Ludzie z peronu 5 - Pooley Clare - ebook

Ludzie z peronu 5 ebook

Pooley Clare

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nikt nie rozmawia z nieznajomymi w pociągu.

Co się jednak stanie, jeśli ktoś to zrobi?

Codziennie o 8:05 Iona Iverson wsiada do pociągu, żeby jechać do pracy.Każdego dnia widuje te same osoby i snuje na ich temat różne domysły, nadając im zabawne przezwiska. Oczywiście nigdy z nikim nie rozmawia. Aż pewnego ranka Elegancki-Seksista-z-Surbiton dławi się winogronem, a Podejrzanie-Miły-z-New-Malden ratuje mu życie. To wydarzenie wywołuje reakcję łańcuchową.

Różnorodna grupa pasażerów, których dotąd łączyły jedynie wspólne dojazdy, zaczyna odkrywać, jak bardzo ich wyobrażenia o sobie nawzajem mijają się z rzeczywistością. Okazuje się, że rozmowa z nieznajomymi może nauczyć czegoś więcej – nie tylko o innych, ale przede wszystkim o samym sobie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 368

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Clare Pooley Ludzie z peronu 5 Tytuł oryginału The People on Platform 5 ISBN Copyright © Quilson Ltd 2022 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2026 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redakcja Marta Dobrecka Korekta Paulina Jeske-Choińska, Julia Młodzińska Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak Projekt graficzny okładki Wojtek Świerdzewski Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dedykuję tę książkę mojej córce Elizie. Obyś zawsze była „bardziej Ioną”.

„Pociągi są wspaniałe. Podróżując pociągiem,można obserwować przyrodę i ludzi, miasta i kościoły, i rzeki, czyli obserwować życie”.

Agatha Christie

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Iona

8.05 z Hampton Court do Waterloo

Dzień Iony był jak każdy inny do momentu, gdy o ósmej pięć mężczyzna siedzący naprzeciwko niej zaczął umierać. Wychodziła z domu zawsze o wpół do ósmej. Droga na dworzec zajmowała jej średnio dwadzieścia minut, gdy miała na nogach buty na obcasie, co oznaczało, że była zwykle piętnaście minut przed odjazdem pociągu do Waterloo. Spacer trwał dwie minuty dłużej, gdy wkładała szpilki marki Louboutin.

Przybycie na czas miało kluczowe znaczenie, jeśli chciała zająć swe zwykłe miejsce w wagonie, do którego wsiadała. Nowinki to cudowna rzecz, gdy chodzi o modę, filmy czy nawet cukiernie, ale nie były one mile widziane, jeśli chodzi o jej codzienne dojazdy.

Jakiś czas temu redaktor naczelny zasugerował jej, żeby zaczęła pracować z domu. To ostatni krzyk mody, powiedział, i jej praca może być wykonywana zdalnie. Próbował nakłonić ją do tego słodkimi słówkami o możliwości spędzenia dodatkowej godziny w łóżku i większej elastyczności, a gdy to nie działało, starał się wypędzić ją z biura, zmuszając do czegoś okropnego, co się nazywa „gorące biurka” i co – jak się zorientowała – było korporacyjną nazwą na dzielenie się biurkami. Nawet jako dziecko Iona nigdy nie lubiła się dzielić. Drobny incydent z lalką Barbie wrył się jej w pamięć i niewątpliwie tak samo wrył się w pamięć jej koleżanki z klasy. Nie, jakieś granice były potrzebne. Na szczęście koledzy Iony szybko się zorientowali, które biurko najbardziej lubi, i szybko zmieniło się ono z gorącego w zdecydowanie lodowate.

Iona lubiła chodzić do biura. Cieszyły ją kontakty z młodymi ludźmi, którzy uczyli ją najnowszego żargonu, puszczali ulubione nowe piosenki i mówili jej, co warto obejrzeć na Netflixie. Trzymanie ręki na pulsie było ważne, zwłaszcza w jej zawodzie. Bea – Bóg z nią – nie była zbyt pomocna w tej kwestii. Dziś jednak Iona niespecjalnie spieszyła się do biura. Jej ostatni redaktor naczelny zaplanował bowiem trzystusześćdziesięciostopniową ocenę, co wydawało się już zbytnio wkraczać w prywatność. W jej wieku (pięćdziesiąt siedem lat) nikt nie chce być oceniany zbyt szczegółowo i z pewnością nie pod każdym kątem. Niektóre rzeczy lepiej pozostawić wyobraźni. Albo, tak naprawdę, w ogóle o nich nie myśleć.

Zresztą, cóż on wiedział? Podobnie jak policjanci i lekarze jej redaktorzy naczelni stawali się coraz młodsi z każdym upływającym rokiem. Obecny, możecie wierzyć lub nie, został poczęty już po pojawieniu się na świecie internetu. Nie znał zupełnie czasów, kiedy telefony wisiały na ścianach, a informacje sprawdzało się w Encyklopedii Britannice.

Iona wróciła myślami, nieco tęsknie, do swoich rocznych ocen, kiedy po raz pierwszy zaczęła pracować w magazynie, niemal trzydzieści lat temu. Nie nazywano ich oczywiście wtedy „ocenami”. Nazywały się „lunchami” i odbywały się w Savoy Grillu. Jedynym ich minusem była konieczność uprzejmego zdejmowania tłustej spoconej ręki szefa z jej uda, ale była w tym biegła. No i było to warte soli meunière, zręcznie oczyszczonej z ości przez usłużnego kelnera mówiącego z francuskim akcentem, i towarzyszącej daniu butelki chłodnego chablis. Starała się sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś – poza Beą – próbował obmacywać ją pod stołem, ale nie mogła. Przynajmniej od początku lat dziewięćdziesiątych.

Iona przejrzała się w lustrze. Włożyła dziś swój ulubiony czerwony garnitur. Ten, który krzyczał: „Ja tu rządzę” i „Niech pan nawet o tym nie myśli”.

– Lulu! – zawołała, ale gdy spojrzała w dół, okazało się, że jej buldożka francuska już siedzi u jej stóp gotowa do wyjścia. Kolejny nawyk. Pochyliła się, by przypiąć smycz do różowej, wysadzanej diamencikami obróżki Lulu z wypisanym jej imieniem. Bei nie podobały się akcesoria Lulu. „Kochanie, to pies, a nie dziecko”, mówiła wiele razy. Iona dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Dzieci w dzisiejszych czasach są raczej egoistyczne, leniwe i roszczą sobie prawo do wszystkiego. Zupełnie inne niż Lulu.

Iona otworzyła drzwi i jak zawsze zawołała:

– Pa, pa, Bea! Idę do biura. Będę tęsknić!

Zaletę wsiadania do pociągu na stacji Hampton Court stanowiło to, że był to przystanek końcowy albo początkowy w zależności od tego, w którą stronę się podróżowało. „To była lekcja życia” – myślała Iona. Z jej doświadczenia wynikało, że większość zakończeń okazywała się początkami w przebraniu. Powinna o tym napisać w felietonie do magazynu. Otóż pociągi były zawsze – oczywiście pod warunkiem że przychodziło się odpowiednio wcześnie – stosunkowo puste. Oznaczało to, że Iona mogła zwykle zająć swoje ulubione miejsce (siódme po prawej stronie, przodem do kierunku jazdy, przy stoliku) w ulubionym wagonie numer trzy. Zawsze wolała liczby nieparzyste od parzystych. Nie lubiła, gdy coś było zbyt okrągłe lub wygodne.

Iona usiadła, rozlokowawszy na siedzeniu obok siebie Lulu. Zaczęła rozkładać swoje rzeczy: termos napełniony zieloną herbatą bogatą w przeciwdziałające starzeniu się antyoksydanty, filiżankę z chińskiej porcelany i pasujący do niej spodek, ponieważ picie herbaty z plastikowego kubka było nie do przyjęcia w jakichkolwiek okolicznościach, jej ostatnią pocztę i iPada. Do Waterloo miała dziesięć przystanków, a trwająca trzydzieści sześć minut podróż stanowiła doskonałą okazję do przygotowania się na nadchodzący dzień.

Z każdą stacją pociąg coraz bardziej się zapełniał, Iona szczęśliwie pracowała w swojej małej bańce, anonimowa i wtopiona w tło. Żadna z tysięcy dojeżdżających do pracy osób z identyfikatorami na szyi nie zwróciłaby na nią uwagi. Nikt też nie odezwałby się do niej ani do nikogo innego. Wszyscy znali Drugą Zasadę Dojazdów do Pracy: możesz skinąć głową komuś, kogo wielokrotnie tu spotkałeś, nawet – w ostateczności – wykrzywić twarz w uśmiechu w reakcji na komunikat z głośnika, ale nigdy, przenigdy się nie odzywasz. Chyba że jesteś stuknięty. A ona, cokolwiek by mówili, nie była stuknięta.

Nieznany odgłos zmusił Ionę do podniesienia wzroku. Rozpoznała mężczyznę siedzącego naprzeciw niej. Zwykle nie jeździł o tej porze, ale widywała go często w drodze powrotnej, w pociągu odjeżdżającym o osiemnastej siedemnaście z Waterloo. Zwróciła na niego uwagę ze względu na jego nieskazitelny strój, który normalnie by podziwiała, ale w tym wypadku wrażenie niszczyło emanujące z pasażera poczucie wyższości charakterystyczne dla białych, heteroseksualnych, nadmiernie wypłacalnych mężczyzn. Objawiało się to zagarnianiem dla siebie jak największej przestrzeni publicznej i wyjątkowo głośnym rozmawianiem przez telefon o rynkach i pozycjach na nich. Słyszała, jak kiedyś mówił swojej żonie, że jest jego kulą u nogi. Zawsze wysiadał w Surbiton, co wydało jej się trochę niestosowne. Wszystkim pasażerom, których rozpoznawała, nadała charakterystyczne przezwiska, jego nazwała Eleganckim-Seksistą-z-Surbiton.

W tym momencie nie wyglądał on jednak na zbyt zadowolonego z siebie. Raczej zdawał się cierpieć. Pochylił się do przodu, chwytając się za gardło i wydając dźwięki przypominające kaszel lub wymiotowanie. Siedząca obok niego dziewczyna – bardzo ładna, z rudymi włosami splecionymi w warkocz i świetlistą cerą, którą bez wątpienia uważała za coś oczywistego, a którą kiedyś będzie wspominać z rozrzewnieniem – spytała nerwowo:

– Wszystko w porządku?

Oczywiście nic nie było w porządku. Mężczyzna podniósł wzrok, spróbował coś powiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle. Ręką wskazał na stojącą przed nim na stoliku w połowie zjedzoną sałatkę owocową.

– Chyba zakrztusił się truskawką albo winogronem – powiedziała dziewczyna.

To była sytuacja awaryjna. Nie miało znaczenia, który owoc był jej przyczyną. Dziewczyna odłożyła książkę, którą czytała, i poklepała go po plecach między łopatkami. Tak jak poklepuje się psa, mówiąc „dobry piesek”, a nie w sposób, którego wymagała sytuacja.

– Trzeba mocniej – powiedziała Iona. Pochyliła się i uderzyła mocno zaciśniętą pięścią, co sprawiło jej większą przyjemność, niż powinno, zważywszy na okoliczności. Na moment zapanowała cisza i wydawało się, że mężczyzna poczuł się lepiej, ale znów zaczął się krztusić. Na jego twarzy pojawiły się purpurowe cętki, a wargi zaczęły tracić kolor.

Czy miał umrzeć właśnie tutaj, o ósmej pięć? Zanim dojadą do Waterloo?

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Piers

8.13 z Surbiton do Waterloo

Dzień Piersa nie przebiegał zgodnie z planem. Począwszy od tego, że nie jechał tym pociągiem co zwykle. Lubił być w City przed otwarciem giełdy, ale dziś wszystko stanęło na głowie, ponieważ Candida zwolniła opiekunkę do dziecka.

Magda była już trzecią opiekunką w tym roku i Piers wiązał z nią wielkie nadzieje, przynajmniej do końca roku szkolnego. A potem wrócili wcześniej z okropnego weekendu, który spędzali z rodziną, i zastali Magdę w łóżku z ogrodnikiem. Obrazu dopełniały resztki kokainy i zrolowany banknot na wydaniu The Gruffalo w twardej oprawie. Piers mógłby spróbować przekonać Candidę, żeby dała Magdzie jedynie ostrzeżenie, w końcu nie działo się to w czasie jej pracy, ale sprofanowanie ulubionej wieczornej lektury ich dzieci było kroplą, która przepełniła czarę goryczy.

– Jak miałabym czytać dzieciom tę historię, nie mając przed oczami Tomasa i Magdy w łóżku?! – krzyczała Candida.

Sprawy potoczyły się jeszcze gorzej, kiedy Piers wsiadł w końcu do pociągu w Surbiton i zauważył, że jedyne wolne miejsce przy czteroosobowym stoliku znajdowało się naprzeciw tej dziwacznej kobiety i jej płaskonosego, chrapliwie dyszącego psa. Piers nie spotykał jej zwykle podczas porannej podróży, ale jej irytująco znajomy widok towarzyszył mu w drodze powrotnej. Najwyraźniej nie był jedynym pasażerem, który starał się jej unikać, ponieważ często jedyne wolne miejsca były właśnie obok niej.

Zwariowana Kobieta z Psem wyglądała jeszcze absurdalniej niż zwykle, ubrana w pąsowy garnitur. Tweed, z którego był on uszyty, dużo bardziej nadawałby się na obicia mebli w szkole podstawowej.

