Wydawca: Wydawnictwo Afera Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 211 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Macocha - Petra Hůlová

Bohaterka Macochy, niestroniąca od alkoholu autorka wysokonakładowych romansów, prowadzi swój ekspresyjny monolog w szlafroku, oparta o barek w dużym pokoju lub na balkonie, który jest właściwie jej jedynym oknem na świat. Wspomina, analizuje, rechocze i roni łzy, przypala zupy, pielęgnuje rośliny balkonowe: pizdenię rozkrokową i masturcję, przyjmuje mniej lub bardziej wyimaginowanych gości, pisze i pije, pije i pisze.

Do domu Julie wchodzicie na własne ryzyko. To przedziwna gospodyni. Jej słowotok bawi, lecz może też męczyć, przede wszystkim zaś zmusza do zastanowienia się nad wieloma niewygodnymi kwestiami. Uważajcie więc, czy na dnie słodkiego likieru, którym was częstuje, nie czai się pet.

 

Petra Hůlová w swojej najbardziej osobistej książce nie tylko znów zaskakuje językową inwencją, ale też otwarcie porusza trudne tematy, jak kobieta przed dylematem: kariera czy dzieci, piekło małżeńskie, alkoholizm, przemijanie. Na podstawie książki powstała sztuka teatralna, grana w praskim teatrze Studio Hrdinů (2017, reż. Kamila Polívková).

Opinie o ebooku Macocha - Petra Hůlová

Fragment ebooka Macocha - Petra Hůlová

Tytuł oryginału: Macocha

First published in 2014 by Torst, Praha

Redakcja: Magdalena Granosik

Korekta: Magdalena Lalak

Projekt okładki: Kasia Michałkiewicz-Hansen

Projekt typograficzny i skład: Mimi Wasilewska

Przekład książki został dofinansowany przez Ministerstwo Kultury Republiki Czeskiej

Copyright © by Petra Hůlová, 2014

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Afera, Wrocław 2017

Copyright © for the Polish translation by Julia Różewicz, 2017

All rights reserved

ISBN 978-83-65707-12-3

Wydanie I, Wrocław 2017

www.wydawnictwoafera.pl

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

No, dalej, zgłaszać się, ręka do góry!, drę się na całe gardło z balkonu, lekko już pod wieczór podwiniona. Kto z was marzy o życiu gorszym, niż ma? Las rąk, las uniesionych rąk, aula pełna humanistów, ubóstwiających taplanie się w depresji, pewnych, że cierpienie zbliża do istoty rzeczy, zresztą, może i racja, zważmy jednak, że wśród osób, co sporo w życiu wycierpiały, jest o wiele więcej świń niż wśród tych, którzy nie cierpieli wcale lub tylko okazjonalnie.

Matka zawsze karmiła mnie, to myśląc, schodzę z balkonu, na którym spędzam większość wolnego czasu, i idę do kuchni nalać sobie ciepłej kranówki, najlepszej na ból pęcherza, tak więc matka zawsze karmiła mnie masą tak zwanych mądrości, które dopiero po latach zaczynamy rozumieć. A raczej – zaczynamy rozumieć, że one wcale nie są mądre, ale cóż bez nich wart byłby świat, sami powtarzamy więc te frazesy, żeby baranki, ludzkie baranki boże, szły jak po sznurku, bez przepychanek, i przytrzymywały sobie nawzajem klapki na oczach, to taka pomoc bliźniemu, zupełnie jak w samolocie, kiedy spada ciśnienie, maski tlenowe wylatują ze schowka i każdy w pierwszej kolejności przytyka taką do własnego nosa, a dopiero potem przypomina sobie o spanikowanych bliźnich.

Kiedy się napiję, jestem najtrzeźwiejsza. Wypełniony po brzegi czerwonym winem żołądek poskramia mnie, niczym kotwica łódkę w porcie czy chuligan motyla za pomocą pinezki (ciekawe, ilu jest w mieście nas, zapijających w pojedynkę każdy wieczór), po czym zaczynam sobie wyrzucać to i owo. Wypuszczam strzały usiłujące trafić w serce, tarczę, której tam nie ma, bo wszystko rozgrywa się między głową a żołądkiem, gdzie wśród sztormu na alkoholowym morzu wielocukry rozkładają się na cukry proste i majaczą mocne postanowienia, że od jutra, od jutra wszystko zrobię lepiej.

