Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
15 osób interesuje się tą książką
Młody zawodnik kulturystyki pnie się na szczyt. Dokonuje eksperymentu na własnym ciele, nie interesuje go nic poza rezultatem. Zaczyna wyglądać szokująco i pragnie być oglądany. Nie powstrzymuje go przedwczesna śmierć wielu jego idoli. Musi rosnąć. Chce pokazać, na co go stać. Myśli, że ma wybitne predyspozycje. Gdy dochodzi do najlepszej, niesamowitej formy – świat nie chce na niego spojrzeć. To powieść o metodycznym, precyzyjnie zaplanowanym szaleństwie. O ludziach, którzy przekraczają naturalne ograniczenia swojego ciała, i o czasach ekstremalnego nadmiaru.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Łukasz Krukowski, 2026
Wydanie I
Warszawa 2026
Wydarzenia i postaci opisane w książce są fikcją. Tekst nie nawiązuje do żadnych prawdziwych federacji kulturystycznych, polskich zawodów ani zawodników sportów sylwetkowych.
Jako gatunek idziemy w stronę coraz większego zła i coraz większych zagrożeń, od których nic już nas, jak sądzę, nie powstrzyma.
Ireneusz Kania w ostatniej rozmowie z miesięcznikiem „Znak” (2023)
Gorąco jak na tę porę roku, środek marca, słońce pada na moją prawie łysą głowę – fale na morzu odbijają to straszliwe słońce prosto w oczy. Zmarzłem od klimatyzacji w hotelu, teraz już mi lepiej. Skóra, pokryta pierwszą warstwą bronzera i podpalona wcześniej na solarium, błyskawicznie się nagrzewa. Idę w samych spodenkach kulturystycznych, ubrania zostały na krzesełku w pokoju. Nikt na mnie jednak nie spojrzy, nikt oprócz może Neptuna – pewnie się pozna, w Gdańsku wyglądał całkiem okej. Czekam, aż organizm zacznie się schładzać, ale pot nie spływa, bronzer się trzyma.
Nie mam w sobie tyle wody.
Na szczęście wieje. Człowiek jest bardzo delikatny, szczególnie w tym stanie – przypomina mi się żart, że na takie kable trzeba uważać, bo można się wykrwawić przy zacięciu. Ostry piasek mnie niepokoi, staram się nie napinać. Wierzę teraz we wszystkie mity.
Jeszcze kilka kroków. Czuję go pod stopami, każde najdrobniejsze ziarenko zawiewane na kostki i łydki. Nagle: jedno wrażenie – wypierające strach przed służbami, wirusem i tak dalej, wypierające smutek – uderza mnie tak mocno, że prawie tracę przytomność. Kierunek wiatru się zmienia i…
Zapach morza.
Nie tak ostry jak zapach wody z kranu, który czuję od kilku dni z drugiego końca pokoju. Nie tak piękny jak zapach wody gazowanej z hotelu, kiedy otworzyłem butelkę, żeby ją wylać. Inny niż Bałtyk, obcy.
Zaciągam się. Niczego mi to nie wynagrodzi, ale zostanie wspomnienie wciąż mocnego węchu. Bogowie mnie docenili.
Jestem już naprawdę zgrzany, mimo że wymknąłem się przed chwilą. Jeszcze trochę tak postoję i zasłabnę. I nikt mi nie pomoże, bo miasto opustoszało. Mam cały kraj dla siebie – kraj Segovii i Tárregi, wielkich gitarzystów, oni mi teraz przyszli do głowy – choć wcale go nie chcę, nie mam siły na zwiedzanie. Jutro miałem wracać.
Może dobrze byłoby umrzeć na plaży, w życiowej formie.
Nie, odrzucam tę arogancką myśl. Każdy chce być zapamiętany jako kolos, potężne zwierzę wyrzucone na brzeg. Nic jednak jeszcze nie osiągnąłem. Zostałbym freakiem, cyrkowcem. Dorobiłbym się artykułu w lokalnej gazecie – a martwe ciało nie jest w stanie pozować, wygląda na sflaczałe niezależnie od docięcia. To byłaby tragedia, gdyby ktoś mnie uwiecznił.
Zamykam oczy, lekko odchylam głowę. Słońce pali mi powieki i czoło, na pewno podgrzewa mózg. Tłuszcz z twarzy zniknął, a wodę wygoniłem furosemidem. Teraz napiłbym się nawet tej z morza, żeby nie dostać udaru. Sód też się już wypłukał.
Coś się zbliża. Za mną. Próbuję zgadnąć: czy to jakieś zwierzę? Policja? Kroki są ledwo słyszalne, drobne. Urządzili sobie polowanie, zasadzkę na dzika. Doprowadzą mnie do hotelu, ale przynajmniej nie umrę.
Ten ktoś się zatrzymuje. Stoimy w milczeniu. Otwieram oczy, widzę podwójnie. Krew zgęstniała i ledwo dopływa do głowy.
