Matrioszki - Marta Carnicero Hernanz - ebook

Matrioszki ebook

Marta Carnicero Hernanz

4,4

Opis

Marta Carnicero Hernanz w swojej przejmującej powieści splata losy Hany i Sary, dwóch kobiet, które na różnych krańcach Europy próbują zmierzyć się z trudną przeszłością i dziedziczoną traumą. Opuszczenie rodzinnych stron, izolacja, systemowa przemoc i złożone relacje rodzinne tworzą wnikliwy obraz wpływu historii na tożsamość i więzi międzyludzkie. Klarowna i pełna empatii proza katalońskiej pisarki, doceniona m.in. przez Pedra Almodóvara, rzuca światło na przemoc wobec kobiet jako narzędzie destrukcji społecznej i osobistej, oferując czytelnikom głęboką refleksję nad zadośćuczynieniem oraz znaczeniem macierzyństwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 205

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (18 ocen)
10
7
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MyszaOkey
(edytowany)

Z braku laku…

2,5/5 Doceniam i szanuję tematykę poruszoną w tej książce - osobiście nie miałam pojęcia o konflikcie, którego tło historyczne jest elementem powieści, a która zachęciła mnie do zapoznania się z historią. Jednak trudna tematyka i emocje, które się z tym wiążą nie są dla mnie jedynym wyznacznikiem do oceny. Forma napisania tej książki nie przypadła mi do gustu - dwie linie fabularne z czego jedna napisania w pierwszej a druga w drugiej osobie. Charakterystycznie napisane fragmenty na „ty” są ciekawe i rozumiem ich zamysł, linia Sary jest natomiast… irytująca, miesza język genzie z poetyckimi metaforami i drażni swoją protekcjonalnością. Jestem w stanie sobie wytłumaczyć, z czego to wynika, ale nie umiem się w to wczuć bo postać Sary, poza jej pochodzeniem, nie jest wystarczająco zarysowana, tak samo jak postać Bet, więc dynamika między nimi jest niezrozumiała. Na początku, gdy jeszcze nie jest do końca wiadomo o co chodzi, nie jest to aż tak drażniące ale później dostrzega się mankament...
00
MagKot033

Nie oderwiesz się od lektury

To jedna z tych książek, które zostają w pamięci, w głowie, targają emocjami. Ta książka boli, ale też daje nadzieję. Jest tu trauma kobiet, które przeżyły wojnę na Bałkanach, relacje rodzinne, macierzyństwo, dorastanie i dojrzewanie, poszukiwanie własnej tożsamości. Autorka ma świetne pióro i książkę czyta się bardzo dobrze. Polecam, bo to lektura wartościowa, niełatwa, ale z pewnością warta przeczytania i taka, która daje czytelnikowi bardzo wiele.
00
Arlenap89

Dobrze spędzony czas

Książka piękna, ważna i bolesna. Na początku nie mogłam jej wyczuć ale po każdej kolejnej stronie czułam jak wyrywa się cząstka mojego serca. O takich zbrodniach powinno się mówić, powinno się pamięrać tym bardziej że wiele kobiet nadal tego doświadcza i zsmiast pomocy otrzymują odtrącrnie. W kdiażce pojawia się nazwa pewnego hotelu. Polecam poszukać informacji o nim (są w internecie) jako uzupełnienie do lektury. Jedynie zakończenie trochę mnie rozczarowało
00

Popularność




im wszyst­kim

Dla cie­bie wra­cam z daw­nego wy­gna­nia,

wła­ści­wie jak zni­kąd. I czym je­steś, wiem,

ro­dzima zie­mio, nie­gdyś dla mnie ja­sna,

i miej­sce, gdzie wina zmie­niała się w krew.

[...]

Dla cie­bie wra­cam z daw­nego wy­gna­nia

ucieczki przed tobą, gdzie moż­liwa zdrada

pierw­szych uści­sków i do wy­boru jest

wśród na­głej tę­sk­noty dłoni wą­ski żleb.

Ma­ria-Mercè Ma­rçal

Od­najdę matki, które utra­ci­łam.

Je­stem tego pewna.

Sònia Moll Gam­boa

Trutka na szczury

Otwie­rasz szafkę – trutki na szczury jest tam pod do­stat­kiem. Ży­cie pod­suwa ci oka­zję, o którą tyle razy pro­si­łaś. A może były to tylko pu­ste słowa? Wpa­tru­jesz się w niego ko­lejny raz. To na pewno on? Był taki czas, że roz­po­zna­ła­byś go w nie­prze­nik­nio­nych ciem­no­ściach. Nie mu­sisz zresztą kie­ro­wać się wę­chem – tą wo­nią zwie­rząt kry­ją­cych przed świa­tem swoją praw­dziwą po­stać, do któ­rej po­wra­cają, gdy tylko nada­rza się oka­zja. A może jed­nak po­win­naś? W amoku ze­bra­ła­byś się na od­wagę, któ­rej brak ci te­raz – prze­sta­ła­byś się trząść i się­gnęła po trutkę na szczury.

Nie drżysz na myśl o kon­se­kwen­cjach. To nerwy. Nie­wiele rze­czy mo­głoby bar­dziej cię ukoić niż to, co wła­śnie za­mie­rzasz zro­bić. Nie­szko­dliwą wer­sją tej sy­tu­acji jest wy­obra­ża­nie so­bie płat­ków śniegu, które lecą z nieba jak z gi­gan­tycz­nego prysz­nica w trak­cie nie­koń­czą­cej się ką­pieli – przy­wo­łu­jesz tę wi­zję, gdy nocą za­my­kasz oczy. Ty­siące płat­ków śniegu nie­śpiesz­nie opa­dają. Te­raz jed­nak nie czas na śnieg. Jako ko­złem ofiar­nym mu­sisz za­do­wo­lić się wy­łącz­nie nim – bę­dzie mu­siał za­pła­cić za wszyst­kich po­zo­sta­łych. To po­winno wy­star­czyć.

Wła­śnie o tym ma­rzy­łaś, prawda? To wręcz cud.

Zbyt wiele już razy wy­obra­ża­łaś so­bie tę scenę: wcho­dzi do re­stau­ra­cji, wy­biera sto­lik. To­wa­rzy­szy mu ro­dzina, po­dobne jak on by­dlaki, a może ko­chanka, która nie ma o ni­czym po­ję­cia lub (sama nie wiesz, co gor­sze) jest w sta­nie do­sko­nale so­bie wy­obra­zić, ja­kiego po­twora ma u swo­jego boku. Zbyt wiele razy mia­łaś przed oczami, jak ich wszyst­kich za­ła­twiasz – jego, sier­żanta, po­rucz­nika, ko­men­danta. Ktoś to mu­siał zro­bić.

Nie przy­szedł jed­nak sam. To­wa­rzy­szy mu żona. I córka, mniej wię­cej w wieku Sary. Dziew­czyna, która z całą pew­no­ścią była chciana. I ko­chana.

Spraw­dzasz za­mó­wie­nie. Dwie zupy. Py­tasz, dla kogo są. „Dla dziew­czyny i ojca” – od­po­wiada Ilària, z ta­le­rzem w każ­dej ręce, na­pie­ra­jąc ple­cami na drzwi.

Dziś rano w kuchni Tom po­ka­zał ci ga­zetę. „Wi­dzia­łaś? To w twoim kraju...” Po­pa­trzy­łaś na zdję­cie i przy­tak­nę­łaś bez słowa. Po­my­śla­łaś o po­zo­sta­łych – tych wszyst­kich, któ­rzy nie tra­fią do ser­wi­sów in­for­ma­cyj­nych z ra­cji zbyt ni­skiej rangi i zu­peł­nie jak on, jak tylu in­nych, cho­dzą so­bie spo­koj­nie po świe­cie, le­d­wie kilka ki­lo­me­trów od miej­sca, gdzie kie­dyś miesz­ka­łaś. Wszy­scy ich znają, ale nikt nie wskaże ich pal­cem, nikt ich nie osą­dzi, i mu­sisz to zro­bić ty, w swo­jej gło­wie, tyle razy ska­zu­jąc ich na śmierć przez otru­cie. „W twoim kraju” – drąży Tom, pod­czas gdy ty men­tal­nie za­czę­łaś już roz­pusz­czać trutkę w zu­pie – „W twoim kraju...”. Po­zwa­lasz mu ga­dać, bo na­wet tego nie sły­szysz. Twoja ofiara, w twoim dzi­siej­szym śnie, czeka już na ko­la­cję. Dzi­siaj znowu go wy­koń­czysz.

Nie­spiesz­nie mie­szasz, snu­jąc da­lej swoje wi­zje. „W twoim kraju” – nie od­pusz­cza twój ko­lega i ma­cha ci przed no­sem zdję­ciem ska­za­nego wła­śnie su­kin­syna. Jakby przez sam fakt, że jest z two­jego kraju, mia­ła­byś znać go z wi­dze­nia – jego i wszyst­kich zbrod­nia­rzy wo­jen­nych tra­fia­ją­cych na czo­łówki ga­zet. Tego też byś za­ła­twiła, gdyby tylko tu wszedł. Nie wy­star­czy wię­zie­nie za­są­dzone przez ja­kiś przy­zwy­cza­jony do be­stial­stwa try­bu­nał. Ból musi mieć swoją cenę. Za­dane cier­pie­nie do­maga się po­wol­nej ago­nii.

Gdy­byś wcze­śniej po­tra­fiła nie­na­wi­dzić, może już byś go miała. Gdy­byś nie­na­wi­dziła dłu­żej i moc­niej, jak to ro­bią męż­czyźni, może nie sta­ła­byś tu­taj z go­to­wymi wy­mów­kami, by uspra­wie­dli­wić de­cy­zję, którą wła­śnie za­mie­rzasz pod­jąć. Bo prze­cież na salę wy­dasz dwie zupy – dwie. A dziew­czyna nie jest ni­czemu winna. Nie wszyst­kie chwyty są do­zwo­lone.

Na dłu­gie mie­siące za­po­mnia­łaś o szcze­gó­łach, a w ich miej­sce po­ja­wił się pre­cy­zyjny, szar­piący, nie­uko­jony ból. A póź­niej ob­se­sja, by skru­pu­lat­nie zre­kon­stru­ować wszystko, co się stało, i po­szu­kać ze­msty. Pew­ność, że spo­tkasz swo­jego kata po dru­giej stro­nie ulicy, kiedy bę­dzie cze­kał na au­to­bus, wy­sia­dał z po­ciągu, wcho­dził do re­stau­ra­cji i sia­dał przy sto­liku. Przy­pusz­czal­nie to wła­śnie dla­tego, gdy kła­dziesz się spać i znów ob­sia­dają cię wspo­mnie­nia, ma­rzysz o kon­fron­ta­cji – po­dejść do niego ze świ­dru­ją­cym spoj­rze­niem oraz cy­nicz­nym uśmiesz­kiem i z wolna za­py­tać „Pa­mię­tasz mnie?”. Pew­nego dnia to zro­bisz. To je­dyny spo­sób.

1

Zabrz­miało to jak obe­lga, a naj­gor­sze, że sama nie zdaje so­bie z tego sprawy. Po­nie­waż kiedy mama nas po­rów­nuje, to tak na­prawdę go ob­raża. Nie za­uważa, że wy­raź­nie to wi­dać – jak kiedy spod no­wych leg­gin­sów, które w skle­pie wy­glą­dały w po­rządku, na ta­kie nor­mal­nej gru­bo­ści, prze­świ­tują ci majtki i na ulicy ro­bisz z sie­bie po­śmie­wi­sko. Z jej głosu prze­bija nie­na­wiść, a może złość, że tata się zmie­nił. Albo że je­stem do niego po­dobna.