Szkoda tylko, że zawsze trzeba zacząć od siebie. Właśnie dlatego ludzie zostają sami. Przez hołdowanie takim zasadom. Zaczynają od siebie, ale nie potrafią pójść krok dalej. Bo nigdzie nie jest napisane, kiedy dokładnie od pracy nad sobą przejść do tej drugiej, nad innymi, co gorsza, wiele osób tak mocno bierze sobie do serca tę pierwszą, że ego przysłania im miłość do innych, pewnie dlatego singlom wytyka się narcyzm. A wszystko przez zwykłe nieporozumienie, które zresztą jest motorem napędowym większości cokolwiek wartych rzeczy na tym świecie. Miłości przede wszystkim.

Wystarczy odrobina słońca czy kwitnących kwiatów i już czuję, jak mnie rozpiera, z miejsca mam ochotę wdać się w pogawędkę z ludźmi, którym normalnie nie mówię nawet dzień dobry, a tych, którym dzień dobry mówię, najchętniej wzięłabym w ramiona.

A kiedy latem przechodzę obok zalatującego szczyną skwerku przy mojej kamienicy, czasem rozumiem mowę ptaków, serio. Ostatnio marudziły, że w tym roku coś za dużo kotów.

Może sprawiam pozory ciotki bełkotki, lecz to wcale nie życie, ten milczek bez krzty zdolności pedagogicznych, tylko ja sama byłam sobie najlepszą nauczycielką. Zbierałam z ławek własne zeszyty i podkreślałam na czerwono błędy w zadaniach domowych. By później w kolejnych zeszytach robić dokładnie te same, jak to już bywa w życiu, które w moim przypadku wcale nie chyli się ku końcowi, przeciwnie, najlepsze przede mną. To, co nadejdzie, jak mówią, na jesieni życia. Czyli na emeryturze. Bo niby kiedy, skoro dalej już nic nie ma. I miejmy nadzieję, że to najlepsze będzie czymś więcej niż zwykłą czekoladą mleczną z nadzieniem karmelowym wetkniętą za hałdę zupek w proszku. Bo jeśli nie, z lekkim smuteczkiem można by stwierdzić, że nie warto było.

Tak się właśnie mówi. Że warto albo nie warto, że za wszystko się płaci, że zawsze coś za coś, nie ma nic za darmo, a jednak coś bywa. Szczęście w zamian za odrobinę cierpienia, oby tego cierpienia nie za dużo. Miłość w zamian za poświęcenie, lecz niewielkie, miłość w zamian za dyskomfort, też niewielki. Nic nie jest warte naprawdę złych czynów. Nawet moim zdaniem. I choć mogę uchodzić za maszynkę do mięsa czy młynek do otrębów, tak naprawdę otaczają mnie jedwabiste płatki i otwieram się o porannej rosie niczym lekko smyrnięty palcem smartfon.

„Halo! – krzyczę z balkonu – tu jestem!” Lecz nikt nie reaguje. Maszerują śladem codziennych obowiązków, jak dzieci, które co rano muszą iść do szkoły, choć przecież marzyli, że kiedy w końcu tę szkołę skończą, będą żyć po swojemu. Jak ta z pierwszej ławki, z warkoczami, co wmówiła sobie, że kocha największego łobuza z rzędu pod oknem, a potem, na spotkaniu klasowym, w ogóle się nie poznali. Po swojemu, z własnym planem na życie, obejmującym z początku wyprawę na stację polarną, zastąpioną z czasem przez staż w Brukseli i dwoje dzieci, małe cudeńka, chociaż w sumie trochę błąd, ale co było zrobić, skoro jeden nie mógł mieć, a pierwsza miłość miała już własne.

Wołam, ale nigdy nie podnoszą wzroku, jakby całkowicie pewni, że to, czego szukają, kryje się w wyschniętej kałuży na chodniku, którym drepczą do pracy. I że to znajdą, jeśli tylko wytrzymają kolejny tydzień, rok, kolejne całe życie.

Wcale nie jojczę, tylko stwierdzam fakty.

Od dziadado zaworów młynka

Jego głowa zwisa za brzeg wanny. Dziad mój długo nie dzwonił i matka wysłała mnie do jego mieszkania. W tamtych czasach ludzie siedzieli w domu, czekając na czyjś telefon. Kiedy tylko zaczynam tak gadać, czuję, że rośnie mi biała broda starca, cała usycham i przybieram kształt trupiej czaszki z butelki po trutce na szczury, przekreślonej skrzyżowanymi kośćmi. Ja, co prawda, swoimi kośćmi palców kręcę młynka, mówiąc stare złote czasy, ale i tak zasługuję na fangę, bo stare czasy to przecież komuna, czyli nie żadne złoto, tylko uran, co się go tyle nawydobywali na przymusowych zsyłkach bohaterowie tej epoki, podczas gdy dziad mój, którego głowa bezwładnie zwisa teraz za brzeg wanny, jakby właśnie zapodał sobie działkę pierwszorzędnej hery, na zebraniach partyjnych zapalczywie domagał się śmierci owych bohaterów.

Portki ma spuszczone, kosa przyrżnęła mu, kiedy załatwiał grubszą potrzebę. Dziad przyznał się do starych grzechów fiutem mięciuchem sflaczałym w gąszczu siwych łoniaków. Martwym fiutem, który łypał na mnie z sedesu, powiedział to, czego nie zdołał wyrazić słowami. Kiedy tamtego dnia, jeszcze jako dziecko, znalazłam go w łazience, miałam wrażenie, że fiut prosi, bym przejechała po nim dłonią, jakby zamykając oczy zmarłemu, i gdyby obrzydzenie i strach spakowały manatki, pewnie nawet spełniłabym jego prośbę. Zamknęłabym mu ślipko. Śpij, co tu po tobie. Ale stałam tam tylko jak wrośnięta w ziemię, z rozkołatanym sercem. Jakby fiut był piorunem, który właśnie rozpołowił drzewo, zapomnianym gdzieś w kącie aparatem fotograficznym, który nagle ożył, gdy ktoś znienacka zerwał z niego starą szmatę, i zaczął szaleńczo pstrykać fleszem. Ha, widzę cię, świecie, i od teraz będziesz mój! Jak nagle wyciąg-nięta z wody ryba, co rzuca się, szamocze i próbuje łapać tlen, którego zawsze jest mniej, niż to konieczne, by nie zdechła.

Czasem trzeba wstrząsu. Sążnistym łupniem przełączyć na inną radiostację, szok, jak na wizycie u niezdarnego ortopedy, który zamiast nastawić kręgosłup, sprawił, że wypada wam dysk; trzeba wstrząsu, mówię wam, a jeśli nie wierzycie, róbcie sobie, co chcecie, droga wolna.

Niezwykłą na ten przykład moc uzdrawiającą ma kopanie w ziemi i gdybyście kiedyś przechodzili pod moim balkonem i wyjątkowo podnieśli wzrok, przekonalibyście się, że nie napędza mnie słomiany zapał kobiety, która chwyciła się modnego urban gardeningu i namiętnie sadzi rukolę, wystukując jednocześnie upaćkanymi ziemią balkonową paluchami awansik na swoim bardzo w związku z tym upaćkanym iPadzie, nie, mnie napędza umiłowanie świata i potrzeba zatroszczenia się o niego. Doglądam wiernie jak pies mych kwitnących masturcji i pizdenii rozkrokowej, gdy ma ciche dni, zresztą zwykle mamy je razem, bo tak to działa, i jeśli naprawdę chcecie się czegoś dowiedzieć o waszej ogrodniczce, nie patrzcie, jak przycina wiśnię karłowatą, lepiej spytajcie, czy przechodzi menstruację wraz z krokusem i różą.

Międzyludzkość dość mocno ostatnio dziurawieje, co próbuje się łatać wspólną rekultywacją gleby. W naszej dzielnicy otworzyli niedawno ogród społeczny, a ludzkości tam jak rzęsy w bagienku. Drobiazg z naszego domu naprawdę się tam brata z drobiazgiem sąsiadów, podczas gdy zwykle dziatki tylko machają do siebie z aut w drodze na głupie kółka zainteresowań, kiedy jedna matka akurat stoi na pasie skrętu, a druga jedzie prosto nach Kaufland. Łatwo machać z takiego forda mondeo czy toyoty lexus, myślę sobie (żeby dojrzeć skrzyżowanie z mojego balkonu, muszę boleśnie wygiąć kark), dużo trudniej przywitać się z bliźnim w sklepie, wśród półek z towarem. Z drugiej strony, o dziwo, łatwo odezwać się na Twitterze, i takie właśnie kontrasty, tak i nie, łatwo kontra trudno, są solą życia. Nic nigdy nie jest jednak łatwe na tyle, by nie mogło być łatwiejsze, więc raz, w amoku ogrodniczym, nakupiłam tyle donic i worków z ziemią, że mój balkon, za przeproszeniem, mało nie piznął pod ich ciężarem. Źle by było, gdyby piznął. Mieszkam w zabytkowej kamienicy i nie chcę, żeby jakiś konserwator czy kierownik budowy naniósł mi błota do przedpokoju, przechodząc na balkon i podliczając zniszczoną sztukaterię, mało tego, mogą nasłać na mnie jakichś zbirów, którzy wkradną się do mieszkania i wyniosą mój laptop i moją biżuterię w zwoju z mojego perskiego dywanu. Jejku. Człowiek tylko wiecznie się zamartwia.

Już widzę, jak leżę na dole, na ulicy, wygrzebując się spod ruin zawalonego balkonu, cała w pyle, jak wydostające się spod gruzów ofiary ataku terrorystycznego, i myślę sobie: też jesteś terrorystką, a twój terror to zbyt wielkie oczekiwania, ostrzysz sobie zęby na zbyt wiele spraw, wiecznie ci mało. Spod grubej warstwy pyłu na przechodniów patrzy para szaro-niebieskich zdezorientowanych oczu, może nie patrzą na nich, tylko gdzieś dalej, a cała ja tworzę fotogeniczny obraz nędzy i rozpaczy. I, rzecz jasna, od razu ktoś robi mi zdjęcie komórką, nie wiem, czy to zwykły użytkownik prywatny, co chce zaspokoić swój głód sensacji, czy też fotograf z profesjonalnej agencji, w tym samym celu. Trzeba się otrzepać, założyć pantofelki, zrobić się na bóstwo. A kiedy tylko znajdę chwilę, muszę pomalować paznokcie, przypominam sobie, i proszę bardzo, kamienujcie mnie tekstami, że chciałybyście mieć takie problemy, że takie troski to kamień z serca, ulga, jak test ciążowy, który w końcu pokazał dwie kreski, czas najwyższy, bo stuknęła wam czterdziestka. Ciut kariery już było, a jeśli nie, żadna wielka raczej was już nie czeka.

Tak więc zdmuchuję lekko pył z paznokci i wracam do życia, przekonana, że terapia szokowa jest zbawienna. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, a jeśli znajdujesz się w sytuacji, która ma nawet własne przysłowie, to już połowa sukcesu, bo pomału zaczynasz chwytać, o co chodzi w tym całym życiu.

Obserwuję uliczny kocioł z balkonu także dlatego, że wypatruję gościa. Z którym mogłabym porządnie sobie pogadać, od stworzenia świata począwszy, a skończywszy długo po północy, i nawet dołożyłabym mu się do taksówki. Wcale nie po to, żeby musiał potem, rad nierad, wracać, by oddać pożyczony szmal, tylko z czystej wdzięczności za rozmowę od serca. Rozmowę bez wyrzutów o czerstwe pieczywo, o to, kto obiecał, że zadzwoni do faceta od naprawy pralki, bez wstydu, że dowie się o moich dawnych matactwach, bez zastanawiania się nad tym, jak znosi rozmowę o swoim ojczymie (tego i tak bym nie wiedziała).

Krótko mówiąc, najlepiej rozmawia się na zielonej łące, od której deweloper trzyma się z daleka. Szkoda, że z biegiem lat teren zieleni jest coraz gęściej zastawiony pudłami, które należy omijać, bo rwie się rozmowy nić, a potem, z czystej przezorności, jeździmy po tym placu manewrowym trzydziestką, czasem wręcz bojąc się otworzyć oczy. Bo dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, i niech wam się nie zdaje, że ktoś wymyślił to przysłowie ot tak, dla jaj.

Jeśli o mnie chodzi, staram się unikać świata, i gdy z mojej szafy na ubrania wylatuje mól, z miejsca potrafię wczuć się w jego skórę i wyobrazić sobie życie w ciemnościach wśród płaszczy. Całoroczna egzystencja w zakurzonym flauszu, jedynie od czasu do czasu przerywana skrzypieniem drzwi owej szafy, kiedy chcę wyjąć jebotko, by oddać je do czerwonego krzyża, ale tylko pod warunkiem że będzie do cna zeżarte. Nad tym właśnie pracuję okrągły rok w skórze pani mól, a potem raduję się na widok własnej arbuzowatej twarzy, która pojawia się w szparce drzwi szafy i stwierdza, że bolerko jest już wystarczająco obrzydliwe. Nie mam już wtedy nic do stracenia, prócz przeżarcia, z lekkim sercem oddaję narzutkę potrzebującym i zalewa mnie wiara w pogodne ludzkie twarze.

Czasem uciekam w myślach w opieszałe stare czasy. Niekończące się bicie zegara, styl biedermeier, polerowanie mebli bawełnianą szmatką i wymyślanie nowych słów, aby skrócić sobie czas oczekiwania na kolejnych, zapowiedzianych, rzecz jasna, gości. Nowe słowa rodzą się w mojej głowie z zadziwiającą wręcz prędkością, w pięć sekund powstałyby więc gadadło, huśtawiak i ścisłowidz, a nim by się gość zdążył wysmarkolić w haftowaną chustkę, na świecie byłyby już ponaglator, szwargocer i rejwaszka. A potem moi goście, wyglancowana parka, bo innych bym do domu nie wpuściła, dość zaskoczeni, patrzyliby, jak pod moim balkonem zbiera się gromadka zagluconych dzieci, którym spuszczam na kołowrocie wiaderko pełne nowiusieńkich słów, które potem na karteczkach roznoszą po całej dzielnicy, bo, ach, zdobycie serc młodego pokolenia to klucz do sukcesu.

Ulica, którą widzę z balkonu, to niestrawne ciasto świat, które staje mi w gardle za każdym razem, kiedy usiłuję zachować choć pozory powagi i wpałaszować je, niczym robiącą do mnie słodkie oczy malinę. Żadna z ciebie malina, nie zgrywaj się. Dobrze, że z czasem pojawia się przynajmniej w człowieku coś w rodzaju sprytu, bo tak poza tym czas, niczym powódź brzegi, rwie nasze doświadczenia na strzępy, niemiłosiernie odpływające gdzieś w mrok, by tam połączyć się w kontynent fałszywych wspomnień.

Zakładając, że siedzimy w samolocie, przed lądowaniem, kiedy zasłona chmur rzednieje i naszym oczom ukazują się wzruszające mikrodrogi i mikrodomki, w których prawdopodobnie żyją mikroludzie, zapytuję, drodzy współpodróżni, ilu z was chętnie zrobiłoby łubudu i zrzuciłoby na któryś z mikrodomków bombę? Ale by się paliło, fajniusi żar! Jezu, no. Wiadomo przecież, że żyjący w mikrodomkach ludzie częściej bywają źli niż dobrzy, poza tym jest ich tak dużo, że nikt nie zauważyłby małego niedoboru. A już na pewno nie z samolotu, zresztą, gdybyście podróżowali drogą lądową po tych naszych euroregionach, też nikt raczej nie wiedziałby, o jakie zburzone domy chodzi, sąsiedzi ze wsi obok powiedzieliby, że nie wiedzą, ale słyszeli o nich w telewizji i sami są ciekawi, gdzie dokładnie stały. Chociaż nie, raczej wcale by nie byli ciekawi, samochodu też by wam nie pożyczyli. Przecież od tego są wypożyczalnie.

Każdemu się coś złego może przytrafić. Można wręcz gorzko zapłakać nad losem co poniektórych nieszczęśników, którzy właściwie, zupełnie bez swojego udziału, dostali wciry od życia. Czym jest więc w porównaniu z całym złem świata jedna mała bomba, szczególnie jak się wie, że w mikrodomku mieszka hochsztapler, co bezecnie wyciąga dotacje unijne na produkcję młynków do pasteli, słusznie trzymając się teorii, że nikt nie wie, czym jest młynek do pasteli, ani, tym bardziej, nie zna się na paragrafach ustawy o zaworach młynków do pasteli.

Zawsze zapędzam się tak daleko w technologię i konstrukcję świata, kiedy nie chcę mówić o mojej własnej. Jestem bowiem skonstruowana jak gazeta bez aktualności, do asamblażu dnia dzisiejszego w zupełności wystarczy mi dzień wczorajszy, któremu z kolei wystarczy przedwczoraj, idąc tym tropem, cofamy się do rokoko, starożytnego Egiptu, epoki kamienia łupanego, skrzypów i widłaków, poprzez związki nieorganiczne aż do prazupy Drogi Mlecznej, którą poprzedza już tylko odwieczny spokój niebytu, a ja tęsknię za nim jak dzieci na zielonej szkole za mamą.

Wydawnictwo Afera

al. Karkonoska 10

53-150 Wrocław

telefon: (+48 71) 716 48 30

faks: (+48 71) 716 48 31

biuro@wydawnictwoafera.pl

www.wydawnictwoafera.pl