Piers szybko rozważał, co mu się bardziej opłaca: stać aż do Waterloo czy siedzieć naprzeciw kanapy na obcasach. W tym momencie zauważył, że dziewczyna, która siedzi obok wolnego miejsca, jest naprawdę śliczna. Był pewien, że widział ją już wcześniej w pociągu. Zwrócił uwagę na niewielką przerwę między przednimi zębami – ta drobna niedoskonałość sprawiała, że twarz dziewczyny po prostu ładnej stawała się urzekająca. Mógł nawet do niej mrugnąć – w takim milczącym momencie wspólnoty łączącym atrakcyjne i odnoszące sukcesy osoby dojeżdżające do pracy, które utknęły w morzu przeciętności jak samochody wyścigowe na parkingu Lidla.

Dziewczyna prawdopodobnie zbliżała się do trzydziestki. Miała na sobie obcisłą różową spódniczkę, która skrywała idealną parę nóg, do tego biały T-shirt i czarną marynarkę. Pracowała pewnie w mediach, co pozwalało jej ubierać się swobodnie nie tylko w piątki. Piers, mając przed oczami takie ciacho, postanowił usiąść.

Wyciągnął telefon, by sprawdzić swoje kluczowe pozycje. W zeszłym tygodniu stracił tyle pieniędzy, że teraz potrzebował jakiegoś spektakularnego strzału. Pomodlił się w duchu do bogów rynków finansowych i sięgnął po winogrono z sałatki owocowej, którą kupił w sklepiku na dworcu. Tyle czasu zajęło mu przekonywanie dzieci, żeby zjadły śniadanie, i wysłuchiwanie ich krzyków: „Gdzie jest Magda?!”, „Chcemy Magdy!”, że nie miał już chwili, by samemu coś zjeść. Wahał się, czy nie kupić pain au chocolat w piekarni, ale Candida zabroniła mu jeść ciastka, bo powiedziała, że utył. On utył?! Jak na swój wiek był w wyjątkowo dobrej formie. Na wszelki wypadek wciągnął jednak brzuch, przecież obok niego siedziała dziewczyna.

Piers z przerażeniem patrzył na liczby na ekranie telefonu. To nie może być prawda… Przecież Dartington Digital to był pewniak! Mimowolnie wziął gwałtowny wdech i poczuł, jak coś utkwiło mu głęboko w gardle. Próbował oddychać, ale to coś przesunęło się jeszcze głębiej. Spróbował zakaszleć, ale nic to nie zmieniło. „Tylko spokojnie” – powiedział sobie. „Pomyśl. To tylko winogrono”. Jednak poczuł, jak ogarnia go fala strachu i bezradności.

Uderzył rękoma w stół i otwierając szeroko oczy, zwrócił się z niemym błaganiem do siedzących z nim kobiet. Poczuł, jak ktoś klepnął go po plecach ruchem przypominającym raczej masowanie, a nie gwałtowne działanie, którego potrzebował. Potem, dzięki Bogu, nastąpiło mocne uderzenie, które powinno pomóc. Z ogromną ulgą poczuł, jak winogrono lekko się przesuwa. Zanim znów wróciło na miejsce.

„Nie mogę przecież umrzeć tu i teraz” – pomyślał. „W tym okropnym podmiejskim pociągu otoczony nic nieznaczącymi ludźmi i dziwakami”. Potem przyszła mu do głowy jeszcze gorsza myśl: „Jeśli dziś umrę, Candida się dowie. Zrozumie, co robiłem, a dzieci będą dorastały ze świadomością, jakim frajerem był ich ojciec”.

Zgarbiony nad stołem Piers widział przed sobą wstający czerwony garnitur jak wybuchający wulkan. Donośny głos ryknął: „CZY W POCIĄGU JEST LEKARZ?”. „Proszę, proszę – myślał Piers – niech w tym pociągu będzie lekarz”. Oddałby wszystko za to, żeby móc znowu oddychać. „Słyszysz, wszechświecie? Możesz mieć to wszystko”.

Piers zamknął oczy, ale wciąż widział wszystko czerwone – pąsowy tweed albo pęcherzyki na naczyniach krwionośnych za gałkami ocznymi.

– Jestem pielęgniarzem – usłyszał głos za sobą. Potem, po kilku sekundach, które wydawały się wiecznością, czyjeś ramiona objęły go od tyłu, pociągnęły w górę i mocno wbiły się w żołądek. Raz, dwa, trzy razy.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Plan

Iona

Piers

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki