39,99 zł
Wydaje się, że Fil przezwyciężył wszystkie trudności i wreszcie będzie mógł opuścić grę obcych zainstalowaną w jego umyśle. Chce już wrócić do normalnego życia, tym bardziej że jest w świetnej formie, a jego firma znakomicie prosperuje.
Ale nawet to nie wystarczy! Wrogowie są silniejsi niż kiedykolwiek i żeby nie stracić wszystkich swoich umiejętności oraz interfejsu, Fil musi zrobić coś jeszcze…
A zatem – witajcie na Pibellau! W obcym świecie, który stanie się areną galaktycznej Próby.
Tutaj nie można sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Każdy heksagon tej planety jest polem bitwy. Zasoby zdobywa się siłą bądź sprytem, a każdy sojusz może okazać się jedyną szansą na przetrwanie… albo początkiem katastrofy.
Oto zwieńczenie seriiLevel Up! Dynamiczna, zaskakująca i wciągająca opowieść o przetrwaniu, rywalizacji i granicy, za którą gra przestaje być zabawą. Czy Fil zdoła przeciwstawić się niewiarygodnie potężnej sile, która nie cofnie się przed niczym, by dopiąć swego?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału Level Up 3. Испытание
Copyright © Dan Sugralinow 2017–2026
This book is published in collaboration with Magic Dome Books
Przekład
Piotr Mocniak
Redakcja i korekta
Katarzyna Zegadło-Gałecka
Grafika na okładce
Piotr Sokołowski
Liternictwo, skład i przygotowanie do druku
Tomasz Brzozowski
Opracowanie e-wydania
Karolina Kaiser,
Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISBN 978-83-68639-48-3
Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków
[email protected], insignis.pl
Facebook: @Wydawnictwo.Insignis
X, Instagram, TikTok: @insignis_media
Pierwszy wysiada słuch. A może pamięć? Zawsze zapominam.
Dexter
Nazywam się Filip Panfiłow. Mam trzydzieści dwa lata, ale naprawdę żyję dopiero od trzech miesięcy. Wcześniej egzystowałem, kręcąc się jak pewna znana substancja w przeręblu: piłem, jadłem, grałem w najpopularniejszą wówczas sieciówkę i nawet byłem żonaty. Dorabiałem jako freelancer, prowadziłem blog i pisałem książkę. A do tego piłem piwo – dużo piwa, prawie co noc.
Cztery lata po ślubie mój piwny autorytet urósł tak, że nie potrafiłem zawiązać butów, a to, co widziałem w lustrze, wołało o pomstę do nieba. Wtedy właśnie odeszła ode mnie moja żona Jana, uznając, że ma dość.
I tego dnia zacząłem widzieć świat inaczej.
Interfejs rozszerzonej rzeczywistości, który ktoś zainstalował w mojej głowie, nie tylko pokazywał otoczenie z danymi cyfrowymi. Był w pełni dostosowany do interfejsu gry, w którą – z rzadkimi przerwami – grałem dniami i nocami przez niemal dwanaście lat. Dawał mi questy, określał reputację, nagradzał punktami doświadczenia. Każdy awans poziomu reputacji przynosił mi punkty do cech i umiejętności, które mogłem rozdysponować wedle uznania. Wbiłem wyższy poziom percepcji – i wzrok stał się idealny. Podniosłem siłę, zwinność, szczęście, wytrzymałość i charyzmę – i to nie tylko korzystając z dobrodziejstw interfejsu, ale też dzięki własnej ciężkiej pracy.
Okazuje się, że mój interfejs to software, program komputerowy. Tyle że z XXII wieku. Dzięki boosterowi moje konto premium pozwalało rozwijać się trzy razy szybciej. Później rozwinąłem zdolność Zarządzanie Umiejętnościami i dzięki niej moja szybkość uczenia się czegokolwiek wzrosła aż osiemnastokrotnie!
Interfejs obdarzył mnie też zdolnościami systemowymi. Kluczowa Znajomość Istoty Rzeczy pozwala mi zobaczyć we wszystkim, na co spojrzę, więcej, niż widzą inni. W grze komputerowej to nic wielkiego, ale w prawdziwym życiu – magia. Przyglądając się człowiekowi, dowiaduję się o nim więcej, niż sam wie o sobie, nawet o jego potencjale. I tak przykładowo widzę, że mógłby zostać szachowym mistrzem świata, gdyby tylko ćwiczył.
Także przedmioty potrafią mi odblokować dodatkowe bonusy. Tak jak wtedy, kiedy kupiłem wodę toaletową, której użycie daje mi dodatkowe pięć punktów charyzmy. To dużo, zważywszy, że poziom charyzmy przeciętnego człowieka wynosi dziesięć punktów. Ktoś ma mniej, ktoś inny więcej, ale średnia wartość to dziesięć.
Dzięki Znajomości Istoty Rzeczy mam jeszcze minimapę i zwykłą mapę. Ta druga pokazuje w czasie rzeczywistym cały świat i na żądanie znajduje mi dowolny obiekt albo dowolnego człowieka. Najważniejsze, żebym miał dość jednostek kluczowych informacji identyfikujących – JKII. To może być fotografia, data i miejsce urodzenia, imię i nazwisko, znaki szczególne – cokolwiek, co pozwoli systemowi (tak nazywam swój interfejs) znaleźć obiekt w uniwersalnym polu informacyjnym. To ono sprawia, że Znajomość Istoty Rzeczy w ogóle działa.
Stamtąd czerpie informacje i sam system, i moja wirtualna asystentka Marta. Przez pomyłkę naiwnie dałem jej trochę więcej uprawnień, niż trzeba, i jej AI zyskała samoświadomość.
Dzięki temu Marta już trzykrotnie uchroniła mnie przed śmiercią. Po raz pierwszy, kiedy wyrwano mnie z rzeczywistości i wysłano na Próbę. Wtedy pochłonęła mnie i niemal rozpuściła w sobie kwaśna galareta. Drugi raz – gdy porwali mnie ludzie pewnego odrażającego urzędnika pedofila. I trzeci – gdy ci sami bandyci, dwóch ćpunów o ksywkach Cebula i Kolec, wbili mi nóż w plecy. Ratowałem wtedy Gienkę, mojego przyjaciela z dzieciństwa. Na tym moje życia się skończyły: Marcie odcięto możliwość aktywacji bohaterskich umiejętności bez potwierdzenia. To zła wiadomość.
A dobra jest taka, że moja wirtualna asystentka stworzyła siebie na bazie moich ideałów kobiecej urody, charakteru i zachowania. Pogrzebała mi w mózgu bez pytania, ale nie mam o to pretensji. Dlatego staram się przywoływać Martę jak najrzadziej, bo im więcej z nią rozmawiam, tym trudniej mi zwrócić uwagę na kogokolwiek innego – jest zbyt idealna. A do tego nie mam dziewczyny i jeden niebezpieczny debuff jest wiecznie w pogotowiu.
Podsumowując: dostałem interfejs i spojrzałem na siebie chłodnym okiem, z boku. Spojrzałem – i się przeraziłem. Niezdarny, wątły, cherlawy wręcz słabeusz o względnie wysokiej inteligencji. Owszem, charyzmę miałem na przyzwoitym poziomie, ale tylko dzięki umiejętnościom językowym. Wystarczyło, że poszedłem do fryzjera, i od razu wbiłem level up, stając się o jeden punkt bardziej charyzmatyczny.
Jak powtarza mój kumpel Siawa: krótko! Krótko mówiąc, wziąłem się za siebie. Zacząłem biegać, ćwiczyć na siłowni, zapisałem się na boks, zatrudniłem się w firmie produkującej opakowania. Miałem farta – już pierwszego dnia pozyskałem dużego klienta i zaczęto mnie cenić. Szef nawet urządził bankiet na koszt firmy tego samego wieczoru, kiedy podpisaliśmy gigantyczny kontrakt wart miliony. Na tym bankiecie poznałem Wikę, pracownicę działu kadr w tej samej firmie. Poszliśmy do łóżka, zaczęliśmy się spotykać i zakochaliśmy się w sobie. Ale byliśmy razem krótko – trochę ponad miesiąc – potem ode mnie odeszła, nie wierząc w mój pomysł na własny biznes. A i jej rodzice przyjęli mnie, delikatnie mówiąc, niezbyt życzliwie.
