Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
53 osoby interesują się tą książką
ODKRYJ KSIĄŻKĘ Z TWISTEM, DLA KTÓREGO OSZALAŁ INTERNET!
Brynn całe życie spędziła wśród społeczności Alaha, choć nie jest jedną z nich. Uczy się, by zostać strażniczką i zyskać szansę wyjazdu na coroczny jarmark organizowany przez Kenta – lud, który wygnał jej wspólnotę na morze. Udział w tym wydarzeniu to dla młodych strażników wielkie wyróżnienie, a także rytuał przejścia. Brynn nie spodziewa się, że w trakcie jarmarku przyczyni się do złamania traktatu pokojowego między Alaha a Kenta. Ani że jej spotkanie z żołnierzem wroga zagrozi wszystkiemu, w co dotąd wierzyła.
Wkrótce lojalność Brynn względem Alaha zostaje wystawiona na próbę. Odnajduje ją człowiek, który poprzysiągł, że wyjawi dziewczynie tajemnicę jej prawdziwej tożsamości. Podczas tułaczki Brynn odkrywa w sobie magię, której ją pozbawiono. Wyobcowana i niepewna swojego losu wkracza w świat stojący na krawędzi rebelii u boku ciemnookiego nieznajomego, który wywrócił jej życie do góry nogami. Czy odnajdzie swoje miejsce i zdecyduje się podążyć za głosem serca?
Metal Slinger kipi emocjami i szokuje zapierającym dech w piersiach zwrotem akcji.
Przeczytaj, jeśli lubisz:
•Quicksilver Callie Hart
•Przymierze Wróbli Devney Perry
•Fourth Wing. Czwarte skrzydło Rebekki Yarros
•Bezsilną Lauren Roberts
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 584
Data ważności licencji: 5/27/2030
Tytuł oryginałuMetal Slinger
Projekt okładkiMURPHY RAE
Ilustracje na okładce tło: velvet background © Si-27star/ sztylet: depositphotos © aaronrutten/depositphotos; krople wody: © AntonMatyukha/depositphotos; kwiaty: © EclecticAnthology/Creative Market
Adaptacja okładkiNATALIA TWARDY
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaPAULINA KIELAN / PRE-TEKST
KorektaMARTA PAWLUS
Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN – LOREM IPSUM
Copyright © 2024 by Rachel Schneider
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne)All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7150-4
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Mojej mamie, która marzyła za mnie
– O ile znajdziemy sposób – oznajmiam na potwierdzenie planu.
– Właśnie. – Kai kiwa głową na znak zgody. – Ale trzymamy się razem. – Związuje swoje blond włosy w węzeł na czubku głowy i spogląda pytająco na Messera. – W porządku?
Messer uśmiecha się do Kaia w odbiciu maleńkiego lustra wiszącego nad misą do mycia, pocierając świeżo ogoloną brodę.
– Boisz się, że ominie cię zabawa?
– Nie możesz chociaż przez moment być poważny? – strofuje go Kai.
Statek handlowy nagle przechyla się na bok i łapiemy się najbliższego słupka. Kiedy zaczyna się prostować, tracę równowagę i opieram się ręką o jedną z latryn. Wzdrygam się z obrzydzenia, a gdy tylko kołysanie ustaje, podrywam się na równe nogi, odpycham Messera ramieniem i pospiesznie zanurzam ręce w resztkach mydlin. Im bliżej lądu, tym bardziej buja. Właśnie dlatego większość naszych kolegów z klasy wyległa na pokład, z niecierpliwością wyczekując chwili, gdy pierwszy raz w życiu zobaczą stały ląd.
Messer kładzie na ramieniu najlepszego przyjaciela dłoń w uspokajającym geście.
– Idziemy wszyscy albo nie idzie nikt – stwierdza.
Na widok rzadkiego błysku opanowania w oczach Messera Kai trochę się rozluźnia, a zmarszczka zmartwienia między jego brwiami się wygładza. Podaje mi ręcznik. Moim dłoniom na pewno wciąż daleko do czystości, ale staram się o tym nie myśleć. Nic na to nie poradzę.
– Pamiętajcie, że mamy przede wszystkim się rozejrzeć – oznajmia Kai. – Ocenić sytuację. Spróbujemy zejść na ląd tylko wtedy, gdy znajdziemy sposobność i będziemy mieć pewność, że nas nie złapią.
– Dla mnie – Messer przykłada dłoń do piersi – to żaden problem. Za to wy dwoje macie pod tym względem fatalne notowania.
Napotykam jego spojrzenie w lustrze i przewracam oczami.
– Pewnego dnia twoje szczęście się skończy – oznajmiam.
Usiłuję okiełznać pasma włosów, które wymknęły mi się z warkocza, ale bez powodzenia. Moje włosy nigdy nie wyglądają tak, jak należy. Nawet w dniu moich narodzin okazały się rozczarowaniem. Nie były blond, co typowe dla naszego ludu, ale miedziane.
Na pokładzie robi się głośniej. Dochodzi do nas narastający gwar pełnych ekscytacji rozmów i dudnienie kroków. Kai łapie mnie za ramiona i odwraca ku sobie.
– Nasz priorytet to rozpoznanie sytuacji – mówi i przepuszcza mnie przodem. – Nie róbcie niczego pochopnie. Będą jeszcze inne okazje.
Nie wiem, kogo próbuje przekonać – mnie czy siebie. Wielki jarmark odbywa się tylko raz w roku. Odkąd nasz lud – Alaha – został wyrzucony z lądu ponad sto lat temu, jedynie dwie grupy spośród nas mają przywilej brać w nim udział: strażnicy, którzy nadzorują handel i transport towarów, oraz ostatni rocznik uczniów szkolących się na strażników. W sumie mamy pięćdziesięciu sześciu kadetów i większość z nich nie zobaczy lądu przez całe dekady, o ile w ogóle im się to uda. Zaledwie garstka strażników wybranych przez kapitana wypływa na jarmark co roku.
Dzisiaj możemy mieć jedyną szansę.
– Powinniśmy wyjść na pokład, zanim ktoś się zorientuje, że nas tam nie ma – zauważa Messer, a na jego twarzy znów pojawia się charakterystyczny krzywy uśmieszek. – Och, i mogłem przypadkiem wspomnieć Aurorze, że może się z nami zabrać.
Spoglądamy na siebie z Kaiem i głośno wyrażamy naszą irytację, ale Messer jest już daleko – przechodzi między hamakami i wspina się po schodach na górny pokład. Dopiero tam udaje się nam go dogonić. Wszelkie protesty zamierają nam na ustach na widok tego, co rozciąga się przed nami.
Ląd.
Nic nie mogło mnie przygotować na to, jak bardzo inne jest to skaliste wybrzeże od naszych siedzib pośród drzew. Żadne ilustracje czy obrazy, jakie widziałam, nie wytrzymują porównania z rzeczywistością.
Podekscytowane głosy wokół stopniowo cichną, w miarę jak statek zbliża się do brzegu. A w końcu milkną zupełnie.
Wyciągam szyję, by ogarnąć wzrokiem ogrom pionowej skalnej ściany. Nigdy wcześniej nie czułam się tak mała, tak nieistotna. Wtedy właśnie je dostrzegam – pęknięcie w skalnym klifie, jakby jakiś olbrzym rozrąbał go przez środek toporem.
– To szaleństwo – mamrocze Messer.
Jarmark odbywa się w tej szczelinie, na terenie rozległego doku. Dok rozciąga się od jednej ściany klifu do drugiej, a sam klif stanowi początek lądu. Ten neutralny grunt to miejsce spotkań ludów Alaha i Kenta.
Pokonanie bariery falochronów zajmuje naszej małej flocie jeszcze kilka godzin, ale w końcu udaje nam się przycumować. Strażnicy spuszczają trapy, by rozładować ryby złowione podczas podróży. Jeden z dowódców wykrzykuje rozkazy, a załoga posłusznie wyciąga sieci z wody i przeciąga je na oczekujące wozy. Wymienią połów u handlarzy Kenta na wszystko to, co kapitanowi udało się wynegocjować z królem. Przeważnie na pszenicę i inne produkty rolne.
Całe życie czekałam na ten dzień, choć w głębi duszy podejrzewałam, że mieszkańcy lądu to mit. Jednak rojące się od ludzi molo dowodziło ponad wszelką wątpliwość, że są jak najbardziej realni.
Mężczyźni i kobiety Kenta, ubrani w wielobarwne stroje o osobliwym kroju, to chyba najpiękniejsze istoty, jakie kiedykolwiek widziałam. Sądząc po docierających do mnie licznych okrzykach zachwytu i pomrukach aprobaty, moi koledzy z klasy, stłoczeni obok mnie na pokładzie w oczekiwaniu na naszą kolej zejścia na ląd, podzielają to zdanie.
– Nie pozwólcie, by ich ładne ciuszki i świecidełka was ogłupiły – ostrzega Gramble, nasz instruktor, przechadzający się tam i z powrotem po pokładzie z rękami założonymi za plecami. – Są równie bezwzględni co olbrzymie kałamarnice.
Z trudem powstrzymuję się od prychnięcia. Według Alaha nie ma nic straszniejszego od olbrzymich kałamarnic, które ponoć można spotkać w najodleglejszych rejonach oceanów. Nikt nie wie, gdzie dokładnie żyją i skąd się wzięły. Jedynym dowodem na ich istnienie są porzucone łodzie, dryfujące po bezkresnych wodach bez żywej duszy na pokładzie. Mówi się, że ciała załogi zostają wciągnięte pod wodę i ślad po nich ginie. Oczywiście, jeśli z łodzi w ogóle coś zostaje. Zresztą kiedy dorastałam, słyszałam plotki, że to właśnie przytrafiło się moim rodzicom. Przypuszczam jednak, że to tylko straszna historyjka, którą rodzice Alaha opowiadają przed snem niesfornym dzieciom. Perspektywa czarnej macki wdzierającej się przez okno sypialni to doskonały środek dyscyplinujący.
W przeciwieństwie do olbrzymiej kałamarnicy zdolnej pociągnąć cały statek na dno Kenta wydają się... zwyczajni. Nie wiem, czego oczekiwałam, ale z pewnością w niczym nie przypominają okrutnych wojowników z naszych lekcji historii. Tych, którzy z poparciem trzech innych terytoriów po brutalnej wojnie wypędzili lud Alaha na morze, zostawiając nas z tym, co mieliśmy na grzbiecie, i kilkoma statkami. Jednak oddziały żołnierzy Kenta, porozstawiane wzdłuż doku i po całym targowisku, to zupełnie inna rzecz. Wyglądają na bezwzględnych. Pilnują, by żaden Alaha nie postawił stopy na lądzie. Nie dopuszczą nas dalej niż do basenu portowego.
Mrużąc oczy przed słońcem, dostrzegam Kaia na promenadzie. Zszedł ze statku wcześniej, aby ustalić ze strażnikami plan działania. Jego złote włosy pociemniały na skroniach od potu. Lustruje wzrokiem pobliskich Kenta i łodzie, a następnie zerka na mnie. Wygląda... oszałamiająco.
Kai miał okazję przypłynąć tu w zeszłym roku, w wieku osiemnastu lat, razem ze swoją klasą, ale czekał na mnie i Messera, licząc na to, że uda nam się przedrzeć na ląd wspólnie.
– Gdy znajdziemy się w doku, trzymajcie się swojej grupki – poucza nas Gramble. – Chodźcie co najmniej dwójkami, a co najwyżej czwórkami. Bądźcie przyjaźni, ale bez przesady. Mamy z nimi pokojowo handlować, a nie narobić sobie wrogów. Rozumiemy się?
Kiwamy głowami. Gramble wręcza każdemu po cztery miedziaki ze swojej sakiewki.
– Tylko nie wydajcie wszystkiego naraz. – Na jego twarzy pojawia się kpiący uśmiech. Odsuwa się i odprawia nas gestem. – Być Alaha! – grzmi z pięścią przy piersi.
Od powitań do pożegnań, od kondolencji po gratulacje. Jesteśmy jednym.
Chórem powtarzamy naszą dewizę – Być Alaha – i ruszamy za Gramble’em po trapie do portu. Serce wali mi w piersi. Zerkam na Kaia, potem na kolegów, ale ich twarze są nieprzeniknione. Wyszkolono nas, byśmy zachowywali zimną krew i nie dawali niczego po sobie poznać. Kłóci się to z mieszaniną paniki i ekscytacji buzujących w moich żyłach.
Stajemy z Messerem i Aurorą na deskach pomostu. Po tygodniach żeglugi po rozhuśtanym morzu wydają mi się dziwnie stabilne. Od zapachów jedzenia i przypraw dolatujących z targowiska skręca mi się żołądek.
Po chwili podchodzi do nas Kai. Wyczytuje z mojej twarzy targające mną emocje i uspokajająco ściska mi nadgarstek. Staram się odciąć od otaczającej nas wrzawy, skupiając się na jego szarych oczach, takich samych jak moje – to jedyna cecha, którą dzielę z moim ludem. Oczy Kaia wzbudzają we mnie poczucie bezpieczeństwa i dodają mi otuchy.
– Nie wiem jak wy – przywołuje na twarz typowy dla siebie uśmiech i w ten sposób przełamuje napięcie – ale ja zamierzam znaleźć jakikolwiek kram, gdzie nie podają ryb, i objeść się do nieprzytomności.
Jego pogodne nastawienie szybko udziela się reszcie naszej grupy. Rozlegają się pomruki aprobaty. Kai jest naturalnym przywódcą i przyszłym kapitanem Alaha – nic dziwnego, że wszyscy starają się go naśladować.
Jestem tu tylko dzięki niemu. Niewiele kobiet zostaje strażniczkami, a biorąc pod uwagę moje nieznane pochodzenie, w normalnych okolicznościach nie dostałabym nawet szansy, by spróbować, a już na pewno nie zostałabym przyjęta.
Messer kładzie dłoń na ramieniu Kaia. Na jego twarzy maluje się szeroki uśmiech.
– To na co czekamy?
Przyglądamy się straganom porozstawianym wzdłuż obu stron basenu portowego. Nad nimi powiewają proporce klanów, które przybyły tu specjalnie na ten jeden dzień targowy. Z ciekawością chłonę wzrokiem barwne potrawy, stroje, biżuterię i wiele innych towarów.
Teren patrolują żołnierze Kenta zakuci w zbroje, z przypasanymi mieczami i sztyletami. Niektórzy noszą metalowe hełmy zakrywające całe twarze za wyjątkiem wąskiej szczeliny na oczy. Sprawia to bardzo dziwaczne wrażenie, jakby pod spodem mógł się kryć ktokolwiek czy... cokolwiek.
Jeden z żołnierzy przez taką szczelinę mierzy Kaia wzrokiem z góry na dół. Kai zachowuje się swobodnie, ale widzę, że mimo pozornego spokoju spojrzenie żołnierza bardzo go drażni. Zastanawiam się, czy ten Kenta zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z synem kapitana Alaha. Mój przyjaciel nie lubi się z tym afiszować i nie nosi wyszukanych strojów ani ozdób.
– Nie sądzicie, że to gruba przesada, skoro nam nie wolno mieć przy sobie nawet niczego ostrego – komentuje Aurora, unosząc brwi. Rzuca najbliższemu żołnierzowi pogardliwe spojrzenie. Zmrożony nim mężczyzna szybko odwraca wzrok. Trudno mu się dziwić.
– Auroro – napomina ją Kai – jestem pierwszym potomkiem Wrena, który przybył na jarmark. To mądre z ich strony, że są przygotowani.
– Ale to my znajdujemy się na terytorium wroga – oburza się dziewczyna.
– Mamy pół dnia, zanim zagonią nas z powrotem do tego pływającego więzienia. Nie zamierzam marnować czasu – oznajmia Messer. – Poza tym dobrze wiemy, że kto jak kto, ale ty nie potrzebujesz niczego ostrego, żeby odstraszać ludzi. – Szczypie Aurorę w bok.
Dziewczyna usiłuje zdzielić go w ramię, ale chłopak ze śmiechem robi unik. Kai muska opuszkami palców mój kręgosłup, kierując mnie obok szeregu żołnierzy. Gdy ich mijamy, kiwa im głową na znak szacunku.
Nie odwzajemniają gestu. Kenta może i są takimi samymi ludźmi jak my, ale bez wątpienia zachowują się piekielnie niegrzecznie.
– Nie krzyw się tak, Brynn – słyszę szept Kaia.
Zmuszam się, by się rozluźnić, i przywołuję na usta coś w rodzaju uśmiechu.
– Byłoby mniej obraźliwe, gdyby zwyczajnie napluli nam w twarz.
– To pokojowa wizyta – przypomina mi.
Jednak broń i chłodne spojrzenia żołnierzy świadczą o czymś zgoła przeciwnym. Jesteśmy zmuszeni się im podporządkować – ludziom, którzy nas wygnali – a co więcej, okazywać im wdzięczność za ich szczodrość i za to, że utrzymują z nami stosunki handlowe, jakbyśmy to nie z ich winy byli wiecznie o włos od śmierci głodowej. Choć muszę przyznać, że to i tak o wiele więcej niż zaoferowali nam mieszkańcy pozostałych terytoriów. Maile odwrócili się od nas całkowicie, Strou zdają się we wszystkim na decyzje Kenta, a Roisoni, mimo że uważają się za naszych sojuszników, nie palą się do tego, by nam pomagać.
Messer prowadzi nas do pobliskiego kramu z najróżniejszymi ciastami: tartami owocowymi, keksami, babeczkami czy plecionkami z kruszonką i lukrem. Każdemu wypiekowi z pewnością poświęcono dużo czasu i wysiłku – już na sam widok cieknie mi ślinka.
Messer rzuca wszystkie cztery miedziaki na drewnianą ladę, ściągając na siebie uwagę stojącej za nią młodej handlarki.
– Biorę wszystko, na co mi to wystarczy.
Wszelkie obawy przed skutkami bufonady Messera znikają, gdy młoda handlarka mięknie jak wosk pod wpływem jego nieodpartego uroku. Zatyka kosmyk ciemnych włosów za ucho i z silnym akcentem pyta, czy lubi suszone śliwki.
Messer, zupełnie lekceważąc zasady, jakie wpajano nam na szkoleniach z wrażliwości kulturowej, szczerzy zęby w uwodzicielskim uśmiechu.
– Słoneczko, zjem absolutnie wszystko, o ile jest pokryte wystarczającą ilością cukru.
Piegowate policzki dziewczyny różowieją. W uszach i brwiach ma srebrne oraz złote kółka i pierścionki na niemal wszystkich palcach. Rozkłada na ladzie papier, zawija w niego po jednym smakołyku z każdego rodzaju i formuje z całości poręczną torebkę. Messer nie grzeszy cierpliwością – w kilka sekund rujnuje jej wysiłki. Rozdziera papier i pakuje pierwsze ciastko w całości do ust. Przeżuwa z wyrazem błogości na twarzy i pomrukuje z zachwytu, a cukier sypie mu się z brody.
– Jesteś boginią – mówi z pełnymi ustami, składając dłonie jak do modlitwy i kłaniając się głęboko.
Handlarka odwzajemnia ukłon, a rumieniec na jej policzkach ciemnieje jeszcze bardziej. Wygląda na to, że urok Messera działa na wszystkie kobiety – Kenta czy Alaha.
Stoję w kolejce jako następna, więc dziewczyna przenosi uwagę na mnie. Przyglądam się rozłożonym słodkościom. Wybór nie jest łatwy. Mam pokusę zrobić tak samo jak Messer i wydać wszystko tutaj. Lawendowe ciasto wygląda obłędnie, a czekoladowa krajanka wręcz bosko.
– Możliwe, że mam kilka dodatkowych monet – mówi mi do ucha Kai. Jego ciepły oddech owiewa moją szyję i przyprawia mnie o drżenie.
Udaję, że nic sobie nie robię z jego bliskości i demonstracyjnie skupiam uwagę na wyłożonych na ladzie pysznościach.
– Nie spodziewałam się niczego innego po rozpuszczonym synu kapitana.
To zresztą szczera prawda. Cokolwiek by nie powiedzieć o ojcu Kaia, to bez wątpienia jest pobłażliwy dla swojego jedynego dziedzica.
Kai śmieje się pod nosem.
– Może i jestem rozpuszczony, ale też bardzo szczodry – odpowiada, zniżając głos do konspiracyjnego szeptu. – Weź to, na co masz ochotę.
Nie musi mnie długo namawiać. Wybieram cztery kawałki czekoladowej krajanki, po jednym dla każdego z nas. Podnosimy je wysoko w toaście.
– Być Alaha! – mówi Messer.
– Być z dala od tego nieszczęsnego statku – poprawiam go.
Aurora wykrzywia się w grymasie.
– Święta racja.
Wgryzamy się w swoje porcje i zgodnie jęczymy z rozkoszy. Odgryzam zbyt duży kęs i połowa miękkiej czekolady spada na ziemię.
– Ciasne króliki! – mamroczę pod nosem.
Messer zerka na mnie, marszcząc nos.
– To twoje powiedzonko brzmi okropnie dziwnie.
– Bo to nonsens. – Aurora pospiesznie pakuje resztę swojego ciastka do ust, zanim zdąży się pokruszyć.
– I dlatego je lubię. – Wzruszam ramionami i otrzepuję ręce.
Kupujemy u handlarza napojami po kubku herbaty jeżynowej i przechadzamy się po jarmarku, pogryzając ciastka. Cywile Kenta nie są wobec nas tak nieufni jak ich żołnierze. Przeważnie traktują nas, jakbyśmy byli niewidzialni, ale jeśli już stają z nami twarzą w twarz, zachowują się całkiem dobrze.
Nie mogę się napatrzyć na spódnice i suknie kobiet. Mają różną długość, krój i barwę, a niektóre są ozdobione koralikami lub szlachetnymi kamieniami. Materiał zawija się miękko wokół ich nóg, gdy pracują czy przechodzą od kramu do kramu.
Nigdy nie przykładałam dużej wagi do ubioru, ale teraz moje proste spodnie i bluzka nagle przestają mi wystarczać. Pojedynczy warkocz rozjaśnionych słońcem włosów opadający mi na plecy blednie w porównaniu z misternymi fryzurami tutejszych kobiet.
Kai podąża spojrzeniem za moim wzrokiem i szturcha mnie ramieniem.
– Jesteś członkinią straży Alaha. Strojenie się nie pomaga w walce.
– Chyba że chcesz wyglądać idiotycznie – wtrąca swoje trzy grosze Messer. Wścibski drań.
Mam wrażenie, że walcząc w sukience, i tak wyglądałabym mniej absurdalnie niż ci żołnierze paradujący w tym upale w ogromnych metalowych wiadrach na głowach.
Spacerujemy po promenadzie, wypatrując jakiejkolwiek drogi, którą moglibyśmy się przedrzeć na stały ląd. Skały są pionowe i gładkie. Na ich tle zbrojne oddziały rozstawione wzdłuż doku wydają się niepotrzebną demonstracją siły. Nikt tędy nie ucieknie. W tych ścianach nie ma ani jednej niszy czy szczeliny, które dałyby stopom oparcie, umożliwiając wspinaczkę.
– Przecież muszą jakoś tu dostarczać te wszystkie towary – zauważa Messer.
Kai nie odpowiada. Nie musi. Wszyscy dochodzimy do tego samego posępnego wniosku: chyba nie znajdziemy sposobu.
Nigdy.
Wędrujemy pomiędzy straganami, aż docieramy do miejsca, gdzie urządzono prowizoryczny parkiet. Wokół tłoczy się mnóstwo gapiów. Przepychamy się do przodu. Na niewielkiej scenie rozłożyli się muzykanci ze skrzypcami, organkami i bębenkami. Rozkloszowane spódnice wirują wokół nóg tańczących kobiet.
Widok jest niesamowity. Tancerze wysuwają się płynnie z formacji, odnajdują dłońmi kolejnych partnerów, jeszcze zanim trafią na nich wzrokiem, po czym równie zwinnie znów znikają w szpalerze par. Twarze mają roześmiane i promieniujące szczęściem. Piosenka nabiera tempa. Kręcą się szybciej i szybciej, aż przestają nadążać i dopiero wtedy udaje mi się wypatrzyć drobne pomyłki. Tu zgubiony krok, tam niezłączone dłonie, a gdzieś indziej potknięcie.
Nagle muzyka milknie i tancerze się zatrzymują, a tłum głośno bije brawo. My też klaszczemy. Pary wymieniają uśmiechy i ukłony, po czym się rozchodzą. Gdy mija mnie jedna z kobiet, wyciągam rękę, aby dotknąć jej spódnicy. To zaledwie muśnięcie, ale materiał jest tak miękki, że mam wrażenie, jakby woda przepływała mi między palcami.
Samotny skrzypek zaczyna wygrywać spokojniejszą melodię i kilka par decyduje się zostać. Kołyszą się na parkiecie.
Kai bierze mnie za rękę.
– Zatańcz ze mną – prosi.
– Tutaj? – Unoszę brwi ze zdziwieniem.
Byłoby to jawnym naruszeniem zasady granic. Każdy Alaha zobowiązuje się do jej przestrzegania z chwilą osiągnięcia pełnoletniości. Aż do ceremonii doboru młodym nie wolno utrzymywać żadnych kontaktów intymnych, nawet stosunkowo niewinnych.
Nazwa ceremonii pochodzi od legendarnej więzi, która ponoć łączy właściwie dobranych. Tak przynajmniej nam mówiono.
Związek zawarty podczas ceremonii ma przeważnie charakter strategiczny – jest wynikiem negocjacji między rodzinami, a nie miłości. Pierwotnie służyło to zabezpieczeniu przed związkami pomiędzy zbyt blisko spokrewnionymi liniami rodów, a obecnie ma zwiększyć liczbę narodzin. W odizolowanym środowisku ludzie częściej mają dzieci, gdy są zmuszeni do małżeństwa w młodym wieku.
Kai patrzy na mnie znacząco.
– A kto na nas doniesie? Moi zaufani żołnierze?
Rozglądam się wokół i dostrzegam w tłumie wielu Alaha przyglądających się grajkom. Podaję kubek ze swoim napojem Messerowi i ruszam za Kaiem torującym nam drogę na parkiet. Pozostałe pary uśmiechają się do nas uprzejmie, gdy przechodzimy pomiędzy nimi, szukając wolnego miejsca na deskach wygładzonych przez lata krokami setek stóp.
– Hej. – Kai unosi moją brodę palcem. – Jesteśmy tu tylko ty i ja.
Prowadzi z wprawą, wpatrując się we mnie uporczywie, aż w końcu łapiemy wspólny rytm. Nie mamy powłóczystych szat wirujących wokół ciała, więc nasze ruchy nie wyglądają tak widowiskowo jak innych tancerzy. Zamykam oczy i skupiam się na kołysaniu naszych ciał, usiłując się odciąć od natłoku myśli. Ale teraz doznania atakują wszystkie moje zmysły. Czuję jego dłoń na biodrze oraz zapach domu, który przywarł do jego skóry i... Bogowie, czemu te ściany są tak cholernie wysokie?!
– Brynn, spójrz na mnie – żąda Kai.
Otwieram oczy.
– Zawsze będę cię chronić.
Myśli, że obawiam się kary. Może powinnam, biorąc pod uwagę surowe konsekwencje grożące za złamanie prawa – ale tak naprawdę nie boję się ani ciężkiej pracy, ani aresztu.
– Nie byłby to nasz pierwszy raz w celi – stwierdzam z obojętną miną. – Ani nawet drugi.
Najwyraźniej udawanie kiepsko mi wychodzi, bo na twarzy Kaia nie pojawia się nawet przelotny uśmiech na wspomnienie naszego ostatniego wyczynu zakończonego nocą w celi. Ukradliśmy porozwieszaną na sznurkach bieliznę i przymocowaliśmy ją do słupa z flagą Alaha na środku Pomostu Głównego. Wygłup był zdecydowanie niewarty kary.
Nic nie mogło przygotować mnie na słowa, które nagle padają z jego ust.
– Poprosiłem rodziców o zgodę na wybranie ciebie podczas ceremonii doboru.
Czuję, jak staje mi serce.
– Po co to zrobiłeś? – pytam drżącym głosem.
– Daj spokój, Bry – odpowiada, przewiercając mnie wzrokiem. – Musiałaś się tego spodziewać.
Potrząsam głową.
Nigdy nie pozwoliłam sobie na myślenie o małżeństwie, a tym bardziej na marzenia o znalezieniu właściwego dobranego. Miłości. Nauczyłam się odsuwać od siebie te myśli i spychać je tak głęboko, że sama nie wiem, gdzie się kryją.
Kai nie może narzekać na brak kandydatek. Wiele rodów pragnie wydać za niego swoje córki. Ja nie mam rodziny. Posagu. Nie przyniosę mu żadnych korzyści. Jestem na samym końcu listy. Dlaczego miałby chcieć właśnie mnie?
– Przyszły przywódca Alaha nie wybiera przybłędy na żonę.
Kai zgrzyta zębami, ale nie gubi rytmu.
– Wiesz, jak nienawidzę, gdy tak o sobie mówisz.
– Cóż, tym właśnie jestem.
– Nieprawda.
Ściska mnie mocniej, ale nie drąży tematu. Próbuję wyczytać z jego twarzy, jakiego asa chowa w rękawie, ale jego wzrok wyraża tylko oczekiwanie.
– Jesteś mądra, pracowita i tak cholernie piękna – mówi, akcentując każde słowo, jakby miało mnie to przekonać o ich autentyczności. – Moi ludzie szepczą o tobie za moimi plecami, bo żaden z nich nie odważyłby się powiedzieć głośno, że pragnie się do ciebie zalecać.
Patrzę mu w oczy i mam wrażenie, że wokół mojej piersi zaciska się żelazna obręcz. Kai jest moim najlepszym przyjacielem. Odkąd sięgam pamięcią. Bronił mnie przed wszystkim i przed wszystkimi. Na pewno zdarzało się to o wiele częściej, niż się przyznawał. Ale nigdy nie dawał mi do zrozumienia, że myśli o związaniu się ze mną. Nie w ten sposób.
Czuję się jak ogłuszona. Potrząsam głową.
– Czy to prawda?
– A czy chcesz, żeby to była prawda? – W jego oczach maluje się śmiertelna powaga.
Przerywamy taniec. Mam wrażenie, że czekałam na ten dzień całe życie – na szansę przybycia na jarmark, wyjścia na ląd – a on wyskakuje z tym tematem właśnie teraz?
Zgrzytam zębami i próbuję go od siebie odepchnąć. Ani drgnie. Popycham go mocniej. Zatacza się i wpada na parę za nami, ale nie odrywa ode mnie wzroku. Cofam się o krok.
– Brynn... – zaczyna, mrużąc oczy.
Unoszę dłoń, aby go powstrzymać. Znów otwiera usta, ale ja już nie słyszę, co mówi. Odwracam się na pięcie i pospiesznie przedzieram się przez tłum. Byle uciec od ciężaru spoczywających na mnie spojrzeń.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
