Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 377
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rita Rogowska
Liwia
W cieniu zemsty
Cierpienia młodego Nikodema
Znowu. Znowu poniedziałek, początek tygodnia podobnego do poprzednich. Godzina szósta czterdzieści pięć – zbyt wcześnie, by myśleć o czymkolwiek innym niż niewygodny materac czy pogoda za oknem, a zbyt późno, by przewrócić się na drugi bok i porządnie nakryć kołdrą. Z trudem otworzyłem oczy, bo przez poszerzającą się szczelinę wdzierała się dołująca szarość.
Za każdym razem, kiedy zwlekam swoje półmartwe ciało z łóżka tylko po to, aby później kazać mu iść do szkoły, chce mi się wymiotować. Oczywiście towarzyszą temu niezmiennie pytania: „Czy to wszystko ma sens?”, „Może nikt nie zauważy, jak tego jednego dnia mnie nie będzie?”, „Może jeszcze tylko pięć minut?”. Wiem, że to wątpliwości pojawiające się nie tylko w głowach nastolatków, podobno nasilają się z wiekiem. I to mnie martwi. Boję się, że już nigdy nie poczuję, że życie ma znaczenie. Mam osiemnaście lat i nigdy nie uwierzyłem produkcjom Disneya, że mogę być, kim zechcę. Powtarza się nam, że jeżeli tylko będziemy ciężko pracować, to osiągniemy to, o czym zawsze marzyliśmy. Gówno prawda. W życiu trzeba mieć przede wszystkim szczęście. Trafić na odpowiedni czas, miejsce i osoby. Ja tego „szczęścia” nigdy nie doświadczyłem, chociaż wiek powinien dawać mi nadzieję na to, że jeszcze wszystko przede mną.
Każdego ranka, gdy już postawię stopy na podłodze (całe szczęście niezbyt zimnej), podchodzę do okna i sprawdzam, czy coś się zmieniło, czy stało się coś, co mogłoby wyrwać mnie z narastającego marazmu. Niestety, praktycznie codziennie stwierdzam, że oprócz nic nieznaczących zdarzeń typu „sąsiad ma nowy samochód” nie dzieje się nic ciekawego. Żadnych żywych trupów, próbujących staranować bramę, czy spadającego meteorytu. Ot, stary zwykły świat. Nawet pogoda w Polsce nie wykazuje chęci do zmian i gdyby nie liście na drzewach, byłoby bardzo trudno odróżnić pory roku. Nie przeczę, mieszkam w całkiem ładnym podgórskim miasteczku o uroczej nazwie Lisia Góra, a obecna październikowa jesień nadaje mu nieco mistyczny charakter.
Dlaczego Lisia Góra? Legenda tego miasta, której uczą się wszystkie dzieci z tutejszych przedszkoli, opowiada o trzech płomiennorudych wiedźmach, które mieszkańcy nazywali Lisicami. Bynajmniej nie wyglądały i nie zachowywały się jak typowe czarownice z bajek. Z racji tego, że były piękne i powabne, a przede wszystkim szlachetne i dobre, miejscowi poczęli im służyć, a nawet oddawać cześć. Górę, w której mieszkały, poddani obsadzili różnymi kwiatami, a zimą stawiali u jej podnóża drewniane figurki przedstawiające lisa. W zamian wiedźmy zadbały, by wieś, a później miasto wypełniło się powodzeniem i radością. Cóż, szczęścia tutaj nie wyczuwam, za to klimat tego miejsca podsyca jedynie moje egzystencjalne przemyślenia, a wątpię, żeby było to korzystne dla psychiki młodego człowieka. Jednak nawet jeśli młodzież na tym nie korzysta, budżet miasta już na pewno – pod jedną, wybraną na ten cel górką tłumy niezbyt inteligentnych turystów prześcigają się w tym, kto postawi najdurniej wyglądającą figurkę lisa. Niektórych mieszkańców to denerwuje, inni mają to gdzieś, a jeszcze inni z tego żyją. W każdym razie legenda legendą, a biznes kręci się dalej.
Jeżeli ktoś – na przykład podczas rozmowy kwalifikacyjnej – zapytałby mnie, czym wyróżniam się wśród innych ludzi, odpowiedziałbym: „niczym”. Zupełnie niczym. Jestem zwykłym chłopakiem o brązowych oczach, z ledwo widocznymi piegami na policzkach i według mojej siostry jestem ciemnym blondynem. Staram się regularnie ćwiczyć, żeby nie straszyć sflaczałą posturą, ale chyba każdy wie, że są takie dni, kiedy mimo najszczerszych chęci jest to po prostu niemożliwe, bo nie masz siły choćby podnieść ręki. W kwestii wzrostu mogę tylko stwierdzić, iż także mieszczę się w normie – na szczęście przekroczyłem wymagane przez dziewczyny sto osiemdziesiąt centymetrów, nawet o pięć. Jednak wzrost wszystkiego nie załatwi i nie mogę się pochwalić wielkim powodzeniem u płci pięknej, lecz z pewnością nie mam powodów, by narzekać. W swoim krótkim życiu miałem już dziewczynę – może to nie było nic poważnego, ale było i w razie potrzeby bez żałosnych kłamstw mogę się pochwalić przed kolegami.
W szkole zauważa mnie zaledwie kilka osób, ale to akurat mi specjalnie nie doskwiera – wolę mieć jednego kolegę, lecz zaufanego. Ogólnie więc jestem zwyczajny do bólu. Z jednej strony, chciałbym mieć większy wpływ na otoczenie. Chciałbym znaczyć dla innych więcej niż nic. Z drugiej zaś wygodnie mi tu, z boku. Spokojnie obserwuję, oceniam, wyrabiam opinię i światopogląd. Nie mieszam się i dzięki temu nie mam problemów. Idąc jednak dalej, tym, co z pewnością stanowi mój największy problem, jest nadmierne rozmyślanie. O wszystkim. O świecie, ludziach, religii i wreszcie o sobie.
O tym, co było, jest i będzie. Jeśli chodzi o przyszłość, to wciąż nawiedzają mnie wątpliwości, czy będzie w moim życiu jakakolwiek przyszłość. Tak, przyznaję – miewam myśli samobójcze, choć nie mam pojęcia, czy rzeczywiście mogę tak nazwać zwykłe pragnienie, aby to wszystko się już skończyło. W końcu chyba każdy, nawet największy optymista świata (albo zwłaszcza on, bo przecież najczęściej właśnie ci o najszerszym uśmiechu mają najgłębszą pustkę w oczach), marzył, aby w jednej chwili problemy, obawy i troski zniknęły. Po prostu zniknęły. W zasadzie, gdyby tak dłużej się nad tym zastanowić, to co mnie trzyma na tym podłym świecie? Dopiero skończyłem osiemnaście lat, a już nie widzę absolutnie żadnych perspektyw przed sobą. Czasami w przypływie dobrego samopoczucia myślę, że pewnego dnia wyjadę gdzieś… gdzieś bardzo daleko i będę spełniał swoje marzenia… ale zaraz po zejściu na ziemię uświadamiam sobie, że tam byłoby tak samo jak tutaj, bo ja chyba po prostu nie mogę znieść zastanego porządku wszechświata albo zwyczajnie nie trawię ludzi…
O swojej rodzinie zdecydowanie nie lubię myśleć, a tym bardziej mówić. Jej historia nie jest ciekawa ani porywająca, a po prostu smutna. Choć pewnie dość powszechna. Do grona moich bliskich zaliczam matkę, siostrę, wujka Konrada (młodszego brata mamy), dziadków od strony ojca i psa Fado. Moja mama, Hanna, jest cudowną kobietą. Niezwykle ciepłą i empatyczną. Wciąż gdzieś biegnie i wciąż pracuje. Można jej jedynie zarzucić roztargnienie, ale powodem tego jest bez wątpienia nadmiar obowiązków. Ze wstydem muszę przyznać, że wraz z siostrą pozwoliliśmy na to, aby zapomniała o sobie i o swoich potrzebach. Wygodnie jest przecież zająć się jedynie swoimi nastoletnimi rozterkami, a na matkę zrzucić bagaż wszystkich poważnych problemów. Są chwile, kiedy chcę w końcu powiedzieć: „Koniec beztroski! Od dzisiaj będziemy pomagać mamie i przejmiemy część obowiązków”. Jednak ten stan wyższej gotowości niestety nie trwa długo. Dość szybko wracamy do swoich nawyków – siostra woli spędzać czas ze znajomymi i na portalach społecznościowych, a ja odtwarzam swoją wersję Cierpień młodego Wertera. W rezultacie zapominam zrobić zakupy, a siostra nie ma czasu na odkurzanie. Mama zawsze pamięta. Ona zawsze ma czas. Ona musi.
