Mary Miasta (Komisarz Bondys #5) - Hanna S. Białys - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Mary Miasta (Komisarz Bondys #5) ebook i audiobook

Hanna S. Białys

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

74 osoby interesują się tą książką

Opis

Zawsze szukał sprawiedliwości.
Teraz sprawiedliwość szuka jego.
 
Młoda rowerzystka zostaje napadnięta w drodze do pracy, a niedługo później jej okaleczone ciało zostaje odnalezione przez nauczyciela z Myślęcinka. Tą sprawą będzie musiał jednak zająć się inny śledczy – Marek Bondys po raz pierwszy od dawna bierze urlop.
 
Okazuje się jednak, że nie dane będzie mu wypocząć – dziwny list budzi w nim wspomnienia, które próbował upchnąć w najciemniejszych zakamarkach pamięci. Przesyłka od Artura Goletemese to niemile widziane zaproszenie do Miasta, do którego się nie wraca. Miejsca, które komisarz Bondys znienawidził, zanim jeszcze zdążył je poznać. Które karmi się tym, o czym ludzie próbują zapomnieć.
 
W hotelu Prezydentia, niegdysiejszym symbolu Miasta, doszło do brutalnego zabójstwa. Pokój 1046 spłynął krwią dziwnego gościa. Bondys zjawia się na miejscu, ale nie po to, by rozwikłać sprawę – dla niego powrót do Prezydentii to powrót do koszmaru, który rozegrał się wiele lat wcześniej…
 
Hanna Szczukowska-Białys to autorka, której potencjał wysoko oceniają m.in. Robert Małecki i Maciej Siembieda. Laureatka konkursu na opowiadanie kryminalne, uczestniczka licznych warsztatów z pisarzami gatunku i absolwentka dwóch kursów Maszyny do Pisania.
 
W jej debiutanckim cyklu z komisarzem Bondysem pojawiły się również: Robaki w ścianie, Męczennicy na płótnie, Węże na ziemi, węże na niebie oraz Cienie nad stawem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 398

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 6 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Filip Kosior

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mojemu przyjacielowi – Sławkowi Przysiewkowskiemu

„Koszmary to sączący się chłód, stworzony przez umysł, by ukarać samego siebie”.

Brandon Sanderson, „Yumi i malarz koszmarów”

Prolog

Zima 1998 roku

Jaki las wygląda najstraszniej? Goły, bez liści. Zimowy. Przypomina wówczas cmentarzysko. Szarawe, momentami czarne pnie, konary i gałęzie wyglądają jak truchła. Nie ma w nich życia, nie ma nadziei.

Ten las też taki był – chłodny, mroczny, odpychający.

A on czuł się tutaj znakomicie, jak w domu.

Obserwował ją od dawna. Młodą dziewczynę, zmierzającą na rowerze w stronę pobliskiej uczelni. Miała w sobie to, co najbardziej lubił – niewinność, dobroć, ufność. Dziewczyny takie jak ona, po dwudziestce, nawet trzydziestce, wykazywały się jeszcze dziecięcą naiwnością.

Dziewczynka w ciele kobiety.

Ofiara idealna.

Jeszcze nie próbował jej skrzywdzić, a już wiedział, że ona się nie obroni. A dlaczego? Bo za późno pojmie, jeśli w ogóle, że istnieje ktoś tak zły jak on. Do końca będzie wierzyła, że to żarty, że to sen, że to nieprawda, że on na pewno nie chce jej skrzywdzić. Przecież nie zrobiła nikomu nic złego, traktowała wszystkich dobrze, z sercem na dłoni, pięknym uśmiechem i życzliwością. Dlaczego zatem ktoś miałby chcieć dokonać takiego okrucieństwa wobec niej?

Najczystsze, najpiękniejsze dobro zawsze przyciąga najstraszliwsze, najpodlejsze zło. Tak wygląda świat. Czarny – biały, zły – dobry, groźny – łagodny, szpetny – piękny, drapieżnik – ofiara.

Zło oznacza panowanie, zwycięstwo, wygraną.

Jak to George Orwell napisał w Roku 1984: „Władza polega na zadawaniu bólu i upokarzaniu”.

Władza. Władza. Władza.

Nad kimś, nad czymś. Nad czyimś umysłem, ciałem, nad czyjąś duszą. Jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to władza nadaje sens życiu na każdym jego etapie.

Maja Borowska jechała do pracy swoim zielonym rowerem niczego nieświadoma, spokojnie i z uśmiechem, jak co rano. Dotarła do miejsca, gdzie musiała zsiąść z roweru i podprowadzić go do góry schodami na wiadukt nad torami kolejowymi, a następnie zejść schodami po drugiej stronie. Przy schodach umieszczono podjazd dla rowerów, a i tak dyszała z wysiłku. Gdy schodziła, akurat obok pędził pociąg. Przez moment przyglądała się rozpędzonym wagonom. To był dla niego sygnał. Hałas zagłuszał wszystko dookoła, więc mógł spokojnie podejść bliżej.

Dziewczyna ruszyła powoli, chwiejnie, ale znowu z uśmiechem. Z krzaków dobiegł ją głośny trzask i tuż przed przednim kołem przeleciała jej drogę sójka, ewidentnie czymś spłoszona. Nawet ten niewielki, za to najbarwniejszy przedstawiciel krukowatych w Europie ze swoim ptasim móżdżkiem wykazywał się większą zachowawczością niż dorosła, inteligentna kobieta. To takie zabawne!

Wyszedł niespiesznie na ścieżkę zaledwie kilka metrów przed nią. Zlękła się, całe jej ciało się wzdrygnęło.

– Przepraszam, chciałabym przejechać – zaczęła grzecznie, widząc, że mężczyzna stoi dokładnie na środku wąskiej ścieżki, tarasując jej dalszą drogę.

Wiele osób zaczęłoby żądać ustąpienia miejsca, może wyzywać od najgorszych, grozić. A dobra Maja przeprosiła…

Patrzył prosto na nią. Nie odpowiadał, delektował się jej strachem.

Dziewczyna nerwowo obejrzała się za siebie, później dookoła. Znajdowali się w obniżeniu terenu, w osłoniętym od jezdni zalesieniu, więc żaden kierowca pokonujący równoległą drogę nie miał szans jej zauważyć.

Zbliżył się do niej małymi krokami. Borowska, trzymając rower, cofała się powoli. Wiedziała, że za sobą ma drogę odciętą torami, więc najwyraźniej postawiła na jedyny, desperacki krok – tak łatwy do odgadnięcia, tak przewidywalny i tak przez niego wyczekiwany.

Ruszyła z impetem i spróbowała go wyminąć.

Wyciągnął ręce i mocnym uściskiem schwycił kierownicę, przewracając zielony rower na bok, oczywiście wraz z prowadzącą go kobietą.

Nie zdążyła nawet krzyknąć, wydała z siebie jedynie leciusieńki jęk.

Gdy upadała, z krzaków z wrzaskiem wyleciała kolejna sójka, jakby śmiała się z jej nieostrożności.

Maja trzymała się za nienaturalnie wykręcone kolano, lecz dopiero na widok noża wyjętego przez swojego kata zza pazuchy wydobyła z siebie skowyt. Przerażenie wraz z bólem ją sparaliżowały. Miała nieprzytomny wzrok, jakby nie wierzyła w to, co się dzieje.

Jej reakcja w niczym go nie zaskoczyła.

Dookoła panowała pustka i szelest zimowego, nagiego lasu. Żaden pociąg już nie jechał, nikt nie szedł, nawet ptaki się gdzieś schowały.

Zgasił peta. W głowie rozbrzmiewały mu słowa utworu Hammer Smashed Face deathmetalowej kapeli Cannibal Corpse o zadawaniu bólu, miażdżeniu czaszki i ciele bez życia.

Kiedy uderzył ją po raz pierwszy, nawet się nie broniła. Może myślała, że tym sposobem uniknie najgorszego? A może nie potrafiła się bronić.

Sprawiając jej ból, czuł się władczo, zwycięsko, triumfująco.

Ofiara w postaci Mai Borowskiej miała jednak stanowić jedynie pewien etap.

Pierwszy etap koszmaru.

1.

Zima zaczęła się mroźnie, śnieżnie i wietrznie, a wszystko wskazywało na to, że swoje najzimniejsze oblicze miała dopiero pokazać. Ludzie narzekali na śliskie chodniki, oblodzone ulice, zimno w domach i ceny opału. Tęsknili do wiosny i ciepła, jakby ich życie miało się wtedy diametralnie odmienić, ale prawda była taka, że zmieni się jedynie powód do narzekań: zaczną marudzić na deszcz albo zbyt wysokie temperatury i opowiadać o swojej tęsknocie do lata. Tak było przy każdej kolejnej porze roku. Zmienność pogodowa dawała pretekst do narzekania każdego dnia, solidaryzowała naród i dawała złudną nadzieję, że za jakiś czas, kiedy przyjdzie następna pora roku, życie stanie się lepsze.

Komisarzowi Markowi Bondysowi pogoda była skrajnie obojętna. Aura za oknem nie miała znaczenia, a różnice odnajdywał jedynie w liczbie zakładanych ubrań przy wychodzeniu na zewnątrz oraz w czasie dojazdu do komendy. To ostatnie zresztą też go średnio w tym roku interesowało, bo planował od początku lutego wybrać wreszcie zaległy urlop, którego łącznie uzbierał niemal dwa miesiące. Cieszył się jedynie z entuzjastycznej reakcji Kodeksa na widok śniegu – psiak co roku szalał w białym puchu niczym beztroski szczeniak, zjadał śnieg, tarzał się i czekał na kolejne śnieżne kule rzucane przez swojego pana.

Po powrocie ze spaceru Marek wypił czarną sypaną kawę, mocną i rozgrzewającą, zapalił dwa papierosy Poznańskie i zasiadł do jajecznicy. Na drugie śniadanie czekała na niego drożdżówka z lukrem, czyli, jak mawiał jego ojciec, szneka z glancem. Niemieckie naleciałości w Bydgoszczy, dawnym Brombergu, nikogo nie dziwiły; powszechnie nazywano uchylone okno lufcikiem, a ziemniaki kartoflami.

Po śniadaniu usiadł na kanapie i głaskał Kodeksa po miękkim futrze, zastanawiając się, czy pójść do Estery. Nie martwił się, czy nie obudzi emerytki – wiedział, że skoro wybiła ósma, to Rosenberg najpewniej nie śpi od dobrej godziny. Przyczyna wątpliwości pochodziła ze zgoła innego źródła: miał do przekazania emerytce wiadomość, w dodatku złą, niesprawiedliwą i smutną. Właśnie dlatego długo ociągał się z zaniesieniem sąsiadce i jednocześnie wieloletniej przyjaciółce listu z więzienia od jej córki Melanii, omyłkowo wrzuconego do jego skrzynki pocztowej. Wbrew swoim zwyczajom poszanowania cudzej korespondencji przeczytał jego treść i mimo że nie znał dobrze Meli, a słowa nie zostały napisane klarownie, to doskonale zrozumiał przesłanie wiadomości. Bolesnej, okrutnej i bezdusznej, wyzutej z człowieczeństwa i stanowiącej straszliwy cios dla Estery.

Melania twierdziła, że odkąd znalazła się za kratami za zabójstwo Radosława Millera i usiłowanie zabójstwa swojej matki, miała czas na spokojne przemyślenie sobie wszystkich spraw, wydarzeń i bynajmniej nie odnalazła w sobie krzty poczucia winy czy żalu do siebie. Przeciwnie. Uznała, że nie żałuje swoich czynów, ubolewa jedynie, że nie udało jej się dokończyć tego, czego się podjęła – morderstwa Estery, która według niej zniszczyła życie swojemu mężowi, a ojcu Melanii, oraz jej samej. Podkreśliła swój brak wyrzutów sumienia, że zginął z jej rąk aspirant Miller, bo jak to określiła: „kiedy lecą bomby, to giną ludzie”, a według niej za śmierć policjanta odpowiadał nie kto inny, jak tylko Estera Rosenberg.

List miał mocno gorzki charakter, opowiadał o trudnym dzieciństwie, cudownym, wizjonerskim ojcu i biernej, głupiej matce. Na końcu znajdowała się prośba do Estery, a właściwie zakaz kontaktowania się z Melanią. Cytując dokładnie, ostatnie słowa brzmiały: „Wynoś się z mojego życia, nie jesteś już moją matką, nie chcę cię znać”. Proces Melanii jeszcze się nie zakończył, lecz spodziewano się najwyższego wymiaru kary, zwłaszcza przy braku jakiejkolwiek skruchy.

Dylemat, czy przekazać hiobową wieść od córki starszej sąsiadce, pogłębiał jej stan zdrowia. Na szczęście zmiany w płucach emerytki okazały się mieć charakter łagodny, a zastosowane leczenie przynosiło rezultaty, ale nie zmieniało to faktu, że choroba pogorszyła już i tak słabą kondycję fizyczną i psychiczną starszej kobiety. Estera należała przez większość swojego życia do osób pulchnych, natomiast w ciągu ostatnich kilku miesięcy znacząco schudła, najpewniej dobre kilkanaście kilogramów, przez co skóra na jej twarzy i szyi mocno się rozluźniła. Aspekt wizualny utraty wagi pozostawał drobiazgiem; komisarz dużo bardziej obawiał się, jak to wszystko wpłynie na i tak mocno osłabione oraz zmęczone chorobą ciało emerytki i jej zranioną duszę.

Bondys uznał, że jest winien przyjaciółce szczerość i na dłuższą metę nie może jej w ten sposób chronić, więc zszedł piętro niżej i po krótkim przywitaniu przekazał Esterze kopertę, po czym usiadł przy stole. W milczeniu czekał, aż przyjaciółka doczyta list do końca. Nie wyrażał zniecierpliwienia, nie ponaglał jej.

Kiedy kobieta skończyła lekturę, zgięła kartkę i włożyła ją z powrotem do koperty. Nie skomentowała treści w żaden sposób. Nie okazała też żadnych emocji – nie rozpłakała się, nie krzyczała, nawet nie drgnęła. Wyglądała, jakby ktoś zamienił ją w kamień. Pustka na jej twarzy odzwierciedlała mur, potężny mur, jaki Estera wokół siebie wybudowała. Marek wiedział, co to oznacza w przypadku Rosenberg – ona zrozumiała, że nie ma już żadnego wpływu na tę sytuację, i pogodziła się z utratą córki, jeśli w ogóle można coś takiego zaakceptować. Cierpiała każdą komórką swojego ciała, choć już nie okazywała tego światu. Bondysa też to bolało, ten chłód, dystans, odcięcie się od własnych uczuć, których nie da się udźwignąć. To jakby okraść człowieka z człowieczeństwa.

Nie stało się to bynajmniej w momencie czytania wiadomości od Melanii. Estera dużo wcześniej pojęła, że jej córka nie wyraża ani skruchy, ani żalu za popełnione czyny. Otworzyła oczy i mimo matczynego serca dostrzegła w swojej córce nieludzkie zło. Postępowania Meli nie można było już tłumaczyć trudnym rozwodem, załamaniem nerwowym, poznaniem prawdy o swoim ojcu ani manipulacją sekty. Moment, w którym Melania przekroczyła granicę, za którą ludzkie życie przestało mieć dla niej znaczenie, zmienił wrażliwą kobietę, oddaną nauczycielkę i dobrego człowieka w potwora. Melanię, jeszcze do niedawna poturbowaną przez życie, dzisiaj definiowało jedynie określenie: „bezwzględna morderczyni”. Jej czyny przekreśliły inne jej osiągnięcia grubą kreską. I tak oto Melania sprzed zbrodni przestała istnieć.

Markowi serce krajało się w plasterki, gdy patrzył na pozbawioną emocji twarz matki Melanii. Znali się z Esterą, wspierali i mogli na siebie liczyć od przeszło dwudziestu lat, jednak komisarz odnosił wrażenie, że przez wydarzenia ostatnich miesięcy mocno oddalili się od siebie. Oczywiście przez lata ich przyjaźń przechodziła różne etapy, lecz teraz czuł, że przyjaciółka zamknęła się na niego. Starał się nie odbierać tego personalnie – starsza pani po prostu zamknęła się na przyjaciół, znajomych, w ogóle na ludzi i cały świat, jakby życie i bliscy rozczarowali ją tak bardzo, że wolała już do nikogo się nie zbliżać. Nawet jej partner, doktor Eryk Zrembicki, od niedawna odwiedzał ją rzadziej. Marek kiedyś natknął się na niego na schodach; lekarz wydawał się smutny i między słowami dał do zrozumienia Bondysowi, że ich relacja z Esterą przeżywa słabszy czas.

Trudno jednak było winić starszą kobietę po tym wszystkim, co przeszła, za jej nastrój, nieufność czy chłód, zwłaszcza że podobnych ran na duszy i ciele Estera zgromadziła w swoim życiu już ponadprzeciętną kolekcję. Marka cieszył za to upór starszego lekarza, zakochanego w Rosenberg. Zrembicki nie ustępował w zabieganiu i trwaniu przy Esterze, potrafił uszanować jej dystans i chłód, czekał cierpliwie i trwał przy niej w najlepszy możliwy sposób. Oczywiście zasmucał go jej stan, pogorszenie ich relacji czy brak uśmiechu, lecz nie obwiniał jej o to, nie kłócił się z nią, nie wylewał wiader pretensji, nie groził, nie naciskał. Po prostu był.

Bondys wiedział o tym od samej Estery, ale też od Eryka i z własnych obserwacji tych dwojga. Gdyby Marek wierzył w życie pozaziemskie, to uznałby doktora Zrembickiego za anioła zesłanego kobiecie prosto z niebios. Nie wierzył, dlatego uważał go po prostu za wyjątkowo dobrego, życzliwego człowieka, bez wątpienia zakochanego po uszy.

Komisarz doskonale rozumiał sąsiadkę i jej zachowanie, a ona jego. Może przez to ich przyjaźń trwała tyle lat bez względu na okoliczności. Bo to, że połączyła ich przed laty wspólna mroczna tajemnica związana ze śmiercią Ernesta Rosenberga, sadystycznego męża Estery, to jedno. Ale powód nie determinował kierunku rozwoju ich relacji – oni zwyczajnie się bardzo polubili, pomagali sobie, szanowali się i darzyli pełnym zaufaniem. Mieli także podobną hierarchię wartości i starali się na niej opierać swoje postępowanie, choć moralność ich obojga została nieraz wystawiona na próbę i w konsekwencji mocno zachwiana. To były fundamenty, które rzadko występują naraz w nawet najbliższych więzach.

Z tej przyczyny Bondys wiedział, co przeżywa Estera i akceptował, że woli się schować, zaszyć w swojej samotności i pozostawać sama, nawet jeśli dla niego czy doktora Zrembickiego oznaczało to pewien rodzaj odrzucenia.

Inna sprawa, że Marek w swojej naturze także dostrzegał znaczny zmysł samotnika i również w tej cesze łączyło go z Esterą podobieństwo. Kiedy coś się waliło, przychodziło jakieś życiowe tornado, wolał zaszyć się w swojej jaskini i przeczekać burzę. Czy był tak zbudowany od zawsze, czy ciosy od życia go takim stworzyły? Nie umiał tego określić.

Wiedział za to, jak zareagować na niemą rozpacz Estery. Przytulił ją i trwali w uścisku przez dłuższą chwilę, nie odzywając się, jakby słowa nie pasowały do tej sytuacji, jakby ważyły zbyt dużo, aby je wypowiadać na głos. Marek miał wrażenie że Estera niknie mu w ramionach. Czuł jej przyspieszone bicie serca i ciężki oddech; nie rozpłakała się jednak. Nie wylały się łzy rozpaczy, tęsknoty i złamanego matczynego serca.

W końcu Marek poczuł, że oddech Rosenberg powoli zwalnia, a rytm serca wraca do normy. Odprowadził Esterę na kanapę. Przyjaciółka się położyła, a on przykrył ją kocem i pogłaskał, jak głaszcze się małe dziecko przed snem. Wziął list ze stołu i ruchem głowy wyraził pytanie, czy ma go zabrać. Estera potwierdziła skinieniem i zamknęła oczy. Pogładził ją jeszcze po policzku i wyszedł. Nic więcej teraz nie mógł zrobić dla przyjaciółki.

Wrócił do swojego mieszkania i wrzucił list do szuflady w salonie, gdzie trzymał różne dokumenty, a po chwili wyjął go ponownie i sięgnął po zapalniczkę Zippo z logo Slayera oraz dedykacją, którą otrzymał cztery lata temu w prezencie urodzinowym od Aleksa i Marcina. List spłonął szybko, pozostawiając po sobie popiół i smród w pokoju. Bondys otworzył okno i wystawił cuchnącą popielniczkę na balkon. Był świadomy, że odór uleci, popiół się wyrzuci, a zapisane słowa Melanii nigdy nie znikną, stając się niegojącą raną w sercu jej matki.

Komisarz znał starą wysłużoną prawdę, że nieszczęścia chodzą parami, choć w przypadku Melanii krzywdzącej Esterę i całej sprawy związanej z sektą Serpenty nie winił losu. Bolesne konsekwencje to był skutek niewłaściwych decyzji, emocji, utraconej nadziei i pokładów wiary w cel, który na to zupełnie nie zasługiwał. Można by nazwać zachowanie Rosenberg juniorki fanatyzmem, naiwnością, ślepotą, ale nomenklatura w żaden sposób nie wpływała na fakty. Poza tym tak naprawdę nikt nie wiedział, co Melania miała i ma w głowie, czym się kierowała i dlaczego podjęła tak tragiczną w skutkach decyzję. Bolesnych konsekwencji popełnionej przez nią zbrodni było dużo więcej niż śmierć Radosława i zranienie Estery – na przykład do tej pory nikt nie wiedział, co stało się ze starszą sierżant Beatą Pachniewicz.

Po próbie samobójczej i tym samym przekreśleniu sobie powrotu do policji, kobieta przebywała w szpitalu, gdzie Bondys odwiedzał ją z Adrianną, jej wieloletnią przyjaciółką i współlokatorką. Na własne oczy zobaczył fatalną kondycję psychiczną koleżanki z zespołu, ale nie spodziewał się, że któregoś dnia Beata wyjdzie z oddziału i ulotni się niczym kamfora, że spakuje swoje rzeczy, napisze lakoniczną wiadomość przyjaciółce, po czym zniknie, zostawiając znajomych w niewiedzy i niepokoju. Wytłumaczyła w krótkim liście, że po śmierci Radosława, ze smutku, żalu i poczucia winy musi odejść. Dodała prośbę, aby Ada nie gniewała się za to na nią ani jej nie szukała. Obiecała, że powróci, gdy odzyska siły, ale nie doprecyzowała, kiedy to nastąpi.

Adrianna zamartwiała się o przyjaciółkę, lecz postanowiła uszanować jej wolę i jej nie szukać, choć nie miała przekonania, czy postępuje słusznie. Inna sprawa, że nie miała kompletnie pomysłu, dokąd Pachniewicz mogła się udać, a podstawy do wszczęcia poszukiwań policyjnych nie istniały. Pacjentka nie uciekła z oddziału zamkniętego, była świadoma, dorosła i zostawiła list z prośbą o zostawienie jej w spokoju. Wcześniej, w trakcie sprawy z Serpentą, Beata zwątpiła w przyjaciółkę i nawet przez moment podejrzewała ją o współpracę z przywódczynią sekty, co również złamało serce Romanowskiej. W ten sposób Beata i Adrianna stały się kolejnymi pośrednimi ofiarami zbrodni popełnionej przez Melanię.

Komisarz Bondys od czasu do czasu spotykał się z Adrianną. Wymieniali się pustymi komunikatami, bo żadne z nich nie miało kontaktu z Beatą. Obiecali sobie, że jeśli to się zmieni, jeśli któreś z nich dowie się czegoś o zaginionej, niezwłocznie poinformuje drugą stronę. Marek starał się okazać wsparcie dziewczynie, wybierali się razem na długie spacery z Kodeksem, lecz równocześnie przykładał dużą wagę do tego, aby nie robić świeżo upieczonej pani doktor botaniki nadziei na coś więcej. Żeby uniknąć nieporozumień, podczas jednego ze spotkań powiedział jasno, że nie szuka partnerki do życia, romansu ani żadnej innej relacji damsko-męskiej, a jedynie chce jej pomóc z racji wieloletniej relacji Ady z Beatą. W reakcji na jego słowa Romanowska zaśmiała się w głos i odpowiedziała, że jej także jest dobrze tak, jak jest. Oczywiście, bazując na swoich doświadczeniach życiowych, Bondys miał świadomość, jak niewiele znaczą takie deklaracje i obietnice w obliczu uczuć, nadinterpretacji czy oczekiwań drugiej osoby, dlatego ograniczył spotkania z Adą, a jeśli już wybierali się na spacer, to raczej na krótko i rozmawiali na neutralne tematy, przede wszystkim związane z Beatą, ewentualnie z Kodeksem i jego upodobaniami.

Im więcej komisarz rozmawiał z Adrianną, również na temat Beaty, tym bardziej obawiał się o los byłej sierżant sztabowej. Zastanawiał się, dlaczego podjęła taką decyzję, dokąd pojechała, w jakim celu i co najważniejsze – jaki ma dalszy plan. O ile w ogóle jakiś miała.

Marek nawet bez studiów medycznych i specjalizacji z psychiatrii mógł jednoznacznie stwierdzić, że stan psychiki Beaty można było określić jako wyjątkowo kiepski, a przecież po jednej próbie samobójczej prawdopodobieństwo ponownego targnięcia się na własne życie znacznie wzrastało. Obawiał się, że Pachniewicz również planuje zemstę na Darinie Rosenberg vel Edycie Barańskiej vel Serpencie, czyli przywódczyni sekty, ale także na członkiniach zgromadzenia, ewentualnie zemstę na nim samym za odrzucenie. Przeszło mu nawet przez myśl, że kobieta może zechcieć się odegrać na wszystkich policjantach z komendy wojewódzkiej.

Nie miał żadnych dowodów ani choćby szczątkowych przesłanek, ale towarzyszyło mu przeczucie, że Beata powróci, być może niedługo, i wyniknie z tego coś bardzo złego. Coś, co skończy się cierpieniem nie tylko jej samej. Bo jeżeli jednocześnie wali się życie psychiczne, osobiste i zawodowe, to nie pozostaje nic, czego można się trzymać.

A to oznacza równię pochyłą i spadanie w życiową przepaść.

Mary Miasta

Copyright © by Hanna Szczukowska-Białys 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja – Ewa Cat Mędrzecka

Korekta – Julia Młodzińska, Aneta Wieczorek

Opracowanie typograficzne i skład – Paulina Soból-Hara

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Elementy na okładce – Freepik

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana

elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN epub: 9788384064061

ISBN mobi: 9788384064054

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Magdalena Ignaciuk-Rakowska, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce i IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

Finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl

Spis treści

Okładka

Strony tytułowe

Dedykacja

Cytat

Prolog

1.

Reklama

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover