Mazurskie Lato - Tomasz Kieres, Agnieszka Lingas-Łoniewska, Krystyna Mirek - ebook

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Każdego lata w Mikołajkach gwar rozmów, śpiewu i śmiechu nie cichnie.

Do mazurskiej stolicy zjeżdżają wszyscy miłośnicy jezior.
Ci, którzy kochają żeglować, ale też tacy, którzy wolą się opalać i imprezować do białego rana.
Do tego, jak wciąż podaje lokalne radio, w tawernie Mazurskie Lato można spotkać wielką miłość. Na dowód tego ściany tawerny ozdobione są zdjęciami par, które tu się zobaczyły, poznały, a czasem pokochały na nowo.

Któż nie skusiłby się na taką gratkę? Któż nie chciałby poczuć motyli w brzuchu, znaleźć wymarzonej drugiej połówki albo przeżyć szalonego letniego romansu, który nigdy się nie skończy? Wszak wszyscy szukają miłości. Może będzie to Małgosia, którą narzeczony porzucił krótko przed ślubem? Albo Maja – samotna mama, która nie wierzy żadnemu mężczyźnie. Może los odmieni życie Roberta, który przez wiele lat walczył z uczuciem bez wzajemności?

Poznajmy bohaterów, dla których Mazurskie Lato było świadkiem najważniejszych chwil w ich życiu. Bo miłość można znaleźć na różne sposoby.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




KAROLINA WILCZYŃSKA

Kompas bosmana Macieja

I tylko fale cierpliwy wiatr

Goni wciąż dalej, dalej,

Niemy świadek naszych spraw.

Zawsze tak było, jak światem świat:

Byli ludzie, była miłość i był… wiatr

szantaByła miłość, autor: Mirosław Kowalewski

– Dwa piwa poproszę!

– Długo będę czekać na tę rybę?!

– Hej, dziewczyno, chciałem zamówić!

Jagoda otarła spocone czoło wierzchem dłoni i spojrzała przepraszająco na stojącego przy barze mężczyznę.

– Chwileczkę – poprosiła. – Rozniosę tylko to – wskazała na pełną tacę – i zaraz do pana wracam, dobrze?

Klient pokręcił z niesmakiem głową, ale nie odszedł. Nic dziwnego, w końcu była to najmodniejsza tawerna w Mikołajkach. Warto było poczekać, żeby poteO0m zrobić sobie zdjęcie i wrzucić na Facebooka lub Instagrama, oznaczając nazwę lokalu. Odwiedziny w tawernie Złota Rybka to obowiązkowy punkt programu dla sezonowych gości, co Jagoda odczuwała na własnej skórze od trzech dni.

– Ruszasz się jak mucha w smole! – warknął Rysiek, który był jednocześnie kucharzem i właścicielem lokalu, a od przedwczoraj także pracodawcą dziewczyny. – Widziałem, że już trzech klientów wyszło bez zamówienia. Tak nie może być!

– Przepraszam, szefie. – Jagoda oparła czoło o zimne kafelki na kuchennej ścianie. – Robię, co mogę, ale przecież się nie rozdwoję…

– Zapewniałaś, że jesteś gotowa zaangażować się w pracę – przypomniał Rysiek ze złośliwym uśmiechem. – No to się angażuj, bo mi pieniądze uciekają.

– Jasne, szefie. – Dziewczyna skinęła głową i odebrała z rąk kucharza talerze z zamówionymi daniami.

Kiedy to się skończy, nigdy już nie zjem smażonej ryby – obiecała sobie w duchu. – Ten zapach rozgrzanego oleju…

Nie zdążyła nawet dokończyć myśli, bo z sali rozległy się kolejne nawoływania.

– Czy ktoś tu obsługuje?!

– Co z tym lodem? Będzie czy nie?!

Jagoda uniosła talerze i biodrem otworzyła wahadłowe drzwi prowadzące z kuchni na salę.

– Już idę! Proszę o chwilę cierpliwości – powiedziała głośno. – Rybki już są, zaraz nalejemy piwo spragnionym – zapewniła, nie przestając się uśmiechać.

Ten uśmiech to mi już na zawsze zostanie – pomyślała. – Będę wyglądała jak Joker z filmu o Batmanie.

Nie miała jednak czasu na dłuższe refleksje, bo gości nie ubywało. Już zdążyła się przekonać, że między jedenastą a osiemnastą jest nieprzerwany ruch. Wszystkie miejsca były zajęte, a trochę luźniej robiło się dopiero wieczorem. Za to wtedy przychodzili ci, którzy wierzyli w legendę tego miejsca i mieli nadzieję, że i do nich los się uśmiechnie.

– Zawsze tu tylu gości? – zapytała pierwszego dnia, gdy po całym dniu pracy opadła na drewnianą ławę i z ulgą wyciągnęła przed siebie nogi.

– Pewnie, już trzeci sezon tak mamy – z dumą oświadczył Rysiek. – Nie ma jak dobry piar. – Mrugnął okiem. – A co? Może ty też dlatego tu przyszłaś?

– Niby dlaczego? – nie zrozumiała.

– Serio nie wiesz? – zdziwił się mężczyzna. – Przecież wszędzie o tym trąbią. Tutaj każdy znajduje wielką miłość. Tak mówią. – Znowu mrugnął do Jagody. – Nawet telewizja śniadaniowa podobno ma przyjechać, żeby nas pokazać.

– Naprawdę? – Dziewczyna spojrzała z niedowierzaniem na szefa.

– Z tą telewizją?

– Nie, z tą miłością.

– A co? Zainteresowana?

– Przeciwnie. – Stanowczo pokręciła głową.

– Akurat! – Najwyraźniej wątpił w jej słowa. – Każda tak mówi, a w duchu marzy o księciu z jachtem, nie?

Jagoda nie odpowiedziała. I tak nie uwierzyłby, że ma dość jachtów i facetów, którzy uważają się za książąt.

Za to na własne oczy przekonała się, jak wiele osób jednak chciało sprawdzić, czy opowieści o miłości w Złotej Rybce są prawdziwe. Łatwo było ich rozpoznać. Jedni rozsiadali się wygodnie i rozglądali z ciekawością dookoła, inni przysiadali na brzegu ławy i rzucali nerwowe spojrzenia. Byli wśród nich i mężczyźni, i kobiety, pewni siebie i nieśmiali, przychodzili sami lub przyprowadzali ich znajomi.

Jak wszyscy tu szukają miłości, to pewnie jest szansa, że znajdują – rozmyślała Jagoda, roznosząc piwo i drinki. – Są otwarci na nowe znajomości, alkohol pomaga przełamać nieśmiałość, więc nic dziwnego, że coś się może zdarzyć. I legenda się potwierdza. A tak naprawdę nic w tym magicznego – skwitowała, wzruszając ramionami. – No, ale interes się kręci, więc…

Ruch w tawernie nie martwił jej, bo przecież dzięki temu dostała tu pracę. Pomógł też przypadek – barman rzucił pracę, bo pokłócił się z Ryśkiem, a dwie dziewczyny, które miały przyjechać do pracy jako kelnerki, przysłały kucharzowi esemesa z informacją, że znalazły lepszą ofertę. W ten sposób Złota Rybka została z dnia na dzień bez personelu, więc Rysiek nie mógł wybrzydzać.

– Masz jakieś doświadczenie? – zapytał, mierząc ją od stóp do głów.

– Żadnego, ale za to mam silną motywację – odparła z przekonaniem.

To była prawda, nigdy wcześniej nie była chyba tak zmotywowana. Zeszła z pokładu jachtu z torebką i torbą, do której wepchnęła te ciuchy, które miała pod ręką. Odeszła, nie oglądając się za siebie, żegnana szyderczym śmiechem tego, który jeszcze niedawno był tak miły i czarujący.

– Ciekawe, dokąd pójdziesz?! – krzyknął jeszcze. – Już widzę, jak wracasz z podkulonym ogonem.

Wtedy obiecała sobie w duchu, że nie da mu tej satysfakcji. Poradzi sobie, żeby nie wiem co! Udowodni mu, że jej nie doceniał.

Musiała przyznać, że po kilku godzinach siedzenia na przystani jej optymizm i wiara w siebie trochę zmalały. A ich miejsce zajęły obawa i strach. Nie miała gdzie spać, w portfelu znalazła kilkadziesiąt złotych, więc prawdę mówiąc, nie starczyłoby jej nawet na bilet do Kielc. Kartę płatniczą rzuciła na pokład, gdy wychodziła. Pieniądze na niej były jego, wiec nie mogła i nie chciała jej zabierać.

I tak pewnie by ją zablokował – pomyślała. – Tylko co teraz?

Z wielu powodów nie chciała wracać. Zwłaszcza bez pieniędzy. Siedziała, wpatrując się w falującą wodę, i przez moment zaczęła żałować swojej decyzji. Myśl o nocowaniu gdzieś między jachtami albo na ławce sprawiła, że mało brakło, a wróciłaby na jacht i przeprosiła, godząc się na jego docinki i drwiny. Prawdę mówiąc, to już tam szła, gdy głośne dźwięki szant i chóralny śpiew zwróciły jej uwagę na jeden z lokali. Przystanęła i przeczytała szyld – Złota Rybka.

Nie znosiła ani żeglarstwa, ani tych piosenek o morzu i jeziorach, więc już miała ruszyć dalej. Wtedy jednak jakiś wychodzący z lokalu brodacz w pasiastej koszulce potrącił ją i musiała zrobić kilka kroków, żeby nie stracić równowagi. Zatrzymała się tuż przy szybie, na której naklejona była jakaś kartka.

KELNERKI, BARMANKI PILNIE PRZYJMĘ. PRACA Z ZAKWATEROWANIEM I WYŻYWIENIEM. WIADOMOŚĆ NA MIEJSCU.

Normalnie nawet nie pomyślałaby o skorzystaniu z takiej oferty, ale w obecnej sytuacji nie miała się nad czym zastanawiać. Pchnęła drzwi i weszła do środka, wprost w gwar rozmów, dźwięk szant i zapach smażonej ryby.

Rysiek, jak wiadomo, nie miał wyboru. Od kilku dni sam musiał radzić sobie z obsługą i miał szczerze dość.

– Dobra, wkładaj fartuch. – Machnął ręką. – Warunki jak w ogłoszeniu. O kasie pogadamy po zamknięciu.

I tak Jagoda zaczęła pracę w Złotej Rybce. Jak się potem okazało, za najniższą stawkę. Oraz za posiłki składające się ze smażonej ryby i noclegi na polowym łóżku w pokoiku na zapleczu.

– Na razie masz „jedynkę”, ale licz się z tym, że dojdą jeszcze ze dwie dziewczyny – uprzedził Rysiek. – A jak będziesz się ładnie uśmiechała, to z napiwków dorobisz trzy razy tyle.

Uśmiechała się więc ile sił, choć ledwie stała na nogach.

Ale przynajmniej do niego nie wróciłam – powtarzała sobie raz za razem.

– Dwa piwa i dwie zupy rybne. – Głos klienta sprawił, że wróciła do rzeczywistości.

– Tak, już zapisuję. – Skinęła głową.

– Flądra gotowa! – krzyknął z kuchni Rysiek.

* * *

Obudziła się, zanim zadzwonił alarm w telefonie. Nie miała jednak zamiaru od razu wstawać. Polowe łóżko było niewygodne i przez całe noce przewracała się z boku na bok, nie mogła znaleźć wygodnej pozycji, ale wolała już to aniżeli stać choćby kwadrans dłużej, niż to było konieczne. Nogi bolały ją naprawdę bardzo, zwłaszcza stopy, chociaż pracowała w balerinkach.

Co za szczęście, że je wzięłam – wzdychała w myślach.

On nie lubił butów na płaskim obcasie. Wolał ją w szpilkach, ewentualnie boso, bo podobały mu się jej stopy i paznokcie polakierowane koniecznie na czerwono. Mimo to Jagoda tuż przed wyjazdem wrzuciła do torby jedną parę butów na płaskiej podeszwie, bo pomyślała, że na jachcie jednak przyda się wygodniejsze obuwie. Teraz dziękowała sobie za ten impuls, bo nie dałaby rady obsługiwać gości w sandałkach na szpilce.

Dobra, może z czasem przywyknę – jęknęła, przewracając się na drugi bok. – Nie mam wyboru. Muszę zarobić chociaż tyle, żeby wystarczyło na wynajęcie mieszkania i życie przez pierwszy miesiąc. Zyskam czas na znalezienie jakiegoś zajęcia. Ostatecznie będę kelnerką, w końcu zdobywam doświadczenie – pomyślała z ironią. – Wytrzymam tu tylko do czasu, aż uzbieram niezbędną kwotę. Ani dnia dłużej – obiecała sobie.

Nie wiedziała jeszcze wtedy, że nawet ta decyzja może nie należeć do niej.

Przekonała się o tym dwie godziny później.

Tawerna otwarta była od kwadransa i na sali siedziało tylko dwóch klientów. Rankiem odwiedzali ich wyłącznie ci, którzy poprzedniego wieczora mocno zabalowali i potrzebowali mocnej kawy, żeby dojść do siebie. Jednak Jagoda wiedziała, że za trzy godziny nie będzie w lokalu ani jednego wolnego miejsca, więc wykorzystała wolniejszy czas i przysiadła na wysokim stołku, który wstawiła za bar.

– Mogę prosić jeszcze jedno espresso? – zapytał mężczyzna siedzący przy stoliku pod oknem.

– Oczywiście.

Przygotowała napój i zaniosła go do stolika. Kiedy stawiała filiżankę na drewnianym blacie, poczuła, że coś mokrego dotyka jej łydki. Odwróciła się gwałtownie i zobaczyła ogromnego dobermana, który wpatrywał się w nią i dyszał głośno.

– Ramzes! Do nogi! – Rzucona ostrym głosem komenda spowodowała, że pies zareagował natychmiast.

Jagoda nie musiała podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kto wszedł do tawerny.

– Poznał cię – usłyszała męski głos.

– Psy mają dobrą pamięć. Lepszą niż ludzie – odparła i spojrzała mu w oczy.

Uśmiechnął się, ale to nie był wyraz sympatii. Zdążyła poznać tego człowieka na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że tak uśmiechał się wtedy, gdy czuł już smak zwycięstwa. Poczuła, że drży, bo zrozumiała, że za chwilę wydarzy się coś niedobrego.

– A więc tu się zaczepiłaś. – Pokiwał głową. – Zostałaś kelnerką. Ciekawe…

Minęła go bez słowa i wróciła do baru.

Może sobie pójdzie – pomyślała, ale nie miała na to wielkiej nadziei.

– To nawet zabawne. – Poszedł za nią, a pies podążał krok w krok za swoim panem. – Ty, która z taką wyższością patrzyłaś na kelnerki, teraz sama podajesz piwo podchmielonym żeglarzom. – Spojrzał na nią z ironią.

– To raczej ty byłeś dla nich nieuprzejmy – odgryzła się.

– Nie pamiętam, żebyś protestowała.

Miał rację i Jagodzie zrobiło się wstyd. Rzeczywiście, gdy chodzili razem do restauracji, traktowała personel jak element wyposażenia. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, jak ciężko pracują. Teraz było jej głupio.

– No tak, skoro wolisz to niż wakacje na jachcie, to przecież nie mógłbym psuć ci zabawy – kontynuował tymczasem mężczyzna. – Prawdę mówiąc, sądziłem, że przemyślisz wszystko, zmądrzejesz i wrócisz, ale…

– Jak widzisz, poradziłam sobie bez ciebie – przerwała mu, chcąc zachować resztki godności. – Mam pracę i nie potrzebuję twojej łaski!

– Och, tak ci się tylko wydaje – rzucił, po czym wszedł za bar i sięgnął po butelkę whisky.

– Co robisz?! – zaprotestowała. – Tu może przebywać tylko personel!

– I właściciel – dodał, nalewając sobie trunku. – Nie wiedziałaś? – udał zdziwienie. – Cóż, wspominałem ci, że mam tu różne interesy, ale nie chciałaś zawracać sobie tym głowy, prawda?

Jagoda przysiadła na krześle i zacisnęła dłonie na drewnianym siedzisku.

– Tak się składa, że jednym z moich biznesów jest ta tawerna. – Oparł się łokciem o bar i upił łyk jacka daniel’sa. – Mam większościowe udziały, Rysiek mi je oddał w zamian za doinwestowanie tego lokalu. – Rozejrzał się po tawernie. – Muszę przyznać, że rozkręciłem to miejsce. Jak myślisz, czyj to był pomysł z tą niby wielką miłością? No, wiadomo! – Uśmiechnął się i natychmiast spoważniał.

Jagoda wstrzymała oddech.

– Teraz, kiedy już wiesz, kto tu rządzi, rozumiesz chyba, że to ode mnie zależy, czy będziesz tu mogła podawać piwo. Więc ta twoja gadka o radzeniu sobie beze mnie nie jest tak do końca prawdziwa. Nawet wcale nie jest. Wystarczy jedno moje słowo i wylecisz stąd. Rozumiesz? – Nachylił się nad dziewczyną i spojrzał jej prosto w oczy.

– Mirek! Miałeś na mnie poczekać!

W drzwiach tawerny stanęła czarnowłosa dziewczyna w kwiecistej sukience na ramiączkach, tak krótkiej i obcisłej, że właściwie bliżej jej było do kostiumu kąpielowego niż do stroju na ulicę.

– Mówiłem, żebyś została na jachcie. – Nie wyglądał na przejętego jej pretensjami. – Usiądź przy stoliku i poczekaj. Zaraz skończę.

Dziewczyna wydęła usta, ale wykonała polecenie.

– Jak widzisz, nie ma ludzi niezastąpionych. – Mężczyzna spojrzał chłodno na Jagodę. – A że jestem zadowolony, to przez wzgląd na naszą znajomość nie będę ci przeszkadzał w karierze. – Ostatnie słowo wymówił z drwiną.

– Ona ma moją sukienkę – zauważyła Jagoda.

– Zostawiłaś ją, więc uznałem, że jest ci niepotrzebna. – Wzruszył ramionami. – Poza tym, mówiąc ściśle, to moja sukienka, bo o ile pamiętam, to ja za nią zapłaciłem.

Spojrzała na niego z nienawiścią.

Roześmiał się głośno.

– Daj spokój, to, co zabrałaś, możesz zatrzymać. – Odstawił szklankę na bar. – Powiedz Ryśkowi, że byłem. Może wpadnę wieczorem z Joanną, to nas obsłużysz. – Mrugnął okiem. – A, skoro już cię widzę, to od razu zapytam, na jaki adres odesłać twoje rzeczy osobiste z mieszkania?

– Jeszcze nie wiem… – wyjąkała Jagoda.

– Spoko, nie ma problemu. Każę je spakować i będą u mnie w biurze. Dasz znać, to mój kierowca ci podrzuci, gdzie będziesz chciała. – Spojrzał na psa i poklepał go po łbie. – Ramzes, idziemy!

Idąc w kierunku wyjścia, skinął głową na dziewczynę, która posłusznie wstała i poszła za nim.

Patrząc na nich, Jagoda pomyślała, że jest jej żal nowej partnerki Mirka. Ale w głębi duszy wiedziała, że tak naprawdę jest jej żal samej siebie. Bo przecież jeszcze kilka dni temu zachowywała się tak samo.

* * *

Nieoczekiwane spotkanie z tym, którego miała nadzieję już nigdy nie zobaczyć, popsuło jej humor. Wciąż rozbrzmiewały jej w głowie wszystkie słowa Mirka, jego szyderczy śmiech, i przypominała sobie dziewczynę w sukience, którą kilka dni temu sama nosiła.

– Ej, coś ty taka skwaszona? – Głos Ryśka wyrwał ją z zamyślenia. – Klientów odstraszasz. Boli cię coś?

– Nie – odparła krótko.

– W takim razie pracuj jak należy, bo od tego tutaj jesteś – przypomniał, nie bawiąc się w delikatność.

– Potrzebuję chwili przerwy. – Rzuciła metalową tacę na kuchenny blat. – Muszę wyjść, bo zwariuję!

Kucharz spojrzał na nią spod oka. Determinacja musiała odmalować się na jej twarzy, bo nie sprzeciwił się.

– Masz dziesięć minut – mruknął znad patelni.

Nawet nie zdjęła fartucha.

Wyszła przez drzwi od zaplecza, zatrzasnęła je za sobą i z ulgą oparła się o drewnianą ścianę tawerny.

Ależ mam ochotę na papierosa – pomyślała, ale szybko odrzuciła tę myśl.

To była chyba jedyna pozytywna rzecz, jaka zostanie jej po znajomości z Mirkiem. To on stanowczo kazał jej rzucić palenie.

– Nie będę całował się z popielniczką – oznajmił.

– Sam przecież palisz… – próbowała dyskutować, ale nie dał jej skończyć.

– Ale całuję ciebie, nie siebie. Ale skoro to dla ciebie zbyt duże wyrzeczenie, to…

– Oj, przestań! – Roześmiała się, żeby obrócić to wszystko w żart. – Nie widzę problemu, mogę odstawić fajki.

– Grzeczna dziewczynka – pochwalił ją i objął ramieniem.

Wtedy potraktowała ten gest jako dowód miłości i w jego objęciach czuła się bezpiecznie. Dopiero dużo później zrozumiała, że było to po prostu sięgnięcie po swoją własność, gest triumfu i dominacji.

Jagoda wpatrywała się w jachty pływające po jeziorze. Z pewnością na jednym z nich był on ze swoją nową dziewczyną.

Szybko sobie poradził – pomyślała gorzko.

Prawdę mówiąc, powinna się była tego spodziewać. Bo czego oczekiwała? Że będzie tęsknił? Błagał ją o powrót? Przecież wiedziała, że nie należy do takich mężczyzn. Poza tym, aby robić podobne rzeczy, trzeba kochać. A Mirek nigdy nie darzył jej prawdziwym uczuciem. I właściwie wiedziała o tym.

Poznali się, gdy była na trzecim roku studiów. Ledwie wiązała koniec z końcem, bo rodzice nie mogli dawać jej zbyt wiele. Dwójka rodzeństwa też uczyła się poza domem, mieszkali w internacie i także potrzebowali pieniędzy. Jagoda miała stypendium socjalne i naukowe, ale nawet to wszystko pozwalało jej jedynie na najbardziej niezbędne wydatki.

Na pójście do tego klubu namówiła ją koleżanka z akademika.

– Kasa nie ma znaczenia – zapewniała. – Wystarczy, że zainwestujesz w pierwszego drinka. Potem znajdzie się taki, co postawi kolejne. Ja tak robię w każdy weekend.

Jagoda miała opory, ale w końcu uległa. Tak naprawdę chciała, tak jak inne dziewczyny, chwalić się sobotnimi balangami.

– Kiedy, jak nie teraz? Co będziesz wspominać na starość? – przekonywała Gośka.

Pożyczyła jej nawet ciuchy, zrobiła makijaż.

– Nawet nieźle wyglądam… – Jagoda trochę nieśmiało patrzyła na swoje odbicie w lustrze.

– I tak powinno być zawsze – odparła koleżanka.

– Łatwo ci mówić. Nie stać mnie na to.

– To nie wiesz, co zrobić? Zakręć się dobrze i znajdź sponsora.

– Kogo? – zdziwiła się.

– Sponsora. Faceta, z którym będziesz. Bogatego faceta – wyjaśniła dziewczyna. – On ci kupi ciuchy i kosmetyki, proste!

Jagoda odrzuciła tę myśl, ale kiedy w klubie zaczepił ją Mirek, spędziła z nim naprawdę udany wieczór. Nigdy wcześniej nie spotkała nikogo równie czarującego.

– Ale trafiłaś! – Gośka pokręciła głową, gdy w toalecie poprawiały makijaż. – Przystojny i widać, że kasy ma jak lodu.

Jagodzie wydawało się, że to jakiś sen. Jednak gdy Mirek wziął jej numer, a potem zadzwonił i zaprosił na obiad, miała wrażenie, że złapała Pana Boga za nogi.

Dobra, nie mogę powiedzieć, nie robił mi żadnych nadziei – pomyślała teraz, kopiąc czubkiem buta leżący na ziemi kamyk. – Od razu jasno powiedział, o co chodzi.

Tak, Mirek należał do tych, którzy nie oszukują kobiet. Bez ogródek przedstawił swoje warunki.

– Moja kobieta musi być piękna i na tyle mądra, żebym nie musiał się jej wstydzić – stwierdził między przystawką a daniem głównym. – Stać mnie na to, żeby kupić jej najlepsze rzeczy, ale nie mam czasu na żadne fochy ani histerie. Jestem zajęty, prowadzę wiele biznesów i oczekuję, że moja kobieta będzie dla mnie miła, gdy się spotkamy. Żadnych wymówek, pretensji, rozumiesz? – Upił łyk wina i spojrzał na Jagodę. – Podobasz mi się, serio. Od razu, kiedy cię zobaczyłem, pomyślałem, że byłoby nam razem dobrze. Co ty na to?

Wtedy wstała od stolika i wyszła. Była oburzona jego propozycją.

– Zwariowałaś?! – Gośka nie kryła swojego zdania. – Taka okazja! Przecież fajny jest. Co ci zależy? Zadba o ciebie, będziesz miała wszystko, co zechcesz.

Jagoda rozmyślała o tym dwa dni. Ale kiedy stała między sklepowymi półkami i zastanawiała się, czy kupić pasztet, czy konserwę rybną – coś w niej pękło. Wyjęła telefon i wybrała numer.

I tak została kobietą Mirka.

W ciągu tygodnia przeprowadziła się do niewielkiego, ale pięknie urządzonego mieszkania. Jej szafa zapełniła się modnymi ciuchami, półki w łazience – kosmetykami, a w lodówce zamiast pasztetu była teraz szynka i zawsze chłodził się szampan.

Na początku miała wyrzuty sumienia, uwierał ją ten układ. Ale potem…

Mirek był naprawdę sympatycznym człowiekiem, dowcipnym i inteligentnym. Miał pieniądze i lubił je wydawać. W ciągu dwóch lat związku odwiedziła z nim Włochy, Paryż, Londyn. Jadała teraz w restauracjach, nauczyła się jeździć na nartach i zrobiła prawo jazdy.

Mężczyzna był dobrym i czułym kochankiem.

Chyba to mnie zmyliło – pomyślała. – Dlatego uwierzyłam, że mnie kocha, tylko nie chce się do tego przyznać. Nie wierzyłam, że można być takim bez miłości…

– Dość już tego odpoczynku! – Rysiek pojawił się w drzwiach. – Sala pełna, goście się denerwują. Nie płacę ci za wpatrywanie się w dal!

Jagoda westchnęła i otarła dyskretnie łzę, która spłynęła po policzku.

– Idę, idę – powiedziała.

* * *

Czuła, że pot cienką strużką spływa jej po karku. Koszulka lepiła się do pleców, a kosmyki włosów wysuwały się ze spinki i uparcie opadały na twarz.

Na pewno wyglądam strasznie – pomyślała Jagoda.

Nie miała jednak czasu na użalanie się nad sobą. Zamówienia spływały jedno za drugim, ledwie nadążała z roznoszeniem.

– Już, szefie, za chwilę – rzuciła w stronę Ryśka, który dawał znak, że kolejne porcje są gotowe. – Nie mam sześciu rąk.

Chwyciła tacę pełną szklanek z piwem i zaczęła slalom między stolikami.

– Przepraszam, przepraszam – powtarzała, mijając kolejnych klientów.

Niestety, jeden z nich chyba nie usłyszał, albo dały o sobie znać cztery piwa wypite w rozgrzanym wnętrzu. Barczysty mężczyzna odwrócił się gwałtownie, stracił równowagę i musiał zrobić krok w tył, żeby ją utrzymać.

Jagoda zauważyła, co się dzieje, i stanęła nieruchomo, ale nie udało jej się uniknąć kolizji. Przed oczami mignęło jej męskie ramię, taca przechyliła się niebezpiecznie, szklanki zadźwięczały ostrzegawczo i jedna z nich spadła, rozbijając się o blat najbliższego stołu.

Gwar rozmów sprawił, że brzęk pękającego szkła był prawie niesłyszalny, tak samo jak okrzyk wystraszonej Jagody.

– Och!

Sprawca zamieszania nawet nie zauważył tego, co zrobił, zajęty rozmową ze swoim towarzyszem. Za to mężczyzna siedzący z brzegu stolika zerwał się na równe nogi.

– Co pani wyprawia?!

– Bardzo przepraszam… – Spojrzała błagalnie.

Niestety, najwyraźniej jej mina i błagalne spojrzenie nie zrobiły na mężczyźnie wrażenia.

– Co mi po pani przeprosinach?! Niech pani zobaczy, jak wyglądam!

Spojrzała. W pierwszej sekundzie była nawet mile zaskoczona. Blond włosy, pojaśniałe jeszcze od mazurskiego słońca, i brązowe oczy – to było bardzo atrakcyjne połączenie. Podobało jej się. Niestety tylko to. Bo charakter ten chłopak miał raczej paskudny. Co stwierdziła w ciągu następnej minuty.

– Hej, jest pani tutaj?! Nic dziwnego, że dzieją się takie rzeczy, skoro pani chodzi jak nieprzytomna!

– To był wypadek – wyjaśniła. – Zaraz posprzątam.

Szybko odstawiła tacę, wyjęła zza fartucha ściereczkę i zaczęła wycierać stół.

– Jak ja wyglądam! – Chłopak pokręcił głową, patrząc na mokre spodnie i koszulkę.

– Przyniosę serwetki…

– I niby co? Wysuszę się nimi? To chyba jakiś żart! No ale czego się spodziewać po obsłudze, która nie potrafi nawet utrzymać tacy! – Spojrzał na nią z politowaniem i pokręcił głową.

Jagoda poczuła zalewającą ją falę złości. Rzuciła ściereczkę na stół i położyła ręce na biodrach. Musiała unieść głowę, żeby spojrzeć chłopakowi w oczy.

– Nie jestem żadną obsługą. Jestem człowiekiem. Zasuwam tu od rana do nocy i należy mi się przynajmniej odrobina szacunku! – Razem z tymi słowami wyrzucała z siebie całą złość i frustrację. – Powiedziałam, że to był wypadek, prawda? Każdemu może się zdarzyć. Przeprosiłam i staram się pomóc. A pan jest niegrzeczny i tyle!

Emocje nagromadzone przez ostatnie dni sprawiły, że przestała nad sobą panować i całą tę tyradę właściwie wykrzyczała. Dopiero kiedy skończyła, zorientowała się, że na sali zapadła cisza i wszystkie głowy skierowane są w jej kierunku.

– No, atmosfera jak w prawdziwej portowej tawernie! – roześmiał się ktoś.

– Jaki temperament! – skomentował inny.

– Sądziłam, że to lokal na poziomie – dobiegło z innej strony.

Chłopak stał w milczeniu, zaskoczony jej reakcją.

Jagoda szybko zabrała się z powrotem do wycierania stolika. Czuła, że policzki płoną jej ze wstydu.

Ależ zrobiłam awanturę! – pomyślała.

Zamieszanie niestety nie umknęło uwadze Ryśka.

– Bardzo pana przepraszam! – usłyszała za plecami tubalny głos szefa. – To nowa kelnerka, jeszcze popełnia błędy. Oczywiście wyciągnę konsekwencje takiego zachowania – zapewniał, uśmiechając się do klienta, ale Jagoda, która zerkała ukradkiem na Ryśka, widziała, że był wściekły.

Pewnie mnie wyrzuci – przemknęło jej przez głowę.

– W ramach rekompensaty proponuję coś z naszej karty. Może rybka i piwko? – kontynuował szef. – Oczywiście na koszt firmy.

– W życiu bym tutaj nic nie zjadł. – Chłopak spojrzał na kucharza zaczepnie. – Już sam zapach mi mówi, na jakim oleju smażycie. Nabierać to możesz turystów, a nie mnie!

– Lepiej się uspokój – syknął Rysiek, rzucając nerwowe spojrzenia na gości, którzy przysłuchiwali się rozmowie. – Jak ci nie pasuje, to po co tu przylazłeś?

– Chciałem zobaczyć, co jeszcze wymyślacie, żeby oszukać ludzi. – Chłopak ani myślał ściszać głos. – Ale widzę, że oprócz kłamstw w nic więcej nie inwestujecie.

– Nie twoja sprawa. – Rysiek złapał chłopaka za ramię i odwrócił w stronę wyjścia. – Zjeżdżaj stąd, bo pożałujesz – dodał.

A potem uśmiechnął się szeroko.

– Rozumiem, że nie ma pan czasu, ale nasza oferta jest zawsze aktualna – powiedział głośno, aby goście usłyszeli. – Proszę nas odwiedzić, gdy będzie pan miał ochotę na świeżą rybkę i chłodne piwko.

Pchnął chłopaka delikatnie, ale stanowczo. Ten się nie opierał, poszedł w kierunku drzwi, nie oglądając się za siebie.

– Ogarnij tu i wracaj do pracy – polecił Jagodzie szef. – Pogadamy sobie później.

Goście zrozumieli, że przedstawienie skończone. Po chwili tawernę znów wypełnił gwar rozmów. Jagoda zamiotła szkło, zmyła podłogę i wróciła do obsługiwania gości, zastanawiając się, czy to jej ostatni wieczór w Złotej Rybce.

* * *

– Wiesz, że za coś takiego powinienem cię wywalić? – Rysiek zaczął bez zbędnych wstępów, gdy tylko weszła na zaplecze, żeby chwilę odsapnąć.

Nie odpowiedziała, bo zrozumiała, że to pytanie retoryczne. Choć czuła, że szef nie wiedział, że coś takiego istnieje.

– Awantura z klientem w porze największego ruchu! Nie mogłaś się powstrzymać?! – Spojrzał pytająco, więc uznała, że teraz powinna odpowiedzieć.

– Starałam się, ale był po prostu chamski. – Poruszyła palcami w butach i skrzywiła się, bo zabolało.

– Na dodatek akurat on. – Kucharz pokręcił głową.

– Szef go zna? – zainteresowała się, choć to nie miało znaczenia, ale wyczuła szansę na to, że Rysiek zapomni o jej sprawie i skupi się na gościu. Z tego, co zauważyła, nie darzył go sympatią, więc może jego złość skupi się na chłopaku.

– Znam – odpowiedział krótko i nie zamierzał zgłębiać tematu. – Ale to nie twoja sprawa.

Jagoda przyjęła odpowiedź bez słowa. Wyprostowała plecy i sięgnęła ręką do tyłu, żeby rozmasować bolący kręgosłup.

– Klient to klient. – Po chwili milczenia Rysiek wrócił do tematu. – Powinnaś być miła, nawet jeśli on nie jest. – Pomieszał w garnku z zupą rybną i wbił spojrzenie w dziewczynę. – Wiesz, że nie mogę cię wyrzucić, bo zostałbym bez personelu. Nowe dziewczyny będą dopiero w przyszłym tygodniu.

– To dobrze, bo ja już nie wyrabiam – odparła. – Szefie, ja się naprawdę staram, ale wszystko ma swoje granice…

– Twoje granice mnie nie interesują – przerwał jej stanowczo. – Tutaj obowiązują moje. I moje zasady. A one są jasne: masz być miła. Rozumiesz?

Skinęła głową z rezygnacją.

– No to się postaraj. Wiem, że jeśli chcesz, potrafisz – mrugnął znacząco okiem.

Rozmawiał z Mirkiem – zrozumiała Jagoda. – A tamten mu wszystko powiedział. Miała ochotę rzucić fartuch i uciec.

– Co tak patrzysz, jakbyś mnie chciała zabić? – roześmiał się Rysiek. – Przecież to normalne. Co ja, życia nie znam? Przy mnie nie musisz udawać niewiniątka.

– Nie udaję – mruknęła.

– Fakt, dzisiaj pokazałaś pazurki, trzeba ci to przyznać. Nie sądziłem, że potrafisz być taka ostra. Nawet mi się to podobało. Tak prywatnie, rozumiesz?

Nie odpowiedziała.

– I po co się obrażasz? Przecież nie mówię nic złego. To komplement był – wyjaśnił i oblizał łyżkę.

Jagoda odwróciła głowę.

– Wracam na salę – powiedziała.

– Jasne. – Skinął głową. – I pamiętaj, że to ode mnie zależy, czy będziesz tu pracowała, czy nie. Jak będę zadowolony, to może cię zrobię kierowniczką, jak te nowe przyjadą.

– Zbytek łaski – burknęła cicho.

– Co tam mruczysz pod nosem? Staram się być miły, doceń to. Możemy się przecież dogadać. Oboje będziemy zadowoleni…

Poczuła, że robi jej się niedobrze. Doskonale wiedziała, co Rysiek ma na myśli.

* * *

Z ulgą odprowadziła wzrokiem ostatniego klienta.

Wreszcie koniec – pomyślała. – Jeszcze tylko posprzątam.

Od razu poszła na zaplecze po wiadro i mop. Była zmęczona, ale bała się, że jeśli teraz usiądzie, to już nie da rady wstać. Wolała zrobić wszystko, co do niej należało, i dopiero odpocząć.

– Kuchnia skończyła wydawać, wychodzę – poinformował Rysiek półtorej godziny temu. – Klucze masz, ogarniesz salę, jak wszyscy wyjdą – wydał dyspozycje. – Potem jesteś wolna.

I poszedł, zostawiając ją z kilkoma ostatnimi gośćmi, którzy kończyli swoje drinki. Wyłączyła muzykę i zajęła się porządkowaniem baru. Dzięki temu, gdy ostatni klient wyszedł, pozostało jej tylko posprzątać między stołami.

Teraz już nie musiała się spieszyć, więc powoli przesuwała drewniane ławy, starając się umyć podłogę bardzo dokładnie. Wymiatała zużyte serwetki, kawałki jedzenia i myślała, skąd wzięły się pod stołami. Czy spadały przypadkiem, czy wyrzucali je tam klienci?

Nagle coś zabrzęczało pod mopem.

Nawet sztućce lądują na podłodze? – zdziwiła się.

Kucnęła, żeby przyjrzeć się znalezisku, i ze zdziwieniem stwierdziła, że to trzy klucze zawieszone na breloczku w kształcie kotwicy.

Podniosła je i położyła na stole.

Ciekawe, do kogo należą?  Skupiła się, żeby przypomnieć sobie, kto siedział w tym miejscu.

– Raczej tu nie wróci.

Aż podskoczyła.

Odwróciła się w stronę, z której dobiegał głos, i zobaczyła starszego mężczyznę siedzącego w samym rogu sali. Miał długą siwą brodę, koszulkę w poziome paski i czarną chustkę zawiązaną na głowie.

– Ależ mnie pan wystraszył! – Położyła dłoń na sercu. – O mało zawału nie dostałam!

– W twoim wieku to raczej nie grozi – roześmiał się tubalnie.

– Myślałam, że wszyscy już wyszli. Przepraszam, że pana nie zauważyłam. Coś podać?

– Nie trzeba. I nic się nie stało. – Machnął ręką. – Zresztą już dość się dzisiaj napracowałaś, co?

– To prawda – zgodziła się. – Ale spragnionemu nie odmówię – uśmiechnęła się, bo staruszek wzbudzał sympatię. Wyglądał jak kapitan żaglowca na ilustracji z książki o piratach. Naprawdę dobrze wpisywał się w mazurskie, wodniackie klimaty.

– Już swoje wypiłem. – Mrugnął okiem mężczyzna. – Ale jeśli zechcesz nalać coś sobie i wypić w moim towarzystwie, to będzie mi miło.

Zrozumiała, że szuka towarzystwa.

Może nie ma z kim pogadać? – pomyślała. I poczuła, że jej też brakuje zwyczajnej rozmowy.

Oparła mop o stolik, poszła do baru i wróciła ze szklanką soku. Usiadła naprzeciw staruszka.

– Pan jest tutejszy czy turysta? – zapytała, żeby jakoś zacząć pogawędkę.

– A jak wyglądam? – zapytał. – Tutejszy – dodał, nie czekając na odpowiedź.

– Przepraszam, ale nie znam tu nikogo. Jestem w Mikołajkach od kilku dni i właściwie oprócz mojego szefa zdążyłam poznać tylko dwóch mieszkańców.

– I jak wypadamy?

– Cóż, pan jest tym drugim i dużo sympatyczniejszym – uśmiechnęła się. – Ten pierwszy był niezbyt miły…

– Ten, który zgubił kluczyki?

Pokiwała głową.

– Widział pan to wszystko? – domyśliła się. – Fakt, nie popisałam się, ale naprawdę mnie zdenerwował.

– I tu się z tobą zgodzę, bywa denerwujący. – Staruszek pokiwał głową.

– Zna go pan?

– Owszem. Dlatego powiedziałem, że już tutaj nie przyjdzie.

– To może odda mu pan klucze?

– Raczej nie będę się z nim widział. Ale sama możesz mu je zanieść.

– Nie wydaje mi się, żebym miała ochotę na kolejne spotkanie.

– Może nie będzie tak źle? – Spojrzał na nią ciepło. – Niektórzy zyskują przy bliższym poznaniu. Poza tym, kto wie, może to jakiś znak?

– Nie myśli pan chyba o tych plotkach na temat znajdowania miłości w Złotej Rybce? – Jagoda upiła łyk soku. – Przecież to tylko chwyt marketingowy. Myślałam, że miejscowi o tym wiedzą.

– Doskonale wiedzą – zapewnił mężczyzna. – Ale przecież różne rzeczy się w życiu zdarzają, prawda?

– W tym przypadku nie liczyłabym na pozytywne zakończenie – uśmiechnęła się. – Zresztą ja nie wierzę w wielką miłość, a już na pewno jej nie szukam.

– Czasami coś samo się znajduje. Tak jak te klucze…

– Oj, skończmy już ten temat. Nic z tego nie będzie, zapewniam. Zresztą to ostatnie miejsce, w którym chciałabym się zakochać. Nie znoszę Mazur.

– Ja też tak myślałem. A jednak zostałem tutaj. Nigdy nie wiadomo, w jakim porcie przyjdzie nam rzucić kotwicę. Wszystko zależy od tego, jaki ma się kompas. Dobry zawsze zaprowadzi cię do celu. – Staruszek popatrzył w dal i zamyślił się.

Ciekawe, co wspomina? Może jakieś dalekie rejsy? – pomyślała Jagoda. – Chyba nie będę mu dłużej przeszkadzać.

Wstała od stołu.

– Już ci się znudziła rozmowa ze starcem? – Spojrzał na nią spokojnie i wiedziała, że nie ma w tych słowach pretensji ani złośliwości.

– Muszę wracać do pracy – wyjaśniła. – A klucze zostawię w kuchni. Może właściciel odbierze albo kogoś po nie przyśle.

– Gdybyś zmieniła zdanie, to znajdziesz go w tawernie Mazurskie Lato.

– Dziękuję, ale nic z tego.

Poszła na zaplecze i powiesiła klucze na wieszaku, gdzie odkładali fartuchy. Kiedy wróciła, zobaczyła, że miejsce w rogu sali jest już puste.

Ciekawy człowiek – pomyślała o staruszku. – Może jeszcze kiedyś przyjdzie? Miło się z nim gawędzi, tak normalnie.

Zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy od dawna, rozmawiając z kimś, nie musiała niczego udawać, nie zastanawiała się nad każdym słowem. Po prostu była sobą.

Czy żyłam w tak nieprawdziwym świecie, że nawet prawdziwą siebie zgubiłam? Ta myśl była bardzo gorzka, ale Jagoda wiedziała, że tak właśnie było.

Miała wszystko – pieniądze, ubrania, modne gadżety, piękne mieszkanie. Ceną za to była ona sama – jej wolność, niezależność, naturalność. Naiwnie wierzyła, że zmieni układ w prawdziwe uczucie, tymczasem to on zmienił ją. Stała się taka, jakiej chciał Mirek – uległą, zapatrzoną w niego istotą.

Ale znalazłam siłę, żeby się uwolnić. – Chwyciła mop i zaczęła energicznie myć podłogę. – Może i mam odciski na dłoniach, może śpię na niewygodnym łóżku, może podaję piwo, ale przynajmniej mogę porozmawiać z drugim człowiekiem i nie boję się, że powiem coś nie tak, jak trzeba.

* * *

Gdy skończyła, było już dawno po północy. Zgasiła światła na sali, zostawiła tylko światełka nad barem. Sprawdziła dwa razy, czy drzwi są zamknięte, i z ulgą pomyślała o odpoczynku.

Odwieszając fartuch, zatrzymała wzrok na kluczach, które znalazła pod stołem. Kotwiczka poruszała się miarowo.

Musiałam ją potrącić – pomyślała Jagoda. – Ale nazwa: Mazurskie Lato – prychnęła lekceważąco. – Swoją drogą, to ciekawe, co on tam robi, ten koneser jedzenia. Barmanem jest? Kucharzem?

Przyszło jej do głowy, że mogłaby zobaczyć lokal konkurencji. Nie żeby miała zamiar spotykać się z tym antypatycznym typem. Po prostu była ciekawa. Właściwie nie widziała niczego w Mikołajkach, poza dwoma hotelowymi restauracjami, gdzie jedli z Mirkiem kolację.

Skoro on mógł przyjść i podglądać, jak jest tutaj, to przecież ja mogę popatrzeć, czy ma się czym pochwalić. Zarozumiały typ – dodała w myślach nieco złośliwie.

Nagle przed oczami stanęła jej twarz mężczyzny z siwą brodą. Miała wrażenie, że się uśmiecha. Wyrozumiale, ale też nieco triumfalnie.

– Po prostu od trzech dni nie wyszłam z tej budy – powiedziała głośno, choć nikt nie mógł jej usłyszeć. – I zwyczajnie mam ochotę na spacer. Zaczerpnę świeżego powietrza, obejrzę miasteczko…

Komu ja się tłumaczę? – skarciła samą siebie. – Przecież wiem, co chcę zrobić, i tyle. Ale nie mam zamiaru wcale się z nim spotykać.

Ostentacyjnie odwróciła się plecami do wciąż kołyszącej się kotwicy i wyszła ze Złotej Rybki.

W wielu lokalach nadal trwała zabawa. Jednak sądząc z dźwięków dobiegających z wnętrza lokali, były to raczej dyskoteki. Widocznie nie wszyscy turyści cenili żeglarskie piosenki i przyjechali tylko po to, aby żeglować.

– U nas imprezy są w piątki i soboty – wyjaśnił jej Rysiek, gdy przyjmował ją do pracy. – Wtedy przychodzi zespół i grają na żywo. Tradycyjnie – szanty i nic innego. Trzymamy klimat, tak ma być. I siedzimy do oporu, więc przygotuj się na bezsenne noce. Za to w tygodniu kuchnia kończy o dwudziestej drugiej, potem tylko bar i też nie dłużej niż do jedenastej. No, może wpół do dwunastej.

Jagoda miała nadzieję, że przed weekendem dojadą nowe kelnerki, bo nie wyobrażała sobie pracy przez czterdzieści osiem godzin prawie bez żadnej przerwy.

Teraz obserwowała przez chwilę ludzi stojących przed jedną z dyskotek, słyszała ich głośne śmiechy i rozmowy. Wiedziała, że mogłaby być wśród nich. Przecież przez ostatnie lata właśnie tak spędzała czas – zabawa, alkohol, głośna muzyka. Dlaczego więc, patrząc na nich, czuła, że nic ją z tamtym światem nie łączy?

Że niby bliżej mi do zakurzonego pokoiku na zapleczu? – zadała sobie pytanie. – Nie, bez przesady…

A jednak czuła, że nie chciałaby być na miejscu imprezowiczów.

Po prostu jestem zmęczona – doszła do wniosku. – Przecież gdyby Mirek był inny…

Ale nie był. Chociaż bardzo chciała i prawie do ostatniej chwili miała na to nadzieję. Kiedy ją straciła? Chyba wtedy, gdy zupełnie zlekceważył jej lęki.

– Nie przesadzaj, dziewczyno. To było wieki temu – machnął ręką, gdy skończyła swoją opowieść. – Kupiłem nowy jacht i chcę na nim spędzić kilka dni z moją kobietą. Pakuj się więc, bo wyjeżdżamy za godzinę.

– Nigdzie nie pojadę – spróbowała się postawić.

– Ależ pojedziesz – mówił spokojnie, lecz Jagoda zobaczyła w jego oczach jakieś niebezpieczne błyski. – Będziesz siedziała ze mną na pokładzie i opalała się. A pod pokładem czeka bardzo wygodne łóżko i schłodzony szampan. No, ruszaj! I nie chcę słyszeć już żadnego narzekania. Bo chyba nie masz powodów do niezadowolenia, prawda?

Uległa, jak zawsze, choć tym razem było to bardzo trudne. I zupełnie wbrew sobie znalazła się w Mikołajkach.

Jagoda była tak pogrążona w myślach, że mało brakowało, a uderzyłaby w uliczną latarnię. Gdyby nie ostrzegawczy krzyk zbłąkanej mewy, który wyrwał ją z zamyślenia, z pewnością nie uniknęłaby wypadku.

Jeszcze brakuje mi guza na środku czoła – pomyślała ze złością. – Albo wstrząsu mózgu i szpitala. Gdzie ja właściwie jestem?

Rozejrzała się dookoła.

A to historia! Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła.

Bo oto stała przed tawerną Mazurskie Lato. A raczej przed tym, co chyba kiedyś tawerną było. Budynek nie robił dobrego wrażenia. Kwiaty w donicach wyglądały na dawno niepodlewane, w oknach wisiały zakurzone rybackie sieci, a neon migał smętnie, jakby resztkami sił.

Wygląda raczej na podrzędną knajpę – uznała. – Nie wydaje mi się, żeby wszedł tu ktoś przy kasie – uznała.

Podeszła bliżej. Zauważyła, że chociaż na drzwiach widnieje informacja, że lokal czynny jest do dwudziestej trzeciej, to w środku nadal pali się światło.

Mają jeszcze gości? – zdziwiła się. – Bez muzyki? Pewnie kilku smętnych piwoszy przysypia nad stołami.

Przyszło jej do głowy, że ma szansę odgryźć się chłopakowi za to, jak ją potraktował. Tak wszystko krytykował, a tymczasem sam pracuje w takim miejscu!

Wejdę – postanowiła. – I jeśli jest, pozwolę sobie na kilka szyderczych uwag. Przekona się, jak to jest!

Ostrożnie pchnęła drzwi i znalazła się we wnętrzu Mazurskiego Lata. Rozejrzała się dookoła i zauważyła tylko jedną postać siedzącą przy stole tyłem do wejścia.

Jest nawet gorzej, niż myślałam – stwierdziła z satysfakcją.

Powoli podeszła do baru i czekała, aż ktoś wyjdzie z zaplecza.

– Czego tu szukasz? – usłyszała nagle za plecami męski głos.

Odwróciła się i zobaczyła, że ten, którego wzięła za ostatniego klienta, jest chłopakiem, który odwiedził dziś Złotą Rybkę.

– Przechodziłam obok i postanowiłam wstąpić – odparła.

– Przechodziłaś akurat? – powtórzył z ironią. – Tędy?

– Tak.

– A dokąd to idziesz?

– Na spacer.

– To nie zatrzymuję.

– Miły to ty nie jesteś. I wcale nie zyskujesz przy bliższym poznaniu – stwierdziła Jagoda.

– Bo wcale mi na tym nie zależy. – Wzruszył ramionami. – I powiedziałem przecież, że możesz sobie iść. Nie chcę mieć nic wspólnego ze Złotą Rybką. Ani z nikim, kto tam pracuje.

– A jednak będziesz musiał – odparła z satysfakcją.

– Niby dlaczego?

– Dlatego, że tam są twoje klucze.

– Jakie klucze?

– Normalne. Breloczek z kotwicą. Mówi ci to coś?

Chwycił się za kieszeń.

– To od domu – powiedział. – Nawet nie zauważyłem, że ich nie mam.

– Są do odbioru w barze – poinformowała.

– Nie mogłaś przynieść?

– Uważasz, że zasłużyłeś na przysługę? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy – Zresztą mówiłam, że wcale nie zamierzałam tu przychodzić. I nie miałam pojęcia, że tu cię spotkam – skłamała. – Dobranoc.

Nie odpowiedział.

Gbur! – pomyślała, wychodząc z Mazurskiego Lata.

* * *

Po powrocie wzięła prysznic i owinięta w ręcznik usiadła na brzegu łóżka. Starała się rozczesać mokre włosy i jednocześnie utrzymać równowagę na sfatygowanym meblu. Łatwiej byłoby to zrobić, stojąc, ale naprawdę ledwie trzymała się na nogach. Toczyła więc uparcie tę nierówną walkę, aż wreszcie odrzuciła ostatni kosmyk na plecy.

– Pięknie wyglądasz. – Rysiek stał w drzwiach pokoiku, oparty o framugę drzwi, z rękami w kieszeniach czarnych dresowych spodni.

– Co szef tu robi? – zerwała się na równe nogi i złapała rękami za brzeg ręcznika, żeby nie opadł.

– Daj już spokój z tym szefem – uśmiechnął się mężczyzna. – Mów mi po imieniu, w końcu za kilka dni będziesz moją prawą ręką. – Zmierzył ją spojrzeniem i pokiwał z uznaniem głową.

Jagoda czuła się niezręcznie, a jego taksujący wzrok wzbudził w niej niepokój.

– Wyjdź, proszę, muszę się ubrać – powiedziała, starając się, żeby jej głos brzmiał pewnie.

– Nie przesadzaj, myślisz, że ja kobiety nie widziałem?

Ani myślał wyjść. Przeciwnie. Zrobił krok w jej kierunku.

– To co? Myślałaś nad tym, co mówiłem? – Wyciągnął rękę i położył ją na jej nagim ramieniu. – Jesteś gotowa na awans? Kierowniczka najlepszej tawerny w Mikołajkach to jest coś! Niejedna chciałaby być na twoim miejscu…

Zrobił kolejny krok, Jagoda chciała się cofnąć, ale nie miała dokąd. Tuż za nią był brzeg łóżka. Zachwiała się.

– Spokojnie, powoli. – Rysiek złapał ją i przyciągnął do siebie. – Słyszałem, że wiesz, o co chodzi, i jesteś chętna, ale nie wiedziałem, że aż tak… – roześmiał się obleśnie.

– Zostaw mnie! – krzyknęła i próbowała wyrwać się z jego uścisku.

– Nie udawaj takiej niedostępnej! – zirytował się Rysiek i próbował zabrać ręcznik.

– Nie! Nie chcę! – Jagoda była coraz bardziej przerażona. Szarpała się ze wszystkich sił, ale czuła, że w starciu z potężnym mężczyzną jest bez szans.

– Dobry wieczór!

Rysiek zaskoczony odwrócił głowę w stronę, z której dochodził głos, i odruchowo rozluźnił uścisk. Jagoda natychmiast wykorzystała okazję i wysunęła się z jego objęć.

– Co tu robisz?! – warknął kucharz w stronę nieoczekiwanego gościa.

– Przyszedłem po klucze. – Chłopak rzucił szybkie spojrzenie na Jagodę, która wyjęła torbę i w pośpiechu zaczęła wrzucać do niej swoje rzeczy. – Wypadły mi tu dzisiaj i podobno są do odbioru w barze.

– Nie widzisz, że przeszkadzasz? Spadaj! – zdenerwował się Rysiek.

– Jak tylko wezmę klucze. – Chłopak zachował kamienną twarz.

Jagoda wrzuciła ostatnią bluzkę do torby.

– Zaraz ci przyniosę – powiedziała.

Chwyciła bluzkę i spodnie, a potem szybko poszła do kuchni. Trzęsła się ze strachu i zdenerwowania, nie mogła trafić w rękaw bluzki… Wreszcie się udało, zdjęła więc klucze z wieszaka i kilka razy odetchnęła głęboko.

Wróciła do pokoju. Mężczyźni stali w milczeniu, mierząc się wrogimi spojrzeniami.

– Proszę. – Podała chłopakowi jego własność. – A to dla ciebie – rzuciła w kierunku Ryśka drugi pęk kluczy.

– Nie wygłupiaj się! – zaprotestował.

– To ja już spadam – z przekąsem wtrącił się chłopak.

– Poczekaj! Idę z tobą – szybko powiedziała Jagoda.

Zabrała torbę i wyszła, zostawiając wściekłego Ryśka w Złotej Rybce.

* * *

– Dzięki, uratowałeś mnie. – Ledwie mogła dotrzymać mu kroku.

– Nie ma za co. Żadna moja zasługa, po prostu przypadek.

– Tak czy inaczej, pomogłeś mi wyrwać się ze szponów tego zboczeńca. – Każdy krok powodował ból, ale za wszelką cenę starała się nadążyć za chłopakiem.

– Powiedziałem: nie ma sprawy. Wyrwałaś się i fajnie. Idź więc swoją drogą, a ja wrócę do domu.

– Jasne – zgodziła się. – Tylko pozwól mi pójść ze sobą jeszcze kawałek. Boję się, że tamten może mnie szukać… – mówiła prawdę, była przerażona.

Zerknął na nią spod oka.

– Dobra, niech będzie – zgodził się.

Szli w milczeniu. W pewnej chwili Jagoda poczuła, że nie da rady zrobić ani jednego kroku więcej. Stanęła więc. On także się zatrzymał.

– Co się stało? – zapytał.

– Nic. Pomyślałam, że już mogę cię uwolnić od swojego towarzystwa. – Starała się powstrzymać grymas bólu.

Popatrzył uważnie na dziewczynę.

– Okej, w takim razie idź.

Zacisnęła zęby i zrobiła kilka kroków.

Niech już sobie pójdzie – pomyślała. – A ja usiądę po prostu tutaj, na krawężniku, i odpocznę. Potem zastanowię się, co dalej.

Chłopak podszedł do Jagody i wziął z jej ręki torbę.

– Co robisz? – zapytała.

– Zaniosę ci to – oświadczył spokojnie. – To dokąd idziemy?

– Nie wiem – wyznała szczerze. – Może nad jezioro? A najlepiej na najbliższą ławkę. – Nie chciała okazać słabości i z całych sił powstrzymywała łzy. A bardzo chciało jej się płakać. Z bezradności i bólu.

Ale nie przy nim – powtarzała w myślach. – Nie przy nim!

– Chcesz powiedzieć, że będziesz spała na ławce?

– Nie, chcę powiedzieć, że mam wykupiony apartament, tylko dla fanu postanowiłam spać w tej klitce przy kuchni i dawać się obłapiać temu obleśnemu grubasowi. – Chciała, żeby zabrzmiało to złośliwie, ale wyszło żałośnie.

Pokiwał głową.

– No co? Nie można spać na ławce? – broniła swojej godności resztkami sił.

– Można – zgodził się. – Ale to nie najlepszy wybór. – Podszedł bliżej. – Oprzyj się na moim ramieniu i pójdziemy powoli. Daj znać, gdy będziesz chciała na chwilę się zatrzymać.

– Dokąd idziemy?

– Do Mazurskiego Lata. Może się zdziwisz, ale tam też jest pokój na zapleczu. Bardziej biuro, ale da się przespać.

* * *

Obudziły ją promienie wschodzącego słońca. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie jest. Przebiegła wzrokiem po regałach, niewielkim biurku i nieco poszarzałych firankach.

Musiała zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie wczorajszy dzień i noc.

Ach, racja, przyprowadził mnie tutaj i nakarmił mielonką z puszki. – Usiadła i przetarła oczy. – Gdyby nie gorąca herbata, to chyba nie dałabym rady tego przełknąć – uśmiechnęła się na wspomnienie tej niby kolacji. – Potem wyciągnął skądś materac i koce. Pokazał mi łazienkę i poszedł sobie.

Poruszyła stopami. Było lepiej niż wczoraj. Nogi odpoczęły i Jagoda uznała, że da radę wstać.

Ubieram się i wynoszę stąd – zdecydowała. – Byle dalej od Mikołajek i całych tych Mazur. Choćbym miała jechać autostopem – zdecydowała.