Dzieci. Chłopcy bez koszulek. Teraz już jeden chłopiec. Ma z sześć lat, pewnie przedszkolak. Obserwuję, jak zmienia się jego twarz. Dziwi się widokiem potwora, którego napotkał. Gotowy do ucieczki, sprawdza chyba, czy w ogóle jestem człowiekiem. Ze zmęczenia pozostaję niewzruszony. On, pełen energii, zdradza wszystkie możliwe emocje naraz. Też musiał się wymknąć.
– ¡Estás mazado! – woła i rechocze, przybierając nagle pozę podobną do mojej: odchyla się do tyłu, kładzie dłonie na biodrach.
Zapamięta mnie?
Ma całkiem niezłą genetykę, korzystne proporcje. W takim wieku rysują mu się już barki, klatka wydaje się naturalnie dość szeroka, biodra wąskie. Może kiedyś zostanie pro. Sam miałem to osiągnąć dziś wieczorem, ale się wymknęło. Właśnie coś nam się wymknęło, myślę sobie i to ostatnia myśl, na którą mogę się zdobyć w tym słońcu.
Wymknęło się.
Laboratoria nie badają, co było najważniejsze w czyimś życiu, przynajmniej jeszcze nie widziałem takiej opcji. Szkoda, bo wolałbym wiedzieć. Czasem niby pokażą gen czy chromosom, który wszystko ustawił, ale to nie mój przypadek. Muszę wybrać coś sam.
Moja klasa w liceum, elitarna klasa w najlepszym liceum w mieście, to były prawie same dziewczyny. Większość z nas dostała się przez konkurs kuratoryjny w gimnazjum. Mogliśmy wybrać każdą szkołę, pójść do liceów w Warszawie i siedzieć w ławkach z dziećmi polityków, ale z różnych powodów postanowiliśmy zostać na miejscu.
Ktokolwiek ułożył plan lekcji, odpowiada też za resztę moich planów. Na początek był WF łączony z innymi klasami. W starym, śmierdzącym składziku rzuciłem plecak na ławkę i trochę się wahałem, czy zmieniać ubranie – i tak pierwsze zajęcia są zawsze organizacyjne. Naprzeciw mnie stał wysoki chłopak, wyglądał zwyczajnie. Popularna wtedy fryzura na pędzla, bluza z kapturem, Air Maxy, chyba dziewięćdziesiątki.
Gdy zdjął koszulkę odwrócony tyłem, wszyscy na niego spojrzeli. Na plecach szerokich jak lotnisko rozpościerała się choinka, rzadko spotykany wzór mięśni grzbietu. Ramiona były niezwykle docięte, punktowe światło żarówki separowało jego biceps i zaokrąglało barki. Spiął skośne, schylając się po koszulkę do plecaka, a wtedy zobaczyliśmy piękne V w dole brzucha. Potem odwrócił się całkiem – nie wiem, czy specjalnie – i chwilę czekał z włożeniem zmiętej koszulki. Wszyscy zawiesili wzrok na jego brzuchu z kostkami i klacie, to znaczy na pewno ja zawiesiłem. Nie były to najbardziej wypukłe ani najbardziej symetryczne kostki, nie była to najpotężniejsza klatka – ale żaden z nas nie widział czegoś podobnego na żywo, nikt z tych chudzielców nawet nie marzył o takiej sylwetce.
– Ty coś ćwiczysz? – zapytałem odruchowo i aż się zdziwiłem swoją odwagą, ale był najbliżej mnie, więc wyszło całkiem naturalnie. Przy okazji się przedstawiłem.
– Głównie street workout – odpowiedział bez żadnej pretensji, bez zawahania. Podaliśmy sobie ręce. – Bartek jestem. Z biol-chema.
– Ja też z biol-chema. Długo ten street?
– Wiesz co, pięć lat będzie. Ale ostatnio trochę odpuściłem.
W końcu z tego wszystkiego sam również się przebrałem.
Weszliśmy do sali, on w za dużej koszulce wyglądał zupełnie zwyczajnie. Wuefistka opowiadała nam o zasadach zaliczenia przedmiotu, usiadłem za moim nowym kumplem. Zgarbił się trochę i te wielkie plecy dopiero teraz zarysowały się niby balast, który zawsze ze sobą dźwiga.
O dziwo nauczycielka po paru minutach gadania zarządziła rozgrzewkę. Mieliśmy zacząć od pompek. Byłem w stanie zrobić może z dziesięć w słabej formie, zmachałem się strasznie. Wstałem i spojrzałem na resztę, udając, że ja niby już rozgrzany.
Bartek wyszedł na środek, rozruszał nadgarstki. Położył się z ociąganiem i wykonał kilka pompek z klaśnięciem. Pomyślałem, że się popisuje.
Nagle wyprostował ręce i uniósł ciało równolegle do podłogi. Całkiem oderwał stopy od ziemi. W sali zapadła cisza, nawet wuefistka wstrzymała oddech. Wyglądało to na magiczną sztuczkę.
Bartek zrobił planche, trudną figurę gimnastyczną. Trzeba lat, by ją opanować, i on w tych kilku sekundach spięcia pokazał nam owoc setki jak nie tysiąca godzin treningu. Nie wiem, po co to zrobił. Może był jeszcze taki dziecinny i faktycznie chciał się popisać? W każdym razie mu się udało.
