasta.
Zachłannie obejmowałem wzrokiem wszystkie osoby, które wysiadały z autobusu, i gdy upewniłem się, że Pam wśród nich nie ma, trzema zwinnymi susami pokonałem ostatnie metry i z impetem wpadłem do środka. Panował ścisk, ale nie interesowało mnie to.
Ile przystanków przejechałem? Nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że jechałem przyciśnięty do szyby naprzeciwko automatycznych drzwi, a tłok wokół mnie skutecznie uniemożliwiał uważne rozejrzenie się po wnętrzu. Za każdym razem, gdy drzwi się otwierały, rozpaczliwie starałem unieść się na palcach, aby stwierdzić, czy dziewczyny, której szukam, nie ma w tłumie ludzi wylewających się na zewnątrz. Byłem tak przejęty, że zapomniałem nawet o kupieniu biletu. Nie przejmowałem się również ciekawskimi spojrzeniami wycelowanymi prosto we mnie. Każdy z pasażerów walczył o swoje kilkadziesiąt centymetrów kwadratowych, niezbędnych do utrzymania równowagi, a tymczasem jednego nadpobudliwego pasażera nosiło zdecydowanie zbyt mocno.
Cóż, Nowy Jork pełen był wariatów, dlatego niespecjalnie zwracałem uwagę na kogokolwiek. Gdy dojechaliśmy na skrzyżowanie ulic Siódmej i Czternastej, ponownie wspiąłem się na palce i tym razem dostrzegłem niedużą postać przeciskającą się pomiędzy pasażerami w stronę środkowych drzwi.
Natychmiast ruszyłem za nią, bowiem gdy znajdowała się tak blisko, stałem się jeszcze bardziej pewny tego, że mam rację. Zanim przepchnąłem się pomiędzy pasażerami, ona zdążyła się już nieco oddalić, ale po pościgu, który odbyłem kilka minut temu, wydawało się to zbyt błahe, abym się tym przejął.
Oczywiście chodziło wyłącznie o dzielącą nas odległość, bo wszystkim innym przejęty byłem aż zanadto. Serce waliło mi w piersi i podczas gdy przez całą jazdę autobusem miałem ochotę wykrzyczeć jej imię, nagle wszystko we mnie zamarło.
O żadnej gracji nie mogło być mowy. Wypadłem na chodnik, rozglądając się gorączkowo, a kiedy podążyłem spojrzeniem wzdłuż chodnika, ona właśnie odchodziła, poprawiając pasek przewieszonej przez ramię torebki.
– Pam – powiedziałem bardziej do siebie niż do niej. Nie miała prawa mnie usłyszeć. – Pam! – powtórzyłem nieco głośniej.
Drgnęła, przystanęła w miejscu i rozejrzała się wokół. Fakt, że zareagowała na swoje imię, wywołał u mnie stan ponadludzkiej ekscytacji.
– Pam!
Odwróciła się do mnie, a ja westchnąłem i chyba pierwszy raz, odkąd ją ujrzałem tego poranka, wziąłem świadomy, głęboki oddech, który jedynie w zamyśle miał mnie uspokoić. Moje dłonie zadrżały, a za ich śladem poszły kolana oraz reszta ciała, sprawiając, że poczułem się dziwnie wiotki.
Niebieskie oczy rozszerzyły się na mój widok, a ciemnobrązowe, niemal czarne włosy zafalowały pod naporem wiatru. Rubinowe usta rozchyliły się nieznacznie, ukazując rządek białych zębów, a trochę niżej drobne dłonie zacisnęły się kurczowo na pasku torebki.
Po tym, co ujrzałem, wiedziałem to od razu. Ona również mnie rozpoznała.
Oczywiście, że tak, bo jak mogłaby mnie nie pamiętać? Cholera. Myślałem, że straciłem ją już na zawsze, a tymczasem ona stała przede mną całkowicie prawdziwa, nieurojona.
I to chyba właśnie strach w jej oczach spowodował, że nie wziąłem tego wszystkiego za sen.
Zanim się odezwała, jej usta zadrżały.
Chwilę później jednak usłyszałem jej głos, który niemal zwalił mnie z nóg.
– Anthony?
***
Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy. W telewizji pojawiają się pierwsze odcinki Świata według Bundych oraz Pełnej Chaty. Swoją premierę mają również Predator Johna McTiermana oraz album Bad Michaela Jacksona. Fidżi staje się republiką, a Filipiny wprowadzają w życie nową konstytucję. Pierwszy września tego roku jest początkiem naszej historii.
Tym pierwszym początkiem, najważniejszym i najbardziej kluczowym, bo gdyby nie on, nie byłoby również tych kolejnych. Gdy wracam do tego we wspomnieniach, była to zupełnie inna epoka niż ta, którą znamy obecnie. Było jednak wspaniale. Wiem, że miałem wtedy jedynie sześć lat, ale mam wrażenie, że nawet dorośli czuli się wtedy bardziej wolni niż dzisiaj.
To, co musicie o mnie wiedzieć, to fakt, że wychowałem się bez rodziców. Ojciec odszedł od mojej matki, gdy jeszcze była w ciąży, a kiedy miałem dwa lata, jej miłość do alkoholu wygrała z miłością do własnego dziecka. W tamtych latach obyło się to bez zbędnych formalności i zaopiekowała się mną babcia, która, choć nie dała sobie rady z własną córką, z wnukiem poradziła sobie całkiem nieźle. Musiało minąć wiele lat, abym docenił wszystko, co dla mnie zrobiła, ale nigdy nie dawałem jej zbytnio w kość. Byłem nieznośny na tyle, na ile zazwyczaj bywają nieznośni mali chłopcy, ale nigdy nie uciekłem z domu, nie paliłem papierosów ani nie malowałem wieczorami graffiti na ścianach kamienic.
Wróćmy jednak do osiemdziesiątego siódmego. Dobrze pamiętam datę naszego pierwszego spotkania, bo był to pierwszy dzień roku szkolnego, w dodatku pierwszy dzień szkoły jako takiej dla nas obojga. Ja chodziłem wcześniej do przedszkola, więc nie miałem problemu z dostosowaniem się do nowego środowiska i przede wszystkim do przebywania w nim bez osoby dorosłej. Pam miała zgoła odmienne podejście.
Kiedy nauczycielka wprowadziła do klasy drobną dziewczynkę z twarzą rumianą od płaczu, nie miałem pojęcia, że wprowadza ją również w moje życie. Jej włosy były tak ciemne, że wyglądały na czarne, lecz wystarczał refleks słońca wpadającego przez okno, aby zyskały nieco złotego odcienia. Ścięta na prosto grzywka zasłaniała jej czoło, lecz doskonale eksponowała smukłą twarzyczkę o pięknych dużych oczach. Pamela Dawson była śliczną dziewczynką, dlatego nikt nie śmiał się z niej, gdy spanikowana nie chciała puścić matczynej dłoni przed wejściem do sali pełnej dzieci, których nigdy wcześniej nie widziała.
Ja również od razu to ujrzałem i to chyba dlatego odsunąłem wtedy puste krzesło obok mnie, aby Pam wybrała właśnie to miejsce. Czy to ten ruch zadecydował o naszej późniejszej przyjaźni? Wydaje mi się, że tak. Gdyby wtedy nie usiadła obok mnie, może zyskałaby innego przyjaciela na dobre i na złe. I ja również. Wiem, co sobie myślicie – pewnie nawet nie miałbym szansy tego pożałować, bo skoro nie wiedziałbym, w jakim kierunku mogła potoczyć się moja przyszłość, nie wiedziałbym też, jak wyglądałaby ona bez tej niezwykłej dziewczyny u mojego boku.
O tak, Pam była niezwykła. A do tego ładna, skromna, mądra i rezolutna. Najchętniej opowiedziałbym o każdym spędzonym z nią dniu, lecz nie o to chodzi. Chyba nie pamiętam wszystkiego, choć zdecydowanie każdy z tych dni byłby wart opisania.
Rozumieliśmy się już od pierwszych chwil, jeszcze zanim poznaliśmy swoje imiona. Kiedy Pam zajęła miejsce w ławce obok mnie, kręciłem się niespokojnie na swoim krześle, bo choć w szkole czułem się w miarę pewnie, to towarzystwo tak ładnej dziewczynki było dość krępujące. Ja byłem chudy, wtedy jeszcze dość niski, no i te okulary… Powiększały moje oczy tak, że wydawały się one nienaturalnie duże. Włosy tego dnia miałem starannie uczesane, lecz zazwyczaj pozostawały w nieładzie, bo tak czułem się najlepiej.
Wystarczyło, że spojrzała na mnie błyszczącymi od łez oczami, pociągając nosem i nerwowo wycierając zaczerwienione policzki. I wystarczyło, aby kącik moich ust drgnął nieśmiało w słabym uśmiechu. Potem wszystko potoczyło się samo.
Byliśmy nierozłączni i stało się to niezwykle naturalnie. Ani ja nie starałem się o jej towarzystwo, ani ona nie przykleiła się do mnie wbrew mojej woli. Po prostu się zaprzyjaźniliśmy. Bardzo łatwo nam to przyszło, jak to pewnie zazwyczaj dzieje się w wieku sześciu lat. Łatwo też utrzymaliśmy naszą przyjaźń, zważywszy, że mieszkaliśmy jedynie dwie przecznice od siebie.
Autobus szkolny zabierał najpierw mnie, ja zajmowałem dwa siedzenia dla siebie i Pam, a ona wsiadała po trzech minutach i od razu kierowała się w moją stronę. Popołudniami odwiedzaliśmy się nawzajem i oglądaliśmy kreskówki, a kiedy zaczynało zmierzchać, jej rodzice odprowadzali mnie do domu lub ja odprowadzałem ją razem z babcią.
To nie był jeszcze ten wiek, w którym krępowałoby nas to, że ja jestem chłopcem, a ona dziewczynką. Ona miała typowo dziewczęce zainteresowania, ja natomiast byłem stuprocentowym chłopcem, ale nikogo wokół nas to nie obchodziło. Z czasem chyba po prostu wszyscy się do tego przyzwyczaili i dlatego nikt nie kierował w naszą stronę żartów lub sugestii o tym, że mogłoby to być coś więcej niż przyjaźń. Cóż, przynajmniej do czasu. Na razie byliśmy jednak po prostu Anthonym i Pamelą. Tonym i Pam.
Jak już powiedziałem, każde z nas miało swoje zainteresowania, ale mieliśmy też wspólne. Wydaje mi się, że we wszystkim, co lubiliśmy robić razem, potrafiliśmy odnaleźć zarówno dziewczęcą, jak i chłopięcą stronę. Uwielbialiśmy rysować i podczas gdy Pam rysowała głównie zamki, księżniczki i konie, ja wolałem figury geometryczne. Uwielbiałem również sprowadzać twórczość Pam na ziemię, nadając jej rysunkom właściwych proporcji. Twardo trzymałem się rzeczywistości, gdy Pam bujała w obłokach, ale oboje potrafiliśmy niezwykle dobrze odnaleźć się w otaczającym nas świecie.
W kreskówkach, które razem oglądaliśmy, zawsze kibicowałem głównym bohaterom w walkach z ich antagonistami. Pam natomiast bardziej obchodził fakt, czy bohater po zakończonej walce zdoła wrócić do swojej miłości, którą pozostawił lub w imię której walczył.
To w idealny sposób obrazuje naszą relację. Potrafiliśmy spędzać ze sobą długie godziny bez kłótni i wymówek, a jej rodzice i moja babcia byli dla nas nadzwyczaj wyrozumiali. Z perspektywy dorosłego człowieka wydaje mi się, że oni już wtedy potrafili to docenić. My doceniliśmy to dużo później.
Rozdział 2
– Pam. – Poruszyłem ustami, lecz gdy czułem na sobie jej wystraszony wzrok, nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu.
Oddychałem głęboko, choć zmęczenie odpłynęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Coś jednak opadło na dno moich płuc. Coś ciężkiego, co wprawiało mnie w klaustrofobiczne uczucie pustki. Miałem wrażenie, że cały Nowy Jork wyparował, pozostawiając tylko nas, stojących na środku chodnika i wpatrujących się w siebie.
Oboje mieliśmy zapewne podobny wyraz twarzy, choć jednocześnie wyrażający coś zupełnie innego. Łączyło nas z pewnością niedowierzanie, ale Pam poza tym była dziwnie zmieszana i zakłopotana. Ja miałem ochotę podejść do niej i dotknąć jej, aby przekonać się, czy nie jest jedynie wytworem mojej wyobraźni, a ona… ona wyglądała tak, jakby chciała stąd wyparować.
W głowie kotłowały mi się setki, tysiące pytań. W obecnym stanie rzeczy każde z nich wydawało mi się jednak dziwnie małe i nic nieznaczące w obliczu tego, że w końcu mogłem mieć Pam tuż przed sobą. W głębi siebie również całkowicie wątpiłem, że uzyskam satysfakcjonującą odpowiedź na którekolwiek z nich. Patrzyłem więc na osobę, która przed pięcioma laty w ciągu jednego dnia zniknęła z mojego życia bez uprzedzenia, bez powodu i bez słowa wyjaśnienia.
Pam cofnęła się niepewnie o krok, a ja, jakby ten delikatny ruch stał się moim motorem napędowym, postąpiłem trzy kroki przed siebie, niepewnie wyciągając dłoń.
– Nie – powiedziała nerwowym tonem, ledwie zauważalnie kręcąc głową. – Nie… Nie.
– To ja, Anthony – wymamrotałem bezsensownie. W końcu przed chwilą wypowiedziała moje imię.
– To niemożliwe.
– Pam, porozmawiajmy – rzuciłem, niemal spanikowany.
Jeśli stracę tę jedną okazję na rozmowę z nią, być może już nigdy nie będę miał na to szansy.
– Nie – powtórzyła i odwróciła się, chcąc szybko odejść.
Kompletnie się tego nie spodziewając i tak, jakby to ciało miało kontrolę nad umysłem, a nie na odwrót, podbiegłem do niej i chwyciłem ją za nadgarstek. Nie uciekłaby mi, nie było o tym nawet mowy, gdy byłem tak blisko niej, ale i tak coś nakazywało mi zatrzymać ją w miejscu. Nie chciałem, aby się ode mnie odwracała.
– Co robisz? – zapytała drżącym głosem, obracając się na pięcie i spoglądając na mnie zaszklonym wzrokiem.
Dobrze pamiętałem te oczy. Jeśli były jakieś rzeczy, których nauczyłem się w swoim życiu na pamięć, to spojrzenie było jedną z nich. Nie, całą ją znałem na pamięć. Było to bardzo dziwne uczucie, bo znaliśmy się na wylot, a jednocześnie wydawała mi się teraz tak obca… Zupełnie jakbym nie spotkał mojej Pam, ale jedną z gwiazd filmowych, które widywałem wcześniej na ekranie i dobrze wiedziałem, jak wyglądają, lecz nigdy żadnej nie było mi dane dotknąć lub choćby ujrzeć na żywo.
Nasze poprzednie życie, tamto życie, było w moich wyobrażeniach jak jeden z filmów lub niesamowicie długi sen, z którego obudziłem się, mając osiemnaście lat.
– Nie możesz odejść – wysapałem.
Przechodnie mijali nas, nie zwracając uwagi na dwoje ludzi stojących na środku chodnika. Spieszyli się, każdy w swoją stronę, a ja całkowicie zapomniałem, co robiłem, zanim ją zobaczyłem. Mogło minąć maksymalnie piętnaście minut, lecz to wystarczyło, aby cały mój świat, który tak skrupulatnie starałem się poskładać z powrotem do kupy, znów wywrócił się do góry nogami.
– Co mam zrobić? – szepnęła chyba bardziej do siebie niż do mnie.
– Chodźmy… chodźmy na kawę.
– Co? – Pam wyraźnie wystraszyła się moich słów.
– Błagam cię. Nie odchodź jak gdyby nigdy nic.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, rozluźniłem nieco palce, wciąż nie puszczając całkowicie jej nadgarstka. Pamiętałem czasy, gdy byłem od niej sporo niższy, lecz teraz to ona sięgała mi zaledwie do ramion. Była drobna, piękna, idealna. Taka, jaką ją zapamiętałem.
Delikatnie pociągnąłem ją za sobą w kierunku przejścia dla pieszych, nie zastanawiając się nawet nad tym, co jej powiem, gdy uda mi się zaciągnąć ją do jednej z kawiarni. Moje serce szalało.
Cała reszta ciała usiłowała podążyć za jego rytmem, lecz rozum dał za wygraną i odpuścił.
Ona chyba również się poddała, bo nie poczułem ani odrobiny oporu z jej strony. Dzięki temu zrozumiałem, że musiały targać nią podobne emocje. Bała się. Nie, była przerażona, ale spotkanie to wydawało się dla niej równie fascynujące, co dla mnie. Ona miała jednak przewagę, bowiem znała odpowiedzi na wciąż niewypowiedziane przeze mnie pytania.
Nie wiedziałem, dokąd zmierzam. Szedłem przed siebie, lawirując pomiędzy ludźmi, a przy tym nie zwracając na nich uwagi. Dotyk moich palców na delikatnym nadgarstku Pam całkowicie mnie absorbował, i to właśnie na nim się skupiałem. Był przerażająco rzeczywisty.
Gdy tylko ujrzałem witrynę jednej z wielu kawiarni znajdujących się przy tej ulicy, nie zastanawiałem się długo. Podążyłem w stronę drzwi, a gdy je pchnąłem, rozległ się dźwięczny odgłos dzwonka wiszącego nad naszymi głowami. To właśnie on mnie otrzeźwił, gdyż stanąłem w miejscu, zupełnie oniemiały.
Nie pojąłem nagle całej tej pokręconej sytuacji, nic z tych rzeczy. Dotarło do mnie jednak, że za chwilę usiądę naprzeciwko niej, zamówimy kawę i… co będzie dalej? Byłem mokry od potu, miałem na sobie szare spodnie dresowe i luźny T-shirt, przez co nie pasowałem do eleganckiego wnętrza kawiarni, ale żadna z tych rzeczy nie robiła na mnie najmniejszego wrażenia. Kelnerzy również nie zdawali się zbyt przejęci tym, jak bardzo różnię się od kobiety, z którą wszedłem do środka. Jeden z nich z uśmiechem zaprosił nas do wolnego stolika, a gdy zająłem miejsce po jednej stronie, Pam powoli i ostrożnie usiadła naprzeciwko mnie.
Jej wzrok błądził po blacie stolika. Wystraszone niebieskie oczy wędrowały od eleganckiej czarnej maty do szklanego wazonu z samotnym goździkiem, a później z powrotem do jej splecionych, drżących dłoni.
Pomyślicie sobie zapewne, że to dziwne, zaciągać w ten sposób dawno niewidzianą znajomą do kawiarni, podczas gdy ta nie wydaje się zadowolona z tego pomysłu. Myślę jednak, że wkrótce to zrozumiecie oraz pojmiecie, dlaczego pomimo strachu nie stawiała oporu. Zbyt wiele razem przeszliśmy, aby mogła tak po prostu odejść bez słowa, nawet jeśli tego chciała. Jeżeli na moim miejscu byłby ktokolwiek inny, być może właśnie tak by postąpiła, lecz na jej nieszczęście byłem to właśnie ja.
Zanim zdążyłem powiedzieć choćby słowo, przyszedł kelner i przyjął zamówienie. Ja poprosiłem o czarną kawę, Pam miała problem z wykrztuszeniem jakiegokolwiek słowa, ale jakoś udało jej się zamówić cappuccino. Dobrze pamiętałem, jaką kawę lubiła, lecz nie miałem pojęcia, czy przez te kilka lat rozłąki jej upodobania pozostały wciąż takie same.
– No więc? – zapytałem niecierpliwie, nie wiedząc, co właściwie miałem przez to na myśli.
Pam zmarszczyła brwi, wpatrując się we mnie bez słowa. Jej wyraz twarzy był nieprzenikniony, ja za to nawet nie starałem się ukrywać swojego strachu i zdenerwowania. W końcu dziewczyna zdobyła się na lekkie wzruszenie ramion i pokręcenie głową, co zapewne miało oznaczać, że podobnie jak ja sam, nie pojmuje mojego pytania.
Nachyliłem się nad stolikiem.
– Pam – jęknąłem. – Gdzie byłaś? Dlaczego od tylu lat nie dałaś znaku życia?
Jej dolna warga zadrżała.
– Ja… – zaczęła niepewnie, a jej zaszklone oczy zalśniły jeszcze mocniej.