Odkąd pamiętam, w każdy dzień powszedni mama zachodzi do mojego pokoju, jeżeli nie słyszy moich ruchów po szóstej trzydzieści. Jest to bardzo irytujące, ale przecież jej tego nie powiem, prawda? Wiem, że chce dobrze. Nie będę się z nią o to kłócił. I tak jestem raczej marnym synem. W ten poniedziałek nie było inaczej, ale powiedzmy sobie szczerze – gdybym nie usłyszał jej zbliżających się żwawo kroków, zacząłbym się bardzo martwić, że stało się coś złego. Otworzyła drzwi raptownie, przyprawiając mnie o lekki zawał serca, mimo że się tego spodziewałem. Jej twarz zbyt szybko pokryła się drobnymi zmarszczkami w ostatnim czasie. Widzę zmęczenie w jej zielonych oczach. Widzę też, że bardzo często ma już wszystkiego dość i chętnie by pewnego dnia zniknęła. Jednak jest w moim życiu jedna rzecz, której jestem pewien. Ona nigdy tego nie zrobi, bo po prostu nas kocha.
– Synu mój najdroższy, wstańże w końcu z łaski swojej, bo się spóźnisz. Odwiozę cię dzisiaj po drodze do pracy, bo deszcz pada – powiedziała, gdy tylko jej wzrok wybadał, że już nie śpię, a jedynie lenistwo nie wypuszcza mnie z łóżka.
Zauważyłem interesującą prawidłowość, mianowicie materac zawsze wygodniejszy jest rano, kiedy musisz wstać, niż wieczorem, gdy próbujesz zasnąć. Wtedy zawsze jest za twardy albo za miękki, poduszki są źle ułożone, jest ci zbyt gorąco lub zimno. A nad ranem, gdy musisz wstać do szkoły czy do pracy? Rano zawsze jest idealnie.
– Nie musisz, poradzę sobie… – Nie mam pojęcia, dlaczego odpowiedziałem w taki sposób. Przecież chciałem być miły.
– Niki, nie zgrywaj bohatera, przecież widzisz, że się staram. – Jej oblicze stało się jeszcze bardziej wyczerpane, ale ja w tamtej chwili pomyślałem tylko o tym, że nie lubię swojego imienia.
Nikodem. Zdecydowanie coś z nim jest nie tak. Dziwniejsze mam jedynie nazwisko – Dunaj. Gdybym nie miał abstrakcyjnego imienia, założę się, że w szkole wszyscy zwracaliby się do mnie właśnie po nazwisku.
– Widzę, ale dzięki, wolę się przejść. Podrzuć Lenkę. – Próbowałem się uśmiechnąć, ale podejrzewam, że moje usta przypominały wtedy dziwnie wykrzywioną kreskę, co pewnie w oczach mojej mamy wyglądało na chorobę.
Podszedłem niezgrabnie do okna – szybki rzut oka na świat – niestety wszystko bez zmian. Odwróciłem się na pięcie i prześlizgnąłem obok mojej rodzicielki w drzwiach, starannie unikając jej rozczarowanego wzroku. Zamknąłem się w łazience. Pod prysznicem, jak zresztą codziennie, wygrywałem przegrane wcześniej dyskusje, wymyślałem mistrzowskie riposty i tworzyłem scenariusze życia, w których byłbym szczęśliwy. Chociaż jeden element był inny niż zwykle – moja siostra Lena nie waliła pięściami w drzwi łazienki, piszcząc przy tym (ku mojej pełnej satysfakcji), że przeze mnie na pewno nie zdąży. Zdziwiło mnie to, lecz bynajmniej nie zmartwiło – przynajmniej miałem więcej czasu i spokoju dla moich przemyśleń.
Jeżeli miałbym scharakteryzować Lenkę, nie wdając się w szczegóły, powiedziałbym: „wkurzająca młodsza siostra”. Jednak posiadając większy zasób słów, mogę wskazać, że jest moim totalnym przeciwieństwem – towarzyska, radosna, nie myśli nad każdym słowem czy zadaniem. Ona po prostu działa. Ma szesnaście lat i już spore osiągnięcia w tańcu współczesnym. Poza tym jest może nieco naiwna, ale zawsze potrafi wyjść z opresji cało. Na korytarzu szkolnym udajemy, że się nie znamy, lecz w domu spędzamy ze sobą całkiem sporo czasu. Bardzo często się kłócimy, ale zawsze o bzdury, bo przecież jesteśmy rodziną. Naturę relacji między rodzeństwem można wyrazić mniej więcej tak: „Nie lubię cię, ale oddałbym za ciebie życie”.
