Między sezonami - Aleksandra Serdeczna - ebook

Między sezonami ebook

Aleksandra Serdeczna

5,0

Opis

Hanna nie pamięta, czego chce — bo przez dwadzieścia lat chciała tego, czego chciał Marek. Deszczowe popołudnie i kawiarnia nad Bałtykiem zmieniają wszystko.

Michał porzucił korporację po zawale serca i piecze drożdżówki o świcie. Kiedy przemoczona Hanna wchodzi do jego kawiarni, zaczyna się coś cichego i prawdziwego. Ale ich przeszłości są splątane w sposób, którego żadne nie podejrzewa — a prawda może zniszczyć wszystko, co z takim trudem zaczęli budować.

Odkryj romans, który Bałtyk skrywał przez całą zimę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 502

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Między sezonami

Aleksandra Serdeczna

Między sezonami

Aleksandra Serdeczna

Copyright © 2026 Aleksandra Serdeczna

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 9788384330401

Wydawca: Tempest & Tale

[email protected]

Wydanie pierwsze, 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Osiemnaście słoiczków musztardy

Marek powiedział to przy zupie pomidorowej z kartonu.

Nie przy kolacji à la chandelle, nie na spacerze przy zachodzie słońca, nie w żadnych okolicznościach z których można zrobić piękną scenę, tylko przy pomidorowej z ryżem, którą ugotowałam bo w lutym nie chce mi się nic lepszego. Siedząc przy tym stole z tym co właśnie usłyszałam, byłam święcie przekonana że to moja pomidorowa jest winna. Że gdybym zrobiła rosół na prawdziwym kurczaku, albo żeberka duszone z kapustą, to on by siedział i jadł i nie przychodziłoby mu do głowy żadne odkochiwanie się. Ale to pewnie tak nie działa. Gdyby tak działało, żaden szef kuchni nie miałby problemów małżeńskich.

Siedzieliśmy przy kuchennym stole na Mokotowie, przy tym samym przy którym jadaliśmy śniadania, obiady i wszystkie te kolacje których przepisów już nie pamiętam. Marek odkładał łyżkę po łuku z powrotem na talerz, tak samo jak odkładał długopis po podpisaniu dokumentów i kluczyki po zaparkowaniu. Człowiek z nawykami.

— Hanna — powiedział.

Podwiniłam nogi pod siebie na krześle. Krzesła kuchenne nie są do tego zaprojektowane i zawsze wychodziłam z odciśniętym siedziskiem na udach, ale robiłam tak od dwudziestu lat przy tym stole i akurat w tamtej chwili ergonomia nie była moim największym zmartwieniem.

— Odkochałem się.

Powiedział to tak spokojnie, jakby mówił że wybiega po pieczywo albo że pociąg jest opóźniony. Bez drżenia głosu, bez szukania w moich oczach pozwolenia. Jakby to zdanie ćwiczył pod prysznicem.

Patrzyłam na swoje dłonie.

Na lewej ręce miałam pierścionek zaręczynowy i obrączkę, które nosiłam tak długo, że skóra pod nimi była bledsza niż reszta palca. Na prawej nic, tylko ślad po zegarku który oddałam do naprawy rok temu i jeszcze nie odebrałam, bo zawsze jest ważniejsza sprawa niż zegarek. Poczta, rachunki, dentystka. Zegarek może poczekać. I czekał.

Marek patrzył na mnie i chyba czekał na krzyk. Może na to, że rzucę w niego łyżką albo wywrócę stół, albo że zrobię jakąś wielką scenę którą będzie mógł potem opisywać jako dowód trudnego życia z trudną kobietą. Nic takiego nie zrobiłam. Siedziałam jak ktoś kto usłyszał komunikat na dworcu w obcym języku i próbuje zrozumieć czy to dotyczy jego pociągu. Zupa stygła.

— Hanna.

— Słyszałam — powiedziałam.

Głos wyszedł ze mnie normalnie. Za normalnie. Piątkowy, codzienny głos, ten sam co przy pytaniu co na obiad.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i kuchnia w lutowy wtorek była cichsza niż zwykle. Za oknem szaro, przed oknem szaro, i ta cisza między nami w której mieściłyby się ze trzy dodatkowe kuchnie.

Czekałam że coś doda. Że wyjaśni dlaczego albo od kiedy albo co. Wszystkie te pytania które powinnam zadać i których nie zadawałam, bo każde z nich wymagałoby odpowiedzi, a ja nie byłam pewna czy chcę ich słuchać. Ręce leżały spokojnie na obrusie — te same ręce które robiły mu herbatę i prasowały koszule i ściskały jego dłoń na lotnisku — i teraz nie wiedziały co ze sobą zrobić.

W końcu Marek wstał. Odsunął krzesło od stołu, prosto, z tą samą siłą co zawsze.

— Idę spać. Położę się w gościnnym, żebyś mogła...

Urwał. Sam nie wiedział co miałam móc. Stał przy krześle z ręką na oparciu i wyglądał jak aktor któremu ktoś wyrwał drugą stronę scenariusza.

— Dobra — powiedziałam.

Wyszedł z kuchni. Słyszałam jego kroki w korytarzu, tak dobrze znane że rozpoznałabym je w tłumie na Marszałkowskiej, i otwarcie drzwi do pokoju gościnnego, i to ciche kliknięcie kiedy je za sobą zamknął. Marek nigdy nie trzaskał drzwiami. Ani z wściekłości, ani ze smutku, ani z żadnego innego powodu. Może gdyby kiedyś trzasnął, byłoby łatwiej.

Zostałam przy stole z niedojedzoną zupą.

I wtedy ta myśl weszła mi do głowy z boku, jak gość bez zaproszenia: w tej szafce nad blatem jest osiemnaście słoiczków musztardy Marka. Skąd to wiedziałam, pojęcia nie mam. Na pewno nigdy ich nie liczyłam. A jednak ta liczba siedziała mi w głowie z absolutną pewnością, jakby ktoś ją tam wpisał flamastrem.

Dwie godziny nie ruszałam się od stołu. Potem zabrałam zupę do lodówki, bo nie jestem kobietą która zostawia brudne naczynia na noc nawet gdy mąż właśnie ogłasza koniec małżeństwa. Stare nawyki są odporne na dramatyczne okoliczności. Umyłam naczynia, starłam blat, usiadłam z powrotem.

O północy wstałam.

Podeszłam do szafki nad blatem i ją otworzyłam.

Słoiczki stały w dwóch rzędach, osiem z przodu i dziesięć z tyłu. Musztarda sarepska, musztarda dijon, ta angielska z etykietą której nigdy nie otwierałam bo wyglądała na zbyt oficjalną jak na nasz obiad, i jeszcze kilka innych. Wszystkie jego. On był tym w naszym małżeństwie który miał potrzeby musztardowe. Ja musztardy w zasadzie nie jem.

Policzyłam. Osiemnaście.

No to przynajmniej w jednej kwestii miałam rację tego wieczoru.

Zamknęłam szafkę i poszłam spać.

Środowy ranek zaczął się od kawy którą zaparzyłam i o której zapomniałam.

Nastawiłam wodę, wsypałam kawę do dzbanka, poczekałam, nalałam do kubka, postawiłam na blacie. Zawiązałam buty. Wzięłam klucze, odłożyłam, wzięłam z powrotem, wyszłam na ulicę bez żadnego konkretnego celu. Kubek został na blacie z wyrazem pretensji, o ile kubki mają wyrazy.

Marek wyszedł wcześniej, zanim zdążyłam zejść na dół. Kuchnia miała tę specyficzną ciszę po kimś: niedomknięta szafka, filiżanka przy zlewie, zapach kawy, a właściwie dwóch kaw, bo robiłam zawsze dwie filiżanki. Jeden wtorek tego nawyku nie zmienia.

W sklepie kupiłam jogurt, dwie cytryny, ryż, proszek do prania i baterie do pilota. Żadnej z tych rzeczy nie potrzebowałam: ryż miałam w szafce całą torbę, baterie były nowiuteńkie, jogurty stały dwa w lodówce. Cytryny zawsze się przydadzą. To jedyne na co mogę przysiąc. Kasjerka powiedziała dzień dobry tonem kogoś kto powiedział dzień dobry pięćset razy przed jedenastą i nie zamierza udawać że pięćset pierwszy raz jest wyjątkowy. Wzięłam siatkę i wyszłam.

Na ulicy wiał ten lutowy wiatr który nie jest zimny ale też nie jest ciepły i w zasadzie nie wiadomo po co jest. Chyba żeby człowiek miał o czym narzekać. Szłam do domu i myślałam że trzeba zadzwonić do Karoliny. Nie dziś. Jutro. Albo pojutrze. Dwa dni spokoju żeby wiedzieć co właściwie powiedzieć i jak to ująć żeby nie brzmiało jak koniec świata, bo to nie jest koniec świata. Koniec świata wyglądałby pewnie bardziej efektownie.

W środę nie miałam siły na rozmowę z córką.

W czwartek rano zadzwoniła pierwsza. Widziała nieodebrane z poprzedniego dnia. Moje dziecko jest z tych które oddzwaniają.

— Mamo? Widziałam że dzwoniłaś wczoraj.

— Dzwoniłam.

— I?

Usiadłam przy oknie w salonie z kubkiem herbaty, bo z kawą miałam ostatnio nieudany romans. Za oknem był ogród z wyblakłą lutową trawą i jawor który sadziliśmy z Markiem rok po wprowadzeniu się, kiedy byliśmy młodzi i myśleliśmy że sadzenie drzew jest tym co dojrzali ludzie powinni robić. Jawor miał się doskonale. On jeden z całego domu.

— Marek i ja się rozstajemy — powiedziałam.

Cisza.

— Słucham?

— Rozstajemy się. Powiedział mi we wtorek, przy kolacji, że się odkochał. Śpi teraz w pokoju gościnnym. Wyprowadzi się pewnie za kilka tygodni.

Mówiłam spokojnym głosem. Oczekiwałam że na samym powiedzeniu tego głośno coś pęknie. Że się posypię, że zacznę się jąkać. Nic. Głos jak u pani z infolinii.

— Mamo — powiedziała Karolina.

— Karolina. Jest dobrze. To znaczy, nie jest dobrze, ale daję radę. Nie przyjeżdżaj.

— Ale ja mogę jutro wziąć pociąg z Krakowa, jest o siódmej rano i...

— Karolina.

— Co?

— Nie przyjeżdżaj.

Karolina jest mądrą dziewczyną. Psychologia, drugi rok. Rozumie kiedy nie znaczy nie, a kiedy nie znaczy proszę nalegaj. Tym razem zrozumiała to pierwsze.

— Okej — powiedziała w końcu. — Ale zadzwonię w sobotę.

— Zadzwoń.

Co Karolina zrobiła po tej rozmowie, dowiedziałam się tydzień później. Zadzwoniła do Pawełka tego samego popołudnia, kiedy Pawełek siedział nad fizyką i zastanawiał się czy zdąży z elektrodynamiką przed maturą. Powiedziała mu prosto: tata i mama się rozstają, bo tata się odkochał. Moje dzieci nie owijają w bawełnę. Nie mają po kim.

Pawełek nie powiedział nic. Odłożył telefon i nie zadzwonił ani do mnie, ani do Marka. Trzy dni milczenia od syna który normalnie wysyła mi filmiki z kotem i pisze raz na tydzień czy coś jest w lodówce. Nie martwiłam się, bo Pawełek ma to do siebie że odzywa się kiedy ma na to ochotę, nie kiedy powinien. Pocieszałam się tym. Nie wiedziałam jeszcze, że jest czym.

Tydzień po tej wtorkowej kolacji Marek zaczął wychodzić wcześniej.

Nie dramatycznie wcześniej, o czterdzieści minut, może o godzinę. Ale znałam jego poranne godziny co do minuty, więc czterdzieści minut to nie jest coś co się przeocza. Wracał później. Żyliśmy w tym domu jak dwie grzeczne osoby które przypadkowo wynajęły to samo mieszkanie i teraz starają się sobie nie przeszkadzać: dzień dobry w kuchni, wieczorne kroki w różnych pokojach, łazienka dobierana według zasady kto pierwszy ten lepszy, byleby nie jednocześnie.

Dziesiąty dzień. Środa.

Robiłam pranie i wyciągnęłam z pralki jego niebieską koszulę w drobną kratkę, tę którą kupiliśmy razem osiem lat temu na wyprzedaży w galerii, bo mi się podobał ten odcień błękitu.

Stałam z tą koszulą mokrą w rękach i nie mogłam się ruszyć.

Zapłakałam. Nie szlochałam, nie osuwałam się po ścianie jak w filmie. Zwykłe łzy, może pięć minut, stojąc przy pralce z jego koszulą. Potem wywiesiłam ją na suszarce z tą samą dokładnością co pozostałe rzeczy, otarłam oczy grzbietem dłoni i nastawiłam kolejny cykl. Pralka nie miała zastrzeżeń. Pranie było czyste. Życie toczyło się dalej, przynajmniej w łazience.

Ewa zadzwoniła w piątek bo dowiedziała się od Karoliny. Moje wiadomości podróżują tą trasą od zawsze: ja mówię Karolinie, Karolina mówi Ewie, Ewa wyciąga wnioski i pojawia się z winem. Ten system działa od trzydziestu lat i nigdy mnie nie zawiódł, w przeciwieństwie do niektórych innych systemów w moim życiu.

— Hanna — powiedziała zamiast dzień dobry.

— Wiem, słyszałaś.

— Karolina mi powiedziała.

— Wiedziałam że powie.

Ewa jest moją przyjaciółką od tego akademickiego roku kiedy rywalizowałyśmy o jeden żelazek na całe piętro w akademiku i nie wiadomo czemu zaczęłyśmy rozmawiać o żyrandolach zamiast się pozabijać. Teraz jest architektką z własną pracownią i mówi krótko.

— Jak się czujesz?

Usiadłam przy stole, na tym samym miejscu co zawsze. Naprzeciwko stało puste krzesło Marka.

— Odkochał się — powiedziałam.

Ewa słuchała.

A ja mówiłam. O musztardzie w szafce i koszuli przy pralce i o kawie która stygnie na blacie i o jaworze w ogrodzie, który ma się świetnie i nie interesuje go co ludzie robią ze swoimi małżeństwami.

Kiedy skończyłam, Ewa powiedziała:

— Przyjeżdżam w sobotę.

— Nie musisz.

— Wiem że nie muszę.

Przyjechała. Z dobrym winem i bez zbędnych słów i bez tych pytań które ciekawi ludzie zadają żeby mieć materiał na rozmowy z innymi ciekawymi ludźmi. Siedziałyśmy w kuchni do dziesiątej i rozmawiałyśmy o wszystkim poza jedną rzeczą, i to było dokładnie to czego potrzebowałam. Kuchnia znowu miała głos i światło i kogoś oprócz mnie i osiemnastu słoiczków musztardy.

Marek wyprowadził się dwie niedziele po wtorkowej kolacji.

Dwie walizki i kilka kartonów. Przyszedł w sobotnie południe. Byłam w domu, wiedziałam że przyjdzie.

Zrobiłam kawę.

Siedzieliśmy przy stole i piliśmy tę kawę jak dwoje ludzi którzy dzielili adres od młodości i teraz muszą jakoś zamknąć ten rozdział. Przy wychodzeniu człowieka z domu kawy się nie odmawia. To jedyna reguła której jestem absolutnie pewna.

Marek mówił o prawniczce, o dokumentach, o tym że z domem nie musimy się spieszyć. Kiwałam głową w odpowiednich momentach.

— Jesteś pewien? — zapytałam.

Wiedziałam że pytanie jest retoryczne. Ale trzeba je zadać, bo inaczej zostaje we mnie na zawsze i wyjdzie w najgorszym momencie, na przykład na Wigilii albo w kolejce w Żabce.

— Tak — powiedział.

Wypiłam resztę kawy. Wstał od stołu. Wziął kurtkę z krzesła, zapiął.

— No to...

— No to — zgodziłam się.

Staliśmy w korytarzu naprzeciwko siebie, on z jedną walizką w ręce i drugą na kółkach, ja w starym swetrze który noszę od lat i który rozciągnął się na łokciach co najmniej trzy zimy temu. Wyrzucić żal, kupić nowy nie ma po co, bo ten jest wygodny i nic mi nie udowadnia.

Objął mnie jednym ramieniem, szybko, tak jak się obejmuje kogoś na dworcu kiedy pociąg zaraz odjedzie i nie ma czasu na cały repertuar uczuć.

Wziął walizki.

Drzwi zamknęły się cicho. Stałam w korytarzu i wsłuchiwałam się, bo z Markiem nigdy nie wiadomo, zawsze zamykał drzwi tak delikatnie jakby się bał że je obudzi.

Wróciłam do kuchni.

Otworzyłam szafkę nad blatem. Osiemnaście słoiczków. Nie zabrał ich. Może zapomniał, może uznał że to nie jest coś co się zabiera kiedy wychodzi się z małżeństwa. Stały jak stały, sarepska i dijon i ta angielska której nigdy nie otwierałam.

Zamknęłam szafkę.

Usiadłam przy stole.

Za oknem szary lutowy wieczór, ten sam jawor, te same okna sąsiadów ze świetlistymi kwadratami za firankami. Blat miał ten sam ślad po kawie którego nigdy do końca nie domywam.

Poczułam głównie głód.

Wstałam, otworzyłam lodówkę, zjadłam na stojąco zimne ziemniaki z wczorajszego obiadu. Były całkiem dobre. Nawet lepsze niż na ciepło, co pewnie mówi coś o moich kulinarnych zdolnościach, ale wolę nie drążyć. Umyłam talerz, odstawiłam. Wróciłam do stołu i patrzyłam na jawora w lutowym ogrodzie.

Tak to się kończy. Cicho, przy zimnych ziemniakach i osiemnastu słoiczkach musztardy w szafce, i przy drzwiach zamkniętych tak delikatnie że prawie ich nie słyszysz.

Tego wieczoru jeszcze nie wiedziałam, że za tym cichym zamknięciem jest jakiś inny rozdział. Bez tytułu, bez adresu, bez żadnego planu. Bez wiedzy o tym że jest Sopot i kawiarnia i ktoś z mąką na przedramieniu który zaparzy kawę i nie da żadnej gwarancji pogodowej.

Ale to już zupełnie inna historia.

Lista rzeczy do zrobienia

Pierwszego dnia sama w domu napisałam listę.

Bo kiedy nie wiadomo co robić z rękoma, zawsze można napisać listę. To jest jedna z tych mądrości życiowych których nikt cię nie uczy, a każda kobieta po czterdziestce zna instynktownie jak zna numer telefonu do mamy albo przepis na rosół bez zaglądania do książki kucharskiej. Lista daje złudzenie kontroli, a złudzenie kontroli jest niekiedy ważniejsze od samej kontroli.

Wzięłam notes z szuflady i długopis który znalazłam pod rachunkiem za gaz.

*Prawnik.*

*Finanse.*

*Ubezpieczenie.*

Trzy słowa. Brzmiały poważnie i kompetentnie, jak lista kogoś kto wie co robi. Kto ma sytuację opanowaną. Kto nie stoi w środku kuchni o ósmej rano trzymając kubek zimnej kawy i próbując sobie przypomnieć, czy jadła śniadanie.

Wzięłam ołówek, bo ołówek można wymazać.

Na dole listy, mniejszymi literami, pod kreską napisałam: *dowiedzieć się kim jestem.*

Wpatrywałam się w to przez może trzydzieści sekund. Może czterdzieści. Potem wymazałam, tak energicznie że ołówek przetarł papier. Wyrzuciłam kartkę do kosza, bo po co mieć w notesie dziurę w miejscu gdzie było pytanie.

Nie potrzebuję listy z takimi rzeczami. Potrzebuję listy z rzeczami do zrobienia: prawnik, finanse, ubezpieczenie. To jest plan, to jest logika, to jest procedura przez którą miliony kobiet przechodziły i wychodzą z tego po drugiej stronie. Ja też wyjdę. Krok po kroku, jeden front po drugim.

Co do tego co wymazałam ołówkiem, to sobie daruję na razie.

Trzeci tydzień po wyprowadzce Marka wyglądał dokładnie jak drugi, który wyglądał dokładnie jak pierwszy.

Gotowałam obiady. Normalnie, według przepisu, tyle że przepis na cztery osoby i coraz częściej jeden garnek stał w lodówce do następnego dnia, a potem wyrzucałam go i gotowałam nowy. Sprzątałam pokoje które były czyste, bo mieszkały w nich tylko ja i kurz, a kurz jest zasadniczo nieporządny ale nie w spektakularny sposób. Chodziłam na zakupy z listą: mleko, chleb, warzywa, ser. Bardzo racjonalna lista, żadnych baterii do pilota.

W pewnym sensie funkcjonowałam lepiej niż normalnie.

Sąsiadka złapała mnie przy płocie w środowy poranek. Stała za gałęziami zamarłego bzu z wyraźną ochotą na rozmowę.

— Haniu, jak tam Marek? Zdrowy?

— W porządku — odpowiedziałam automatycznie.

Stałyśmy po obu stronach płotu. Sąsiadka czekała na ciąg dalszy, ja czekałam aż mój mózg dogoni moją twarz.

— Przepraszam, coś mi się przypomniało w kuchni — powiedziałam i odwróciłam się nim zdążyła dopytać.

W kuchni nie było nic do przypomnienia. Oparłam się o blat i wzrok sam poszedł w stronę szafki, tej z kolekcją musztard Marka, ale odwróciłam głowę. Nie miałyśmy sobie nic nowego do zakomunikowania, ja i ta szafka.

Tego samego dnia usiadłam przy laptopie i odpowiadałam na maile przez trzy godziny. Myśli leciały przy tym w różne dziwne miejsca: ile razy przez dwadzieścia lat powiedziałam „w porządku" bez zastanowienia? Setki? Tysiące? „W porządku" jako odpowiedź na pytanie o człowieka który właśnie się wyprowadził z dwiema walizkami i kilkoma kartonami.

Automatyzm ma w sobie coś kojącego. Dopóki działasz, nie musisz myśleć o tym co robisz.

Sobotni wieczór, Karolina zadzwoniła punkt o ósmej jak się umówiłyśmy.

Odebrałam przy trzecim sygnale i usiadłam przy oknie z ciepłą herbatą, trzymając kubek oburącz, bo lutowe okno ziało chłodem nawet przez podwójną szybę.

— Mamo, jak się czujesz? — zaczęła Karolina.

— Dobrze — powiedziałam. Odruch był szybszy niż myśl.

— Mamo. — Ton.

Znałam ten ton. Sama go używam z Pawełkiem kiedy on mówi „dobrze" a mam go przed sobą i widzę że niedobrze. Karolina musi go ode mnie dziedziczyć, co jest trochę niepokojące z genetycznego punktu widzenia, ale z drugiej strony przynajmniej wiemy że działa.

— Mówiłam do prawniczki — powiedziałam, żeby przenieść rozmowę na bezpieczniejszy grunt. — Mam termin za dwa tygodnie.

— To dobrze — powiedziała Karolina, i słyszałam że robi notatki albo co równie możliwe, słyszałam że nie robi notatek i to jest jej psychologiczne skupienie. — Ale, mamo... czego TY chcesz?

Słowo „ty" powiedziała z naciskiem. Nie złośliwym, nielekcyjnym. Troskliwym, co było znacznie trudniejsze do zniesienia.

Otworzyłam usta.

Czego ja chcę. To jest pytanie które zadaje się dzieciom przy zamawianiu lodów albo wybieraniu bajki na dobranoc. Mnie nikt tego pytania nie zadawał od lat. Ja pytam innych. Inni pytają mnie o administrację, o to czy jest mleko, o to czy zarezerwowałam termin u dentysty.

— Mamo? Jesteś tam?

Słyszałam własny oddech przez telefon.

Można powiedzieć: „jestem tu, tylko zastanawiam się". Można powiedzieć: „nie wiem i to jest właśnie problem". Żadna z tych odpowiedzi nie wychodziła przez usta, bo naprzeciwko każdej stało coś innego: nie chcę żeby się martwiła, nie chcę być problemem, nie chcę żeby słyszała że jej matka siedzi przy oknie z herbatą i nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie.

— Dobranoc, Karolino — powiedziałam.

I rozłączyłam się.

Potem siedziałam przy oknie przez dobrą godzinę i oglądałam ulicę, samochody, przechodniów i pana który codziennie wyprowadza psa tam gdzie chodnik zakręca i którego pies wyraźnie ma własną opinię co do tempa spaceru.

Czego ja chcę.

Próbowałam to znaleźć jak szuka się zagubionej rzeczy: najpierw tam gdzie zwykle leży, potem kieszenie, potem wszystkie szuflady. Ostatni raz chciałam czegoś na własny rachunek... Kiedy? Nie pamiętam. Chciałam żeby dzieci były zdrowe, chciałam żeby Marek nie miał stresu w pracy, chciałam żeby jawor w ogrodzie przeżył mroźną zimę z dwa tysiące czternastego roku. To są rzeczy które się chce dla kogoś albo dla czegoś. Dla siebie, tylko dla siebie — to jest kategoria której nie ćwiczyłam.

Wyrzuciłam tę myśl. Jest za duża na sobotni wieczór.

Poszłam myć zęby o ósmej wieczór i od razu spać, bo nie miałam ochoty na nic więcej.

Prawniczka miała gabinet pięć przecznic od naszego domu, co jest jednocześnie praktyczne i trochę surrealistyczne, bo tą samą drogą przez lata chodziłam do piekarni. Teraz szłam nią żeby formalnie rozwiązać dwadzieścia lat małżeństwa. Nogi szły ze zwykłą prędkością, mózg się kłócił.

Dorota Lewandowska mówiła spokojnie i precyzyjnie, z tonem kogoś dla kogo to jest normalna środa. Bo pewnie była.

— Majątek wspólny obejmuje wszystko nabyte w trakcie małżeństwa. Dom, oszczędności, ewentualne inwestycje. Przy zgodzie obu stron można przeprowadzić sprawę polubownie, co jest i szybsze, i tańsze. Kwestia nieruchomości to zwykle albo sprzedaż z podziałem, albo wykup udziału.

Kiwnęłam głową.

Słuchałam słów które brzmiały jak opis miejsc które znam, ale w jakimś przekładzie który gubi połowę sensu. Dom. Nasz dom. Osiemnaście lat, ogród, poranek z kawą na ganku. Kuchnia na Mokotowie gdzie jedliśmy obiad przez tyle lat że każde z nas miało swoje krzesło i nikt nigdy o tym nie rozmawiał, bo to było oczywiste.

Nie „nieruchomość". Dom.

Ale rozumiałam że ta dystynkcja jest teraz tylko moja.

— Czy ma pani pytania?

Miałam. Na przykład: jak to możliwe że siedzę tu i słucham opisu własnego życia przy użyciu słów ze słownika prawniczego, i wszystko brzmi logicznie, i nic nie boli, i to jest najdziwniejsze co mi się przydarzyło od bardzo dawna. Ale to nie jest pytanie do prawniczki.

— Na razie nie — powiedziałam. — Dziękuję.

Marek zadzwonił dwa dni później, głosem którego nie znałam. Chłodnym, rzeczowym, bez wstępów.

— Potrzebuję ubezpieczenia samochodu i umowy od garażu. Mogłabyś zostawić?

W głowie przez ułamek sekundy leciały zdania których nie powiedziałam. Jak się czujesz. Gdzie teraz mieszkasz. Minęły i odeszły.

— Dobrze. Zostawię na ganku.

— Do jutra?

— Do jutra.

Rozłączyliśmy się.

Weszłam do gabinetu, czwarty segregator od góry, sekcja „samochód". Wiedziałam gdzie szukać bez zastanowienia, bo przez dwadzieścia lat zarządzałam tym domem razem z całą jego dokumentacją i topografią. Znalazłam ubezpieczenie i umowę, włożyłam do koperty. Napisałam jego imię na zewnątrz, wzięłam taśmę klejącą, zakleiłam.

Kopertę zostawiłam rano na ganku, zanim zdążył przyjechać.

Nie chciałam go widzieć. Nie dlatego że nie dałabym rady, tylko że mogłabym nie dać rady i wolę nie sprawdzać.

Wieczorem koperty nie było. Wszystko poszło bez zakłóceń.

Bardzo dobrze.

Tydzień później algorytm Facebooka postanowił się mną zaopiekować.

Nie szukałam. Samo wylądowało na tablicy, bo znajomy polubił zdjęcie Marka z firmowego przyjęcia, a algorytmy są zaprojektowane żeby nikt nie czuł się za spokojnie przez za długo. Marek w garniturze który znałam, uśmiechnięty tak jak go znałam, i obok niego kobieta którą po czterech kliknięciach znałam już bardzo dobrze. Agata Sikorska, trzydzieści cztery lata, przełożona w nowej firmie, LinkedIn z pełną historią zatrudnienia i zdjęciem profilowym którego on na pewno nie zrobił.

Zamknęłam laptop. Gwałtownie, mocniej niż zamierzałam.

Na stole stał talerz z kanapką którą właśnie kroiłam. Wzięłam go, odstawiłam do lodówki. Głód był ale sens jedzenia w tej chwili jakoś wyparował. Trzydzieści cztery lata. Dwanaście lat różnicy. Ile razy ta liczba będzie mi wychodzić zanim przestanie?

Położyłam się o ósmej wieczór, bo nie miałam nic lepszego do roboty i nie miałam ochoty szukać.

Pawełek zadzwonił tydzień po tym, jak przestał się odzywać.

Odebrałam natychmiast.

— Cześć, mamo.

— Cześć. — Słowo „synku" prawie wyszło, ledwo go powstrzymałam przy osiemnastolatku przed maturą.

Cisza. Napięta, niedobra. Słyszałam że on też nie spał ostatnio, albo słyszałam że przetwarza coś ciężkiego w środku i że to drogo go kosztuje.

— Słuchaj — odezwał się Pawełek. — Chciałem powiedzieć, że nie odzywam się do taty.

Usiadłam przy stole.

— Pawełek.

— Nie chcę z nim rozmawiać. Na razie.

Rozumiałam. Zawsze brał moją stronę, Pawełek, od kiedy skończył osiem lat i zorientował się że świat nie jest z definicji sprawiedliwy. To było lojalne, ciepłe i przez ułamek sekundy chciałam mu powiedzieć dziękuję.

Ale nie powiedziałam.

— Nie rób tego dla mnie — powiedziałam zamiast tego.

Cisza po drugiej stronie.

— Mamo...

— To jest wasz związek, twój i taty. Niezależnie od tego co się stało między nami, to jest wasza sprawa. Nie chcę żebyś rezygnował z ojca przez wzgląd na mnie.

Słyszałam jak Pawełek oddycha.

— Dobra — powiedział po chwili.

I rozłączył się. Bez „pa", bez „na razie", z tym że rozłączył się spokojnie, nie trzasnął słuchawką, co przy osiemnastolatku jest jakimś rodzajem odpowiedzi.

Trzymałam telefon i czekałam na coś, nie wiadomo co.

Masz dwoje dzieci. Każde zadzwoni, każde rozmawia przez pięć minut, każde zostawia cię z pytaniem bez odpowiedzi. Tak wygląda macierzyństwo gdy dzieci są prawie dorosłe: kochają cię i chcą żebyś żyła, i nie wiedzą jak ci w tym pomóc, i ty też nie wiesz jak im wytłumaczyć jak.

Noc przyszła jak zwykle.

Leżałam po lewej stronie podwójnego łóżka, bo dwadzieścia lat nawyku nie znika przez trzy tygodnie samotności. Prawa strona była pusta i czysta.

Myślałam o musztardzie.

Przez dwadzieścia lat kupowałam to co lubił Marek. Najpierw sarepską, bo lubił ostrą. Potem łagodniejszą, bo się przerzucił. Potem tę w eleganckim słoiku, bo kolega z pracy polecił. Ja wrzucałam do koszyka i szłam dalej. A teraz mnie pytają: czego TY chcesz?

Nawet w sprawie musztardy nie mam pojęcia. Stanę przy półce w sklepie i nie będę wiedziała po co wyciągam rękę.

To nie jest poważny problem. Wiem że to nie jest poważny problem. Ale leżąc w ciemnościach o drugiej w nocy człowiek myśli o rzeczach które nie są poważne i są jednak jakoś ważne, i to jest różnica której za dnia nie umie się znaleźć.

Ewa przyszła w piątek z butelką czerwonego i z czymś w drugiej ręce czego nie rozpoznałam przy drzwiach.

— Wchodź — powiedziałam i cofnęłam się.

Weszła, postawiła wino na stoliku, usiadła na kanapie i spojrzała na mnie wzrokiem architekta który przyszedł z gotowym projektem i daje klientowi trzy sekundy na zorientowanie się że projekt jest już wybrany.

Na stolik, obok butelki, położyła prostokąt papieru.

Bilet kolejowy.

— Ewa.

— Sopot — powiedziała spokojnie. — Tydzień. Pensjonat zarezerwowałam, opłacony, zbierzesz parę swetrów i jedziesz.

Wzięłam bilet. PKP Intercity, Warszawa Centralna – Sopot, poniedziałek, za trzy dni.

— Nie mogę — powiedziałam.

— Możesz.

— Nie teraz. Mam termin u prawniczki za tydzień, i Pawełek dzwonił wczoraj i musimy chyba porozmawiać porządnie, i jeszcze są te segregatory do przejrzenia zanim będzie spotkanie z Markiem przez prawniczkę, i w ogóle teraz jest nieodpowiedni moment, bo...

— Hania.

— Bo naprawdę mam dużo rzeczy do zrobienia, i tydzień to jest tydzień który mógłby poczekać, a może za miesiąc będzie lepszy czas...

— Hania. — Powiedziała moje imię tak jak mówi się „dosyć". — Widziałam cię dwa tygodnie temu.

Urwałam.

— I wyglądałaś jak ktoś kto próbuje się rozpuścić w tapecie.

Cisza w salonie.

Nie rozpuściłam się. Byłam tutaj, na kanapie, w swetrze, normalnie. Chodziłam na zakupy, gotowałam obiady, odbierałam telefony.

Ale nie wiedziałam jak zaprzeczyć zdaniu które jest za bardzo prawdziwe.

— Nie potrzebuję urlopu — powiedziałam. Wypadło płasko.

— Wiem co potrzebujesz i co nie — powiedziała Ewa bez specjalnego triumfu. — Spakowałaś buty na spacer?

— Nie spakowałam niczego bo nie jadę.

— Jedziesz. — Odkorkowała wino. — Kieliszek?

Przyniosłam kieliszki, bo kiedy Ewa otwiera wino to jest to fakt fizyczny z którym się dyskutuje tylko do pewnego momentu. Nalała, wzięłyśmy. Bilet leżał na stoliku między nami jak trzecia strona przy rozmowie.

Ewa piła wino i czekała. Ewa ma nieskończoną cierpliwość do czekania kiedy wie że ma rację, co architektka zdobywa przez lata negocjacji z klientami którzy chcą łukowatego okna w prostej ścianie.

— Za parę swetrów — powiedziałam w końcu.

— Dwie pary dżinsów.

— I buty na spacer.

— Widzisz. Nie jest trudno.

— Ewa, naprawdę nie wiem co mam tam robić samej przez tydzień.

— Nic. — Powiedziała to tak po prostu jakby nic było programem na tydzień całkowicie wystarczającym. — Chodzić. Spać. Może usiądziesz w jakiejś kawiarni.

Wzięłam bilet do ręki jeszcze raz.

Sopot. Byłam tam ostatni raz siedem lat temu, z Markiem i z Pawełkiem, który miał jedenaście lat i wchodził do wody za zimnej udając że jest ciepła, bo tak się robi kiedy ma się jedenaście lat i trzeba udowodnić coś światu.

Sama w Sopocie. W lutym.

— Dobrze — powiedziałam.

Ewa uniosła kieliszek milimetrem, tak jak unosi się kieliszek kiedy wygrało się negocjacje i nie chce się zbytnio świętować.

Piłyśmy wino i gadałyśmy o czym popadnie — o jej projekcie, o kafelkach w łazience, o Karolinie, o tym że Ewa ma nową asystentkę która zapomina o spotkaniach z rozmachem. Bilet leżał na stoliku i pilnował kolejności spraw.

Koło dziesiątej Ewa sięgnęła po kurtkę.

— Pociąg w poniedziałek o szesnastej — powiedziała przy drzwiach. — Ciepło ubierz się.

— Jestem dorosłą kobietą.

— Właśnie dlatego mówię. Dorosłe kobiety wiedzą że nad morzem w lutym trzeba się ciepło ubierać i zapominają o tym kiedy pakują.

Zamknęłam za nią drzwi. Zostałam w przedpokoju z biletem w ręce.

W niedzielę rano wyjęłam walizkę i postawiłam na łóżku.

Patrzę na pustą walizkę jak się patrzy na kartkę zanim coś się na niej napisze. Przez chwilę człowiek nie wie gdzie zacząć.

Swetry, powiedziała Ewa. Wzięłam trzy, bo jeden wełniany na mróz, jeden cieplejszy na spacer, jeden który lubię choć Karolina od lat mówi że jest za duży i wygląda jak śpiwór. Karolina ma rację, ale śpiwór jest miękki i to jest powód wystarczający. Dwie pary dżinsów, bo jedna może zamoknąć, trochę koszulek, dres na wieczór, kurtka, szalik, drugi szalik, bo nad morzem w lutym wiadomo.

Dwie książki. Trzecia, żeby mieć rezerwę. Laptop. Kosmetyczka.

Zamknęłam walizkę.

Usiadłam na łóżku obok niej i siedziałam chwilę w tej lutowej ciszy domu.

Ostatni raz jechałam gdzieś sama mając dwadzieścia trzy lata. Wtedy liczyłam to za normalną rzecz, wakacje do cioci do Gdańska, stamtąd autobusem do Sopotu żeby zobaczyć molo, bo coś mnie ciągnęło nad morze i nie pytałam co. Potem był Marek, potem ślub, potem dzieci, potem dom, potem te dwadzieścia lat w których wiedziałam co z nimi zrobić. Wakacje we czwórkę, nie solo. Wyjazdy z mężem, nie sama ze sobą.

Teraz walizka stała obok mnie i czekała na decyzję.

Następnego dnia wzięłam ją za uchwyt. Zamknęłam dom, wyszłam.

Luty robił co do niego należy: zimno, pochmurno, wiatr od strony parku. Walizka ciągnęła się po chodniku z tym swoim plastikowym kłopotem.

Była za duża na tydzień i za mała na nowe życie, ale czy w ogóle można stwierdzić z góry ile miejsca potrzeba na nowe życie? Tego się nie sprawdza przed wyjazdem. To się okazuje dopiero na miejscu.

Herbata czy coś mocniejszego

Pociąg do Sopotu odjechał z Gdańska Głównego punktualnie. PKP i punktualność — ktoś powinien wywieszać flagę na peronie, kiedy to się zdarza.

Siedziałam przy oknie i patrzyłam jak Trójmiasto przesuwa się za szybą. Albo jak ja przesuwam się wzdłuż Trójmiasta. Trudno rozstrzygnąć kto tu kogo mija, gdy człowiek jedzie na własną prośbę w miejsce zarezerwowane przez kogoś innego.

Bo tak było — Ewa kupiła mi bilet, zarezerwowała pensjonat i powiedziała: jedź. A ja powiedziałam: dobrze. I pojechałam. Z czego wynika, że ucieczka za czyjąś zgodą i na czyjś koszt jest zupełnie innym gatunkiem ucieczki niż ta filmowa, z walizką w deszczu i dramatyczną muzyką. Moja ucieczka miała numer rezerwacji i potwierdzenie na mailu.

Telefon leżał w kieszeni kurtki i milczał. Marek nie wiedział dokąd jadę, bo nie byłam mu nic winna. Karolina wiedziała tyle, że wyjeżdżam nad morze na tydzień. Pawełek dostał SMS o jednym słowie: wyjeżdżam. Odpisał po dwudziestu minutach jednym słowem: ok. I to by było na tyle jeśli chodzi o komunikację rodzinną. Firma telefoniczna obciąża mnie abonamentem za usługi których nie wykorzystuję — mogłabym równie dobrze wysyłać listy w butelkach.

Pola za oknem były szare, zmarzłe, z resztkami śniegu przy rowach. Marzec na Kaszubach wygląda jak luty który przekroczył termin ważności i wstydzi się wciąż zajmować miejsce. Krajobraz który nie przeprasza za to że jest brzydki, bo po prostu istnieje i czeka na lepszą pogodę. Ja też.

Pociąg zatrzymał się w Gdańsku Oliwie i wsiedli nowi pasażerowie. Kobieta z wózkiem, mężczyzna w kurtce narciarskiej kompletnie nieprzystającej do końca zimy, nastolatek z plecakiem tak dużym że mógłby w nim zamieszkać. Na tym plecaku zmieściłaby się tabliczka „do wynajęcia". Nie powiedziałam mu tego, oczywiście. Nie jestem typem osoby która zagaduje do nieznajomych w pociągach. Jestem typem osoby która obserwuje nieznajomych w pociągach i prowadzi z nimi rozmowy w głowie, gdzie nikt nie może się obrazić i nie trzeba nikomu wyjaśniać kontekstu.

Sopot wieczorem wyglądał jak miasto które właśnie zgasiło lampki i postanowiło odpocząć, ale jeszcze nie zdążyło zaciągnąć zasłon.

Ciągnęłam walizkę po mokrym chodniku. Deszcz padał spokojnie, metodycznie, z planem na cały wieczór — zero dramatyzmu, za to pełna konsekwencja. Walizka grzechotała na każdym krawężniku. Trzask, trzask, trzask. Komentarz do każdej mojej życiowej decyzji, krawężnik po krawężniku.

Ulica Parkowa okazała się zakrętem od głównej drogi, obstawiona drzewami które latem pewnie dawały cień, ale teraz stały gołe i cierpliwe, czekając na wiosnę z godnością której mogłabym im pozazdrościć. Pensjonat Fale stał trochę w głębi, stary drewniany budynek z werandą. Przez okna sączyło się ciepłe światło.

Stanęłam przed drzwiami z tabliczką PENSJONAT FALE, ULICA PARKOWA 7. Postałam chwilę dłużej niż trzeba. Za tymi drzwiami był tydzień sama ze sobą, a ja od dwudziestu lat nie spędziłam sama ze sobą nawet całego popołudnia, bo zawsze było coś do zrobienia, ktoś do nakarmienia, jakiś formularz do podpisania.

Nacisnęłam dzwonek.

Otworzyła po może trzydziestu sekundach. Niziutka, okrągła, z siwymi włosami upiętymi w kok, w wełnianym sweterku koloru wrzosowiska. Zmierzyła mnie wzrokiem — mnie, walizkę, mokry szalik, znów mnie — z fachowością kelnerki która wie co klient zamówi zanim otworzy menu.

— Herbata czy coś mocniejszego? — zapytała zamiast powitania.

Stałam z wydrukowanym przez Ewę potwierdzeniem rezerwacji i zastanawiałam się, czy powinnam podać nazwisko, numer rezerwacji, czy po prostu odpowiedzieć na pytanie. Wybrałam najprostszą opcję. Jestem zmęczoną kobietą, nie biurokracją.

— Herbata — powiedziałam.

Odsunęła się od drzwi gestem zapraszającym, swobodnym, tak jakby wpuszczała kogoś znajomego a nie przemoczoną warszawiankę ze zbyt dużą walizką.

Wnętrze pachniało lawendą i starym drewnem, tym zapachem domów które stoją od dawna i nasiąkły wszystkim co w nich się zdarzyło. Przedpokój wąski, z wieszakami obwieszonymi kurtkami i szalikami nieobecnych gości. Dywanik przy drzwiach zużyty w środku, bo przez środek się chodzi, a nie brzegami. Zupełnie jak moje kapcie w domu na Mokotowie — z tą różnicą, że tamte wyrzuciłam w pierwszym tygodniu po wyjeździe Marka, bo okazały się za duże. I za puste.

Pani Zofia zaprowadziła mnie do salonu i wskazała fotel przy lampce. Herbata pojawiła się po pięciu minutach, ciemna, gorąca, z miodem po boku. Przy niej talerz kruchych ciasteczek.

Usiadłam i zjadłam trzy ciasteczka zanim zdążyłam pomyśleć o diecie. Czwarte zjadłam już świadomie, w ramach protestu przeciwko wszystkiemu.

Pani Zofia usiadła naprzeciwko z własnym kubkiem, oplotła dłonie i patrzyła w okno. Nie pytała skąd, czemu sama, co tu robię w środku sezonu zimowego. Nie mówiła nic. Cisza była jej żywiołem — gadanie najwyraźniej traktowała jako język obcy, którego nauczyła się z konieczności i używała oszczędnie.

Za oknem deszcz zmieniał rytm. Gdzieś koło wpół do dziesiątej wstałam.

— Pokój na piętrze, drugie drzwi od schodów — powiedziała pani Zofia, nie odrywając wzroku od okna. — Śniadanie o ósmej, ale jak chce pani wcześniej to kuchnia otwarta. Klucz na haczyku przy drzwiach.

Pokój był dokładnie taki jak miał być. Wąskie łóżko z białą narzutą, stary fotel przy oknie z siedziskiem wygniecionym przez lata w kształt kogoś kto dużo myślał i niewiele robił. Szafa z drzwiami które nie domykały się do końca. Parapet szeroki, z pustą doniczką, bo marzec.

Rozpakowałam walizkę.

Swetry, dżinsy, koszulki, dres. Dwie pary skarpetek których nie pamiętam że brałam, ale skoro są, to pewnie wiedziały lepiej ode mnie. Kosmetyczka. Laptop. I trzy książki.

Trzy — których nie planowałam.

Wyciągnęłam je jedną po drugiej. Zbigniew Herbert, Widokówka z tego świata. Czesław Miłosz, Dolina Issy. Anna Świrszczyńska, Jestem babą. Planowałam zabrać dwie nowe powieści kupione miesiąc wcześniej, jeszcze w foliach. A spakowałam te — niepamiętanym gestem gdzieś między decyzją a zamknięciem walizki. Człowiek w restauracji zamawia z karty, a potem kelner odchodzi i człowiek wie, że chciał coś innego. Ja najwyraźniej spakowałam to czego naprawdę chciałam.

Usiadłam na łóżku z Herbertem. Kupiłam tę książkę na trzecim roku polonistyki, bo profesor Wierzbicki polecił. Potem zgubiłam ją w dwudziestu latach urządzania domu, gotowania obiadów i pilnowania żeby wszystkim było dobrze — co, jak się okazuje, nie jest tym samym co pilnowanie żeby dobrze było mnie. Teraz Herbert znowu jest. Na łóżku w pensjonacie w Sopocie, z czterdziestoparoletnią kobietą która go nie otworzyła od piętnastu lat. Może to jest coś. Albo jestem sentymentalna. Albo jedno i drugie.

Rankiem obudziłam się kwadrans przed siódmą. Typowe zachowanie osoby która od trzech tygodni walczy z bezsennością kiedy wreszcie mogłaby spać, budzik biologiczny stwierdza: a nie, już wstawaj. Moje ciało najwyraźniej nie dostało notatki służbowej o urlopie.

Na dół, przez przedpokój, drzwi główne. Ulica pustawa. Poszłam w kierunku morza.

Bałtyk w marcu jest szary, lodowaty i ogromny w sposób którego nie ogarnia się mieszkając na Mokotowie. W Warszawie jest Wisła — też spora, ale rzeka płynie dokądś i człowiek rozumie że zmierza gdzieś konkretnie. Morze nie zmierza. Morze jest i tyle.

Stanęłam na brzegu.

Wiatr był zimny i pachniał solą, i wodorostami wyrzuconymi nocą, i czymś jeszcze czego nie umiałam nazwać. Fale wchodziły na piasek i cofały się rytmicznie, bez pośpiechu, tą samą drogą co wczoraj i przedwczoraj i sto lat temu. Jedna warszawianka w zbyt cienkiej kurtce nie robiła na nich wrażenia.

Stałam tak godzinę. I nie czułam się bezsilna. Czułam się mała — ale w dobry sposób, w sposób który ustawia człowieka na właściwym miejscu wobec ogromnych rzeczy. Coś jak wtedy kiedy Pawełek był malutki i zasypiał mi na ramieniu, i nagle wszystkie ważne sprawy okazywały się mniej ważne od tego jednego oddechu.

Wróciłam na śniadanie z piaskiem w butach i z głodem jakiego nie miałam od tygodni.

Sopot poza sezonem ma swój naturalny rytm i jeśli chce się do niego dołączyć, wystarczy po prostu wyjść z pensjonatu. Rano morze. Potem śniadanie u pani Zofii — jajka albo chleb z dżemem, herbata, parę zdań o pogodzie jeśli komuś się chciało. Potem spacer.

Monte Cassino o dziewiątej rano w środku tygodnia należy do psów i ich właścicieli. Kawiarnie miały pozamykane okiennice albo dopiero otwierały drzwi na oścież, wietrząc zimowy zapach. Jeden turysta z plecakiem fotografował fasady. Jeden pies bez smyczy gnał za gołębiem z entuzjazmem kompletnie nieadekwatnym do szans powodzenia. Gołąb odleciał. Pies stanął. Ja pomyślałam o swoim małżeństwie i natychmiast sobie tego zabroniłam, bo porównywanie się do psa goniącego gołębia o dziewiątej rano jest naprawdę poniżej mojego poziomu. Chociaż trafne.

Weszłam do kawiarni przy wejściu na deptak, tej turystycznej, z plastikowymi krzesłami i menu na tablicy ścieralnej. Kawa była przeciętna, co szanuję — kawiarnia nie udawała że jest inna niż jest. Mogłabym się od niej uczyć.

Patrzyłam przez szybę. Starszy pan spacerował z rękoma za plecami, nie spiesząc się absolutnie nigdzie. Para z wózkiem. Kelnerka z sąsiedniego lokalu wynosiła krzesła na zewnątrz, ustawiała je przy stolikach, spojrzała w niebo, stwierdziła że nie warto i weszła z powrotem. Pięć minut później wyszła ponownie z krzesłami. Niebo najwyraźniej zmieniło zdanie. Albo ona.

Zamówiłam drugą kawę i pomyślałam, że od dawna nie miałam czasu na oglądanie jak kelnerka negocjuje z pogodą.

Wieczorami jadałam kolację przy wspólnym stole, bo tak działał pensjonat poza sezonem. Przez pierwsze dwa wieczory byłyśmy we dwie. Trzeciego wieczoru przy stole usiadła też pani Maria — nowa gościni, przybyła po południu, cicha, z książką pod pachą i bez zamiaru tłumaczenia się z obecności. Rozumiałyśmy się doskonale.

Czwartego wieczoru pani Zofia postawiła talerze z zupą, usiadła naprzeciwko i zaczęła opowiadać.

— Pensjonat prowadzę odkąd Władek zachorował — powiedziała, krusząc chleb nad zupą. — Potem umarł, a ja miałam trzy opcje. Prowadzić, sprzedać albo siedzieć w pustym domu. Ta trzecia nie wchodziła w grę.

— Więc wybrała pani pierwszą.

— Wybrałam jedyną rozsądną. Trzydzieści lat temu, proszę sobie wyobrazić. Byłam młodsza od pani.

Patrzyłam na nią i próbowałam sobie wyobrazić trzydziestoletnią Zofię w tym samym domu, z tymi samymi ścianami, ale bez siwych włosów i bez tego spokoju. Spokój nosiła na sobie lekko, naturalnie — nie zdobyty, nie wyuczony, po prostu wypracowany latami, aż stał się jej własny.

— Ludzie przyjeżdżają do Sopotu z dwóch powodów — powiedziała, sięgając po chleb. — Wakacje albo ucieczka.

— A jaka jest różnica?

— Na wakacjach człowiek wie kiedy wraca. — Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem. — Na ucieczce nie.

Jadłam zupę i myślałam o moim bilecie powrotnym na niedzielę. Teoretycznie wiedziałam kiedy wracam. Praktycznie — to zupełnie inna sprawa.

— Ja bym powiedziała że jestem gdzieś pomiędzy — przyznałam.

— Większość gości jest — powiedziała pani Zofia. — Dlatego mam dużo herbaty.

Antykwariat znalazłam przez przypadek, bo skręciłam w złą uliczkę szukając piekarni. To jest historia mojego życia w miniaturze — szukam jednego, znajduję drugie, i okazuje się że potrzebowałam tego drugiego.

Mały, wciśnięty między kamienicą a murem, z wystawą zastawioną stosami książek bez widocznej organizacji. Pan Ryszard miał na sobie sweter pamiętający lepsze dekady, ale za to był uprzejmy i nie pytał czego szukam, tylko wskazał na półki: jest co jest, proszę szukać.

Szukałam czterdzieści minut. Dużo kryminałów z lat osiemdziesiątych, trochę beletrystyki zachodniej, podręczniki z minionej epoki. I na trzeciej od dołu półce: Szymborska. Dwa tomy — Widok z ziarnkiem piasku i Chwila, okładki sfatygowane ale środki czyste. Obok zbiór prozy nieznanej mi autorki, ale spis treści był taki że stałam z książką pięć minut i nie zamierzałam jej odkładać.

Wzięłam wszystkie.

— Szymborska sprzedaje się tylko w marcu — powiedział pan Ryszard przy kasie, pakując książki w papierową torbę.

— A latem?

— Latem nikt nie kupuje poezji. Tylko coś lekkiego na plażę. Kryminały, romanse.

— A w marcu?

— W marcu ludzie są poważni — powiedział, oddając resztę — i jeszcze nie wiedzą że to przeminie.

Wyszłam z papierową torbą i stałam chwilę w chłodnym marcowym świetle. Ten człowiek właśnie powiedział mi coś ważnego. Może mówi to każdemu klientowi w marcu. Może za każdym razem jest to prawda.

Biblioteczka pani Zofii stała w salonie między kominkiem a oknem: pięć półek, żadnej widocznej systematyki, ale za to trzy dekady osadów zostawionych przez gości. Tuwim, Iwaszkiewicz, Kuncewiczowa, Nałkowska. Borowski. Herbert w innym wydaniu niż mój, starszym.

Wieczorami siadałam w fotelu przy lampce i wracałam do czytania. Przez pierwsze dwa wieczory nie mogłam się skupić — oczy szły po zdaniach, ale głowa uciekała do Warszawy, do szafki kuchennej, do pustego mieszkania. A potem, trzeciego wieczoru, coś puściło. Zamek w drzwiach który wreszcie ustępuje po kilku próbach — klik — i można wejść.

Czytałam Kuncewiczową i zdała mi się zupełnie inna niż na trzecim roku. Nie książka się zmieniła — zmieniłam się ja, i to jest chyba jedyna uczciwa recenzja jaką mogę napisać: ta sama proza, inna czytelniczka, dwadzieścia lat między spotkaniami.

Sięgnęłam po Szymborską.

Po tygodniu napisałam do Karoliny.

Pisałam długo, kasowałam, pisałam jeszcze raz. Karolina lubi wiedzieć jak jest naprawdę, a ja odruchowo odpowiadam głosem firmowego biuletynu: wszystko pod kontrolą, dajemy radę, proszę o dalsze instrukcje.

Tym razem napisałam inaczej. Że Sopot jest dziwny, bo jest cichy i prawie pusty i człowiek nie ma co z tym zrobić poza tym żeby po prostu w nim być. Że pani Zofia przyniosła mi herbatę z miodem bez pytania i to był jeden z bardziej ludzkich gestów ostatnich tygodni. Że Bałtyk jest wielki i szary i nie zadaje pytań, co jest właściwym zachowaniem morza wobec kobiety w marcu. I że nie mówię że sobie radzę, bo to pewnie nie jest właściwa kategoria, ale chyba dobrze.

Karolina odpisała po godzinie: mamuś, to jest dobra wiadomość.

Siedziałam z telefonem i myślałam, że moja dwudziestoletnia córka czasem mówi mi rzeczy których ja potrzebuję dwie godziny pisania żeby sformułować. Pewnie ma to po ojcu. Albo po Ewie. Na pewno nie po mnie — ja potrzebowałam dwudziestu zdań żeby dojść do sedna, Karolina potrzebowała pięciu słów.

Ewa zadzwoniła we czwartek wieczór.

— No to jak — bez wstępu, bo Ewa traktuje wstępy jako marnotrawstwo.

— Zostaję — powiedziałam.

Pauza. Krótka, ale u Ewy każda pauza jest wydarzeniem.

— Jak długo?

— Jeszcze nie wiem. Trochę.

— Mam odwołać bilet?

Pomyślałam o niedzieli, o domu na Mokotowie, o pustych pokojach z haczykami po obrazkach i zapachem farby w łazience. A potem o Bałtyku o świcie i o tym jak się przy nim stoi, mała i spokojna.

— Odwołaj.

— Dobrze. — Słyszałam że kiwa głową, bo Ewa kiwa kiedy sprawy idą tak jak przewidziała. — Jak śpisz?

— Osiem godzin.

— To chyba postęp — powiedziałam.

— Nie analizuj postępu, Hanna. Po prostu śpij.

Rozłączyłam się. Ewa potrafi powiedzieć dokładnie jedno zdanie które jest potrzebne, nie więcej i nie mniej. Talent, którego ja nigdy nie opanowałam. Ale może nie muszę — może ja jestem od tych dwudziestu zdań, a Ewa od pięciu, i obie robimy to co umiemy.

Wróciłam do Szymborskiej.

O północy siedziałam w salonie i czytałam, kiedy usłyszałam kroki na schodach. Pani Zofia zeszła w swetrze i kapciach, bez słowa zagotowała wodę, zrobiła herbatę z miodem i postawiła przede mną.

Nie zapytała co czytam. Nie zapytała dlaczego jeszcze nie śpię. Spojrzała na okładkę Szymborskiej, kiwnęła głową i wróciła na górę tak cicho jak zeszła.

Siedziałam z herbatą i z wierszami, a za oknem Sopot spał i deszcz szedł swoją drogą.

Pomyślałam: ta kobieta prowadzi ten dom od kiedy owdowiała. Przyniosła herbatę Bóg wie ilu ludziom — i za każdym razem wiedziała że potrzeba, bo widziała. To jest rodzaj mądrości który nie pochodzi z wykładów ani z książek. Pochodzi z uwagi.

A ja? Ja wiedziałam kiedy Pawełek ma dentystę i czy zapłaciliśmy rachunek za prąd, i co kupić cioci Basi na urodziny. Wiedziałam wszystko o wszystkich. Tyle że kiedy Karolina zapytała czego chcę ja sama, odpowiedź nie przyszła. Może dlatego że nigdy wcześniej o to nie pytałam. Może dlatego że odpowiedź wymaga ciszy, a ja miałam ją dopiero od trzech tygodni.

No, ale nie będę filozofować o północy nad herbatą, bo to jest prosta droga do pisania pamiętnika, a ja obiecałam sobie że pamiętnika pisać nie będę. Że ja to co najwyżej mogę czytać cudze mądrości i pić herbatę z miodem i mieć nadzieję że coś z tego wyniknie.

Szymborska leżała otwarta na wierszu który znałam ze studiów i zapomniałam. O tym, że widzimy świat przez jedno okno naraz i nie da się stać w dwóch miejscach jednocześnie.

Uczciwe. Mogę się z tym zgodzić.

Sopot za oknem był cichy i trochę dziurawy od deszczu, i przez tydzień okazywało się że mieści się w nim całkiem sporo, jeśli tylko człowiek nie pakuje za dużo własnego hałasu. A ja hałasu miałam w sobie dość na kilka miast, więc dobrze że trafiłam na jedno małe i ciche, które mogło go wchłonąć bez narzekania.

Zgasiłam lampkę.

Nie daję gwarancji pogodowej

Deszcz zaczął padać o dziesiątej trzydzieści w poniedziałkowy ranek, kiedy byłam akurat mniej więcej w połowie drogi między pensjonatem a portem. Bez ostrzeżenia, bez stopniowego zachmurzenia, którego można by było nie zauważyć — po prostu z nieba zaczęło lać jak z cebra i tyle.

Sopot w marcu ma swoje humory.

Stałam przez chwilę na deptaku i myślałam intensywnie o tym, że nie wzięłam parasola, bo rano niebo wyglądało po prostu szaro, a szare niebo w marcu nad Bałtykiem jest tak normalne jak szaro na ścianach biurowca. Nie powiedziałam sobie jednak przy tym że jestem głupia, bo stałam już mokra i samokrytyka by nic nie wskórała. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę bliższą niż pensjonat.

Pierwsze otwarte drzwi były żółte.

Nie złote, niekremowe — żółte, jak w rysunkach Pawełka gdy miał pięć lat i lubił nasycone kolory. Nad drzwiami wisiał szyld: Kawiarnia Przy Fali. Pod szyldem wisiała mniejsza tabliczka: Otwarte. Popchnęłam żółte drzwi i weszłam.

Środek wyglądał tak, jakby ktoś przez lata zbierał krzesła ze sprzedaży garażowych i do żadnego z nich nie miał szczególnych uczuć. Były krzesła drewniane, było jedno tapicerowane w bordowy materiał pamiętający chyba PRL, były dwa z kutego żelaza na zgiętych nogach. Podłogi drewniane, ciemne od lat. Na ścianach plakaty filmowe — Casablanca, Rejs, coś z Nowakiem w roli głównej. Stosy gazet piętrzące się przy każdym oknie z minimalnie odmiennym poczuciem estetyki. Przez dwa wysokie okna widać było kawałek morza w kolorze ołowiu i dużo deszczu.

Było ciepło i pachniało kawą i drożdżówkami.

Za barem stał mężczyzna ze śladami mąki na przedramieniu.

Nie podniósł głowy od razu. Skończył to co robił — mielił kawę ręcznie, metodycznie, z koncentracją kogoś kto nie robił tego od wczoraj. Miał na sobie szary fartuch, szpakowate skronie i wyraz twarzy człowieka dokładnie tam gdzie chce być. Kiedy skończył mielić, odłożył młynek, otrzepał dłonie i spojrzał na mnie.

— Dzień dobry — powiedziałam, bo nie ma co owijać w bawełnę.

— Dzień dobry — odpowiedział.

— Czy mogę zamówić czarną kawę?

— Może pani.

— I czy mogę zostać dopóki nie przestanie padać?

Zerknął za okno. Deszcz był teraz naprawdę zdecydowany.

— Proszę — powiedział. — Nie daję gwarancji pogodowej.

Usiadłam przy oknie od strony morza i zaczęłam czekać. Deszcz padał. Kawa przyszła po kilku minutach — czarna, w ceramicznej filiżance, parząca. Wzięłam pierwszy łyk i pomyślałam, że dawno nie piłam tak dobrej kawy. Może nigdy. Może się myliłam z powodu deszczu za oknem i ciepłego wnętrza i braku konieczności nikogo obsługiwania, ale nie sądzę.

Deszcz padał trzy godziny z rzędu.

W tym czasie zdążyłam się zapoznać z gazetą sprzed tygodnia, z moim notatnikiem w którym nie napisałam nic, z widokiem Bałtyku w odcieniach grafitu za oknem i z pozostałymi gośćmi kawiarni, którzy jak się okazało, tworzyli coś na kształt stałego koła towarzyskiego.

Pan Henryk przy barze — emeryt, wysoki, z Dziennikiem Bałtyckim i ze spokojem człowieka który osiągnął zen przez codzienne czytanie prasy lokalnej — komentował pogodę z regularnym niezadowoleniem, ale bez rzeczywistego zamiaru robienia z nią czegokolwiek.

— Znowu ta sama historyjka — powiedział do baru.

Bar się nie odezwał. Mężczyzna za barem też nie, co wydawało się być właściwą odpowiedzią.

Przy drugim oknie siedziała kobieta z notatnikiem większym niż mój i rysowała. Miała na sobie trzy warstwy swetrów w różnych odcieniach szarości i skupienie artystki, która nie interesuje się tym co dzieje się wokół niej o ile nikt jej nie przeszkadza. Kilka razy spojrzała przez okno na deszcz, ale raczej w poszukiwaniu konkretnego odcienia nieba niż z zainteresowaniem atmosferycznym.

Przy stoliku bliżej drzwi siedział mężczyzna z notatnikiem zamkniętym. Z zewnątrz wyglądał jak pisarz — miał tę charakterystyczną minkę skupienia połączonego z nieobecnością, którą można mylić z pracą twórczą, ale po godzinie zrozumiałam że notatnik zamknięty był od samego początku. Pił kawę. Patrzył w okno. Myślał intensywnie o czymś co nie było powieścią, albo tak intensywnie o powieści że to wyglądało identycznie.

— Grzegorz dziś też pisze — powiedział pan Henryk do baru.

— Dzisiaj mi idzie — odezwał się Grzegorz spokojnie, nie ruszając notatnika.

Uznałam że to kawiarnia z własnym światem i postanowiłam polubić ją za to.

Obserwowałam człowieka za barem. Michał — bo tak miał na imię, bo pan Henryk powiedział Michale podaj mi ten cukier i Michał podał — nie śpieszył się z niczym. Każdą filiżankę traktował jak odrębne zdarzenie. Parzył metodycznie, ważył kawę oczami, wycierał blat ze spokojem kogoś kto nie ma dość pracy, tylko odpowiednią ilość pracy. Kiedy pan Henryk poprosił o dopełnienie, podszedł z dzbankiem, dolał dokładnie tyle ile trzeba i wrócił za bar bez słowa.

Chaos w kawiarni — krzesła nie z jednego kompletu, gazety bez systemu, plakaty z różnych dekad — wyglądał na przemyślany. Nie jak bałagan, tylko jak wybór. Jakby ktoś zdecydował że harmonia nie jest jedynym sposobem na przyjemną przestrzeń i przetestował hipotezę.

O wpół do drugiej deszcz zelżał. O drugiej przestał.

Wyszłam z najlepszą kawą od lat w żołądku i mokrymi butami na nogach. Przy żółtych drzwiach powiedziałam do środka do nikogo konkretnego: do widzenia.

— Do widzenia — odpowiedział mężczyzna za barem.

Pan Henryk kiwnął głową.

Grzegorz otworzył notatnik.

We wtorek rano wstałam, zjadłam śniadanie u pani Zofii, wzięłam kurtkę z kapturem i poszłam do kawiarni z żółtymi drzwiami.

Mówię o tym tak jakby to była z góry podjęta decyzja, a w rzeczywistości szłam prosto przed siebie i kiedy doszłam do skrzyżowania, skręciłam w prawo zamiast w lewo i ni stąd ni zowąd znalazłam się przed Kawiarnią Przy Fali. Tak to wygląda jeśli ktoś pyta.

Michał był już za barem. Kiedy weszłam, podniósł głowę, coś w nim mignęło — rozpoznanie, może lekkie zdziwienie — i bez słowa sięgnął po młynek.

Usiadłam przy swoim oknie. Swoim — po jednej wizycie. No ale tak już jest.

Pan Henryk kiwnął głową.

Nie patrzyłam w telefon. To też nie była decyzja — telefon był w kieszeni i nie miałam specjalnego powodu żeby go wyjmować. Karolina się nie odzywała od wczoraj. Ewa pisała wieczorami. Prawniczka miała do mnie dzwonić w środę. Marek się nie odzywał. Morze za oknem wyglądało dziś inaczej, bardziej zielononiebiesko, jakby deszcz zmył z niego trochę marcowej rezerwy.

Kawa przyszła bez zamawiania. To znaczy: Michał postawił filiżankę przy moim łokciu i wrócił za bar. Poczułam się jak stały bywalec, co po jednej wizycie jest zdecydowanie przedwczesne, ale nie protestowałam.

Siedziałam tak przez godzinę i czytałam Szymborską. Grzegorz wszedł około dziesiątej, kiwnął głową w stronę baru i usiadł przy swoim stoliku z zamkniętym notatnikiem. Kobieta w szarych swetrach — Marta, jak powiedział pan Henryk — przyszła kwadrans później z nowym zestawem ołówków i zaczęła szkicować okno.

To było, przysięgam, jedno z przyjemniejszych przedpołudni od dawna. Nic się nie działo i to było dokładnie to czego potrzebowałam.

W środę wróciłam trzeci raz.

Siedziałam z kawą i ze Szymborską i w pewnym momencie, bez szczególnego zamiaru — bo czasem człowiek coś mówi zanim się zastanowi czy powinien — powiedziałam do filiżanki, ale wystarczająco głośno żeby było słyszalne za barem: — Wolę kino nad wszystko inne.

Cisza.

Potem, bez podnoszenia głowy znad ekspresu:

— Na to nie ma lekarstwa.

Zamknęłam Szymborską. Michał dopiero kończył tamten wiersz, ostatnie dwie linijki, spokojnie, jakby go znał od dawna. Bo pewnie znał.

Pomyślałam: no proszę.

Żadne z nas nic nie powiedziało przez następne pięć minut. Deszcz wrócił, lekki tym razem, bardziej dla zasady niż z przekonaniem. Pan Henryk przewracał stronę gazety. Grzegorz otworzył notatnik i może coś napisał, nie widziałam.

Cisza była — i to jedyne uczciwe słowo — przyjemna. Nie niezręczna. Nie wymagająca wypełnienia. Po prostu cisza dwojga ludzi którym jest dobrze obok siebie bez konieczności udowadniania tego słowami.

To mi się zdarza rzadko nawet z ludźmi których znam od lat.

W czwartek wróciłam czwarty raz. Zaczęło mi to wychodzić nawykowo, co przy mojej historii z nawykami lepiej nie komentować.

Michał podał kawę jak zwykle i tym razem nasze dłonie się zetknęły przy filiżance. Moment. Ułamek sekundy. Oboje zabraliśmy ręce i oboje udaliśmy z całą mocą naszych dojrzałych osobowości że to się nie wydarzyło.

Przy wejściu właśnie wchodziła kobieta w bordowej kurtce. Pani Krystyna, jak wynikało z powitania pana Henryka, z pensjonatu za rogiem. Miała wzrok osoby która rejestruje za dużo i nie mówi o tym wprost, tylko uśmiecha się wtedy kiedy trzeba. Zamówiła herbatę, usiadła przy barze obok pana Henryka i powiedziała coś do niego cicho. Pan Henryk odchrząknął i wrócił do gazety.