Widziałem, że zaledwie cienka granica oddziela ją od płaczu. Nie chciałem, aby zupełnie się rozkleiła, więc wyciągnąłem ręce i delikatnie ująłem jej dłonie.
– Martwiłem się o ciebie. Przez cały czas zastanawiałem się, co ty…
– Anthony – szepnęła Pam, na co od razu zamilkłem. – To nie jest dobry pomysł. Powinnam stąd wyjść.
Drgnęła niespokojnie, a ja wzmocniłem uścisk i rozpaczliwie pokręciłem głową.
– Nie idź – jęknąłem o wiele głośniej, niżbym tego chciał. – Porozmawiajmy. Chryste, jesteś mi winna chociaż kilka słów wyjaśnienia.
– Wyjaśnienia… – powtórzyła gorączkowo, a ja nie wiedziałem, czy nie dowierza, że właśnie tego od niej wymagam, czy może przetwarza to słowo w głowie i zastanawia się, jak z tego wybrnąć.
Kelner wrócił i postawił na stole zamówione przez nas kawy.
– Gdzie byłaś?
– W Bostonie… – odrzekła niepewnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Najpierw tam… a teraz tutaj.
Zgarbiłem się.
– Pojechałaś do Bostonu? Pam, o niczym mi nie powiedziałaś. Nigdy nie planowałaś tam jechać. Dlaczego… Dlaczego zrobiłaś to bez żadnego pożegnania? Nie miałem pojęcia, co się z tobą stało. Nikt nie wiedział! Zapadłaś się pod ziemię, ty i twoi rodzice. Co się z tobą działo? Błagam, nie rób…
– Anthony. – Głos Pam był tym razem nieco bardziej opanowany. Zamilkłem natychmiast, ale ona również urwała, jakby chciała jedynie przerwać mój bezsensowny wywód, lecz jednocześnie niczego mi nie wyjaśniać.
– Powiedz mi – wycedziłem z zaciśniętymi zębami, nie potrafiąc się powstrzymać.
Moja panika nie malała. Nagle nabrałem poczucia, że być może ostatnie pięć lat było jedynie snem. Może to ja rozpłynąłem się w powietrzu i powróciłem dopiero dzisiaj?
– Jestem chora – powiedziała Pam, a ja uniosłem brwi, wyrwany z zamyślenia.
Usłyszałem to, co powiedziała, lecz ani trochę tego nie pojąłem.
– Co? – zapytałem oniemiały.
– Jestem chora – powtórzyła ze spokojem.
– Chora?
– Tak. Być może na taką nie wyglądam, ale nie zostało mi już zbyt wiele życia.
– Co ty wygadujesz? – wydusiłem.
Odruchowo przyjrzałem się jej jeszcze uważniej, ale to, co mówiła, zdawało się nie mieć sensu. Nie zaobserwowałem cieni pod oczami ani zapadniętych policzków i nawet pomimo swojej filigranowej postury Pam wyglądała na zdrową i w pełni sił.
– Tak – mruknęła i obejrzała się za siebie w poszukiwaniu paska torebki, którą powiesiła na oparciu krzesła. Chwyciła ją i wstała, choć jej kawa pozostała nietknięta. – Chciałabym powiedzieć, że miło było znowu cię zobaczyć, Anthony, ale… – Urwała i wzięła głęboki oddech. – Doceniam, że mieliśmy na to szansę, zanim… Och… – Pam wydawała się zwątpić we wszystko, co w tym momencie przychodziło jej do głowy. – To nigdy nie powinno mieć miejsca – wydusiła.
Szybkim ruchem wyjęła z kieszeni trzy banknoty jednodolarowe, a ja mogłem przysiąc, że nawet nie spojrzała na nominał. Po prostu położyła je na blacie i skierowała się ku wyjściu.
– Pam! Zaczekaj – jęknąłem. – Zaczekaj!
Wpatrywali się w nas wszyscy klienci kawiarni, lecz ja o to nie dbałem. Również wyciągnąłem z kieszeni banknot i rzuciłem go niedbale na stół, choć Pam, zostawiając gotówkę, uregulowała rachunek za dwie kawy, których nawet nie spróbowaliśmy.
