Mała dunajska wojna - Pavol Rankov - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Mała dunajska wojna ebook i audiobook

Pavol Rankov

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Pavol Rankov w Małej dunajskiej wojnie kreśli ironiczną i niepokojącą wizję możliwego konfliktu na południu Słowacji, gdzie napięcia słowacko-węgierskie przeradzają się w otwartą wojnę.
Do walk między słowacką samoobroną a węgierskimi separatystami dołączają czescy ochotnicy, a spóźnione oddziały Unii Europejskiej i ONZ nie potrafią zapobiec eskalacji. Rankov opowiada o konflikcie z perspektywy zwykłych ludzi – między innymi rzeźnika z Šamorína, olimpijki z Nowych Zamków i specjalisty od pól minowych – których codzienność zostaje podporządkowana logice wojny.
Autor łączy konwencję politycznego thrillera z czarnym humorem i groteską. Pokazuje, jak łatwo narodowe antagonizmy wymykają się spod kontroli, a lokalny spór przeradza się w konflikt niosący międzynarodowe konsekwencje. To opowieść o kruchości pokoju w Europie Środkowej i o tym, jak cienka granica dzieli pozorną stabilność od katastrofy.

Wsparcie wydania: Konsul Honorowy Republiki Słowackiej we Wrocławiu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 274

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pavol Rankov

Mała dunajska wojna

Z języka słowackiego przełożył

Rafał Bukowicz

Jak GPS zmienił życie guerrilli

(pierwszy interview z Czarnym Wilkiem)

Przede wszystkim pragnę przeprosić, że tak was rozebraliśmy do naga i przewieźliśmy z zawiązanymi oczami. Było to konieczne dla waszego i naszego bezpieczeństwa. Ze względu na urządzenia lokalizacyjne. Tak, macie całkowitą rację. GPS zmienił życie partyzanta. To może wam posłużyć za tytuł artykułu: Jak GPS zmienił życie i śmierć guerrilli! „Guerrilla” brzmi lepiej niż „partyzantka”, prawda? Jest bardziej trendy.

Hej, Goril, przynieś im jakieś ciuchy, niech tak nie stoją tu z fujarami na wierzchu.

A ten palec Gorila w tyłku też był częścią osobistego przeszukania, a nie gry wstępnej. To tak gwoli ścisłości. Chociaż jak tak patrzę na tego blondasa, to jego pewnie pocieszyłaby bardziej ta gra wstępna. Sorry, to takie politycznie niepoprawne żarty.

Okulary? Nie, teraz wam ich jeszcze nie oddamy. Zdajecie sobie sprawę, ile do takich okularów można upchnąć technologicznych pierdółek? Ale kiedy chłopcy was odwiozą, Goril odda wszystkie wasze rzeczy. Nic się wam nie zgubi, ręczę za to głową Gorila. Jesteśmy co prawda cygańską guerrillą, ale nie złodziejami.

Ale do rzeczy! Jesteście… to znaczy twierdzicie, że jesteście brytyjskimi dziennikarzami, tak? Ale tak się przypadkiem składa, że obaj macie słowacko brzmiące nazwiska i obaj mówicie po słowacku. Mam rozumieć, że w brytyjskich szkołach słowacki jest przedmiotem obowiązkowym. Myślicie, że łyknę te waszą śpiewkę? Że jak Cygan, to z pewnością głupi jak but, prawda? Dokładnie jak w tych dowcipach. W tych waszych słowackich dowcipach o głupich Cyganach. Wcześniej byliśmy dla was „ciemnoskórymi współobywatelami”, potem „Romami”, później „nieadaptującą się mniejszością”, a teraz znowu „Cyganami”. Od Romów do Cyganów, od współobywateli do nieadaptującej się mniejszości.

No ale już naprawdę do sedna! Kim jesteście i co tu robicie? Ach tak, regionalni współpracownicy kilku brytyjskich mediów. Już nie redaktorzy, ale współpracownicy. Freelancerzy. Doskonale! A dla kogo już pracowaliście? Kiedy i gdzie opublikowano wasze artykuły? Przekonajcie mnie, że nie jesteście ani słowackimi, ani węgierskimi tajniakami.

Otóż to, chcę przejrzeć wasze artykuły. Internet? Proszę bardzo. Przecież już mówiłem, że technologie zmieniają życie guerrilli. Już otworzyłem przeglądarkę, dyktujcie. „Atlantic Observer”. Numer z czternastego maja, zgadza się? O, mam. Ivan Balaz, Tom Krivos. Ale wy mi wcześniej powiedzieliście „Tomáš Krivosucký”, a nie „Krivos”. Co to, ksywka dla Anglików? Czyżby zależało im, aby artykuły do czasopisma pisali ludzie z łatwymi do wymówienia nazwiskami? Coś mi tu śmierdzi.

No to wymieńcie jeszcze dwa inne teksty! Tak, już gugluję. „London News”. Issue. February. Tak, mam to. Balaz i Krivos. Artykuł o konfliktach etnicznych na stadionach piłkarskich?

Sorry, trochę się zaczytałem. Tak że zajmujecie się tematem konfliktów narodowych i rasowych. A my się w to idealnie wpisujemy. Specjalnie powiedziałem, że my, a nie ja. Nie, to nie ja jestem Czarnym Wilkiem, wszyscy jesteśmy Czarnymi Wilkami. The Black Wolfs. A Wolfs nie może być? The Black Wolves? To brzmi jak nazwa jakiejś starej hip-hopowej kapeli z Harlemu.

A ostatnio odkryłem, że była taka niemiecka organizacja neonazistowska w Alzacji, Die Schwarzen Wölfe. Nic z tym nie zrobimy, nie będziemy zmieniać nazwy. Może już niedługo w Niemczech i Francji bardziej będziemy znani my, a nie tamci naziści.

Po węgiersku to Fekete farkasok. Węgierskiego nie znam prawie wcale, Roland, Goril i Mario przekładają mi, jak jest potrzeba. Z kolei Gyula, ten, który czyści karabin, nie umie prawie nic po słowacku. Pochodzi z Budapesztu. Taką to jesteśmy multikulti guerrillą. Żebyśmy mogli się dogadać, potrzebujemy Google Translatora.

Pogadajcie też z innymi, a nie tylko ze mną. Potem wam powiem, do kogo możecie uderzyć.

A właśnie, przecież my wam wszystko zabraliśmy, może chcecie to nagrywać na moim tablecie? Podajcie mi adres e-mail, to wam to wyślę. Dokładnie, technologie zmieniają życie guerrilli. Zdjęcia? Mnie możecie fotografować, ile chcecie, ja już w tym siedzę po uszy, ale chłopaków raczej tak mniej wyraźnie, takie ujęcia z tyłu. Mają rodziny. Roland ma dzieci. Roland, av kemande! Ile masz dzieci? Troje? A z iloma babami? Z czterema?

To od czego zaczynamy? Od tego, jak się między sobą dogadujemy? Czarne Wilki są romską grupą oporu, w skład której wchodzą ochotnicy z terytorium Słowacji i Węgier. Dobrze, już to wyłączyłem. O co chodzi? Według was jestem zbyt oficjalny? OK. Ale wiecie, my także mamy swoje interesy. Kiedy zgodziłem się na wywiad, chodziło mi o nasze cele. Przecież nie będę uświadamiać dziennikarzy o tym, jak ważne są media dla opinii publicznej. Czasami mam właśnie wrażenie, że żadna opinia publiczna nie istnieje, liczy się tylko to, co powiedzą media. Plus to, co jest na Facebooku. Sprawdziliście naszego Facebooka? Ktoś założył grupę „I love The Black Wolf”. Z moim zdjęciem z dzieciństwa. Zobaczcie. Ciekawe, skąd je wygrzebali. Czy to mnie cieszy? I tak, i nie. To służy dobru naszej sprawy, ale tworzy się takie wrażenie, że wszystko to jest moją osobistą inicjatywą. I love The Black Wolf, a gdzie reszta ruchu?

Dobra, to od początku. Muszę przyznać, że Czarne Wilki mają problemy z komunikacją wewnętrzną. W naszych szeregach są młodzi Romowie ze Słowacji i Węgier. Po romsku mówią wszyscy oprócz mnie. Ale uczę się. Czarne? W liczbie mnogiej kale, a wilki to ruva. Ruvestar balevas na ela. Z wilka nie będzie słonina.

Ojciec był Cyganem, ale takim zintegrowanym. Tak, przez całe życie pracował. Jako kierowca autobusu. Nie miał częstego kontaktu ze swoją romską rodziną, nawet wyprowadził się do Bratysławy.

Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale pewnie macie rację, wstydził się swoich romskich korzeni. Mama pochodziła z gadziów, ale sercem – czy jak to ująć – była bardziej romska od ojca. Na lato zabierała nas do jego rodziny na wschodzie kraju. Ale nie do osady. Do Koszyc. Nie! Nie Luník. Gadziowski blok, w którym łaskawie pozwolili mieszkać jednej zintegrowanej cygańskiej rodzinie. Ale w osadzie też mieliśmy krewnych. Kilka razy byliśmy też tam. Moldava nad Bodvou, tak się nazywa to miasto. No przecież tam to wszystko się zaczęło.

Co przez to myślę? Mama potrafiła bawić się z Cyganami, śpiewać, tańczyć i pić. Ojciec tylko siedział w kącie. Po prawdzie to on nawet nie jeździł z nami zbyt często na wschód. Nie, już nie żyje. Zginął siedem lat temu w wypadku samochodowym. Został potrącony przez ciężarówkę. Kierowcę autobusu potrąciła ciężarówka na przejściu dla pieszych. Ojciec był chodzącym paradoksem.

Mama zresztą też, to prawda. Jeden wielki paradoks. W Bratysławie pracowała jako księgowa dla bogatych gadziów, ale raz w miesiącu wsadzała nas do pociągu na Koszyce i szła w tany, szastając na lewo i prawo pieniędzmi. A kiedy wydała zbyt dużo, ojciec spuszczał jej lanie, co, jak myślę, aż tak bardzo jej nie przeszkadzało. Brała to pewnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, jako coś typowo cygańskiego.

Ojciec nie wychowywał mnie na Roma. Zmuszał do nauki, kontrolował, czy mam odpowiednie towarzystwo. Kończyło się na tym, że byłem sam, bo rodzice moich kolegów też ich kontrolowali i nigdy by nie dopuścili do tego, żeby zadawali się z Cyganem. Mój ojciec też chciał mieć – jak by to ująć – białe dzieci. Na tym polegała sprzeczność. Ojciec wziął sobie nie-Romkę, bo chciał się wtopić w gadziów. Mama wzięła sobie Roma, bo czuła, że ma cygańską duszę. I tych dwoje mnie wychowywało. W pewnym sensie pochodzę z rozbitej rodziny.

Ojciec nie uczył mnie romskiego. Dokładnie tak to możecie napisać, że jestem jedynym spośród Czarnych Wilków, który nie mówi płynnie po romsku. Ale uczę się. Sporo już umiem. Napiszcie raczej, że już się romskiego nauczyłem. Romani ćhib hini pari!

Mama też już nie żyje. Po śmierci ojca rozpiła się i umarła na raka żołądka. Szybko postępujący, podobno od alkoholu. Jej pogrzeb na bratysławskim cmentarzu Slávičie údolie przerodził się w najpiękniejszy baszawel. Wtedy powiedziałem sobie, że chcę zostać Romem. W zasadzie do tamtej chwili wyrastałem pod wpływem ojca. Chciałem się wybielić.

I to wcale nie jest metafora. Jako nastolatek naprawdę sprawdzałem w drogeriach, czy nie wymyślili już jakiegoś preparatu na wybielanie cery, który działałby jak farba na włosy. Nie wymyślili. Dla gadziów nie ma nic lepszego niż brązowa opalenizna.