Ni­gdy nie na­szła jej re­flek­sja, że ta cała per­fek­cja i ob­no­sze­nie się z Wiel­kimi Ide­ami (God­ność! Wy­si­łek! Spój­ność!) na nic się jej nie zdały. Ko­niec koń­ców ona też oka­zała się tylko czło­wie­kiem. Tata mil­czy dla świę­tego spo­koju, ale ja mam nie­od­partą ochotę, by wy­krzy­czeć to ca­łemu światu. A ona za­cho­wuje się, jak gdyby ni­gdy nic, kiedy wie­czo­rem znowu in­for­muje nas (z tą swoją wy­nio­sło­ścią ma­sko­waną uśmie­chem, jakby chciała po­wie­dzieć: „Prze­cież nie ma o czym mó­wić”), że idzie spać na sofę „z po­wodu aler­gii”. Jakby z dnia na dzień, po dwu­dzie­stu la­tach, ma­te­rac, na któ­rym spała z tatą, zmie­nił się w gniazdo os.

Mama nie wró­ciła do łóżka i nie są­dzę, żeby miała taki za­miar. Już nie­długo, kiedy zde­cy­duje się odejść, miesz­ka­nie ode­tchnie jak żywy or­ga­nizm. Bę­dzie jak w domu Júlii – od­wie­dzasz ją któ­re­goś dnia, a tu znik­nął szklany stół. A na­za­jutrz w przed­po­koju na­tra­fiasz na kar­tony i dy­wan. W ła­zience po­ja­wił się pla­sti­kowy kak­tus, któ­rego pra­wie byś pod­lała, oraz ze­staw ręcz­ni­ków, w do­tyku jak no­wych, za­wie­szo­nych na ha­czy­kach z przy­ssaw­kami. Tych sta­rych, zwi­sa­ją­cych bez ży­cia na drzwiach prysz­ni­co­wych jak pa­cynki, już tam nie ma. A za­tę­chły od wil­goci dy­wa­nik pew­nie leży te­raz w in­nym miesz­ka­niu, w no­wej ła­zience.

Za­kwas

Zupeł­nie jak gdyby ich tu w pracy nie było, głosy Toma i Ilàrii do­cie­rają do cie­bie jak zza szyby. Masz ta­kie wra­że­nie, od­kąd przy­je­cha­łaś – roz­mowy ota­cza­ją­cych cię lu­dzi, które w in­nym ży­ciu wdzie­rały ci się do głowy każdą moż­liwą szcze­liną, nie po­zwa­la­jąc czy­tać w au­to­bu­sie, tra­ciły swoją moc, gdy by­łaś w po­dróży. Na­wet an­giel­ski, któ­rego wów­czas uczy­łaś w szkole, miał za­kaz wstępu – tak było, gdy po­dró­żo­wa­łaś dla przy­jem­no­ści, i do­kład­nie tak samo jest te­raz. Tylko ję­zyk two­ich ro­dzi­ców po­tra­fił ja­koś się prze­śli­zgnąć. Cza­sem masz wąt­pli­wo­ści, czy po tylu la­tach nie­uży­wa­nia – poza przy­krym obo­wiąz­kiem te­le­fo­nów do domu – wciąż mo­żesz go na­zwać swoim.

Każde eu­ro­pej­skie mia­sto z aspi­ra­cjami może się po­szczy­cić przy­naj­mniej jed­nym ele­ganc­kim bi­stro, w któ­rym warto się po­ka­zać, i pra­cu­jesz wła­śnie w tego typu miej­scu. To tu­taj, w re­stau­ra­cji Es­sa­ouira (wła­ści­cielka do­brze udaje ak­cent i kła­dzie na­cisk na fu­zję fran­cu­skich prze­pi­sów ze śród­ziem­no­mor­skimi skład­ni­kami), na­uczy­łaś się kuchni, któ­rej da­nia te­raz ser­wu­jesz. Tu­taj też po­sta­no­wi­łaś za­trza­snąć drzwi przed sma­kami z po­przed­niego ży­cia. Nie oca­li­ła­byś na­wet pół wspo­mnie­nia, gdy­byś za po­mocą kilku elek­trow­strzą­sów mo­gła wy­czy­ścić so­bie pa­mięć, ale za­cho­wu­jesz te my­śli dla sie­bie, przy­go­to­wu­jąc mleko do pain perdu. Tego ca­łego pain perdu na wszelki wy­pa­dek też nie ty­kasz. Od je­dze­nia pew­nych rze­czy mo­gła­byś po­stra­dać zmy­sły.

Star­łaś skórkę z cy­tryny i po­ma­rań­czy, by do­dać ją do mleka z mio­dem, sto­ją­cego już na ga­zie. Do­da­ła­byś cy­na­monu, gdyby nie trzeba było go wą­chać. Po­cze­kasz, aż mleko wy­sty­gnie, by na­mo­czyć w nim chleb – z każdą kromką obej­dziesz się tak, jak z pierw­szą. Ten chleb to także wy­nik two­jego wy­siłku – owoc cier­pli­wo­ści i czasu po­świę­co­nego za­kwa­sowi. Po­da­ro­wał ci go dawny ko­lega nie­długo po twoim przy­jeź­dzie – mia­łaś go strzec jak ży­wego dzie­dzic­twa. Nie pra­co­wa­łaś wcze­śniej z za­kwa­sem i dba­łaś o niego, jakby cho­dziło o ja­kąś dziwną ro­ślinę. Cier­pli­wie go do­kar­mia­łaś i roz­ma­wia­łaś z nim, pro­wa­dząc dia­logi we­wnętrzne, ocza­ro­wana zdol­no­ścią tej ży­ją­cej istoty do wy­wo­ły­wa­nia ci­chych re­wo­lu­cji w ab­so­lut­nych ciem­no­ściach.

Dzi­siaj stał się już czę­ścią cie­bie, więc mo­gła­byś dbać o niego tylko dla za­pa­chu. Wi­dzisz, jak bu­zuje, gdy ro­śnie. I na­uczy­łaś się ce­le­bro­wać jego cie­pławą woń, tak jak on ce­le­bruje ży­cie, prze­le­wa­jąc się, wy­cho­dząc z brze­gów, po­tę­gu­jąc pa­mię­cią czasu wszystko, co po­wie­rzyły mu twoje ręce, a czego nie wy­zna­łaś ni­komu in­nemu.

Wła­śnie tym jest pa­mięć rąk: odzie­dzi­czo­nym ko­dem, któ­rego nie chcesz wy­ma­zać, swego ro­dzaju spu­ści­zną, pie­lę­gno­waną wcze­śniej przez tyle dłoni, bo­le­śnie wy­własz­czo­nych już przy na­ro­dze­niu. Jest au­to­ma­tyczna, me­cha­niczna, nie prze­cho­dzi przez wspo­mnie­nia. Tylko w ten spo­sób – naga – była w sta­nie unik­nąć prze­ka­zy­wa­nia cier­pie­nia i skon­cen­tro­wać zbio­rowe DNA w pre­cy­zji każ­dego ge­stu. Łą­czy cię z ży­ją­cymi przed tobą ko­bie­tami, które wy­sy­łają ci mil­czącą wia­do­mość.

Go­tu­jesz, żeby prze­trwać, po­nie­waż ty też mu­sisz prze­żyć od pierw­szego do pierw­szego, ale nie ma nic bar­dziej od­le­głego od czy­stego prze­trwa­nia. Jest tu bunt – w pracy dla in­nych, w sub­wer­syw­nym ak­cie ce­le­bro­wa­nia ży­cia, w po­szu­ki­wa­niu przy­jem­no­ści wbrew na­rzu­co­nemu ci zwod­ni­czemu kró­le­stwu czte­rech ścian. Twój ci­chy ry­tuał drwi so­bie z kon­troli i przy­łą­cza się do zdła­wio­nego krzyku tylu ko­biet, po­tul­nie ule­głych, które w kuchni, z za­ję­tymi rę­kami, zaj­mo­wały głowę my­śle­niem.

2

To mama odej­dzie, je­śli wszystko w końcu się ryp­nie, bo to ona za­częła. No i po­nie­waż tata od lat ma tu­taj ga­bi­net. Fakt, że po­sy­pie się to z mo­jego po­wodu, tro­chę mnie ru­sza, ale każdy prze­cież przy­zna, że te na­sze ro­dzinne ko­la­cyjki mo­głyby słu­żyć za ma­te­riał szko­le­niowy dla CIA. Pod­stawy prze­słu­chań: Przy­pa­dek Mas-Vi­lar­daga. Osta­tecz­nie mu­siało się ryp­nąć i to z byle po­wodu, była to tylko kwe­stia czasu. Nie za­mie­rzam czuć się winna.

Ko­la­cje, z prze­słu­cha­niem bądź nie, to od­dzielny te­mat, ale wszystko za­leży od dnia. Ostat­nio prze­cho­dzimy przez fazę „za­je­faj­no­ści” i jest to wręcz nie do wy­trzy­ma­nia. Aku­rat wczo­raj Jan za­py­tał, czy mo­żemy obej­rzeć Mo­dern Fa­mily, i usły­szał tra­dy­cyjne już „Nie ma po­trzeby, Jan” – oczy­wi­ście opa­ko­wane w sze­roki uśmiech. Kogo chcą oszu­kać? Je­ste­śmy na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie do Mo­dern Fa­mily. Na­szą su­per­mocą jest umie­jęt­ność in­ter­pre­to­wa­nia ich mil­cze­nia. „Nie ma po­trzeby, Jan” – je­śli koń­czą zda­nie twoim imie­niem, to nie ma o czym mó­wić, mo­żesz so­bie da­ro­wać.

Nie wiem, jak wy­glą­dają obiady, bo mnie wtedy nie ma, ale do ko­la­cji na­kry­wamy w kuchni. Od czasu do czasu wpa­dają na po­mysł zor­ga­ni­zo­wa­nia wie­czorku te­ma­tycz­nego i wy­ska­kują z ja­kimś fil­mem do­ku­men­tal­nym to­tal­nie od czapy – sie­dzimy wtedy na so­fie i jemy przy ła­wie, ale bar­dziej niż na je­dze­niu za­leży im na za­bra­niu głosu. Udają zszo­ko­wa­nych, by móc wtrą­cić swoje trzy gro­sze, uwy­pu­kla­jąc ich zda­niem istotne ele­menty. Cy­ber­nę­ka­nie czy może wy­nisz­cza­jące nar­ko­tyki, wszystko się na­daje; ukryte in­te­resy wiel­kich kor­po­ra­cji, nie­bez­pie­czeń­stwa pod­łą­cza­nia wszyst­kiego do in­ter­netu, a także (i tu­taj ni­gdy nie obej­dzie się bez prze­mowy) lu­dzie-któ­rzy-nie-mieli-tyle-szczę­ścia-by-uro­dzić-się-w-ta­kim-kraju-jak-nasz. Aku­rat. Ko­lej­nego dnia, je­śli się nam po­szczę­ści, prze­ko­nu­jemy ich do ko­la­cji przy te­le­wi­zji, a wtedy, jak do­brze pój­dzie, można wziąć do­kładkę i po­sie­dzieć dłu­żej, aż pew­nego ranka mama nie znaj­dzie na ła­wie za­schnię­tych, nie­umy­tych ta­le­rzy po ko­la­cji.

No ale, rzecz ja­sna, tak było daw­niej. Kiedy jesz­cze nie spała w sa­lo­nie „z po­wodu aler­gii”. Nie wiem, czemu to aku­rat my mu­simy sprzą­tać ze stołu, skoro jemy wszy­scy czworo. Mama jed­nak bu­dzi się o cho­rej go­dzi­nie, by chwilę po­czy­tać przed wyj­ściem do pracy, i je­stem głę­boko prze­ko­nana, że wstaje w fa­tal­nym na­stroju. Nie czaję, dla­czego to robi. Wszystko by­łoby ina­czej, gdyby wię­cej spała.

To nie jest spra­wie­dli­wość

Zdję­łaś mleko z gazu, kiedy Tom pod­niósł słu­chawkę i przy­wo­łał cię ge­stem. Zwy­kle nie roz­ma­wiasz przez te­le­fon w pracy, na szczę­ście twoja sio­stra ma tego świa­do­mość, więc nie mu­sisz jej mó­wić, żeby się stresz­czała.

– Wbiła to so­bie do głowy, a sama wiesz, jaka ona jest.

– Do kiedy?

– Za­po­wiada się, że na długo.

– Dla­tego ka­zała ci za­dzwo­nić?

– Znasz mamę. Jest zdolna bez za­po­wie­dzi sta­nąć ci w drzwiach z wa­lizką. Wo­la­łam uprze...

– Po ca­łych dniach sie­dzę w pracy, w re­stau­ra­cji. Może je­den raz mo­gła­bym nie przyjść, ale...

– W po­rządku, Hana. Nie przej­muj się.

– No i prze­cież nie zna ję­zyka.

– Hana.

– Co?

– Znasz już no­winę?

– Po­wie­dzieli mi w pracy, tak. Pi­sali o tym w ga­ze­cie. To jed­nak ni­czego nie roz­wią­zuje. Mię­dzy­na­ro­dowe try­bu­nały mają osą­dzić tylko czte­rech. Jest nas jesz­cze wie...

– Hana.

– I ten by­dlak...

– Po­słu­chaj mnie, Hana.

– No co? – Ci­sza po dru­giej stro­nie. Twoja sio­stra jest kró­lową dra­ma­tycz­nych pauz. Igno­ru­jesz to. – O co ci cho­dzi, Nora, nie mogę so­bie na­wet tego wy­obra­żać? Le­dwo mie­siąc temu znów śniło mi się, że do­cho­dzi mię­dzy nami do kon­fron­ta­cji. Gdyby nie matka, już dawno...

– Też z tego po­wodu dzwo­nię – mówi twoja sio­stra.

– Co się stało? Wi­dzia­ły­ście go? Znów po­ja­wił się w oko­licy?

– Za­po­mnij o tym, Hana. Już wię­cej o tym nie myśl.

– Oświad­czam ci, że mama może so­bie mó­wić, co chce. Któ­re­goś dnia...

– Zde­rzył się z cię­ża­rówką.

Te­raz to ty milk­niesz. Nora mówi da­lej.

– W ze­szłym mie­siącu. Wy­jeż­dżali od te­ścio­wej. Córka się ura­to­wała. On wraz z żoną zgi­nęli.

Tego nie było w pla­nach. Trzy­mała cię w ry­zach mgli­sta idea kon­fron­ta­cji. Mia­łaś wró­cić, zmu­sić go do od­po­wie­dzi, spoj­rzeć mu w twarz. Mia­łaś sta­nąć mu na dro­dze. Nora nie ro­zu­mie, i ni­gdy jej nie wta­jem­ni­czysz, dla­czego to aku­rat on spo­mię­dzy wszyst­kich in­nych skło­niłby cię do po­wrotu, dla­czego spo­śród tych wszyst­kich by­dla­ków to jego jako pierw­szego roz­pła­ta­ła­byś jak świ­nię na ku­chen­nym stole.

– Nie cie­szysz się? – pyta.

Nie od­po­wia­dasz.

– Zgi­nął tak, jak na to za­słu­gi­wał, Hana. Czego jesz­cze chcesz?

Nie zro­zu­mie cię, nie może zro­zu­mieć. Spra­wie­dli­wość nie jest spra­wie­dli­wo­ścią, je­śli nie zo­stała wy­mie­rzona przez cie­bie.

3

Rod­zinne ko­la­cje to nie­wy­czer­pane źró­dło funu. Prze­waż­nie z mo­jej winy, przy­znaję. By­łoby pro­ściej, gdy­by­śmy mo­gli mieć przy so­bie te­le­fony (albo książki czy co­kol­wiek) i spę­dzać czas jak nor­malni lu­dzie. Nie można też po pro­stu usiąść przy stole i cze­kać, co się wy­da­rzy, w na­dziei że taka im­pro­wi­za­cja zor­ga­ni­zuje nam wie­czór jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki.

Sie­dem­na­ście lat, nie­długo stuk­nie osiem­na­ście, ja­da­nia ko­la­cji w domu ro­dziny Mas-Vi­lar­daga. Sie­dem­na­ście lat, pra­wie osiem­na­ście, a mimo to na­dal udaje im się mnie po­dejść. Za­dają mi py­ta­nia, a ja od­po­wia­dam – do tego mo­mentu to nic strasz­nego, ale kiedy roz­mowa się roz­kręca, daję się pod­pu­ścić, cze­piam się byle czego, a po­tem mu­szę wy­pić na­wa­rzone przez sie­bie piwo. Tak wła­śnie bywa, gdy ktoś zmu­sza cię do mó­wie­nia, a to ostat­nia rzecz, na jaką masz ochotę – ro­bisz to nie­chęt­nie i koń­czy się na tym, że wy­kłó­casz się o rze­czy, które być może te­raz po­strze­gasz w tro­chę inny spo­sób, ale kom­plet­nie nie je­steś w na­stroju na ana­li­zo­wa­nie, de­ba­to­wa­nie, za­sta­na­wia­nie się. Nie mó­wiąc już o prze­my­śle­niu, słowo za ty­siąc punk­tów, czego ro­dzice wy­ma­gają od cie­bie, gdy tylko otwo­rzysz usta. Każda ko­la­cja to oka­zja, by cię po­uczać, jakby sami za­po­mnieli (i go­towi byli przy­siąc, że w ich przy­padku ni­gdy tak nie było), że do­świad­cze­nia in­nych lu­dzi gówno kogo ob­cho­dzą. Po­nie­waż gdyby li­czyło się tylko to, wy­soki są­dzie, to nie by­łoby sensu w ogóle żyć – wy­star­czy­łoby za­mknąć się w czte­rech ścia­nach i czy­tać kla­sy­ków (któ­rzy na pewno prze­bi­jają mdłe aneg­dotki sza­rych do bólu ro­dzi­ców). Ży­li­by­śmy wtedy bez­piecz­nie w świe­cie, gdzie do­świad­cze­nie jest ska­mie­liną w ga­blotce, po­nie­waż ważne rze­czy już prze­mi­nęły – były do­kład­nie ta­kie jak w książ­kach, i wszystko zo­stało prze­są­dzone.

Cza­sem po­sta­na­wiam po­prawę. Zgoda, ja też nie je­stem ła­twą osobą albo może nie do końca ła­twą. No ale od­pa­lam się tylko, gdy mnie spro­wo­kują, a skoro to ro­bią, to już nie moja wina. Ja­koś mu­szę to z sie­bie wy­rzu­cić. Ro­dzice Dàrii da­liby się za­bić za taką córkę jak ja – która nie kła­mie, ma do­bre oceny i punk­tu­al­nie wraca do domu o ab­sur­dal­nie wcze­snej go­dzi­nie. Nie palę ani nie piję, a oka­zji mam pier­dy­liard, ale moi ro­dzice uwa­żają, że to zu­peł­nie nor­malne, bo to prze­cież ewi­dent­nie ich za­sługa. „Sara jest trudna” – mó­wią. Wła­śnie w taki spo­sób, w for­mie prawdy ab­so­lut­nej. I nie pa­trzą na sprawę sze­rzej – w tym jed­nym punk­cie od razu są zgodni. Zdaję so­bie sprawę, że moje po­sta­no­wie­nie po­prawy nie trwa zbyt długo. Sta­ram się być miła przez kilka dni, prze­waż­nie do chwili, gdy mój na­molny bra­ci­szek znowu ze mną nie za­cznie.

Ślady

W ty­go­dniu wie­czory są dość spo­kojne. Wła­śnie dla­tego Ilària miała czas zwró­cić uwagę na ko­bietę, która w po­ło­wie ko­la­cji wstała od du­żego sto­lika. Po­wie­działa, że po­spiesz­nie wy­szła, sta­ra­jąc się ukryć płacz, i że nie wzięła płasz­cza, więc z po­czątku wy­da­wało się, że po­szła tylko się prze­wie­trzyć. Kiedy za­czął jej do­skwie­rać chłód, pew­nie była już da­leko albo wsty­dziła się wró­cić, po­nie­waż jej to­wa­rzy­sze, na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­jący na ko­le­żanki i ko­le­gów z pracy, od­dali nie­mal nie­tknięty ta­lerz, gdy mia­łaś już go­towe do wy­da­nia dru­gie da­nie.

Jej zimną solę rap­tem w kilku kę­sach przed chwilą po­chło­nął Tom. Ostatni go­ście zbie­rali się do wyj­ścia, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon – po dru­giej stro­nie ktoś py­tał o za­po­mniany płaszcz.

– Pro­szę się nie mar­twić, prze­cho­wam go – rzu­casz po­spiesz­nie. – Czy może pani po­dać imię?

Po­daje na­zwi­sko. Od­ru­chowo za­czyna je li­te­ro­wać.

– Nie trzeba – uci­nasz. – Już za­pi­sa­łam.

– Zna pani ten ję­zyk?

– Od za­wsze.

– Czy mo­gła­bym przyjść te­raz? – pyta głos.

Tom i Ilària ma­chają ci na po­że­gna­nie. Ja­mal przed chwilą wy­szedł.

– Wła­śnie za­my­kamy – od­po­wia­dasz. – Le­piej ju­tro, je­śli...

– By­ła­bym za dwie mi­nuty; je­stem dwa kroki stąd... Czy ktoś jesz­cze zo­stał przy sto­liku w głębi? Tym okrą­głym?

– Na sali nie ma już ni­kogo.

– Po­czeka pani na mnie?

– Po­cze­kam, ale pro­szę się po­spie­szyć.

Noc jest chłodna, a ona przy­szła bez kurtki ani żad­nego in­nego okry­cia, jakby od ja­kie­goś czasu krą­żyła wo­kół re­stau­ra­cji. Pro­po­nu­jesz her­batę, musi być prze­mar­z­nięta. Karla też się że­gna; „Ty za­mkniesz?”.

Nie po­wie­działa ci, że ma na imię Alma, do­póki Karla nie wy­szła. Za­sta­na­wiasz się, ile razy w ciągu ostat­niego roku spo­tkała ko­goś, kto był w sta­nie wy­mó­wić jej na­zwi­sko tak jak ty. A mimo wszystko zwró­ciła się do cie­bie w ję­zyku przy­bra­nej oj­czy­zny, co ty zresztą też byś zro­biła.

– Prze­pra­szam – po­wie­działa – chcia­łam tylko... Mogę za­pła­cić za swoje za­mó­wie­nie?

– Za­po­mnij o tym. Coś ci się stało? Ktoś ci się na­przy­krzał?

– Nie, nie. To do­brzy lu­dzie. Są... – Zro­biła pauzę, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. – Kręcą do­ku­ment. Dla te­le­wi­zji. Fanni, naj­młod­sza, ta z war­ko­czem... przy­szła do mnie i wszystko mi wy­ło­żyła. To do­bra dziew­czyna. Po­wie­dzia­łam jej, że tak, że je­stem skłonna to zro­bić. Że chcę to zro­bić.

– Wziąć udział w do­ku­men­cie? Po­roz­ma­wiać z nią?

– Tak, o tym wszyst­kim. Wtedy i te­raz. Wy­rzu­cić to z sie­bie. Wła­ści­wie ma ra­cję, skoro mil­cze­nie nic nie dało... Po ta­kim cza­sie wszystko na­dal tu we mnie sie­dzi, wciąż mnie dławi. Chcia­łam krzyk­nąć. Za nas wszyst­kie. Chcia­łam krzy­czeć, ale...

Po­my­śla­łaś o śla­dach. Nie­długo nic już nie zo­sta­nie. To nie lata roz­my­wają wspo­mnie­nia; to za­po­mi­na­nie z roz­my­słem, od­świe­ża­nie wi­ze­runku. Ko­niecz­ność ży­cia z cy­ni­zmem za­prze­cza­ją­cych wam lu­dzi. Te­raz chcą oni za­własz­czyć ból, który sami za­da­wali. Nora po­wta­rza ci to przy każ­dej roz­mo­wie: „Wszystko chcą wy­bie­lić. Pa­mię­tasz ścianę za salą gim­na­styczną? Tyn­kują ją, Hana. Pła­kać się chce; za­cie­rają wszel­kie ślady”.

Cier­pie­nia jest tam bez liku, ale mniej po­ra­niona strona na­uczyła się je ukry­wać jako mniej­sze zło. Kiedy upo­ko­rze­nie prze­waża szalę, roz­grze­by­wa­nie prze­szło­ści wy­daje się w złym gu­ście, zwłasz­cza tym, któ­rzy chcie­liby oszczę­dzić so­bie wstydu za wła­sne czyny. Będą na­le­gać, że dla wszyst­kich był to trudny okres; że trzeba być to­le­ran­cyj­nym; że każdy ko­goś stra­cił; że te­raz mu­si­cie żyć wszy­scy ra­zem. I może na­wet ku­pi­ła­byś tę ich nar­ra­cję, o sta­wa­niu po stro­nie po­ko­na­nych, gdyby nie było tak ewi­dentne, że to za­wsze zwy­cięzca pro­po­nuje, by iść da­lej, zo­sta­wić prze­szłość za sobą i nie oglą­dać się wstecz. Mil­cze­nie jest ne­go­wa­niem. I nie mo­żesz ani ni­gdy nie ze­chcesz za­cho­wać bólu tylko dla sie­bie w imię wy­ma­ga­nego od was do­brego wy­cho­wa­nia.

– ...ale sama wi­dzisz – cią­gnie. – Po­patrz na moje ręce. Pra­wie dwa­dzie­ścia lat i na­dal cała je­stem taka roz­dy­go­tana. Wi­dzisz? Wy­je­cha­łam już ja­kiś czas temu i nikt mnie do ni­czego nie zmu­sza, ale drżą tak samo. I nogi tro­chę też, po­patrz. A to tylko na ze­wnątrz... Wi­dzisz? Chcia­łam mó­wić, chcia­łam to wy­krzy­czeć. Ale to...

– Ja mo­gła­bym to zro­bić – sły­szysz swój głos. – Za cie­bie... Je­śli bę­dziesz dzięki temu spo­koj­niej­sza. Ja też prze­ży­łam wojnę. Je­śli cho­dzi o opo­wie­dze­nie o tym, po­dzie­le­nie się do­świad­cze­niem...

Spo­gląda na cie­bie, jakby przy­ła­pano ją na kra­dzieży w su­per­mar­ke­cie, a ty wła­śnie za­ofe­ro­wa­łaś, że za­pła­cisz. Nie wiesz, dla­czego to po­wie­dzia­łaś, ale już za­czy­nasz ża­ło­wać.

– Je­śli to w ogóle by się na coś przy­dało – do­da­jesz, sta­ra­jąc się wy­co­fać.

Nie pa­trzy ci w oczy. Nie od­zywa się. Może jesz­cze masz czas, żeby zro­bić krok w tył.

– Nie o to cho­dzi – w końcu od­po­wiada. – Cho­dzi o to, że...

– Słu­chaj, co­fam, co mó­wi­łam. Je­śli masz o tym opo­wie­dzieć, niech to bę­dzie dla­tego, że sama chcesz. I kiedy chcesz.

– By­łam w Vi­li­nie Vlas.

Wszystko wró­ciło. Krzyki, ten smród, strach jak nie­zmy­walna plama. Nie mu­sia­łaś tam być, by wie­dzieć, o czym mówi.

Po­woli kła­dziesz jej rękę na ra­mie­niu. Trzę­sie się jesz­cze bar­dziej niż na po­czątku, spusz­cza głowę, za­krywa twarz. Pła­cze. Kiedy py­tasz, czy mo­żesz ją przy­tu­lić, zwra­casz się do niej w ję­zyku swo­ich ro­dzi­ców.

– To o Vi­li­nie Vlas?

– Nie tylko. O tym, co nam zro­bili.

„Pła­kać się chce, Hana. Chcą wszystko wy­bie­lić, za­cie­rają ślady. Pła­kać się chce, Hana. Pła­kać”.

– Więc mo­żesz na mnie li­czyć, Almo.

– Ty też...?

Sama jesz­cze nie wiesz, co wła­śnie zro­bi­łaś.

Tę noc spę­dzisz bez­sen­nie, prze­wra­ca­jąc się na so­fie w ocze­ki­wa­niu na po­ra­nek, by można już było wstać, za­dzwo­nić do tych lu­dzi i oznaj­mić im, że tak, ty mo­żesz i chcesz o tym opo­wie­dzieć; po­pro­sić grupę nie­zna­jo­mych, któ­rzy nie mają po­ję­cia, kim je­steś i dla­czego dzwo­nisz, żeby włą­czyli cię do re­por­tażu, o któ­rym kom­plet­nie nic nie wiesz.

4

Mówi­łam jed­nak, że wszystko za­częło się ode mnie. Je­dli­śmy wła­śnie ko­la­cję, bez te­le­wi­zji ani ni­czego ta­kiego, i któ­reś z nich (przed tą ak­cją tata i mama sta­no­wili nie­po­dzielną ca­łość) za­de­cy­do­wało, że czas już po­roz­ma­wiać o wa­ka­cjach. Kiedy wy­daje ci się, że na za­wsze po­zby­łaś się już tra­dy­cyj­nego wy­pra­co­wa­nia z po­cząt­ków roku szkol­nego, oka­zuje się, że twoi ro­dzice ni­gdy nie opu­ścili pod­sta­wówki. Naj­pierw za­py­tali Jana, po­ga­dali chwilę o Pau i Mili, a po­tem (sami się o to pro­sili) do­szli do Dàrii i od niej prze­sko­czyli do Ale­ixa. „A dla­czego ma tam nie po­je­chać, skoro jego oj­ciec płaci?” Żeby była ja­sność: od­kąd zo­stał spon­so­rem dru­żyny ko­szy­kówki, a kasy ma wię­cej niż per­spek­tyw, oj­ciec Ale­ixa (na­dęty, wy­nio­sły i sku­piony na pie­nią­dzach) nie przy­padł im do gu­stu. Nie je­stem pewna, czego mu za­zdrosz­czą – uwiel­bie­nia ca­łej dru­żyny czy tego, że ma to­tal­nie wy­wa­lone na fakt, że ro­dzice trak­tują go jak po­wie­trze. W grun­cie rze­czy to bez zna­cze­nia. Od tego się za­częło, wdali się w dys­ku­sję, że to ja­kaś fa­na­be­ria je­chać gdzieś pięć ty­sięcy ki­lo­me­trów z po­wodu wy­niku zwy­kłego te­stu DNA – ta­kiego z pa­tycz­kiem, który wkłada się do ust, a po­tem wy­syła do la­bo­ra­to­rium w da­le­kiej Ka­na­dzie.

– Smutne? Dla­czego?

– Bo sama po­wiedz, co ci ze spę­dza­nia Wiel­ka­nocy w ta­kim kraju jak Iran.

– Ja pie­przę, mamo, już ci tłu­ma­czy­łam. W dwóch pro­cen­tach jest per­skiego po­cho­dze­nia.

– Wy­ra­żaj się!

– Po­cho­dzi z Per­sji, mamo! Z Iranu!

– Prze­cież to bujda. Nie wi­dzisz tego?

– Nie do końca bujda – wtrą­cił się tata. – Z taką próbką można okreś...

– Bujda i tyle, Pep. Mo­żemy skoń­czyć ten te­mat?

– Ja tylko mó­wię...

– Nie, Pep, to ja ci mó­wię. – I po­pa­trzyła na niego jak na mnie i Jana, kiedy stara się uci­szyć nas wzro­kiem na środku sklepu.

Tata za­milkł, ale mnie aku­rat na­szła ochota, żeby się ode­zwać i gło­śno wy­ra­zić swoje zda­nie.

– A ja wła­śnie za­mie­rzam so­bie zro­bić taki test.

– Za czyje pie­nią­dze?

– Nie­ważne. Mó­wię tylko, że so­bie taki zro­bię.

No i wtedy, jak w przy­padku kol­czy­ków, któ­rych nie no­szę, bo ni­gdy nic so­bie nie prze­kłu­łam, ta­tu­aży, któ­rych ni­gdy nie zro­bi­łam, i dys­ko­tek, do któ­rych mo­głam wejść dwie­ście ty­sięcy razy, gdyby nie ona (swoją drogą wy­pa­da­łoby kie­dyś po­roz­ma­wiać o jej lę­kach, jej fik­sa­cjach), mama wy­to­czyła cięż­kie działa. Ni­gdy nie znała umiaru.

– Przy­kro mi – oznaj­miła – ale je­steś nie­peł­no­let­nia.

Na­wet bez pa­trze­nia mo­gła­bym na­ry­so­wać uśmiech, który za­go­ścił na jej twa­rzy. Trium­falny, rzecz ja­sna.

– Kurde, mamo. Dla­czego taka je­steś? Już pra­wie mam pie­nią­dze.

– A to niby skąd? – za­py­tała tym swoim ła­god­nym gło­si­kiem w stylu „Nie za­mie­rzam krzy­czeć, bo zmu­szę do krzyku cie­bie”.

– Dla­czego za­wsze mu­sisz nam za­tru­wać ży­cie? Ja­nowi, ta­cie, mnie.

Uśmiech na­gle wy­pa­ro­wał. Wpiła się we mnie wzro­kiem bez słowa, jakby to był se­rial, i nie wiem, czy cze­kała, aż tata coś po­wie, czy może szy­ko­wała się do oko­pa­nia w wieży zbu­do­wa­nej z mil­cze­nia.

Tata nie po­wie­dział nic.

Jak tru­ci­zna

W