Podeszliśmy do niego z Kubą przed następną lekcją. Chwilę pogadaliśmy.
– Po prostu nie ćwiczę już tak streeta – powiedział w pewnym momencie – bo chodzę na siłkę i przytyłem. A teraz jeszcze ta szkoła zajebana.
Kiedy wróciłem tego dnia do domu, rodziców nie było. Poszedłem do łazienki, stanąłem przed dużym lustrem i się rozebrałem. Byłem przeraźliwie chudy, klatkę miałem prawie wklęsłą, barki w ogóle się nie rysowały. W dodatku miałem chyba skoliozę, jedno ramię wyżej, połowa klatki większa niż druga, nie mówiąc już o tym, że na brzuchu nie zobaczyłem żadnych kostek, nawet najmniejszych, a przecież powinny tam być. Spróbowałem napiąć biceps i od razu ze wstydem opuściłem rękę. Uśmiechnąłem się w lustrze sam do siebie, do tej czerwonej twarzy. Jak to naprawić? Jak to zmienić?
Zrobiłem chyba z pięć czy sześć serii pompek, tyle, ile dałem radę, i spojrzałem znów w lustro. Tym razem się napiąłem. Klatka zrobiła się jakby większa, może trochę spompowana, ale to nie było to. Kiedy zacznie rosnąć? Po ilu seriach? Po ilu dniach? Czy wystarczą pompki, czy trzeba czegoś jeszcze?
Zacząłem płonąć – najpierw ze wstydu, ale potem już nie. Myślałem tylko o wyglądzie, no bo nie o tym, żeby zrobić planche, planche to byłby nadmiar. Czegoś takiego nie można sobie nawet wyobrazić.
Zacząłem płonąć albo zwyczajnie poczerwieniałem od krwi, która napłynęła mi do głowy.
Wszystko, czego próbowałem wcześniej, straciło wtedy znaczenie. W przedszkolu czytałem dzieciom bajki, w podstawówce naciągnęli mi oceny do średniej 5,7, startowałem w konkursach, byłem najlepszy w nauce – ale po co? Nie miałem pojęcia. Z tamtego okresu zostały mi w głowie tylko pojedyncze sceny. Do gimnazjum chodziłem z człowiekiem, który potrafił zagrać solo z Tornado of Souls. Usiadłem z nim w ławce, sam kupiłem gitarę i nauczyłem się prostych rytmicznych partii. Rok później ją sprzedałem, bo zbierałem na lepszy komputer do grania. W trzeciej klasie poszedłem raz do osiedlowego klubu fitness, nie spodobało mi się. Leciała tam muzyka z radia, a na drzwiach wisiała wielka reklama zajęć jogi.
Kuba też nie robił nic konkretnego. Trenował piłkę, ale jego drużyna się rozpadła, a on nie miał wielkiego talentu. Ledwo dostał się na ten nasz biol-chem, był ostatni na liście. Cieszył się chociaż z tego. Też grał w gry. Z początku myślał, że zostanie dentystą, ja chyba chciałem zostać lekarzem. Nie było w nas żadnego charakteru.
W liceum przestaliśmy żyć z rozpędu. Nawet człowiek od Tornado of Souls – choć miał niesamowitą technikę kostkowania, kosmiczne sweepy i tę lewą rękę, rozciągniętą tak bardzo, że bez problemu robił czyste hammer-ony i pull-offy z dziesiątego na siedemnasty próg, co wydawało mi się czymś zupełnie niemożliwym, jakimś błędem w tabulaturze, zanim zobaczyłem je na żywo – nawet on nie miał podjazdu do Bartka. Byli w innych kategoriach. Gość od gitary opanował jedno narzędzie, w dodatku podłączone do wzmacniacza, do prądu, jego umiejętności były zależne od wielu czynników, poza tym miał nauczycieli, ojciec mu kupił sprzęt za ciężkie pieniądze: gitarę za parę koła i piec za drugie tyle. A Bartek umiał zrobić planche niezależnie od wszystkiego – ujarzmił własne ciało, samego siebie. Nie potrzebował sprzętu. Później nigdy się już nie popisywał, ale ci, którzy go znali, mieli do niego dystans, nie rozmawiali z nim w normalny sposób. Staraliśmy się jak najwięcej od niego wyciągnąć, jak najwięcej podłapać, każde jego słowo wydawało się mądre, mimo że dużo wtedy przeklinał i był raczej prosty.
Dlaczego ja i Kuba zostaliśmy jego najlepszymi kumplami? Dlaczego wybrał właśnie nas? Bo to on nas wybrał, na pewno tak było. Może po prostu staliśmy się jego największymi fanami. Wzbudził w nas zachwyt i to przy nas czuł się naprawdę wysłuchany, a na tym zależy każdemu. Dopiero z miesiąc później Bartek zaczął myśleć o nas jako o kumplach i to przejście – nie wiem, czy odbyło się w jakimś rytuale – na dobre rozpoczęło moje życie. Siedzieliśmy z nim w ławce na zmianę, ja i Kuba, bez zazdrości czy innych krzywych akcji. Przestaliśmy grać w gry, on nigdy ich nie lubił. Za to piliśmy i jaraliśmy u Kuby, bo miał dla siebie całe poddasze w dużym domu. Tylko na siłownię długo razem nie poszliśmy przez to, jak bardzo pojebany był Bartek, to znaczy jak bardzo specyficzne miał podejście do pewnych spraw. Nigdy nie powiedział o tym wprost, ale teraz dobrze wiem, o co mu chodziło. Oddzielał treningi od codzienności, czyli od zadawania się z takimi ludźmi jak my, wtedy jeszcze niewypróbowanymi.
Zgadaliśmy się, żeby któregoś dnia po szkole pojechać na jego siłkę – na drugi koniec miasteczka. Z początku nie chciał, mówił nawet coś głupiego o posiłku przedtreningowym, ostatecznie jednak zgodził się nam ją chociaż pokazać. Czuliśmy, że to wielki dzień, to znaczy ja czułem na pewno, a dla Kuby każdy dzień był poniekąd wielki, bo wszystkim się stresował.
Kuba wydawał się przestraszony, ja – wszystkiego ciekawy, Bartek – skupiony i nieobecny. Tak można nas było opisać, gdy w listopadzie 2013 roku stanęliśmy pierwszy raz przed siłownią Dziadka i Józka, miejscem zupełnie niezwykłym jak na naszą okolicę.
– Boże, jak tu jebie – powiedział Kuba, zatykając sobie nos, i wtedy pomyślałem, że jest bardzo delikatny, ale miał rację.
Smród z wykładzin, ze sprzętu, ze ścian i ze spoconych ludzkich ciał upchniętych ciasno na niewielkiej powierzchni czuć było już na wejściu, w recepcji. Mordownia powstała w piwniczce starego bloku na jednym z najbardziej patologicznych osiedli i sąsiadowała bezpośrednio z ruinami starego szpitala. Wiele osób stąd przyszło w nim na świat, a ja nawet miałem tam operację na wyrostek. Kiedy potem przychodziłem do Dziadka, za każdym razem przypominałem sobie oklepany tekst o dwóch najważniejszych dniach życia – tym, w którym się urodziliśmy (w starym, opuszczonym szpitalu), i tym, kiedy zrozumieliśmy, po co (żeby chodzić obok na siłownię). Sens mojej osoby zawarł się w tych kilkudziesięciu metrach, może stu.
Ale z początku nie wiedziałem, że tak się sprawy ułożą. Weszliśmy, uderzył nas ten zapach i to już samo w sobie odrzucało – a jednak nie dlatego zatrzymaliśmy się z Kubą w progu, choć Bartek poszedł dalej.
Sparaliżował mnie wzrok Dziadka. Kubę zamienił wręcz w drżący kamień. Nieruchomy olbrzym siedział w recepcji i zza okularów przewiercał nas przekrwionymi ślepiami. Miał koszulkę z wytartym logo starego klubu sportowego, rozciągniętą na opalonych łapskach. Wydawał się nieustannie prężyć – teraz wiem, że pozostawał rozluźniony, a żyły pokrywające każdy centymetr jego ciała wyglądały tak z powodu nadciśnienia i paru środków, które wpieprzał aż do śmierci. Na biurku leżały duża puszka energola i zeszyt.
Tamtego dnia Dziadek skończył siedemdziesiąt dwa lata. Nieświadomie robiliśmy za jego prezent urodzinowy.
Dopiero po chwili zobaczyłem plakaty z magazynów kulturystycznych, które oblepiały całe ściany, niechlujnie na siebie zachodząc. Czarno-białe, kolorowe, zawodnicy z różnych czasów – nie wiedziałem jeszcze, co to za ludzie. Były też okładki z „Playboya” i innych tego typu gazet. Wychodziły już z mody, ale ta siłownia zatrzymała się w czasie.
– Cześć – rzucił Bartek do Dziadka i poszedł w kierunku szatni. – Musicie wykupić wejście, chłopaki.
Dziadek pozostał nieruchomy, nic nie powiedział, nawet nie zerknął na Bartka. Dla niego ktoś taki jak Bartek, nasz idol, był nikim. Nie warto było nawet patrzeć w jego kierunku. Zacząłem się stresować i Dziadek chyba to dostrzegł, bo się uśmiechnął. Miał idealnie równe i białe zęby, a nawet jeśli nie, to tylko lekko przebarwione od energoli i kawy.
– Dwie dyszki wejście. Karnet dla uczniów stówka – wychrypiał w końcu.
Kupiliśmy po jednym wejściu, ja już dałem kasę, Kuba właśnie sięgał po portfel. Pamiętam, jak patrzyłem na jego drżące, nieporadne dłonie, i nagle…
Z szatni wyszedł Józek.
Józek był jak góra, z którą Bartek się zderzył. Miał dwa metry wzrostu, gigantyczne barki, wypukłą obwisłą klatę, ale też całkiem pokaźny brzuch, zasłonięty starym pasem treningowym. Jeden sutek wypadł mu wtedy spod tank topa. Mimo swoich gabarytów kolos sprawnie przemknął koło Bartka, a ten – widać było wyraźnie – aż przełknął ślinę i zachwiał się z nerwów. Józek nie patrzył na nas, ruszył prosto do sali treningowej i kiedy przechodził, poczuliśmy ten dusząco słodki zapach, który później towarzyszył mi prawie codziennie: połączenie Brutala z dezodorantem, a pod koniec treningu również z potem.
– Ten wielki ziomek, nie? – szeptał Bartek w szatni, podekscytowany. – Ten ziomek to Józek, były mistrz polski w trójboju. On wypierdala prawie trzy stówy na klatę. Wszystko się trzęsie, jak robi martwy. Widziałem też, jak w koszuli wyciska, pojeb.
Bartek mówił tak, jakby chciał się pochwalić, że Józek jest jego przyjacielem, choć w najlepszym razie powiedzieli sobie parę razy cześć, no i nie przy nas. Józek potraktował go właśnie jak powietrze, a on liże mu dupę – tak ze zdziwieniem pomyślałem. To kim jest ten Józek?
Nagle, w ciągu paru minut, Bartek przestał mnie interesować, przestał być moim wzorem. Świat wydawał się teraz wielkim miejscem i zrozumiałem, że jeszcze nic nie wiem, że dopiero zaczynam to wszystko odkrywać i powinienem z pokorą przyjmować każde nowe doświadczenie. Dziadek i Józek na pewno nie byli zwyczajni. Nikt normalny nie mógł tak wyglądać. Nie miałem nawet pojęcia, w jaki sposób się do czegoś takiego dochodzi. Nie przypominali prawdziwych ludzi, raczej postacie z Dragon Balla – mimo że przecież istnieli, bo właśnie ich widziałem.
Z zatęchłej szatni wyszliśmy we trzech, przebrani w jakieś ciuchy na WF, i podnieceni skierowaliśmy się do sali, gdzie prawie nikogo nie było oprócz Józka, którego obecność liczyła się za kilka osób. Zaczęliśmy rozgrzewkę, on spoglądał na nas z drugiego końca pomieszczenia. Choć od dawna już nie ćwiczył pod trójbój, miał tego dnia trening pull i faktycznie wszystko się trzęsło, gdy robił martwy, bo na sztangę założył prawie całe obciążenie z wyposażenia siłowni. Czułem dziwny ścisk karku i dreszcz, obserwując, jak gnie się gryf olimpijski, a wielkie, zdeformowane dłonie, białe od magnezji, pozostają sztywne.
Następnego dnia ja i Kuba wykupiliśmy karnety. Pamiętam, że Dziadek, patrząc już życzliwiej, spytał nas tylko o imiona, które wraz z datą zapisał w kajecie. Gdy skończyły się wstyd i niepewność pierwszych treningów – gdy nauczyłem się trzymać pozycję w wyciskaniu, proste plecy w martwym i w wiosłowaniu, zacząłem się podciągać, obsługiwać suwnicę na nogi, robić wznosy bokiem bez zarzucania – podszedłem do tego wszystkiego naukowo. Szkoła mi sprzyjała: rozszerzenie miało się zacząć dopiero od drugiej klasy, w pierwszej był raczej luz. Nikt wtedy nie miał jeszcze korepetycji, nie cisnęli nas jakoś bardzo, więc cały wolny czas poświęciłem poniekąd na naukę biologii i chemii, wykraczając zupełnie poza podstawę programową. Wiedzę czerpałem głównie z forum SFD, tworzyło też już paru polskich youtuberów, takich jak chłopaki z Warszawskiego Koksa. Dowiedziałem się, że moja sylwetka jest typu skinny fat, że prawdopodobnie nie mam wielkiego potencjału do budowania masy mięśniowej, ale muszę ciężko pracować, jeść dużo białka, trenować zawzięcie i coś się powinno z tego urodzić.
Od listopada do lutego przychodziliśmy z Kubą i Bartkiem na siłownię trzy razy w tygodniu, czasem nawet cztery, i trenowaliśmy planem FBW, który Bartek znalazł na forum i ćwiczył nim od początku. Plan nie zakładał żadnej większej filozofii, co drugi dzień wypadało zrobić na zmianę jeden z dwóch treningów. W pierwszym mieliśmy przysiady, wyciskanie, wiosłowanie, wznosy bokiem, a na koniec uginanie na biceps i wyciskanie francuskie na triceps w seriach łączonych. W drugim – martwy, wyciskanie nad głowę, podciąganie i znów uginanie na biceps i dipy w seriach łączonych. Nikt z nas nigdy nie robił nic przypadkowego, nie przychodziliśmy na siłownię, żeby sobie „pomachać”, ale ja – zainspirowany dziennikami treningowymi z forum – postanowiłem pójść o krok dalej. Zacząłem zapisywać każdy trening, analizować progres.
Obaj z Kubą – tak jak wcześniej Bartek – trochę przytyliśmy. Codziennie po szkole jeszcze przed obiadem wpieprzałem mrożoną pizzę, a matkę prosiłem, żeby karmiła mnie kurczakiem albo najlepiej wołowiną. Ona jednak chodziła do pracy, więc jakoś tak po świętach postanowiłem nauczyć się gotować. Pierwszy ryż przypaliłem, a pierwszą pierś z kurczaka usmażyłem bez przypraw i smakowała jak podeszwa. Nie zrażałem się jednak i po jakimś czasie codziennie po szkole robiłem sobie sam obiad i kolację. Przekonałem się też wtedy do warzyw, co wcześniej było nie do pomyślenia, ale ciągle nie mogłem się zdecydować na wagę kuchenną ani na liczenie kalorii – miałem wrażenie, że to już przesada.
Mimo wszystko moje wyniki niezbyt imponowały. Po paru miesiącach ważyłem prawie siedemdziesiąt kilo, wyciskałem na płaskiej sześćdziesiąt – ławka to zawsze był mój najlepszy bój, a w pozostałych miałem żałosne, choć coraz większe liczby. Waga niby rosła, koszulki emki zaczęły się trochę opinać, ale gdy się rozbierałem, tak naprawdę nie było widać, że cokolwiek ćwiczę. Nie zobaczyłem nawet tych mitycznych newbie gains, tymczasem sylwetka Bartka – kiedyś smukła i wyrzeźbiona – coraz bardziej mi odjeżdżała, bo w miarę jak trenowaliśmy, nabierał muskulatury i poprawiały mu się wszystkie partie. Pewnie bym się poddał przez to zniechęcenie, gdyby nie pewna sytuacja w lutym 2014 roku.
Na uczelniach skończyła się sesja, trwała przerwa międzysemestralna i do naszego miasteczka wrócił na chwilę Olek, który mieszkał wtedy na stałe w Warszawie. Ćwiczyliśmy jak zwykle we trzech, oprócz nas było jednak sporo ludzi, ławeczki zajęte. Olek wszedł do sali w kurtce razem z Dziadkiem, wszyscy na nich spojrzeli.
– Siemanko – powiedział głośno Olek, ale patrzył tylko na Józka.
Widziałem go kilka razy w życiu i każde z tych spotkań zapamiętałem. Wszyscy zapamiętywali Olka, był gigantyczny i rudy. Mimo niskiego wzrostu robił wrażenie czołgu, do tego miał nadzwyczaj ostre rysy twarzy jak na swoją masę. Nie nosił obcisłych koszulek, przy takiej budowie już po prostu nie musiał. Wtedy jednak nie do końca rozumiałem, skąd się bierze ta jego prezencja, bo z początku nie zdjął nawet kurtki. Od razu podszedł do nich Józek, zamienili ze sobą kilka słów. Pierwszy raz Józek gadał z kimkolwiek oprócz Dziadka – wywnioskowałem, że Olek to ktoś wyjątkowy.
– Kto to? – zapytałem Bartka, kiedy asekurowaliśmy Kubę na ławeczce.
– Kurwa, nie mam pojęcia – powiedział Bartek zbity z tropu. Chciał wiedzieć tak samo jak ja.
Olek gdzieś zniknął, pewnie poszedł do szatni. Seria, którą robiłem na ławeczce – jakimś śmiesznym ciężarem, szkoda szukać wpisu w dzienniku – szła mi opornie, bo nie mogłem się skupić na ruchu sztangi. Chciałem podnieść głowę, żeby zobaczyć, czy wrócił już ten nowy, i trochę zabolał mnie kark. Kuba pomógł mi odłożyć gryf.
– Co tak słabo? – spytał zdziwiony.
– Gdzie jest ten gość? – rzuciłem niecierpliwie.
Bartek tak samo cały czas wpatrywał się w drzwi, przeczuwając chyba, że to nie jest zwykły dzień.
– Może zaraz wróci – powiedział z nadzieją.
Przyszła kolej Bartka i trzeba było mu dołożyć ciężaru, bo miał dłuższy staż na siłowni, ale odwlekaliśmy to dokładanie w nieskończoność. Byliśmy już rozproszeni, skupiliśmy się na oczekiwaniu. W końcu wszyscy zamarli.
Trzeba wiedzieć, że Olek był wtedy na masie – w samej końcówce – a do zawodów zostało mu szesnaście tygodni. Jego sylwetka wypełniała całe pomieszczenie: barki jak kule armatnie, bicepsy nabite i przez cały czas zaokrąglone, nawet gdy ich nie napinał. Na krótkich przedramionach miał grube żyły, ale podobnie do przedramion wyglądały łydki, zupełnie jakby coś sobie w nich zaszył. Spod krótkich spodenek wystawały potężne uda, kawały mięsa. Wielka klata pozostawała zakryta koszulką. Mogliśmy ją sobie tylko wyobrazić.
Olek był pierwszym prawdziwym kulturystą, którego zobaczyłem. Wtedy nie do końca miałem o tym pojęcie, ale na mordownię Dziadka przychodziły głównie koksy bezrobotne albo koksy fizole. Ich szczytem dopingu była okazyjna toksyczna metka, a szczytem siły – wyciśnięcie stu pięćdziesięciu kilo na ławce, najczęściej z pomocą kolegi i odbiciem na klacie. Oprócz Józka ćwiczył tam z nami jeszcze jeden prawdziwy trójboista i to tyle. Kulturyści jednak – jak miałem się dowiedzieć – byli innego rodzaju ludźmi i nie wystarczyło zobaczyć ich gdzieś na obrazku, żeby się o tym przekonać.
Wtedy, w pierwszej klasie liceum, mieliśmy taki trochę głupawy przedmiot wiedza o kulturze i w podręczniku przeczytałem, że antyczne rzeźby, na przykład Herakles Farnezyjski albo Dyskobol, przedstawiają „idealne ciało”. Olek wyglądał lepiej niż te ideały – i nie był rzeźbą. Istniał naprawdę, właśnie do nas szedł, uśmiechał się nawet.
– Dużo wam zostało na ławeczce? – zapytał uprzejmie.
– No tak ze cztery serie – powiedział Bartek.
– Kurde, a mogę się z wami zmieniać?
– No jasne.
– Git.
Poszedł się przygotować: wziął małe hantelki i robił nimi półkoliste ruchy, obracał też nadgarstkami. Rozgrzewał rotatory, ale wtedy pomyślałem, że się wygłupia, bo nikt z nas, a już na pewno nie Józek, nie robił podobnych rozgrzewek. Nasze polegały raczej na tym, że na przykład wyciskaliśmy sam gryf na parę razy. U Olka trochę to trwało; znów wydłużaliśmy przerwy, żeby nie było, że całkiem przestaliśmy ćwiczyć, chcieliśmy jednak spędzić z nim jak najwięcej czasu na tej ławeczce. Przeczuwaliśmy, że może nam dać jakieś porady.
Wreszcie skończył ten dziwny taniec i podszedł do nas z uśmiechem. On też chciał zacząć od samego gryfu – zdjął obciążenie z jednej strony, ja zdjąłem mu z drugiej. Zrobił dwadzieścia powtórzeń, seria trwała wieczność. Bardzo wolno opuszczał gryf, przytrzymywał przy klatce i szybko wyciskał. I znów – i mimo że on był taki wielki, a gryf ważył tylko dwadzieścia kilo, wydawało się, że robi się w jego dłoniach niezwykle ciężki, że Olek, ten gigant, mocuje się z samym gryfem. Pomyślałem nawet, że to śmieszne i że coś tu jest ewidentnie nie tak.
Potem założyliśmy mu po dwadzieścia kilo na stronę.
– Rozgrzeję się, zrobię pierwszą serię i was puszczam, dobra?
– Dobra – odpowiedział mu Bartek.
Miał teraz sześć dych, mój maks, i znów zrobił dwadzieścia powtórzeń w identycznym tempie: powoli opuszczał, przytrzymywał i dopiero wyciskał.
– Nie lubię płaskiej – powiedział. – Ale na masie mam ją jeszcze w planie, żeby nie zapomnieć.
– Dlaczego? – spytałem, uprzedzając Bartka.
– Wiesz co, mały zakres ruchu.
– Czyli co jest lepsze?
– Zależy do czego. Hantle na skos lubię, dobrze czuć górę klatki. Teraz mam je drugie w planie, w dniu push. Bliżej zawodów będą pierwsze, żeby już nie świrować z ławką. A potem brama.
– To splitem ćwiczysz? – zapytałem; coś mi światło, czym jest split, więc o nim wspomniałem.
– Push pull legs. A wy? FBW?
– Ta.
– A jakie macie cele?
Jakie mamy cele? Jakie cele? Wtedy wszyscy trzej trochę zaniemówiliśmy. Olek popatrzył na nas z uśmiechem, dołożył jeszcze ciężaru i kiedy kładł się pod stówką, przyjął inną pozycję: najpierw ściągnął łopatki, wyniósł sztangę i dopiero wraz z jej ciężarem opadł na ławeczkę.
Znów trzymał identyczne tempo, znów przytrzymywał na dole – tym razem wycisnął dwanaście razy. Odsunęliśmy się, przy stówce nie dalibyśmy rady w asekuracji. Olek robił szybkie wydechy i nie blokował łokci na górze. Gdy skończył, nie widać było, żeby się zmęczył, choć po serii jego klata nabrzmiała, a on pomasował ją z uśmiechem.
– Pompa jeszcze słaba, cytrulina dopiero po którejś serii wejdzie – powiedział.
– Coś jak kreatyna? – spytałem, bo kojarzyłem tylko kreatynę.
– No coś takiego, na lepszą pompę. U was co tam leci?
– Nic – odpowiedziałem, spuszczając wzrok.
– Ja biorę kreatynę – sprostował Bartek.
Zdziwiłem się i przestraszyłem. Brzmiało to dla mnie tak, jakby co najmniej kłuł dupsko.
– Mono czy jabłczan?
– Jabłczan.
– Kupuj mono – poradził Olek. – Lepiej przebadany, tańszy.
Teraz to Bartek spuścił wzrok.
– To jakie te cele macie? – dopytywał Olek natarczywie. – W waszym wieku robiłem formę na Sopot.
Patrzyłem na Bartka w nadziei, że coś powie; na Kubę nie miałem co liczyć, od początku był speszony jak cholera.
– Nie wiem, po prostu chodzimy sobie na siłkę – wyrwało mi się.
Olek popatrzył mi w oczy i uśmiechnął się lekko, choć zaraz ten uśmiech zniknął z jego twarzy. Przybrał tęgą, teatralną minę, zmarszczył brwi. Trochę się nawet cofnąłem.
– Musisz mieć jakiś cel – powiedział poważnie. – Inaczej kręcisz się w kółko.
Milczeliśmy.
Po dłuższej chwili Olek wybuchł śmiechem.
– Tak mi tamten kiedyś powiedział. – Wskazał na Józka na drugim końcu sali. – Jak byłem młodszy. Mądrość, kurwa, starego konia. Do was coś gadał takiego?
– Nie… – zacząłem i Bartek mi się wciął:
– Nie gadaliśmy za dużo.
Olek pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Jest mało wylewny dla nowych. Dobra, teraz wasza runda.
Józek przez cały ten czas gapił się na nas albo na Olka – a może tylko na mnie. Robił sobie długą przerwę między seriami swojego niezgrabnego podciągania, które zazwyczaj wykonywał w półruchach, kopiąc w powietrze. Żłopał wodę i patrzył na mnie. Czyli już od paru miesięcy widział, że kręcimy się w kółko, nie mamy celu. To dlatego nie mówił nam cześć.
Zaraz sam leżałem na ławeczce, miałem ten swój śmieszny ciężar na sztandze, Olek stanął z tyłu i pomógł mi go wynieść. Ćwiczyliśmy pięć na pięć, tak jak mieliśmy w planie.
– Nie mostkuj tak – powiedział Olek. – Dupsko na ławce.
Przykleiłem się do ławki.
– Wolno opuszczaj, musisz kontrolować fazę ekscentryczną.
Pierwszy raz słyszałem takie słowo.
– Nie odbijaj sztangi. Jest bardzo ciężka, gniecie cię, tak sobie wyobrażaj.
– Ściągnij łopatki. Retrakcja, depresja.
– I z wydechem wyciskaj na raz.
– I jeszcze raz.
Chciałem odłożyć, ale –
– Łatwo, masz jeszcze w sobie ze dwa powtórzenia!
– Jeszcze jedno!
Zrobiłem już siedem i chciałem odkładać, ale Olek mi przerwał.
– I jeszcze jedno! – rozkazał.
Krew napłynęła mi do głowy, nadgarstki bolały, sztanga opadła na klatkę prawie bezwładnie. Odbiłem ją i usłyszałem prychnięcie pogardy Olka, a przynajmniej tak to wtedy zinterpretowałem.
Gryf ledwo się oderwał i zaczął drżeć, zawieszony w pół ruchu. Olek złapał go na środku i używając minimalnej siły, pomógł mi odłożyć.
Oddychałem ciężko, w uszach mi szumiało. Klatka paliła po bokach i kłuła na środku. Tricepsy się spięły. Nawet dół pleców zaczął dokuczać. Nogi zdrętwiały. Przedramiona raził prąd.
Ale kiedy znów skupiłem wzrok, Bartek patrzył na mnie zdziwiony, Kuba jakby przestraszony – a Olek się uśmiechał.
– Jak robisz na luzie dziewięć powtórzeń takim ciężarem – zaczął z wyrzutem – to po chuj chciałeś kończyć po pięciu?
– Żeby mieć zapas na następną serię – wychrypiałem. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
– Myślisz że się nie zregenerujesz przed następną?
– Nie wiem.
W następnej serii zrobiłem osiem powtórzeń.
Od tego momentu ćwiczyliśmy planem Olka. Spędziliśmy z nim cały dzień, słuchając rad, uwag i ciężkiego opierdolu, gdy w którymś z nas dostrzegł cień braku zaangażowania. Na koniec stękał i kwiczał, w ogóle nie wstydził się krzyczeć z wysiłku. To, co nam mówił, nie zadziałało jednak na mnie tak mocno jak sam fakt, że w ogóle się nami zainteresował, sam do nas podszedł. Motywował mnie każdy centymetr jego cielska. Rano nie byłem w stanie unieść ręki.
Kiedy następnym razem poszliśmy na siłownię, Józek powiedział nam cześć.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
Projekt okładki: Mikita Rasolka
Projekt typograficzny i skład: Robert Oleś
Redakcja: Patrycja Pączek / d2d.pl
Korekta: Jędrzej Szulga / d2d.pl, Ewa Ostafin/ d2d.pl
ISBN 978-83-68881-07-3
Wydanie I
Warszawa 2026
Wydawnictwo Cyranka
Al. Promienistych 6, 02-648 Warszawa
wydawnictwocyranka.pl
Redakcja: [email protected]
Sprzedaż: [email protected]