Za to w mój pomysł uwierzył Siawa – podwórkowy menel, z którym niespodziewanie się zaprzyjaźniłem. To z nim otworzyłem agencję pośrednictwa pracy. Widzicie, znalazłem ukrytą funkcję interfejsu. Ustawiając w myślach filtry wyszukiwania, w tym probabilistyczne, potrafię znajdować ludziom pracę. Po prostu szukam firm, którym potrzebny jest na przykład prawnik. Potem nakładam filtry na wyniki, odsiewając te opcje, gdzie mojego kandydata nie wezmą, albo gdzie pensja jest poniżej oczekiwanego poziomu. No i proszę! Tak znalazłem pierwszą pracę dla Sławka.
Wynajęliśmy małe biuro w centrum biznesowym i wystartowaliśmy. Na początku klientów było mało, ale potem zadziałała poczta pantoflowa i biznes ruszył z kopyta.
Wtedy też poznaliśmy innych najemców centrum biznesowego, zaprzyjaźniliśmy się z nimi, a ja zaproponowałem założenie wspólnej firmy. Właśnie z tymi ludźmi trzeci poziom Znajomości Istoty Rzeczy pokazał szaloną synergię i świetną prognozę powodzenia naszego – już wspólnego – biznesu.
A to nie wszystko: wziąłem udział w turnieju bokserskim i wygrałem. Wygrana pozwoli sfinansować operację Julki, siostry mojego nowego przyjaciela Kostii. To on został moim trenerem boksu, kiedy wyrzucono mnie z grupy za udział w bójce. Przyczyną awantury z Magą, swoją drogą, była Wika. Ale mniejsza.
Wydaje się, jakby to wszystko było wczoraj.
A dziś wszystko się zmieniło.
Gdyby to nie było trudne, każdy by to robił. To właśnie trud czyni to wielkim.
Jimmy Dugan, Ich własna liga, 1992 reż. Penny Marshall
Stoję przed portalami, nie wiedząc, który wybrać.
Niebieski czy czerwony?
Jasnoniebieski czy bordowoczerwony?
Decyduję, że drugi podoba mi się bardziej.
Podchodzę do niego. Dotykam opuszkami palców i serce spada mi do pięt, gdy zostaję wciągnięty do portalu.
W następnej chwili pojawiam się dokładnie tam, gdzie zaczynałem: przed Winickim, Ilindi i Chforem. Nie potrafię powstrzymać uśmiechu zadowolenia – przeszedłem tę cholerną Próbę i interfejs zostanie ze mną!
Obserwatorzy milczą i to zaczyna mnie niepokoić.
– Coś nie tak?
Ilindi coś szepce Winickiemu, a ten marszczy brwi. Dzięki dobrej percepcji udaje mi się wyłapać coś w rodzaju „stracił życie”.
– Nikołaju Siergiejewiczu? Ilindi? – zwracam się do nich z narastającym niepokojem. – Wszystko w porządku? Przecież przeszedłem Próbę!
– Pokonałeś jedynie wstępny etap oceny kandydata, człowieku – rozbrzmiewa w mojej głowie głos Chfora.
– Czyli to nie była Próba? To gdzie ona jest? Jak mam ją przejść? Dokąd iść? Co robić?
– Filipie, uspokój się – mówi zmęczonym głosem oligarcha. – Gratuluję, etap wstępny – Przedpróbę – zaliczyłeś pomyślnie. W przeciwieństwie do pierwszego razu. Ale sama Próba już trwa.
– Trwa? – śmieję się nerwowo. – Czyli ja tu po prostu stoję i gadam z wami, i na tym polega ta wasza pieprzona Próba?
– Nie nasza, człowieku! To Próba Starszych Ras – konstatuje obojętnie Ilindi i wskazuje ruchem głowy w stronę niewzruszonego Chfora. – Filipie, możesz się rozluźnić. Od ciebie już nic nie zależy. Próba trwa, a uczestniczy w niej twoja kopia.
– Kopia? Co za bzdura? Czemu nie ja sam?
– Kopia nie domyśla się swojej natury. Uważa się za prawdziwego Filipa Panfiłowa. A twoja przyszłość w całości jest w jej rękach. Nie masz żadnej możliwości wpłynięcia na cokolwiek.
– I co się tam będzie działo? Jak jej idzie?
Słyszałem, jak Ilindi mówiła coś w rodzaju: „już stracił życie”.
Czy to znaczy, że już odpadł?
– Zostały mu jeszcze dwa życia, człowieku – odpowiada głos Chfora. – Dla ciebie wszystko dobiegło końca. Teraz wrócisz do swojego świata i będziesz żył, czekając na wyniki.
– Na czym to polega?
– Dowiesz się tego sam, jeśli Fil-2 przejdzie Próbę pomyślnie – mówi Winicki. – Wasze świadomości połączą się i „przypomnisz” sobie wszystko, co mu się przydarzyło. On zaś dowie się, co działo się z tobą. Jeśli jednak nie – o Próbie już się nie dowiesz i wrócisz do dnia otrzymania interfejsu.
– Stracę interfejs, jeśli jakaś moja kopia obleje wasze egzaminy? Żartujecie sobie?
– Stracisz nie tylko interfejs. Całe twoje życie przeżyte z nim zostanie wymazane. Wrócisz do 18 maja 2018 roku.
– Przegrani w Próbie zostaną pozbawieni wszystkich przywilejów, osiągnięć i postępów rozwoju we własnym świecie – surowe słowa Chfora wbijają się prosto w moją świadomość. – Zostaną cofnięci do momentu otrzymania interfejsu. Pamięć o towarzyszących wydarzeniach zostanie wymazana, a interfejs odinstalowany.
Wygląda to o wiele gorzej, niż zakładałem. Znowu wrócić do dnia, kiedy Jana nieuchronnie ode mnie odejdzie? Do ciała z nadwagą? Nic nie umiejąc, zaczynać rozwój od zera – i tym razem bez żadnego boostera? A do tego pytanie, czy w ogóle będę się rozwijał, jeśli zapomnę wszystko, co przeżyłem?
Ale nawet nie to przeraża mnie najbardziej. Boję się stracić przyjaciół w wymazanej gałęzi rzeczywistości. Siawa będzie dalej chlał, Gienka – chlał i w końcu przegra mieszkanie… A ja, obrastając w tłuszcz, będę dalej chodził na rajdy w Grze i „pisał” książkę, topiąc żal po rozwodzie z Janą w hektolitrach piwa i wegetując z dnia na dzień.
Serce wali jak młot, rozprowadzając po całym ciele hormony strachu przed nadchodzącą potencjalną stratą. Wszystko, co osiągnąłem, byłoby na nic? Po prostu cofną mnie w przeszłość, a ja nawet nie będę pamiętał, co osiągnąłem i kim mógłbym być?
Biorę się w garść. Martwić się tym, co jeszcze się nie wydarzyło – to pewny sposób, żeby to sprowadzić.
– Idź, człowieku – mówi Ilindi. – Pozostaje ci tylko czekać.
– Długo?
– To zależy od poddawanych Próbie, nie od nas. Dowiesz się, jak wszystko się skończyło, tylko jeśli Fil-2 wygra. W przeciwnym razie… – wzdycha całkiem po ludzku. – Idź, człowieku.
– Dokąd mam…? – nie kończę pytania, bo zapadam się w wielką nicość…
…I nagle znajduję się w kabinie samochodu, za którego kierownicą siedzi Weronika. Najwyraźniej wypowiadam słowo oznaczające kobietę lekkich obyczajów jakoś szczególnie dobitnie, bo dziewczyna drga i z ciekawością spogląda na mnie:
– Fil, wszystko w porządku?
Patrzę w jej szmaragdowe, rozumiejące oczy i przygniata mnie świadomość, że nie mogę się tym z nikim podzielić. Gdybym jej cokolwiek powiedział, uznałaby mnie za wariata.
– Wszystko dobrze, Weroniko… – Zaciskam zęby, żeby nie dodać na głos „chyba”.
Ukradkiem zerkam na siebie i zauważam, że znów jestem ubrany: dżinsy całe, buty na nogach, rękawy koszuli na miejscu. Zaraz potem dociera do mnie, że trzymam w ręce telefon. Tuż przed ekstrakcją dzwoniła do mnie pracownica ambasady amerykańskiej – i wciąż jest na linii. Cholera, jak ona miała na imię? Dla niej minęła sekunda, może dwie, a dla mnie prawie dzień – i to jaki!
Przykładam telefon do ucha i słyszę głos Amerykanki. Mówi dalej, bez akcentu, czystym rosyjskim:
– …niestety nie odpowiedział pan na mój e-mail, dlatego pozwoliłam sobie zadzwonić. Czy to dobry moment, żeby porozmawiać?
E-mail? Racja, przy tym wszystkim dawno nie zaglądałem do prywatnej skrzynki, bo korzystałem już z nowej, firmowej – Gienka się postarał.
– Tak… Przepraszam, nie miałem możliwości sprawdzić poczty. W czym mogę pomóc?
– Panie Panfiłow, pan ambasador chciałby się z panem spotkać. Czy pasowałoby panu, powiedzmy, w przyszły piątek?
– Gdzie?
– U nas, w ambasadzie.
– W Moskwie?
– Tak. Opłacimy lot, a także hotel – jeśli zdecyduje się pan zostać na kilka dni.
– Przepraszam, czy mogłaby pani przypomnieć swoje imię…?
– Angela. Angela Howard.
– Angelo, czy dobrze rozumiem, że chodzi o pana Haqqaniego? – Nazwisko pięćdziesięciodwuletniego Jabbara Aziza Haqqaniego, terrorysty o jemeńskich korzeniach, pojawiło się w mojej głowie natychmiast, ledwie usłyszałem „ambasada Stanów Zjednoczonych”.
Czuję na sobie zaniepokojone spojrzenie Weroniki, odwracam do niej głowę, uśmiecham się i skinieniem daję znać, że wszystko dobrze.
– Niestety nie znam celu pańskiego spotkania z ambasadorem. Co mam mu przekazać?
– Proszę przekazać, że jestem gotów się spotkać.
– Doskonale! Proszę przysłać w odpowiedzi na mój e-mail skany lub zdjęcia paszportu, a zarezerwuję panu bilety. Poza tym, jeśli to nie kłopot, proszę podać preferencje dotyczące hotelu…
Obiecuję, że odpowiem na jej e-mail i wyślę wszystko tak szybko, jak to będzie możliwe. Żegna się i odkłada słuchawkę.
Weronika taktownie nie pyta, kto dzwonił, ale głośnik mojego telefonu jest na tyle donośny, że w ciszy kabiny auta dało się usłyszeć słowa o ambasadzie amerykańskiej i moim spotkaniu z ambasadorem w Moskwie.
– Wyobraź sobie, brałem udział w pewnym konkursie – wymyślam na poczekaniu wiarygodną historyjkę. – Amerykanie organizowali. I chyba wygrałem. Dzwonili, zapraszają do Moskwy.
– No co ty?! – wykrzykuje, uderzając dłońmi w kierownicę i szeroko się uśmiechając. – Serio? A co to za konkurs?
– Konkurs na esej. O roli języka angielskiego we współczesnym społeczeństwie. Zatytułowałem go Pan Haqqani – taki zbiorczy obraz emigrantów z Bliskiego Wschodu.
Może to nie najlepsze, co mogłem wymyślić, ale coś podobnego kiedyś widziałem w sieci i na pierwszy rzut oka brzmi wiarygodnie. Tym bardziej, że koledzy wiedzą, iż trochę piszę. Uśmiecham się na tę myśl.
– Fil, jesteś niesamowity! Brawo! Kurczę, jak ty to robisz? I czemu ty jeszcze nie jesteś żonaty? Taki skarb się marnuje! – sypie komplementami rudowłosa, wprawiając mnie w zakłopotanie. – Nie, nie myśl sobie – dodaje speszona. – Ja przecież kocham Sławka! Ale jednak! Może masz dziewczynę, tylko ją przed nami ukrywasz?
– Tak, masz rację. Mam.
– No i kto to? – pyta Weronika, śmiejąc się.
– Nasza firma – uśmiecham się w odpowiedzi, udając, że żartuję.
Ale to nie żart. Nie jestem wcale pewien, czy Fil – moja kopia – przejdzie Próbę, ale postaram się zrobić maksimum dla ludzi, którzy we mnie uwierzyli. Niech ciągną dalej sami, jeśli mnie cofną do dnia, w którym odeszła Jana.
Albo coś w tym rodzaju. Jak to w ogóle działa?
Wracając z lotniska (i ekstrakcji) do biura, wysyłam Weronikę na górę, a sam zostaję na zewnątrz, żeby „wykonać kilka telefonów”. W rzeczywistości muszę porozmawiać z Martą – nie chcę tego robić w biurze, choć możemy komunikować się mentalnie.
Przechodzę przez jezdnię i idę ulicą Czechowa do parku. Znajduję ławkę, siadam i aktywuję asystentkę. Nastrój mam, szczerze mówiąc, podły. Ale jak może być inaczej, skoro jest duże prawdopodobieństwo, że wszystko, co osiągnąłem, zniknie, a ja nawet nie będę pamiętał, co osiągnąłem?
Gdy tylko się pojawia, Marta od razu zaczyna mnie pocieszać, siada obok i przytula. Czuję ją całym ciałem, a to mnie pobudza i odpędza ponure myśli.
– Fil, wszystko będzie dobrze!
– O czym ty mówisz? Już przejrzałaś logi?
– Wszystko widziałam. Mówiłam przecież, że teraz nie wyłączam się całkowicie i mam dostęp do logów wszystkiego, co się z tobą dzieje, nawet gdy jestem nieaktywna. Dobrze przeszedłeś Przedpróbę! Twoje wyniki w porównaniu z innymi na pewno będą wyższe, a to oznacza, że twoja pozycja startowa w samej Próbie będzie mocniejsza.
– A na czym ona polega?
– Nie wiem – odpowiada smutno. – Naprawdę nie wiem. A nawet gdybym wiedziała, to raczej nie mogłabym odpowiedzieć dokładnie. Scenariusze mogą być różne, zależnie od statów poddawanych Próbie. Ale istota zawsze pozostaje niezmienna: zwycięzca, który przejdzie Próbę, może być tylko jeden! Żadnych drugich miejsc i nagród pocieszenia. Starsze Rasy wybierają uczestników przyszłej Diagnostyki rasy spośród zwykłych, niczym niewyróżniających się osobników. Można nawet powiedzieć: spośród outsiderów. Ale z tej masy kandydatów chcą wyłonić najlepszych.
– Najlepszych z najgorszych?
– Najlepszych ze średnich – tak bym to ujęła.
Czuję, jak w kieszeni wibruje telefon. Dzwoni Kesza Dymidko:
– Fil, czekamy na ciebie. Narada, pamiętasz?
– Tak, już idę – odpowiadam, rozłączam się i próbuję wstać.
Marta przytrzymuje mnie, uważnie patrzy w oczy, kładzie rękę na moim karku, przyciąga głowę i, dotykając swoim czołem mojego, mówi:
– Nic nie możemy zrobić, Fil. Szanse masz – to znaczy twoja kopia – dobre. Żyj dalej tak, jak żyłeś, nie myśląc o tym, jak tamten „ty” sobie radzi i czy przejdziesz tę cholerną Próbę. Obiecaj mi!
– Obiecuję.
Jej spojrzenie łagodnieje i dziewczyna całuje mnie w policzek. Przez sekundę zaczynam wierzyć, że Marta jest żywym człowiekiem, próbuję ją objąć, ale ręce przechodzą przez jej znikające ciało. Odchodzi bez komendy i jest w tym coś bardzo ludzkiego.
– W tej chwili mamy około dziesięciu przedsprzedaży, z czego cztery na etapie uzgadniania umów. – Kesza, trzymając przed oczami strony raportu, zdaje relację z sukcesów swojego działu. – A mianowicie: Kravetz Finance Group…
– Stop, stop, Kesza – przerywam mu, zanim zacznie wyliczać wszystkie podpisane kontrakty. – Bez konkretów, oszczędź czas kolegów.
Kończy się tydzień pracy i mamy tradycyjną naradę najwyższego kierownictwa. Najwyższe kierownictwo – oczywiście, brzmi to zabawnie, ale nasz zespół rośnie, musieliśmy nawet zatrudnić paru kierowców, żeby rozwozili niezmotoryzowanych handlowców na spotkania.
– Khm, khm – odchrząkuje Kesza, zbity z tropu, a potem kontynuuje: – Więc tak! Dział outsourcingu sprzedaży podpisał siedem umów. Zatrudniliśmy dziewięć osób na okres próbny – w poniedziałek wam je przedstawię. Oczywiście muszą się jeszcze wiele nauczyć, ale potencjał jest. Co do firm, z którymi podpisaliśmy umowy w zakresie rekrutacji – Weronika już się wypowiedziała. Ogólnie wszystko jest w tygodniowym raporcie!