Gdy byłem już gotowy do wyjścia, wszedłem do kuchni i zobaczyłem krzątającą się po pomieszczeniu Lenę zamiast mamy, wręcz zaniemówiłem. Z osłupienia wyrwał mnie dopiero Fado, ocierający się o moje nogi, merdający przy tym ogonkiem – i tym sposobem dzień jest choć trochę lepszy.
– Co tam, ofiaro? – przywitała mnie radośnie siostra.
– Co tam, debilu? – odpowiedziałem niezbyt wymyślnie, za to z uśmiechem na ustach, bo właśnie głaskałem psa. Swoją drogą, mam nadzieję, że mój psi przyjaciel nie pomyślał, że zwróciłem się tak do niego.
– Wiesz, że pada deszcz? Jak nie chcesz dojść do szkoły cały mokry, to leć do mamy i błagaj ją o wybaczenie. Właśnie wyjeżdża z garażu.
– Dzięki za radę, ale ja właśnie chcę zmoknąć. – Wcale nie chciałem, ale trudno. Już za późno. – A ty co? – zapytałem, mając na myśli, jak to się stało, że przygotowuje dla nas śniadanie i dlaczego właśnie w tym momencie nie siedzi w samochodzie obok mamy.
– Jadę dzisiaj z Eweliną i jej bratem – powiedziała z lekkim uśmieszkiem na ustach, który bardzo dobrze znałem. Lenka, delikatnie mówiąc, dosyć często zakochiwała się „tak na serio, do końca życia”. – A kanapki są tylko dla mnie – oznajmiła i odsunęła talerz, gdy tylko zauważyła moją zbliżającą się do niego dłoń.
Nie pozostało mi nic innego, jak tylko westchnąć i wyjąć z lodówki małą butelkę soku pomarańczowego. Jeszcze raz pogłaskałem Fado i życzyłem mu lepszego dnia niż mój. Chwyciłem parasolkę opartą o ścianę przy drzwiach i wyszedłem z domu, rzucając za siebie obojętne „na razie” dedykowane mojej siostrze. Chociaż i tak pewnie zobaczymy się za pół godziny, bo przecież chodzimy do tej samej budy.
Chciałem stawiać kroki jak najwolniej, bo wcale mi się nie spieszyło do miejsca tak głośnego i paradoksalnie często ogłupiającego, jakim była szkoła, ale deszcz skutecznie mnie ponaglał. Szedłem ze wzrokiem wbitym w chodnik. Na głowę naciągnąłem kaptur, tak jakby parasolka niewystarczająco chroniła ją przed kroplami wody – nie pomyślałem, że to bez sensu. Myślami byłem zupełnie w innym miejscu i czasie.
Wiele osób dziwi się, dlaczego tak rzadko wspominam o swoim ojcu. Dlaczego zachowuję się, jakby on nigdy nie istniał, a ja bym powstał w wyniku niepokalanego poczęcia. Odpowiedź jest bardzo prosta, a prawda o nim dość prozaiczna. Gdy byłem młodszy, wprost za nim przepadałem. Z szeroko otwartymi ustami chłonąłem każde jego słowo. W przeszłości chciałem być taki jak on – teraz modlę się o to, abym nigdy nie poszedł jego drogą. Tata prowadził swój warsztat samochodowy – niewielki, ale całkiem dobrze prosperował. Niestety do czasu. Im bardziej problemy finansowe się nasilały, tym częściej ojciec sięgał po alkohol. Mama wszelkimi sposobami próbowała go wyciągnąć z dołka, a potem z nałogu. Jednak on nigdy jej nie słuchał, bo przecież „skąd ona może wiedzieć, co przeżywa, nigdy nie prowadziła swojego biznesu, zawsze pracowała na etacie”. Awantury były coraz poważniejsze, ale też rzadsze, ponieważ ojciec częściej nie wracał do domu. Miałem jedenaście lat – cały świat mnie przerażał, lecz to właśnie w miejscu, w którym mieszkałem od początku życia, znajdowało się epicentrum tego strachu. Gdy wracałem ze szkoły, ogarniała mnie niepohamowana chęć, aby po prostu ominąć swoją furtkę i iść dalej. Tak, chciałem uciec. Jednak wiedziałem, że przecież mam jeszcze siostrę. Młodszą siostrzyczkę, która tym bardziej nie rozumiała, co się wokół niej dzieje – dlaczego jej kochany tatuś zmienił się w zupełnie obcą osobę, a może nawet w potwora.
Pewnego wieczoru wrócił kompletnie zalany i zrozpaczony. Zaczął krzyczeć na mamę, że to wszystko jej wina i nigdy go nie wspierała. Powiedział, że niepotrzebnie poświęcił się dla nas i żałuje, że ją w ogóle poznał. Z czasem mowa zamieniła się w bełkot – trudno było rozróżnić poszczególne słowa. W pijackim amoku zaczął zrzucać przedmioty z kuchennego blatu. Mama początkowo starała się odpierać jego zarzuty, ale później, załamana beznadziejnością ówczesnej sytuacji, zaczęła płakać skulona w kącie kuchni. Jej łzy wyraźnie jeszcze bardziej rozdrażniły ojca. Nagle do niej podskoczył i podniósł ją, złapawszy za ramiona. Wpijając palce w jej ręce, zaczął nią potrząsać, wykrzykując zarazem kolejne obelgi prosto w twarz. Ona miała mocno zaciśnięte powieki – nie miała siły już walczyć. Miała nadzieję, że ten bardzo zły sen, w którym uczestniczyła jej cała rodzina, skończy się, jak tylko otworzy oczy. Owszem, ojciec puścił swój żelazny uścisk, ale tylko po to, aby sekundę później całą siłą agresji, którą miał w sobie, uderzyć ją otwartą dłonią w twarz. To nie było delikatne spoliczkowanie. Mama bezwiednie odbiła się od ściany i osunęła na podłogę. Wszystko obserwowałem, siedząc na schodach. Lenka ukrywała się tuż za moimi plecami. W czasie kłótni mama zawsze kazała nam zamknąć się w pokojach, ale my nigdy nie słuchaliśmy – wszystko działo się na naszych oczach. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że nic nie zrobiłem. Nie stanąłem w obronie matki i siostry, szczególnie tamtego dnia.
Jedynym usprawiedliwieniem mojego zachowania może być to, iż nie potrafiłem sobie wyobrazić, aby mój tata stał się nagle moim wrogiem. Zagrożeniem, przed którym muszę bronić siebie i rodzinę.
W tamtej chwili szok odebrał mi głos i zupełnie mnie obezwładnił. Serce podeszło mi do gardła. Ojciec patrzył się chwilę na ledwo ruszającą się na podłodze mamę, a potem odwrócił wzrok w naszą stronę – nadal nie mam pojęcia, co mogły wyrażać jego oczy – i wyszedł. Po prostu wyszedł.
Zbiegliśmy do matki i delikatnie chcieliśmy ją odwrócić, bo leżała twarzą do dołu. Gdy skierowała się w naszą stronę, ogarnęło nas przerażenie – miała mocno zaczerwieniony prawy policzek, a z ciemnego, strasznie opuchniętego nosa ciekła jej krew. Będąc w takim stanie, to ona nas uspokajała i kojącym głosem kazała nam zadzwonić do wujka Konrada. Niedługo później przyjechał i zabrał ją do szpitala. Był wściekły. Dokładnie pamiętam, jak cały czas powtarzał: „Zabiję skurwiela”. Ale moja mama, Hania, była zadziwiająco spokojna. Wiedziała, że to już koniec jej koszmaru, bo na więcej nie pozwoli.
Gdy tylko wróciła ze szpitala, gdzie musiała spędzić więcej czasu przez wstrząśnienie mózgu, chodziła po całym domu i zbierała rzeczy ojca – pakowała je w kartony i worki na śmieci – i wszystko wystawiła za płot. Wieczorem już ich nie było, więc chyba ojciec zrozumiał przekaz mamy, który brzmiał: „Dla nas już nie istniejesz”, albo prawda może być nieco bardziej prozaiczna – możliwe, że komuś bardzo spodobały się jego klamoty. W każdym razie od tamtej chwili minęło siedem lat, a ja do tej pory nie widziałem go choćby z daleka. Nie wiem, co się z nim dzieje – może nadal szlaja się po barach i wlewa w siebie całe butelki różnych trunków świata, może w końcu się ogarnął, a może nie żyje – ale będę brutalnie szczery: nie interesuje mnie to.
Zostałem bezlitośnie wyrwany z gęstwiny przemyśleń. Filip najwyraźniej nie przejmował się tym, że mogę mieć słabe serce, i klepnął mnie mocno w plecy z dzikim okrzykiem oznaczającym przywitanie. Zanim ogarnąłem, co się dzieje wokół mnie, już zniknął w drzwiach prowadzących na halę sportową. Chyba każdy zna to uczucie, gdy budzisz się przed nastawionym alarmem, sprawdzasz, ile czasu możesz jeszcze pospać, a okazuje się, że została ci tylko minuta – z bezsilności chce ci się płakać, prawda? To samo poczułem, kiedy nagle zobaczyłem przed sobą budynek szkoły, a przecież dopiero wyszedłem z domu i podziwiałem lipową aleję, która może nie była skrótem, ale z pewnością sprzyjała mojej naturze. Z każdym krokiem niebezpiecznie nasilała się myśl, aby zawrócić, a później usprawiedliwić się nagłą chorobą. Jednak zostawiłem sobie ten scenariusz na gorsze dni.
Po wejściu skierowałem się na dół do szatni. Zostawiłem tam kurtkę, ociekającą wodą parasolkę i z wielką niechęcią, jednak z szacunkiem dla pań sprzątających, zmieniłem buty na suche. Nie uważałem – jak zdecydowana większość moich rówieśników – że chodzenie w tym samym obuwiu jest oznaką dorosłości i niezależności. Jasne, w bezdeszczowe wiosenno-letnie dni nie robię woźnym wielkiej krzywdy, jak nie zmieniam tenisówek, jednak gdy z nieba leje albo sypie śnieg, staram się nie dokładać im pracy. Kiedy już wkładałem drugiego buta, do boksu wtoczył się huragan w postaci Filipa. Tak, to mój najlepszy przyjaciel, a wręcz brat, chociaż kompletnie inny ode mnie. Taka sama sytuacja jak z Lenką – rodziny się nie wybiera. Czasami zupełnie nie rozumiem jego decyzji, choć trudno powiedzieć o nim, że podejmuje jakiekolwiek decyzje – w jego życiu po prostu się dzieje. Najpierw robi, później myśli, przez co często muszę mu pomagać wychodzić z tarapatów. Jednak przyznaję, potrzebuję jego roztrzepanej głowy. Kiedy już za bardzo odpływam w swoich przemyśleniach, paradoksalnie to właśnie on przyciąga mnie na ziemię. Tak naprawdę dzięki niemu wychodzę z domu. Dzięki niemu pamiętam, że świat nie jest tylko ponury – potrafi być kolorowy i żywy. Wprawdzie nie mogę się z nim podzielić swoimi codziennymi rozważaniami, ale z kim mogę? Filip po prostu nie lubi długich deliberacji – jest przecież tyle innych rzeczy do zrobienia w wolnym czasie – i ma rację. Jeszcze nie miałem z tego ani krzty pożytku.
– Siema, mordo! – krzyknął do mnie swoim chrypliwym głosem.
– Siemka, Fifi – odpowiedziałem, prostując się, gdy już miałem buty na nogach. – Byłeś na hali? Przecież później masz trening.
Filip gra w szkolnej drużynie piłki ręcznej, co nie przynosi mu upragnionej popularności, ale przynajmniej wyładowuje tam swoją niekończącą się energię.
– Byłem, ale tylko po to, żeby dać Krystianowi strój na wuef, bo zapomniał.
Trudno mi było go zrozumieć, bo niedbałe ściąganie kurtki skutecznie zagłuszało jego słowa. Jednak widziałem, że w jego głowie plątały się zupełnie inne myśli niż zwykły strój na wuef. Kiedy tylko Filip bardzo się czymś ekscytował, jego oczy zamieniały się w ogniki, a usta nie zamykały. Ruszyliśmy na górę, a ja czekałem, aż zacznie mnie namawiać na coś, czego zupełnie nie będę chciał robić.
– Słuchaj, mordo, w piątek będziesz, nie? – Zmrużyłem oczy na znak zaawansowanego procesu przypominania sobie, co jest w piątek i dlaczego powinienem brać w tym udział. – No impreza u Maksa! – odezwał się znowu zniecierpliwiony Filip.
Olśniło mnie. Impreza, o której zapomniałem, a może nie chciałem pamiętać.
– Aaa… no tak. Nie wiem, czy będę – odpowiedziałem, już szukając wymówki w swojej głowie. Słowo daję, nikt nie może pochwalić się większą wyobraźnią niż introwertyk szukający wiarygodnego powodu, który pozwoli mu zrezygnować z wyjścia ze znajomymi. Jednak tym razem zmyślanie szło mi wyjątkowo ociężale.
Impreza u Maksa Lange – ostatnie, czego potrzebuję w życiu. Najbogatszy i pewnie właśnie przez to najbardziej lubiany chłopak w szkole organizuje wielki melanż w swojej ogromnej willi. Wieść rozniosła się błyskawicznie, wszyscy nie mogli się doczekać. Oprócz mnie. Nie chodzi o to, że nie lubię się bawić. Po prostu wolę mniejsze grono zaufanych ludzi. Nienawidzę wielkich imprez, pełnych naćpanych obcych osób. Atmosfera takich spotkań najwyraźniej mnie przytłacza. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli nie pójdę, to na własne życzenie wykluczę się z rozmów towarzyskich w ciągu najbliższego miesiąca, a nie jestem aż tak aspołecznym człowiekiem, jak mogłoby się wydawać. Jest jeszcze jeden powód, przez który mnie tam nie ciągnie. Nie przepadam za Maksem. Nie potrafię go określić inaczej niż „rozpieszczony palant”. Nie znam go osobiście. Może w domowym zaciszu jest wrażliwym, kochającym rodziców artystą, ale na szkolnym korytarzu jest złamanym chujem. Jego ojciec ma dużą firmę transportową, której dział księgowości prowadzi moja mama – przez to czuję się w pewnym sensie zależny od niego. Ogólnie rodzina Lange jest bardzo szanowana w naszej małej miejscowości, więc nawet się nie wychylam z moją niepopularną opinią na temat dziedzica Maksymiliana.
– Jak to: „nie wiesz”? Wszyscy będą. No weź, Nik. Wyobraź sobie te wszystkie dziewczyny w krótkich spódniczkach, czekające na nas! – Filip aż sam się ucieszył ze swojej wizji.
Mnie za to przypomniała się wizja wykluczenia z kręgu znajomych.
– Dobra… okej. Będę – odpowiedziałem.
– No, wiedziałem, że krótkie spódniczki cię przekonają! – Zaśmiał się jak przygłup, a ja tylko przewróciłem oczami.
Gdy wchodziliśmy na drugie piętro, nagle usłyszeliśmy dość głośny trzask spotęgowany przez wysokie sufity i tuż przed naszymi stopami zatrzymały się książki, zeszyty, portfel i reszta zawartości torby, która została kopnięta przez jednego z chłopaków na schody. Tym chłopakiem był Cyprian Drzewiecki – nasza szkolna gwiazda piłki nożnej i oczywiście kumpel Maksa. Jednym z tych, którzy nie mogli powstrzymać śmiechu i drwin, był Daniel Bieliński – przewodniczący szkoły, naukowe olimpiady na koncie i marzenia o prestiżowej zagranicznej uczelni, również przyboczny Maksa. Natomiast właścicielką torby była dziewczyna o imieniu Liwia. Liwia Różańska. Nie wiedziałbym, jak się nazywa, gdyby nie wspólne zajęcia religii, a także, gdyby nie była obiektem prześladowań (bo tak to trzeba nazwać) ze strony tych trzech idiotów.
Dlaczego się na nią uwzięli? Nie do końca jest to dla mnie jasne. Nie wydaje się ani brzydka, ani głupia, nie śmierdzi i nie wygląda na biedną. Nie wyróżnia się niczym oprócz nieśmiałości. Ja też jestem nieśmiały, ale podobno przy niej jestem ekstrawertykiem. Słyszałem, że jest mocno wierząca. Ogólnie, chyba ma zbyt wiele wartości i zasad, żeby to się podobało ludziom. Nie obroni się, więc jest idealnym celem. Idealną ofiarą. Podobno, według plotki rozpuszczonej przez samego Maksa, dziewczyna wskazała nauczycielom, gdzie znajduje się „palarnia”, czyli pustostan w pobliskim lasku, do którego na każdej przerwie udawał się każdy, kto chciał być fajny dzięki jaraniu szlugów i zażywaniu różnych innych rzeczy. Od tego czasu słynna palarnia jest zamknięta za pośrednictwem prowizorycznej kłódki i niepełnoletni uczniowie są zmuszeni do wykazania się pomysłowością, aby ulżyć swym nowo nabytym nałogom.
Lange rozpowszechnił bajeczkę, że to właśnie Liwia przez swoją przesadną „świętość” spaliła miejscówkę, przez to dziewczyna nie ma już w nikim sprzymierzeńca w trakcie ataków tych trzech kretynów. Jednak chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego nie wierzę, by zrobiła to właśnie ona – wydaje mi się, że wystarczająco dobrze opisałem charakter tego palanta.
Czasami zastanawiam się, dlaczego ludziom sprawia przyjemność zadawanie innym cierpienia. Jakim psychopatą trzeba być, żeby budować swoją popularność na krzywdzie drugiej osoby? Poniżanie, naśmiewanie się, przezywanie – to boli. Boli bardziej niż agresja fizyczna. Rana może zostać z kimś do końca życia. Może się sączyć każdego dnia tak samo lub z każdym dniem obficiej. Trucizna niepewności, niskiej samooceny, smutku – raz wpuszczona do krwi może krążyć w żyłach do ostatniego bicia serca. Kim jesteś, żeby uważać się za lepszego od innych? Kim jesteś, żebyś mógł deptać czyjeś poczucie godności? Kim jesteś, żebyś nie liczył się z uczuciami drugiej osoby? Miano wyższości, które zostało ci nadane, może zostać w jednej chwili odebrane, a ty z prześladowcy przeobrazisz się w prześladowanego.
– Oj, przepraszam najmocniej! – powiedział Cyprian, teatralnie zasłaniając dłonią twarz. – Mam nadzieję, że różaniec nie wypadł?
Daniel nienaturalnie zapiał z rozbawienia. Kilka osób, które mimowolnie stały się świadkami zdarzenia – w tym Filip – tylko mu wtórowało.
Dziewczyna, do tej pory blada, a teraz purpurowa, powiedziała coś pod nosem i zaczęła zbierać rzeczy do torby. Miała tak delikatny głosik, że stojąc trzy metry od niej, nie mogłem zrozumieć jej słów.
– Uuu – zahuczeli razem. – Będziesz musiała się wyspowiadać! – krzyknął Cyprian i znów wszyscy wybuchli śmiechem.
Tę żałosną sytuację na szczęście zakończył dzwonek. Filip klepnął mnie w ramię na znak, żebym ominął dziewczynę i szedł dalej w kierunku sali matematycznej. Ale ja nie mogłem się ruszyć. Spoglądałem na Filipa i na dziewczynę, na dziewczynę i znów na Filipa.
– Idź. Zaraz przyjdę – powiedziałem do przyjaciela i schyliłem się, żeby podnieść zeszyt z gładką, czarną okładką.
Wylądował na schodkach otwarty i niektóre kartki były pozaginane. Zerknąłem na zapisy – zeszyt od historii. Porządek w notatkach – imponujący. Ładne, zgrabne litery, nagłówki, każdy z istotnych faktów zakreślony innym kolorem.
– Proszę. Trochę się zniszczył, ale kartki powinny się po jakimś czasie rozprostować – odezwałem się, wyciągając w jej kierunku rękę z zeszytem.
Liwia spojrzała na mnie – zdziwiona albo spłoszona, sam nie wiem, co malowało się na jej twarzy – sięgnęła po zeszyt i opuściła wzrok jeszcze niżej niż przedtem.
– Dzięki – odpowiedziała cicho, układając wszystko w torbie.
Rozejrzałem się, czy jeszcze coś zostało do zebrania, ale dziewczyna sprawnie poradziła sobie sama. Bez mojej marnej pomocy. Kompletnie nie wiedziałem, jak powinienem się zachować. Powiedzieć „cześć”? Pocieszyć ją? Przytulić? Nie, nie. Przytulić na pewno nie. Schowałem więc ręce do kieszeni i bez słowa skierowałem się w stronę sali, w której miałem mieć pierwszą lekcję.
Znów przyszło mi do głowy, że nie rozumiem ludzi. Nie rozumiem świata i życia. Co w tym złego, że ktoś tak wygląda, taki ma kolor skóry, takie ma usposobienie czy nie stać go na markowe ubrania? Wszyscy jesteśmy ludźmi. Z krwi i kości. Ze swoimi smutkami i radościami w sercu. Każde życie jest tyle samo warte i kosmicznie drogi zegarek na nadgarstku tego nie zmieni.
Rozmyślałem, bo to mi wychodzi najlepiej, i złapałem się na tym, że w pamięci utkwił mi błękit. Niesamowity błękit oczu dziewczyny ze schodów.
Przyjęcie na marmurowych posadzkach
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Liwia: W cieniu zemsty
ISBN: 9978-83-8423-224-8
© Rita Rogowska i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Magdalena Białek
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Agnieszka Wrycz-Szybowska
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