Zupełnie o tym nie myśląc, wybiegłem z kawiarni za swoją pierwszą, ostatnią i jedyną miłością.
Rozdział 3
Od zawsze byliśmy jak ogień i woda, noc i dzień. Byliśmy od siebie totalnie różni, a mimo to uzupełnialiśmy się wzajemnie jak fragmenty układanki. To była piękna i niesamowita przyjaźń, choć dla nas normalna i naturalna, bo to właśnie my jej doświadczaliśmy.
Dorastanie u jej boku było niczym wspinaczka na stromą skałę bez zabezpieczenia, ze stuprocentową pewnością przeżycia każdego upadku. Samo w sobie było bowiem trudne i nieprzyjemne, ale dzięki niej stało się łatwe do zniesienia.
Jak już wcześniej wspomniałem, Pam była śliczną dziewczynką. Ja natomiast byłem typem chłopca, który z pewnością stałby się kozłem ofiarnym, gdyby nie fakt, że ktoś taki jak ona wziął mnie pod swoje skrzydła. Nie widziała we mnie zamkniętego w sobie okularnika, lecz kogoś wyjątkowego, za kim warto podążyć i kogo warto trzymać się za wszelką cenę. Ja też od pierwszych chwil stałem się dla niej swojego rodzaju ostoją i bezpieczną przystanią, a z każdym kolejnym dniem, tygodniem, miesiącem było to coraz bardziej naturalne.
W szkole również się uzupełnialiśmy. Ona uwielbiała plastykę, ja muzykę. Ona język ojczysty i geografię, ja matematykę i technikę. Pomagaliśmy sobie w trudnych dla nas kwestiach, a kiedy było trzeba, odrabialiśmy sobie wzajemnie prace domowe. Pam o wiele gorzej ode mnie szło stawianie pierwszych liter, lecz z biegiem czasu to właśnie ona wyrobiła sobie dużo ładniejszy charakter pisma. Choć na początku trudno było mi sobie wyobrazić liczby, a figury narysowane na kartce były niczym innym, jak tylko zbiorem nic nieznaczących dla mnie kresek, w kolejnych latach zacząłem odkrywać w sobie pasję do szkicowania i obliczania.
Wszystko toczyło się własnym rytmem i obierało bardzo spontaniczny kierunek. Nie dostrzegaliśmy tego wtedy i dopiero teraz, gdy o tym piszę, zdaję sobie z tego sprawę. Życie jest przewrotne, wywraca do góry nogami nawet tak błahe drobiazgi.
Cóż, biorąc pod uwagę te większe rzeczy, również potrafiło nas nieźle zaskoczyć.
***
Wybiegłem za nią na pogrążony w wiosennym słońcu chodnik. Pam nie biegła, ale szła na tyle szybkim krokiem, że lawirując pomiędzy dziesiątkami przechodniów, momentami skutecznie znikała mi z oczu.
– Pam! – zawołałem.
Usłyszawszy mnie, zatrzymała się i oplotła rękami głowę, jakby chciała odciąć się od wszystkich otaczających ją dźwięków. Również się zatrzymałem, lecz tylko na moment. Nie odrywając wzroku od drobnej sylwetki Pam, postąpiłem kilka kroków do przodu, a ona, chyba wyczuwając, że się zbliżam, przykucnęła, wciąż obejmując się kurczowo ramionami. Przechodnie mijali ją, nie zwracając na nią uwagi. Była wśród nich niczym bezbronne, zagubione w tłumie dziecko, w którego głowie szalał prawdziwy huragan.
Wiedziałem to, gdyż w mojej głowie rozgrywał się taki sam dramat.
Okrążyłem ją, również przykucnąłem i ująłem drżącymi palcami jej nadgarstki, aby odsłonić jej twarz. Pożałowałem tego bardzo szybko, bo oczy, które na mnie spojrzały, przepełnione były bólem, jakiego nie spodziewałem się ujrzeć. Po zarumienionych policzkach płynęły ciurkiem łzy, a z gardła wydobywał się nierówny, urywany szloch.
– D-dlaczego ty? – jęknęła, zupełnie nie przejmując się ludźmi, którzy usiłowali się o nas nie potknąć. – Dlaczego właśnie ty… jesteś akurat tutaj…
– Uspokój się, Pam – wymamrotałem.
