Między nami niebo - Małgorzata Mikos - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Między nami niebo ebook i audiobook

Małgorzata Mikos

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

74 osoby interesują się tą książką

Opis

Marta wie, że umiera. Wie też, że nie zdąży zobaczyć, jak jej córka dorasta. Postanawia zostawić jej coś więcej niż wspomnienia – słowa na przyszłość, które mają prowadzić Hanię przez życie, gdy jej już zabraknie. To jej sposób, by oswoić własne odejście, a mimo to zostać.

Po śmierci mamy świat dziewczynki rozpada się na kawałki, a opiekę nad nią przejmuje Damian – jej wujek. Z dnia na dzień staje przed rolą, na którą nikt nie jest gotowy. Musi zmierzyć się z żałobą, strachem i odpowiedzialnością za czyjeś dzieciństwo. Razem z Hanią uczą się nowej codzienności, w której ból przeplata się z czułością, a strata z próbą ocalenia tego, co najważniejsze. Gdy w ich życiu pojawia się Anna, przeszłość powraca, a między dorosłymi zaczyna rodzić się uczucie niosące nadzieję i pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi… Czy można zbudować coś nowego, nie tracąc tego, co najważniejsze?

Między nami niebo to poruszająca, pełna emocji opowieść o miłości, która nie kończy się wraz ze śmiercią, o odpowiedzialności, która zmienia wszystko, o nadziei zdolnej przetrwać najgorsze, i o odwadze, by żyć dalej, nawet wtedy, gdy trudno jeszcze uwierzyć, że będzie lepiej. Ta opowieść złamie ci serce… i poskłada je na nowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 267

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 28 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Lost70

Nie oderwiesz się od lektury

piekna, ciepła, wzruszająca
00



Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Amy Faith | arcangel.com

© Factory Stock | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Redakcja

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Małgorzata Mikos, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-68689-85-3

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Tym, którzy noszą kogoś w sercu,

choć nie mogą już trzymać za rękę.

Prolog

Światło lampy padało na łóżko oraz blat szafki nocnej, na której znajdowały się niezliczone papiery, książki, długopisy i inne bibeloty. Za oknem panowały ciemności, a po szybie spływały kolejne krople deszczu. W pokoju zalegała cisza, przerywana od czasu do czasu przez szelest papieru czy westchnięcia kobiety, która siedziała na łóżku. Pochylona nad notesem, zapisywała kolejne słowa, które miały zostać, gdy ona odejdzie. Miały zostać na zawsze.

Marta spojrzała w kierunku korytarza, skąd dobiegły ją ciche kroki. Tuż za ścianą spała Hania z twarzą wtuloną w ukochanego misia, który wiele przeszedł w ciągu paru lat. Spała spokojnie, nieświadoma tego, że kilka metrów od niej powstaje ostatnie pożegnanie.

Marta westchnęła ciężko, a do jej oczu napłynęły łzy. Nie tak miało wyglądać ich życie.

Przeniosła wzrok na okno i zastygła, wpatrując się w strużki na szybie. Miała tak wiele do powiedzenia, do napisania, do zrobienia, a czasu miała tak niewiele. Przeciągnęła dłonią po kartce, po literach tworzących spuściznę po niej. Notes wykonano na specjalne zamówienie, miał skórzaną oprawę, kremowe strony, inicjały „MHD” na przedzie. Każda linijka, każde słowo zawierało jej emocje i myśli.

Od dłuższego czasu myślała o stworzeniu zapisków ze wspomnieniami, aby zachować najważniejsze i najpiękniejsze momenty. Na długo przed usłyszeniem diagnozy czuła, że musi coś zrobić, aby zostawić po sobie ślad. Wiedziała, że po tych, których się kocha, zostają ubrania, fotografie, dokumenty, jakieś przedmioty, rachunki. Wspomnienia przepadają gdzieś pomiędzy przeszłością, przyszłością a codziennością. Po diagnozie była już pewna, że musi stworzyć coś, co zachowa pamięć o niej na dłużej.

Przewertowała notes i otworzyła go na pierwszej stronie.

Dla mojej córeczki, światła mojego świata. Choć mnie już nie ma, jestem tam, gdzie spojrzysz – wśród gwiazd i wśród szumu wiatru. Choć jest między nami niebo, moja miłość zawsze odnajdzie drogę do Ciebie…

Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Nie chciała odchodzić, a jednak nie było już szans na pozostanie. Oparła dłoń na lewym boku, drugą ocierając policzki. Ból rozlał się w dole brzucha, promieniując w stronę pleców. Wiedziała, że nie może płakać, że nie może być smutna. Musi być silna.

Przewróciła strony notesu, wzięła do ręki długopis. Już miała napisać pierwszą literę, ale coś ją przed tym powstrzymało.

Była jesień. Kolorowe liście upiększały drzewa, by po chwili utworzyć barwny dywan na ziemi, a słońce mieszało się z deszczem. Jej nastrój i stan zdrowia każdego dnia się pogarszały. Za kilka tygodni miało nadejść Boże Narodzenie, a tuż po nim Nowy Rok. Ostatnie takie święta, jakie miała przeżyć. Kiedyś myślała, że będzie żyć długo, może nie szczęśliwie, ale dobrze. Że wychowa córkę, wspierając ją na każdym kroku. Że po pięćdziesiątce zapisze się na kurs francuskiego lub włoskiego, ponieważ od dawna chciała odwiedzić te kraje. Że wybierze się na kurs rysunku, bo zawsze lubiła coś szkicować na karteczkach, zwłaszcza wtedy, gdy musiała zająć czymś myśli. Wierzyła, że przed nią wiele wspólnych wakacji, uroczystości, pierwszych miłostek Hani. Marzyła, że zostanie babcią, że będzie rozpieszczać wnuki.

Wierzyła, że będzie przyszłość.

To nie miało się tak skończyć. Umawiali się, że będzie inaczej, że będzie dobrze. Ona i Los. Wierzyła, że rak to tylko słowo, nie wyrok. Jednak w pewnym momencie zrozumiała, że czas nie działa już na jej korzyść. Że walka stała się nierówna, a ona zaczyna przegrywać, codziennie oddalając się od szansy na zwycięstwo. I że zamiast prowadzić potyczkę z nieuniknionym, musi czerpać jak najwięcej z każdej sekundy, zostawiając po sobie nawet najmniejszy ślad, najkrótsze wspomnienie.

Ten notes był lekiem na zapomnienie. Jej pomysłem na nieśmiertelność.

Gdy tylko miała siły, których coraz częściej ubywało, zapełniała kolejne strony. Było tak wiele słów, myśli, emocji, a ona próbowała to wszystko upchnąć na kolejnych kartkach. Zapisywała, może czasem nieco chaotycznie, wspomnienia, przemyślenia, plany. Wklejała zdjęcia, wpisywała wierszyki i słowa piosenek, które powtarzała córeczce od chwili narodzin. Spojrzała na skrzyneczkę stojącą na stoliku. W jej wnętrzu znajdowały się listy skierowane do Hani i do Damiana, jej brata. Każdy był zaklejony i posiadał odpowiedni podpis. „10 urodziny”, „Pierwsza miłość”, „Dzień, w którym powiesz: «tak»”… Wśród kilkunastu kopert były dwie najważniejsze: „Dla mojej córeczki, gdy mnie zabraknie” oraz „Dla najlepszego brata, gdy mnie już nie będzie”.

Damian był dla niej opoką, nie tylko starszym bratem. Był silnym ramieniem i głosem rozsądku. To on zrezygnował z wymarzonej uczelni i przyszłości, aby zająć się nią po śmierci rodziców, gdy miała czternaście lat. To on robił jej kanapki do szkoły, pomagał z pracami domowymi i w nauce przed sprawdzianami. To on wysłuchiwał jej żalów i radził w trudnych sytuacjach. To on nauczył ją, jak płakać bez poczucia wstydu i jak wstawać po każdej porażce lub gdy opadała z sił. Był zawsze przy niej, nieważne, czy działo się dobrze, czy źle. Teraz czekało na niego jedno z najtrudniejszych zadań…

Westchnęła ciężko, zamykając oczy. Zobaczyła chłopaka z tamtych lat. Był zbyt młody, aby zostać rodzicem, ale robił wszystko, aby jak najlepiej się nią zaopiekować. Przed oczami ujrzała tę chwilę, gdy płakał na wieść o wypadku i śmierci mamy i taty. Był zimowy wieczór, wracali od znajomych, wpadli w poślizg, a ich auto dachowało. Nie mieli szans.

A teraz historia jakby zataczała koło. Jej córka miała stracić matkę.

Marta otworzyła oczy, czując kolejną falę bólu przetaczającą się przez jej ciało. Z trudem wstała z łóżka, przytrzymując się blatu stolika i brzegu materaca. Przeszła przez pokój wolno, jakby odliczała każdy krok, wspierając się o ścianę. Zajrzała do pokoju Hani. Przez chwilę stała w progu, przyglądając się śpiącej córeczce. Zawahała się, ale podeszła do łóżka, pochyliła się, czując, że ból przetacza się po jej wnętrzu, i pocałowała małą w czoło. Zrobiła to powoli i z czułością, chcąc zachować ten moment w pamięci. Dziewczynka pachniała jabłkowym płynem do kąpieli, który tak bardzo lubiła.

– Będziesz miała wspaniałe życie – szepnęła – bo będziesz mieć wspaniałego opiekuna. Wiem to i żałuję, że nie będzie mnie przy was. Zostanę w listach i pozostawionych słowach.

Delikatnie, nie chcąc zbudzić Hani, przeciągnęła dłonią po jej włosach. Pomyślała o notesie i listach, które leżały na stoliku w sąsiednim pokoju. Wiedziała, że Damian się zbuntuje, gdy mu wręczy skrzyneczkę. Będzie walczył z nieuniknionym, powtarzając, że jeszcze nie jest na to pora, że może wszystko będzie jednak dobrze. Ona była już pewna, że prędzej czy później nadejdzie ten dzień, w którym będzie musiał przeczytać pierwszy list, pierwsze słowa zapisane w notesie. A później kolejne.

Kątem oka ujrzała ruch. Damian stał w progu, przyglądając się im.

Rozdział 1

Kilka miesięcy wcześniej

To był jeden z tych chłodnych lutowych poranków, kiedy nie sposób było odróżnić, czy to wciąż zima, czy już przedwiośnie. Powietrze miało w sobie ciężar wilgoci, która przenikała materiał płaszcza i atakowała skórę, a każdy silniejszy podmuch wiatru zmuszał do wstrzymania oddechu. Ulice miasta pokrywała cienka warstwa śniegu. Nie była już czysta i lekka, ale szara i ubita.

Marta szła zdecydowanym krokiem, jakby to mogło przyśpieszyć czas i tym samym skrócić drogę do czegoś, czego wcale nie chciała usłyszeć. Naciągnęła szalik wyżej, chroniąc się przed mrozem, choć w środku płonęła od gorączkowych myśli. W dłoniach ściskała skórzaną teczkę, tę samą, którą dostała od Damiana na trzydzieste urodziny. Wtedy miała być symbolem nowego etapu, szczęśliwego i pełnego planów. Przynosić jej powodzenie w pracy, w rozwoju, w przyszłości, którą wtedy uważali za nieograniczoną. Teraz była raczej rozpaczliwie ściskanym talizmanem, którego bliskość miała przywrócić tamten moment, kiedy wszystko wydawało się jeszcze możliwe.

Od kilku dni bolała ją głowa, a dzisiejszy ból wydawał się nie do zniesienia, jakby w jej czaszce tkwiła metalowa obręcz, zaciskająca się coraz mocniej. Wiedziała, że to nie pogoda. To napięcie, strach i podsuwane przez wyobraźnię obrazy tego, co ją czeka. Ciało wyprzedzało świadomość. Ono już wiedziało.

Klinika onkologiczna mieściła się w niskim szarawym budynku z czerwoną dachówką. Z daleka przypominała raczej bibliotekę, a nie miejsce, w którym rozstrzygają się ludzkie losy. Fasada oszukiwała. W środku kryły się dramaty, wyroki, ale i cicha codzienna walka o jeszcze jeden dzień. Po przekroczeniu progu Martę uderzył znajomy zapach środków dezynfekcyjnych, ten sterylny chłód, z którym mieszał się inny, trudny do nazwania zapach, nieuchwytny, ale obecny zawsze. Zapach strachu. Strachu, który wnikał w tkaninę ubrań i którego nie dało się sprać. A gdzieś pod nim skrywała się aura śmierci, obecna jak cień, którego nikt nie chciał dostrzegać, ale którego nie sposób było się pozbyć.

Podeszła do rejestracji. Pielęgniarka, ta sama co poprzednio, posłała jej uśmiech. Był to ten rodzaj uśmiechu, w którym czaiło się współczucie. Marta poczuła w sobie sprzeciw. Współczucie oznaczało, że ktoś coś wie. A ona jeszcze nie chciała wiedzieć.

– Gabinet numer pięć. Doktor Woźniak wszystko wyjaśni – powiedziała pielęgniarka, unikając jej spojrzenia.

Marta skinęła głową i ruszyła korytarzem. Stukot jej obcasów niósł się głośnym echem, jakby każdy krok wbijał ją głębiej w nieodwracalność tej chwili. Dłonie miała lodowate, choć nie czuła zimna. Przed drzwiami serce w jej piersi zaczęło walić tak mocno, że bała się, iż lekarz usłyszy je, jeszcze zanim ona wejdzie do gabinetu.

Zapukała cicho.

– Proszę, pani Marto – odezwał się znajomy głos. Spokojny, ale tym tonem, który brzmiał jak zapowiedź czegoś, co i tak zaboli.

Drzwi się uchyliły i weszła do środka. Gabinet był jasny, niemal sterylny, a mimo to miała wrażenie, że brakuje w nim powietrza. Doktor Woźniak, mężczyzna po pięćdziesiątce, z posiwiałą brodą i oczami pełnymi smutku, zamknął właśnie teczkę z jej wynikami. Jego twarz była twarzą człowieka, który zbyt często musiał wypowiadać słowa, których nikt nie chciał usłyszeć.

– Przyszła pani z kimś? – zapytał, unosząc brwi z lekkim zdziwieniem.

– Nie. Wolę sama się z tym zmierzyć – odparła, układając dłonie na kolanach, by ukryć ich drżenie.

Na moment zapadła cisza. Tego rodzaju cisza, która nie jest naturalna, ale jest dusząca, a człowiek czuje, że zbliża się coś nieuniknionego.

– Pani Marto… – zaczął lekarz powoli. – Wyniki nie pozostawiają wątpliwości. To rak jelita grubego. Niestety, są już przerzuty na całą okrężnicę, na wątrobę. Operacja jest niemożliwa.

Świat Marty skurczył się w jednej chwili do trzech liter. R-A-K.

Przed oczami ujrzała pewne wspomnienie. Jej córka siedziała przy kuchennym stole, rysując kredkami domek z czerwonym dachem i słońcem większym niż sam dom. „Mamo, to my!” – powiedziała wtedy z uśmiechem, wskazując dwie postacie trzymające się za ręce. Marta poczuła, że coś rozdziera jej serce na pół.

– Które stadium? – spytała, zaskakując samą siebie spokojem głosu.

– Czwarte.

– Jest jakaś szansa? – padło pytanie krótkie i bez cienia dramatyzmu.

– Możemy leczyć – odpowiedział. – Chemioterapia może spowolnić rozwój choroby, złagodzić objawy. Bywa, że osiągamy remisję, czasem na dłużej. Jednak w tym stadium nie mówimy już o wyleczeniu. Raczej o tym, by dać pani więcej czasu i jak najlepszą jakość życia z tą chorobą.

Znów zobaczyła córkę, zasypiającą obok niej, wtuloną w jej ramię i ściskającą pluszowego króliczka. Poczuła zapach jej włosów, gdy po kąpieli zakłada jej piżamę w różowe serduszka. Usłyszała cichy głosik, pytający niewinnie: „Mamo, a będziesz zawsze ze mną?”.

Marta słyszała lekarza, lecz w jej głowie dźwięczały tylko słowa: „zerowe szanse” i „walka o czas”.

– Ile tego czasu? – wyszeptała.

Doktor zamknął na moment oczy, jakby zbierał siły.

– Każdy organizm reaguje inaczej – powiedział w końcu – Statystycznie bez leczenia kilka miesięcy. Z leczeniem rok, czasem trochę więcej. Ale to nigdy nie jest pewne. Walczymy o każdy dzień.

Słowo „walczymy” zabrzmiało jak desperackie chwytanie się cienkiej nitki, wierząc, że będzie dobrze.

Marta znów zobaczyła córeczkę, ale tym razem była to scena stworzona przez jej wyobraźnię. Hania starsza o kilka lat, stojąca w letniej sukience. Pomyślała: „Nie zdążę. Nie zobaczę tego. Kto powie, że jest piękna, kiedy będzie tego najbardziej potrzebować?”.

– Co teraz? – zapytała, trzymając dłonie splecione tak mocno, że zbielały jej kostki.

– Zaczynamy leczenie. Chemioterapia, być może immunoterapia. – Spojrzał jej w oczy. – Wiem, że to nie jest łatwe, ale nawet kilka dodatkowych tygodni czy miesięcy to czas, o który warto zawalczyć. Dla pani. Dla pani bliskich.

Mówił długo o rodzajach terapii, o skutkach ubocznych, o tym, co ją czeka na każdym etapie. Marta kiwała głową, ale przestała słuchać. Jej myśli wracały wciąż do jednego obrazu – uśmiechu córki. Wiedziała, że to dla niej musi znaleźć siłę. Że jej własny strach nie ma znaczenia. Że liczy się tylko jedno: być matką tak długo, jak się da.

Wyszła z gabinetu wolnym, niepewnym krokiem. Cisza dusznego pokoju została za jej plecami, uderzył ją gwar panujący na korytarzu – za głośny, za intensywny, jakby otoczenie nie zdawało sobie sprawy z tego, że właśnie runął jej wszechświat. Ktoś płakał przy telefonie, ktoś inny śmiał się tak głośno, że brzmiało to niemal nieprzyzwoicie. Marta mijała tych ludzi, nie patrząc na nich, jakby była cieniem, który tylko przypadkiem znalazł się wśród żywych.

Na zewnątrz powietrze uderzyło ją chłodem. Oparła się o szorstką elewację budynku, czując, że jej nogi w każdej chwili mogą odmówić posłuszeństwa. Zacisnęła powieki i zaczęła brać głębokie, nierówne wdechy. Serce waliło jej tak mocno, że zdawało się rozsadzać klatkę piersiową. Drżącą dłonią sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła telefon. Ekran rozświetlił się od powiadomień o kilku nieodebranych połączeniach. Wszystkie od Damiana.

Palce odmawiały posłuszeństwa, ale w końcu udało jej się napisać krótką wiadomość: „Wszystko w porządku, odezwę się później”. Nie chciała słyszeć jego głosu, bo wtedy od razu roztrzaskałaby się na milion kawałków. Wysłała SMS i jednym ruchem wyłączyła telefon, chowając go z powrotem do kieszeni, jakby był gorącym kamieniem, którego nie da się dłużej trzymać w dłoniach. Nie teraz. Jeszcze nie teraz.

Rozejrzała się. Świat był dokładnie taki sam jak zwykle. Tramwaje zgrzytały na torach, samochody wypełniały ulice, ludzie śpieszyli się do pracy, do szkoły, do swojego życia. Sklepy kusiły napisami „promocja” i „okazja dnia”. Wszystko to brzmiało jak kpina, jak szyderstwo z jej sytuacji i z jej lęku. Dla Marty wszystko już się zmieniło. Niebo straciło kolor, słońce nie dawało ciepła, a czas płynął inaczej. Wolniej, rozciągając się do granic możliwości, jednocześnie uciekając zbyt szybko, wymykając się jak piasek między palcami.

Przeszła przez jezdnię i usiadła na ławce w parku. To był ten sam park, w którym jeszcze niedawno z Hanią karmiły gołębie garścią ziaren. I gdzie popołudniami, gdy śnieg skrzypiał pod butami, spacerowały wzdłuż alejek, rozmawiając o rzeczach błahych i najważniejszych zarazem. Tak wiele razy przechodziła tędy, nie zauważając, że naprzeciwko stoi budynek, w którym ludzie toczą cichą walkę o każdy oddech. Nigdy nie pomyślała, że pewnego dnia znajdzie się wśród nich. Że sama nie będzie walczyć o życie, ale o czas.

Czas, by uporządkować sprawy.

Czas, by pogodzić się z odejściem.

Czas, by dać córce więcej wspomnień, które mogłaby w sobie nosić, kiedy jej zabraknie.

Siedziała nieruchomo, pozwalając łzom płynąć swobodnie po policzkach. To one krzyczały za nią, wyrażając to, czego nie była w stanie wypowiedzieć na głos. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie była na to gotowa. W jej głowie kłębiły się setki pytań. Co powiedzieć córeczce? Kiedy? Jak przygotować małą dziewczynkę na stratę osoby, której żadna siła nie powinna jej odebrać? Jak opowiedzieć dziecku o śmierci, kiedy samemu brakuje słów, aby się z nią pogodzić?

Marta wiedziała tylko jedno: nie mogła się poddać. Musiała walczyć, najdłużej jak się da. Nie dla siebie. Dla Hani.

Przypominała sobie ostatnie tygodnie, które minęły w cieniu choroby. To narastające osłabienie, które początkowo tłumaczyła przepracowaniem. Ból brzucha, który zbywała tabletką przeciwbólową i kubkiem mocnej kawy. Krople krwi w kale, pojawiające się nagle i niespodziewanie, jak złowieszczy znak, którego nie chciała odczytać. Coraz szczuplejsza sylwetka, której obca, pozbawiona blasku twarz odbijała się w lustrze. Skóra nabrała odcienia szarości, spojrzenie stało się matowe, jakby wraz z kolorem odpływało z niej życie. Jej ciało krzyczało, wysyłało rozpaczliwe sygnały, a ona cały czas uparcie je zagłuszała. Wmawiała sobie, że to stres, że to minie. Że wystarczy urlop, odpoczynek, chwila wytchnienia. Odkładała badania, przekładała wizyty, zawsze znajdując coś ważniejszego: zebranie w pracy, zakupy, czas spędzony z córeczką. Każde „jutro” wydawało się wystarczająco dobre, by zająć się sobą później.

Teraz wiedziała, że czekała za długo i przegapiła moment, w którym mogła jeszcze zawalczyć i wygrać to starcie. I siedząc na tej ławce, pytała samą siebie: „Co by było, gdyby…?”. Co by było, gdyby posłuchała własnego ciała znacznie wcześniej? Gdyby znalazła w sobie odwagę, żeby przyznać, że coś jest nie tak? Może nie znalazłaby się tu, w tym miejscu, z wyrokiem. Może miałaby jeszcze lata życia, nie miesiące.

Ścisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę. Miała ochotę krzyczeć, ale wokół było zbyt dużo ludzi, zbyt dużo życia, które nie mogło usłyszeć jej rozpaczy. Kolejne łzy napłynęły jej do oczu. Czuła je już na policzkach. Nie płakała jednak nad sobą. Żal ścisnął jej serce, gdy pomyślała o córeczce – o małych dłoniach, które obejmowały jej szyję, o spojrzeniu pełnym ufności, o głosie, który wołał: „Mamo!”. Hania nie rozumiała jeszcze słowa „rak”, nie pojmowała, że jej mama zaczyna toczyć bitwę, w której nie chodzi już tylko o życie, ale o czas.

Marta uniosła głowę i spojrzała na błękitne niebo z kilkoma chmurami. Wzięła głęboki wdech, próbując uciszyć panujący w jej głowie chaos. Nie mogła jej zostawić, choć wiedziała, że los już wydał wyrok. Nie zamierzała się poddać, musiała walczyć, choć czuła lęk tak wielki, że odbierał jej oddech. Choćby po to, by móc jeszcze raz zapleść jej warkocze, przeczytać kolejną bajkę, przytulić na dobranoc. „To jeszcze nie koniec” – powtarzała w myślach. Jeszcze musi być przy Hani, dopóki starczy jej sił.

Chciała jeszcze chwilę zostać sam na sam z myślami, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Musiała wrócić. Pani Czesława czekała, a Hania pewnie już wypatrywała mamy w oknie. Nie mogła pozwolić, żeby córka choć przez chwilę pomyślała, że coś jest nie tak.

Otarła policzki drżącą dłonią. Jej twarz była rozpalona, choć mróz szczypał skórę. Wstała i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Krok po kroku wracała do codzienności, do obowiązków, do roli, którą musiała zagrać idealnie. Obiecała sobie, że nie pozwoli, aby córeczka zobaczyła jej łzy. I że jej ramiona zawsze będą silne i pewne, nawet wtedy, gdy w środku będzie kruszała kawałek po kawałku.

Jeszcze miała czas. I zamierzała go wykorzystać do granic możliwości.

***

Dziewczynka powitała ją w progu, z szerokim uśmiechem, rzucając się mamie na szyję z całą dziecięcą siłą. Po sekundzie Hania wyślizgnęła się z jej ramion i pobiegła do swojego pokoju, zostawiając po sobie śmiech.

– Była grzeczna, jak zawsze – powiedziała pani Czesława, poprawiając sweter. Uścisnęła Martę ciepło. – Jutro zajrzę o tej samej porze.

– Dziękuję, pani Czesiu. – Uśmiechnęła się lekko, choć drżał jej głos. – Do widzenia.

Gdy drzwi się zamknęły, mieszkanie pogrążyło się w ciszy. Powoli odwiesiła płaszcz, a na komodę odłożyła teczkę, która sprawiała wrażenie cięższej, niż powinna być. W środku obok wyników badań leżał wydruk z datą pierwszej chemioterapii. Kartka zdawała się świecić własnym blaskiem, przyciągała uwagę, choć Marta najchętniej nigdy więcej by jej nie zobaczyła.

– Mamo! – Hania wbiegła z powrotem, trzymając w rączce rysunek. – Mam coś dla ciebie!

Na obrazku były dwie uśmiechnięte postacie, trzymające się za ręce na tle wielkiego czerwonego serca. Marta poczuła, że coś zaciska się na jej gardle. Łzy napłynęły do oczu, ale nie pozwoliła im wydostać się spod powiek. Uklękła, przyciągając córkę do siebie, jakby ten uścisk miał ochronić dziewczynkę przed wszystkim, co złe.

– Jesteś całym moim światem – wyszeptała, patrząc w jej pełne ufności oczy.

Hania roześmiała się i objęła ją mocno, jak tylko potrafiło dziecko.

– Jesteś głodna? – spytała po chwili, chwytając córkę za rękę i prowadząc w stronę kuchni.

– Jak niedźwiedź! – odpowiedziała poważnie dziewczynka.

– Jak niedźwiedź? – Marta uniosła brew z udawanym zdziwieniem, zawieszając rysunek na lodówce, obok całej galerii innych „dzieł sztuki”.

– Bo był niedźwiedź w bajce. I był bardzo zły, bo mu burczało w brzuchu – tłumaczyła Hania z przejęciem, siadając przy stole.

– Ciocia Czesia zna same fajne opowieści. – Uśmiechnęła się, stawiając garnek na palniku.

– No pewnie! – Dziewczynka podparła główkę na dłoniach. – Ostatnio mówiła mi o pszczole, co zgubiła ul. I poleciała nad rzekę.

Marta mieszała w garnku, podgrzewając potrawkę. Zapach jedzenia wypełnił kuchnię, a głos córki odbijał się od ścian. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, tak domowo. A jednak każda chwila bolała ją coraz mocniej, bo wiedziała, jak kruche jest to „zwyczajnie”.

Spojrzała na dziewczynkę przez ramię. Na jej błyszczące oczy, na niesforny kosmyk włosów opadający na czoło. I wtedy w jej wnętrzu pod ciężarem strachu zakiełkowała determinacja. Musi walczyć. Musi walczyć do ostatniego tchu.

I nagle jak cień do jej umysłu wślizgnęła się myśl, której nie chciała dopuścić: „Czy Hania będzie kiedyś pamiętać ten dzień, to popołudnie? Mój śmiech, zapach obiadu, ciepło moich rąk? Czy wspomnienie o mnie przetrwa, kiedy mnie już nie będzie?”. Zacisnęła mocniej dłoń na łyżce, jakby w ten sposób mogła odgonić widmo przyszłości. Uśmiechnęła się promienniej, aby córka nie zauważyła lęku, który na chwilę zajrzał jej w oczy.

***

Wieczorem, gdy Hania zasnęła po przeczytanej bajce, Marta na palcach przeszła do łazienki. Zamknęła drzwi i opadła na zamknięty sedes, opierając głowę o zimne kafelki. Chłód przyjemnie koił jej rozpaloną skórę, na moment przywracając oddech i spowalniając mocno bijące serce. Wzięła telefon do ręki, otworzyła notatki i zaczęła pisać pierwsze słowa, które musiała z siebie wyrzucić:

Boję się, ale nie mogę okazać strachu. On jest tylko w mojej głowie. Muszę być silna dla niej. Muszę być jej domem, w którym będzie czuła się bezpiecznie. Nawet jeśli ja ten dom wkrótce sama stracę.

Jej palce zawisły nad ekranem. Wyszukała w kontaktach numer Damiana. Patrzyła na niego długo, jakby samo spojrzenie miało odwlec nieuniknione. W końcu nacisnęła „połącz”.

– Masz wyniki? – usłyszała od razu, zanim zdążyła coś powiedzieć.

Zacisnęła powieki, wzięła głęboki wdech. Liczyła w myślach sekundy, żeby nie załamać się od razu.

– W najbliższym czasie zapowiada się napięty grafik i chyba będę potrzebować pomocy przy Hani – wydusiła wreszcie.

– Przyjedź do mnie – odpowiedział bez chwili wahania. – Na miesiąc, na pół roku, na ile trzeba.

Zawahała się, bo wiedziała, że gdy te słowa padną, zmienią wszystko.

– Damian… To stadium czwarte. Szanse są nikłe. Nawet z leczeniem.

Po drugiej stronie zapadła cisza tak gęsta, że aż bolała. Serce Marty uderzało mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi.

– Musimy walczyć – odezwał się w końcu.

– Nie rozumiesz… – Głos jej zadrżał. – Nie chcę, żeby jej dzieciństwo zamknęło się w szpitalnych ścianach, kroplówkach i bólu. Chcę, żeby pamiętała mnie przy piernikach, podczas spacerów, wspólnych zabawach. Chcę, żeby pamiętała śmiech, nie smutek. Nie chcę, żeby zapamiętała miejsce, gdzie unosi się strach i śmierć.

Słyszała jego oddech w słuchawce. Długa chwila milczenia, a potem słowa, które złamały ostatnią barierę w niej samej:

– W takim razie ja przyjadę.

– Damian, nie możesz… – Jej głos był ledwie szeptem.

– Mogę. I zrobię to. Jesteś moją siostrą. Zawsze się tobą opiekowałem i zawsze będę się opiekować. Przeprowadzę się do was.

Telefon drżał w jej dłoni, a wraz z nim całe ciało. Łzy zaczęły płynąć zbyt obficie, by mogła je powstrzymać. Zakryła usta dłonią, żeby stłumić szloch.

– Nie możesz… – powtarzała bezradnie.

– Marta, nic mnie tu nie trzyma. Mieszkanie wynajmuję, rzeczy mam niewiele, a pracę mogę wykonywać z każdego miejsca. Jutro się spakuję i pojutrze będę u was.

– Damian…

– Marta, damy radę. Przejdziemy przez to wspólnie. Będę przy tobie, przy was. Razem przeciwko całemu światu. Pamiętasz?

Przez łzy wyrwał się z niej krótki śmiech.

– Zawsze powiesz coś, co sprawi, że się zaśmieję.

– I na tym polega rola starszego brata. A teraz przestań płakać. Zostaw to na jakiś melodramat, przy którym i ja ryknę. Pamiętasz, jak beczałem na tym filmie o psie?

Marta otarła policzki, a z ust wyrwał się jej cichy chichot.

– Widzisz? Potrzebujesz mnie. Jestem twoim kumplem od płaczu i zamierzam obejrzeć z tobą masę melodramatów, żebyśmy płakali razem, i jeszcze więcej komedii, żebyśmy śmiali się, aż będą nas brzuchy boleć.

– Jesteś niemożliwy.

– Taki już urok starszych braci. A teraz obiecaj, że jeśli będzie źle, jeśli będziesz chciała pogadać, zadzwonisz. O każdej porze, rozumiesz?

– Obiecuję.

– Dobrze. W takim razie widzimy się pojutrze. – Zawahał się tylko na moment, nim dodał: – W tym roku ja pilnuję pierników. Kocham cię.

Rozłączył się, a Marta jeszcze przez chwilę wpatrywała się w ekran, jakby nie chciała pozwolić, aby znów ogarnęła ją cisza. Czuła, że napięcie powoli uchodzi z jej ciała, a jego miejsce zajmuje ulotny spokój.

Napisała krótką wiadomość: „Jesteś moją opoką. Dziękuję. Do zobaczenia”.

Odpowiedź przyszła szybko: „Nie jestem opoką. Jestem kotwicą, która utrzyma cię, gdy nadejdą największe sztormy”.

Uśmiechnęła się, choć po jej policzku spłynęła łza. Wiedziała, że koniec jej historii nie był już tajemnicą.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja