Mapy czasu. Córka Leonarda da Vinci - Greta Drawska - ebook + audiobook

Mapy czasu. Córka Leonarda da Vinci ebook i audiobook

Drawska Greta

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Mediolan, rok 1490. Eliza trafia na dwór Ludwika Sforzy, który pachnie kadzidłem, woskiem i strachem. Zanurza się w świat pałacowych szeptów, kobiecych intryg i męskiej walki o władzę, natrafiając na spisek, który może zmienić bieg historii.

Leonardo da Vinci jest nie tylko mistrzem pędzla i wynalazcą, ale i uważnym obserwatorem, który widzi więcej, niż mówi. A jednak to Eliza – kobieta, w której współczesność pulsuje pod renesansową skórą – staje się osią tego świata.

„Córka Leonarda da Vinci” to rasowa przygodówka z barwnym tłem historycznym, intrygą jak z najlepszego thrillera, romansem i tempem, które nie zwalnia.

Gdyby Aleksander Dumas i Agatha Christie połączyli pióra, być może napisaliby właśnie taką opowieść. O czasie, który nie zna litości. O miłości, która nie zna granic. O kobiecie, która nie zna słowa niemożliwe.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 40 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Róża Cieślińska-Dziekiewicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mojej Babci Heli, której bajki nadal pamiętam.

Dzięki niej zapragnęłam opowiadać własne.

Czas jest rzeką, w której zanurzamy dłonie,

ale nigdy nie możemy go zatrzymać.

Leonardo da Vinci

 

Czas nie istnieje jako coś stałego – jest iluzją,

w której przeszłość, teraźniejszość i przyszłość

mogą istnieć jednocześnie.

Carlo Rovelli

Rozdział 1

Najpierw zobaczyłam ciemność.

Dokładnie jak w Seksmisji, jednym z ulubionych filmów mojego licealnego chłopaka Maksa, który wybierał filmy według prostego klucza: bohater miał mieć na imię Maks. Dzięki temu z dziesięć razy obejrzeliśmy Seksmisję, wszystkie części Mad Maxa i Gladiatora.

Zobaczyłam obsydianową ciemność i pomyślałam, że wszystko, co wydarzyło się w Szlachcinie było wytworem mojego otępiałego umysłu, oddzielonego od ciała pogrążonego w śpiączce. To miało więcej sensu. Trudno przecież uwierzyć, że znalazłam się w dziewiętnastym wieku i przeżyłam śmierć baronowej Aurory von Rose oraz kradzież diamentowego naszyjnika, o którą w dodatku zostałam oskarżona.

Jakby tego było mało, spotkałam tam tajemniczą i mądrą Sofię z sokołem, w której odnalazłam swoją mamę zmarłą niespełna dwa lata temu na nowotwór, a także Mariannę, która na początku tylko przypominała moją przyjaciółkę Mary, ale później zyskała jej świadomość w sposób, który nadal stanowił dla mnie zagadkę. Jakby ktoś aktywował chip wszczepiony wcześniej w jej mózg. W Szlachcinie poznałam też owdowiałego brata Marianny, Jakuba, który przypłynął z Ameryki wraz z trzema uroczymi córeczkami.

Owszem, cholernie tego dużo jak na jeden sen, ale uczciwość domagała się, by wspomnieć, że po raz pierwszy w życiu ocalałam z wypadku samochodowego i zapadłam w śpiączkę.

Jakub… W moich myślach pojawił się hrabia Lewandowicz i jego intensywnie zielone, a w pewnym oświetleniu szmaragdowe oczy. Przypomniałam sobie, jak kluczyliśmy po parku, brnąc przez gęstniejące kłęby mgły, jakby coś nie chciało nas wpuścić z powrotem. Wiatr rozgonił mgłę i rozpętał zadymkę śnieżną, ukrywając przed nami drzwi do pałacu.

Nie było nas godzinę, może dwie, a jednak z trudem rozpoznaliśmy wnętrze, gdy w końcu udało nam się tam wejść. Ani śladu stylowych mebli Aurory czy tkanych ręcznie dywanów. Wyziębione i zdewastowane mury wznosiły się nad ogołoconymi wnętrzami, z których zniknęły też Marianna, moja matka, a także Amy, Josephine i Meg, czyli córeczki Jakuba. Przez wybite okna wlatywał i wylatywał samotny Pablo, sokół mojej matki, wskazując mi z uporem wymalowany sadzą nad służebnymi schodami napis: Dla Elizy.

Teraz, w ciemnościach, przypomniałam sobie także i tę scenę. Jakub klęczał przy mnie, chuchając w moje zmarznięte dłonie, bym mogła zagrać utwór Beethovena na rozstrojonym fortepianie w sali balowej. Aż dziw, że instrument nie podzielił losu innych mebli i nie został skradziony czy porąbany na opał.

Rozgrzana ciepłym oddechem Jakuba, poczułam siłę, by przywołać kamień Wielkiego Maga, mojego genialnego ojca. Kamień, który samodzielnie ukryłam w dwudziestym pierwszym wieku, choć tego nie pamiętałam. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek.

„Dzieje się coś niedobrego. Musisz, córeczko, znaleźć Orantalosa, bo tylko on będzie wiedział, jak uratować ciebie i bliźnięta”, przed oczami stanęła mi zmartwiona twarz mamy. Wzdrygnęłam się, ale ciemność nie ustąpiła.

Nadal śniłam przedziwny chemiczny sen, czy też odłączono mnie od maszyn i umarłam? Wcześniej widziałam swoje wymizerowane ciało pod całunem szpitalnej pościeli i nie miałam złudzeń. Lekarze utrzymywali mnie przy życiu dzięki procesom, które wydawały się skomplikowane, ale łatwo było położyć im kres.

„Musisz szukać pomocy u Orantalosa. Jeśli Virellus zabije jednego z twoich synów, wszystkie tunele się zamkną. Śmierć nie będzie oznaczała nowego początku i stanie się ostateczna dla wszystkich poza Virellusem. Nie będzie potrzebował artefaktu. Obawiam się też, że gdy wydasz dzieci na świat, nie będzie potrzebował już i ciebie”. W mojej głowie znowu rozległ się głos mamy, tym razem cichszy, bo zagłuszał go rytmiczny dźwięk, jakby ktoś obok mnie kląskał językiem o podniebienie. Poczułam rosnącą irytację.

Nasz plan wydawał się ryzykowny i szalony. Miałam odnaleźć Leonarda da Vinci na renesansowym dworze Sforzów, bo to w jego postaci skrył się podobno mój wielki ojciec. Leonardo był jednym z alterów Orantalosa, jak nazywała odmienne byty moja matka. Taaa… proste jak zamówienie Ubera. Dokąd się dziś wybierasz, Elizo? Do piętnastowiecznego Mediolanu. Przykro mi, ale system nie odnajduje takiej lokalizacji. Wybierz inną, a poszukam dla ciebie kierowcy.

Jeśli Virellus zabije jednego z twoich synów…

Chciałam sięgnąć do brzucha, ale bałam się, że nie odnajdę w ciemnościach ani ręki, którą mogę go dotknąć, ani ciała, które może ten dotyk poczuć. Z ulgą przywitałam więc jego ciepło. Mój brzuch był nienawykły do diet i wypełniony niedawno posiłkiem. Pasował do Elizy Angielczyk. Do mnie.

Gdy już wiedziałam, że mam ciało, pomyślałam, że wiele bym dała za kieliszek dobrze schłodzonego Prosecco, które kupowałam z Adamem w markecie po drugiej stronie ulicy. Adam… W jednej chwili zalał mnie umysłowy krwotok. Myśli i wspomnienia napływały gwałtownie i zwalczały się nawzajem.

Zaszumiało mi w głowie, gdy przypomniałam sobie suknię ślubną w ochronnej folii, a potem zgrzyt metalu i uderzenie poduszki, która wystrzeliła między moje żebra. Przypomniałam sobie też, jak Adam stoi z Julią nad moim szpitalnym łóżkiem i ją całuje.

„Wina”, jęknęłam w duchu, unosząc głowę, a wtedy ciemność zaczęła się przerzedzać i od spodu zobaczyłam światło. Usłyszałam płacz i zawodzenia, a irytujące kląskanie w podniebienie, które słyszałam wcześniej, zmieniło się w stukot końskich kopyt. Widziałam, ale świat podzielony był na czarne kratki, jakbym była owadem o mozaikowym wzroku.

Westchnęłam. Cóż, tak się kończą podróże w czasie, gdy nie wiesz, co robisz. Ja nie wiedziałam. Sofia z twarzą mojej matki wyjaśniła, że musimy zaryzykować, ale przypuszczam, że nawet ona się nie spodziewała, że wyląduję w piętnastowiecznym Mediolanie jako mucha na końskim zadku. Byłoby to nawet zabawne, ale jako mucha nie porozmawiam z Leonardem da Vinci. Owszem, był geniuszem, ale nie słyszałam, by się komunikował z owadami.

Potrząsnęłam głową i do mojego więzienia z siatki od spodu przedostało się więcej światła. Na tyle, bym zrozumiała, że muchą jednak nie jestem. Miałam na twarzy woalkę i jechałam karetą, w otoczeniu kobiet tak samo jak ja spowitych w czerń.

Zerknęłam z ukosa na tę po prawej stronie. Miała na sobie czarną suknię, a ozdobne rozcięcia w rękawach ukazywały ciemną jedwabną koszulę. Jej twarz zasłaniała woalka doczepiona do delikatnego czepca przetykanego perełkami. Za to dama siedząca naprzeciwko z pewnością pochodziła z wysokiego rodu. Poznałam to po stożkowatym nakryciu głowy, które przypominało hennin średniowiecznej księżniczki. Z jego czubka spływał miękką falą delikatny materiał, a czarny woal, za którym błyszczały bystre oczy, zdobiły nad czołem kamienie szlachetne.

Obok niej siedziała starsza niewiasta, najpewniej piastunka, bo na rękach trzymała około roczne maleństwo, podczas gdy dwoje starszych tuliło się do jej bujnego biustu. Na głowę i ramiona zarzuciła czarną chustę wystarczająco obszerną, by zakryć pół twarzy. Wyglądałyśmy jak cztery nietoperzyce i nic dziwnego, że budziłyśmy w maluchach strach. Buzia dziewczynki na rękach piastunki zrobiła się purpurowa i nabrzmiała jak dojrzała śliwka. Mała uderzyła w płacz.

– Na miłość boską, dzieci się nas boją – zakomenderowała ta, którą w myślach zaczęłam nazywać księżną i jako pierwsza uniosła woal. – Dalej, Ginevro, ty także odsłoń twarz – dodała, zwracając się do mojej towarzyszki.

Jej włoski był inny, bardziej szeleszczący, niż byłam przyzwyczajona, ale zrozumiałam ją od razu. To nadal był włoski Dantego Alighieri i Boskiej komedii, którą czytałam w szkole, ucząc się tego języka.

I ja próbowałam oswobodzić się z gęstych fałd materiału, ale nie było to proste. Księżna opacznie zrozumiała moje zmagania, bo wychyliła się do przodu i ścisnęła moją rękę palcami obleczonymi w czarny muślin.

– Wszystkim nam będzie go brakowało, Elizo, choć jak Bóg mi świadkiem, nie dorósł do roli męża ani władcy. Nic dziwnego, że jego stryj robił z nim, co zechciał.

Skinęłam głową, nie mając zielonego pojęcia, o kim rozmawiamy.

Otaczało mnie za to coraz więcej dźwięków. Z kościoła, który widziałam za oknem karety, niosła się smutna pieśń, a płaczki zawodziły, jakby chciały ją zagłuszyć. Wtórował im szloch dziecka na rękach piastunki i frenetyczne bicie dzwonów. Najchętniej zatkałabym sobie uszy.

– Cii, Bonucia, cii. – Piastunka zsunęła chustę na plecy, nie przestając uspokajać małej z marnym, jak dotąd, skutkiem. Szloch dziewczynki przybrał na sile, a w cienkim głosiku pojawił się gniew. Nie ma co, mała miała charakterek.

– Wystarczy już tego przedstawienia, droga Bono, nie płacz. No piangere, amore mio. – Wielka dama napomniała surowym głosem dziewczynkę, która natychmiast ucichła.

Liczyłam na to, że rozpoznam choć jedną z otaczających mnie twarzy, ale nic z tego. Nie znałam tych kobiet ani w dwudziestym pierwszym, ani w dziewiętnastym wieku. Skupiłam się na twarzy arystokratki. Płacz zostawił odciski na jej jasnej skórze, jakby ktoś ponakłuwał palcem ciasto. Zaczerwienione oczy patrzyły dumnie znad lekko wydatnego nosa i wąskich, wrażliwych ust. W przeciwieństwie do zawodzeń docierających z ulicy, jej płacz był szczery, choć nie potrafiłam poznać, czy podobnie jak córka, jest bardziej rozzłoszczona niż smutna.

Chwileczkę, kogoś mi jednak przypominała. Mona Lisa, nieomal pstryknęłam palcami, myśląc o najsłynniejszym uśmiechu świata. Tylko brwi miała zaznaczone wyraźniej niż kobieta na portrecie. Czytałam gdzieś, że właśnie z powodu tych brwi obraz Leonarda uznawano za niedokończony jak wiele jego malowideł. Cóż, jaki ojciec, taka córka, skwitowałam, myśląc o swoich rozpoczętych i niedokończonych studiach.

Spojrzałam przez okno karety na majaczące na horyzoncie cyprysy. Bliżej sznur słoneczników chylił nisko głowy niczym szpaler dworzan witających władcę wracającego do domu. Bose dzieci goniły ze śmiechem gęsi po trawie, która szarzała zmęczona długim latem. Za płotem snuł się dym w złocistym świetle rozmywającym kontury sztachet i budynków, a do wnętrza karety przeniknął zapach pieczonych na ogniu kartofli. Powietrze było ciepłe, ale niosło zapowiedź pierwszych chłodnych nocy.

Wychyliłam się nieco, by spojrzeć na ceglaste mury, gdy kareta stanęła przed bramą, nad którą górowała kamienna wieża, a na niej herb przedstawiający węża w koronie pożerającego albo wypluwającego człowieka.

Wzdrygnęłam się.

Rozdział 2

Zamek przypominał pilnie strzeżoną twierdzę, w której my cztery miałyśmy zostać osadzone, dlatego też mimowolnie westchnęłam, gdy zgrzytnęły zawiasy. Konie ruszyły dalej. Ogarnął mnie lęk, ale wolałam nie pytać swoich towarzyszek, dokąd zmierzamy. Ostatnio też moment rozszczepienia nadszedł z opóźnieniem i na początku czułam się zdezorientowana. „Cierpliwości”, napomniałam się w myślach. „Niedługo wszystko się wyjaśni”. Cóż, przynajmniej taką miałam nadzieję.

Kareta jechała coraz wolniej, aż w końcu konie zarżały, sygnalizując, że dotarłyśmy na miejsce. Wysiadłam, starając się ukryć zaskoczenie, bo masywne mury zamku nie zapowiadały pięknego i przestronnego dziedzińca. Otaczające mnie budynki dzięki krużgankom wydawały się lekkie, wręcz koronkowe, a nad nami rozpościerała się połać błękitu. Właśnie przeciął ją klucz krzyczących żurawi, a ja zatęskniłam za Polską i swoim życiem w dwudziestym pierwszym wieku.

Nie byłam tak dobra w ukrywaniu emocji, jak mi się wydawało, bo dama w henninie uśmiechnęła się do mnie dobrotliwie.

– Nadal tęsknisz za Grenadą? – spytała.

Gorączkowo zastanawiałam się nad odpowiedzią. Grenada? Naprawdę dużo bym dała, by tym razem rozszczepienie zadziałało szybciej. Wskoczyłam w buty swojej alterki żyjącej w piętnastowiecznym Mediolanie, ale jej świadomość pozostawała nadal poza moim zasięgiem.

Pomyślałam o swoim ciasnym mieszkanku na poznańskich Jeżycach i odparłam cicho:

– Czasem.

– Minęły niemal trzy lata, odkąd cię do mnie przywieźli przerażoną jak szczenię, a dotąd budzisz się w nocy z krzykiem na ustach.

– Przepraszam – wymamrotałam, ale kobieta uniosła palec.

– Nie przepraszaj, Elizo. Zawdzięczam ci tak wiele. Przeżyłaś oblężenie ukochanego miasta i ocalałaś z koszmaru, który trudno mi sobie wyobrazić. Choć może teraz trochę łatwiej – westchnęła – gdy zewsząd otacza mnie śmierć.

Obawiałam się, że powiem coś niestosownego, więc ucieszyłam się, kiedy przerwał nam postawny mężczyzna, który wyłonił się z krużganków. Miał oliwkową cerę, a jego przycięte na pazia włosy wystawały z aksamitnego beretu. Długim płaszczem z czarnego brokatu omiótł przykurzone kamienie.

– Mój bratanek miał piękny pogrzeb, księżno – powiedział.

A więc dobrze odgadłam, dama w henninie naprawdę była księżną. Nadal jednak nie wiedziałam nic więcej na temat miejsca i ludzi, wśród których się znalazłam. Piastunka z dziećmi i moja towarzyszka, którą księżna nazwała Ginevrą, ulotniły się na widok dostojnego mężczyzny. Gdy chciałam pójść ich śladem, nakazała mi władczym gestem, bym została.

Obawiała się tego człowieka lub chciała mieć świadka. Być może jedno i drugie.

Obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem, ale nie odczytał sygnałów, bo mówił dalej:

– Zaiste był to pogrzeb godny mediolańskiego księcia.

– Choć to siebie, Ludwiku, mimo iż ciało mojego męża jeszcze nie ostygło, obwołałeś wraz z przekupioną szlachtą księciem Mediolanu – odparła niechętnie.

Kiedy dotarło do mnie, że mam przed sobą Ludwika Sforzę, mecenasa Leonarda da Vinci, który brutalnie przejął władzę w Mediolanie, poczułam mieszankę fascynacji i strachu. Wiedziałam z lekcji historii, że jego rządy były pełne intryg, ale w podręczniku wydawał się tylko nazwiskiem wśród innych książąt włoskich – teraz widziałam go na własne oczy.

– Przez wiele lat sprawowałem władzę w imieniu Giana, więc była to li tylko formalność. Chyba nie spodziewałaś się, że możni wybiorą kogoś innego, teraz, gdy twój mąż nie żyje. A może… – Podszedł do niej i ściszył głos, więc wyciągnęłam szyję, by wychwycić pojedyncze słowa. – Czyżbyś sądziła, Izabelo… Nie, to niemożliwe. – Pokręcił z uśmiechem głową. – Nie sądziłaś chyba, że wybiorą ciebie? – Roześmiał się nieprzyjemnie, jakby ktoś przeciągnął gwoździem po kamieniu.

Izabela pokręciła głową, a potem skinęła na mnie i przez krużganki weszłyśmy do zamku, w którym panował półmrok. Ludwik Sforza ruszył za nami. Stanęłam w odległym kącie, czując się jak piąte koło u wozu, i zaczęłam się rozglądać po wysoko sklepionych murach.

Zawieszone na ścianach arrasy przykuły moją uwagę różnorodnością prezentowanych na nich obrazów. Jeden z gobelinów przedstawiał Madonnę z Dzieciątkiem w otoczeniu aniołów, co miało świadczyć o pobożności mieszkańców dworu. Tuż obok wisiał ten sam herb, który widziałam nad bramą wjazdową, z żarłocznym wężem albo smokiem w koronie. Na trzecim wirowały planety, a ponieważ Słońce krążyło wokół Ziemi, miałam już pewność, że znalazłam się we Włoszech w czasach przed Kopernikiem. To był Mediolan Leonarda da Vinci i teraz musiałam go tylko odnaleźć.

Ot, drobnostka.

– Nie wierzę, że mój małżonek zmarł na skutek dolegliwości żołądkowych i zamierzam to udowodnić – syknęła księżna.

Maszerowała gniewnie, a echo niosło jej kroki na kamiennej posadzce.

– Ach tak? Powinienem się domyślić, bo jak pisał poeta, „trucizna to dla tej damy nie pierwszyzna”.

– Wszyscy wiedzą, że Bellincioni komponował sonety na twoje zamówienie, a poza tym – jak śmiesz mnie oczerniać, Ludwiku?

– Książę Ludwiku, Izabelo. Czy ci się to podoba, czy nie, to ja sprawuję od dziś pełną i niepodzielną władzę w Mediolanie!

Nawet zimne mury nie ostudziły napięcia między tym dwojgiem. Izabela prychnęła jak dzika kotka, nie przestając chodzić od ściany do ściany.

– Tak, tak, nie udawaj niewiniątka. Dobrze wiem, że to ty próbowałaś otruć Rozona i Galeazza Sanseverina, a być może i innych kochanków mojego bratanka.

– To są podłe pomówienia! – Zawróciła przy murze z taką gwałtownością, że tkanina przyczepiona do jej hennina zafurkotała.

– Jesteś pewna, że nie znajdę służących gotowych zeznać, do czego zostali przez ciebie przymuszeni?

Izabela zacisnęła pięści. Obawiałam się, że książę Ludwik za chwilę oberwie, ale szybko się opanowała.

– Zarówno Rozon, jak i Galeazzo mieli wielu wrogów. Mieli też wysoko postawionych przyjaciół, którzy okazali się ważniejsi. Myślisz, że nie wiem, że to ty podesłałeś tych dwóch, ale też innych młodzieńców do łoża Giana? Moja wiązanka ślubna jeszcze nie przekwitła, a ty już bawiłeś się w stręczyciela. Nie opadł jeszcze zachwyt po wystawionej na cześć naszych zaślubin Maskaradzie Planet, a ty już rozpijałeś Giana i namawiałeś go do rozpusty.

Książę uśmiechnął się przebiegle.

– Nie trzeba go było specjalnie namawiać, księżno. On to lubił. Wręcz prosił mnie o więcej… papieru. – Spojrzenie księżnej ciskało błyskawice, ale książę jakby czerpał z niej energię, podszedł bliżej. – Mój świętej pamięci bratanek mówił, że jesteś zimna i nie potrafisz rozgrzać alkowy.

Patrzyłam to na Izabelę, to na Ludwika, który ze swoją oliwkową cerą wydawał się w półmroku niemal ciemnoskóry. Jeśli ona była dziką kotką, to on był rozleniwionym kocurem, który się nią bawi. Wie, że wystarczy wystawić pazury i pacnąć rozcapierzoną łapą. Całe jej ciało zwiotczało, jakby miała się za chwilę rozpłakać, ale wtedy zrobiła coś zaskakującego. Uśmiechnęła się i to wcale nie półuśmiechem Giocondy. W półmroku gotyckich murów błysnęły jej białe zęby.

– A jednak to moje zimne łono – powiedziała, gładząc się po brzuchu – wydało na świat syna i dwie córki, choć na skutek twoich knowań małżeństwo nasze zostało skonsumowane dopiero po półtora roku i trwało tak krótko. Mój mąż nie żyje, ale ja znowu jestem brzemienna i coś mi podpowiada, że to będzie kolejny chłopiec.

Ludwik odskoczył, jakby go drapnęła. Nie spodziewał się tych wieści. Szybko się jednak opanował i zuchwałym gestem dotknął jej brzucha.

– Jesteś pewna, Izabelo, że to dziecko Giana? Wiesz, co mówią we dworze…

Księżna wymierzyła mu siarczysty policzek, a ja patrzyłam na tę scenę z przerażeniem. Pamięć mojego życia w piętnastym wieku nadal się nie uruchomiła, ale pewne rzeczy się nie zmieniają bez względu na czasy. Wiedziałam, że książę Ludwik Sforza nie puści płazem zniewagi, szczególnie takiej, której doznał w obecności świadka.

Opuściłam nisko głowę, by zapomniał, że tu jestem.

Do tego przez cały czas miałam wrażenie, że zaraz ktoś mnie zdemaskuje i wszyscy zrozumieją, iż jestem tylko niezdarną podróżniczką w czasie, bez pojęcia o intrygach tego świata. Gdy księżna obrzuciła Ludwika gniewnym spojrzeniem, przypomniałam sobie słowa Sofii – „Czasem najlepiej zniknąć w cieniu i czekać na właściwy moment”. Ale tu, w dusznej atmosferze zamkowych intryg, czułam, że sama jestem cieniem. Byłam przezroczysta, bezradna, a jednak uwikłana w ich grę.

– Różne rzeczy mówią we dworze, Ludwiku – odezwała się Izabela takim tonem, jakby gawędzili o pogodzie. – Ściany w komnatach pytają, jak to jest, że twoje metresy co rusz rodzą zdrowe dzieci, a prawowita żona, Beatrycze, nadal nie dała ci syna. Może czas, byś i żonie podarował portret pędzla Leonarda? Biegłą w łacinie Cecylię Gallerani mistrz namalował z gronostajem, jakże zręcznie umieszczając cię blisko jej serca, mój drogi L’Ermellino1. Śliczna Lukrecja Crivelli została uwieczniona ze zdobną tasiemką na czole, a co z panią d’Este?

„Brawo, pomyślałam, pazury i kły”, ale Ludwik zmrużył tylko oczy.

– Od dziś to Beatrycze jest duchessą di Milano, jedyną księżną Mediolanu, czego ty, moja droga, nie możesz przełknąć. Waż słowa, bo pomyślę, że to ty rzuciłaś na nią urok i przez ciebie dziecię wypływa wraz z miesięczną krwią. Ostrzegam cię… – wycharczał, dławiąc się własną śliną. – Ostrzegam, jeśli i tym razem coś stanie na przeszkodzie, zajmie się tobą inkwizycja.

Księżna zbladła. Wreszcie powiedział coś, co zrobiło na niej wrażenie. Nie będę ukrywać, na mnie również. Na dźwięk tego mrocznego słowa, poczułam pełznący po kręgosłupie lodowaty dreszcz. Doskonale pamiętałam z lekcji historii obrazy kobiet krzyczących w męczarniach, płonących stosów, katów i tortur w zapomnianych lochach. Czy i ja mogłam wpaść w takie tarapaty tylko dlatego, że znalazłam się w tej epoce?

– Tym razem Beatrycze urodzi mi syna i nazwę go Maksymilian! – krzyknął Ludwik.

Rzucone przez niego imię znów przypomniało mi Maksa, mojego licealnego chłopaka, ale nie na długo. Popędziłam za księżną, która w milczeniu ruszyła przed siebie i zniknęła w ciemnym korytarzu.

Miałam nadzieję niepostrzeżenie przemknąć obok Ludwika, ale zastąpił mi drogę. Poruszał się zwinnie jak gronostaj, nie bez powodu tak go nazywano, i ani się spostrzegłam, a złapał mnie w talii. Wbił palce w moje żebra, a ciepło jego ciała przeniknęło przez warstwy sukni i dosięgnęło mojej skóry. Cuchnął zwierzęcym tłuszczem i prochem, jakby właśnie wrócił z polowania, a nie pogrzebu bratanka. Gdy pochylił się bliżej, odruchowo wstrzymałam oddech. Byłam jak zwierzyna, która udaje martwą, w nadziei, że drapieżnik ją zignoruje.

W końcu znudził się szukaniem w mojej twarzy odpowiedzi na pytanie, którego nie zadał. Wypuścił mnie i pociągnął za jeden z miedzianych loków, które uciekły spod mojego czepca. Nie ma co, potężny Ludwik Sforza zabawiał się jak mały chłopiec.

– Zachodzę w głowę, skąd u ciebie ten rudy kolor włosów, Elizo de Castilla. Jak u grzesznicy Marii Magdaleny.

Całe szczęście odstąpił ode mnie na widok służącego, który wszedł bocznymi drzwiami. Najwyraźniej biegł całą drogę, bo ciężko dyszał, wprawiając księcia w irytację.

– Wyduśże to z siebie wreszcie, bo dalibóg wychłostać każę! – ryknął na niego Ludwik.

– Ambrogio da Rosate pilnie prosi o spotkanie.

Książę zmarszczył brwi.

– Czegóż może chcieć ode mnie astrolog o tej porze?

Zaszeleścił brokatowym płaszczem i oddalił się szybko, zostawiając mnie wreszcie w spokoju.

Rozdział 3

W środku nocy obudził mnie krzyk i usiadłam w ciemnościach na łóżku, próbując się uspokoić. Księżna miała rację. Często budziłam się w nocy z płaczem, a że Ludwik po śmierci Giana przeniósł Izabelę Aragońską do nie tylko najbrzydszych, ale i najmniej prywatnych komnat na zamku Sforzów, mogli mnie teraz usłyszeć wszyscy mieszkańcy dworu. Jednak tym razem to nie ja krzyczałam.

Spojrzałam na łuk księżyca za oknem. Srebrna poświata wpadała do środka, rzeźbiąc fantazyjne wzory na kamiennej posadzce. Poczułam mrowienie w skroniach i instynktownie przycisnęłam dłoń do czoła, podczas gdy w mojej głowie rozbrzmiał cichy szum i narastał jak fale rozbijające się o brzeg. Czułam, jak ta druga świadomość się we mnie rozciąga, jakby próbowała się dopasować do nowego kształtu.

Przez krótką chwilę byłam w dwóch miejscach jednocześnie: tutaj, w zamkowej komnacie, i w dwudziestym pierwszym wieku. W głowie rozbrzmiały echa dawnych rozmów, ciche modlitwy i strzępki melodii granych na lutni. Pod zamkniętymi powiekami przesuwały się twarze – dziadek Fernando z pogodnym uśmiechem, twarz Zahry pochylonej nad ziołami i postać młodego chłopaka, którego rany opatrywałam niewprawnymi dłońmi.

Westchnęłam z ulgą, bo wreszcie doszło do rozszczepienia, na które czekałam i moja piętnastowieczna alterka dała o sobie znać. „Nazywam się Eliza de Castilla, ocalałam z oblężonej Grenady”, wyrecytowałam do siebie jak szpieg, który dostał nowe dokumenty i nauczył się ich na pamięć. Byłam wnuczką uczonego lekarza, który mnie wychował na dworze ostatniego emira. Rodziców nie pamiętałam, zmarli, gdy byłam małą dziewczynką. Mój dziadek, don Fernando, przez koneksje z potężnym rodem Trastámara umożliwił mi ucieczkę do Królestwa Neapolu, a stamtąd do Mediolanu, pod opiekę Izabeli Aragońskiej.

Dni spędzałam jako dwórka księżnej Izabeli, ale nocami, gdy zostawałam sama, wracał do mnie najgorszy dzień mojego życia. Widziałam kłęby dymu unoszące się nad murami Alhambry i słyszałam jęki rannych, zlewające się z łoskotem taranów i trzaskiem płonącego drewna. W powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi i ognia, a mój dziadek pochylał się nad rannym Maurem. Jego dłonie były zręczne mimo podeszłego wieku i sprawnie opatrzył poszarpane ramię młodego chłopaka. Jęki żołnierza cichły pod wpływem wywaru z maku, który dziadek polecił mi wcześniej przyrządzić.

– Nie bój się, chłopcze. Przetrwasz – powiedział dziadek, dociskając materiał do rany. W każdym śnie widziałam jego twarz w świetle migoczących pochodni. Była wyczerpana, ale jego oczy pozostawały czujne.

Nagle w korytarzu rozległy się kroki. Szturm dotarł do wnętrza pałacu i przez drzwi wdarł się mężczyzna w kaftanie nasiąkniętym krwią.

– Don Fernando! Hiszpanie przedarli się na dziedziniec!

– Jesteś ranny?

– To nie moja krew.

– Cornelis?

– Nie żyje.

Przytknęłam palce do ust, wspominając zażywnego holenderskiego medyka. Berberyjscy piraci pojmali go i przywieźli emirowi, gdy byłam dzieckiem. Lubiłam go, bo zawsze miał dla mnie łakocie w zakamarkach obszernego płaszcza i łaskotał mnie do utraty tchu.

– Zahra?

Mężczyzna pokręcił głową, a ja stłumiłam jęk. Kochałam Zahrę. Miałam zaledwie dziesięć lat, gdy ta arabska akuszerka o egzotycznej urodzie pustynnego kwiatu zaczęła mnie wprowadzać w zakamarki kobiecych ciał. Na długo wcześniej, zanim poznałam własne.

Dziadek spokojnie sięgnął do stojącego w kącie kufra i podał mężczyźnie szkatułkę.

– Weźmiesz ten list i pierścień i przekażesz komu trzeba. – Potem podał mu sakiewkę. – Zabij lub opłać każdego na waszej drodze, ale dowieź ją bezpiecznie na miejsce.

Mężczyzna skinął głową.

– Pojedziesz z nim, Elizo, tak jak się umawialiśmy.

Owszem, znałam plan, ale przez cały czas myślałam, że dziadek pojedzie ze mną.

– A ty?

Pokręcił głową i zdałam sobie sprawę, że to też było częścią planu i nie przekonam go żadnym płaczem.

– Nie martw się o mnie, dołączę do ciebie później.

– A jeśli cię zabiją?

– Nie zabiją. Chrześcijanie i muzułmanie po równo doceniają ręce, które potrafią leczyć. – Don Fernando uniósł swoje słynne dłonie i do mnie mrugnął.

Jakże byłam naiwna. Dziadek wiedział, że jego czas dobiegł końca i nie ma już dokąd uciekać. Chciał zginąć tak jak żył, próbując uratować człowieka, którego przed zachodem słońcem i tak zabiją Hiszpanie.

– Zabierz ją stąd – polecił krótko mężczyźnie i już na mnie nie patrzył. Pochylił się nad rannym Maurem.

Drzwi rozwarły się z hukiem, gdy hiszpańscy żołnierze wpadli do izby, ale ja byłam już bezpieczna w sąsiednim pomieszczeniu, w którym trzymaliśmy z dziadkiem medykamenty. Mój nowy opiekun odsunął wiszący na ścianie obraz i otworzył ukryty panel. Zatkał mi usta ręką i przycisnął do siebie tak mocno, że aż zabrakło mi tchu.

– Ty jesteś lekarzem emira? – Usłyszałam dudniący za ścianą głos dowódcy, w którym pobrzmiewała zimna ciekawość. Dziadek nie odpowiedział od razu. Nie widziałam go, więc mogłam sobie tylko wyobrazić, jak powoli się prostuje i odpowiada mu ze zmęczeniem:

– Jestem lekarzem ludzi. Ratowałem chrześcijan i muzułmanów, nie jestem waszym wrogiem.

O tym też śniłam co noc. Widziałam, jak dowódca mruży oczy, podczas gdy jego kompani zacieśniają krąg wokół don Fernanda de Castilli. To ja wyjęłam później sztylet z piersi dziadka i poznałam po ranie, że nie okazali mu litości. Po ułożeniu ciała widziałam też, że próbował z nimi walczyć, tak jak ja ze swoim opiekunem. Był silniejszy ode mnie i w końcu uległam, a wtedy powiózł mnie do domku rybaka i dalej, na statek. Przegraliśmy, ja i dziadek, a gdy na dziedzińcu rozbrzmiały dźwięki trąb, wiedziałam, że Grenada upadła.

Przyjaciel dziadka przekupywał straże, byśmy mogli bezpiecznie opuścić miasto i nie było czasu, by pogrzebać naszych zmarłych. Prześladowały mnie otwarte oczy don Fernanda, ale też na wpół odarte z ubrań ciało Zahry al-Mudawiyy, uzdrowicielki, której sława niosła się daleko poza granice Grenady.

Te chwile teraz wróciły, gdy zaczęła we mnie oddychać ta druga Eliza, która wcześniej tylko ze mną współśniła. Kolejny rozpaczliwy krzyk rozdarł noc, niosąc się echem po ciemnych murach.

– Elizo, szybko, jesteś potrzebna. – Zbladłam na widok postaci w ciemnym kapturze pochylonej nad moim łóżkiem. Przypominała zjawę.

Postać uniosła pochodnię i w blasku tańczących płomieni rozpoznałam księżnę Izabelę Aragońską.

Zaczęłam się ubierać, nie zadając pytań. Pomagałam jej podczas ciąży, gdy rodziła dzieci i leżała w połogu, zawsze w największej dyskrecji. Izabela nie ufała Sforzom i ukrywała moją wiedzę i umiejętności przed resztą dworu. Domyśliłam się, że przyszła po mnie, bym pomogła Konstancji, jednej z jej ulubionych dwórek, która na dniach miała urodzić nieślubne dziecko. Przezywałyśmy ją Scintilla2, bo miała żywy temperament niczym iskierka ognia. Teraz przebywała samotnie w odizolowanej komnacie, a zaufana służąca przynosiła jej posiłki i sporządzone przeze mnie maści i zioła, które miały przygotować do porodu jej ciało i psychikę. Ojciec dziecka pozostawał nieznany, nawet dla mnie, choć się z nią przyjaźniłam, a zaraz po porodzie miała zostać wydana za mąż za jednego z pomniejszych mediolańskich arystokratów.

Nie wiedziałam, jaki los czekał jej dziecko, ale opcje były dwie. Albo przyszły mąż zostanie przekonany dukatami księżnej Izabeli, by przyjąć pod dach Konstancję z becikiem stanowiącym dodatek do sukni ślubnej, albo maleństwo zostanie oddane na wychowanie chłopom. Druga opcja była mniej kosztowna, ale oznaczała rozdzielnie z dzieckiem, więc tego Konstancji nie życzyłam.

Domyśliłam się, że pojawiły się komplikacje, zdziwiłam się jedynie, że księżna nie posłała po mnie służącej, tylko zjawiła się osobiście. Był środek nocy. Nie tylko ściany, ale i posadzki na zamku Sforzów miały uszy, a najlżejsze nawet szmery docierały do księcia Ludwika.

Księżna podała mi torbę, do której zaczęłam pospiesznie wkładać najważniejsze medykamenty.

– Jesteś potrzebna żonie księcia Ludwika, Beatrycze. Zaczęła rodzić i pojawiły się problemy, którym magister Ambrogio da Rosate nie potrafi sprostać. Nic dziwnego – prychnęła. – Ten człowiek może jest biegły w kreśleniu horoskopów i umie wyleczyć ból zęba, choć wszyscy wiedzą, że przy pomocy kata, ale od dawna mam wrażenie, że ciało kobiece go brzydzi i nic nie wie o sekretach naszej płci. Musisz jej pomóc.

Spojrzałam na nią z jeszcze większym zdziwieniem.

Księżna Izabela nie znosiła młodziutkiej żony Ludwika Sforzy, zresztą z wzajemnością, a ich rywalizacja, która najpierw dotyczyła strojów, fryzur, śpiewu i urody, szybko zeszła dosłownie poniżej pasa. Skupiły się na jednym tylko obszarze kobiecego ciała – swoich łonach. Ich wzajemna antypatia się nasiliła, gdy Izabela urodziła Gianowi kolejno najpierw syna i dwie córki, a Beatrycze w tym czasie raz tylko z trudem zaszła w ciążę i poroniła.

– Nie dopuszczą mnie do niej, pani. Jestem twoją dwórką. Ani książę Ludwik, ani Beatrycze nam nie zaufają.

Księżna pokiwała głową.

– Ludwikowi za bardzo zależy na tym, by to dziecko przyszło na świat, by odrzucić pomoc, skądkolwiek by nadeszła. Liczę na ciebie, Elizo, wszystko w twoich rękach. W innym przypadku Ludwik oskarży mnie o czary i wyda inkwizycji. Przenajświętsza Panienko – uniosła pobożnie oczy – spalą mnie jak szczapkę drewna. Wiesz dobrze, moja droga, że ten okrutny człowiek jest do tego zdolny.

– Inkwizycja? Jesteś, pani, córką samego króla Neapolu.

– Czasy są niepewne, a moja pozycja po śmierci męża zagrożona.

Cóż, niewątpliwie miała rację. Przez długi czas to moja pani wygrywała z Beatrycze na całej linii, ale po niedawnej śmierci Giana Sforzy sytuacja się zmieniła. Owszem, Izabela była w trzecim miesiącu ciąży, którą pomagałam jej pielęgnować, ale to młodziutka Beatrycze była teraz księżną Mediolanu. Jej ciąża po raz pierwszy miała szansę na pomyślne rozwiązanie, a Ludwik miał nadzieję, że tym razem urodzi się zdrowe dziecko. Tym większą, że jego zaufany astrolog Ambrogio wyliczył już, iż doczeka się wreszcie potomka płci męskiej.

– Jeśli tej nocy naprawdę urodzi się chłopiec, to on, a nie mój piccolo Francesco, zostanie w przyszłości księciem Mediolanu – stwierdziła ze smutkiem Izabela, myśląc najwyraźniej o tym samym, co ja.

Przez chwilę się zawahała, ale miałam nadzieję, że nie zmieni zdania.

Nie przepadałam za Beatrycze, bo zadzierała nosa, a dwórki z jej świty uwielbiały robić paskudne dowcipy nam, dwórkom księżnej Izabeli. Rozsiewały też paskudne plotki na nasz temat. O Konstancji rozpowiadały, że jest puszczalska, a o mnie, że moje włosy w miejscach intymnych są tak samo rude jak te na głowie i jest ich tam dwa razy więcej niż u normalnej kobiety. To za ich sprawą przylgnęło do mnie przezwisko Kastylijska Małpka.

Od dziadka przejęłam jednak mocne przekonanie, że darem leczenia należy się dzielić ze wszystkimi w potrzebie.

Echo przyniosło kolejny krzyk Beatrycze, od którego cierpła skóra, a księżna Izabela potrząsnęła głową, jakby ostatecznie przekonała samą siebie, że podjęła słuszną decyzję.

– Muszę przegrać tę bitwę, by wygrać wojnę. Rozumiesz? Bez względu na to, jak to się skończy, zawalczę o władzę nad Mediolanem dla mojego Francesca. A teraz chodźmy, Elizo. Nie ma ani chwili do stracenia – dodała, świecąc mi pochodnią.

Dołożyłam do torby kilka słoiczków z cennymi ziołami. Niektóre wyhodowałam z nasion, które ukryłam w kieszeniach sukni, uciekając z Grenady. Inne rosły już na włoskiej ziemi, ale wymagały zmieszania z innymi w odpowiednich proporcjach. Modliłam się przy tym, by nie zawiodła mnie pamięć i wiedza przekazana mi przez mojego dziadka, Cornelisa, a przede wszystkim akuszerkę Zahrę.

Musiałam też tej nocy zapomnieć o swojej współczesnej tożsamości. Jako Eliza Angielczyk znałam wprawdzie kilkanaście języków obcych i w szkole nazywano mnie „językowym ninją”, ale nie wiedziałam nic o medycynie. Nie pomogę Beatrycze, recytując jej Metamorfozy Owidiusza.

„Don Fernando nauczył cię wszystkiego, co trzeba”, powtarzałam sobie w myślach, idąc za księżną Izabelą. „Zahra pokazała ci, jak badać kobiety z czułością, szacunkiem i wnikliwością. Potrafisz uratować Beatrycze i jej nienarodzone dziecko”.

Księżna przyspieszyła, więc i ja zaczęłam stawiać dłuższe kroki. Towarzyszyły nam tylko nasze cienie, które tańczyły na ścianach jak ponure widma. Ciemny korytarz zdawał się nie mieć końca, gdy mijałyśmy w milczeniu zakręty i zaułki, każda z nas zanurzona w niewesołych myślach.

Przypisy

1 Wł. L’Ermellino – gronostaj, jeden z przydomków księcia Ludwika Sforzy (ten i inne przypisy pochodzą od autorki, jeśli nie zaznaczono inaczej).

2 Wł. Scintilla – iskierka.

Redakcja

Magdalena Chrobok

 

Korekta

Bożena Sigismund

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Greta Drawska, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301449

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści

Dedykacja