Uczyłem się całkiem dobrze, bez problemów. Najbardziej? Na pewno historię. Oczywiście, przez cały mój pobyt w szkole nie znalazłem w podręcznikach do historii ani jednej wzmianki o Romach.

Miesiąc po śmierci mamy obroniłem pracę licencjacką. Socjologię. Później zrobiłem magisterkę z politologii. Wyobraźcie sobie studentów politologii – młodzi, otwarci ludzie, którzy biegle mówią po angielsku, czytają książki w językach obcych, usta mają pełne frazesów o tolerancji, integracji społecznej, wielokulturowości i partycypacji. A potem siedzicie z nimi na fakultatywnym przedmiocie „Słowacja a Romowie” i nagle wszystko wygląda inaczej. Dla mnie problem romski sprowadzał się do tego, jak zintegrować Romów ze społeczeństwem słowackim. Dla nich – do samego istnienia Romów na Słowacji. Gdyby zniknęli, zniknąłby sam problem. Krótko mówiąc, im przeszkadzało nawet to, że jakiś biedaczek idzie rano do lasu, nazbiera wiaderko grzybów i próbuje sprzedać je przy drodze. Pytacie się, co im w tym może przeszkadzać? No że ten biedaczek jest Romem.

Zacząłem nawet studia doktoranckie, ale tych już nie skończyłem. Nie da się wypowiedzieć wojny państwu i jednocześnie studiować. Guerrilla to praca na cały etat.

Co mnie zainspirowało? Wybaczcie, ale słowo „inspiracja” wydaje mi się tutaj nie na miejscu. To jest wojna. Krew, ból, śmierć. Jaka tam inspiracja! Jak to się mówi? Wśród oręża milczą muzy. Albo piszczą muzy? To też brzmi dobrze.

Czarnych Wilków założyłem w roku 2013. Policja zmasakrowała w tym czasie romską osadę w Moldavie nad Bodvou. Słyszeliście o tym? Naprawdę nie?

To w skrócie: pewna fundacja zajmująca się wsparciem dla Romów zorganizowała w Moldavie baszawel. Muzyka grała do późnej nocy. Przyjechali szingune, policjanci. Zakłócanie ciszy nocnej. Romowie, już pijani, rzucili w stronę policyjnego wozu kilka kamieni, ale nie zranili żadnego policjanta, naprawdę ucierpiało tylko auto. Chwilę później podjechały trzy kolejne. A kogo zabrali? Chłopca z gitarą. Nazywał się Leon. On kamieni nie rzucał, przecież cały czas grał, ci gliniarze też musieli to widzieć.

Na dołku tłukli go całą noc. Ci idealiści z Bratysławy, ludzie z fundacji, która organizowała baszawel, zresztą jej nazwę łatwo znajdziecie w internecie, no więc ci ludzie napisali skargę na nieuzasadnione użycie siły przez policjantów. I zgadnijcie, co się stało! Dwa dni później do osady wkroczyli antyterroryści w kominiarkach, cały pułk. Chodzili od chaty do chaty i rozbijali wszystko, co im wpadło pod rękę. Wiecie, co to oznacza dla takiej rodziny z osady, kiedy ktoś im wysypie pięć kilo mąki i podepcze dwa kilo mięsa? To poważny problem. A kiedy ktoś im wybije w chacie okno, to to jest katastrofa. A policjanci przyszli prosto po Leona.

Szinguno, który go kilka dni wcześniej przyskrzynił, wrzeszczał na całą osadę: „Gdzie macie Leona, niech mu teraz pomoże jakaś fundacja!”. Od razu go zabrali. Znowu spuścili mu łomot, ale tym razem postawili mu też zarzuty. Rzekomy atak na funkcjonariusza publicznego. Przy czym Leon był tylko muzykiem. Chłopiec chudy jak szkapa, z talentem do gitary. Wszyscy mówili, że on się w bójki nigdy nie wdawał, ani w szkole, ani w osadzie. Jak mu powiedzieli „graj”, tak grał. Gdzie go postawili, tam stał i grał. Mariachi. Czekał go więc proces, bo oskarżono go o napaść na funkcjonariusza publicznego. Ostatecznie sprawa została umorzona, bo Leon zmarł.

Jak to się stało? Prawda, to zasadnicze pytanie. Spuszczając mu któryś raz łomot, policjanci tak go pobili, że aż ucierpiało mu serce. Wstrząs pourazowy, czy jak to się tam nazywa. Kiedy nad ranem wrócił z komisariatu do domu – czyli do chaty z klepiskiem zamiast podłogi – skarżył się na nudności, z trudem oddychał. Ale kiedy rodzice zawieźli go na wózku do miejscowej lekarki i ta dowiedziała się, co się z nim stało, nie wysłała go nawet do kardiologa. Ty, Cygan, nic ci nie jest. Zmiataj stąd. Później raz było dobrze, raz – źle, i tak na zmianę, aż pewnego ranka już się nie obudził. Na plecach miał nadal wyraźne siniaki od policyjnych pałek. Wyglądały jak dwie równoległe linie. Ale nie myślicie sobie chyba, że odnotowano to w sekcji zwłok. Krewni na darmo o to prosili. Po prostu zatrzymanie akcji serca. Wy też byście umarli, gdyby wasze serca przestały bić.

Dlaczego właśnie ten incydent? Wy też to nazwaliście „incydentem”. Jakież to nieodpowiednie słowo, kiedy mowa jest o zmarłym osiemnastolatku. Leon był moim kuzynem. Oczywiście ze strony ojca. Wcześniej widziałem go może z pięć, sześć razy. Bardziej pamiętam jego dziecięce palce na gryfie gitary niż jego twarz. Mariachi. Wiem tylko tyle, co przeczytałem w gazetach i co przekazała mi rodzina. Nie prowadziłem żadnego dochodzenia. Od razu się zdecydowałem. Życie za życie.

Milanko… tak się nazywał ten policjant, który po raz pierwszy przyskrzynił Leona. Na Facebooka wrzucił nawet taki dowcip o leniwych Cyganach, więcej nie zdążył. Nie, Milanko to nazwisko. Ranga? Znajdźcie to sobie w internecie. W komisariacie policji w Moldavie ma tablicę upamiętniającą, tam na pewno jest jego ranga. Zróbcie sobie zdjęcie. Odsłaniał ją ówczesny premier. Ten też ma sporo na sumieniu.

Milanka kropnęliśmy dokładnie rok po śmierci Leona. Czarne Wilki były jeszcze wtedy trzyosobowym komandem.

A dzisiaj? Około pięćdziesięciu. Tylko że w marcu ktoś wrzucił w Trenczynie koktajl Mołotowa do autobusu z ultrasami Slovana i jeszcze później podpisał się pod tym w internecie jako Czarny Wilk. Wygląda na to, że istnieje jakaś zewnętrzna komórka, która się pod nas podszywa. Nasza struktura jest piramidalna i zdecentralizowana, jeżeli miałbym użyć tutaj fachowej terminologii. Komórki działają autonomicznie.

To prawda, wcale tego nie wykluczam, z czasem naprawdę może pojawić się problem, że ktoś będzie się podawał za Czarnych Wilków i jednocześnie działał wbrew naszym celom. Myślę, że nawet służby próbują już nas zdyskredytować.

Jak się Czarny Wilk staje Czarnym Wilkiem? Powiem wam, jak to wygląda w większości przypadków: całe życie spędzają w szarej strefie, wszyscy dookoła ich nienawidzą – w szkole, urzędach, sklepach, wszędzie wytykają im, że są inni, że nie należą do wielkiego świata większości społeczeństwa, niech wracają do swojego getta. Od wyrzutka do partyzanta już tylko krok. Ponadto okoliczności czasami zmuszają cygańskie dzieci do kradzieży, to może być jedzenie lub zeszyt do szkoły, tak że mają już doświadczenie z działaniem poza prawem. Jeśli później młody Rom zechce zmienić siebie i świat, Czarne Wilki są dla niego najbardziej naturalnym rozwiązaniem.

Wybieramy, a nie rekrutujemy.

No dobrze, macie rację, w moim przypadku było inaczej, ale tylko trochę. Mnie też koledzy z politologii powiedzieli: „Nie jesteś jak Rom, tylko tak wyglądasz”. Z ich punktu widzenia miało to brzmieć jak zaszczyt. Możesz wyglądać inaczej, jeśli jesteś taki jak my. Jednocześnie nieśli transparenty na tęczowych marszach na rzecz pedałów i podpisywali petycje w sprawie Żydów. Chociaż na Słowacji nie ma już żadnych Żydów. Walka z antysemityzmem w tym kraju jest jak walka z nienawiścią do Celtów czy Awarów. Ta grupa etniczna po prostu już tu nie istnieje. Jest to co prawda smutne, ale tak już jest.

Przeciwko Żydom? Ależ nic, oni są właściwie naszymi sojusznikami, bo mamy wspólnego wroga. Żydzi zostali zamordowani przez ludzi przesiąkniętych tą samą nienawiścią, którą kultywują nienawidzący nas dzisiaj.

Po prostu śmieszy mnie to intelektualne wygodnictwo – sympatyzowanie z Żydami, których tu właśnie nie ma. Kto wie, jak zachowaliby się ci ich sympatycy, gdyby im pod oknami przeszli rabini w czarnych kaftanach i dzieci z dziwnymi warkoczykami.

Zwracam uwagę na to, że miejscowi nie są w stanie konfrontować się z innością, z innym światem, na co dzień, bo to nie jest to samo, co chodzenie na festiwale muzyki etnicznej. O właśnie, to dzięki Żydom w podręcznikach historii pojawia się ta jedna jedyna wzmianka o Romach. Do półstronicowego tekstu o Holokauście dodaje się zazwyczaj zdanie mówiące o tym, że mordy dotyczyły również Romów. Tak że wielkie dzięki, Żydzi!

Jak to się konkretnie dzieje? Jeżeli pozwolicie, zostawię to dla siebie, powiem tylko, że Czarne Wilki pozyskują nowych członków poprzez kontakt bezpośredni. Chłopcy spotykają się ze swoimi rodzinami, z byłymi kolegami, czasami słyszy się, że ktoś chce się w pełni zaangażować.

W pełni, czyli tak, że jest gotowy nawet poświęcić swoje własne życie.

Nie, nie da się przyzwyczaić do zabijania. Śmierć pozostaje śmiercią, nawet jeżeli jest to wasz wróg. Nadal jest w tym coś strasznego, upiornego, a może raczej mistycznego. Zabraliście życie, a prawo do tego ma wyłącznie Bóg, więc jeśli zdarzy się, że odebrałeś to życie niesłusznie, pewnego dnia zostaniesz za to surowo osądzony.

Zawsze sprzeciwiam się określaniu mnie mianem „terrorysty”. Pamiętajcie, żeby to podkreślić w śródtytule! Jesteśmy ruchem oporu. Nie szerzymy strachu, walczymy z konkretnym wrogiem. Nigdy nie podłożylibyśmy bomby w pociągu, nigdy nie strzelalibyśmy do ludzi w supermarkecie. Chociaż w tym kraju większość nas nienawidzi, to i tak zabijalibyśmy tylko naszych wrogów. Ale po co zabijać anonimowych ludzi, skoro mamy wystarczająco dużo bezpośrednich celów?

Dzięki nam Milanko zyskał pośmiertną sławę. Tuż po nim przyszła kolej na tę orvoszkę, która nie chciała dać Leonowi skierowania do kardiologa. Nie, nie zabiliśmy jej. Odcięliśmy jej prawą rękę. Patologowi, który przeprowadzał sekcję, też. Potem z telewizji dowiedzieliśmy się, że ten facet był leworęczny, ale daliśmy już mu spokój. Rozumiem wasze pytanie, ale nie wiem, czy będę w stanie na nie odpowiedzieć. To także kwestia propagandy: okaleczeni lekarze są naszymi chodzącymi billboardami. Każdy wie, czym sobie na to zasłużyli i, przede wszystkim, kto im to zrobił.

Tak, zgadza się, od samego początku spływały do nas informacje z osad, że nasze działania eskalują nienawiść. Większość Romów jest przeciwko nam. Tylko wśród młodych mężczyzn mamy jakie takie poparcie. Rozumiem, że nasi ludzie się boją. Terror policyjny jest straszny. Na Słowacji i na Węgrzech. W samej Moldavie nad Bodvou już na początku życie stracili młoda kobieta i jej nowo narodzone dziecko. Ponieważ zamieściliśmy w internecie oświadczenie, w którym szczegółowo uzasadnialiśmy każde nasze działanie, policja początkowo myślała, że jesteśmy z Moldavy. Swoją drogą po dziś dzień nie ma ani jednego bojownika, który by stamtąd pochodził. Ale nie zależy mi na tym. Moldava to symbol. To jest romski Plac Tian’anmen, Soweto, taka nasza Aleja Narodowa – jeśli w ogóle brytyjscy czytelnicy załapią odniesienia do aksamitnej rewolucji. Wszystko zaczęło się od Moldavy.

Kilka dni po egzekucji Milanki przeprowadzili okrutny napad na osadę w Moldavie. Jedna z dziewcząt, która właśnie wróciła z porodówki, wpadła w panikę, zabrała dziecko i uciekła. Została postrzelona w plecy. A maluch w wyniku upadku doznał złamania kości czaszki. Słyszeliście o tym? Tak, mówiło się, że pocisk trafił także dziecko, ale z tego, co słyszałem od ludzi z osady, tak to nie było.

Właściwie nie, nie mściliśmy się za to. Co prawda później zaatakowaliśmy komisariat policji w Moldavie, ale był to tylko chwyt propagandowy. Wystrzeliliśmy z samochodu w kierunku okien pół magazynka, spodziewając się tylko medialnego rozgłosu. I ten przerósł nawet nasze oczekiwania!

Im większa nienawiść gadziów, tym większa determinacja Romów. W gruncie rzeczy ten uciążliwy policyjny terror działa na naszą korzyść. Radykalizuje nam Romów.

Niestety, jeszcze nie. Ale na to przyjdzie czas. Musi być jakaś inicjatywa ze strony białych, którzy nas wesprą, jakaś presja na rząd, żeby rozpoczął negocjacje. Tak jak w Ameryce podczas wojny w Wietnamie albo we Francji podczas wojny w Algierii.

Na Węgrzech? Już od samego początku, w tej pierwszej trójce, był Gyula. On również studiował, podobnie jak ja, i również doszedł do wniosku, że integracja nie jest możliwa. Nie, nie zdradzę, w jaki sposób nawiązał z nami kontakt, ponieważ ten kanał nadal działa. Kiedy sąd w Budapeszcie uniewinnił dwóch znanych neonazistów oskarżonych o morderstwo Romki, od razu wiedzieliśmy, że oni staną się naszymi kolejnymi celami. Ostatecznie włączyła się w to jeszcze trzecia osoba, na którą nie liczyliśmy, ale nie żałuję. A w drodze powrotnej Gyula powiedział, że tak dalej być nie może, nie mamy nawet forsy na benzynę i musimy konfiskować samochody z pełnymi bakami. I czy nie stuknęlibyśmy od razu banku? I tak się stało.

Jak widzicie, żyjemy bardzo ascetycznie. Zależy mi na tym, aby chłopcy zawsze pamiętali, że jesteśmy wojownikami. Do tej pory przeprowadziliśmy jedenaście napadów na banki na Słowacji i cztery na Węgrzech. Ale bardzo dobrze rabuje się nam też supermarkety. Na szczęście w tych rejonach wciąż sporo osób płaci gotówką. Opróżniamy tak ze trzy, cztery kasy, ochroniarze spieprzają przed nami gdzie pieprz rośnie.

Czasami wspieramy także konkretne romskie rodziny. Prowadzimy rzetelną buchalterię, bo przyjdzie taki dzień, że będziemy musieli rozliczyć rachunki. Przed kim? Ja to nazywam romską radą. Nie, ona jeszcze nie istnieje.

Zakup broni ręcznej nie stanowi problemu. Karabiny maszynowe, pistolety, granaty. Przede wszystkim od Ruskich i Ukraińców. Właśnie na to wydajemy najwięcej pieniędzy. Potem sfotografujemy nasz arsenał, to zrobi wrażenie na czytelnikach. Niemało kosztują też fałszywe dokumenty. Roland i Ropa, to ten z zabandażowanym okiem, bo ciągle mu ropieje, ci dwaj używali w zeszłym roku nawet indyjskich paszportów. Skoro amerykańscy czarnoskórzy są Afroamerykanami, to europejscy Cyganie są Indoeuropejczykami, co nie?

Tak, bez półświatka przestępczego nie jest to możliwe. Ale są to nasi partnerzy handlowi, tak że wybaczcie, ale nie będę więcej komentował tego tematu.

Kilku. Dziesięciu lub dwunastu naszych członków przebywało wcześniej w więzieniu za kradzieże lub rozboje.

Jeszcze nie. To cud, ale jeszcze ani jeden. Ani martwy, ani ranny. Wśród chłopaków szybko rozprzestrzeniły się modlitwy do aniołów stróży. Ja? Modlę się, ale inaczej. Nie chcę o tym mówić.

Zwłaszcza odkąd szykują przeciwko nam wojsko, mam obawy i jestem ostrożniejszy. Wojsko ma dostęp do lepszej technologii.

Użyłem słowa „ruch”? Tak, teraz o tym myślę w tych kategoriach. Początkowo myślałem o zemście – o likwidowaniu tych, którzy szkodzili Romom. Policjantów, polityków, neofaszystów. Problem w tym, że ta większość, która nie szkodzi, też by szkodziła, gdyby tylko mogła. Dlatego też zemsta przerodziła się spontanicznie w guerrillową grupę z politycznymi zapędami w przyszłości. Guerrilla może być też komórką terrorystyczną, ale to nie jest przypadek Czarnych Wilków! Jesteśmy czymś więcej. Movement. Teraz myślę o powstaniu. Prowadzimy wojnę. Z pewnością nie chcę być cygańskim Janosikiem ani Robin Hoodem!

Słowa mają znaczenie. Amerykanie nie negocjują z terrorystami, ale z partyzantów robią ministrów.

Tak, dokładnie to powiedziałem – integracja nie jest możliwa.

Nie wiem, może i jestem. Jestem rasistą, ale powiem wam dlaczego. Krótka piłka – gadziom nie ufam. Ale na pewno nie chcę, żeby przyszła jakaś epidemia i wypleniła wszystkich białych. A ilu tak zwanych przyzwoitych gadziów uśmiechnęłoby się pod nosem, gdyby taka epidemia wycięła wszystkich Romów? Znajdźcie statystyki ksenofobicznych nastrojów na Słowacji i Węgrzech.

Mam pomysł na przyszłość. Scenariusz sarajewski. Dzisiejsze konflikty między Węgrami a Słowakami prędzej czy później przerodzą się w otwartą wojnę. Później w Brukseli obudzą się Unia Europejska i NATO i będą próbowali to zatrzymać. A my wyjdziemy z propozycją korytarza od Čunova aż po Kráľovský Chlmec. Strefa buforowa pomiędzy zwaśnionymi stronami. Tam właśnie powstanie romska autonomia. Z czasem może nawet państwo. Nie trzeba daleko szukać. Popatrzcie na Kosowo. Można? Można.

No a teraz chodźmy zrobić te zdjęcia.

Armia Wyzwolenia Romów maszeruje na Koszyce, plądrując po drodze hipermarkety. Państwo kontroluje sytuację, ale podróż do wschodniej Słowacji zaleca się wyłącznie w uzasadnionych przypadkach. Gwarantujemy bezpieczeństwo każdemu obywatelowi! – grzmi minister spraw wewnętrznych, ale martwych i rannych przybywa. Podczas gdy kraj zbiera żniwo tego, co zasiał przez wieki nienawiści do Romów, Naďa leży na szpitalnym łóżku na pogotowiu.

Viliam Klimáček, Naďa má čas, Levice 2002

W schronie 1

Bardzo stary stół z jasnego, najwyraźniej sosnowego drewna, z tu i ówdzie popękanym lakierem. Powierzchnię pokryły zarysowania, w których poosadzał się szarawy brud, niektóre uszkodzenia powstały od stawiania gorących garnków bez należytej ostrożności wobec drewna i lakieru. Dlatego teraz stół pokrywają dziesiątki jasnych kręgów, jakby za ich pomocą ktoś starał się stworzyć symbol olimpijski, ale kiedy widział, że mu to nie wychodzi, próbował od nowa kawałek dalej. Brud przeniknął też do eliptycznych linii słojów w drewnie, przez co stół wygląda teraz starzej niż drzewo, z którego został wykonany dziesiątki lat temu. Brud jest ludzki, prawdziwy, autentycznie wiejski, natomiast stół jest owocem bezdusznej, taśmowej produkcji przemysłowej, daleko mu do wyrobów wytwarzanych ręcznie, z rzemieślniczą dbałością o każdy szczegół.

Na popękanym stole zostały dwa brudne talerze. Ze względu na rok produkcji i stopień zużycia pasują do mebla, glazura popękała w jednej z niższych warstw i przypomina teraz mapę, może to sieć dróg gęsto zaludnionego kraju, ale próżno szukać go na mapie. Jeden z talerzy świeci pustką, na drugim zostały resztki, obeschnięte i nieapetyczne. Czyjaś ręka naprędce odsunęła talerze na kraj stołu, żeby zrobić miejsce na coś, czego już teraz nie ma.

Po pozostawionych resztkach widać, że strawę przygotował człowiek bez talentu i pasji do gotowania. Z pewnością nie widać w tym ani krzty wyobraźni, ani chęci kurczowego trzymania się przepisu. Może gotował w pośpiechu lub w zamieszaniu, na pewno z tanich, niskiej jakości składników. Mimo że resztki jedzenia już obeschły i stwardniały, jasne jest, że ich kolory były aż do bólu nijakie, nawet wtedy, kiedy leciała z nich jeszcze para, a ręce kucharza lub kucharki z wyraźnym brakiem wprawy nakładały je na stare talerze. Na powierzchni małych wysepek sosu utworzył się gładki kożuch, widać, że danie nawet nie stało przy pomidorach, kolorem przypomina raczej słabo dopraną plamę po czerwonym winie. Resztki białawego makaronu stanowią jeden wielki monolit, bez wątpienia spaghetti pozlepiało się już podczas niestarannego gotowania. Ktoś zapomniał je przemieszać.

Kilka nitek bezradnie zwisa z naczynia, inne z trudem rozciągają się między odpryśniętym lakierem stołu a popękaną glazurą talerza. Spaghetti jest blade, z różowymi kroplami sosu, więc w mroku zaciemnionego pokoju, patrząc pod pewnym kątem i z odpowiedniej odległości, niektóre osoby mogą nawet, nie daj Boże, skojarzyć sobie widok nagich zwłok, które przed chwilą jeszcze żyły, bo różowawa krew nie zdążyła nawet ściemnieć. Całe szczęście to tylko makaron z sosem.

Ale czemuż to mielibyśmy na talerze patrzeć właśnie z takiej odległości, która u wrażliwych osób wywołuje makabryczne wizje? Zmieńmy punkt widzenia, aby zobaczyć cały pokój, bo jest dość duży. Pośrodku dłuższej ściany znajduje się podwójne okno wychodzące na wschód. Jest nieszczelne, ale u schyłku lata to jeszcze nie przeszkadza.

Nawet przez zasłonięte żaluzje przenikają promienie wschodzącego słońca i oświetlają wybrane meble. Pod oknem stoi wysłużony stół, o nim już była mowa, przy przeciwległej ścianie znajduje się przestronna mahoniowa szafa o zaokrąglonych kształtach i czarnym cokole. Epoka tego mahoniu może i dawno odeszła do lamusa, ale jego nostalgiczna elegancja przetrwała. Szafa stoi samotnie, króluje w całym pomieszczeniu, mimo że aż prosi się o zestaw z sekretarzykiem, kredensem lub gablotą. Zamiast nich w pomieszczeniu jest jeszcze łóżko małżeńskie, które właśnie nawet nie jest małżeńskie, gdyż jest zbyt wąskie, ale odwrotnie – dla jednej osoby – byłoby znowu zbyt szerokie, niepraktyczne.

Z niewiadomych przyczyn ktoś wystawił drzwi do pokoju, dlatego teraz przejście przez wąski korytarz do kuchni jest niczym nieograniczone. Wygląd kuchni również został bezlitośnie naznaczony upływem czasu. Ściany pokryte są oleistymi oparami, a ich ponowne pomalowanie nie byłoby takie łatwe. Na suficie nad prostą kuchenką elektryczną, pokrytą śladami wielu posiłków, znajduje się nawet kilka plam szarej pleśni, żywiącej się niewentylowanymi oparami kuchennymi. Na kuchence stoją aluminiowy czajnik i wielki garnek, w którym po kolacji zostało jeszcze makaronu na jedną porządną porcję, ale chętni się nie znaleźli. Jest tu mały ciemnozielony plastikowy stolik, który nie kłułby w oczy, gdyby stał gdzieś w ogrodzie, ale do tego pomieszczenia pasuje jak kwiatek do kożucha, i to pomimo panujących wokół biedy i złego smaku. Na brzegu stolika stoi niezakręcona butelka oleju. Jeżeli ten, kto ją tam postawił, będzie równie niedbale przechodził obok, jest całkiem prawdopodobne, że ją przewróci. Olej rozleje się na bordowo-czarną szachownicę wytartego linoleum, pociecze aż pod kredens, ale to pewnie nie będzie nikomu przeszkadzało. Obok butelki stoją dwie nieumyte filiżanki.

Połączenie ciemnego granatu i pomarańczy na kredensie z płyty wiórowej prawdopodobnie wyda się większości osób gustowne, nawet jeśli nie jest to już ostatni krzyk mody. Przynajmniej pozwala to nam stwierdzić, że mebel jest nowy lub dobrze zachowany, lub mógłby taki być, gdyby nie bezradnie zwisające drzwiczki, w których żaden ochotnik nie wymienił zepsutego zawiasu.

O toalecie nie możemy zbyt wiele powiedzieć, gdyż znajduje się w półmroku, a żarówka, która miała ją oświetlać, jest rozbita. Tu też zabrakło ochotnika do tak prostej wymiany. Potrzeb nie można załatwiać po ciemku, dlatego zostawia się uchylone drzwi. Do muszli klozetowej nawet się nie skłaniamy, i tak nie byłoby niczego widać, możemy się jedynie spodziewać, że jest dość brudna, bo skoro nie było nikogo do wymiany żarówki, dlaczego ktoś miałby pucować nadżółkniętą ceramikę sanitarną. Na zdartym linoleum stoją dwa wiadra, jedno już puste, w drugim czeka woda, gotowa do spuszczenia. Dostawa prądu i wody została przywrócona, być może nie była nigdy przerwana, nie zmienia to faktu, że spłuczka jest zepsuta. Nie wiemy nawet, czy przy odpływie nie ma jakiegoś przecieku. W tych rejonach było w ostatnich latach wiele awarii, jeszcze nie wszystko zdążono naprawić, bo część pieniędzy przeznaczonych na odbudowę nadal trafia do bezdennych kieszeni niegodziwców. Jak to zawsze po wojnie.

Dom jest stary i zaniedbany, ale nie uszkodzony. Okna nie zostały zniszczone przez fale ciśnienia wywołane eksplozjami pocisków artyleryjskich, w ściany nie wbito też kul karabinów maszynowych. Wszystkie okoliczne budynki wyglądają o wiele gorzej, niektóre oberwały bezpośrednio, i to wielokrotnie, tak że właściwie nie są już budynkami, zostało po nich kilka nadwęglonych ścian. Inne pozbawiono okien i drzwi. Są też domy, które z jednej strony trzymają się całkiem dobrze, nadają się do zamieszkania, ale z drugiej zostały zburzone. Zawalone ściany odsłaniają wnętrza pokoi, z sufitów zwisają przerażające resztki żyrandoli, pośrodku pokoi stoją wynędzniałe, przypalone kanapy i fotele, cegły i fragmenty ścian działowych gdzieś się rozsypały, ale konstrukcje rur wodociągowych pozostały na swoim miejscu, więc teraz sterczą niczym szkielety dawno wymarłych zwierząt, dopiero co odkryte przez paleontologów.

Ogrody leżą odłogiem, ale dzięki temu wyglądają bujniej. Takie warunki sprzyjają nie tylko chwastom i mniszkom, ale też drzewom owocowym. Te, którym udało się przetrwać niedawny ostrzał artyleryjski i odwetowy atak moździerzowy, teraz radośnie oferują swoje plony, oczekując, że gospodarze rozpoczną zbiory jeszcze tego samego poranka. Jednak nigdzie ich nie widać, nie ma ich. Ogród żyje własnym życiem, dziczeje, a jeżeli nic się nie zmieni, już wkrótce upomni się o niego przyroda. Dzięki wojnie dzicz ponownie podbija cywilizowany świat. Być może ten sam nieokiełznany żywioł, który niedawno zamienił ludzi w zwierzęta bojowe, pokazuje teraz swoje nowe oblicze w ogrodach.

Opasłe muszysko krążące już od kilku dni nad ogrodami, przez co przesycone sokami opadłych gnijących owoców, przyciągnął nowy zapach. Krąży nad miejscem, z którego ten zapach się wydobywa. To niski kopiec ziemi, usypany prawdopodobnie zaledwie kilka miesięcy temu, wciąż wyraźnie widoczny na tle otaczającego go terenu, chociaż nawet ta gleba została już opanowana przez dziką naturę, która postanowiła, że wyrosną tu gęste kępy trawy i wysokie chwasty.

Mucha przycupnęła na grudce ziemi, ogrzanej już przez wschodzące słońce. Zapach odurzająco ją kusi, ale nie potrafi dotrzeć do jego źródła. Próbuje szczęścia w jeszcze dwóch innych miejscach, ale potem definitywnie odlatuje. Tego słonecznego poranka uwodzicielskich zapachów jest o wiele więcej.

Mucha jest już w domu, którego wnętrze zdążyliśmy opisać. Przed chwilą nasyciła się resztkami sosu pomidorowego i spaghetti, później wyleciała ciemnym korytarzem do kuchni, przystanęła na nieumytej filiżance i zlizała resztki fusów z kawy. Za chwilę znowu wzbiła się w powietrze, dwukrotnie uderzyła do uchylonego okna, którym dostała się do środka i które wabiło ją teraz promieniami słońca. Zaplątała się w stare pajęczyny, ale udało jej się uwolnić i pofrunęła z powrotem do pokoju z długim pasmem pajęczyny przyklejonym do tylnej nogi. Roznosił się stąd jakiś silny zwierzęcy zapach, którego wcześniej nie zarejestrowała.

Mucha głośno bzyczy, lata nad łóżkiem, szukając źródła kuszącego zapachu. Najpierw kilka razy okrąża twarz młodej kobiety, trajektoria jej lotu pokrywa się z kośćmi policzkowymi i wypukłym czołem, wydawać by się mogło, że owad zamierza przystanąć, może dokładnie na drobnym tatuażu między brwiami, ale ostatecznie słucha swoich receptorów węchowych i przelatuje na drugie z leżących w łóżku ciał. Mucha ląduje w gąszczu włosów, nieświadoma, że trafiła na męskie przyrodzenie. Przebiera odnóżami, włoski, w których plątaninie ostatecznie pozbyła się resztek pajęczyny, kończą się, trąbka jest gotowa do przyjmowania pokarmu, ale musze wydaje się, że gdzieś w pobliżu znajdzie więcej jedzenia, ponieważ zapach lub woń wydobywająca się stamtąd jest o wiele intensywniejsza. Wzbija się w powietrze, robi kilka okrążeń i siada na miejscu, z którego miałyby pochodzić wabiące ją zapachy. W końcu skupia się na ciele kobiety. Tu też są włoski, przez które musi się przedrzeć.

Gdyby mucha potrafiła rozpoznawać dźwięki, które ją otaczają, zdałaby sobie sprawę, że do głośnego męskiego chrapania i cichszego sapania kobiety dołączył ludzki głos. Dochodzi do pokoju z wąskiego, ciemnego korytarza, którym przed chwilą przeleciała.

– Spokojnie, to tylko ja. – Rozlega się młodzieńczy głos.

Pierwszy budzi się mężczyzna, na wpół śpiący grzebie pod poduszką, ale broni tam nie ma. Dociera do niego, że jest już po wojnie, lecz to oznacza, iż jego życie jest w jeszcze większym zagrożeniu: nie ma ani pistoletu, ani karabinu, a niebezpieczeństwo nadal na niego czyha.

Kobieta, podobnie jak mężczyzna naga, tuż po przebudzeniu w pierwszym odruchu też zaczęła szukać broni, ale od razu zdała sobie sprawę, że nie ma tutaj żadnej, zakryła się więc przepoconym kocem w kratę, który nad ranem zsunął się kochankom do nóg. Jeżeli przyszli ją zabić, dopóki żyje, niech przynajmniej nie widzą jej nagiej.

Do pomieszczenia zagląda zaledwie piętnastoletni młodzieniec.

– Bez obaw, przyprowadziłem tych dwóch panów, którzy przejdą z nami przez granicę.

Odwraca się teraz w stronę korytarza.

– Poczekajcie chwilę, właśnie się obudzili i muszą się ubrać.

Nagi mężczyzna przeklina po angielsku i ubiera się. Na gołe ciało zakłada dżinsy, wsuwa na nogi skarpetki i sznuruje trampki. Z koszulką i bluzą w ręce wstaje z łóżka, żeby przyjrzeć się nieznajomym. Kiedy w ciemności korytarza dostrzega dwóch mężczyzn – ciemnego, szczupłego, po dwudziestce i krępego, grubo po trzydziestce, na pierwszy rzut oka wyglądających na bardzo zmęczonych i niepewnych – mamrocze coś pod nosem. Chyba po angielsku, chyba przywitanie.

Kiedy młoda kobieta wkłada przepocone ubrania, kątem oka widzi, jak młodszy z mężczyzn, których przyprowadził nastolatek, rozgląda się po kuchni. Odkręca kurek i długo pije wodę prosto z kranu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Tytuł oryginału: Svätý mäsiar zo Šamorína a iné príbehy z čias Malej dunajskej vojny

Redakcja: Jerzy Cierniak

Korekta: Marcin Dymalski, Magdalena Wołoszyn-Cępa

Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa

Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek

Projekt makiety: Karolina Korbut

Projekt okładki: Piotr Depta-Kleśta

© Copyright by Pavol Rankov and Elpeka s.r.o., 2016

© Copyright for the Polish translation by Rafał Bukowicz, 2026

© Copyright for the edition by Książkowe Klimaty, 2026

Książka została opublikowana ze wsparciem finansowym SLC Bratislava

Tłumaczenie cytatów na s. 24–25 i 78 na podstawie oryginału: Rafał Bukowicz.

Tłumaczenia cytatów na s. 164 i 233 na podstawie czeskich przekładów z duńskiego autorstwa Lady Halounovej: Rafał Bukowicz.

ISBN 978-83-68640-24-3

Książkowe Klimaty

www.ksiazkoweklimaty.pl

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek