Lato w Pensjonacie pod Bukami - Dorota Gąsiorowska, Anna H. Niemczynow, Agnieszka Krawczyk - ebook
Opis

Czy istnieją miejsca, które mają magiczną moc czarowania rzeczywistości? I których urok spływa na gości jak ciepły, letni deszcz, obiecujący ukojenie i nowy początek?

Stary, ale odrestaurowany bieszczadzki Pensjonat pod Bukami kryje w sobie magiczną moc przyciągania wszystkich zagubionych dusz.
Prowadzi go atrakcyjna i dystyngowana starsza pani, Róża. Każdego roku przyjeżdżają tu osoby, które szukają swojego miejsca w życiu i czekają na swoją szansę, dzięki której odnajdą w końcu szczęście.
Także tego roku Pensjonat stanie się przytuliskiem dla młodych małżeństw, zwaśnionych sióstr, dawnych kochanków i samotnych serc.
Każdy pokój zdobi grafika z cytatem z wiersza Stachury lub piosenki Starego Dobrego Małżeństwa. Odczytane słowa ze ścian, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, będą miały wpływ na późniejsze wydarzenia czytających je osób.
A może tak właśnie działa poezja? Zmusza do zatrzymania i refleksji, a potem subtelnie podpowiada myślom nowy tor.
Zapraszamy do Pensjonatu pod Bukami. Tego lata, jak zwykle, Pensjonat stanie się świadkiem nowych początków, sklejonych serc i tworzenia niezapomnianych chwil.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 484

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MARZENA ROGALSKA

Dom

Joasi Belon

Stało się. Nareszcie koniec!

Ucichł gwar, stukot młotków, wizg strugów na belkach, przebrzmiały soczyste przekleństwa cieśli z Sękowej, ponoć najlepszego. Jak powiadano, znał ledwie osiem słów, z czego cztery nie nadawały się do powtarzania, choć on robił to z upodobaniem i w najprzeróżniejszych konfiguracjach. Znał też, jak się okazało, dziewiąte i dziesiąte. Gdy już skończył robotę i zainkasował umówione wynagrodzenie z załącznikiem w postaci butelki łąckiej śliwowicy w formie premii, pocałował kobietę rzetelnie i soczyście w dłoń, łaskocząc sumiastymi wąsami, i chropawym głosem rzekł: „dziękuję”. Po czym z naciskiem dodał: „wam”. Wybrzmiały w tym szacunek i zrozumienie.

Po krzątaninie kobiet z pobliskiego przysiółka, zatrudnionych do pomocy, pozostała już tylko cisza i jasność pokojów, lśniących wyszorowanymi do białości deskami podłóg, przepełnionych delikatnymi zapachami wrzosu, ziół i świeżo wypranej pościeli, czekających na przyjęcie pierwszych gości.

Po pracy wszystkich – pozostał dom. Pachnący i słoneczny, z ciemnych, bukowych, dobrze osadzonych belek, przeplatanych malowanymi na niebieski kolor warkoczami, których błękit zdawał się mocniejszy od barwy przedwieczornego, czerwcowego nieba odbijającego się w szybach prostych okien, o framugach z jasnego drewna. Dom, który zdawał się stać od zawsze, jakby kiedyś, dawno, wyrósł z ziemi razem z lasem i jakby wiele razy umierał ze starymi drzewami, odradzając się do nowego życia w bujności młodej bukowiny. A w tym wszystkim – ona. Pilnująca wszystkiego, dokładna, budząca szacunek, bo pracująca na równi ze wszystkimi, zawsze konkretna, surowa i nieustępliwa.

Stary stolarz, który w niewielkim warsztacie z pomocą wnuka odnawiał dla niej skupowane za bezcen, zniszczone, czasem uratowane od ognia wiekowe łóżka, stoły, krzesła i szafy, lekceważył zupełnie jej kostyczną stanowczość. Mamrotał tylko pod nosem: „Głupieście są, ale poćciwe”, odżegnując się z pobłażaniem od szaleństwa miastowej kobiety. Bo trudno by inaczej w dwóch słowach nazwać pozostawienie za sobą tego wygodnego, miastowego życia, o którym stolarz wiedział z opowiadań żony, całymi dniami oglądającej wszystkie możliwe telenowele. Było jednak w tych słowach więcej miłości niż pobłażania. Wymrukując je przy starannym szlifowaniu powierzchni wiekowego, stołowego blatu, stolarz czuł się znów młody, jak wtedy, gdy uczył się, jeszcze będąc czeladnikiem, tego cierpliwego, powtarzalnego ruchu przemieniającego szorstkość połączonych ze sobą desek w idealną gładź, na której wpierw delikatnym, a potem coraz mocniejszym rysunkiem smużą się słoje doskonale wysezonowanego drewna.

„Głupieście, ale poćciwe” – powtarzała teraz z uśmiechem, dotykając starych mebli, prostych, drewnianych łóżek, półek, stolików, patrząc na pięknie odnowioną witrynkę, w której pyszniła się porcelana, a także przechodząc obok pianina stojącego w największej, kuchenno-jadalnianej izbie. Pamiętała, że jego ciężar tragarze przeklinali znacznie bardziej niż cieśla swoją ekipę, i słowami bardziej wymyślnymi niż te jego mizerne cztery, mamrotane bez ustanku.

Przystanęła przed ławą pod kuchennym oknem. Piętrzyły się na niej ramki, w których troskliwie zabezpieczone idealnie wyczyszczonymi szybkami widniały teksty wierszy i piosenek, drukowane ozdobną, pełną zawijasów czcionką. Każdy tekst, każdy fragment wiersza coś dla niej znaczył, przywoływał wspomnienia, każdy z nich mogłaby wyrecytować w środku nocy, wyrwana z najgłębszego snu. Przypominały szaloną beztroskę młodości, czas, gdy nie ma się niczego, a jednak ma się więcej niż kiedykolwiek: żadnego bagażu, a przed sobą – wieczność. Powieszenie tych skromnych ramek zostawiła na sam koniec, na chwilę, gdy w domu zapadnie po raz ostatni cisza, a ona zostanie w nim – też po raz ostatni – sama. Potem przyjdzie czas na gwar, śmiech rozjaśniający drewniane ściany jej domu, opowieści z innych czasów i miejsc. A może będzie tylko ciężka, zabijająca duszę, niewdzięczna praca właściciela pensjonatu, do którego przyjeżdżają orędownicy zasady: „płacę i wymagam”, dręczący, nieprzyjaźni, niezadowoleni?

Otrząsnęła się ze złych myśli. Ten wieczór jest tylko dla niej, myślała o nim tyle razy, marzyła, by wreszcie nadszedł. Nic nie mogło go zniszczyć. Wyobrażała sobie tę chwilę po wielokroć. Oto wszyscy wychodzą, ona przechodzi po pokojach, idzie do łazienki, bierze prysznic, wkłada ulubioną, zwiewną, zieloną sukienkę. Przygotowuje sobie lekki posiłek i wyjmuje butelkę dobrego wina, do niej małą szklaneczkę. Żaden tam delikatny, pękaty kieliszek przypominający czasy wiecznego udawania, nieustającego dbania o pozory, o to, żeby było tak, jak inni spodziewają się, że powinno być. Mała szklaneczka, zupełnie taka jak te, z której tak dobrze piło się mocne, domowe wino, gdy po raz pierwszy autostopem pojechała do Francji. Ile to już lat?

Roześmiała się. Czuła, że na samo wspomnienie prostuje się, jakby uwolniona od ciężkiego plecaka. Prostuje się i unosi, coraz lżejsza i lżejsza. Ruszyła do łazienki, zrzucając z siebie po drodze ubranie, nieśmiertelny battle dress i wyciągnięty podkoszulek. Bielizny pozbyła się na progu łazienki. Już po chwili pod strugami gorącej wody zmywała z siebie resztki zmęczenia. Napięcie znikało, zastępowała je radosna ekscytacja.

Wyszła spod prysznica, stanęła nago przed lustrem, które szybko zaczęło pokrywać się mgiełką. Już dawno zgodziła się na nieprzekraczalne reguły gry z życiem, na akceptację swojego ciała, kiedyś pięknego, teraz jednak starzejącego się nieubłaganie i nieodwołalnie. Kiedy on ją zostawił, powiedziała sobie: „Jestem wciąż taka, jaka byłam. To, co we mnie ważne, nie zmieniło się, więc szukał we mnie tego, co nieistotne”. Nie wierzyła, że to pomoże, rzadko kiedy takie racjonalizacje cokolwiek dają, ale tym razem stało się inaczej. Nie przestało boleć, ale ból stał się łatwiejszy do zniesienia, oswojony, jak ból mięśni po długiej wędrówce przez góry, zwiastujący ulgę i odpoczynek.

Włożyła bieliznę, sięgnęła po ulubione perfumy.

Może długo nie będzie okazji – pomyślała.

Następnego dnia po południu miało pojawić się siedmioro pierwszych gości. Uśmiechnęła się na myśl o Oldze, jej córce, która – choć w skrytości ducha uważała jej pomysł na pensjonat za pierwszy objaw boskiego szaleństwa matki – to jednak wspierała ją ze wszystkich sił. To dzięki niej w mediach społecznościowych kilkaset osób śledziło postępy w odnawianiu domu, to ona przyjmowała pierwsze rezerwacje – na początek pewnie od swoich bliższych i dalszych znajomych szukających czegoś, co znali tylko z opowieści dziadków: prostoty i wolności, a choćby nawet ich namiastki. Będą tak przyjeżdżać, cieszyć się jej domem, bliskością, bukowym lasem, będą się sycić łagodną rozległością połonin, wracać wieczorami po całym dniu wędrówek po okolicznych szlakach. Może, zamiast narzekać na słaby internet i niską transmisję danych na Instagram, zaczną rozmawiać? Tak jak wtedy, gdy ona była młoda, gdy z wakacji wysyłało się rodzicom kartkę pocztową, przy dobrych układach docierającą do nich tuż przed powrotem dzieci, i gdy na zamawianą gdzieś na poczcie, rujnującą kieszeń rozmowę błyskawiczną z Warszawą czekało się pół godziny, a na zwykłą można było się wcale nie doczekać.

Włożyła sukienkę. Czuła się w niej dobrze, pasowała na ciepły, czerwcowy wieczór, samotny i spokojny. Jeszcze tylko lekki makijaż, taki tylko dla siebie, pantofelki na średnim obcasie i naszyjnik z ciemnych kamieni, z dużym gagatem oprawnym w srebro. Olga nie lubiła tego naszyjnika, mówiła, że jest żałobny, że kojarzy jej się źle. Ona tylko uśmiechała się pobłażliwie. Żałobny, nie żałobny, ale zawsze przynosił jej szczęście. Teraz też będzie jej ono potrzebne.

W kuchni otwarła wino, przygotowała trochę sera, chleba, kilka kawałków marynowanej papryki. Na surowy, dębowy blat ciężkiego stołu rzuciła plecioną podkładkę i ułożyła na niej sztućce i serwetkę. Z kredensu wyjęła szklaneczkę z grubego, rżniętego szkła, jedną z dwóch, uratowanych cudem z jakiegoś lamusa, gdzie brodziła w skorupach potłuczonych naczyń, próbując odnaleźć cokolwiek starego, ładnego i całego. Z szuflad wydostała sztućce, talerzyk, płócienną serwetkę, zapaliła kilka świec, przesunęła na środek stołu tkwiącą w niewielkim wazoniku samotną, czerwoną różę. Na zewnątrz niebo było już prawie ciemne, musiało być dobrze po wpół do dziesiątej. Zmierzch trwał tam zawsze dłużej, słońce wcześnie zachodziło za góry, ale niebo wolno traciło swój błękit, opieszale przechodząc w granat i czerń usianą gwiazdami, wydającymi się czasem jak na wyciągnięcie ręki, a czasem odległymi i obcymi.

Spojrzała na stół. Było już wszystko. Nalała sobie wina i podniosła szklaneczkę.

– Za powodzenie – powiedziała głośno. Jej głos wybrzmiał ciepło. Spróbowała wina, było doskonałe. Smakowała długo, celebrowała pierwszy łyk. Odstawiła szklankę i… zamarła. Usłyszała ciche pukanie do drzwi.

Cała świąteczność, uroczystość chwili zniknęła nagle. Trwała w wahaniu: „co zrobić?”. Pukanie powtórzyło się, mocniejsze, bardziej natarczywe. Nie spodziewała się nikogo, o tej porze nikt nie chodził już pobliskim szlakiem, a ludzie z przysiółka zasypiali wraz ze zmierzchem i wstawali przed świtem. Poczuła lęk. Po raz pierwszy została sama w pustym domu i po raz pierwszy poczuła swoją bezbronną samotność. To było coś, o czym nigdy nie myślała. Jest sama.

Siedziała bez ruchu przy zastawionym stole i czekała, z zapartym tchem wsłuchując się w ciszę. Pukanie nie powtórzyło się. Odetchnęła z ulgą, ale gdzieś w głębi duszy tkwiła obawa. Nagle, w ułamku sekundy, poczuła na sobie czyjś wzrok. Spięła się gwałtownie i wyprostowała. W kuchennym oknie zobaczyła twarz, oświetloną blaskiem ustawionych na stole świec. Nim zdążyła pomyśleć cokolwiek – twarz zniknęła, a po chwili znów rozległo się pukanie. Tym razem głośniejsze, bardziej stanowcze.

Wezbrał w niej bunt. Nienawidziła się bać, dusiła zawsze strach w zarodku, wiedziała, że jeśli raz mu ulegnie – będzie z nią cały czas. Teraz też nie mogło być inaczej.

Wstała gwałtownie i w napięciu, stanowczym krokiem podeszła do drzwi.

– Kto tam? – zapytała szorstko.

– Staszek Czech. Chodzę po górach – usłyszała w odpowiedzi męski głos. – Chciałem poprosić o trochę wrzątku do termosu.

Głos był miły. Odetchnęła głębiej. Wrzątek do termosu!

– Dlaczego nie zapalił pan ogniska? – zapytała, by cokolwiek powiedzieć.

– Jest susza – odparł przytomnie. – Nie ma gdzie palić ognia. Chyba że na drodze.

W jego głosie zabrzmiała wesołość.

Zaświeciła światło w sieni, przekręciła klucz w zamku i uchyliła drzwi. W słabym świetle czterdziestowatowej żarówki zobaczyła krótko ostrzyżonego mężczyznę w czerwonym polarze, z plecakiem, do którego przytroczona była gitara. Na polarze zobaczyła niebieski krzyż. Goprowiec. Grupa bieszczadzka. Odetchnęła głęboko.

– Niech pan wejdzie – powiedziała już całkiem spokojnie.

– To nie schronisko – usłyszała. – Nie będę przeszkadzał, poczekam tutaj.

Odczepił od naramiennika plecaka półlitrowy termos i podał jej. Wzięła go i poszła w stronę kuchni. Włączyła elektryczny czajnik i spróbowała otworzyć termos, ale korek nie poddawał się łatwo. Po kilku próbach zrezygnowała i zawróciła do drzwi. Mężczyzna stał w tym samym miejscu, co poprzednio, bez ruchu, w oczekiwaniu.

– Musi mi pan pomóc – stwierdziła, podając mu naczynie. – Zapiekł się zupełnie.

Lekkim ruchem odkręcił korek i oddał jej termos.

– Dziękuję – powiedział. – Od wczoraj nie piłem niczego ciepłego.

Zawahała się na ułamek chwili. Decyzja była szybka.

– Proszę wejść – powiedziała stanowczo, otwierając szerzej drzwi i cofając się o krok. – Jesteśmy w górach, prawda? Wrzątek należy się każdemu, podłoga też, a tak się składa, że mam tu dużo miejsca.

Mężczyzna wysunął prawe ramię z uprzęży plecaka.

– Skoro tak… – zaczął, ale nie dokończył zdania.

W jednej chwili zrozumiała, że on czuł się jeszcze mniej pewnie niż ona. Jej początkowy niepokój ustąpił miejsca uldze. Otworzyła szerzej drzwi. Mężczyzna zawahał się, lecz wreszcie zrobił pierwszy krok i wszedł do sieni, ostrożnie zdjął plecak i położył go delikatnie na podłodze. Wyprostował się i odwrócił do niej.

– Dziękuję – powtórzył.

Mogła mu się wreszcie lepiej przyjrzeć. Gdy zobaczyła jego twarz w oknie i gdy przyjmowała od niego termos, wydawał się jej co najwyżej czterdziestolatkiem, teraz zrozumiała, że musi być znacznie, znacznie starszy. Nie, to nie sylwetka, nawet nie zmarszczki, nie siwizna na skroniach, ale oczy. Zmęczone oczy, które pewnie widziały niejedno.

– Niech pan wejdzie dalej – powiedziała. – Skąd się pan tu wziął?

– Spóźniłem się na spotkanie – przyznał otwarcie. – Byłem umówiony niedaleko z przyjaciółmi.

Wymienił niewielką osadę. Znała ją, jedna z kobiet, która jej pomagała, pochodziła stamtąd. Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Przecież to prawie trzydzieści kilometrów! – zauważyła.

– Przecież mówię, że niedaleko – mruknął. – Niecałe osiem godzin.

– I ile się pan spóźnił? – indagowała uparcie.

Popatrzył na nią i zaśmiał się. Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że spod jego dojrzałości wyjrzał nagle chłopiec.

– O jedną dobę – powiedział. – Pomyliły mi się dni, nie mam do tego głowy. Kiedy przyszedłem tam dzisiaj przed południem, już ich nie było. Nie wiem, dokądposzli.

– Trzeba było zadzwonić – stwierdziła odruchowo. – Gdzieś byście się odnaleźli.

– Nie mam telefonu – przyznał beztrosko. – Nie jest mi potrzebny.

Popatrzyła na niego zaskoczona.

– Ale przecież… – zaczęła.

Machnął tylko ręką.

– Kiedy mam dyżur, używam służbowego – powiedział. – Prywatnego nie mam od lat. Po co mi?

– Ale przecież bliscy… – zaczęła i urwała nagle. Nie odpowiedział. Milczeli chwilę, stojąc przed sobą.

Czajnik, który od pewnej chwili szumiał już całkiem donośnie, wyłączył się nagle z głośnym tyknięciem.

– Czy mogę dostać ten wrzątek? – zapytał mężczyzna. – Zaraz sobie pójdę.

W jakiś niezrozumiały sposób poczuła się winna. Niepotrzebnie zadawała tyle pytań.

– Zapraszam na kolację – rzekła stanowczo. – Może to nie jest schronisko, ale to też nie jest zwykły dom. Przecież każdy by pana przyjął. Zjemy razem, dobrze?

Pokręcił głową.

– Nie każdy by przyjął – powiedział tylko. – Ale bardzo dziękuję.

– Dziękuję, tak czy dziękuję, nie? – Roześmiała się. Głupie, szkolne pytanie sprawiło, że napięcie zniknęło nagle, nieoczekiwanie. Pozostali tylko oni: zmęczony człowiek, który zszedł właśnie z gór i ona, która miała czym go ugościć.

– Dziękuję, tak. – Kiwnął głową, ale nie uśmiechnął się. – Jestem wdzięczny.

– Proszę wejść dalej. – Pokazała mu drzwi kuchni.

Podniósł plecak i przeszedł kilka kroków. Stanął onieśmielony, widząc świece i zastawiony stół.

– Chyba naprawdę nie powinienem… – zaczął.

– Dołożę nakrycie – przerwała mu nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Jeśli chce pan się jakoś odświeżyć, łazienka jest tam. – Wskazała ręką. – Korytarz i zaraz po lewej stronie.

Zrobił krok w tamtym kierunku. Nagle przypomniała sobie o rozrzuconych po drodze ciuchach.

– Niech pan zaczeka – zawołała w popłochu i pobiegła do łazienki. Zbeształa się w myślach. Ona, która nigdy nie pozwalała sobie na bałaganiarstwo, i taka wpadka… Wściekła na siebie zebrała z podłogi rzeczy i wepchnęła je do pustego kosza na brudną bieliznę.

– Już – powiedziała, wychodząc. – Ręczniki są po lewej stronie, na szafce.

Jeśli nawet cokolwiek zauważył, nie dał tego po sobie poznać. Kiwnął tylko głową, odpiął od plecaka gitarę, położył ją delikatnie na podłodze i z plecakiem ruszył do łazienki. Po chwili usłyszała szum prysznica.

Szybko dołożyła nakrycie, dostawiła drugą szklaneczkę i zaczęła krzątać się przy kuchni. Po chwili zapachniało pięknie. Przełożyła warzywa z patelni na talerze, dołożyła odgrzanego gulaszu i szybko pokroiła pieczywo. Przyjrzała się krytycznie stołowi, przesunęła butelkę z winem, poprawiła serwetki, wyrównała sztućce, postawiła filiżanki i dzbanek ze świeżo zaparzoną herbatą.

– To rzeczywiście nie jest schronisko – usłyszała zza pleców. Wyprostowała się i odwróciła gwałtownie. Stał przed nią, w jasnych, płóciennych spodniach i wypuszczonej na nie niebieskiej koszuli. Niewysoki, szczupły, znów emanował młodzieńczością. Zupełnie inaczej niż przed chwilą, wydawał się swobodny. Gdzieś zniknęła jego nieśmiałość, choć kobieta nadal czuła dystans.

– Dlaczego nie? – zapytała obronnie i cofnęła się o krok. Zerknęła na stół i sama zrozumiała bezsens pytania. Wszystko, co było na stole, choć z lamusa, wyglądało w jakiś sposób pięknie, tchnęło harmonią i dobrym smakiem, tak odległym od schroniskowej wizji wyszczerbionych, spękanych naczyń. Jak w doskonałym lokalu, idealnie przygotowane, rozstawione, ułożone. Zbyt idealnie.

– Proszę siadać – powiedziała. – Zjemy razem.

Podszedł do niej tak, jakby był z nią w restauracji. Uśmiechnęła się i usiadła. Poprawiła się na wyplatanym siedzisku, on dosunął delikatnie krzesło i usiadł na drugim. Zdjął ze stołu serwetkę i położył sobie na kolanach.

– Pachnie przepięknie – zauważył. – Czy mogę pani nałożyć…?

Kiwnęła głową. Po chwili jedli powoli, smakując każdy kęs.

– Znakomite – powiedział wreszcie. – Świetnie pani gotuje. I chciałbym bardzo wiedzieć…

– Gdzie się tego nauczyłam? – zapytała surowo. – Nie ma pan innych pytań?

Pokręcił głową, odkładając serwetkę.

– Chciałbym wiedzieć przynajmniej, jak pani ma na imię – wyznał. – Dlaczego jest pani tutaj sama, choć ten dom prawie drży w oczekiwaniu, aż pojawią się w nim ludzie. Jest piękny. Jak to się stało, że w miejscu, w którym spodziewałem się najwyżej wrzątku, dostałem drugie nakrycie i wspaniałe jedzenie.

Drgnęła zaskoczona.

– Naprawdę się nie przedstawiłam? Przecież… – urwała, widząc jego uśmiech. Patrzył na nią przyjaźnie.

– Wiem, nie powinienem pytać – rzekł. – Ale o to muszę. Jak pani ma na imię?

Popatrzyła na środek stołu, na którym pysznił się wspaniale rozkwitły kwiat.

– Róża – powiedziała spokojnie. Wiedziała, że nie uwierzył.

– Pani Różo – zaczął i przerwał, widząc jej niecierpliwy gest.

– Jesteśmy w górach – powtórzyła nie wiadomo już który raz. – Kiedy chodziłam, nikomu nawet nie przyszłoby do głowy mówić komuś na „pani” czy „pan”.

– Chodziła pani… chodziłaś?

Widziała, jak to jedno słowo: „chodziłaś” zmienia go w jej oczach. Jak znika dystans, jak rozwiewa się rola, którą sama przecież mu narzuciła, rola dystyngowanego nieznajomego spotkanego przypadkiem na ekskluzywnej kolacji, gdzieś w świecie, z którego przecież uciekła, a do którego i on pewnie nie należał. Jedno słowo, jeden wspólny kod, jedna nić porozumienia. Przypomniała sobie nagle, kim on jest: człowiekiem w goprowskim polarze, kimś, dla którego trzydzieści kilometrów po górach w niecałe osiem godzin z ciężkim plecakiem to niedaleko. Kimś, kogo nie trzymają się daty, dla kogo spóźnienie się na spotkanie o jeden dzień było czymś zwyczajnym. Dla którego czas nie ma znaczenia.

– Nie odpowiedziałaś – zauważył. – A ja bardzo chciałbym wiedzieć.

Otrząsnęła się z myśli.

– Chodziłam – przyznała. – Przez całe liceum i całe studia. Dopóki… – przerwała.

– Dopóki nie założyłaś rodziny – dokończył spokojnie. – Prawie wszyscy tak mieli.

– Prawie? – podchwyciła.

– Prawie – potwierdził. – Wiesz, jakie to dziwne widzieć, jak powoli, powoli wykruszają się ci, których spotykałaś na szlaku? Jak sezon po sezonie znikają, wtapiając się w miasto, jak w studnię bez dna…

Obrzydzenie w jego głosie, gdy wypowiedział słowo „miasto”, było tak wielkie, że aż się uśmiechnęła. Nie mógł tego nie dostrzec.

– To zabawne? – zapytał.

Pokręciła głową.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie śmiałam się z tego, co mówiłeś. Pomyślałam, że przeżyłam lata w tym mieście, o którym wspomniałeś z takim obrzydzeniem.

– Aż w końcu miałaś go dość – zauważył nie bez satysfakcji. – Jak myślisz, dlaczego dojrzali ludzie stamtąd uciekają?

Wzruszyła ramionami.

– Każdy z innego powodu – powiedziała. – Jedni dlatego, że mają dość szukania miejsca do zaparkowania przy zatłoczonych ulicach, inni mają dość ludzi.

– A ty? – zapytał.

– Ja? – roześmiała się. – Nie za wcześnie na takie pytania?

Zmieszał się trochę.

– Prawda – przyznał. – Powiedz lepiej, gdzie chodziłaś?

– Wszędzie – powiedziała krótko. – Trudno byłoby znaleźć miejsce, gdzie mnie nie było. Ale to wszystko było bardzo dawno…

– Chyba nie aż tak bardzo – mruknął. – Aż dziw, że się nie spotkaliśmy. Zresztą kto wie, spotykało się wtedy dziesiątki, setki takich jak my, na szlakach, w kolibach, czasami przy ogniskach albo w jakimś schronisku…

– Tam akurat najrzadziej – zauważyła. – Nie stać mnie było wtedy. Nawet ze zniżką PTTK.

– Jak ja to dobrze rozumiem… – westchnął. – Ja chodziłem pewnie wcześniej. Późne lata siedemdziesiąte…

Popatrzyła na niego zaskoczona.

– Ile właściwie masz lat? – zapytała. – Niemożliwe, żebyś chodził w tamtych czasach… Uśmiechnął się wstydliwie.

– Rocznik pięćdziesiąt dziewięć – powiedział. – Zacząłem, kiedy miałem siedemnaście lat.

Patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Mam pokazać ci dowód osobisty? – spytał.

– Nie, nie – powiedziała pospiesznie. – Tylko… – zawahała się – ja też.

– Co takiego?

– Rocznik pięćdziesiąt dziewięć – powiedziała. – Za trzy miesiące mam sześćdziesiąte urodziny.

Powinien teraz zacząć ją przekonywać, że nie wygląda na swoje lata, zdziwić się lub udać zdziwienie, wykorzystać wszystkie możliwe schematy konwenansu, ale nic takiego się nie stało.

– Dobry czas, żeby zacząć na nowo – powiedział tylko.

– Skąd wiesz? – Zaskoczenie w jej głosie było aż nadto czytelne. Popatrzył jej w oczy.

– Zgadłem, prawda?

– Zgadłeś – przyznała.

– W takim razie powiedz, co to za okazja. Nie obchodzisz dzisiaj urodzin, a wyglądasz przepięknie, masz na sobie śliczną sukienkę, naszyjnik, miałaś zamiar spędzić samotnie wieczór przy doskonałym jedzeniu i butelce wina, a jednak wpuściłaś mnie do domu i podzieliłaś się jedzeniem. Głodnych nakarmić, spragnionychnapoić…

Sięgnęła po butelkę i nalała im wina.

– Okazja… – powtórzyła. – Skończyłam właśnie odnawiać i przygotowywać ten dom, jutro przybywają pierwsi goście. Dzisiaj jest ostatni dzień mojego dawnego życia. Od jutra wszystko będzie nowe i inne.

– Zainwestowałaś – bardziej stwierdził, niż zapytał.

Popatrzyła na niego z oburzeniem.

– Myślałam, że wyraziłam się jasno – rzekła stanowczo. – Sprzedałam wszystko, co miałam, wyprowadziłam się z miasta i spaliłam za sobą mosty.

Pokręcił tylko głową.

– Miałem na myśli coś innego – wyznał. – Że po raz pierwszy zrobiłaś coś dla siebie, nie dla rodziny czy znajomych. Masz dzieci?

Pytanie było tak niespodziewane, że odpowiedziała zupełnie odruchowo.

– Mam, córkę.

– Gratuluję – powiedział swobodnie. – Jeśli jest taka jak ty, będzie chciała tu przyjeżdżać. Może sama, może z przyjaciółmi? Pomagała ci?

– Tak. – Uśmiechnęła się do swoich myśli. Zobaczyła w nich Olgę wrzucającą z telefonu kolejną relację z odnawiania domu, dwojącą się i trojącą, aby cały świat wiedział, że powstaje nowe, niezwykłe miejsce.

Wzięła do ręki szklaneczkę, on zrobił to samo. Wypili po łyku. Odsunął krzesło i wstał.

– Przepraszam – usprawiedliwił się – nie umiem siedzieć godzinami przy stole. Muszę zrobić parę kroków.

Kiwnęła głową z uśmiechem, czując jeszcze w ustach wyrazisty, zmysłowy smak wina. On tymczasem podszedł do ławy, na której piętrzyły się ramki z fragmentami wierszy i piosenek. Uśmiechał się, odczytując pod nosem teksty i zerkając na podpisy.

– Wiesz – powiedział nagle – poznałem ich prawie wszystkich.

– Jak to: poznałeś? – zdziwiła się.

– Trudno ich było nie znać, gdy chodziło się z gitarą – mruknął. – Stachurę najsłabiej. Miałem osiemnaście lat, kiedy po szczeniacku napisałem muzykę do jego wiersza i posłałem mu kasetę. Gdzieś ją odsłuchał, chyba mu się spodobało, bo odpisał z podziękowaniem i potem nawet śpiewał tę moją melodyjkę…

– Żartujesz chyba – westchnęła. – Kochałam się w nim.

– Nie byłaś jedyna. – Kiwnął głową. – Spotkałem się z nim rok później, przypadkiem. Przypomniałem się, rozmawialiśmy chwilę. Był w złej formie, ale kto mógł przewidzieć, co się wkrótce wydarzy. Kiedy umarł, przez lata nie tknąłem czegokolwiek, co napisał. Nie mogłem znieść tej mody, tego wariactwa, nieustannego powtarzania: „Sted to, Sted tamto”. Ludzie, których zupełnie nie obchodził, nagle zaczęli opowiadać, jak dobrze się z nim znali, jak się z nim przyjaźnili…

– Tak jest zawsze – potwierdziła. – Co w tym dziwnego? Tacy są ludzie.

– Nie masz o nich zbyt dobrego zdania – zauważył. – Ja też. Pewnie dlatego zostałem w górach.

– Co to znaczy: zostałem w górach?

Przeglądał kolejne ramki. Po chwili wyprostował się.

– Ja po prostu zostałem w górach – powtórzył. – Nie założyłem rodziny, nie kupiłem mieszkania, nie mam dzieci. Chyba naprawdę nie lubię ludzi. Z wzajemnością.

Roześmiała się.

– Jak na człowieka, który nie lubi ludzi, łatwo nawiązujesz znajomości – zauważyła bez ironii. – A ja rozmawiam z tym człowiekiem, którego nie lubią inni, już dłuższy czas, i jakoś nie czuję się znudzona ani zniechęcona.

– Sam się temu dziwię.

Jego głos zabrzmiał szczerze i trochę smutno.

Spokojnym ruchem sięgnął po kolejną ramkę, podniósł ją i ciągnął dalej. – Popatrz, wybrałaś te teksty, pewnie je lubisz, może nawet są dla ciebie ważne. Wszyscy ludzie, którzy je napisali, chodzili kiedyś po górach, śpiewali przy ogniskach. Myślisz, że kogoś z nich spotkasz na szlaku?

– Pewnie nie – potwierdziła. – Ale niektórzy umarli.

– Niektórzy umarli – zgodził się – i ich można w górach spotkać najłatwiej. Wiesz, ile razy mi się zdarzyło…? – przerwał.

Wzdrygnęła się.

– Co chciałeś powiedzieć? – zapytała.

Odłożył delikatnie ramkę na stos innych.

– Nic – mruknął. – Nieważne.

– To jest ważne – zaoponowała. Umoczył usta w winie.

– Może później.

Odstawił szklaneczkę.

– Co zrobisz z tymi tekstami? – zapytał. Przeszedł kilka kroków i położył dłoń na pianinie.

– Powieszę je w pokojach – powiedziała. – Nieważne, że pewnie nikt nie zna tych tekstów. Może to i lepiej, niech się zdziwią, niech poszukają w sieci, kto to był Jerzy Harasymowicz, kto to był Wojciech Belon…

Urwała, widząc jego stężałą nagle twarz. Trwało to ułamek sekundy, tak krótko, że po chwili była już przekonana, że to było złudzenie, zwłaszcza że zobaczyła, jak się uśmiecha.

– Grasz? – zapytał, gładząc delikatnie drewno instrumentu.

– Ależ skąd – odpowiedziała złośliwie. – Jest tu tylko dla ozdoby. Ty też nosisz swoją gitarę na pokaz, prawda?

Roześmiał się.

– To było głupie – przyznał. – Przypomniał mi się Przybora i Wasowski. „Pani Róża gra Chopina”. Zagrasz?

– Najpierw ty – w jej głosie była stanowczość. – I dolej, proszę, wina.

– Dobrze – powiedział, podchodząc do stołu. – Tylko nie każ mi śpiewać, proszę – zastrzegł się, pochylając ostrożnie butelkę. – To mogłoby być dla ciebie trudne.

Śmiała się, gdy on podchodził do gitary i delikatnie wyjmował ją z miękkiego futerału. Ładna, choć nieco zniszczona, widać było, że przeszła wiele. Przysiadł na krześle i szybko ją podstroił.

– Co chciałabyś usłyszeć? – zapytał.

– Mogę wybierać?

– Pewnie – przytaknął. – Jeżeli tylko znam, to zagram.

Zastanowiła się chwilę.

– Wiesz, jaki dzisiaj mamy dzień? – zapytała.

– Nie mam pojęcia – przyznał.

– Jest dwudziesty trzeci czerwca – powiedziała. – Zaczęło się lato. Jest noc świętojańska.

Zamarł z wrażenia.

– O święci pańscy – wymamrotał. – Już wiem, dlaczego umówili się ze mną. O, ja idiota…

– Kto?

Westchnął ciężko.

– Moi przyjaciele – powiedział. – Baśka i Janek. Przecież jutro jego imieniny. Pewnie chcieli, żebyśmy świętowali razem. A ja spóźniłem się o jeden dzień… Może mi wybaczą?

– A może przyszedłeś o jeden dzień za wcześnie? – zażartowała.

– Może – zastanowił się. – To jest myśl, pójdę tam.

– Ale chyba nie teraz? – zaniepokoiła się. – Miałeś mi zagrać. Chciałabym Summertime Gershwina.

– Dobrze, że nie zapytałaś, czy znam – zauważył, przymierzając się do strun. – Nie wiedziałbym, jak złośliwie odpowiedzieć.

Bez uprzedzenia zaczął grać. Usłyszała króciutką introdukcję i melodię. Nie mogła się powstrzymać i zanuciła:

Summertime

And the livin’ is easy

Fish are jumpin’

And the cotton is high

Na jego twarzy zobaczyła uśmiech. Zachęcona, śpiewała już głośniej:

Oh, you daddy’s rich

And your ma is good lookin’

So, hash little baby, don’t you cry

Grał ładnie, oszczędnie, widać było, że nie sprawia mu to trudu, nie stara się. Muzyka przychodziła jakby sama, nut było dokładnie tyle, ile trzeba, żadnych popisów.

– Teraz powinienem zachrypieć jak Louis Armstrong, ale to naprawdę zły pomysł – powiedział, nie przerywając gry. – Nie fałszuję, lecz nikt mnie nie namówi, żeby śpiewać.

– Stachurze zaśpiewałeś – przypomniała.

– Pierwszy i ostatni raz – oświadczył stanowczo. – Zresztą Stachura sam nie umiał śpiewać.

Melodia cichła stopniowo, aż wreszcie bardziej dało się jej domyślić, niż ją usłyszeć.

– Ładnie grasz – powiedziała. – Jesteś muzykiem?

– Nie – zaśmiał się. – Biologiem.

– Dlaczego mnie to nie dziwi? – Pokiwała głową z uśmiechem. – Lista zawodów, które do ciebie pasują, jest krótka.

– Czasem można się pomylić – westchnął, odkładając gitarę i wstając z krzesła. – Twoja kolej.

Podeszła do pianina. Stanął obok, dłonią opierając się o bok instrumentu tak, by móc przyglądać się, jak gra. Podniosła wieko. W ciepłym świetle świec zalśniły klawisze.

– Co chcesz usłyszeć? – spytała, patrząc na piętrzący się na pianinie stos nut.

– Chopina – odpowiedział bez wahania.

Kiwnęła głową i usiadła do instrumentu. Odruchowym gestem, którego nigdy się nie pozbyła, zatarła ręce.

– Już prawie noc – powiedziała – więc niech będzie nokturn. Cis-moll.

Ułożyła dłonie na klawiaturze i uderzyła pierwszy akord. Grała cicho i delikatnie, w skrytości ducha dziwiła się, jak łatwo przyszło jej zagrać ten nokturn po latach przerwy. Prawda, nie był trudny, ale przecież grała go wiele, wiele lat temu, w szkole, gdy jeszcze marzyła o wielkich salach koncertowych, owacjach na stojąco i o sobie, zmęczonej po koncercie, ale szczęśliwej, tak jak nigdy, nasyconej zachwytem i podziwem słuchaczy. Wszystko to było za nią, daleko.

Nie każde marzenie musi się spełnić – pomyślała.

– Grasz bardzo dobrze – stwierdził. – Jesteś zawodową pianistką?

– Miałam być – wyznała, odwracając się od klawiatury.

– Ale? – zapytał łagodnie.

– Czegoś mi zabrakło… – odpowiedziała odruchowo i urwała nagle. Nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. Przez całe lata zagłuszała w sobie świadomość własnych ograniczeń, powtarzała, że tak chciał los, że rzuciła studia muzyczne z wielkiej miłości… Chciała wstać od pianina, zatrzasnąć wieko, ale powstrzymał ją.

– To przecież nieważne – powiedział cicho. – Teraz jest czas, by robić coś tylko dla siebie. Czasem dobry człowiek ma w życiu taką chwilę, gdy rozdał już innym wszystko, co miał, i nagle widzi, że został jeszcze ktoś do obdarowania. Tym kimś jest on sam.

Spojrzała na niego, był poważny i spokojny.

– Chodź – powiedział nagle. – Przebierz się, wyjdziemy na spacer.

– Teraz? – zaprotestowała zaskoczona. – Przecież już noc!

– Nigdy nie byłaś nocą w górach? – zdziwił się. – Nie chodziłaś nocą, nie zadzierałaś nigdy głowy, żeby przez prześwit w koronach zorientować się, gdzie jest ścieżka, którą niby masz pod nogami, ale której nie widzisz? Nigdy nie przełamywałaś tej strasznej pokusy, żeby zapalić latarkę, wiedząc, że wprawdzie zobaczysz przez chwilę wszystko w całej jaskrawości, ale już za chwilę, gdy światło zgaśnie, będzie tylko ciemność i kolejne minuty, żeby do niej przywyknąć i znów cokolwiek zobaczyć?...

– Nigdy – westchnęła cicho. – Nigdy w życiu. Poczekaj chwilę.

Poszła w stronę swojej sypialni. Weszła do niej, zamknęła za sobą drzwi i przysiadła na łóżku. Nie mogła zrozumieć, co się stało, jak łatwo przyszło jej rozmawiać z tym człowiekiem znikąd o tym, o czym nie rozmawiała z nikim i nigdy. Jak to się stało, że tak szybko zdobył jej zaufanie tak, że mury, jakie budowała wokół siebie przez lata, stały się tylko wątłym ogrodzeniem z trzciny? Spojrzała na swoje maleńkie królestwo, na wypełnione książkami półki, na jedną szafę i jedną komodę, na małe, antyczne biureczko z dawnego mieszkania, ostatnie ślady życia, z którego zrezygnowała przecież bez żalu. Pomyślała, że właściwie trzeba było sprzedać również i to, aby nic nie przypominało tamtych porażek.

Otrząsnęła się z myśli. Szybko zrzuciła sukienkę, włożyła dżinsy, podkoszulek, narzuciła na ramiona polar. Z dna szafy wydostała wysokie, górskie buty, tak dawno nieużywane do wędrówek, profanowane dreptaniem wokół budującego się domu. Chwilę później była w kuchni. On również zdążył się przebrać, czekał z drugim, małym plecaczkiem, do którego przytroczył karimatę i śpiwór.

– To gdybyśmy chcieli usiąść – powiedział, łapiąc jej pytające spojrzenie. – Prawda, że jest sucho, ale trzeba zacząć na siebie uważać. Zgaś ogień. Szkoda byłoby domu.

Uśmiechnęła się. Zaświeciła małą, elektryczną lampkę i zdmuchnęła jasne płomyczki świec.

– Dokąd pójdziemy? – zapytała. Zawahał się.

– Kwadrans drogi stąd – powiedział – pod szczytem jest polana, schodząca głęboko w dolinę. Widać stamtąd najwięcej nieba.

– A ten kwadrans… to twoim krokiem? – zapytała niepewnie. Zaśmiał się cicho.

– Nie – odpowiedział. – Masz tak blisko do pięknych miejsc, a nigdy tam nie byłaś?

Poczuła się winna.

– Nie miałam czasu – mruknęła. – Odnawiałam dom.

– Trzeba nadrobić zaniedbania – oświadczył stanowczo. – Masz na najbliższe dni zadanie domowe: opanować dokładnie wszystkie okoliczne ścieżki. Nie możesz być właścicielką pensjonatu w górach i nie umieć wskazać gościom drogi. Chodźmy.

Wyszli przed dom. Uderzyła ich fala ciepłego powiewu. Lekki wiatr niósł upojny zapach trawy, ziemi i lasu. Wciągnęła głęboko powietrze.

– Idziemy? – zapytała.

– Usiądźmy na chwilę – powiedział. – Trzeba dać oczom przywyknąć do mroku.

Przysiadła posłusznie na ławie stojącej pod ścianą domu. Milczeli. Z każdą chwilą z ciemności wyłaniało się coraz więcej szczegółów, ciemna ściana lasu w jej oczach zaczęła powoli rozdzielać się na pojedyncze drzewa, bielejąca świeżym drewnem kładka, położona na ścieżce prowadzącej przez młakę, stała się jasna niemal jak w dzień. Po chwili wstał.

– Ruszamy – powiedział prawie szeptem.

Przeszli przez kładkę. Szli przez chwilę ścieżką, aż wreszcie, zupełnie nieoczekiwanie przystanął.

– Teraz w lewo – zadecydował. – Chodź za mną.

– Ale przecież tu są tylko krzaki – zaprotestowała. Roześmiał się.

– Niezupełnie – powiedział cierpliwie. – Przyjrzyj się uważnie.

Zrobił dwa kroki i rozsunął delikatnie leszczynę. Zobaczyła coś jaśniejszego.

– Ścieżka – powiedziała zaskoczona. – Czyli ktoś tędy chodzi!

– Tędy prowadzi najlepszy skrót – rzekł rozbawiony. – Miejscowi ludzie mają tu wszędzie swoje ścieżki.

– Masz rację – mruknęła niechętnie. – Nie miałam czasu. Za dużo straciłam go na pilnowanie wszystkiego.

– Nie straciłaś – przypomniał. – Zainwestowałaś. I nie potrzebujesz się usprawiedliwiać.

Kiwnęła tylko głową. Ruszył ledwie widoczną ścieżynką. Droga nie była trudna, wiła się między drzewami, prowadziła łagodnie do góry. Szli dość szybko, ale nawet nie zadyszała się przesadnie. Całe dnie spędzane w ruchu, na powietrzu, procentowały teraz. Gratulowała sobie tej formy. Kiedy przyjechała tutaj, było inaczej, każda czynność kosztowała ją sporo wysiłku, to jednak minęło.

– Dobrze sobie radzisz – usłyszała, jakby odczytał jej myśli. – Pomyśl, zupełnie jakbyśmy mieli po osiemnaście lat… Uważaj, będzie trochę stromo i z kamieniami.

Rzeczywiście, ścieżka, dotąd miękka i wygodna, zaczęła się robić trudniejsza. Zatrzymał się nagle.

– Teraz daj rękę – poprosił. Poprowadził ją w górę, ostrożnie, jak w tańcu, nacisk dłoni pokazywał, jak stąpać. Poczuła, że powietrze, dotąd stojące i martwe, zaczyna poruszać się wokół nich, i nagle usłyszała dalekie, niesione przez wiatr szczekanie psów i ciepły powiew. Jeszcze kilka kroków i zaczęło się robić jaśniej.

Puścił jej rękę i przyspieszył tak, że ledwo mogła za nim nadążyć, i nieoczekiwanie wyszli na skraj lasu. Przed nimi było niebo. Nie skrawek, ledwo widoczny między drzewami, ale ogromna, rozgwieżdżona przestrzeń, bez początku i końca, zwisająca nad nimi nisko, niemal na wyciągnięcie ręki.

Stała z zapartym tchem, patrząc w wiszącą nad nimi nieskończoność, boleśnie piękną, piękną jak pierwsza miłość, raniąca rozkoszą i bólem. Poszukała jego dłoni. Uścisnął ją delikatnie, nie mówiąc nic. Po długiej, długiej chwili wyswobodził rękę.

– To namiastka – powiedział szeptem. – Idź kiedyś nocą na połoniny. Tam zobaczysz prawdziwe niebo. Chodź, usiądziemy, odpoczniemy chwilkę i wracamy.

Szybko rozłożył karimatę i rzucił na nią śpiwór. Usiedli obok siebie, opierając się nawzajem ramionami.

– Kiedyś zastanawiałem się – powiedział – dlaczego ludzie na stare lata wyjeżdżają z miast, sprzedają mieszkania na wysokich piętrach wieżowców i szukają zwykłych, drewnianych domów, takich, które są blisko ziemi. Pomyślałem, że na starość ciążymy do tej ziemi, która kiedyś nas przykryje. Ale popatrz: czy nie warto byłoby rzucić wszystkiego dla tego jednego widoku, czystego, rozgwieżdżonego nieba? Pokażę ci coś, czego pewnie nigdy w życiu nie widziałaś.

Pochylił się i położył dłoń na ziemi, między kępkami trawy.

– Popatrz dobrze – poprosił.

Przez chwilę nie rozumiała, o co mu chodzi. Przyglądała się jego dłoni odcinającej się jaśniejszą plamą. I nagle pojęła. Na jasnej powierzchni ujrzała poruszające się delikatne smugi. To były cienie. Cienie trawy w świetle gwiazd.

– Boże… – westchnęła. – Jak to w ogóle możliwe, że tu jesteśmy?

Zaśmiał się i cofnął rękę.

– Wystarczyło, że nie mam najlepszych układów z zegarkiem i kalendarzem – wyznał. – I to, że naprawdę chciało mi się tej herbaty.

– A reszta to przypadek?

Pomilczał chwilę.

– Nie ma przypadków – powiedział wreszcie, jakoś dziwnie poważnie. – To tylko my, ludzie, jesteśmy mali, ułomni i nigdy nie widzimy całości, tylko jakieś malutkie kawałeczki układanki, które wydają się przypadkami, nieoczekiwanymi wydarzeniami, zadziwieniami…

– …spotkaniami w noc świętojańską – dopowiedziała.

– Też – zgodził się. – Ale nie szukamy kwiatu paproci, tylko rozmawiamy i patrzymy w niebo.

– Nie chciałbyś go znaleźć? – zapytała zaczepnie.

– Po co mi nieustająca pomyślność? – roześmiał się. – Chodzi przecież o szukanie, nie o sam kwiat. Wyobraź sobie, że jesteś nastolatką, że szukasz ze swoim pierwszym chłopakiem kwiatu paproci, boisz się strzegących go duchów, ale idziesz, bo miłość cię zaślepia.

– Nie wierzę w duchy – oświadczyła pogodnie. – A ty?

Nie odpowiedział. Poczuła się nieswojo.

– Może już pójdziemy? – zaproponowała niepewnie.

– Jeśli chcesz. – Kiwnął głową. Kiedy już miała podnosić się z karimaty, poczuła na swoim ramieniu jego dłoń.

– Poczekaj jeszcze – poprosił. – Pamiętasz, kiedy oglądałem ramki z wierszami, powiedziałem, że teraz w górach łatwiej spotkać umarłych niż żywych. Nie chciałem mówić nic więcej, ale teraz, w takim miejscu… – urwał.

– Mów – zachęciła go cicho.

– Dobrze – zgodził się wreszcie. – Powiem tak: wiele razy czułem obecność ludzi, którzy odeszli. Wiele razy widziałem rzeczy, które trudno by było rozsądnie wyjaśnić.

– Wszystko można rozsądnie wyjaśnić – odezwała się niezbyt pewnie.

– Być może – potwierdził. – Pewnie nawet to, że bardzo cię lubię i szanuję, choć znamy się dopiero od kilku godzin. Ale posłuchaj. Mówiłaś o Wojtku Belonie. W jednej z ramek był jego wiersz.

– Bardzo go lubię – westchnęła.

– Przyjaźniłem się z nim – powiedział krótko. – Blisko. Nigdy nie pogodziłem się z tym, że umarł, że to życie, w którym nie ma przypadków, zgotowało mu taki, a nie inny kres. I Wojtek dobrze wie o tym.

Wzdrygnęła się, gdy zrozumiała, że mówił o kimś umarłym jak o żywym, który jest gdzieś blisko, myśli, czuje i widzi.

– Ale przecież… – zaczęła. Przerwał jej niespokojnym gestem.

– Kiedy przychodzą słoneczne, późnojesienne jesienne dni – ciągnął – często przed świtem wychodzę z Brzegów na Połoninę Caryńską. Szlak jest pusty, bo ci, którzy mogliby na niego wyjść, jeszcze sobie śpią. I gdy tak idę, myśląc, co ja tu robię, dlaczego nie siedzę w kapciach przed telewizorem z piwem na brzuchu, tylko dźwigam plecak, co roku z coraz większym trudem, czuję nagle, w jakimś przeszywającym duszę olśnieniu, że krok za mną idzie Wojtek,puszczając mnie przodem, bo przecież jestem młodszy i trzeba młodego pilnować. Idziemy tak sami, a ja jestem niewiarygodnie, nieziemsko szczęśliwy. I jeszcze powiem ci, że zawsze idę i chciałbym się odwrócić, ale boję się, potwornie się boję…

Przytuliła się do niego mocniej.

– Boisz się, że go zobaczysz? – spytała nieśmiało. Pokręcił głową.

– Boję się, że odwrócę głowę – powiedział głucho – a jego tam nie będzie.

Milczeli. Siedzieli przytuleni do siebie, patrząc w nieskończoność nocnego nieba.

– To jakieś szaleństwo – dodał po długiej chwili. – Siedzę ze wspaniałą, niezwykłą kobietą na jednej karimacie, jest noc świętojańska, nad nami gwiazdy, a ja opowiadam historie o zmarłych przyjaciołach…

Jednym płynnym ruchem wstał.

– Chodź – powiedział, podając jej rękę. – Wracamy. – To noc świętojańska, nie dziady. Dzisiaj nie ma miejsca na smutki.

Podniosła się, podtrzymywana mocnym uściskiem. On szybko zwinął karimatę i sprawnie zrolował śpiwór.

– To nie było smutne – powiedziała. – Chciałabym wierzyć, że ludzie nie całkiem odchodzą. A najbardziej, że ci najbliżsi troszczą się o nas, chociaż ich już nie ma.

Pokiwał tylko głową.

– Idziemy – zarządził. – Przejdziemy troszkę dalszą drogą, będzie łagodniejsze zejście. Tam po prawej stronie jest wejście na ścieżkę.

Pokazał jej jednolitą, czarną ścianę lasu. Roześmiała się.

– Nic nie widzę – przyznała.

– Ja też nie – zaśmiał się. – Po prostu wiem, gdzie jest.

Rzeczywiście, las otworzył się przed nimi szeroką, wygodną dróżką. Szli najwyżej kilka minut, gdy on się zatrzymał.

– Poczekaj chwileczkę – poprosił. – Nie ruszaj się stąd.

Stanęła posłusznie, on zboczył nagle ze ścieżki. Przez chwilę słyszała, jak przedziera się przez zarośla, po czym wszystko ucichło. Nim jeszcze zdążyła się zaniepokoić, usłyszała jego głos:

– Chodź! Niespodzianka!

Posłusznie ruszyła w jego stronę. Przeszła przez szeleszczące krzaki i prawie wpadła na niego.

– Co to za niespodzianka? – spytała zdziwiona.

– Zaraz zobaczysz, musisz mi tylko zaufać – szepnął. – Weź mnie za rękę, zamknij oczy i nie otwieraj, nim ci nie powiem.

– Ale… – zaczęła odruchowo, ale nie dokończyła. – Zgoda – powiedziała, wyciągając dłoń i zamykając oczy.

Przeprowadził ją najwyżej kilkanaście kroków dalej. Zatrzymał się.

– Poczekaj jeszcze moment – poprosił. Słyszała, jak rozwija karimatę i kładzie na ziemi. – Usiądź, a kiedy już usiądziesz, możesz otworzyć oczy.

Zrobiła, jak chciał. Gdy otwarła oczy – aż westchnęła z zachwytu. Przed nią, na tle gęstych zarośli, wśród paproci, trwał nieprawdopodobny, szalony, radosny balet zielonych światełek, wirujących wśród liści, opadających się i wznoszących, znikających i pojawiających się znowu. W tym chaosie, w którym trudno byłoby znaleźć jakąkolwiek logikę, tkwiło jakieś niezwykłe, pierwotne piękno.

– Robaczki świętojańskie! – zaśmiała się radośnie. – Dawno nie widziałam, żeby było ich tak dużo. Przecudne!

– Właściwie to iskrzyki – poprawił odruchowo. – Świetliki pojawiają się później, w lipcu. Panie świecą mocno, ale one nie latają, za to panowie ledwo się jarzą. Tu jest trochę inaczej, obie strony robią, co mogą. W końcu jakoś trzeba przedłużyć gatunek, zanim umrze się z głodu.

– Już prawie zapomniałam, że jesteś biologiem – powiedziała z uśmiechem, wciąż śledząc uważnie szalone wyczyny owadów. – Dla mnie to robaczki świętojańskie. Pamiętam, pół wieku temu łapałam je do butelek i świeciłam nimi w namiocie. Wypuszczałam je przed snem i machałam im na pożegnanie, nie myśląc, ile jeszcze przed nimi życia.

– Popatrz – powiedział ze śmiechem, siadając obok niej i wskazując paproć, którą owady obsiadły, niczym na chwilowy odpoczynek. – To tak, jakbyśmy znaleźli jej kwiat, prawda?

– Dawał pieniądze? – zapytała z uśmiechem. Pokręcił głową.

– U nas raczej pomyślność – zauważył. – Powodzenie w przedsięwzięciach, szczęście w miłości. Dobrze zaczyna się to lato, prawda?

– Pierwsze lato nowego życia – westchnęła. – Chyba masz rację. Chodź, wracamy do domu. Możemy nagrodzić artystów brawami?

– Możemy – zgodził się. Zaklaskali niegłośno, iskrzyki tańczyły dalej, w godowym zapamiętaniu.

Trzymając się za ręce, wrócili na ścieżkę. Po niedługiej chwili stanęli przed jej domem. Otworzyła go kluczem i weszli do środka.

– Wytrzep się porządnie – powiedział. – Łaziliśmy po krzakach, wprawdzie jest sucho, ale zawsze mogliśmy przynieść ze sobą kilka kleszczy. Wieczorem obejrzyj się też dokładnie w łazience, dobrze?

– Jestem w Bieszczadach – zaoponowała. – Już zaszczepiłam się na wszystko, co trzeba.

– Nie jesteś chyba honorową dawczynią krwi? Dla kleszczy? – zażartował. Odebrał od niej polar, który zdjęła z pleców, wyszedł przed dom i strzepnął kilka razy mocno.

– Pewnie niewiele to da, gdyby jakiś się zawziął – powiedział – ale, tak czy owak, lepsze to niż nic.

– Mamy jeszcze trochę wina? – zapytała, wchodząc do kuchni. Zerknął na butelkę, została w niej odrobina. Nalał jej i sobie. Podniosła szklaneczkę do ust i posmakowała łyk. Podeszła do ławy i usiadła, przesunęła się trochę, robiąc mu miejsce. Przysiadł obok niej.

– Żałujesz, że zostałeś w górach? – zapytała nagle, jakby wino i jego bliskość dodały jej odwagi. Drgnął, zaskoczony. Nie spodziewał się tego.

– Dlaczego o to pytasz?

– Bo zastanawiam się nad tym od chwili, gdy powiedziałeś, że nigdy nie założyłeś rodziny, że krążysz od lat po szlakach…

Machnął ręką, jakby odpędzał natrętną muchę.

– Nie, nie – mruknął. – Tylko cały dzisiejszy wieczór myślę o marzeniach. Żałujesz tych niespełnionych? Co się stało, że jesteś tu, gdzie jesteś, sama, że zamykasz jeden rozdział życia, otwierając inny. Jak potoczyłoby się twoje życie, gdyby coś stało się inaczej?

– Odbijasz piłeczkę – powiedziała oskarżycielsko.

– Kilka godzin temu było za wcześnie na odpowiedzi – przypomniał. – Może już czas? Opowiesz, co się stało, że jesteś w tym miejscu, tu i teraz? Moja historyjka jest prostsza.

– Każda taka historia jest prosta – mruknęła z niechęcią. – Marzenia się nie spełniają, miłości nie trwają wiecznie, ludzie od siebie odchodzą…

– …i znajdują innych ludzi – dokończył. – Od ciebie ktoś odszedł?

– Mój mąż – powiedziała otwarcie. – Byliśmy ze sobą dwadzieścia osiem lat. Historia, jakich tysiące.

Sama nie mogła uwierzyć, jak łatwo przyszło jej to wyznanie. Ona, która unikała odpowiedzi, która traktowała swój rozwód jako największą życiową porażkę, wstyd i coś do przemilczenia, która potrzebowała lat, aby zracjonalizować ją i przekuć na coś pożytecznego, teraz powiedziała to wszystko obcemu człowiekowi. No, może nie do końca obcemu, bo przecież…

– Odszedł… – zawahał się – do kogoś, prawda?

– Do swojej studentki – powiedziała z ironią. – Rzeczywiście, miał rację, gdy mówił, że była zdolna. Młodsza o pięć lat od naszej córki.

Uśmiechnął się.

– To zabawne? – zapytała obronnie.

– Sama historia nie – odpowiedział. – Ale nie przestaje mnie bawić ludzka głupota. Przecież, umówmy się, to jakiś kompletny kretynizm. I o czym ten facet z nią będzie rozmawiał?

– Myślisz, że chodziło o rozmowę? – mruknęła niechętnie. – To chyba ostatnie, co chciałby z nią robić.

– Folguj szczątkom swej młodości – zażartował. – Pamiętasz Piwnicę?

Roześmiała się.

– Też ich znałeś?

– Nie bardziej niż każdy student – przyznał – Uwielbiałem ich słuchać, to było ożywcze, fantastyczne, zawsze nowe. Nie było programów, kolejności, nie wiadomo było, kto wejdzie na scenę, kto zacznie śpiewać, co wymyśli Skrzynecki. A z drugiej strony, ostatnie zajęcia kończyły mi się w piątek trochę przed szóstą, o wpół do ósmej wieczorema miałem pociąg do Węgierskiej Górki, nie chcesz wiedzieć, ile jechał. W każdym razie przed świtem byłem już w górach. Po co miałbym zostawać w mieście? Żeby snuć się po ulicach, balować w akademiku albo pić w Piwnicy? W górach jest wszystko, co kocham, więc po co mi miasto? Chociaż Kraków jest inny. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek jechał w nim autobusem albo tramwajem, wszędzie można było dojść na piechotę.

– W Warszawie jest wszędzie dalej, prawda? – Kiwnęła głową. – Na zajęcia jeździłam rowerem, zimą autobusem. Profesor narzekał, że mam za delikatne dłonie, że nie powinnam nic nosić, nawet siatek, a jak tu nie stanąć w kolejce i nie zrobić zakupów, kiedy jakimś cudem coś rzucili?

– Ale przecież nie dlatego zrezygnowałaś – zauważył.

– Nie, nie dlatego – powiedziała wpatrzona w pianino. – Po prostu włączył mi się rozsądek. I wydarzyło się jeszcze coś. Kiedy byłam na czwartym roku, ojciec przyszedł do mojego pokoju, w którym przy krótkim, gabinetowym bösendorferze męczyłam się z którąś z trudniejszych sonat Prokofiewa. Tak, jak to często robił, usiadł w fotelu i słuchał, słuchał tak bardzo, jakby cały był słuchaniem. Nawet nie masz pojęcia, jak trzeba mi było tego słuchania. Ojciec nie dotknął nigdy klawiatury, a wiem, że gdyby grał choć w połowie tak, jak słyszał muzykę, byłby największym pianistą świata. I kiedy prawie z płaczem, po raz setny ćwiczyłam te zmienne, zupełnie nieintuicyjne artykulacje, ojciec wstał, podszedł do mnie, pocałował mnie w czubek głowy i powiedział: „Wiesz, że nic nie musisz, a ja i tak zawsze będę z ciebie dumny”. Rozpłakałam się wtedy strasznie. Nigdy nie czułam z jego strony presji, wiedziałam tylko, jak bardzo się cieszy z moich studiów, z tego, że słyszy, jak muzyka żyje pod moimi palcami. Wiedziałam, jak bardzo ceni sobie to, że może wejść do mnie, kiedy ćwiczę, i zatopić się w słuchaniu, choć słuchanie ćwiczącego pianisty to czasem przyjemność wątpliwa. Ale wtedy, gdy płakałam ze zmęczenia, zrozumiałam, że jeżeli zostanę koncertującą pianistką, to nie dla niego, ale dla siebie. Odwróciłam się. Przytulił mnie mocno, z kieszeni marynarki wyjął chusteczkę i otarł moje łzy, stał w tej swojej marynarce i kamizelce, niestary przecież, ale staroświecko elegancki. I gdy poczuł, że już może coś powiedzieć, poprosił mnie, żebym zostawiła tego Prokofiewa i zagrała coś dla niego i tylko dla niego. Wiedziałam, że kocha ponad wszystko Bacha, zagrałam mu uważnie, delikatnie, z troską, najlepiej jak umiałam. Tak, jakbym mu dziękowała za całą uwagę, delikatność i troskę, jaką doświadczyłam od niego w życiu. Wtedy… – jej głos załamał się – grałam dla niego po raz ostatni. Umarł we śnie, dwa dni później.

Poczuła, że otacza ją ramieniem. Nie zaprotestowała, potrzebowała tego.

– Nigdy nie spełniłam swoich marzeń – powiedziała po chwili. – Rzuciłam studia, uczyłam muzyki, czasem komuś akompaniowałam, miałam wykształcenie średnie muzyczne, które dawało mi papiery estradowe, więc zawsze coś się trafiło. A potem spotkałam chłopaka, wyszłam za niego i dalej już wszystko rozumiesz. Marzenia zaczęły się rozwiewać, zapomniałam, czego chciałam w życiu. Po jakimś czasie pojawiła się Olga, w którą starałam się wlać wszystko, co było we mnie najlepsze.

– I udało się, prawda? – powiedział cicho. Kiwnęła głową.

– Olga jest najlepszą częścią mojego życia – stwierdziła. – I nawet, gdyby moje małżeństwo było piekłem, a przecież nie było, to Olga jest dowodem, że wszędzie, w każdym miejscu na ziemi, może wyrosnąć i zakwitnąć kwiat.

– Róża – poprawił ją cicho. – Naprawdę masz tak na imię?

– Naprawdę – uśmiechnęła się. – Nie wierzyłeś?

– Myślałem, że wybrałaś sobie je, patrząc na ten kwiat na stole – przyznał. – W sumie nawet się nie zdziwiłem, wprawdzie ja przedstawiłem się, ale dlaczego miałabyś mówić wszystko obcemu człowiekowi…

– No właśnie – mruknęła cicho. – Dlaczego?

Było jej dobrze, ciepło i bezpiecznie. On wciąż obejmował ją z troską, po przyjacielsku, nie czuła w tym naruszenia swoich granic, swojej prywatności. Była jak kot, śpiący na kolanach ukochanego domownika, świadomy, że nic złego nie może mu się zdarzyć, przekonany o swojej nietykalności.

– Może dlatego, że pewnie nie zobaczymy się już nigdy? – zapytał przekornie. – Bo jutro ruszę sprawdzić, czy nie miałaś racji i czy przypadkiem rzeczywiście nie umówiłem się z Jankiem i Basią na dwudziestego czwartego. A może dlatego, że od jutra zaczynasz nowe życie właścicielki pensjonatu, uporządkowanej, surowej, dystyngowanej, choć w głębi duszy młodej i szalonej?

Roześmiała się.

– Może i racja – przyznała. – Skoro tak, musisz odpowiedzieć mi na jedno pytanie.

– Pytaj – powiedział.

– Czy… – zawahała się, chcąc jak najlepiej sformułować pytanie. – Czy spełnienie marzeń daje szczęście?

– Nie rozumiem – powiedział, ale jakoś bez przekonania. Nie dała się zbyć.

– Zostałeś w górach. To było marzenie twojego życia. Czy jesteś szczęśliwy?

Milczał przez chwilę. Czekała cierpliwie, nie ponaglała. Wreszcie zdecydował się.

– Różnica między nami jest taka – rzekł wreszcie – że ty zrezygnowałaś z marzeń i oddałaś komuś trochę swojego szczęścia. Masz wspaniałą córkę i nowe życie. Ja wcieliłem moje marzenie w życie i byłem szczęśliwy, ale wszystko, co robiłem, robiłem dla siebie. Zrozumiałem to niedawno, a dzisiaj już jestem pewien. Nie różnię się niczym od ludzi, którzy zapełniają wewnętrzną pustkę, kupując nowy telefon, nowy telewizor, nowy samochód…

– Nową kobietę… – mruknęła. – Zawsze byłeś sam?

– Jeśli pytasz, czy byłem w stałym związku – westchnął – to nie. Wszystkie dziewczyny, z którymi spałem, wiedziały, że nie są i nie będą jedynymi. Mówiłem im to uczciwie.

– Żadna nie zrezygnowała? – zaśmiała się.

– Żadna – powiedział i też się zaśmiał. – Wiesz, to było tak dawno… Trzeba się tych spraw wyrzekać z wdziękiem, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie był młody.

– Ale z zapełnianiem pustki nie masz racji – rzekła stanowczo. – Może po prostu na wszystko jest czas? Popatrz, co się stało. Spotkaliśmy się, gdy ja zaczynam nowe życie, a ty…

– Kończysz stare? – zapytał poważnie. – Naprawdę tak myślisz?

Popatrzyła na jego nagle postarzałą twarz.

– Jesteśmy dorośli – powiedziała łagodnie. – Możemy zostawić za sobą szaleństwa i włączyć rozsądek, więc posłuchaj teraz jego głosu. Ile jeszcze zim przetrwasz na dyżurach w goprówkach? Ile dróg przemierzysz, zanim któryś z ortopedów nie zarządzi wymiany stawów biodrowych albo kolanowych? I co z tego, że na konsultacji podczas oglądania twojej tomografii dokopiecie się z profesorem wspólnych przyjaciół albo okaże się, że spotykaliście się na szlaku. Jak każdą operację, i tę wykona starannie, ale nie będziesz już chodził tak, jak kiedyś. Popatrz na mnie. Mam pięćdziesiąt dziewięć lat. Kiedyś byłam piękna, dzisiaj z tej piękności nie zostało już nic. Nie zrozumiesz tego, bo nie wiesz, czym dla kobiety jest starość, obserwowanie w lustrze, jak z dnia na dzień przybywa zmarszczek, a skóra traci jędrność. Co znaczy dostrzeżenie, że spojrzenia mężczyzn, które dotąd zbierała, spojrzenia, w których były podziw i uznanie, a w niektórych i szybki plan działania, teraz omijają ją, jak woda omija kamienie w strumyku. Niby jesteś, tkwisz wciąż w nurcie, ale jesteś bez znaczenia. Nie jest łatwo się z tym pogodzić, lecz naprawdę można. I pewnie dlatego jestem od ciebie mądrzejsza, bo myślę, że jesteś kimś, kogo w dzieciństwie kochałam i nienawidziłam.

– Kim? – zapytał zaskoczony. Ona roześmiała się ciepło.

– Włóczykijem z Muminków – powiedziała. – Kochałam go za to, że był sobą, że umiał słuchać, za to, że plusk strumyka i szum wiatru w trawie były dla niego najpiękniejszą muzyką, że ponad wszystko ukochał samotność, ale rozumiał też, czym jest przyjaźń, dla której potrafił zrobić bardzo wiele. A nienawidziłam go, bo uciekał przed tymi, którzy go kochali, bo bał się w głębi duszy, że go usidlą i skłonią do życia innego niż to, które kochał i wybrał.Rozumiesz mnie? To jesteś właśnie ty. Gdybym umiała pisać, napisałabym kolejną książeczkę i zatytułowałabym ją Starość Włóczykija.

– I co by w niej było? – Jego głos brzmiał poważnie, ale nie czuła w nim też prób obrony. – Włóczykij sypiający w namiocie przed domem Muminka, pichcący na ognisku w jego ogródku jakieś jedzenie? Czy może leżący na łóżku w pokoju Muminka, wpatrzony w sufit, który jakoś nie chce się stać rozgwieżdżonym niebem, i rozpaczliwie próbujący odtworzyć sobie w myślach, jak wygląda drzewo, woda, kamień?

– Nie – ucięła krótko. – Zbyt mocno wierzę w mądrość Włóczykija. I w to, że choć potrzebuje na to dużo czasu, to jednak znajduje właściwą drogę.

Pochyliła się do niego i pocałowała go czule w policzek.

– Jesteśmy do siebie bardzo podobni – powiedziała cicho. – A mnie coraz bardziej, coraz bardziej chce się spać. Mam do ciebie ogromną prośbę. Przejdź przez ten dom, przyjrzyj się każdemu z pokojów i porozwieszaj w nich te wiersze. Ty będziesz wiedział lepiej ode mnie, gdzie powinny wisieć. A kiedy już to zrobisz, wybierz sobie któryś z pokojów do spania, ja pójdę do siebie. Porozmawiamy jeszcze rano. Zgoda?

– Przynajmniej poczuję, że zapracowałem na swój pobyt – zaśmiał się. – Chodź, zaprowadzę cię do fotela. Rzeczywiście, masz dość wrażeń na dziś.

Pomógł jej wstać z ławy i podprowadził do fotela. Zapadła się w niego jak w ciepły kokon.

– Zamknij oczy i odpocznij chwilę – powiedział, podnosząc z ławy koc i przykrywając ją troskliwie. – Ja zajmę się ramkami. Przyrzekam, nie będę za bardzo hałasował.

– Możesz hałasować – wymruczała. Czuła wypełniającą ją przedsenną błogość, ciepło i bezpieczeństwo, mamiły ją myśli krążące coraz to mniej przewidywalnymi szlakami, mieszając odpowiedzi z pytaniami, dźwięki z kolorami, przywołując przed zamknięte oczy góry zapadające się w doliny, strumienie schodzące z cichym szumem w rozległe jeziora, drzewa gnące się pod naporem bezgłośnego, ciepłego wiatru. Nagle wiatr ucichł. Zasnęła.

Obudziło ją słońce. Zalewało kuchnię blaskiem, w którym wesoło tańczyły pyłki kurzu podniesione przez leciutki powiew z uchylonego okna. Przesłoniła dłonią oślepione oczy. Musiała być szósta rano, może nawet później, dzień zapowiadał się przepięknie. Odetchnęła głęboko, w mięśniach czuła zmęczenie i ból od spania w fotelu. Przeciągnęła się delikatnie i wstała.

Pamięć wróciła jej nagle: w ułamku chwili przypomniała sobie o niespodziewanym gościu, o winie, nocnym spacerze… Ogarnęła kuchnię szybkim spojrzeniem. Była dokładnie taka jak wczoraj, nie było śladu po kolacji, suszarka przy kuchennym zlewie była pusta. Szklaneczki na wino tkwiły czyste na swoim miejscu, nigdzie nie widziała pustej butelki.

Co u licha – pomyślała. – Przecież chyba mi się to nie przyśniło…

Podeszła do ławy. To nie mógł być sen, ramki z wierszami zniknęły. Szybko wyszła z kuchni i weszła do pierwszego z pokojów. Jedna z ramek wisiała na swoim nowym, idealnie wybranym miejscu.

Już, już miała wyjść i przejść dalej, gdy coś ją tknęło. Zawróciła od drzwi i przyjrzała się dokładnie. Z wrażenia aż zamarła. Za cieniutką szybką zamiast kartek z komputerowym fontem tkwił pisany odręcznie, piękną kaligrafią, tekst.

Szybko przeszła do kolejnego pokoju, jeszcze szybciej do następnego. Wszędzie to samo, wszędzie tak troskliwie wybrane przez nią teksty zmieniły się w maleńkie arcydzieła formy, atrament koloru sepii odcinał się od żółtawego papieru, a same ramki wyglądały, jakby wisiały na swoich miejscach od zawsze. Te, które nie zmieściły się w pokojach, zawisły wzdłuż schodów, w jadalni, holu…

– Jesteś? – zawołała w głąb domu. Odpowiedziała jej cisza, cisza pustego czekającego na gości domu. Zgromiła siebie w myślach. Mógł przecież spać, było wcześnie rano. Szła przez otwarte pokoje, patrzyła na rozwieszone na ścianach teksty i nareszcie, po raz pierwszy od lat, czuła się naprawdę sobą, spełniona, dojrzała, radosna. Przywoływała w myślach jego ciepły, trochę nieśmiały głos, dotyk dłoni, troskę, z jaką otulał ją kocem, i tę jego przedziwną, nieomal dziecięcą otwartość i ufność.

Dotarła do swojej sypialni. Drzwi były zamknięte. Delikatnie nacisnęła klamkę. Drzwi zaskrzypiały leciutko i uchyliły się. Zajrzała z wahaniem. Jej pokój był pusty, sukienka wisiała na krześle, na biureczku leżał srebrny naszyjnik z gagatem. Weszła do sypialni z westchnieniem. Gdzieś głęboko tkwił w niej jakiś cień nadziei, że on jednak zostanie, że nie odejdzie, że pobędą jeszcze trochę ze sobą, w zalążku pięknej przyjaźni, a może… może i pięknej, dojrzałej miłości?

I wtedy dostrzegła, że coś się zmieniło. Podeszła do biureczka i przysiadła przy nim. Wyciągnęła rękę i podniosła niepozorną ramkę stojącą obok oprawionej w srebro ślicznej fotografii Olgi. Przyjrzała się bliżej, zaintrygowana. Na zwykłej, zniszczonej przez wielokrotne składanie, zeszytowej kartce w kratkę zobaczyła pisane niewprawnie, zwykłym, niebieskim długopisem, trochę już wyblakłe wersy.

Między nami dalekie morza

grające w muszlach

Wypisane na korze

wiersze i gusła

Między nami ciepłe blisko nocą

rozciągnięte na odległość dłoni

Jestem w tobie – broczysz

Oddechem, szeptem

Skonał płomień

Między nami zawstydzenie

Piekące pod powiekami

Nie pozwól mi wrócić na ziemię, a tkliwość

Dłoni twoich niech chłodzi na czole mym znamię Kaina

Świtu się boję

Między nami korytarz myśli

Łączący sny kolorowe

Spójrz, oto wita nas słońce

wejdźmy w dzień nowy

W.B.

A w miejscu, gdzie stała rameczka z tekstem, na małej, wyrwanej z notatnika kartce papieru, zobaczyła tylko dwa króciutkie zdania pisane tą samą kaligrafią, którą jeszcze przed chwilą podziwiała na ścianach:

Przemyślę to wszystko. Wrócę jesienią.

MAGDALENA WITKIEWICZ

Prezent urodzinowy

Wybrańcem kto wśród nas

Edward Stachura

AGNIESZKA

Więc bardzo proszę, wejdź, tu siadaj, rozgość się… – usłyszałam. W pierwszej chwili nie zdawałam sobie sprawy, gdzie ja właściwie jestem. Miękka kołdra, zupełnie inny, dość rześki zapach i brzmienie gitary.

Jakbym już kiedyś ten głos słyszała. Dawno, dawno temu.

Przypomniałam sobie.

Bieszczady.

Otworzyłam oczy.

Znajdowałam się w pięknym pokoju, na wprost łóżka powiewała firanka, przez otwarte okno wpadało świeże powietrze. Uśmiechnęłam się. Jasne, Bieszczady i Róża.

Dochodziła dwudziesta pierwsza. Po kilku godzinach jazdy byłam wykończona i gdy zajechałyśmy na miejsce, nawet nic nie jadłam i poszłam spać. Dobrze, że podzieliłyśmy sobie tę podróż na dwa razy. Jednak te Bieszczady są na końcu świata.

Przeciągnęłam się, ziewając, i poczułam bardzo głodna. Jaśminy, mojej córki, już nie było w pokoju, musiała się obudzić wcześniej i zejść do jadalni. Mogła mnie obudzić!