Umyła się i złożyła koce. Z torbą w ręku wyszła na salę i skierowała się do drzwi.

– Uciekasz? – usłyszała głos chłopaka. – W sumie powinienem się tego spodziewać. To bardzo w twoim stylu: wyjść bez pożegnania.

– Skąd ty możesz wiedzieć, co jest w moim stylu? – popatrzyła na niego ze złością. – Po prostu nie chciałam ci robić więcej kłopotu.

– Skoro myślisz, że wyjęcie materaca z szafy jest problemem, to niewiele wiesz o prawdziwych trudnościach.

A już myślałam, że zmienię o nim zdanie. – Jagoda westchnęła i postawiła torbę na najbliższej ławie.

– Słuchaj, jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc i w ogóle, ale naprawdę nic o mnie nie wiesz, wiec mnie nie oceniaj. Zaraz zniknę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz.

– Bardzo mi to odpowiada. Nie jestem instytucją charytatywną dla nieszczęśliwych dziewczynek – burknął.

– Nawet mi to do głowy nie przyszło. Zresztą patrząc na to – rozejrzała się po wnętrzu Mazurskiego Lata – to raczej ty potrzebujesz pomocy.

Chłopak wyszedł zza baru i podszedł do niej szybkim krokiem.

– Nie mów tak!

– Jak? Przecież widzę, co tu się dzieje. – Jagoda wzruszyła ramionami.

W duchu nawet ucieszyła się trochę, że wreszcie trafiła w czuły punkt.

– To kiedyś była wspaniała tawerna – powiedział chłopak z przekonaniem. – Taka z prawdziwego zdarzenia, z autentycznym klimatem, a nie sławą napompowaną przez reklamę.

– Jesteś właścicielem?

– Teraz tak. – Skinął głową. – Ale wcześniej należała do mojego wujka. On ją stworzył, była dla niego jak dziecko.

Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach.

Jagoda zajęła miejsce naprzeciw niego. Zaintrygowała ją ta historia.

– To co się stało? – zapytała. – Dlaczego się zmieniło? Nie radzisz sobie?

Chłopak podniósł głowę i popatrzył jej w oczy.

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Skoro pytam, to chyba chcę.

– Wujek przyjechał tu z miłości. Pochodził ze Śląska, ale kobieta, którą pokochał, marzyła o tym, żeby mieszkać właśnie na Mazurach. Nie pytaj mnie dlaczego, bo nie wiem. I wujek postanowił, że da jej to, czego chciała. Harował w kopalni i odkładał każdy grosz. Powoli to szło, ale nie tracił nadziei. Taki romantyk z niego był – uśmiechnął się gorzko. – Pewnego dnia trafiła się okazja: ktoś chciał sprzedać stary dom na Mazurach. Wujek wziął wszystkie zebrane pieniądze i kupił go. Przyjechał tutaj i zaczął własnymi rękami go remontować. Najmował się do różnych prac, żeby zarobić na materiały. Wszystko dla swojej kobiety.

– Fajny facet z tego twojego wujka. Szkoda, że teraz już takich nie ma – westchnęła Jagoda. – Cudowna historia…

– Poczekaj, bo teraz będzie ta mniej wspaniała część – przerwał jej. – Kiedy dom był gotowy, wujek pojechał, żeby przywieźć tu ukochaną. Niestety okazało się, że nie miała tyle cierpliwości, ile on. Zaręczyła się z innym i wyobraź sobie, że już nie chciała mieszkać na Mazurach. Wybrała mieszkanie w Nowej Hucie. Trzy pokoje z łazienką i centralnym ogrzewaniem. Luksus – ostatnie zdania wypowiedział z ironią.

– Oj, to rzeczywiście… I co zrobił wujek?

– A co miał zrobić? Wrócił tutaj. Wziął jakiś kredyt czy pożyczkę i otworzył bar. Tak to się wtedy nazywało, zanim modne stały się tawerny. Nigdy już się z nikim nie związał. Mówił, że już kochał i więcej nie potrafi.

– Pozostał romantykiem – uznała Jagoda.

– Jeszcze jakim! Uznał, że skoro on nie miał szczęścia w miłości, to chociaż pomoże innym ją znaleźć. I trzeba przyznać, że mu się udawało. Mama mówiła, że skojarzył kilkadziesiąt par.

– Naprawdę?

– Tak. Nazwał swój lokal Mazurskie Lato, a na siebie kazał mówić: bosman Maciej. Żeby pasowało do klimatu i kojarzyło się z rejsami, wolnością i przygodą. Tak mówił. Sama widzisz, romantyk jakich mało – zakończył gorzko.

– Ale to przecież podobno w Złotej Rybce znajduje się miłość – przypomniała Jagoda.

– Gówno prawda! – dosadnie zaprotestował chłopak. – To ten bogaty palant ukradł naszą historię. Przyjechał nie wiadomo skąd, szastał kasą, zachowywał się jak pan i władca. Usłyszał o wujku i szczęśliwych parach. A potem stwierdził, że bardzo mu się na Mazurach podoba. Wszedł w spółkę z Ryśkiem, wpakował w Złotą Rybkę mnóstwo kasy, ale kto bogatemu zabroni, prawda? – Spojrzał na Jagodę, a ona zobaczyła w jego oczach smutek. – Wykorzystał historię wujka dla własnego biznesu, rozumiesz? A wujek nie chciał z nim walczyć. Skutek był taki, że odwiedzało nas coraz mniej osób, a tawerna stopniowo podupadała.

No to mamy wspólnego wroga – stwierdziła Jagoda. – Kto by pomyślał, że coś może nas łączyć.

Bo przecież jasne było, że chłopak mówił o Mirku. Postanowiła nie przyznawać się, że coś ją z nim łączyło.

– Wiesz, ja nienawidzę Mazur – powiedział nagle i zamilkł.

O, to druga wspólna dla nas obojga rzecz – zauważyła dziewczyna

– To dlaczego nie wyjedziesz? – zapytała.

– Obiecałem wujkowi, że będę prowadził Mazurskie Lato. Jestem mu to winien, wychowywał mnie po śmierci mamy – ostatnie zdanie powiedział tak cicho, że ledwie usłyszała.

– No to dlaczego nie bierzesz się do roboty? Przecież siedząc przy stole i użalając się nad sobą, niczego nie naprawisz. Nie próbowałeś czegoś wymyślić?

– Owszem, próbowałem. Miałem nawet plan. Niestety, w naszej rodzinie historia chyba lubi się powtarzać. Z tą różnicą, że w przypadku mojej dziewczyny zamiast mieszkania w Nowej Hucie wygrał jacht. Też luksus, prawda? – Wbił wzrok w blat stołu.

Więc jeszcze i to! – pomyślała Jagoda. – No to przynajmniej wiem, skąd się wzięła nowa właścicielka mojej sukienki. A to zdzira!

Zrobiło jej się żal chłopaka. No i nadal była wściekła na Mirka, a teraz jeszcze na tę dziewczynę.

A gdyby tak zagrać im na nosie? – przyszło jej do głowy.

– Hej, a co byś powiedział na małe wsparcie? – zapytała bez namysłu.

– Nie rozumiem? – zdziwił się

– Słuchaj, mam wobec ciebie dług wdzięczności. Gdyby nie ty, Rysiek… sam rozumiesz… W każdym razie uratowałeś mnie. W ramach rewanżu oferuję ci pomoc w doprowadzeniu Mazurskiego Lata do porządku. Posprzątamy tu wspólnie, zaaranżujemy trochę lepiej wnętrze i pomyślimy nad jakąś strategią. Studiowałam marketing, choć tylko teoretycznie, za to bardzo praktycznie umiem roznosić piwo i smażoną rybę.

– Z tym ostatnim to trochę na wyrost, o ile pamiętam. – Po raz pierwszy zobaczyła, że się uśmiecha.

– Daruj sobie! – Odwzajemniła uśmiech. – Ja ci proponuję pomoc, a ty mi wypominasz drobny wypadek…

– Mówisz serio? – spoważniał. – Naprawdę chciałabyś tu pracować?

Pokiwała głową.

– Chwilowo nie mam nic lepszego do roboty. Za nocleg i jedzenie pomogę w sprzątaniu, a potem ustalimy, co dalej.

Wyciągnęła rękę w jego kierunku.

– To co? Przyjmujesz moją propozycję?

– Nie wiem, dlaczego to robisz, i nie wiem, czy coś z tego będzie, ale nie mam nic do stracenia, więc przyjmuję. – Uścisnął jej dłoń. – To od czego zaczniemy?

– Proponuję od śniadania. – Dziewczyna poczuła ssanie w żołądku.

– Może być jajecznica?

– Jasne! Ale zanim pójdziemy do kuchni, powinniśmy chyba wreszcie się poznać – zauważyła.

– Jak to: poznać?

– Normalnie. Przecież nawet nie wiem, jak masz na imię.

– Ale numer! Rzeczywiście! Jestem Paweł. A ty?

– Jagoda – odpowiedziała. – A bruderszaft wypijemy kawą, co? Bo bez niej nie potrafię dobrze pracować.

* * *

Jagoda siedziała na pomoście i machała nogami. Obserwowała zieloną linię lasu na drugim brzegu jeziora. Lekki wiatr wiał w stronę wody i raz po raz musiała poprawiać kosmyki włosów opadające jej na twarz.

– Co tu robisz? – Paweł usiadł obok Jagody. – Myślałem, że nie lubisz wody.

Pewnego dnia opowiedziała mu o historii z dzieciństwa. Wypadła z łódki i o mało się nie utopiła. Od tamtej pory na samą myśl o jakimkolwiek akwenie panikowała.

– Dzisiaj poczułam, że mam ochotę tu przyjść – odparła. – Może to taka potrzeba jakiegoś symbolicznego zakończenia?

Pracowali wspólnie prawie trzy miesiące. Jagoda musiała przyznać, że wykonali kawał dobrej roboty. Tawerna po lekkim liftingu prezentowała się bardzo stylowo. Choć sytuacja finansowa Pawła mocno ich ograniczała, to udało się kupić farbę i odświeżyć ściany. Na jednej z nich Jagoda powiesiła zdjęcia par, które poznały się i pokochały w Mazurskim Lecie. Goście przysyłali te fotografie bosmanowi Maciejowi z podziękowaniami i uzbierało się ich przez lata całkiem sporo.

– To chyba zbyt cukierkowe – narzekał Paweł, gdy przedstawiła mu swój pomysł.

– Trzeba się pochwalić tym, co najlepsze, i pokazać ludziom, jaka jest prawda. Twój wujek na pewno by tego chciał.

Chłopak spojrzał spod oka, ale chyba trafił do niego ten argument, bo odnalazł zdjęcia i nawet zrobił do nich ramki ze starych desek i gałązek. Wyszło bardzo klimatycznie.

– Musisz podnieść ceny przynajmniej dwukrotnie – oznajmiła Pawłowi, gdy planowali menu.

– Zwariowałaś! Przecież nikt tyle nie zapłaci za smażoną rybę.

– Zapewniam cię, że zapłaci. I nie chodzi wcale o rybę. Chcesz zarabiać? To musisz mieć bogatych klientów, a oni muszą chcieć zostawić tu pieniądze. Zrobią to, jeśli będą mieć poczucie, że to wyjątkowe miejsce. Wiem, co mówię.

Bo wiedziała. Gdy była z Mirkiem, poznała wielu bogatych mężczyzn, słyszała ich rozmowy i znała sposób myślenia. Dlatego najpierw podkupiła Złotej Rybce zespół, który grał tam w weekendy.

– Nie stać nas na taką stawkę – protestował Paweł.

– Będzie nas stać, zapewniam.

Potem długo musiała namawiać chłopaka, żeby zgodził się wykorzystać znajomości na przystani. Wszyscy znali go od dziecka, bosmana Macieja także dobrze wspominali, więc nie odmówili Pawłowi. W ten sposób każdy właściciel jachtu dowiedział się, że Mazurskie Lato to jedyna prawdziwa tawerna, godna żeglarza.

„Ale niełatwo tam się dostać” – dodawano ciszej. „No, chyba że ktoś wprowadzi i poleci”.

W ten sposób bywanie w Mazurskim Lecie szybko stało się modne wśród najbogatszych turystów przyjeżdżających do Mikołajek. Czuli się wyróżnieni, bez mrugnięcia okiem płacili, a znajomi Pawła, załatwiający tak pożądane „polecenia”, też mieli z tego dodatkowy dochód, więc starali się, żeby gości nie brakowało.

Po miesiącu przyjęli do pracy trzy kelnerki i kucharza i wreszcie mogli mieć trochę wolnego. Jadali razem kolacje, zazwyczaj w ogródku za tawerną, z dala od gwaru i muzyki.

Paweł okazał się sympatycznym człowiekiem, a kiedy minął mu ponury nastrój, zamienił sarkazm i ironię na dowcip. Nie raz rozśmieszył ją do łez. Naprawdę dobrze się z nim czuła i lubiła to wspólne zakończenie dnia.

– Za tydzień koniec sezonu – stwierdził pewnego dnia Paweł. – Wszyscy stąd wyjadą, zrobi się pusto i cicho.

– Jak to: wszyscy wyjadą?

– Nie dosłownie, zawsze trafiają się jacyś jesienni turyści, ale to pojedyncze osoby. A za miesiąc to już zostaną tylko miejscowi. Tak tu jest. Koniec sezonu i lokale się zamyka. Aż do kolejnego roku.

Jagoda zrozumiała, że ich współpraca dobiega końca.

Pora wracać do Kielc – pomyślała.

Następnego dnia poinformowała Pawła o terminie wyjazdu.

– Rozumiem. – Pokiwał głową. – Oczywiście rozliczę się z tobą, zgodnie z naszą umową.

Suma okazała się całkiem pokaźna. Mogła za nią wynająć mieszkanie i przeżyć kilka miesięcy, zanim znajdzie pracę. Zrealizowała plan, który powzięła, gdy zeszła z jachtu Mirka. Powinna być z siebie dumna, więc dlaczego było jej smutno?

– Jutro wyjeżdżasz? – zapytał Paweł.

Nie patrzył na nią, ale czuła, że czeka na odpowiedź.

– Tak, przecież sezon się kończy, prawda?

– Jeszcze ci nie podziękowałem.

– Za co?

– Nie udawaj, przecież sukces Mazurskiego Lata to głównie twoja zasługa.

– Bez przesady, harowałeś jak wół – odparła. – Poza tym byłam ci to winna.

– Prawie dorównaliśmy Złotej Rybce – zauważył Paweł.

– W przyszłym sezonie będziesz lepszy. Jestem tego pewna – uśmiechnęła się.

– A nie chciałabyś tego osiągnąć razem ze mną? – Oderwał wzrok od fal i spojrzał na Jagodę z powagą.

– Jak mam to rozumieć? – Zerknęła na niego niepewnie.

– Przecież wiesz jak. Chciałbym, żebyś została…

– W Mazurskim Lecie?

– Nie. W moim domu. Naszym – poprawił się szybko.

Jagoda podkurczyła nogi i odwróciła się w stronę chłopaka.

– Wiesz, że nie mam do czego wracać – powiedziała. – I prawdę mówiąc, choć trudno mi samej w to uwierzyć, pokochałam Mazury. Poza tym dobrze mi z tobą…

– Więc zostań. – Objął ją ramieniem.

– Poczekaj – poprosiła. – Zanim odpowiem, musisz wiedzieć o dwóch rzeczach. Jeśli potem podtrzymasz swoją prośbę, zostanę. Jeśli zmienisz zdanie, zrozumiem i nie będę mieć pretensji. Rozstaniemy się jak wspólnicy i przyjaciele. Dobrze?

Pokiwał głową. To w nim lubiła – przyjmował wszystko naturalnie i po prostu. Mogła być z nim szczera bez obaw.

– Po pierwsze powinieneś poznać moją historię. Chcę, żebyś wiedział, jak i dlaczego znalazłam się w Mikołajkach i w Złotej Rybce.

Powiedziała mu całą prawdę, nie pominęła niczego. Czuła, że jeśli mają coś razem zbudować, musi to być oparte na szczerości.

Kiedy skończyła, w napięciu czekała, co powie Paweł.

Ten milczał dłuższą chwilę, wreszcie popatrzył na dziewczynę poważnie.

– Wygląda na to, że to była nasza wspólna sprawa. Powinienem się wcześniej domyślić, że nie bez przyczyny tak się angażujesz. Swoją drogą to ciekawa historia. Jakby się zastanowić, to każdy z jej bohaterów trafił na odpowiednie miejsce.

Musiała przyznać mu rację.

– To co? Nie przeszkadza ci moja przeszłość?

– Myślę, że możemy uznać tamten rozdział za zamknięty. A skoro taka droga doprowadziła cię tutaj, to widocznie tak musiało być – uśmiechnął się. – Przecież inaczej nie przyjechałabyś na Mazury, prawda?

– Nigdy w życiu!

– No to było, minęło. Zapomnijmy o tym – zdecydował. – A ta druga sprawa, o której miałaś mi powiedzieć?

– Rzeczywiście! Przygotuj się na szok – ostrzegła. – Bo nie wiesz o mnie jeszcze jednej rzeczy. Otóż tak naprawdę nie mam na imię Jagoda. To on mnie tak nazwał, bo uznał, że lepiej brzmi… W rzeczywistości jestem Jadwiga. – Spojrzała na niego z udawanym przerażeniem.

– Serio?! – roześmiał się Paweł. – Jesteś Jadzia?! Cudownie! – Znów objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. – Bardzo mi to odpowiada. Kiedy mnie zdenerwujesz, będę mówił do ciebie: Jadźka – nie przestawał się śmiać.

– Jesteś wstrętny!

– Dziwi cię to? Przecież sama mówiłaś, że nie zyskuję przy bliższym poznaniu.

* * *

Stanęła w progu pokoju z torbą w dłoni. Tuż za nią zatrzymał się Paweł.

– Śmiało! – powiedział. – To teraz też twój dom. Rozejrzyj się, a ja zrobię kawę. Potem pokażę ci sypialnię i twoje półki w szafie.

– Tylko półki? – udała zdziwienie. – Sądziłam, że będę mieć całą szafę dla siebie.

– Z czasem się dorobimy – mrugnął okiem. – I czegoś, co będziesz mogła w niej powiesić.

Zostawił ją w salonie i poszedł do kuchni.

Jagoda postawiła torbę na kanapie i rozejrzała się po pokoju. Podeszła do okna, z którego rozciągał się widok na jezioro i las, który pięknie wyglądał w jesiennej szacie. Potem podeszła do biblioteczki. Na jednej z półek zauważyła oprawione w drewnianą ramkę zdjęcie. Wzięła je do ręki i przyglądała się z zaciekawieniem.

– Co cię tak zainteresowało? – Paweł podszedł do niej z kubkami kawy w dłoniach i zajrzał jej przez ramię.

– Wiesz, to niesamowite – powiedziała.

– Co?

– Nie mówiłam ci o tym, ale to właśnie ten człowiek powiedział mi, gdzie mogę cię znaleźć. Wiesz, wtedy, gdy zgubiłeś klucze…

– To niemożliwe. – Paweł pokręcił głową. – Na zdjęciu jest mój wujek, a on zmarł w ubiegłym roku.

Jagoda, a właściwie Jadzia, patrzyła na siwą brodę, chustkę na głowie i mądre oczy o ciepłym spojrzeniu.

– To na pewno on. Bosman Maciej – powtórzyła z uporem. – Doskonale pamiętam.

Chłopak odstawił kubki na stół i podszedł do dziewczyny. Objął ją ramieniem.

– Musiałaś się pomylić. Tu chodzi wielu takich, którzy stylizują się na wytrawnych żeglarzy. A przez te brody trudno ich odróżnić.

Wyjął jej zdjęcie z rąk i odstawił na półkę.

– Zobacz, to kompas wujka. – Wskazał na przedmiot leżący obok. – Podarował mi go kiedyś i powiedział, że wskaże mi dobry kurs, żebym dotarł do właściwego portu. Wygląda na to, że dotarłem – uśmiechnął się i pocałował Jadzię w policzek. – Siadaj, wypijemy pierwszą wspólną kawę w naszym domu – poprosił.

Kompas