40,00 zł
Śmiała, rozbrajająca i rozgrzewająca serce historia młodej kobiety, która we współczesnym świecie, coraz bardziej zdominowanym przez Internet, boryka się z dorosłością, macierzyństwem i pustkami na koncie bankowym.
Margo Millet, córka byłej kelnerki z Hooters i ekswrestlera, od długiego czasu wie, że musi liczyć przede wszystkim na siebie. Jeszcze nie ma pomysłu, jak będzie zarabiać na życie, więc zapisuje się do szkoły policealnej. Bez sprecyzowanych planów pozwala się uwieść swojemu nauczycielowi angielskiego i chociaż ich romans jest krótki, wystarcza, żeby Margo zaszła w ciążę. Pomimo rad wszystkich znajomych postanawia urodzić dziecko, kierowana przede wszystkim naiwnością i tęsknotą za wyższymi wartościami.
Kończąc dwadzieścia lat, Margo mieszka sama z nowo narodzonym synkiem, jest bezrobotna i grozi jej eksmisja. Desperacko potrzebuje zastrzyku gotówki – i to szybko. Kiedy na progu domu staje Jinx, jej rzadko widywany ojciec, Margo zgadza się, żeby się do niej wprowadził w zamian za pomoc w opiece nad dzieckiem. Wtedy wreszcie może zaplanować przyszłość – zakłada na próbę konto w kontrowersyjnym serwisie OnlyFans i prowadząc je, wkrótce zaczyna korzystać z rad ze świata wrestlingu, których niewyczerpanym źródłem jest Jinx. Uczy się od niego na przykład, jak stworzyć swój wizerunek medialny, który zafascynuje i rozkocha w niej fanów. Niespodziewanie osiąga oszałamiający sukces. Czy to będzie stanowić odpowiedź na wszystkie problemy Margo, czy też sława w Internecie ma zbyt wysoką cenę?
Napisana lekkim tonem, lecz pełna wnikliwych spostrzeżeń, to pełna emocji opowieść o sympatycznej młodej dziewczynie i jej zmaganiach, by wydrzeć światu trochę pieniędzy i swobody decydowania o swoim losie, których ten zazdrośnie strzeże. To zabawna i szczera analiza sztuki opowiadania historii oraz kontrolowania własnej narracji, a także inspirująca lekcja odkrywania swojego głosu zarówno w sieci, jak i offline.
MGMT to powieść wprawiająca w dobry nastrój, idealna na obecne czasy.
„The Washington Post”
Urocza książka, dostarczająca świetnej zabawy.
Nick Hornby, „New York Times Book Review”
Bardzo oryginalna powieść [...] Thorpe splata poszczególne wątki tej niezwykłej historii w sposób poetycki, a jednocześnie przenikliwy.
The Associated Press
Obecnie na podstawie powieści powstaje serial produkcji Apple TV+, w którym zagrają Nicole Kidman, Michelle Pfeiffer, Elle Fanning i Nick Offerman.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 507
Tytuł oryginału Margo’s Got Money Troubles
Copyright © 2024 by Rufi Thorpe Copyright © 2026 for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Projekt okładki, skład i łamanieAndrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, a więc nie kopiujesz, nie skanujesz i nie udostępniasz książek publicznie. Dziękujemy za to, że wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować książki.
ISBN 978-83-68625-60-8
2026.1
Gorzka Czekolada jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Ciebie
ZACZYNASZ CZYTAĆ NOWĄ KSIĄŻKĘ I, szczerze mówiąc, czujesz się trochę spięta. Początek powieści jest jak pierwsza randka. Masz nadzieję, że już od pierwszych wersów zadziała raptownie magia i zanurzysz się w tej historii niczym w gorącej kąpieli. Jednak na ziemię sprowadza cię świadomość, że w rzeczywistości będziesz musiała nauczyć się imion wielu postaci i grzecznie podążać za nimi, jakbyś uczestniczyła w baby shower przyszłej mamy, którą ledwo znasz. I nie ma w tym nic złego, na pewno czytałaś w życiu wiele książek, które uwielbiasz, chociaż nie porwały cię od pierwszego akapitu. To jednak nie znaczy, że nie chciałabyś, żeby tak było – żeby zbliżyły się do ciebie ukradkiem, kiedy jeszcze nic o nich nie wiedziałaś, i czule pocałowały cię w szyję.
Baby shower dla Margo zorganizowała Tessa, właścicielka restauracji, w której Margo pracowała. Szefowa uznała, że będzie zabawnie nadać tortowi kształt wielkiego penisa – może dlatego, że Margo nie była mężatką i ukończyła dopiero dziewiętnaście lat, czyli nie osiągnęła jeszcze nawet wieku uprawniającego ją do picia alkoholu, a może z tego powodu, że dziecko zrobił jej nauczyciel. Tessa miała talent do wypieków. Sama przyrządzała wszystkie desery w menu restauracji, zaś w wypadku penisokształtnego tortu poszła na całość – uformowała ręcznie trójwymiarowy model fallusa z dwunastu warstw biszkoptu oblanych matowym, różowym lukrem. Zainstalowała też ręczną pompkę i kiedy wszyscy odśpiewali Niech dzidziuś twój będzie duży na melodię For He’s a Jolly Good Fellow, a Margo zdmuchnęła świeczki – dlaczego? Przecież to nie były urodziny – Tessa mocno ścisnęła pompkę, a biały pudding wytrysnął z górnej części słodkiego penisa i spłynął po nim w dół. Tessa wydała radosny okrzyk, Margo zaś udawała, że się śmieje, lecz później zamknęła się w łazience, żeby się wypłakać.
Margo wiedziała, że Tessa upiekła dla niej to ciasto dlatego, że ją kochała. Szefowa potrafiła być jednocześnie podła i bardzo ludzka. Pewnego dnia Tessa dowiedziała się, że chłopak zatrudniony do przygotowywania sałatek nie ma zmysłu węchu ani smaku, bo stracił go, kiedy w wieku kilkunastu lat został pobity niemal na śmierć. Szefowa podała mu na talerzu krem do golenia z ziemią do roślin doniczkowych i powiedziała, że to jej nowy deser. Zdążył zjeść dwie duże łyżki, zanim go powstrzymała.
Margo wiedziała, że Tessa próbuje bagatelizować sytuację, która bynajmniej nie dawała powodów do radości. Specjalizowała się w obracaniu tragedii w karnawał. Wydawało się jednak niesprawiedliwe, że jedyna miłość, na jaką Margo mogła liczyć, była tak deficytowa i krzywdząca.
Mama Margo, Shyanne, radziła córce, że powinna dokonać aborcji. Nauczyciel w histerycznych słowach także domagał się przeprowadzenia zabiegu. Właściwie nie była pewna, czy jej samej zależy na tym dziecku – chciała raczej udowodnić tym dwojgu, że nie zmuszą jej łatwo, by uległa ich woli. Nie wzięła pod uwagę, że wobec takiego stanowiska oni po prostu ograniczą z nią kontakty. Albo – jak w przypadku nauczyciela – całkowicie je zerwą.
Shyanne ostatecznie pogodziła się z decyzją Margo i nawet próbowała ją wspierać, wsparcie to jednak nie zawsze było skuteczne. Kiedy Margo zaczęła rodzić, jej mama spóźniła się do szpitala cztery godziny, bo jeździła po całym mieście, szukając odpowiedniego pluszowego miśka.
– Nie uwierzysz, Margo, ale ostatecznie okazało się, że najlepszego mieli w Bloomingdale’s!
Shyanne prawie piętnaście lat pracowała w Bloomingdale’s. Jednym z najwcześniejszych wspomnień Margo był widok nóg matki w cienkich, czarnych rajstopach. Shyanne wyciągnęła rękę, w której trzymała misia – białego, z pyszczkiem wykrzywionym, jakby cierpiał na zatwardzenie. Zapiszczała cienkim głosikiem:
– Urodź szybko tę dzidzię, chcę się zaprzyjaźnić!
Spryskała się tak mocno perfumami, że Margo niemal odetchnęła z ulgą, kiedy matka usiadła w kącie i zaczęła grać online w pokera na telefonie. PokerStars. To była jej pasja. Żuła gumę i grała w pokera całą noc, roznosząc w pył jopków. Zawsze tak nazywała innych graczy: jopki.
Jedna z pielęgniarek w niegrzeczny sposób naśmiewała się z imienia wybranego przez Margo dla dziecka. Imię to brzmiało Bodhi, od słowa bodhisattwa. Nawet jej mama uważała, że to brzmi głupio, co jednak nie przeszkodziło jej w spoliczkowaniu owej pielęgniarki, co wywołało wielką awanturę. Był to także moment, w którym Margo czuła się najbardziej kochana przez matkę, i jeszcze wiele lat później miała przywoływać w myślach wspomnienie tego uderzenia i zaskoczonej miny pielęgniarki.
To jednak działo się po znieczuleniu zewnątrzoponowym i nocy, podczas której Margo, spragniona jak wściekły pies, błagała o kostki lodu, a dostała do ssania żółtą gąbkę – gąbki, jak wiadomo, doskonale gaszą pragnienie.
– Co za cholera – warknęła Margo, trzymając w ustach gąbkę, która smakowała cytrynami.
Wcześniej parła i zabrudziła kupą stół. Na twarzy położnika malowała się odraza, kiedy wycierał łóżko porodowe, a Margo krzyczała:
– No co? Widziałeś to wiele razy!
On zaś się śmiał i mówił:
– Masz rację, masz rację, mamuśko, a teraz przyj jeszcze raz, mocno.
Potem nastąpiła magiczna chwila, kiedy śliskie, purpurowe ciałko Bodhiego położono na jej piersi. Otulono go ręcznikami, miał mocno zaciśnięte powieki. Od razu zmartwiło ją, jaki jest chudy. Zwłaszcza nóżki zdawały się niedorozwinięte, jak u kijanki. Wbrew temu, co śpiewano jej w pracy, ważył zaledwie dwa kilogramy i siedemset gramów. Kochała go. Kochała go tak bardzo, że aż dzwoniło jej w uszach.
W panikę wpadła dopiero, kiedy wypisano ją ze szpitala. Shyanne już opuściła jedną zmianę w pracy, żeby towarzyszyć Margo przy porodzie, więc nie było mowy, żeby mogła poświęcić kolejny dzień na pomoc córce w powrocie do domu. Poza tym po spoliczkowaniu pielęgniarki nie wpuszczono by jej do szpitala. Margo zapewniła mamę, że oczywiście da sobie radę. Ale już podczas wyjazdu z parkingu dziecko wyło w twardej, plastikowej klatce fotelika samochodowego tak, że Margo czuła się, jakby okradała bank. Bodhi tak się przy tym krztusił i wydawał się taki kruchy, że serce szybciej łomotało jej w piersi i drżała ze strachu przez całe czterdzieści pięć minut do swojego domu.
Zaparkowała na ulicy, bo do mieszkania było przypisane tylko jedno miejsce parkingowe, ale kiedy obeszła samochód, żeby zdjąć Bodhiego z tylnego siedzenia, okazało się, że nie wie, jak użyć dźwigni, żeby odpiąć fotelik. Naciskała bezskutecznie przycisk – czy był jeszcze jakiś inny, który trzeba nacisnąć jednocześnie? Zaczęła się mocować z fotelikiem, uważając, żeby nie potrząsać nim za mocno. Wszyscy wiedzą, że nie należy potrząsać dzieckiem. Bodhi teraz płakał jak szalony, a Margo cały czas myślała: „Masz za mało kalorii, żeby zużywać tyle energii. Umrzesz mi, zanim zdążę cię zanieść do mieszkania!”.
Po pięciu minutach paniki w końcu przypomniała sobie, że przecież może go po prostu wyjąć z fotelika. Zaczęła manipulować przy niewyobrażalnie masywnym, plastikowym zatrzasku znajdującym się dokładnie na środku klatki piersiowej dziecka, a potem nacisnęła głupi czerwony guzik klamry między nóżkami, co wymagało od niej nadludzkiej siły (wyobrażała sobie, że ten mechanizm na pewno wymyśliła rodzina wspinaczy przyzwyczajonych do zwisania na czubkach palców ze ścian klifów, którzy postanowili, że od teraz będą projektować artykuły dla noworodków). Gdy w końcu uwolniła Bodhiego, nie miała pojęcia, jak nieść tę małą kruszynkę razem ze wszystkimi torbami. Szwy już bolały jak diabli i Margo pożałowała swojej dyktowanej próżnością decyzji o spakowaniu do szpitala dżinsów na drogę powrotną – niech jednak wybrzmi wyraźnie, że nadal na nią pasowały.
– Okej – powiedziała z powagą, kierując słowa do drobnego ciałka Bodhiego, do jego purpurowoczerwonej twarzy i zaciśniętych powiek. – Teraz się nie ruszaj.
Położyła go na przednim siedzeniu po stronie pasażera, a sama przełożyła przez ramiona paski toreb z wyprawką malucha i z ubraniami na zmianę – skrzyżowane na jej piersiach wyglądały jak pasy z nabojami. Potem podniosła maleństwo i poczłapała, kołysząc się jak kaczka, w kierunku nędznych bloków Park Place z brązowej cegły. Budynki stłoczone za stacją benzynową o ekscytującej nazwie Fuel Up! nie były takie złe, ale w sąsiedztwie stojących przy tej samej ulicy domów z lat czterdziestych ubiegłego wieku pomalowanych na pogodne, jaskrawe kolory osiedla Park Place wyglądały jak nieproszony gość na przyjęciu.
Wchodząc po zewnętrznych schodach na pierwsze piętro, Margo nagle się przestraszyła, że wypuści z rąk dziecko, a jego malutkie ciałko wielkości kurczaka z rożna spadnie, wirując uprzednio w powietrzu, prosto do zasypanego liśćmi basenu komunalnego. Po wejściu do mieszkania przywitała się z siedzącą na kanapie współlokatorką – najfajniejszą z nich, Suzie, miłośniczką larpów, której zdarzało się przebierać za elfkę nawet bez okazji. W swoim pokoju zamknęła za sobą drzwi, rzuciła torby na podłogę i usiadła na łóżku, żeby nakarmić Bodhiego. Zdążyła już się poczuć, jakby wróciła z wojny.
Nie chcę obrażać w ten sposób ludzi, którzy faktycznie byli na wojnie; mam na myśli jedynie, że taki poziom stresu i wysiłku fizycznego był dotąd Margo kompletnie nieznany. Karmiąc Bodhiego, cały czas myślała: „Jestem w czarnej dupie, jestem w czarnej dupie, jestem w czarnej dupie”. Czuła bowiem, że otacza ją dudniąca echem pustka, w której nikt nie przejmuje się jej losem, nie martwi się o nią ani jej nie pomaga. Równie dobrze mogłaby karmić swoje dziecko na opuszczonej stacji kosmicznej.
Trzymała w objęciach malutki pakiecik ciepłego ciała i przyglądała się jego pomarszczonej buzi. Maleńkie zatoczki jego nozdrzy były tajemniczo piękne i jakby wyrzeźbione wąskim dłutem. Kiedyś czytała, że noworodki umieją skupić wzrok jedynie na obiektach znajdujących się w odległości zaledwie czterdziestu kilku centymetrów, czyli dokładnie takiej, w jakiej była twarz karmiącej je matki, a on właśnie teraz na nią patrzył. Co widział? Czułaby się nie w porządku, gdyby widział, że płacze. Kiedy zasnął, nie włożyła go do łóżeczka, jak powinna była zrobić – ułożyła się obok niego na swoim łóżku, chociaż wiedziała, że bateria jej świadomości jest na wyczerpaniu. Bała się zasnąć jako jedyna osoba czuwająca nad tą małą istotką, ale organizm nie pozostawił jej wyboru.
W szkole średniej nauczyłam się, czym jest narracja pierwszoosobowa, trzecioosobowa oraz drugoosobowa, i sądziłam, że to wszystko, co trzeba wiedzieć, jeśli chodzi o prezentację punktu widzenia, dopóki jesienią 2017 roku nie poznałam ojca Bodhiego. Zajęcia, które prowadził Mark, dotyczyły niemożliwych lub mało prawdopodobnych punktów widzenia. Pamiętam, jak chłopak z naszej grupy, Derek, próbował przeprowadzić analizę psychologiczną bohatera pewnej noweli, a Mark wciąż powtarzał:
– Główny bohater nie jest prawdziwą osobą.
– Ale w książce jest prawdziwą osobą – upierał się Derek.
– Tak, o ile nie jest przedstawiony jako kot lub robot – powiedział Mark.
– Ja po prostu uważam, że on w tej książce jest człowiekiem z osobowością... tak mi się zdaje... borderline.
– To nie jest interesująca interpretacja tej książki.
– Może dla pana – odpowiedział Derek – ale dla mnie tak.
Miał na głowie czarną czapkę i dało się zauważyć, że pod spodem jego włosy są przetłuszczone, wiotkie i miękkie – jak sierść chorego kota. Był jednym z tych chłopaków, którzy nie przejawiali żadnego zainteresowania mną w sensie romantycznym, więc niewiele o nim myślałam. Pewnie lubił oglądać zagraniczne filmy.
– Ale taka postać nie byłaby interesująca jako prawdziwy człowiek – powiedział Mark. – Nie chciałbyś poznać kogoś takiego, nie zakolegowałbyś się z nim. Oni tutaj są interesujący tylko dlatego, że nie są prawdziwi. Interesująca jest właśnie ich nierzeczywistość. Właściwie posunąłbym się do stwierdzenia, że to, co jest naprawdę interesujące, w gruncie rzeczy nie istnieje naprawdę.
– Prawdziwe rzeczy są nudne, a fikcyjne są interesujące, rozumiem – powiedział Derek.
Widziałam tylko tył jego głowy, ale z jego tonu mogłam wywnioskować, że przewrócił teatralnie oczami, co było bezczelne nawet jak na niego.
– Sęk w tym – tłumaczył Mark – iż narrator robi to czy tamto nie dlatego, że ma zaburzenie osobowości borderline. Robi to czy tamto, bo autor mu każe. Nie starasz się zbudować relacji z postacią. Próbujesz stworzyć relację z autorem poprzez postać.
– Okej. – Derek skapitulował. – Teraz to brzmi trochę mniej głupio.
– W porządku – powiedział Mark. – Zadowolę się tym, że moja teoria jest mniej głupia.
Wszyscy się zaśmialiśmy, jakbyśmy byli paczką dobrych przyjaciół. Na tych zajęciach nie powiedziałam ani słowa. Nie odzywałam się na żadnych zajęciach, na które chodziłam. Szczerze mówiąc, nawet nie przyszło mi do głowy, że powinnam coś mówić. Nauczyciele zawsze twierdzili, że aktywność wpływa na ocenę końcową, jednak już dawno temu odkryłam, że to kit. Nie miałam pojęcia, po co ktoś z własnej woli miałby zabierać głos, mimo to zawsze znalazł się jeden z drugim, którym usta się nie zamykały, jakby nauczyciel był gospodarzem wieczornego talk-show, a oni jakimiś uwielbianymi gwiazdami, które przyszły promować film o własnej inteligencji.
Tymczasem po sprawdzeniu pierwszych w tym roku esejów, oddając je nam, Mark poprosił mnie, żebym została po zajęciach.
– Co tu robisz? – zapytał.
– Och, zapisałam się na ten kurs – odpowiedziałam.
– Nie – powiedział. – Mam na myśli twój esej.
Teraz zobaczyłam, że trzyma w ręce moje wypracowanie. Widziałam na nim ocenę A wystawioną długopisem z czerwonym wkładem, ale udałam zmartwienie. Nie wiem dlaczego.
– Nie jest dobry?
– Nie, esej jest doskonały. Pytam, dlaczego uczysz się w szkole policealnej. Zamiast do Fullerton mogłaś pójść gdziekolwiek indziej.
– Tak? – zapytałam ze śmiechem. – Na przykład na Harvard?
– Tak, na przykład na Harvard.
– Nie wydaje mi się, żeby na Uniwersytet Harvarda przyjmowano za napisanie dobrego eseju z angielskiego.
– Dokładnie za to przyjmują na Harvard.
– Och – zdziwiłam się.
– Chciałabyś kiedyś pójść na kawę? – zapytał. – Moglibyśmy jeszcze trochę o tym porozmawiać.
– Tak – zgodziłam się.
Jeszcze nie wiedziałam, że jest mną zainteresowany. W ogóle mi to nie przyszło do głowy. Był żonaty, nosił obrączkę, przekroczył trzydziestkę – był wystarczająco stary, żebym nie myślała o nim w taki sposób. Ale nawet gdybym znała jego intencje, chciałabym z nim pójść na tę kawę.
Był moim profesorem i z jakiegoś powodu ten tajemniczy tytuł trochę go odczłowieczał. Na początku trudno mi było wyobrazić sobie, że mogłabym zranić jego uczucia albo mieć na nie jakikolwiek inny wpływ. Nie oceniałam go też w kategoriach moralnych. Akceptowałam go takim, jakim był, mimo iż zasługiwał na miano bałwana, cudaka i cudzołożnika, ponieważ był lepszy i mądrzejszy od innych, lepszy i mądrzejszy ode mnie. Mark zdawał się równie dziwaczny i tajemniczo bezużyteczny jak samo miasto Fullerton.
Fullerton właściwie nie było bogatsze od Downey, z którego pochodziłam, ale panowała w nim zupełnie inna atmosfera ze względu na obecność uniwersytetu California State Fullerton i jego młodszej siostry, szkoły policealnej Fullerton College. W Downey można było pójść do ciemnej restauracji pulsującej rytmami techno i zjeść – słono przepłacając – owoce morza lub odczekać godzinę w kolejce po śliczne jak z Instagrama słodkie drożdżówki z Porto’s. W Fullerton dla odmiany dominował klimat, jakby całe miasto opanowały stare ciotki. Swoje biznesy prowadziło w nim tak wielu dentystów i doradców podatkowych, że mogło się wydawać, iż jego mieszkańcy nie robią w życiu nic innego. Nawet męskie akademiki kojarzyły się ze spokojnymi, malowniczymi domami stojącymi w cieniu starych wiązów. Budżetu Fullerton nie zasilał przemysł. Miasto bogaciło się dzięki edukacji, uczelnie stanowiły wystarczający powód, żeby utrzymywać wysokie czynsze i dbać o przepływ strumienia dolarów. Mark należał do tego systemu. Był jak dzwonek wietrzny o postaci człowieka zwisający głupkowato z gałęzi szacownego drzewa szkolnictwa wyższego.
To sprawiało, że początkowo czułam przewagę w dynamice naszych relacji. Jego „profesorskość” nie zaślepiła mnie na tyle, żebym nie dostrzegała dziwactw – zdawałam sobie sprawę, jak niedorzeczne nosi spodnie (zielone! sztruksowe!) oraz buty (birkenstocki!), a z jego torby listonoszki (listonoszki!) wystaje podniszczony od częstego kartkowania egzemplarz Beowulfa.
Ale dla niego byłam niemal jak postać z książki. Nie mógł się mi nadziwić, zwłaszcza Kermitowi, którego kazałam sobie wytatuować na biodrze.
– Dlaczego akurat Kermit? – zapytał, głaszcząc opuszkami palców małe zielone ciałko Kermita, kiedy pierwszy raz ze sobą spaliśmy.
Wzruszyłam ramionami.
– Po prostu chciałam zrobić sobie tatuaż. Do wyboru miałam oprócz niego tylko noże, węże i poważne rzeczy, a ja nie jestem zbyt poważna.
– Jaka jesteś?
Zastanowiłam się.
– Tandetna.
– Tandetna! – prychnął.
– Tak, tandetna – potaknęłam. – Z gatunku tych, którzy do dwunastego roku życia wierzą w Świętego Mikołaja. Nie wiem, no, po prostu jestem tandetna!
– Jesteś najbardziej osobliwą osobą, jaką w życiu spotkałem – powiedział z zachwytem.
To był jeden z powodów, dla których unikałam opowiadania mu o moim ojcu. Jedni ludzie traktują wrestling zawodowy niemal jak religię, a drudzy uważają go za coś godnego pogardy, ja zaś obawiałam się, że Mark okaże się typem, który czci z religijnym uwielbieniem to, czym gardzi. Po prostu wiedziałam, że moja jarmarczna koligacja od razu stanie się dla niego fetyszem.
Im bardziej nieautentyczne coś się wydaje, tym bardziej nas intryguje – właśnie to Mark uwielbiał w swojej teorii punktu widzenia. Fascynowało go, w jaki sposób przejawia się ewidentny brak autentyczności albo jak bardzo stara się on pozować na autentyczność, co paradoksalnie potwierdza jej brak.
– Sposób, w jaki patrzysz na przedmiot, wpływa na to, co widzisz – twierdził.
To prawda, że pisanie w trzeciej osobie mi pomaga. O wiele łatwiej jest współczuć Margo z tamtych czasów, niż starać się tłumaczyć, jak i dlaczego robiłam to, co robiłam.
Jeśli chodzi o ojca Bodhiego, to pewna sprawa nadal jest dla mnie niejasna. Oczywiście spałam z nim tylko dlatego, że miał nade mną przewagę – oczywiście stało się tak, bo uczył mnie angielskiego, mojego ulubionego przedmiotu. A jednak wielki wpływ na podjęcie przeze mnie tej decyzji miało jego ciągłe wmawianie mi, że to ja mam nad nim władzę. Które z nas jednak faktycznie ją miało? Kiedyś sporo się nad tym zastanawiałam.
Mark, oprócz tego, że zrobił mi dziecko i w pewnym sensie zrujnował życie, bardzo mi pomagał w pisaniu. Analizował ze mną każde zdanie moich esejów, omawiając je i radząc, co i jak ulepszyć. Wystawiał mi dobre oceny, a mimo to kazał pisać wypracowania od nowa.
– To, kim jesteś – mówił – jest zbyt ważne, żeby rezygnować z dopracowania szczegółów. – Wyłuskiwał z eseju zdanie, wskazywał je i pytał: – Co starałaś się tu powiedzieć? – Tłumaczyłam mu, jąkając się i potykając, a on mówił: – Nie kręć. Po prostu to powiedz.
Dopiero po kilku tygodniach takich korepetycji zaczął się między nami romans. Pewnego dnia miałam spotkać się z nim w jego gabinecie. Kiedy tam weszłam, powiedział, że nie może się skupić, i zapytał, czy moglibyśmy się spotkać kiedy indziej, a ja odparłam, że jasne, pewnie. Ale potem wyszliśmy z budynku o tej samej godzinie i skończyło się to wspólnym spacerem, podczas którego Mark wyżalił się przede mną, wyrzucił z siebie frustrację, wszystkie złe emocje dotyczące szkoły, żony, dzieci i faktu, że czuje się uwięziony w swoim życiu.
– A ja nie zasługuję nawet na takie gówniane życie – powiedział. – Jestem okropnym człowiekiem.
– Nieprawda – powiedziałam. – Jesteś wspaniałym nauczycielem! Zobacz, ile czasu poświęciłeś, żeby mi pomóc.
– I przez cały ten czas, w każdej sekundzie, rozpaczliwie pragnąłem cię pocałować.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Byłam w nim trochę zadurzona, jak to czasami zdarza się uczennicom, ale nie przyszłoby mi na myśl, żeby się z nim całować. Po prostu rozchodziło się po moim ciele przyjemne ciepło i było mi dobrze, kiedy mnie chwalił.
Padał deszcz, a my zrobiliśmy spacerkiem kilka kółek dokoła kampusu. Nie wzięliśmy parasoli, ale oboje mieliśmy na sobie kurtki z kapturami. Zatrzymaliśmy się pod wielkim eukaliptusem.
– Mogę cię pocałować? – zapytał.
Skinęłam głową. No bo nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym odmówić. Zrobiłabym wszystko, o co by poprosił. Był niski, miał może metr sześćdziesiąt pięć, tyle co ja. Nigdy wcześniej nie całowałam się z tak niskim chłopakiem, lecz było całkiem miło, padał deszcz, a my mieliśmy na głowach kaptury. Ale już wtedy przemknęło mi przez głowę: „Całujemy się jawnie na terenie kampusu? Zdaje się, że to bardzo zły pomysł”.
Rzecz w tym, że jeszcze zanim to coś między nami się skończyło, Mark zachowywał się tak dziecinnie, a ja z konieczności wzięłam na siebie tak dużą część odpowiedzialności za wszystko, co robiliśmy, że nie czułam się wykorzystywana. Czułam się... wkurzona. Przede wszystkim gdyby był dojrzały, cała ta sytuacja w ogóle by nie zaistniała.
Kiedy Mark pierwszy raz przyszedł do mieszkania Margo, miał na sobie czapkę bejsbolową i okulary przeciwsłoneczne, jakby ukrywał się przed paparazzi. Margo przed tą wizytą nie zawracała sobie głowy sprzątaniem ani zbieraniem rzeczy porozrzucanych po kątach, nie czuła się zawstydzona, że Mark widzi plamy na różowej aksamitnej sofie i kłębowisko kabli zwisających za telewizorem. Jej łóżko było zwykłym materacem na stelażu ze sprężynami leżącym wprost na podłodze. Nie widziała w tym nic złego. Przyszedł pieprzyć się z dziewiętnastolatką – czego innego mógł się spodziewać?
– Masz współlokatorki – zauważył.
– Mówiłam ci, że mam współlokatorki – przypomniała mu.
– Nie sądziłem, że będą w domu.
– To browarki? – zapytała Suzie.
Mark rzeczywiście trzymał kurczowo sześciopak piw w butelkach przywodzących na myśl lekarstwo. Red Stripe. Margo nigdy dotąd nie widziała tej marki piwa. Z pewnością nie sprzedawali go u niej w pracy. Mark nadal miał na nosie okulary przeciwsłoneczne, chociaż już wszedł do mieszkania.
– Zdejmij to – powiedziała Margo i próbowała ich dosięgnąć.
Odtrącił jej rękę.
– Są korekcyjne. Na receptę.
– Opłata dla trolla – powiedziała Suzie i wyciągnęła rękę po piwo.
– Co?
– Daj jej piwo – powiedziała Margo, śmiejąc się z niego.
Przyciskał butelki do piersi jak dziecko, które nie chce się podzielić zabawkami.
– Ile ty masz lat? – zapytał. – Jezu, Margo, nie chciałem...
– Jestem wystarczająco dorosła, żeby donieść na ciebie dziekanowi. A teraz dawaj haracz dla trolla – warknęła Suzie.
– Tak mi się tylko powiedziało – jęczał Mark.
– Proszę – Margo wyjęła z sześciopaku butelkę i wcisnęła ją w wyciągniętą dłoń Suzie.
– Troll bardzo zadowolony – zamruczała Suzie.
– Chodźmy do mojego pokoju – powiedziała Margo.
Mark poszedł z nią korytarzem, mijając po drodze pokoje współlokatorek, Kat Większej i Kat Mniejszej.
– Witaj w miejscu, w którym magia staje się rzeczywistością – powiedziała, przytrzymując dla niego drzwi.
Mark nie bardzo ją pociągał fizycznie, jednak seks z nim był zaskakująco przyjemny. Wcześniej kochała się z dwoma innymi chłopakami. Jeden z nich, Sebastian, był jej sympatią w liceum i miał absolutnie najfajniejszego psa, mieszańca owczarka. Pies wabił się Remmy, a jego łeb pachniał jakby orzeszkami ziemnymi, i zdecydowanie kochała go bardziej niż Sebastiana. Drugiego chłopaka poznała na zajęciach integracyjnych na początku nauki w szkole policealnej, ale ten już nigdy potem się do niej nie odezwał. Mark różnił się od tamtych w łóżku. Nie był obrzezany, co ją zaintrygowało, lecz nie udało jej się zbadać w satysfakcjonującym stopniu elastyczności jego napletka. Był jednak namiętny przez duże N. Za pierwszym razem uprawiali seks na stojąco, pod ścianą. Margo wydawało się to niepraktyczne i niewygodne, ale uznała, że to jedna z jego fantazji. Jedynie fantazjami mogła sobie wytłumaczyć chęć uprawiania seksu przy ścianie.
Kiedy skończyli, Mark usiadł na jej krześle przy biurku i zakręcił się na nim. Margo poszła do łazienki, żeby się wysiusiać i nie dostać infekcji pęcherza, a kiedy wróciła, zobaczyła, że on przeszukuje szuflady jej biurka.
– Co robisz? – zapytała.
– Chodzisz po domu w samej bieliźnie? – zdziwił się, podnosząc wzrok.
– Mieszkam z dziewczynami – odpowiedziała. – Dlaczego myszkujesz po moich szufladach?
– Z ciekawości.
Wkurzyłaby się, gdyby faktycznie trzymała w biurku coś interesującego. Tymczasem jeśli zależało mu na przyjrzeniu się kalkulatorowi graficznemu z pękniętym ekranem, to proszę bardzo. Nie miał szans na odkrycie jej sekretów. Tak naprawdę niczego nie ukrywała. Chociaż może i ukrywała, ale wewnątrz, jakby nawet przed samą sobą. Na przykład to, że właściwie go nie lubiła, nie zależało jej na nim, a ów sekret był jak złożona w schludną kosteczkę obietnica zamknięta w jej wewnętrznej szufladzie w oczekiwaniu na spełnienie.
– Twoja żona wie, co robisz? – zapytała.
– Ee, nie ma pojęcia – odpowiedział, obracając się nieco na jej krześle.
– Ale robiłeś to już wcześniej?
– Z dziewczynami, które uczę? Nie.
– Z innymi kobietami?
Przestał się obracać i zdawał się namyślać nad odpowiedzią. Otworzył jedno z tych dziwnych piw, które przyniósł. Użył do tego krawędzi blatu biurka Margo, zadziwiając ją swoim brakiem manier.
– Nigdy tego nikomu nie mówiłem – zaczął.
– Czego? – zapytała, kładąc się na łóżku z pełną świadomością, że nawet w tej chwili instynktownie stara się wyglądać kusząco w swojej bieliźnie, na poduszkach, z lekko wysuniętym biodrem.
Z korytarza doszedł odgłos wymiotów. To pewnie Kat Mniejsza, bo jej się to zdarzało regularnie. Jedzenie przelatywało przez nią w tak chaotyczny i kapryśny sposób, że Margo nawet nie próbowała tego zrozumieć.
– W noc poślubną przespałem się z siostrą mojej żony.
Margo nabrała głośno powietrza.
– O ja cię, jesteś złym człowiekiem!
Mark kiwnął głową, marszcząc brwi.
– Jestem, naprawdę.
– Ale potem przestałeś sypiać z jej siostrą.
– Tak. Chociaż zdarzyło nam się to jeszcze kilka razy po powrocie do domu z miesiąca miodowego, ale potem przestaliśmy. Tak.
– Czułeś się winny? – zapytała.
Zdała sobie sprawę, że trudno zgadnąć, co czują mężczyźni. Zawsze się dziwiła, jak jej ojciec mógł być tak nieczuły na to, że ona go potrzebuje – jak mógł po prostu spakować torbę i zniknąć bez pożegnania, o czym dowiedziała się dopiero rano, kiedy się obudziła. W dzieciństwie sądziła, że wobec swoich prawdziwych dzieci jest inny, ale kiedy podrosła i poznała go lepiej, zrozumiała, że jest taki sam w stosunku do żony i dzieciaków. Tak wyglądało życie wrestlera zawodowego. Ciągle w biegu, żeby zdążyć na samolot. Tam było miejsce, w którym chciał być – ściśnięty w wynajętym samochodzie z dwoma ważącymi po sto czterdzieści kilogramów agresywnymi psycholami uzależnionymi od środków przeciwbólowych. Możliwe, że zwykły świat nigdy nie był dla niego całkowicie realny.
– Wiem, że to pochrzanione, ale niezupełnie – odpowiedział Mark. – Po prostu udawałem, że tego nie robię. A skoro ona nic o tym nie wiedziała, to było tak, jakbym nie robił.
Pisał dla niej wiersze, w sumie niemal tuzin, ale najbardziej podobał jej się ten:
GŁODNA MARA
W ciemności zwracamy się ku sobie
Jak ułomne ptaki
Zdziwieni, że mamy ciała
Nic nie czuję
Dotykaj mnie
Nic nie czuję
Głodna mara – ja
Chcemy karmić się sobą
Ale to jak próby biegania we śnie
Ciemna tafla rzeczywistości pęka z trzaskiem