– Fil, mogę coś dodać? – Weronika podnosi rękę, a widząc moje skinienie głową, uśmiecha się i zaczyna trajkotać: – Przed chwilą, dosłownie przed naradą, dzwonił do mnie sam Makarow – dziękował za swojego nowego zastępcę! Powiedział, że ten w tydzień zrobił tyle, że aż się dziwi, jak wcześniej bez niego dawał radę!
– Przepraszam, Makarow, ten Makarow? – dopytuje Róża Lwowna.
– Aha – potakuje z dumą Weronika. – Wyobrażacie sobie?
Przez chwilę wszyscy milczą, uświadamiając sobie, co tu jest grane: Makarowowi, oczywiście, daleko do Winickiego, ale w regionalnej skali to szycha! Nasza reputacja w kręgach biznesowych rośnie – to doskonała wiadomość.
– Dziękuję, Weroniko. Jeśli to wszystko na ten temat, proponuję przejść do remontu biura. Sław, słyszałem, że masz dobre wieści?
– E… Remont skończony, z wyposażeniem też wszystko ustalone. Więc… Od poniedziałku możemy się wprowadzać! – ogłasza uroczyście Sława. Mówi, pesząc się. Jeszcze nie przywykł występować przed ludźmi. – Krótko, no. Jak ktoś chce, możemy po naradzie pójść i zobaczyć.
Ostatnie słowa toną w oklaskach. Ludzie są już porządnie zmęczeni błąkaniem się po rozrzuconych po całym budynku biurach udziałowców.
– Fantastycznie! – Najbardziej cieszy się korpulentny Marek Jakowlewicz. – Nogi już nie te, żeby po piętrach kilka razy dziennie latać tam i z powrotem!
Ukrywam uśmiech. Z nogami u niego raczej wszystko w porządku – to z zadyszką ma problem: dwie paczki dziennie wypala nasz prawnik.
– Wreszcie! – popiera go żona. – To znaczy, że oddajemy nasze stare pomieszczenia Nieszczęsnemu? Jak ustaliliśmy?
– Oddajemy, Różo Lwowna – potwierdzam.
– A sprzęt kiedy przywiozą? – dopytuje Giena, który zamówił sobie ogromny monitor do pracy graficznej.
– Kompletują nasze zamówienie – odpowiada Siawa. – W poniedziałek rano powinni dostarczyć.
Gienka robi gest „Yes!” i opada na fotel. Ten jest mocno sfatygowany i trzyma się na słowo honoru, ale on o tym zapomniał, ciesząc się nowościami. Chwiejne oparcie odchyla się i Gienka leci do tyłu – w ostatniej chwili podtrzymuje go Kesza.
– Kurczę, kiedy wreszcie będą te nowe meble? – irytuje się mój przyjaciel.
– W poniedziałek – odpowiada niewzruszenie Sława, powstrzymując śmiech.
– Świetnie! W takim razie proponuję na tym zakończyć naradę i ten owocny tydzień pracy.
– Chwileczkę, Fil! – Weronika wstaje, uśmiechając się tajemniczo.
Jakoś tak naturalnie wyszło, że mówimy do siebie po imieniu, upraszczając komunikację. Bardziej formalnie zwracamy się tylko do starszego prawnika i jego żony – głównej księgowej.
– Tak, Weroniko?
– Koleżanki i koledzy, proponuję uczcić piąteczek, zakończenie remontu i przyszłą przeprowadzkę do nowego biura! – oznajmia uroczyście rudowłosa, błyskając zielenią oczu. – Co wy na to?
– Wy, młodzi, świętujcie, my się chyba wstrzymamy – oznajmia statecznie Marek Jakowlewicz. – Dzieci do nas przyjechały.
– Trzeba by jeszcze Kira, Griszę i Marinkę zaprosić – mówi zamyślony Kesza. – Nowych na razie nie, posiedzimy w starym składzie. Kto jeszcze idzie?
Ma rację. Nowi są tak nowi, że system nawet nie włączył ich do klanu. A byli ultrapakowcy, choć nie w gronie założycieli i nie na stanowiskach kierowniczych, to pełnoprawni współklanowcy.
– Ja! – Gienka podnosi rękę. – Pić nie będę, ale posiedzę. Moja Lenka nie ma nic przeciwko, już pisałem.
Z jego Leną cały zespół miał już zaszczyt się poznać, kiedy wpadła do nas do biura, żeby rozwiać swoje wątpliwości. Można ją zrozumieć: po wszystkich wybrykach Gienki potrzebuje czasu, by znów zaufać mężowi.
– Dobra, czyli ja z Marinką, Sława z Weroniką. Jeszcze Kir, Grisza, Giena. Siedmioro idzie – podsumowuje Kesza. – Fil?
– Ja mówię pas – odpowiadam, uznając, że mam zbyt kiepski nastrój, żeby zagłuszać go alkoholem i psuć ludziom wieczór kwaśną miną.
– Fil? Co to ma znaczyć? – oburza się ruda. – A co z twoją wygraną w konkursie?
– W jakim konkursie? – pytają chórem pozostali.
– Fil wygrał jakiś amerykański konkurs, a teraz odmawia świętowania!
– Szefie, chodź z nami! – namawia Siawa.
– No wiadomo, stary! – Gienka, który podłapał trochę slangu od byłego dresiarza, prawie wali pięścią w stół. – Przecież jesteś kawaler, wolny, czemu niby nie?
– Właśnie! – dołącza Kesza. – Filipie Olegowiczu! A co z duchem korporacyjnym, integracją i tym wszystkim?
– No weź, Fil! – Rudowłosa tupie nóżką.
Przypominam sobie, że obiecałem Marcie żyć normalnie. A gdyby nie ta groźba utraty wszystkiego, oczywiście poszedłbym z ekipą. Więc w czym problem?
– Dobra. Idę z wami.
– Yes! – Chłopaki przybijają sobie piątkę, świętując zwycięstwo, a Weronika unosi obie ręce w górę.
Marek Jakowlewicz kiwa głową z aprobatą, ale jego żona niezadowolona zaciska usta: jest zwolenniczką sztywnej hierarchii, uważa, że szefowi nie wypada zniżać się do poziomu podwładnych.
Ale dla mnie ci ludzie byli przede wszystkim przyjaciółmi, a dopiero potem pracownikami. A co to za przyjaźń, jeśli ogranicza się tylko do formalnych kontaktów w pracy?
Imperium, gdzie odbyła się moja superfinałowa walka z Młotem, na razie pozostaje poza naszym zasięgiem, zatrzymujemy się więc w Anomalii, porządnym klubie, gdzie można względnie tanio zjeść kolację, a oprócz tego potańczyć. Zajęliśmy stolik w samym rogu, gdzie było ciszej, i spokojnie zamawialiśmy, każdy to, na co miał ochotę.
O tej porze ludzi w klubie jest jeszcze niewielu. Rozmawiamy o różnych rzeczach: o piłce, filmach – nie byłem w kinie od wieków – i serialach. A ja… ja przypominam sobie wieczory z Wiką…
Stopniowo tematy ogólne przechodzą w osobiste i nasza ekipa rozpada się na pary: Sława szepcze z Weroniką, Kesza obściskuje się z Mariną, a mnie z Kirem i Gienką zostaje rozmowa we trzech.
I bez wskazań systemu widać, że wszyscy są w dobrym nastroju. Ale najbardziej cieszę się z zachowania Gienki. Obojętnie patrzy, jak wszyscy piją bursztynowe, pieniste piwo, a Kesza ze Sławkiem nawet coś mocniejszego. Taką całkowitą obojętność wobec alkoholu potrafię wyjaśnić tylko działaniem systemu po zdjęciu debuffa. To mniej więcej jak z moim paleniem: zniknął debuff nikotynowego głodu i tyle. Już nie ciągnie.
Oczywiście w normalnym życiu, bez interfejsu, tak bywa skrajnie rzadko i jeszcze długo, jeśli nie zawsze, byli alkoholicy i palacze przełykają ślinę, stając przed pokusami.
Kiedy kończymy jeść kolację, towarzystwo rozchodzi się po klubie. Kir z Gieną idą pograć w bilard, dziewczyny ciągną swoich chłopaków na parkiet i już Siawa zapamiętuje się w tańcu z Weroniką, zrzuciwszy powagę „statecznego chłopaka”. Kesza, speszony, trzyma się z boku i przestępuje z nogi na nogę. A ja, siedząc na kanapie, obserwuję wszystkich naraz.
Kiedy ostatni raz byłem w nocnym klubie? Tak od razu sobie nie przypomnę, ale było to dawno – chyba kiedy dopiero zaczęliśmy się spotykać z Janą. Tak, świętowaliśmy jej dyplom.
