Matylda - Karolina Wójciak - ebook + książka

Matylda ebook

Karolina Wójciak

4,4

Opis

KAŻDY MA JAKĄŚ HISTORIĘ, KTÓREJ NIKOMU NIE ZDRADZI!

Po dostaniu się na praktyki do korporacji Matylda jest przekonana, że jej życie wreszcie nabierze barw, zaś Kostkowi, który chwilowo przerwał studia i rzucił się w wir pracy, by zarobić na utrzymanie, wydaje się, że jest zaledwie o krok od zrealizowania swych planów. Tak niewiele potrzeba im do szczęścia…Powieść o młodych ludziach, którzy mieszkając w wielkim mieście, zmuszani są do podejmowania trudnych decyzji. Każde z nich stara się przetrwać, stać się lepszą wersją samego siebie i osiągnąć coś w życiu. Tymczasem los rzuca im kłody pod nogi, zmieniając ich życie w lawinę beznadziejności. Postawieni przed wyborem, czy przyjąć los z pokorą, czy też zmieniać go na siłę, szukają dróg wyjścia, które niestety czasem kończą się ślepym zaułkiem.


„Wydawało mi się, że uderzę ją tak mocno, że jej ciało poleci gdzieś w powietrze, a potem opadnie z hukiem na bok i od razu się zabije. Tymczasem prędkość była za mała, by osiągnąć
ten cel. Uderzenie tylko ją przewróciło, a następnie wpadła pod koła. Przejechanie po jej ciele było przerażającym doświadczeniem. Po pierwsze miałem wrażenie, że hałas uderzania jej ciałem o podwozie był identyczny z tym, jakbym wjechał na jakąś wyboistą drogę, a po drugie stało się to tak szybko, że gdy zatrzymałem samochód, nie wiedziałem, co dalej zrobić. Obaj zamarliśmy.
– Przejedź ją jeszcze raz – rzucił po chwili Kamil. – Wiesz, na wypadek gdyby jeszcze żyła”.

​Czy gdy traci się grunt pod nogami, wszystkie chwyty są dozwolone? Jak daleko można się posunąć w ucieczce przed bezlitosnym losem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (181 ocen)
117
32
18
11
3
Sortuj według:
solo81

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Iwelja

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna książka Pani Karoliny, która nie pozwala na nudę. Oj dzieje się! Tylko dlaczego takie zakończenie?
00
AniaMW

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, trudno się oderwać
00
Ksurg

Z braku laku…

Jednym słowem - kiepskie. cala historia nie bardzo się skleja. Skąd pomysł żeby dać na imię trzem kobietom Matylda Magda Monika?Mozna sobie darować.
00
asiulam1982

Nie oderwiesz się od lektury

Ale że co że to już koniec 🙈🙈🙈
00

Popularność




Martom –

Marcie Kaczmarek za to, że przeczytała każde napisane przeze mnie słowo.

Każde, a są ich już setki tysięcy!

Marcie Susło za wiarę we mnie i moje pisanie.

– To jak to zrobisz?

– Poczekam, aż dojdzie chodnikiem do przejścia, i gdy już będzie na ulicy, to ją przejadę – tłumaczyłem spokojnie, mimo że zaczynał mnie ogarniać strach.

Już nie wydawało mi się to takie proste, ale cieszyłem się, że nie byłem sam.

– Masz jaja, stary.

Wpatrywaliśmy się w klatkę bloku, czekając, aż wyjdzie. Było tak ciemno, że musieliśmy wytężać wzrok. Gdy jakaś postać wychodziła, kilka razy pytaliśmy siebie nawzajem, czy to ona. Potrzebowaliśmy potwierdzenia, w tej zimowej czarnej kurtce była nie do rozpoznania. Obaj stwierdziliśmy, że to musiała być ona, bo i czas, i miejsce się zgadzały. Odprowadziliśmy ją wzrokiem po chodniku. Ruszyłem bez włączania świateł.

Wydawało mi się, że uderzę ją tak mocno, że jej ciało poleci gdzieś w powietrze, a potem opadnie z hukiem na bok i od razu się zabije. Tymczasem prędkość była za mała, by osiągnąć ten cel. Uderzenie tylko ją przewróciło, a następnie wpadła pod koła. Przejechanie po jej ciele było przerażającym doświadczeniem. Po pierwsze miałem wrażenie, że hałas uderzania jej ciałem o podwozie był identyczny z tym, jakbym wjechał na jakąś wyboistą drogę, a po drugie stało się to tak szybko, że gdy zatrzymałem samochód, nie wiedziałem, co dalej zrobić. Obaj zamarliśmy.

– Przejedź ją jeszcze raz – rzucił po chwili Kamil. – Wiesz, na wypadek gdyby jeszcze żyła.

Oddychałem ciężko, ale wiedziałem, że nie mogliśmy tam zostać. Musiałem szybko decydować. Wrzuciłem wsteczny, ale w tym samym czasie dobiegło nas szczekanie psa. Zmieniłem bieg i odjechaliśmy.

MATYLDA

10 miesięcy wcześniej…

Wszystko we mnie było przeciętne. Skóra, włosy, figura, nawet iloraz inteligencji. Zwykła dziewczyna, jakich miliony na tej planecie. Nie miałam w sobie niczego, co by przyciągało uwagę, co by sprawiało, że wyróżniałabym się z tłumu. Przecież mysie włosy, piwne oczy i bladość to cechy statystycznego Polaka. Zresztą czego oczekiwałam, jeśli nawet rodziców miałam przeciętnych.

Siedzieliśmy raz przy stole, jedząc niedzielny obiad.

– A wy ze sobą to jeszcze rozmawiacie? – zapytałam.

Oboje spojrzeli na siebie zaskoczeni moim śmiałym pytaniem, ale żadne z nich przez długi czas nie wiedziało, co powiedzieć, aż w końcu głos zabrała mama, starając się przerwać ciszę.

– Oczywiście. – Nakładała sobie kolejną porcję sałatki. – Codziennie.

– Tak? – powątpiewałam. – To o czym dzisiaj rozmawialiście?

Odłożyłam na bok sztućce gotowa do konfrontacji i przeskakiwałam pomiędzy nimi wzorkiem. Ewidentnie ich zaskoczyłam, czuli się skonsternowani.

– A czemu tak dociekasz? – Mama starała się uniknąć odpowiedzi, a następnie wywołała ojca. – Tadeusz, powiedz coś.

– Mama mówiła dziś, że przyjedziesz – przemówił w końcu tata, nawet na mnie nie patrząc.

– To tyle? – Uniosłam brwi zawiedziona ich odpowiedziami. – Nie rozmawiacie już o swoich pasjach, o życiu, o oczekiwaniach, planach, o tym, co was martwi, co cieszy, co sprawia, że dany dzień był szczególny… nie wiem, o czymś, co się wydarzyło…

– No tak, o tym też – przytaknęła mama i wyciągnęła do mnie rękę z półmiskiem. – Nałóż sobie, kupiłam dzisiaj świeże warzywa na targu… – Zawiesiła na chwilę głos, a potem zaczęła opowieść o jakiejś mojej znajomej, której matkę spotkała przypadkowo, przeciskając się w tłumie na bazarze, a która z kolei miała ciekawe doniesienia z życia jeszcze innej wspólnej znajomej.

Nie dziwiło mnie wcale, że poruszyła ten temat. Życie innych było ciekawsze niż ich własne. Żadnych emocji, większych zmian czy przygód. Codziennie to samo. Nieraz ich żałowałam, bo najgorsze w tym wszystkim było to, że oni wcale nie uważali tego za problem. Wydawali się przyzwyczajeni do stanu rzeczy i przestali oczekiwać czegoś innego, lepszego. Tak jakby ich życie już się zakończyło i czekali tylko na przybycie kostuchy. Nie podobało mi się to do tego stopnia, że chciałam usilnie tchnąć w nich więcej życia. Kiedy jednak wspominałam o wycieczkach, o spotkaniach z innymi, tylko obojętnie wzruszali ramionami. Mama twierdziła, że cenią sobie spokój po wielu latach ciężkiej pracy.

Nie mogłam narzekać na dom, na rodzinę. Dali mi wszystko, czego potrzebowałam, ale czułam się tak, jakbym była przezroczysta. Ich sposób wychowywania nie nauczył mnie ani pewności siebie, ani wiary w swoje możliwości, ani odwagi do podejmowania w życiu ryzyka. Do tego wszystkiego musiałam się zmuszać, wmawiając sobie, że każdy się z tym zmaga w mniejszym lub większym stopniu. Przekonywałam samą siebie, że ludzie jedynie udają pewnych siebie, że to tylko zewnętrzna powłoka, którą widzę, że to taki kamuflaż, a tak naprawdę w środku toczą walkę tak samo jak ja. Moja sytuacja była jeszcze trudniejsza, bo rodzice wręcz powstrzymywali mnie przed wyzwaniami, w których widzieli jedynie czyhające niebezpieczeństwo. Tłumaczyli, że ryzyko i adrenalina to źli doradcy. Odradzali mi wszystkiego, co nowe i nieznane. Może uważali tak, bo byłam ich jedynym dzieckiem i gdyby coś mi się stało, ich życie zupełnie straciłoby sens. Niestety nie mieli szans na więcej dzieci, bo przyszłam na świat, gdy już się poddali i gdy ich młodość przeminęła.

Moje życie miało się w końcu zmienić, ponieważ będąc na ostatnim roku studiów, dostałam się na praktyki do dużej korporacji. Wybierali jedynie nielicznych, najlepszych. Udało mi się tylko dlatego, że ostatnie cztery lata pracowałam w administracji w szkole i według działu kadr miałam naprawdę interesujący profil zawodowy. Uśmiechałam się, przypuszczając, że zaszła jakaś pomyłka, a w mojej teczce znalazły się czyjeś dane, a nie moje. Nigdy jednak nie zwerbalizowałam swoich myśli na wypadek, gdyby zdecydowali się odebrać mi te praktyki. Wolałam siedzieć cicho i dać sobie szansę. Chciałam też wierzyć, że ta praca była mi pisana, że to będzie moje prawdziwe, dorosłe wyzwanie, dodające mi skrzydeł. Naprawdę jak niczego w życiu pragnęłam oderwania się od tej przeciętności, tego bycia średnią w każdej dziedzinie.

Mój pierwszy dzień w pracy był bardzo przytłaczający. Najpierw trafiłam pod skrzydła jakiejś dziewczyny, która wyraźnie dawała mi odczuć, że wolałaby być gdzie indziej, niż marnować swój czas na świeżaka z otwartymi z szoku ustami. Poznawałam wiele osób, ale nikogo nie zapamiętywałam. Wszystkie twarze zlewały się ze sobą w jednego typowego pracownika biurowego. Przy każdej nowo poznanej osobie zachowywałam sztuczny uśmiech, powtarzałam imię i odchodziłam oszołomiona. Wszystko toczyło się w zawrotnym tempie, a ja z każdą minutą czułam się coraz bardziej przytłoczona. Przestałam się wysilać. Po jakimś czasie funkcjonowałam jak robot – mechanicznie ściskałam dłonie i przyjmowałam gratulacje. Co chwilę widziałam ludzi z dokumentami, którzy prezentowali jakieś wykresy innym ważniakom. Rozmawiali o czymś, co do mnie w ogóle nie docierało. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek na studiach słyszała terminy, którymi teraz żonglowano tuż obok mnie. Niemniej jednak wszystko to sprawiało, że czułam się wyjątkowo. Jakbym trafiła do NASA.

Moja przewodniczka pokazywała mi pośpiesznie najważniejsze miejsca w biurze, mówiąc tak szybko, że niektóre słowa zlewały się w jedno obco brzmiące, nic nieznaczące wyrażenie. Po sprincie po korytarzu zatrzymała się przy niewielkim pomieszczeniu bez drzwi. Dostałam zagrodę na open space: z małym biurkiem, monitorem i krzesłem. Poleciła mi, żebym zagospodarowała sobie przestrzeń do pracy, i zostawiła mnie samą, tłumacząc, że prędzej czy później ktoś do mnie przyjdzie. Czułam się tak, jakbym odwiedziła kogoś w pracy, jakby to nie było moje miejsce. Wielokrotnie wstawałam i sprawdzałam, co robią ludzie obok mnie. Gdy ukradkiem ich podglądałam, przypomniała mi się scena z Matrixa. Wszyscy ładnie ubrani w garnitury, przygotowani na wezwanie w każdej chwili przed oblicze zarządu.

Wykorzystałam tę chwilę samotności na zebranie myśli, a raczej wyłączenie myślenia. Odpocząć. Klapnęłam na krzesło, zastanawiając się, co mogłabym zrobić, by ta niewielka przestrzeń wyglądała przytulniej. Poza podstawowym wyposażeniem w postaci laptopa i lampki, która sugerowała pracę po ciemku, czyli w nadgodzinach, nie było tu nic.

Wpadł do mnie administrator, który ledwie się przedstawił, a już błyskawicznie pokazał mi logowanie się do systemów, hasła, zabezpieczenia, tokeny. Wyszedł, zostawiając mnie jeszcze bardziej oszołomioną. Gdy wydawało mi się, że już osiągnęłam maksimum ogłupienia, okazywało się, że nie, bo kolejne informacje zatykały mnie tak samo jak napływ poprzednich. Spodziewałam się, że ktoś do mnie przyjdzie, by pomóc mi odnaleźć się w tym miejscu, ale patrząc na panujący tu ruch, pewnie osoba odpowiedzialna za to została pochłonięta przez nawał pracy. Wzięłam głęboki oddech, starając się zresetować myśli, i poszłam do kuchni. Stanęłam w kolejce do ekspresu do kawy. Nikt nawet nie przerwał rozmowy, kiedy podeszłam. Tak jakby nie zauważyli, że do nich dołączyłam. Zastanawiałam się, czy uznali mnie za jednego ze stałych pracowników, czy też było tu tyle nowych twarzy, że już nie zwracali uwagi na ludzi dookoła i skupiali się wyłącznie na tych, których znali osobiście. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i udając zajętą, zaczęłam intensywnie czytać portal plotkarski.

– Jesteś nowa? – usłyszałam obok.

– Tak – potwierdziłam i podniosłam wzrok.

Zobaczyłam stojącego tuż przede mną mężczyznę. Jego rudość zaskoczyła mnie do tego stopnia, że wciągnęłam powietrze ze świstem. Nawet rzęsy miał rude. Cały był rudy. Pierwszy raz widziałam kogoś tak rudego z tak bliska. Wszedł w moją strefę komfortu, więc kombinując, jak by tu się odsunąć, przestąpiłam z nogi na nogę i uciekłam od niego na bezpieczniejszą odległość.

– Karol – wyciągnął rękę.

– Matylda.

Uścisnął mnie tak mocno, jakby chciał mnie tym obudzić do życia. Jego energia była wyczuwalna od razu, od momentu, w którym podniosłam wzrok, aż po to uściśnięcie. Odwrócił się, bo nadeszła jego kolei, by przygotować sobie kawę.

– Do jakiego działu trafiłaś? – zagadywał, wciskając guziki w ekspresie.

Nie przypominałam sobie, żeby był przede mną w kolejce. Musiał się albo wcisnąć, albo podszedł do kogoś, kto już tu wcześniej stał. Być może tak dobrze udawałam zajętą, że przegapiłam jego przyjście. Tak nietypowej urody człowieka od razu bym dostrzegła.

– Do działu handlowego.

– Jesteś po SM-ie?

– W trakcie – sprecyzowałam. – Ostatni rok. Jestem tu na praktykach.

– Witaj w zespole – usłyszałam ponownie hasło, które wypowiadali tu wszyscy.

Nie zdziwiłabym się, gdyby strażnik na dole mówił to samo do wszystkich praktykantów przechodzących przez bramki przy wejściu do budynku.

– A ty z jakiego jesteś działu?

– Tego samego – uśmiechnął się. – Jestem dyrektorem.

– Ooo – rzuciłam, otwierając szeroko buzię.

Nie wiedziałam, jak zareagować. Czy powinnam tak otwarcie rozmawiać z dyrektorem? Kimś, kto był milion szczebli nade mną? Chciałam coś powiedzieć, błysnąć, pokazać, że jestem dowcipna, błyskotliwa, ale moja przeciętność upomniała się o mnie jak komornik o należność. Nic nie powiedziałam. Nic. Moje „ooo” zawisło w powietrzu, a Karol uśmiechnął się szeroko, pokazując rząd równych, idealnie białych zębów. Przyszło mi do głowy, że był biało-czerwony, więc uśmiechnęłam się na to durne skojarzenie.

– Spokojnie. – Puścił do mnie oko. – Jeszcze nie jestem CEO. Wyślę ci e-mail z jakimś zadaniem, żebyś nie spędziła całego dnia bezczynnie. Złota zasada mówi, że jak zajmiesz się pracą, zapomnisz o stresie.

– Okej – rzuciłam pośpiesznie.

Odszedł z kubkiem parującego płynu, a ja wpatrywałam się w guziki maszyny dające mi wybór pomiędzy różnymi wersjami oferowanej tu kawy. Wcisnęłam pierwszy lepszy z brzegu.

Wróciłam do siebie i starając się zrozumieć zapisy na kartce, które przygotował dla mnie administrator, zalogowałam się do systemu. Wyglądałam pewnie jak starsza pani, która po raz pierwszy dostała komputer i bała się kliknąć coś, co mogłoby popsuć urządzenie. Spowolniłam ruchy, dając sobie czas na zrozumienie procedur. W mojej poczcie były już dwa maile. Jeden z przywitaniem w zespole, drugi z prośbą o dostarczenie dokumentów do działu kadr. Mail z powitaniem miał chyba ze dwadzieścia stron. Były w nim wszystkie potrzebne informacje, takie jak: numery wewnętrzne osób, z którymi będę się kontaktowała, kody do kserokopiarek, zasady ubioru, parkowania, wychodzenia na lunch i papierosa, a także używania windy. Jednym słowem wszystko to, o co mógłby ktoś zapytać. Przeczytałam uważnie każdą stronę. Gdy doszłam do końca, pojawił się nowy mail – od rudego Karola z prośbą o zejście na dół po przesyłkę kurierską. Załączył mi numer śledzenia i szybką notkę upoważniającą mnie do odbiorów. Dopisał, żebym wzięła ze sobą ipada. Biurko stało puste, więc zaczęłam przeglądać szuflady. Ku mojemu zaskoczeniu w jednej z nich był i smartfon, i ipad. Obydwa naładowane i czekające na mnie w gotowości. Widać, że były wcześniej używane, ale i tak technologią wyprzedzały to, czym dysponowałam prywatnie. Nie spodziewałam się tego. Poczułam się jak prawdziwy, ważny pracownik biurowy.

Zjechałam windą na dół, czując się tak, jakbym była prezesem tej firmy. Usiadłam na fotelu koło sztucznego jeziorka i czekałam na przesyłkę. Przez szklane ściany zobaczyłam, że jakiś facet przyjechał na rowerze i przypiął go do metalowego znaku mówiącego o zakazie parkowania. Kiedy się odwrócił, na plecaku spostrzegłam napis reklamujący jego serwis jako najlepsze i najszybsze usługi w mieście. Wszedł do środka i podszedł do biurka ochrony. Podeszłam do niego i od razu zrobiłam dwa kroki w bok. Śmierdział jak bezdomny. Był spocony do tego stopnia, że włosy na czole zbiły mu się w mokre kępki, przyklejone do skóry. Ze skroni świecące strużki potu przemieszczały się do brody i kapały na jego klatkę piersiową. Pod pachami miał zacieki sięgające prawie wysokości pasa. Mina zrzedła mi od samego patrzenia na niego. Wytarł wierzchem dłoni brodę, ale oprócz zebrania kropel potu zostawił czarną smugę. Nawet ręce miał brudne.

– Ta przesyłka jest dla mnie – powiedziałam do ochroniarza.

– Numer nadania – rzucił facet, otwierając swój plecak.

Odczytałam mu numery ze swojego urządzenia i pokazałam mu upoważnienie. Z daleka, bo nie chciałam do niego podchodzić. Chyba zrozumiał moje zachowanie, bo z pogardliwym wyrazem twarzy rzucił oschle:

– Nie każdy ma taką pracę, że sobie siedzi i pachnie.

Nie zareagowałam. To nie tak, że nie miałam szacunku dla osób pracujących fizycznie. Uważałam, że należy im się jeszcze większe uznanie za trud i niedogodności, jakie muszą pokonywać. To ten smród mnie zablokował. Zwykła fizjologiczna reakcja, której nie umiałam zatuszować. Tak samo jak wtedy, gdy spotkałam Karola przy ekspresie. Wyrzucałam sobie, że nie potrafiłam grać, nie potrafiłam blefować. Maskować swoich naturalnych odruchów. Moje zachowanie było haniebne i czułam wstyd, ale brakowało mi odwagi, by tak wprost przeprosić, wyjaśnić. W milczeniu odebrałam paczkę z dokumentami, a facet wyszedł bez słowa. Nie naprawiłam tego. Bezmyślnie patrzyłam, jak z powrotem wsiadł na rower i odjechał. Usłyszałam chrząknięcie. Ochroniarz uśmiechnął się do mnie i zapytał, czy mógłby mi jeszcze w czymś pomóc. Dotarło do mnie, że stałam tam za długo, więc pokiwałam przecząco głową i ruszyłam do windy.

Karol rozmawiał przez telefon, gdy przyniosłam mu paczkę. Ruchem ręki wskazał mi biurko, więc delikatnie położyłam dokumenty. On w tym czasie uniósł palec, czym powstrzymał mnie od wyjścia. Napisał coś na kartce i podał mi ją. Prosił o kawę. Nie należało to wprawdzie do moich obowiązków, ale nie mogłam odmówić. Kiedy wyszłam, zatrzymałam się na chwilę obok biurka jego sekretarki.

– Przepraszam – odezwałam się cicho do dziewczyny wpatrującej się w monitor. – Chciałam zapytać, jaką kawę mam przynieść Karolowi.

– Nadal wisi na telefonie? – zapytała, odrywając się od wyświetlacza.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jej idealna skóra. Miałam ochotę dotknąć jej policzka i przekonać się, czy naprawdę jest taka w dotyku, na jaką wygląda. Była śliczna, świeża i taka delikatna. Rysy twarzy dziewczyny wyglądały po prostu idealnie. Tak jakby ktoś ją namalował.

– Chodź, pokażę ci – zaoferowała, wstając od biurka.

Poszłyśmy razem do kuchni. Ona tłumaczyła mi, jak przygotować kawę dla szefa, a ja patrzyłam jak ciele na jej ruchy. Byłam pewna, że żadne informacje nie zostawały mi w głowie. Jakbym była jakimś przygłupem, który przytakuje, ale nie koduje wiadomości.

– Za dużo wrażeń? – Rozszyfrowała mnie od razu.

– Chyba tak. – Wzięłam oddech. – Mam wrażenie, że mózg mi się wyłącza. I nie wiem, czy to ze stresu, przeciążenia, czy też zawsze tak miałam, ale do tej pory nie zauważyłam tego.

– Dobre! – uśmiechnęła się szeroko. – To nie ty, to to miejsce. Też tak miałam na początku. W razie czego przychodź do mnie. Pomogę ci, jakbyś czegoś nie wiedziała. W ogóle jak masz na imię?

– Matylda. – Wyciągnęłam rękę. – Dzięki za ofertę, obawiam się, że często będę z niej korzystać.

– Gosia. – Uścisnęła mnie pewnie. – Nie ma sprawy. Przychodź, kiedy tylko będziesz przytłoczona zadaniem. Praktykantki trafiają albo do Przemka i wspierają dział sprzedaży, albo do Karola i pomagają nam obojgu. Wiesz już konkretnie, z kim będziesz współpracować?

– Dostałam mail z imionami, ale nikt mi nic nie powiedział. Byłam pewna, że ktoś mi konkretnie powie, co mam robić, do kogo przychodzić…

– W piątek było spore zamieszanie w biurze i myślę, że przez weekend nic się nie zmieniło, więc dziś od rana łatali dziury. Na pewno się tobą wkrótce zainteresują. Poza tym dzisiaj jest takie małe przyjęcie pożegnalne dziewczyny z naszego zespołu. Przeprowadza się z mężem do innego miasta. Spotykamy się w klubie na jednego drinka. Wyślę ci mail z zaproszeniem.

– Dzięki, ale nie wiem, czy ona będzie chciała mnie widzieć na swoim pożegnalnym przyjęciu.

– No coś ty – podała mi kawę na spodku w dłonie – firma stawia żarcie i jednego drinka, ludzie tam idą, bo muszą, a nie dlatego, że chcą się pobawić. To oficjalne pożegnanie, będzie jeszcze takie nieoficjalne, na które przyjdą tylko ci, którzy z nią współpracowali bezpośrednio. Od dzisiaj jesteś w dziale, więc czy chcesz, czy nie, musisz iść, a przy okazji wszamiesz darmowe przekąski.

Pogoniła mnie z kawą, a sama poszła na papierosa na najwyższe piętro budynku, gdzie niewielki taras urządzono na palarnię. Nieśmiało podążyłam do pokoju Karola. Zdałam sobie sprawę, że nie umiem nieść kawy na spodku. Przyzwyczajona byłam do kubków z masywnymi uchwytami. Szłam ostrożnie, a do jego pokoju weszłam tyłem, by nie puknąć filiżanki drzwiami. Był tak zajęty, że mnie nawet nie zauważył. Postawiłam kawę i wyszłam.

Zanim skończyłam pracę, dostałam jeszcze jednego maila – z informacją, że mój przełożony to Karol. Kolejne zdanie było zaleceniem, bym od następnego dnia wspierała Gosię i Karola, starając się odciążyć ich w pracy. W załączniku znajdował się wykaz moich standardowych obowiązków z ostatnim podsumowującym wszystko punktem, który jasno stanowił, że mam wypełniać polecenia ich obojga.

Wieczorem, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, miałam iść do rodziców zrelacjonować im swój pierwszy roboczy dzień, ale byłam tak zmęczona, że rzuciłam się na fotel i zamknęłam na kwadrans oczy. Liczyłam, że to mnie zregeneruje. W ogóle nie miałam ochoty na wyjście. Tym bardziej z ludźmi, których absolutnie nie znałam. Nie myśląc zbyt długo, zadzwoniłam do swojej przyjaciółki Moniki. Poprosiłam ją, żeby tak zupełnie przypadkiem przyszła do tego samego klubu i wybawiła mnie od konieczności spędzenia czasu z moimi współpracownikami. Opierała się, mówiąc, że ma jakiś egzamin, do którego powinna się uczyć, ale zaoferowałam jej swój darmowy posiłek i drinka jako wynagrodzenie. Bardzo, ale to bardzo nie chciałam tam być sama. W końcu zgodziła się. Umówiłyśmy się, że odnajdzie mnie i zagada, udając, że to zupełnie przypadkowe spotkanie.

Przebrałam się w świeże ubrania i wyszłam. Po raz kolejny musiałam wrócić w okolice biura. Było to zupełnie naturalne, że wybrali klub oddalony zaledwie kilkaset metrów od miejsca pracy. Lokal stał początkowo w miarę pusty, ale z minuty na minutę wypełniał się ludźmi, tak jak i nasz stolik, do którego dosiadały się kolejne osoby. Po raz drugi ściskałam dłonie i poznawałam poznanych już wcześniej ludzi. Było to żenujące, ale po raz kolejny nie zapamiętałam żadnego imienia. Zaczynałam się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku. W końcu na stół podano przystawki, a do kompletu położono kilka dzbanów piwa. Każdy nalewał sobie sam. Z czasem odprężyłam się i zaczęłam nawet żartować z ludźmi. Na szczęście wielu z nich było bardzo młodych, otwartych i wesołych. Pracowali w firmie względnie krótko, więc rozumieli moją sytuację. Byli do mnie naprawdę przyjaźnie nastawieni. Po jakimś czasie dostrzegłam, że na drugim końcu stołu siedzi Karol. Po raz drugi pojawił się znikąd. Zauważyłam go dopiero wtedy, gdy kelnerka podała mu rachunek.

– Te przekąski to było to darmowe żarcie? – Nachyliłam się do Gosi, która od razu wybuchnęła śmiechem.

– A co, spodziewałaś się zupy i schaba?

– Chyba tak – rzuciłam lekko, czując poirytowanie, że nie zjadłam w domu.

– Coś ty – pokazała na piwo – to jest najtańszy sikacz w tym lokalu.

– To nie rozumiem, po co takie pożegnanie – stwierdziłam.

– Po to – odezwał się chłopak obok – że to niby poprawia morale zespołu, żeby pokazać, że dbają o nas, że jesteśmy grupą, wychodzimy razem.

– Ale to jest ściema – upierałam się przy swoim.

– Jak wszystko w życiu – podsumował. – Widać, że nie pracowałaś w korpo.

– Zostajecie potem, jak Loluś zapłaci? – zwróciła się do mojego rozmówcy Gosia.

Zerknęłam na Karola po przeciwnej stronie stołu. Muzyka zagłuszała słowa Gosi, więc nie słyszał, jak go przezwała. Właśnie wpisywał PIN do terminala.

– Może na chwilę. – Niechęć chłopaka była wyczuwalna. – Muszę coś dokończyć do pracy i jak tego dzisiaj nie zrobię, to będę musiał przyjść jutro na szóstą. Tak, jakby nie mogli zorganizować wyjścia w piątek, tylko w poniedziałek, jak ludzie walczą po weekendzie z zaległościami.

– Spoko, a ty Mati? – odezwała się do mnie nieporuszona wyznaniem kolegi obok.

– Mati? – Skupiłam się jedynie na tym, jak mnie nazwała.

– Bo Matylda to takie długie imię. Nie podoba ci się „Mati”?

– Podoba – uśmiechnęłam się. – Może być.

– Zostajesz?

– Poprosiłam swoją przyjaciółkę, żeby tu przyszła, ale…

– OK – przerwała mi Gosia. – Czekaj, zapytam Przemka i jego ekipę.

Gosia wysunęła się zza stolika i odeszła gdzieś na chwilę. Karol, starając się przekrzyczeć muzykę, podziękował wszystkim za przybycie, a następnie uścisnął dłoń jakiejś kobiecie. Domyśliłam się, że to właśnie była ta, która odchodziła.

Poczekaliśmy, aż Karol i reszta wyjdą. Kelnerka rozsunęła stoliki, zostawiając miejsce tylko dla pozostałej szóstki osób. Byli to: Gosia, Przemek i Maciek – analitycy, Wiolka – asystentka działu, która wcześniej ekspresowo oprowadziła mnie po biurze, Grzesiek – zastępca Karola, i ja.

Usiedliśmy razem. Gosia zawołała ponownie kelnerkę i złożyła zamówienie na następną porcję przekąsek oraz dwa dzbanki piwa. Zaproponowała potem, że podzielimy ten koszt pomiędzy siebie po równo.

W tym czasie przyszła Monika. Przedstawiłam ją swoim współpracownikom, a ona od razu zaczęła swobodnie z nimi rozmawiać. Zazdrościłam jej tego. W przeciwieństwie do mnie w ogóle nie krępowała się, że dopiero co poznała tych ludzi. Co więcej, zaczęła flirtować z Maćkiem i w trzecim zdaniu delikatnie badała grunt, czy ma kogoś. Robiła to tak sprytnie, że nie było to ani nachalne, ani nietaktowne. Co ja bym dała za takie umiejętności.

Monika przyjechała na studia z drugiego końca Polski. Zawsze mówiła, że gdyby nie to, że rozpychała się łokciami, do niczego by nie doszła. Miała trójkę starszego rodzeństwa, z tego, co mówiła, byli naprawdę fajną rodziną. Kontakt, jaki miała z rodzicami, też był do pozazdroszczenia. Nigdy ich nie poznałam, ale mimo to darzyłam ich ogromną sympatią. Czasami nawet myślałam o tym, jakby to było urodzić się w innej rodzinie. Takiej jak ta Moniki, gdzie rodzice mieli poczucie humoru, byli odważni i tak bardzo wspierający. Zachęcali ją do spróbowania wszystkiego, do poznawania świata, a nawet do popełniania błędów. Zazdrościłam jej, że miała tak ciekawe życie.

Poznałyśmy się na pierwszym roku studiów i od tamtego czasu spędzałyśmy ze sobą dużo czasu. Zaproponowałam jej, żeby wprowadziła się do mojej małej kawalerki. Na początku było mi jej żal, że mieszka z jakąś staruszką, a potem chciałam mieć kogoś tak rozrywkowego i pozytywnego na co dzień obok siebie. Jej obecność była gwarancją dobrej zabawy. Z nią nuda nie istniała. Dla Moniki jednak wprowadzenie się do mnie oznaczałoby konieczność dokładania się. Jej obecny układ polegał na tym, że miała mieszkanie za darmo, nie płaciła też za media, a w zamian za to opiekowała się starszą panią. Często jednak narzekała, że sąsiadki donosiły na nią córce, która oprócz tego, że wyręczała się Moniką w opiece nad matką, dodatkowo z każdym rokiem dokładała jej obowiązków. Na pierwszym roku studiów jedynie gotowała i sprzątała, potem musiała myć, ubierać staruszkę i dbać o nią, a na koniec robiła wszystko, łącznie z wizytami w przychodniach, na cmentarzach czy innymi okolicznościowymi wyjściami. Mimo kolejnych obowiązków radziła sobie świetnie. Czasem narzekała, ale wydawała się świadoma alternatywy, więc po wyrzuceniu z siebie kilku zdań niezadowolenia zmieniała temat nieporuszona.

Gdy tylko dopiliśmy piwo, Maciek zaproponował Monice, że odprowadzi ją do domu, na co ona przystała z ochotą. Wyszli razem, dziękując za wspólnie spędzony wieczór. Gosia uregulowała rachunek i wyszliśmy przed pub. Klikając w telefonie, wyliczyła kwotę do zwrotu niezależnie od tego, ile kto wypił. Wszyscy jednogłośnie zapewnili, że oddadzą pieniądze następnego dnia, po czym Grzesiek zmienił temat i zapytał, czy mnie odprowadzić. Odmówiłam, tłumacząc, że mieszkam blisko.

KOSTEK

Właśnie skończyłem rozmowę z Magdą. Po raz kolejny dzwoniła, by zapytać o pieniądze, o przelew, który miał do niej dotrzeć dwa tygodnie temu. Po raz kolejny jej odmówiłem. Każda rozmowa z nią kończyła się tak samo: straszyła mnie, że wsadzi mnie za kratki, a ja wyzywałem ją bez najmniejszych skrupułów. Sam już nie wiedziałem, co byłoby dla mnie lepsze: odsiadka czy płacenie. Pracowałem ponad siły, żeby mieć normalne życie, naprawić wszystko, co poszło źle, a i tak mi się nie udawało. Miałem wrażenie, że spadło na mnie zbyt dużo nieszczęść… a jeszcze nie tak dawno temu byłem szczęśliwy, byliśmy szczęśliwi.

Magdę poznałem w pubie. Zgłosiła się do pracy jako kelnerka. Wówczas to do mnie należała ostateczna decyzja. Kokietowała mnie od samego początku, ale nie robiła tego nachalnie. Raczej było to wyzwanie. Poza tym podobało mi się jej nastawienie. Chciała dorobić, bo jak każdy student nie wyrabiała z rachunkami i utrzymaniem. Mniej więcej w tym samym czasie Tomek awansował mnie z barmana na managera klubu, co tak naprawdę okazało się ładną nazwą na takie samo zapierdalanie jak do tej pory. Dołożył mi tylko obowiązków, bo podwyżka z tej okazji była symboliczna. Zaharowywałem się, żeby zarobić na swoje utrzymanie. Już wtedy rozważałem rzucenie szkoły. Zdecydowałem się jednak wziąć urlop dziekański na rok, góra dwa. Miałem plan. Poszedłem na uczelnię. Najpierw zachęcali mnie, by zmniejszyć liczbę zajęć, ale jak mogłem studiować dziennie i zasuwać w barze do późna w nocy. Dopiero po rozmowie z dziekanem udało mi się uzyskać zgodę na pierwszy rok przerwy. Rzuciłem się w wir pracy. Podejmowałem się wszelkich zleceń, odkładając sumiennie każdy zarobiony grosz. Miał to być intensywny rok, ale potem, jak już będzie kasa, powinno pójść gładko. Wszyscy dookoła wspierali mnie. Większość pracowników klubu miała taką samą sytuację jak ja, więc pomagaliśmy sobie nawzajem. Tak samo było z Magdą. Wpisywała się na mordercze zmiany tylko po to, by dostać jak najwięcej napiwków. Kelnerkom było łatwiej niż barmanom, bo zakładały krótkie spódniczki, pokazywały biust, a napaleni faceci nagradzali je za to hojnie. Barmanowi bardzo rzadko ktoś zostawiał jakąś kasę. Tomek pokazał mi, jak oszukiwać pijanych klientów. Czasami lał im mniej piwa lub wódki, niż było zagwarantowane, a czasami celowo źle wydawał. Jak ktoś się zorientował, to przepraszał i oddawał przywłaszczoną kasę, a jeśli się nie połapał, to cieszył się, że wyrwał parę groszy. Radził sobie, jak mógł. On miał rodzinę i po kilku nieudanych biznesach postawił na bar. Robiliśmy wszystko, żeby to nie była kolejna porażka. Potrzebowaliśmy tego miejsca. Wszyscy.

Magda początkowo miała problemy z zapamiętywaniem zamówień, stolików czy przyjmowaniem pieniędzy. Tomek się wściekał i kilkukrotnie mi zaznaczał, że popełniłem błąd, zatrudniając ją. Myśmy nawet nie wywieszali ogłoszeń. Ona sama zapukała do drzwi, pytając, czy mogłaby dorobić przez kilka miesięcy. Od początku wiedziałem, że nie nadawała się do tej pracy, ale było w niej coś, co mnie zainteresowało. Podobała mi się. Ta jej niezdarność, zakłopotanie, gdy klient darł się na nią jak chłop na krowy, sprawiały, że budziła się we mnie jakaś nieznana mi do tej pory chęć zaopiekowania się nią. Po zakończonej zmianie żaliła się i pytała, jak długo nam zajęło nauczenie się wszystkiego.

– Nie przejmuj się – pocieszałem ją.

– Jak jestem koło stolika, to słyszę, co do mnie mówią, ale jak odchodzę, to przez tę głośną muzykę zapominam treść rozmowy. Potem wracam, dopytuję się, a oni się na mnie wściekają. Od jednego już nawet usłyszałam, żebym spierdalała i zajęła się czymś innym, bo nawet noszenie piwa mi nie wychodzi.

Usiadła na wysokim krześle barowym i wsparła brodę na dłoni.

– Chcesz piwo? – zaoferowałem, myjąc szklanki.

Kiwnęła głową i wyciągnęła pomięte banknoty z czarnej „nerki”, którą nosiła przyczepioną do paska miniówki. Zaczęła liczyć napiwki, a po chwili wysunęła jeden banknot w moją stronę.

– Tomek dziś stawia – szepnąłem, nachylając się do niej i przesuwając banknot z powrotem w jej stronę.

Postawiłem przed nią piwo i puściłem do niej oko. Uśmiechnęła się i upiła duży łyk. Od razu zaoferowała, że w takim razie ona postawi mi kolejkę. Zaryczałem głośno i nalałem sobie kufel jasnego sikacza z kija.

– Mam wrażenie – zaczęła, uśmiechając się kokieteryjnie – że nie pasuję do tego miejsca, że nie ma ze mnie korzyści.

Dziewczyny w klubie zwykle miały doświadczenie, więc nikomu nie sprawiało to tyle trudności co jej. Magda została wrzucona na głęboką wodę, a na dodatek klienci nie byli tutaj zbyt cierpliwi. Nie poddawała się jednak. Wpisywała się na weekendy i pracowała ponad siły. Z czasem rozmawialiśmy po pracy o życiu, o oczekiwaniach, o konieczności podejmowania wyborów. Była bardzo podobna do mnie. Po nie więcej jak dwóch tygodniach zaczęliśmy się spotykać. Początkowo wszystko się układało, ale z czasem irytowało mnie to, że pozwala klientom na spoufalanie się. Nie przeszkadzało jej, że ją klepali i dotykali przy każdej okazji. Nie umiałem określić, czy to była faktycznie zazdrość, czy też szok spowodowany brakiem godności. Starałem jej się to przedstawić z mojego punktu widzenia, ale ona zapewniała, że robiła to wyłącznie dla pieniędzy. Tłumaczyła mi, że dla niej nie miało to znaczenia, że jej ciało było tylko opakowaniem, a ona potrzebowała środków na bycie kimś lepszym. Opowiadała mi, że pracę w barze traktowała tak, jakby to było inne życie. Na tych kilka godzin była kimś innym. Rozumiałem ją. Sam też chciałem być kimś lepszym, kimś innym. Choć w zupełności rozumiałem jej podejście, poprosiłem ją o większy dystans do obcych ludzi. Przez jakiś czas było lepiej. Wydawało mi się, że nawet ucieszyła się, że przedstawiłem jej swoje obawy. Nie umiałem wtedy jeszcze stwierdzić, czy byłem nią zainteresowany bardziej niż dziewczynami dotychczas. Po prostu miło spędzałem czas i to się dla mnie liczyło. Po raz pierwszy od przeprowadzenia się na tę stronę Warszawy czułem się szczęśliwy. Zmiany już się tak nie dłużyły. Pomagaliśmy sobie nawzajem i gadaliśmy, jak tylko była ku temu okazja. Byłem ślepy na wszystkie ostrzegawcze znaki. Zadowolony, że w końcu znalazłem kogoś, kto mnie rozumiał, zdecydowałem się na wspólne zamieszkanie. Po zaledwie kilku tygodniach znajomości Magda wprowadziła się do mnie. Nawet problemy finansowe nie wydawały się tak przytłaczające jak do tej pory. Fakt, było nam lżej, bo wszystkie opłaty dzieliliśmy na pół, ale liczyło się coś więcej niż tylko korzyść materialna. Niesamowite było uczucie wstawania rano obok kogoś, kto witał mnie uśmiechem. Przez ten cały bieg za kasą, żeby wyrobić na studia, zapomniałem, że życie może być też przyjemne.

– Myślisz o mnie jako o swojej żonie? – zapytała jednego poranka. – Tak, wiesz… w przyszłości?

– Szczerze? – uśmiechnąłem się do niej. – Nie myślę o dalszej przyszłości niż termin mojego zakończenia urlopu dziekańskiego. To data, która mnie paraliżuje i stoi jak kiedyś mur berliński, blokując mi wizję na przyszłość.

– A ja myślę o tobie jako moim mężu… – stwierdziła radośnie, przeczesując mi palcami włosy.

– Ale babki to już będąc dziewczynami, planują takie rzeczy – zauważyłem. – Nie znam chłopaka, który mówiłby o tym, jak to będzie stał w garniturze przy ołtarzu.

– Ale chciałbyś wziąć ślub?

– Tak ogólnie czy teraz?

– Czemu nie? Mieszkamy razem, pracujemy razem…

Spojrzałem na nią, starając się sprawdzić, czy to, co mówiła, było tylko żartem, czy też naprawdę była aż tak zaangażowana w ten związek, by decydować się na zalegalizowanie go. Do momentu, w którym o tym powiedziała, planowanie ślubu nie przyszło mi do głowy ani raz. Przytłoczony jej oczekiwaniami uciekłem z łóżka. Stanąłem nad materacem, wkładając na siebie koszulkę i bokserki.

– Wydaje mi się, że małżeństwo powinno planować się, mając stabilność finansową. Kto wie, gdzie nas życie skieruje? – tłumaczyłem. – Oboje gonimy pieniądze.

– Nie chcesz być ze mną? – wypaliła, jakbym powiedział coś zupełnie innego niż w rzeczywistości.

Usiadła na łóżku, krzyżując nogi i wkładając sobie kołdrę pod pachy tak, aby zakryć gołe piersi. Wpatrywała się we mnie skupionym wzrokiem, oczekując odpowiedzi.

– Chcę, ale nie chcę małżeństwa. Nie może zostać tak, jak jest?

– Może – rzuciła jakby urażona, ale ja udałem, że tego nie zauważyłem. – Tylko myślałam, że traktujesz mnie poważniej, a widzę, że zostawiasz sobie możliwość skoku w bok.

– Tego nie powiedziałem – zaprotestowałem.

– Ale o tym myślisz.

– Nie! – podniosłem lekko głos poirytowany tonem jej wypowiedzi. – Skończmy tę durną rozmowę. Nie stać nas na ślub, na rodzinę, na życie inne niż tymczasowy stan bytu.

– Chcesz przez to powiedzieć, że gdybym, dajmy na to, straciła pracę, stała się kosztem, to byś mnie zostawił?

Patrzyła na mnie czujnie, a ja milczałem niepewny, czy powinienem skłamać. Uniosła brwi, czekając na moją odpowiedź. Wahałem się przez chwilę, a następnie potwierdziłem, że bym ją zostawił. Czułem, że byłem jej winny szczerość.

– Czyli to nie jest miłość… z twojej strony? – Nadal świdrowała mnie wzrokiem.

– Miłość? – powtórzyłem. – Dziewczyno, ja staram się przeżyć, zarobić pieniądze, żeby móc dokończyć studia. Inaczej zostanę z kredytem studenckim, niepełnosprawnym ojcem i chujowym bratem na koncie, bez perspektywy pracy i życia. – Spojrzałem na nią wrogo. – Czemu to komplikujesz? Po co te gadki o miłości? Małżeństwie?

– Po to, że chcę wiedzieć, na czym stoję.

– Ta rozmowa do niczego nie prowadzi – rzuciłem ostro. – Jak ci nie pasuje ten układ, możesz się wyprowadzić. Wydaje mi się, że pomyliłaś adres.

– Wow. – Magda wstała i zrównała się ze mną. – Powinnam cię uderzyć. Zachowujesz się jak prostak.

– Widocznie masz lepszą sytuację niż ja, skoro pozwalasz sobie na marzenia. Mnie na to nie stać.

Odwróciłem się do niej plecami, wziąłem klucze i poprosiłem, by zatrzasnęła za sobą drzwi po opuszczeniu mieszkania. Nie obejrzałem się, nie interesowało mnie, jak to przyjęła. Jeśli już teraz robiła taką scenę o związek, to nie wróżyło to nic dobrego. Nie mogłem sobie pozwolić na więcej problemów w swoim życiu. Byłem przekonany, że zrobiłem dobrze, prosząc ją o odejście, bo nawet jeśli udałoby nam się to wyjaśnić, obawiałem się, że jej plany wobec mnie różniły się od tego, co mogłem jej dać.

Poszedłem do pracy wcześniej, niż powinienem. Tomek przyjmował towar. Bez słowa wyjaśnienia dołączyłem do niego i układałem skrzynki i kegi w magazynie. Kiedy dostawca odjechał, usiedliśmy przy barze. Nie chciałem mu mówić o naszej rozmowie, więc siedzieliśmy nad kieliszkami czystej, narzekając na kurewski los. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy o Tomka problemach z klubem. Okazało się, że praca ponad normę to za mało, by utrzymać to miejsce przy życiu. W tygodniu było zbyt pusto, a weekendy nie były w stanie zarobić na wynagrodzenia dla całego zespołu. Rozmawialiśmy o możliwościach oszczędzania. Według Tomka najlepszym pomysłem było zredukowanie liczby kelnerek. Nawet nie musiał tego mówić, wiadomo, że od razu pomyślał o Magdzie. Była najwolniejsza i najmniej doświadczona. Przynosiła najmniejszy zysk. Mając świadomość, że właśnie została bez dachu nad głową, poprosiłem go, żeby dał jej jeszcze miesiąc. Miałem nadzieję, że coś się zmieni, stanie się jakiś cud i Magda dorówna dziewczynom w pracy. Choć poirytowała mnie swoim nastawieniem, wiedziałem, że tak samo jak ja walczyła o przetrwanie, i nie mogłem jej rzucać kłód pod nogi tylko dlatego, że nam nie wyszło.

Po zakończonej zmianie Tomek podzielił się swoimi wątpliwościami z zespołem. Dziewczyny prześcigały się w pomysłach na urozmaicenie wieczorów w klubie. Miało być karaoke, tańce, a nawet występy komików. Kelnerki wzięły sobie do serca ryzyko utraty pracy i roznosiły ulotki na uczelniach, na przystankach. Każdy dawał z siebie wszystko. Nawet nieporadna Magda pracowała lepiej. Nie odzywaliśmy się do siebie więcej, niż to było konieczne ze względu na pracę. Ona traktowała mnie jak powietrze, zapewne zakładając, że mnie przetrzyma albo że zmienię zdanie. Prawda była taka, że było mi to na rękę. Ten epizod uświadomił mi, że obecność kobiety w moim życiu powinna ograniczać się jedynie do seksu. Związki, uczucia i mieszkanie razem oznaczały tylko kłopoty. Fakt, że boleśnie odczułem konieczność płacenia pełnej kwoty czynszu, ale obiecałem sobie, że już nie wpuszczę do swojego życia żadnej problematycznej baby.

W jednej z gazet zamieściłem ogłoszenie o pokoju do wynajęcia. Zgłosił się sensowny chłopak, który przyjechał, jak większość z nas, na uczelnię. Bałem się o jego płynność finansową, ale zapewniał, że miał starych, którzy opłacali wszystkie jego wydatki bez pytania, na co szedł ich hajs. Choć pozwoliłem mu się wprowadzić, nie wycofałem ogłoszenia. Przez następne trzy tygodnie przychodzili zainteresowani obejrzeniem mieszkania. Pojawiali się muzycy, aktorzy albo młodzi ludzie, którzy uciekli z domu, by prowadzić dorosłe życie w stolicy. Wszyscy byli gorszym wyborem niż ten nowy. W końcu poddałem się i wycofałem ogłoszenie. Dałem mu pokój, który do tej pory stał zamknięty. Były tam jakieś graty właściciela mieszkania, który zastrzegł w umowie, że nie będę mógł korzystać z tego pomieszczenia. Dzięki temu miałem lepszą cenę. On jednak wyprowadził się gdzieś za granicę, nigdy nie przyjeżdżał i poza wiadomościami raz na jakiś czas nie kontrolował w ogóle, co się tutaj działo. Oczywiście w warunkach umowy zabronione miałem podnajmowanie komukolwiek jakiejkolwiek części mieszkania, ale to było moje jedyne wyjście. Po tym, jak Magda dokładała się do opłat, szybko doszedłem do wniosku, że były one zbyt wysokie jak na jedną osobę.

Nowy nie zadawał mi żadnych pytań. Podpisał sporządzoną naprędce umowę i wpłacił kaucję na kolejny miesiąc. Od razu odłożyłem kasę na poczet szkoły. Zaznaczyłem, że wszelkie opłaty ma regulować u mnie i nie kwestionować mojego działania. Przyjął moje warunki bez gadania. Byłem świadomy, że zgodził się na nie tylko dlatego, że moja cena była najniższa w okolicy. Nawet kartony mu nie przeszkadzały. Sam zorganizował sobie przestrzeń. Część wypchnął na korytarz, część na balkon, przykrywając je workami na śmieci, a część zostawił u siebie, mówiąc, że zrobił sobie z nich stół i półkę. Nie sprawdziłem, co i jak zmienił w pokoju. Ważne dla mnie było, że płacił.

Któregoś razu Magda czekała na mnie, aż zamknę bar. Zwykle wychodziła, zupełnie nie zwracając na mnie uwagi, ale tym razem kręciła się, nie mogąc się doczekać końca zmiany. Zaniepokoiło mnie to, ale tak jak codziennie wypełniałem swoje obowiązki, udając, że jej nie dostrzegam. Sprzątałem bar, zmywałem podłogi. Miałem nawet nadzieję, że jak będę odwlekał zamknięcie, ona sobie pójdzie. Nie pomogło. Widziałem ją przez szybę, jak stała oparta o ścianę i paliła papierosa – jednego za drugim. To była jedyna droga do wyjścia z lokalu, więc w końcu zgasiłem światła i ruszyłem do niej.

– Musimy pogadać – zaczęła, kiedy zamknąłem za sobą drzwi.

– O czym?

– O nas.

Zamurowało mnie. Wydawało mi się, że tę rozmowę odbyliśmy kilka tygodni temu. Nie miałem ani czasu, ani siły na przerabianie tego jeszcze raz.

– Nie patrz tak na mnie – syknęła.

– A jak mam patrzeć?

– Jestem w ciąży – powiedziała, nie zmieniając pozycji.

– Co?! – krzyknąłem.

– Jajco! Słyszałeś.

– I co teraz? – Złapałem się za głowę.

W życiu nie sądziłem, że znajdę się w takiej sytuacji. Nigdy nie myślałem o dziecku, o ciąży, o tym, że miałbym jeszcze kogoś, za kogo byłbym odpowiedzialny. Na moment pojawiła się w mojej głowie wizja mnie z wyjącym dzieciakiem u boku, co sprawiło, że się wzdrygnąłem.

– A co ma być? – Zmrużyła oczy.

– Usuniesz? – zaproponowałem wprost.

– Nie mam na to kasy.

– Uzbieramy – zapewniłem i zacząłem w myślach liczyć swoje oszczędności.

Zdałem sobie też sprawę, że ten błąd będzie mnie kosztował kilka miesięcy ciężkiej pracy, a w konsekwencji odroczy mój powrót na studia.

– Ile potrzebujesz? – Skupiłem się na konkretach. – No i na kiedy?

– Nie wiem. – Dorzuciła papierosa do całej reszty petów, które leżały na chodniku, i zmiażdżyła go butem, przy okazji rozcierając też pozostałe. – Dopiero się dowiedziałam. Jeszcze nigdzie nie szukałam informacji o aborcjach.

– To zrób to jutro, OK?

– Zrób? – Przekręciła na bok głowę. – A nie uważasz, że to tak samo twoja odpowiedzialność?

– Uważam i dlatego jestem gotowy dołożyć do zabiegu.

– Dołożyć? – zaśmiała się. – To muszę cię oświecić, bo ja nie mam nic. Mam może kilkaset złotych do ostatniego na przeżycie.

– Kurwa mać! – zakląłem i kopnąłem drzwi pubu.

Starałem się znaleźć na szybko sposób na zdobycie kasy. Dodatkowa praca nie wchodziła w grę, bo musiałbym zrezygnować ze snu. Już teraz malowałem domy, myłem szyby i brałem wszystko, co tylko przynosiło pieniądze.

– Możemy też spróbować…

– Nie! – przerwałem jej wściekły.

– Myślałam, że przez to, co nas łączyło, okażesz mi jakieś wsparcie.

– Boże, jaka ty jesteś dziecinna!

Kazałem jej się dowiedzieć, jaki jest orientacyjny koszt zabiegu, i zostawiłem ją na środku ulicy. Jak tylko wróciłem do domu, usiadłem z telefonem i sprawdziłem to na własną rękę, wiedząc, że nie mogłem jej zaufać. Dzwoniłem pod numery znalezione w Google, ale większość ludzi zbywała mnie, twierdząc, że to pomyłka. Może był jakiś kod albo sposób pytania, który sprawiłby, że potraktowaliby mnie serio. Już miałem się poddać, kiedy jeden z lekarzy w końcu ze mną porozmawiał i rzucił mi astronomiczną kwotę. Zaproponował też mniej kosztowną opcję. Była dostępna w aptece substancja, która podana ciężarnej kobiecie wywoływała okres, a w rezultacie powodowała poronienie. Jedynym minusem tego rozwiązania było ryzyko, że ciężarna mogła dostać krwotoku i trafić do szpitala, a tam lekarz po zbadaniu jej krwi mógłby wykryć truciznę i oskarżyć ją, a następnie wsadzić za kratki za zabicie nienarodzonego dziecka. Lekarz wielokrotnie podkreślał poufność tego przedsięwzięcia, mówiąc o zaufaniu koniecznym do tego, by każda ze stron dostała to, czego oczekiwała: on pieniądze, my wolność. Bałem się zaufać Magdzie w tak ryzykownej kwestii. Zdecydowałem się kupić tę substancję od lekarza i podać jej w tajemnicy. Tak, żeby poroniła, myśląc, że to był wypadek. Dzięki temu nie ściągnęłaby na siebie podejrzeń w szpitalu, gdyby coś poszło nie tak. Umówiłem się z lekarzem na wymianę tego samego wieczoru. Spotkaliśmy się nieopodal jego domu. Przywitał mnie zdawkowo i od razu poprosił o kasę. Jak tylko mu ją dałem, wręczył mi fiolkę. Spodziewałem się recepty, ale nie narzekałem. Uśmiechnąłem się nawet, że zaoszczędził mi kolejnej wycieczki. Wydałem wszystko, co oszczędziłem, na ten płyn, który miał mi uratować tyłek.

Następnego dnia Magda rzuciła mi w twarz kwotę, którą usłyszała od jakiegoś konowała wykonującego zabiegi w piwnicy. Tak jakby w ogóle nie bała się o siebie i swoje ciało. Cena mówiła jasno, że zabieg wykonałby jakiś rzeźnik. Było mi jej żal, a względem siebie czułem wściekłość, że byłem z kimś tak bezmyślnym jak ona, tak życiowo niezaradnym. Przyglądałem się jej i nie rozumiałem, co mnie wcześniej do niej przyciągnęło. Ta jej głupota i naiwność budziły we mnie odrazę. Jednocześnie stwierdziłem, że te cechy jej charakteru pomogą mi w zrealizowaniu mojego niecnego planu. Gdyby była ciut mądrzejsza, domyśliłaby się, że miałem już plan.

Musiałem jedynie znaleźć odpowiedni moment. Zastanawiałem się, jak jej to podać i kiedy. Obserwowałem, co pije, ale nie widziałem jednego schematu. Gdyby zaraz po przyjściu robiła sobie kawę lub herbatę, byłoby mi łatwiej, a tak czyhałem, śledząc ją jak stalker. Nie mogłem też zostawić tej cennej trucizny byle gdzie, licząc na to, że sięgnie akurat po tę szklankę. To było moje jedyne wyjście z tej beznadziejnej sytuacji i w grę wchodził tylko sukces. Gdybym zmarnował ten płyn, nie byłoby mnie stać na ponowny zakup. Paraliżowało mnie na myśl, co by było, gdyby się nie udało. Na tyle, na ile pozwalała mi moja praca, starałem się nie spuszczać jej z oka. Na wszelki wypadek miałem fiolkę przy sobie w kieszeni. Byłem gotowy. Czekałem na ten moment.

Pewnego dnia Tomek przyszedł do mnie w towarzystwie jednej z kelnerek. Najpierw poprosił dziewczynę, by zajęła się barem, a potem skinął na mnie. Dziewczyna szybko zajęła moje miejsce, posyłając mi kwaśny uśmiech.

– Chodź, coś ci pokażę – wyjaśnił, wyciągając mnie na zaplecze.

Stanęliśmy naprzeciw siebie w ciemnym korytarzu, a on mi położył rękę na ramieniu.

– Nie zgadzała mi się liczba kegów…

– Jak to?! – przerwałem mu. – Ktoś kradnie?

– Nie. – Klepnął mnie w ramię. – Słuchaj… – Westchnął i spojrzał w głąb zaplecza. Po chwili wrócił do mnie wzrokiem. – Szukałem tego brakującego kega. Wiedziałem, że powinien być jeszcze jeden. Wszedłem do magazynku i przez okno wychodzące na ulicę zobaczyłem nogi. Zaskoczyło mnie to, bo jeszcze nigdy nikogo nie widziałem w tej bocznej uliczce, w tym miejscu. Zwykle jak ktoś potrzebował się odlać, sikał tuż za rogiem. Do nas nie dochodzili, bo gdzie by mieli iść, jak to ślepa ulica… a tutaj dwie pary nóg. Zainteresowało mnie to. Wspiąłem się na schody i wyjrzałem, bo pomyślałem, że może ktoś się szykuje, żeby się do nas włamać, albo szuka zlewek w pustych butelkach.

– I? – ponaglałem go, wiedząc, że dziewczyny z barem i obsługą jednocześnie nie dadzą sobie rady same.

– I zobaczyłem Magdę… jak ją jakiś gość posuwał.

– Co?! – ryknąłem na niego.

– Chodź.

Poszliśmy na schody i uchyliliśmy lekko drzwi, tak by przez szczelinę mieć widok na ulicę. Tomek kazał mi być cicho i czekać. Staliśmy tam we dwóch w mroku i wpatrywaliśmy się w ciemną uliczkę. Chciałem wierzyć, że Tomkowi się przywidziało, że to była nieprawda. Chciałem powiedzieć, że może Magda kogoś poznała. Kogoś, kto ją zainteresował. Kogoś na serio. W zasadzie miałem już na końcu języka, by powiedzieć, że nie rozumiem, czemu założył, że to się powtórzy, ale nie zdążyłem, bo właśnie wtedy zobaczyłem ją z jakimś facetem. Szła w kierunku wielkiego metalowego pojemnika, w którym Tomek trzymał sól i piach na zimę. Zanim usiadła, podwinęła spódnicę i rozkraczyła nogi, czekając na gościa. Widziałem, jak facet przeleciał ją bez żadnego zabezpieczenia, a następnie dał jej pieniądze w rękę. Kiedy skończyli, wyszedłem do niej. Tomek mnie nie zatrzymywał. Zostawił nas samych.

– Co ty robisz?! – wrzasnąłem, a gość zaczął biegiem uciekać. W locie poprawiał sobie spodnie i koszulkę.

– Zarabiam.

– W ten sposób!? Będąc w ciąży?

– I tak tej ciąży nie będzie – rzuciła pewnie.

Miałem ochotę ją uderzyć, a przynajmniej szarpnąć, potrząsnąć nią, żeby oprzytomniała. Patrzyła na mnie, jakby nigdy nic. Wyciągnęła z torebki paczkę chusteczek i bez cienia wstydu wytarła się między nogami, a następnie wyrzuciła zmięty papier pod mur. Poczułem obrzydzenie. Jednocześnie przyszło mi do głowy, że być może to dziecko nie było moje, że może ona mnie tylko wrabiała, bo chciała pieniędzy, a potem uciekłaby z tym, co bym jej dał na zabieg. Byłem wściekły, że wydałem pieniądze bez uprzedniego sprawdzenia jej.

– Potwierdziłaś w ogóle ciążę? – spytałem spokojnie, czując, jak się we mnie gotuje.

– Tak. Zrobiłam test. – Posłała mi spojrzenie, jakbym to ja był głupi.

– A u lekarza jakiegoś byłaś?

– Nie, test wystarczy.

– Nie mi. Musimy iść, sprawdzić, czy naprawdę jesteś w ciąży.

– Nie mam okresu – rzuciła. – To nie jest wystarczający dowód?

To był wystarczający dowód, ale chciałem spotkać się z lekarzem. Dowiedzieć się, czy była opcja potwierdzenia bądź wykluczenia ojcostwa na tak wczesnym etapie ciąży. Łudziłem się, że może to nie był mój problem. Gdyby się okazało, że to nie moje dziecko, nie musiałbym w ogóle z nią rozmawiać. Mógłbym kopnąć ją w dupę, odwrócić się i iść swoją drogą bez oglądania się za siebie.

Nie mogłem dłużej czekać, więc zabrałem ją do lekarza na pierwszą wolną wizytę, jaką udało mi się załatwić. Obsługa w przychodni patrzyła na nas jak na szczęśliwą parę oczekującą pierwszego potomka. Irytowało mnie, z jaką radością z nami rozmawiali. Magdzie podobało się to i nawet zaczęła głaskać brzuch, czego do tej pory nie robiła. Jeszcze dwa dni temu rozkładała ochoczo nogi, przy okazji mówiąc, że tej ciąży i tak nie będzie.

W poczekalni były inne ciężarne kobiety, niektóre z brzuchami wielkimi jak piłki do koszykówki, a niektóre płaskie jak deski. Te z kolei z rozczuleniem patrzyły na krągłości, nie mogąc się doczekać, aż i one będą takie wielkie. Uśmiechały się do wszystkich naokoło. Każda z kobiet siedziała z ojcem swojego dziecka, co powodowało tylko tłok i niepotrzebne zamieszanie. Na dodatek były bardzo rozmowne. Jedna z nich zapytała Magdę o termin, co ewidentnie zbiło ją z tropu. To dziecko miało nie doczekać terminu porodu, ale po raz kolejny Magda zaskoczyła mnie i z uśmiechem od ucha do ucha wyznała, że dopiero przyszła potwierdzić ciążę. Pogratulowały sobie nawzajem. Walczyłem sam ze sobą, by nie obnażyć Magdy przed tymi obcymi kobietami. Tylko co by mi to dało?

W końcu nadeszła nasza kolej. Najpierw lekarz zadał jej masę pytań. O ostatnią miesiączkę, o stan jej zdrowia, o przebyte choroby, o styczność z czynnikami ryzyka, ale Magda odpowiadała tak, że wyglądała na świętą. Patrzyłem na nią, nie dowierzając, że nadal odgrywała rolę i, co gorsza, bawiła się przy tym w najlepsze. Rodziła się we mnie myśl, że dla samej przyzwoitości powinienem coś powiedzieć. Powstrzymywałem się jednak, żeby nie palnąć czegoś, co mogłoby zabrzmieć dziwnie dla tego faceta w kitlu, który przyzwyczajony do kobiet innych niż Magda bardzo by się zdziwił, wiedząc, że ciężarna puszczała się dla kasy. Kazał jej iść do łazienki obok i rozebrać się do badania. Najpierw zaproponował USG. Wskazał jej kozetkę i poprosił, żeby włożyła pięści pod pośladki, co miało unieść jej biodra i ułatwić mu dostęp. Przygotował wielką sondę, na którą nasunął prezerwatywę i wycisnął żel. Bez zawahania zapakował jej to do środka. Zaskoczyło mnie to, ale dla niej chyba nie stanowiło to dyskomfortu, bo patrzyła na lekarza, wyczekując jakichś wieści. Po chwili lekarz obrócił ekran w naszą stronę i pokazał coś na kształt robaka lub strączka fasoli. To nie było dziecko. Tylko twór. Pocieszyło mnie to. Byłem wtedy jakby uspokojony. Nie wiem, czemu wyobrażałem sobie małego człowieka. Takiego z rękami i nogami. Było to głupie z mojej strony, ale faktycznie sądziłem, że zobaczę małą postać. Nabrałem odwagi do realizacji mojego niecnego planu, a wtedy lekarz pokazał nam serce. Bijące serce. Rzucił, że to mniej więcej dziewiąty tydzień ciąży. Nagle zabrakło mi powietrza, a w mojej głowie zapanowała pustka. Magda się uśmiechała, a ja patrzyłem w monitor, aż do momentu, gdy lekarz go wyłączył. Odesłał ją na fotel ginekologiczny, zbadał, a potem poprosił, by się ubrała. Wtedy ja, nie zwlekając, zapytałem wprost, czy na tym etapie ciąży można sprawdzić ojcostwo. Lekarz spojrzał na mnie, a po chwili rzucił kątem oka na łazienkę, tak jakby chciał zrozumieć, czy pytam o to za plecami Magdy. Poprosiłem go, żeby odpowiedział. Wyjaśnił mi, że na rynku są dostępne dwie metody. Jedna z nich była tańsza, ale bardziej inwazyjna dla płodu, druga droższa, ale pozwalała bez uszkodzenia dziecka sprawdzić ojcostwo. Zaskoczyło mnie, że wystarczała tylko nasza krew. Okazało się, że krew dziecka przedostaje się do krwi matki i można już na tej podstawie wykluczyć ojcostwo. Było to idealne rozwiązanie, ale jak ze wszystkim w moim życiu zablokował mnie koszt. Jak tylko usłyszałem kwotę, poczułem się tak, jakby lekarz mnie uderzył tymi słowami w twarz.

Magda przysłuchiwała się wszystkiemu w milczeniu, a kiedy lekarz wypisał jej recepty, polecił, by uważała na siebie i zapisała się za miesiąc. Przytaknęła i wyszliśmy.

– To twoje dziecko – oznajmiła, gdy szliśmy ulicą.

– Mam powody, by w to wątpić.

– Nie pracowałam w ten sposób, kiedy byliśmy razem.

– Nie mam tej pewności, a biorąc pod uwagę, jak sprytnie przedstawiłaś się u lekarza, obawiam się, że lepiej ci idzie kłamanie niż myślenie.

– Starasz się mnie obrazić? – Zatrzymała się.

– Nie. – Stanąłem naprzeciw niej.

Nie czekając na nią, ruszyłem przed siebie i rzuciłem jej krótkie pożegnanie.

Korekta: Katarzyna Wróbel

Projekt okładki: Dorota Bishop

Skład: Łukasz Różyński

Copyright © Karolina Wójciak

ISBN 978-83-948013-2-8