Nie patrzyłam na Michała przez następne dziesięć minut z zasady.

Za to otworzyłam notes, który od tygodnia służył mi wyłącznie do zapisywania list zakupów i numerów telefonów. Miałam długopis. Okno. Kawę. Żadnego konkretnego powodu żeby pisać cokolwiek.

Napisałam zdanie. Potem drugie. Potem przekreśliłam pierwsze i zostawiłam drugie. Dopisałam trzecie i nie przekreśliłam niczego.

Nie były to słowa na miarę sytuacji ani na miarę Szymborskiej. Były to zdania o deszczu i o tym jak wygląda morze przez szybę kawiarni kiedy człowiek nie ma żadnego planu i okazuje się że właśnie tego potrzebował. Głupie, pewnie. Ale moje.

Siedziałam do południa i zapełniłam pół strony. Michał kilka razy na mnie zerknął — widziałam to kątem oka — ale nic nie powiedział. Uznaję to za objaw dobrego wychowania i właściwego instynktu.

W piątek kawiarnia zamknęła się o siódmej.

Zostałam. Nie wiem dlaczego — może dlatego że za oknem zaczęło się robić to piękne sopockie zmierzchanie, kiedy niebo nad morzem robi się bordowoniebieskie i przez chwilę wszystko wygląda jak na złej reprodukcji dobrego malarza. A może dlatego że nie miałam dokąd się spieszyć.

Pan Henryk wyszedł o szóstej pięćdziesiąt. Marta zwinęła ołówki i wyszła o szóstej pięćdziesiąt pięć. Grzegorz, który dziś naprawdę coś pisał bo słyszałam skrobanie ołówka, zamknął notatnik o siódmej zero zero i wyszedł z miną człowieka który zdecydowanie coś osiągnął.

Michał odwrócił tabliczkę na drzwiach. Zaczął zbierać filiżanki. Przy moim stoliku się zatrzymał.

— Jeszcze kawę?

— Poproszę — powiedziałam, bo nie o kawę chodziło, ale kawa była dobrym pretekstem.

Zrobił kawę i zamiast ją przynieść i wrócić za bar, przyniósł ją i usiadł naprzeciwko. Miał swój kubek. Wyglądało to tak naturalnie, jakby to robił co piątek od lat.

Przez chwilę siedzieliśmy z kubkami i nie mówiliśmy nic. Za oknem morze było teraz prawie czarne.

— Kawiarnia — powiedział w końcu Michał do swojego kubka. — Rok temu pomyślałbym że to śmieszne.

— A teraz?

— A teraz piję kawę w piątek wieczór we własnej kawiarni i nie mam żadnych slajdów do przygotowania.

Było w tym coś co brzmiało jak puenta, ale nie wymagało śmiechu. Zapytałam więc, bo coś w tonie jego głosu na to pozwalało:

— Slajdy do czego?

Wypił łyk. Popatrzył przez chwilę w okno.

— Miałem prezentację kwartalną — powiedział. — Wiceprezes operacyjny, firma consultingowa, czterdziestu ludzi w sali konferencyjnej. Byłem w połowie drugiego slajdu. — Urwał. — Zawał.

Powiedział to lakonicznie. Jak o wypadku drogowym sprzed lat — fakty oswoił, wszystkie daty zna na pamięć. Co innego jeszcze nie.

— Pierwsza czy druga połowa prezentacji? — zapytałam.

Spojrzał na mnie z czymś bliskim zaskoczeniu.

— Drugi slajd z osiemnastu.

— To przynajmniej oszczędziłeś słuchaczom szesnastu.

Przez chwilę nic nie powiedział. Potem się roześmiał. Krótko, ale naprawdę.

— Tak na to nie patrzyłem.

— Pewnie nie.

Siedzieliśmy chwilę z tym. Kawiarnia była cicha — drewniane ściany chłoną dźwięk inaczej niż beton, bardziej miękko. Za oknem Sopot po zmroku robił swoje.

— I co dalej? — zapytałam, bo nie mogłam nie zapytać.

— Leżałem cztery tygodnie w szpitalu. Potem rehabilitacja. Potem sprzedałem mieszkanie w Warszawie i kupiłem kawiarnię w Sopocie. — Wzruszył ramionami. — Logiczna sekwencja.

— Bardzo — powiedziałam.

Coś mnie tknęło i zanim zdążyłam się zastanowić nad tym czy to dobry pomysł, odezwałam się:

— Ja mam osiemnaście słoiczków musztardy w kuchni.

Michał podniósł głowę.

— Słucham?

— W szafce nad blatem. Mój mąż... były mąż je musztardę. Sarepską, dijon, angielską z taką oficjalną etykietą, i jeszcze kilka innych gatunków. Osiemnaście sztuk. Kiedy się wyprowadził, zapomniał je zabrać i zostały.

— I?

— I ja musztardy właściwie nie jadam.

Michał patrzył na mnie przez chwilę z wyrazem twarzy kogoś kto przetwarza informację.

— Zostałaś z osiemnastoma słoiczkami musztardy której nie jesz.

— Tak.

— I nie wyrzuciłaś ich?

Zastanowiłam się nad tym. Naprawdę się zastanowiłam, bo do tej pory jakoś nie rozmawiałam o tym z nikim wprost.

— Nie wyrzuciłam bo... — zaczęłam i urwałam.

— Bo?

— Bo przez chwilę byłam pewna że jak wyrzucę, to będzie mi smutno, a jak nie wyrzucę, to będzie mi smutno z powodu że ich nie wyrzucam. Więc zostawiłam i wyjechałam do Sopotu i teraz opowiadam o musztardzie obcemu mężczyźnie w kawiarni po zamknięciu, co nie było moim planem na piątkowy wieczór.

Michał milczał przez sekundę. Potem się roześmiał.

I jakoś wtedy ja też zaczęłam się śmiać. Nie wiem od czego konkretnie — od osiemnastu słoiczków, od slajdów, od tego że oboje siedzieliśmy w kawiarni po godzinach i rozmawialiśmy o tym co nas tu przywiało jak kompletne zaskoczenie. Śmiałam się do łez, co mi się nie zdarzało od nie pamiętam kiedy.

Michał śmiał się spokojniej, ale tak samo naprawdę.

Z zaplecza dobiegł dźwięk odkładanego garnka.

— Pan Henryk — powiedziałam, bo to było jedyne możliwe wytłumaczenie.

— Pan Henryk nigdy nie wychodzi od razu — potwierdził Michał. — Zawsze jeszcze coś na zapleczu.

— Słyszy wszystko?

— Wszystko.

Spojrzałam w stronę zaplecza. Cisza. Potem odgłos wieszania czegoś na haku.

— Coś mogę zaproponować? — dobiegło zza ściany.

— Nie trzeba, pan Henryk — powiedział Michał.

— Pytam w ramach przyzwoitości — odezwał się pan Henryk i umilkł.

Spojrzeliśmy na siebie i znowu się roześmialiśmy, tym razem ciszej, żeby nie drażnić starszego pana udającego że go tu nie ma.

Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas. Michał opowiedział o rehabilitacji i o tym jak kupował kawiarnię i o tym jak pierwszy raz upiekł drożdżówki kardamonowe o piątej rano bo nie mógł spać i że wyszły słabe, ale sama procedura była lepsza niż siedzenie z myślami. Ja powiedziałam że przez dwadzieścia lat kupowałam musztardę według preferencji innej osoby i dopiero teraz, w czterdziestym którymś roku życia, stanęłam w sklepie przed półką z przyprawami i zupełnie nie wiedziałam po co wyciągam rękę. Michał powiedział że zna to uczucie. Potwierdziłam.

O wpół do dziesiątej pan Henryk wyszedł z zaplecza w kurtce i w czapce i bez słowa skinął nam obojgu głową. Drzwi zamknęły się za nim miękko.

— Dyskretny człowiek — powiedziałam.

— Wyjątkowo — zgodził się Michał.

Wstałam, bo było późno jak na kogoś kto nie miał szczególnego planu na ten wieczór i spędził go w kawiarni. Wzięłam kurtkę. Michał ugasił ostatnią lampkę przy barze.

Na zewnątrz było zimno w ten konkretny sopocki sposób, kiedy wiatr od morza nie jest szczególnie silny ale i tak dociera do kości. Michał zamknął żółte drzwi na klucz.

Szliśmy kawałek razem, w stronę pensjonatu. Nie rozmawialiśmy — było cicho i chłodno i Sopot po zmroku wydaje się naprawdę mały, kilka latarni i kilka okien z żółtym światłem i morze gdzieś z boku.

Na rogu przed ulicą Parkową stanęliśmy.

— To tu — powiedziałam.

— No — powiedział Michał.

Staliśmy przez chwilę na tym rogu. Za blisko jak na kogoś kto kogoś poznał cztery dni temu w kawiarni podczas deszczu. Za daleko jak na cokolwiek innego. Bałtyk gdzieś za nami szumiał cicho, bo Bałtyk w Sopocie zawsze jest gdzieś za człowiekiem.

— Do zobaczenia — powiedziałam w końcu.

— Do zobaczenia — powiedział Michał.

Poszłam w stronę pensjonatu. Przy furtce odwróciłam się. Michał stał jeszcze przez sekundę na tym rogu, potem ruszył w drugą stronę.

Weszłam do środka i stanęłam w przedpokoju pani Zofii, gdzie na haczyku wisiał mój szalik a dywanik miał wgnieciony środek od lat chodzenia. W ciszy pensjonatu słychać było zegar w salonie i coś skrzypnęło na górze.

Pomyślałam: no i proszę.

Nie wiedziałam co z tym począć, nie wiedziałam czym to jest, i szczerze mówiąc, pierwszy raz od bardzo wielu tygodni nie miałam ochoty tego analizować. Nie przerabiać na listę. Nie sprawdzać czy to ma sens i czy taka osoba w takiej sytuacji powinna w ogóle.

Po prostu stałam w przedpokoju w płaszczu i z lekkim pytaniem gdzieś za mostkiem, takim które nie potrzebuje natychmiastowej odpowiedzi — i było to, muszę przyznać, dość niezłe uczucie jak na piątkowy wieczór po osiemnastu słoiczkach musztardy.