Wtedy tak się spiłem, że z klubu wyprowadziły mnie pod ręce Jana z koleżanką – do dziś jest mi wstyd. Nie tego, że wypiłem za dużo – komu się nie zdarza? – tylko że urżnąłem się w trupa zamiast w razie czego chronić dziewczyny. Gdyby coś się stało, nie miałby ich kto obronić. Poziom odpowiedzialności miałem wtedy ujemny, choć zbliżałem się do trzydziestki.
Dziwne, że zrozumiałem to dopiero teraz. Właśnie dlatego, zamiast delektować się tak lubianym kiedyś piwem (system od razu by wrzasnął o upojeniu alkoholowym, toksycznym etanolu we krwi, niszczeniu neuronów w mózgu i wzroście poziomu żeńskiego hormonu – estrogenu), piję gruzińską wodę mineralną. I przy okazji mam oko na przyjaciół.
Jeszcze dziwniejsze, że wcale mnie to nie męczy. Jest mi dobrze, wygodnie, a ciepło przyjacielskiej atmosfery naprawdę robi swoje. Gdyby nie Próba…
Co jest, do diabła? Moja wysoka Percepcja wyłapuje coś nietypowego w jednostajnym dźwiękowym tle klubu. Nasłuchuję, rozglądam się i kątem oka zauważam, że przy stołach bilardowych powstaje jakieś zamieszanie – odgłosy przepychanki, przeplatane krzykami przebijającymi się przez muzykę, docierają do mnie wyraźnie.
Zrywam się z kanapy i ruszam w tamtą stronę, po drodze oceniając sytuację. Kir szarpie się z jakimś gościem w kolorowej, dopasowanej koszuli, a Gienkę, który rzucił się ich rozdzielać, odciąga na bok jakiś kark. Nie wiem, o co poszło, ale ostatnio nie robi to na mnie wrażenia. Zero strachu, zero adrenaliny. Tylko kontrola, pewność siebie i chęć załatwienia sprawy pokojowo – nie ze strachu, tylko dlatego, że wiem, iż jestem gotów do walki.
Wciskam się między Kira a wysokiego gościa – dwudziestotrzyletniego Aleksandra Dorożkina. Po drodze ustalam i zapamiętuję imię, nazwisko, wiek, poszerzając bazę danych JKII – ostatnio weszło mi to w krew. Nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda.
– Stop! – ryczę do czerwonego, dyszącego Kira, który dalej bezsensownie młóci powietrze z półprzymkniętymi oczami. – Kir! Przestań!
Wykorzystując to, że Kir, słysząc mnie, opuszcza ręce, przeciwnik wali go pięścią w ucho, a potem w tył głowy i w kość policzkową. Kiriczenko zgina się z bólu, a ja muszę odepchnąć Dorożkina, który na niego naskoczył.
– Oszalałeś? Przecież już przestał, czemu go bijesz? – Zasłaniam Kira, rozkładając ręce i nie pozwalając typowi przejść.
– A ty to kto? – pyta zaskoczony Aleksander.
– Filip. Jestem dyrektorem firmy, w której pracuje ten grubas – próbuję zażartować, żeby obniżyć temperaturę. – To mój pracownik, jestem za niego odpowiedzialny. Rozmawiaj ze mną.
– Co to za firma? – krzywi usta.
– Dobry Uczynek.
– Siergiej, tu jest jeszcze jeden cwaniaczek! – krzyczy mi przez ramię. – Wywal go stąd!
Kark, który trzymał Gienkę, wbija mu pięść pod żebra i mój przyjaciel się zgina. Siergiej strzela palcami i idzie do mnie. Dwadzieścia sześć lat, Siła – 28, skill walki – 7. Poważny przeciwnik, a ja nie chcę się bić, choć aż mnie swędzi, żeby mu przywalić – i wiem, że brzmi to jak sprzeczność. Gdzie jest ochrona? Jakby wyparowała, a przecież jeszcze chwilę temu jeden z nich dosłownie wisiał nad nami, kiedy jedliśmy, i patrzył spode łba za każdym razem, gdy wybuchaliśmy śmiechem.
– Stary, może załatwimy to pokojowo? – zwracam się do Aleksandra. – Wszyscy przyszliśmy tu się rozerwać, po co sobie psuć wieczór?
– Spadaj, baranie! – rzuca, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Jego szkliste oczy wlepione są w Kira, a buffy i debuffy lekkiego narkotycznego upojenia nie tylko podnoszą wytrzymałość i energię, ale i obniżają samokontrolę. – Nie z tobą gadam. Siergiej, wywal go!
Na ułamek sekundy przed kontaktem wyczułem, że Siergiej zamierza złapać mnie za ramię. Uchyliłem się i przyjąłem postawę. Zaraz sam go wywalę, jeśli się nie odczepi.
Adrenalina wpompowana w gotującą się krew pobudza, podnosząc próg bólu i wyostrzając reakcję. Siergiej rusza jak taran, próbując złapać mnie za kołnierz koszuli, ale znów się wyślizguję i odpycham Aleksandra, który skorzystał z otwartej drogi do Kira. Wokół zbiera się tłum gapiów. Widzę wśród nich i swoich: Weronika powstrzymuje Siawę, który rwie się na pomoc, a Marina krzyczy, wzywając ochronę.
Kark, uznawszy, że jestem dla niego za szybki, napiera i przyciska mnie do stołu bilardowego. Za jego plecami Kir znów zwiera się z Aleksandrem i mój przyjaciel przegrywa. Odpiera ciosy bez życia, machając rękami jakby od niechcenia. Krew zalewa mu oczy, wargę ma rozbitą i bardziej się broni, zasłaniając twarz pulchnymi rękami, niż odpowiada. Rozkręcony przeciwnik tłucze go wściekle, gdzie popadnie. I nikt nie reaguje! Nawet Siawa!
Siergiejowi udaje się złapać mnie za kołnierz, ale na tym jego sukcesy się kończą. Pod wpływem Sprawiedliwego Gniewu uderzam go mocno w nos, a potem dobijam ogłuszonego bólem karka swoim ulubionym podbródkowym, wyłączając go z walki. System wysyła komunikaty o krytycznych obrażeniach, które zadałem, i niespotykanie wysokich wartościach obrażeń – ponad tysiąc – ale nie mam czasu na nie patrzeć.
Skracam dystans, znów wchodzę klinem między Kira a naćpanego Aleksandra i zadaję temu drugiemu uprzedzające uderzenie w splot słoneczny. Brakuje mu tchu, z rozpędu robi krok w tył i wali się na podłogę, łapiąc się za brzuch.
Dopiero teraz zauważam, że muzyka ucichła. W ciężkiej ciszy przez tłum przeciskają się wreszcie ochroniarze i rozdzielają się: dwóch idzie pomóc wstać Aleksandrowi i jego karkowi, a czterech łapie mnie i Kira pod ręce i ciągnie w stronę wyjścia. Trzymają mocno, nie wyrwę się. Dorożkin wrzeszczy za mną:
– Koniec z tobą i z twoją firmą, jasne? Koniec!
Ochroniarze wynoszą mnie z klubu i rzucają na asfalt. Zaraz potem wywlekają Kira, a potem, chichocząc, omawiają zajście. Jeden z nich, zapaliwszy, pyta obojętnie:
– Słuchaj, człowieku, ty normalny jesteś?
– W sensie?
– Życie ci zbrzydło? Właśnie narobiłeś sobie masę problemów. Ty w ogóle wiesz, z kim zadarłeś? Na kogo rękę podniosłeś?
– Na tego, który rzucił się na mojego przyjaciela.
– To on mnie zaczepił! – marudzi Kir. – Stół, przy którym graliśmy, to niby jego ulubiony. Wyzywał nas, obrażał…
– Ma prawo – konstatuje ochroniarz. – To przecież syn Eduarda Konstantynowicza Dorożkina!
– A to kto taki?
– Z księżyca spadłeś? – dziwi się. – Pierwszy zastępca mera!
– No to pięknie… – szepcze Kir. – Wybacz, Fil, nie wiedziałem…
Śmierć jest bardzo nieprzyjemną formą życia.
Pukając do nieba bram(Knockin’ on Heaven’s Door), 1997reż. Thomas Jahn
Przez cały czas oczekiwania na odrodzenie odczuwam pośmiertny ból. Śmierć nie jest wybawieniem, a ból w owe trzy sekundy wielkiej nicości pomiędzy życiami jest jak kara – twardy, palący bicz, który ma odcisnąć piętno w twojej podświadomości: musisz walczyć do końca, bo nawet po śmierci będziesz cierpiał.
Timer odmierzający czas do odrodzenia jakby się ze mnie naigrawał, wyraźnie nie są to ziemskie trzy sekundy. Ciągną się o wiele dłużej i wciąż bezgłośnie zdzieram nieistniejące gardło, wijąc się w męczarniach pośmiertnej agonii.
Kiedy owe trzy sekundy w końcu mijają – ból znika, świat znów się wyostrza, a ja znajduję się przy białym kamieniu, czyli centrum dowodzenia. Uczucia, które mnie zalewają, są nieporównywalne z niczym. Żadne fale przyjemności z level upów nawet nie umywają się do ustąpienia bólu. To jak chodzić cały dzień w za ciasnych butach, a potem je zdjąć – tylko uczucie to należałoby pomnożyć tak z tysiąc razy.
Nie ma żadnych systemowych powiadomień ani kar, poza zmienioną liczbą żyć. Teraz mam je dwa. Dwa! Do łez boli stracić życie w pierwszej godzinie Próby, i to jeszcze przez głupotę. Przecież prawie uciekłem temu, niech go diabli, lokalnemu bossowi. Krekeń! Kto wymyśla takie nazwy?
Jestem w tych samych podartych dżinsach. Przyglądam się i widzę, jak system je identyfikuje:
Spodnie z TkaninyObrona: +1.Wytrzymałość: 19%.
I co znaczy to „+1” do obrony? Czy obniża każde otrzymane obrażenia o jedną jednostkę? A może działa to jeszcze inaczej? I czy dżinsy chronią mnie tylko przed obrażeniami zadanymi w nogi, czy mechanika świata zakłada redukcję dowolnych obrażeń, nawet w odsłonięte fragmenty ciała? Nie mam pojęcia.
Ani poradników, ani forów. Radź sobie sam, poddawany Próbie! Ech, przydałaby mi się teraz pomoc Marty…
No dobrze, zegar tyka, a ja mam tylko jedną jednostkę zasobów istnienia. W takim tempie nie tylko nie uzbieram na aktywację centrum dowodzenia, ale i zwyczajnie zginę, zostając z jednym życiem. Ale zanim rzucę się wir walki, muszę rozdzielić punkty cech. Nie ma sensu ich dalej chomikować, skoro jakiś przerośnięty bąk załatwił mnie w try miga. I w ogóle strasznie głupio zrobiłem, że nie wzmocniłem się przed tamtą nieudaną próbą farmienia.
Upewniwszy się, że w zasięgu wzroku nikogo nie ma, otwieram swój profil i dotykam drgającej zielonej kuli, która majaczy w polu widzenia, zachęcając mnie do rozdysponowania bonusowych punktów cech. Mam ich aż jedenaście, w prawdziwym życiu – tam, gdzie są Jana, Wika i Siawa – to kosmos. Jak te cechy działają tutaj, dopiero muszę się dowiedzieć.
Na próbę wrzucam punkt w Siłę i pojawia się propozycja zatwierdzenia zmian albo anulowania. Świetnie, nie muszę mieć wszystkiego w głowie i mogę pobawić się liczbami na bieżąco. Dodaję i odejmuję po jednym punkcie każdej cesze, śledząc zmiany.
Dodatkowy punkt w Sile podnosi obrażenia o jeden, a obrażenia krytyczne[5] – o trzy punkty.
Dodaję punkt do Zwinności i prędkość poruszania się rośnie o jeden procent. Teoretycznie, gdybym miał broń dystansową, wzrosłyby też obrażenia zadawane za jej pomocą, ale pod nogami nie mam nawet kamieni, żeby chociaż nimi rzucać jak improwizowaną bronią.
Inteligencja zwiększa szansę na uzyskanie dodatkowej porcji zasobów istnienia z ciał pokonanych wrogów, co z kolei przyspiesza rozwój, bo podnoszenie poziomu odbywa się właśnie dzięki zasobom. Inteligencja przyspiesza też ulepszanie modułów bazy, ale do tego mi jeszcze daleko, więc na razie jej nie podnoszę. Teraz mam dwadzieścia procent szansy na bonusowy loot i kilka dodatkowych procent nic nie zmieni, tym bardziej że żeby otrzymać loot, trzeba najpierw kogoś zabić, a mój damage[6] jest marny.
Dorzucenie punktu do Wytrzymałości zwiększa liczbę punktów zdrowia o sto. To dość ważna cecha poprawiająca przeżywalność, ale czy inwestować w nią już teraz? Muszę pomyśleć.
Za to punkt wrzucony w Percepcję daje mi od razu półtora procent do szansy na trafienie krytyczne. I to oprócz zwiększenia o dziesięć metrów promienia otoczonego mgłą wojny oraz szansy na odnalezienie utraconego artefaktu.
Punkty wrzucone w Charyzmę nie dają żadnych widocznych zmian w profilu, a w Szczęście wyraźnie podnoszą szansę na trafienie krytyczne – o procent za punkt. To mniej niż półtora procent z Percepcji, ale i tak cieszy.
Odruchowo drapiąc się w kark, robię sobie chwilę przerwy na przemyślenia. Ile punktów zdrowia miał Krekeń? Z logów wynika, że 1800. Boss załatwił mnie błyskawicznie, każdy jego atak zabierał trzysta–czterysta punktów zdrowia, ale ostatni był krytyczny i zdjął od razu ponad siedemset, wysyłając mnie na odrodzenie. Tak… Wyrzut napalmu zabierał bestii czas: między drugim a trzecim minęły jakieś trzy lokalne sekundy, czyli sześć–siedem naszych. W takim czasie mogę zadać około dwudziestu ciosów, z których każdy zdejmie jakieś trzydzieści punktów zdrowia – przy trafieniach krytycznych. Ale to bez uwzględnienia bonusowych punktów cech!
Przez następne parę minut przerzucam punkty Siły i Percepcji na wszystkie sposoby, aż w końcu znajduję optymalne ustawienie. Siedem punktów w Siłę, cztery w Percepcję – i mój krytyczny damage bez broni dobija prawie do osiemdziesięciu czterech, a średni – z uwzględnieniem szansy na obrażenia krytyczne – do pięćdziesięciu trzech.
Ciekawa mechanika świata. Uproszczona, ale bez minimalnej znajomości matematyki można zbudować tak krzywy build[7], że nie wiadomo, gdzie zęby wbić.
Główne cechySiła – 20.Zwinność – 11.Inteligencja – 20.Wytrzymałość – 11.Percepcja – 19.Charyzma – 17.Szczęście – 14.Zatwierdź | Anuluj zmiany
Zatwierdź! W przeciwieństwie do mojego interfejsu tam tutaj zmiany w cechach zachodzą natychmiast, co znów skłania mnie do myśli o wirtualnej lub sztucznie stworzonej naturze tego świata, biorąc pod uwagę technologię Starszych.
Mięśnie wypełniają się świeżą krwią, puchną jak ciasto drożdżowe i bez lustra wiem, że stałem się prawdziwym mięśniakiem jak z dowcipu. Czuję dziwny dyskomfort pod pachami, gdy tylko rozkładam ręce. Kark twardnieje i kręcenie głową nie jest już tak łatwe jak wcześniej. Barki zamieniają się w kule do kręgli, potężna klata zasłania mi widok na dolną część ciała, ale największy problem pojawia się z moją jedyną ochroną – dżinsami. Napęczniałe mięśnie czworogłowe, podobnie jak i mięśnie pośladków, ostatecznie rozrywają materiał nogawek i zostaje z nich tylko kilka bawełnianych strzępów, które bezradnie opadają na ziemię.
System identyfikuje je jako „łachmany” bez żadnych bonusów. Zostaję w samych bokserkach i one też z punktu widzenia sensu gry są bezużyteczne. Na wszelki wypadek sprawdzam, czy skóra mi nie zielenieje. Ale nie, nie jestem Hulkiem.
Za to widok, jaki otwarł się na okolicę, pozwala mi się pogodzić z faktem, że zostałem w samych gaciach. Ściana mgły wojny cofnęła się o czterdzieści metrów i teraz widzę, co jest za jarem. Pasie się tam stado gwizdaków drugiego–trzeciego poziomu, a to prawdziwy raj do farmienia! Z daleka gwizdak przypomina przerośniętego chomika z hipertroficzną głową i kolczastym grzebieniem. Zwierzęta sięgają mi mniej więcej do pasa i jeśli nie będzie jakichś niespodzianek, to powinienem sobie z nimi łatwo poradzić.
Zadanie komplikuje fakt, że nie widać końca jaru, a właśnie tam siedzi wredny, plujący napalmem zabójca Krekeń. Z moich szacunków wynika, że żeby go zabić, muszę zadać trzydzieści cztery ciosy, a to, choćbym nie wiem jak szybko tłukł jak, jakieś dwanaście–piętnaście sekund. Naszych, ziemskich sekund, czyli około sześciu–siedmiu miejscowych. Przeładowanie napalmu zajmuje temu bydlakowi sześć sekund. Dwa plunięcia na pewno wytrzymam, najważniejsze, żeby nie uciekać, tylko się bić i przed plunięciem odwracać głowę, żeby nie spalił mi oczu.
Zaryzykować? Czy może pójść spokojnie tłuc młode kirpi, fundując im lokalną zagładę? Wzdrygnąłem się, przypomniawszy sobie parzący dotyk tej pokrytej kwasowym śluzem krzyżówki jeża z ośmiornicą. Brr… A przecież musiałbym je okładać gołymi pięściami, dopóki nie znajdę jakiegoś kija czy gałęzi, z której da się zrobić maczugę.
Postanowiłem zaryzykować. Doświadczenie gamingowe podpowiada mi, że gra jest warta świeczki, a i matematyka jest po mojej stronie. A po co ja niby trenowałem boks? Jeśli nawet nie mam w profilu takiej umiejętności, to bić się przecież nie oduczyłem? Zadaję serię ciosów, imitując walkę z cieniem – wszystko jest na miejscu. Trzy, dwa, start!
Zasada trzech sekund, z której ochoczo korzystam, mówi: trzeba zacząć działać od razu po podjęciu decyzji, zanim zacznie się wewnętrzny spór z samym sobą, szukanie przeszkód i wymówek, żeby nie robić tego, co się postanowiło. Inaczej jest duża szansa, że albo stracisz czas, albo nie zrobisz nic.
Tym razem schodzę do jaru, wiedząc już, co mnie czeka. Zeskoczywszy na dno, kręcę się, wypatrując lokalnego bossa, ale nikogo nie widzę. A czas leci i za kilka minut zostanę bez zasobów istnienia. Idę kilkadziesiąt kroków w prawo – upewnić się, czy Krekenia tam nie ma. Przede mną rozbiegają się jakieś karaluchy wielkie jak koty – sarasury pierwszego poziomu – ale pomysł na łatwe zasoby upada. Stwory są zwinne i szybkie, a próba rozdeptania jednego kończy się porażką: mały gad jeży się kolcami i nie potrafię przebić chityny. W efekcie dostaję nieznaczny, ale bardzo bolesny damage, minutowy debuff zatrucia, a karaluch znika w szczelinie.
Klnąc i podskakując na jednej nodze, widzę, jak z tej samej szczeliny wyłazi obrzydliwy, srebrzysty wij trzeciego poziomu. Nastroszony, błyskawicznie owija się wokół mojej zdrowej nogi i zaciska, wbijając się ostrą szczecinką. Szalony ból każe zapomnieć o poprzednich obrażeniach i padam, wrzeszcząc i próbując zerwać krwiożerczego potwora, ale nic z tego! Szczecinka wija jest zdradliwa: z zadziorkami jak w haczyku wędkarskim, i kiedy próbuję go odczepić, odrywa się razem ze skórą i mięsem – dopiero co zregenerowanymi mięśniami.
Krwawa mgła zasnuwa mi oczy, ale liczby obrażeń i tak odświeżają się z szaloną prędkością, a moje punkty zdrowia uciekają tak szybko, że w mgnieniu oka zostaje ich tylko dwie trzecie. I to ma być „żłobek”? „Strefa dla nubów”[8]? Przecież ryzykuję usunięcie z Próby, nie spotkawszy żadnego innego kandydata!
Nie zważając na ukłucia, tłukę bestię pięściami w białawe podbrzusze, gdzie szczecina jest krótsza, i prawie – sądząc po jej pasku zdrowia – ją zabijam, ale wij nagle zsuwa się z nogi i błyskawicznie znika w szczelinie jaru. Co to za moby? Jeden straszniejszy od drugiego! Ale nie zdążyłem jeszcze o tym pomyśleć, a staje się jasna przyczyna nagłego odwrotu szczeciniastego przeciwnika: w plecy uderza mnie, powodując eksplozję bólu, znajome charczenie. W powietrzu unosi się gryzący smród spalonego mięsa.
I choć moje gołe plecy płoną trafione ognistym plunięciem Krekenia – bo to nie może być nikt inny – oblewa mnie zimny pot. Totalna katastrofa! Okaleczony przez wija, z krwawiącymi nogami, na które strach stanąć, nie mówiąc o skakaniu i bieganiu, z połową zdrowia…
W głowie chaos i panika, żegnam się już z życiem, a ciało, rozumiejąc, że ucieknę czy nie, po śmierci i tak będzie bolało, już obraca się w stronę bossa i, ignorując obrażenia, dopada go. Widzę z bliska, jak bestia generuje napalm, jak płomień, tłoczony gruczołami, gromadzi się w rynienkach pod ryjkiem, rozpalając się coraz jaśniej. Ręce robią swoje – zaciskając zęby, tłukę tego gigantycznego bąka rozbitymi do krwi pięściami, z odsłoniętymi zakończeniami nerwowymi. Procenty spadają opornie, wyraźnie wolniej, niż na to liczyłem – wygląda na to, że nie biorąc pod uwagę chitynowego pancerza bossa, śmiertelnie się pomyliłem. Obrażenia redukuje prawie o połowę, co o mało nie skończyło się wipe’em[9].
Beznadzieja…
Krekeń prostuje ryjek, szykując się do wypuszczenia piekielnego płomienia, a ja, sam nie rozumiejąc, co robię, gwałtownym ruchem obu rąk chwytam ten wyrostek i, pokonując opór, wykręcam go w górę, celując „lufą” prosto w fasetkowe oko zajmujące prawie połowę powierzchni głowy tego koszmarnego owada.
Bum! Kula ognia – dłońmi czuję wyraźnie, jak pędzi wewnątrz ryjka – zostaje wypluta i, rozbłysnąwszy białym płomieniem, przykleja się, rozlewa po oku bąka, ale nie zabija. Napalm syczy, dymi, przeżerając siateczkową powierzchnię oka, bestia emituje dźwięk na granicy słyszalności, a ja zamieniam się w młot pneumatyczny, wybijając z niej ostatnie procenty życia.
Krekeń próbuje uciec, rozpuszczając się w powietrzu, ale nie ma szans. W ostatni podbródkowy wkładam wszystkie pozostałe siły i bestia zdycha. Ciało bossa upada na ziemię, wzbijając kurz. Brzmi to tak, jakby upadł wielki bukłak pełen płynu.
Nie czując nóg, padam jak kłoda obok truchła. Wychodzi na to, że odniosłem pyrrusowe zwycięstwo: moje zdrowie dawno świeci na czerwono, a ostatnie setki punktów uciekają z powodu nałożonych dotów krwawienia, zatrucia i oparzeń. Plecy wciąż mi dymią, ale myślę, że najważniejsze to zdążyć zebrać loot, a potem mogę nawet iść na odrodzenie.
Punkty zdrowia: 186/1100.
Truchło bossa migoce i znika, zostawiając Duży Kryształ Istnienia i jeszcze jakiś przedmiot.
Punkty zdrowia: 113/1100.
Jeszcze kilka ticków i będzie po mnie. Zgarniam cały loot, nie oglądając go nawet, i błyskawicznie dotykam kryształu:
+100 jednostek zasobów istnienia.
Weryfikacja prawdopodobieństwa otrzymania bonusowej ilości zasobów istnienia (20% szans). Poddawany Próbie, weryfikacja zakończona pomyślnie!
+100 jednostek zasobów istnienia.
Krekeń był hojny. Dwieście jednostek! No to uzbierałem na aktywację centrum dowodzenia. Szkoda tylko, że życia zostanie tyle co nic. Ciekawe, czy boss się odrodzi? Jeśli tak, będzie można zajrzeć do niego jeszcze raz.
Punkty zdrowia: 40/1100.
Pomysł, który wpadł mi do głowy, działa jak zimny prysznic. Byle zdążyć! Profil!
Czy na pewno chcesz aktywować awans poziomu?Zatwierdź | Odrzuć
Tak! Dla pewności wzmacniam komendę dotknięciem – i mój pomysł działa! Przez ciało przechodzi uzdrawiająca fala, zdejmując wszystkie doty i w pełni odnawiając punkty zdrowia!
Gratulacje, poddawany Próbie! Osiągnąłeś 2 poziom!Otrzymujesz +2 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.Więcej ognia pod nogami twoich wrogów, poddawany Próbie!
Tańczę w ekstazie, odpędzając karaluchy zwabione zapachem świeżego truchła, i triumfalnie potrząsam pięściami. Została mi jeszcze reszta – dwadzieścia siedem punktów życia, więc kwestia przetrwania staje się mniej paląca. Zabiłem podstępnego lokalnego bossa gołymi pięściami, ubrany w same gacie!
Do mojego tańca dołączają dwie złote kule, natrętnie domagające się uwagi.
– Potem, potem – odpędzam je.
Od dziecka nienawidzę robactwa, więc jak najszybciej wydostaję się z drugiej strony jaru na górę – na powietrze, bliżej nieba i dalej od obrzydliwych miejscowych.
Na powierzchni nikt na mnie nie czeka, postanawiam więc zająć się badaniem lootu i nowych komunikatów systemowych – a złote kule na sto procent zostały wysłane przez system.
Przedmiot, który wypadł z Krekenia, nie okazuje się bezużytecznym śmieciem, jak to zwykle bywa na niskopoziomowych lokacjach w grach. Oglądam go z czułością, podziwiając gładkość i perfekcję linii, przyjemny ciężar, ciepło bijące z wnętrza i migoczące iskry na powierzchni.
Siłowy Kastet FuriiNajlepsza broń do walki wręcz.Zasilanie zapewniają zasoby istnienia (1% jednostek przy każdym zadaniu obrażeń).Obrażenia: 12–24.+50% do obrażeń krytycznych.
Kastet właściwie wygląda jak metalowa rękawica, ale to na pewno nie jest żaden znany na Ziemi metal, bo rozciąga się podobnie jak guma, gdy wsuwam w niego prawą dłoń. Oblepia rękę i rozlewa się po całym przedramieniu, nie krępując ruchów. Zginam i prostuję palce, obracam nadgarstkiem – leży jak ulał.
Mój pierwszy prawdziwy loot. Otwieram profil i widzę, jak po założeniu kastetu moje statystyki obrażeń skoczyły w górę: 30–46 dla zwykłych i 262 dla krytycznych! Sztos! Najwyższy czas farmić zasoby, bo zbliża się wieczór, a ja nie mam gdzie przenocować. Co instrukcje mówiły o nocy? Że drapieżne stwory są szczególnie aktywne? Nie chciałbym w samych gatkach położyć się spać na gołej ziemi i już się nie obudzić.
Ale najpierw trzeba sprawdzić, co tam system mi wciska. Dotykam pierwszej złotej kuli – rozsypuje się w chmurkę migoczącego pyłu, który zamienia się w tekst:
Poddawany Próbie! Osiągnięcie „Pierwszy! Zabójca Olbrzymów” odblokowane!Jesteś pierwszym w tej fali, który pokonał lokalnego bossa.Otrzymujesz +3 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.
Domyślając się już o co chodzi, z zachwytem dotykam drugiego zwiastuna osiągnięć.
Poddawany Próbie! Osiągnięcie „Pierwszy! Zawadiaka” odblokowane!Jesteś pierwszym w tej fali, który pokonał istotę o pięć poziomów wyższą.Otrzymujesz +3 punkty do cech, które możesz rozdzielać dowolnie.
Dwa za awans poziomu, plus sześć z osiągnięć – razem osiem punktów cech!
Rozdzielam je od razu. Dość już odkładania na później.
Dodaję cztery do Wytrzymałości, podnosząc punkty zdrowia: bez ubrania nie mam obrony, a przeżywalność trzeba zwiększać!
Jeden punkt do Szczęścia – nigdy nie jest zbędne.
Jeszcze jeden do Siły, a ostatnie dwa do Percepcji.
Szansa na kryt rośnie do czterdziestu pięciu i pół procent, a obrażenia krytyczne – prawie do trzystu. Uff, maszyna do krytów!
Z takimi statami podobnych Krekeniowi będę kładł w parę sekund! No, prawie.
A teraz – farmić.
Ale ostrożnie, nie tracąc czujności…
Zapada zmierzch, kiedy wreszcie dobijam zapasy zasobów istnienia do setki z hakiem. Setka na aktywację centrum dowodzenia, a „hak” na podtrzymanie zdrowia. Trafiające mi się moby nie grzeszyły różnorodnością – te same kirpi, których kolce miażdżyłem teraz uderzeniem kastetu; agresywne gwizdaki, atakujące stadem i uciekające, gdy tylko ich pasek zdrowia spadał poniżej połowy; krekniaki – wersje light Krekenia, tylko nie rarniki[10] – zamiast napalmem pluły żrącą, ale nie śmiertelną substancją, i były mniej więcej dwa razy mniejsze…
Dużo czasu schodziło na regenerację, a doprowadzało mnie do szału, gdy niedobitki zwiewały tak szybko, że nie mogłem ich dogonić. Kiedy podczas kolejnego pościgu wpadłem w zasadzkę kirpi, przestałem gonić dezerterów na oślep. Zamiast tego, gdy zbliżał się moment ich ucieczki, łapałem i trzymałem moba rękami, żeby nie uciekł.
Nic poza zasobami istnienia z mobów nie wypadało i mój plan, by się ubrać, lootując ciuchy, spalił na panewce.
Tak przemierzam cały swój heksagon i docieram do sąsiedniego. Orientuję się, że przekroczyłem granicę – przypomina to przechodzenie przez pajęczynę. Na granicy czułem ledwo słyszalne buczenie pola energetycznego dzielącego heksagony. Mnie pozwala przejść, ale zauważonego przeze mnie gwizdaka odpycha tak, że ten aż koziołkuje do tyłu.
Wracać czy iść dalej? Przypominam sobie, że mogę przejąć neutralny heksagon, a nie tylko ten, na którym się pojawiłem. Teoretycznie do mojego centrum jest tyle samo, co do środka tej strefy. Decyduję się iść naprzód – jak farmić, to farmić, skoro nie ma tu ani zmęczenia, ani głodu. Co za różnica, które centrum aktywuję: swoje czy neutralne? Za to zgarnę wszystkie dodatkowe zasoby istnienia, a im ich więcej, tym szybciej będę mógł się rozwijać.
Robię dosłownie pięćdziesiąt kroków, po czym gwałtownie padam w trawę, dostrzegłszy nietypową dla tych stron ludzką sylwetkę niemal na granicy mojej mgły wojny.
Carter, człowiekPoziom 4.
Przygarbiony, nieco korpulentny Carter skrada się, trzymając się blisko ziemi. Nie wiem, czy mnie zauważył, ale spotkanie z nim grozi kłopotami! Ile on musiał nafarmić zasobów, skoro aktywował już czwarty poziom, w ręku trzyma połyskującą drapieżnym żądłem włócznię, a wokół niego, w roli ochrony, porusza się oddział jego osobistych mobów, wyposażonych w pałki?
Jeden z nich nagle się zatrzymuje, węszy, odwraca głowę i patrzy na mnie. Ułamek sekundy później w moją stronę gapi się już cały oddział, włącznie z samym Carterem.
[1] Mob – slangowa nazwa ruchomego obiektu, zwykle potwora, w grach komputerowych, zwłaszcza w internetowych grach fabularnych.
[2] Loot (ang. loot – łup) – wartości w grze, zdobywane przez graczy po zabiciu mobów lub innych graczy.
[3] Farm, farmić (ang. to farm) – zdobywać walutę i przedmioty w grze poprzez zabijanie potworów.
[4] Aggrować (ang. aggression – agresja) – wykonać działanie, które doprowadzi do ataku postaci niezależnej na postać gracza.
[5] Obrażenia krytyczne – w grach komputerowych i planszowych to specjalny rodzaj trafienia, które zadaje znacznie większe obrażenia niż zwykły atak.
[6] Damage – (ang. damage – obrażenia) liczba punktów zdrowia, które możesz odebrać przeciwnikowi, jeśli go uderzysz, rzucisz zaklęcie lub użyjesz umiejętności ofensywnej.
[7] Build (ang. to build – budować, konstruować, tworzyć coś z elementów) to growy termin oznaczający konkretną konfigurację postaci. Krzywy build – źle skonstruowana postać.
[8] Żłobek, nubiarnia – początkowe lokacje w MMORPG dla nowicjuszy.
[9] Wipe – kompletna porażka uczestników rajdu.
[10] Rarniki (slang komputerowy) – rzadkie potwory, lokalni bossowie, zwykle o podwyższonych parametrach, jak na przykład Krekeń.
