40,00 zł
JAK DALEKO JESTEŚ W STANIE SIĘ POSUNĄĆ, ABY DOSTAĆ ROK PŁATNEGO URLOPU?
Barri Brown nie spodziewa się, że jej mąż wróci – przecież dostała od niego wiadomość z informacją, że to koniec. Nie spodziewa się też, że wreszcie zostanie doceniona jako nauczycielka i zdobędzie awans – zbyt dobrze zna już smak rozczarowania i niesprawiedliwości. Nie spodziewa się również dziecka – od zawsze twierdziła, że to ostatnie, czego chce, a jednak teraz wszyscy dookoła wierzą, że Barri za kilka miesięcy zostanie matką.
Od roku płatnego urlopu dzieli Barri kilka miesięcy udawania, siedem sztucznych brzuchów i szafa pełna sukienek ciążowych. Plan wydaje się idealny, a wizja wyrwania się z małej wyspy i rozpoczęcia życia od nowa jest niezwykle kusząca – do czasu.
Bo na tak małej wyspie jak Guernsey trudno utrzymać coś w tajemnicy. W dodatku im większy staje się sztuczny brzuch Barri, tym większe ogarniają ją wątpliwości i wyrzuty sumienia. Może jednak ten plan nie był tak do końca idealny?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 470
Tytuł oryginału Motherfaker
Copyright © 2026 by Anna Brook-Mitchell Copyright © 2026 for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Media Rodzina Sp. z o.o.
Projekt okładkiTania Starićka
Zdjęcia na okładceShutterstock
Skład i łamanieAndrzej Komendziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całościalbo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-68625-85-1
2026.1
Gorzka Czekolada jest imprintem Grupy Wydawniczej Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Poznańska 102, 60-185 Skórzewo tel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Grupa Wydawnicza Media Rodzina popiera ścisłą ochronę praw autorskich. Prawo autorskie pobudza różnorodność, napędza kreatywność, promuje wolność słowa, przyczynia się do tworzenia żywej kultury. Dziękujemy, że przestrzegasz praw autorskich, nabywasz książki legalnie i nie udostępniasz ich publicznie, np. w Internecie. Dziękujemy za to, że w ten sposób wspierasz autorów i pozwalasz wydawcom nadal publikować ich książki.
Dla niezrównanej Lynn Brookfield
Tych dwoje przy oknie to pozerzy.
Wiem, niby tacy niewinni. Ona – obraca w palcach nóżkę kieliszka z kir royale o nieproporcjonalnie dużej zawartości likieru z czarnej porzeczki. On – szczypie za uszko mikroskopijną filiżankę espresso, wyglądając przy tym jak Gandalf, który pożyczył kubek od Froda. Robi to wytwornie, pewnym chwytem, dzięki któremu może sobie pić z zadowoleniem. Każdy przechodzień, patrząc na nich, mógłby pomyśleć: „Patrzcie na tych dwoje, jak leniwie błądzą wzrokiem po porcie. Ci to mają błogie życie!”.
Skończeni oszuści.
A wiem to stąd, że potomstwo, z którym tu przyszli – i które teraz ignorują, udając, że go nie ma – krąży na hulajnogach wokół mojego stolika niczym głośna, natrętna karuzela. Każdego innego dnia irytowałoby mnie to jak diabli, ale dzisiaj jest szczególnie męczące, bo próbuję zastanowić się nad esemesem, którego przed chwilą dostałam. Tym, w którym zostałam poinformowana, że moje małżeństwo się skończyło.
Dzieciaki orbitują dalej. Czuję się jak próbka w wirówce.
Przewijam korespondencję w telefonie. Ckliwe epistoły ode mnie i lakoniczne, jednozdaniowe odpowiedzi od Seana. Teraz to widzę – siebie jako świecę, której nie da się zdmuchnąć, a jego jako narwanego solenizanta, zdeterminowanego, by już wreszcie zgasić płomień, pomyśleć życzenie i zająć się swoimi sprawami.
– Proszę bardzo. Pyszna latte.
Kelner – mój były uczeń, którego nazwiska nie potrafię sobie przypomnieć – sunie, szurając podeszwami, do stołu, ostrożnie, żeby uniknąć potrącenia, i stawia przede mną zamówioną kawę. Czytam powtórnie tę ostatnią wiadomość.
Przykro mi. To koniec. Już nie wracam na Guernsey.
Ciche westchnienie dochodzące zza moich pleców ostrzega mnie, że kelner zerknął z ukosa na ekran mojej komórki. Podnoszę na niego wzrok, a jemu czerwienieją policzki. To przywołuje wspomnienie tej samej twarzy – trochę młodszej, bardziej pryszczatej – z miną winowajcy po tym, jak został przyłapany na ściąganiu od sąsiada na maturze próbnej.
– Dziękuję za sprawną obsługę – mówię, wskazując ruchem głowy na kawę, po czym odwracam telefon, żeby ukryć przed chłopakiem wstrząsającą wiadomość.
Mam nadzieję, że moja uprzejmość zniechęci go do rozsiewania plotek, ale widząc, jak idzie swobodnym krokiem do lady i od razu bierze do ręki komórkę, na której coś wystukuje, mam co do tego poważne wątpliwości.
Jedno z dzieci wpada na mój stół i kawa rozlewa się na spodek. Gromię wzrokiem rodziców, oczekując interwencji. Oni tylko uśmiechają się do mnie, jakby spodziewali się, że uznam to za najsłodszy na świecie scenariusz zdarzeń. Idealny kształt serca, który wcześniej zdobił moją latte, teraz wygląda jak smutny, zdeformowany Pac-Man.
Sean i ja przychodziliśmy tu w sobotnie poranki i siadaliśmy przy oknie zawłaszczonym teraz przez tych dwoje. Wybieraliśmy, którą łódź byśmy kupili, gdyby nas było na nią stać. W głębi duszy miałam nadzieję, że pewnego dnia naprawdę kupimy łódkę. Nic wymyślnego, mały rybacki kuter z jaskrawym kadłubem na jednodniowe wypady na Herm – ciepłe swetry, kanapki i idealnie zaparzona herbata w termosie dla nas dwojga. Ale Sean w gruncie rzeczy nie ma serca do łódek. Jak widać, do mnie też nie.
Ścieram mleczną kawę z mojego herbatnika Lavazza i wsuwam serwetkę między filiżankę a spodek. Papier od razu zmienia kolor z białego na jasnobrązowy, wchłaniając plamę.
Nachodzi mnie na ułamek sekundy ochota, żeby podstawić nogę małej dziewczynce, tak aby fiknęła nad kierownicą jej głupiej hulajnogi. Ale nigdy bym tego nie zrobiła. Przede wszystkim nie nosi kasku, więc te różowe okulary przeciwsłoneczne w kształcie gwiazdek – nasunięte na czoło, ale nie dość wysoko, żeby wyglądać stylowo – mogłyby się wgnieść w jej głowę.
– Patrzcie! Patrzcie na mnie! Patrzcie! – krzyczy chłopiec, balansując milisekundę bez trzymanki, jakby było to osiągnięcie na miarę występu w Cirque du Soleil.
Para dorosłych wydaje te same nieszczere odgłosy wyrażające podziw, które opanowali do perfekcji rodzice na całym świecie, po czym wraca do przerwanej rozmowy, zostawiając potomstwo pod nadzorem obcych, którym – na szczęście dla nich – sumienie nie pozwala pod wpływem impulsu podstawić im nogę.
– Wasze dzieci powinny jeździć w kaskach – mówię i dopijam kawę jednym haustem.
Kir Royale patrzy na mnie z odrazą równie skondensowaną jak syrop w jej lukrowym drinku. Odwraca się do Espresso.
– Boże, co za ksantypa!
Wstaję, odsuwając krzesło gwałtowniej, niż zamierzałam. Oparcie potrąca chłopca, ten wpada na siostrę, a ona uderza głową o róg stołu.
Kir Royale i Espresso podrywają się ze swoich miejsc, piorunują mnie wzrokiem i tulą dzieci.
– Nie zrobiłam tego specjalnie! – Robię krok w ich stronę, aby dać im wyraźnie do zrozumienia, że jestem niewinna.
Chrup.
Okulary w kształcie gwiazdek leżą rozgniecione pod podeszwą mojego Birkenstocka. Dziewczynka wyje, chłopiec się śmieje, rodzice gruchają.
Ściskam telefon niczym piłeczkę antystresową i wykorzystuję resztki mojego debetu, żeby kupić dzieciakom po lizaku w ramach przeprosin.
A tak w ogóle to nie mam na imię Ksantypa. Mam na imię Barri. Ładnie to wygląda na piśmie, ale kiedy się je wypowiada – a przecież w taki sposób najczęściej używa się imion – ludzie słyszą po prostu „Barry”, co od razu kojarzy się z gburowatym kierowcą ciężarówki ze wschodniego Londynu. Albo z tym gościem z Chuckle Brothers.
Na pewno istnieje świat równoległy, w którym trzydziestopięcioletnia kobieta o imieniu Barri nic sobie z tego nie robi. Jest wysoka, ma smukłe ciało łasicy. Je skandynawskie jogurty. Imprezuje, lecz uwielbia też zdrowe sposoby spędzania wolnego czasu – na przykład wcześnie wstaje, żeby pobiegać po bezdrożach – albo spotkania towarzyskie. Tymczasem ja... no, ten kierowca ciężarówki – ubierz go w pierwszą lepszą szmizjerkę, daj mu kręcone rudawe włosy, szerokie łydki i możesz uznać, że skoro przysłowiowy (praktyczny) but pasuje na stopę osoby, którą masz na myśli, to pewnie do niej należy... Często zastanawiam się, na ile inaczej ułożyłoby się życie, gdyby moja siostra Lara (typ smukłej łasicy) miała na imię Barri, a ja Lara, ale cóż, jest jak jest.
– Ech, chyba żadna z nas się nie łudzi, że Sean wróci, hę?
Mam nadzieję, że mama nie ściągnęła mnie tu wyłącznie po to, żeby podzielić się ze mną tym okruchem brutalnej mądrości życiowej. Wiercę się na krześle. To nie jest wygodny dom – stoi tu tylko jeden fotel, w który dałoby się wtulić, a zwykle zajmuje go mama – reszta jej mebli to same twarde krawędzie, sflaczałe poduszki i skrzypiące drewno. Ale z tego pokoju rozciąga się – nawet w taki ponury listopadowy dzień – niesamowity widok na urwiste klify i poprzecinane zygzakami fal morze.
Mama buszuje w szufladach biurka, które niemal połykają jej drobną postać. Jej wyrzeźbiona sylwetka mogłaby sugerować wiele lat agresywnych zajęć pilatesu, podczas gdy w rzeczywistości ledwo udaje jej się dojść do końca ulicy. Siada ociężale naprzeciwko mnie przy stole. Patrzy z poważną miną.
Oczywiście nie ja powiedziałam jej o Seanie. Tamten wścibski kelner musiał dojść do wniosku, że dla dobra wyspy należy o tym poinformować wszystkich mieszkańców. Przez chwilę jestem niemal pewna, że mama zaraz udzieli mi pomocnej rady. Jednak ona tylko podsuwa mi pod nos dwie małe, sfatygowane kartki pożółkłego papieru.
– Co to może być? – pyta.
Na kartkach widnieje napis „Obligacje premiowe”. Zagadka rozwiązała się sama.
– Obligacje premiowe – mówię. – Stare.
– Ciekawe, hę? Zadzwoniłam do NS&I, a tu dziwna sprawa: nie należały do twojego ojca. – Nie zwracam uwagi na pogardę w jej głosie, kiedy mówi o tacie. – Próbowałam nazwisk wszystkich potencjalnych właścicieli. Żadne nie pasuje. Ta kobieta z NS&I strasznie się na mnie wkurzyła, bo nie mogłam zrozumieć jej akcentu. Był bardzo twardy. Powiedziałam jej, że brzmi jak Szkotka, ale upierała się, że to irlandzki. Na moje oko kłamała.
– Może Lara będzie w stanie pomóc – podpowiadam, żeby nie musieć się zastanawiać, dlaczego biedna Irlandka miałaby udawać Szkotkę.
Jak na zawołanie moja siostra i jej dzieci wpadają z impetem do domu przez drzwi kuchenne. Lara – zorganizowana, skuteczna, z gładko zaczesanymi włosami – kładzie przede mną naszywki na ubrania i stroje na zajęcia z wuefu, a mama szybko wstaje, żeby nastawić czajnik. Nawet nie pytają, czy ja też wypiję, ale tylko dlatego, że obie wiedzą, jaka jestem wybredna w kwestii herbaty.
– Czyli naklejane metki się nie sprawdziły? – pytam.
– Nie. Miałaś rację. Zadowolona?
Trzeba oddać Larze sprawiedliwość: słysząc ton swojego głosu, pohamowała się – widać to po jej minie – bo zapewne przypomniała sobie, że tego dnia zostałam oficjalnie porzucona przez męża. Za pomocą esemesa.
Przykro mi. To koniec. Już nie wracam na Guernsey.
Koło obligacji premiowych mama strategicznie położyła na widoku broszurę biura architektonicznego, otwartą na stronie z ofertą eleganckich altan ogrodowych, w których mogłaby mieszkać cały rok. Widzi, jak Lara teatralnie przewraca oczami.
– No co? To tak, jakby mieć na miejscu nianię, której nie trzeba płacić!
Otwieram swój przybornik krawiecki, który Lara kazała mi przynieść, i zabieram się do przyszywania metek do spodenek gimnastycznych, koszulek, dresów oraz bluz Harry’ego i Luke’a.
– W naszym ogrodzie nie ma miejsca na altanę – mówi Lara. – A nawet gdyby było, nie stać nas na to.
– Mogłabym sprzedać ten dom.
– Dałabyś radę w czwartek odebrać Luke’a z treningu i zaprowadzić go do biura Dave’a? – pyta mnie Lara. – Nasza próbna opiekunka ma o tej godzinie klub książki.
Udaję, że nie widzę przerażonej miny dziewięcioletniego siostrzeńca, kiedy słyszy, że będzie zmuszony spędzić całe piętnaście minut w towarzystwie swojej dziwnej cioci.
– Tak, pewnie – odpowiadam.
Zapięta pod szyję koszulka polo od Freda Perry’ego z kapeluszem bucket to styl, który – jak powiedzieliby moi uczniowie z jedenastej klasy – wajbuje. Młodzian wygląda, jakby wyobrażał sobie, że w tej chwili inbuje na jakimś festiwalu, rozlewając ciepłego bronka z plastikowego kufla i szukając zwady z każdym, kto krzywo na niego spojrzy. Wyłapuje, że mu się przyglądam, i macha do mnie bez entuzjazmu. Na ręce ma dużą rękawicę bramkarską.
Kiedy Luke się urodził, musieliśmy przez dwa lata znosić przechwałki Dave’a, jakie to silne są jego geny – dopóki nie pojawił się Harry z wielką, rudą grzywą. Teraz Harry ma siedem lat i usposobienie pięćdziesięciopięcioletniego faceta, który zamartwia się, że nie odłożył wystarczająco dużo pieniędzy na emeryturę. Siedzi sztywno na twardym drewnianym krześle – najbardziej brutalistycznym meblu w całym domu – niczym udręczony purytański król.
Tymczasem siostra ogląda obligacje ze wszystkich stron.
– Porozmawiam z moim redaktorem i dowiem się, czy „Press” może przeprowadzić śledztwo dziennikarskie, żeby ustalić, do kogo należą.
Uwielbia pozować na Louisa Theroux, chociaż najbardziej ekscytującym zdarzeniem, jakie w swoim życiu opisała, było to, że ktoś notorycznie podrzucał w parku L’Ancresse Common karmelki Werther’s Original bez papierków. Nagłówek artykułu brzmiał: „Jest tylko kwestią czasu, aby ktoś się udławił na śmierć!”. Ja i Sean niemal udławiliśmy się na śmierć ze śmiechu, kiedy przeczytał mi to przy śniadaniu.
Mama zabiera obligacje.
– Jeśli okaże się, że mają jakąś wartość, to ty, Dave i chłopcy będziecie mogli pojechać na wakacje! Poza rokiem szkolnym wyjazdy są takie drogie!
Lara odstawia filiżankę i ściska dłoń mamy. Ogarnia mnie poczucie ulgi, że nie poczęstowały mnie herbatą – na jej powierzchni pływa oleisty kożuch.
– Ja też mogę podróżować jedynie podczas przerw od szkoły – przypominam.
– Tak – przyznaje moja siostra – ale sama dokonałaś takiego wyboru.
Fakt, że Lara się rozmnoży, był zapisany złotymi literami w jej przeznaczeniu; jej jajowody i jajowody Matki Natury są ze sobą nierozłącznie splecione. W porównaniu z tym moja potrzeba zarabiania zdaje się zaledwie frywolną zachcianką, której efektem ubocznym jest to, że nie mogę sobie pozwolić na wyjazdy w okresie wakacyjnym bez obciążania domu kolejną hipoteką.
Kiedy mama wychodzi z pokoju, moja siostra zwraca się do mnie:
– Niewiarygodne, że ten buc zerwał z tobą za pomocą pieprzonego esemesa! – Mimo że Lara ściszyła głos, Harry cmoka z dezaprobatą, słysząc słowo na P. Luke, wciąż z rękawicą bramkarską na ręce, nadaremnie próbuje wcisnąć guzik pilota. – To znaczy, rozumiem, że go tu nie ma, ale czy spadłaby mu korona z głowy, gdyby zatelefonował?
Podsuwam w jej kierunku moją robótkę krawiecką.
– Nie wyszło najrówniej, ale nie odpadnie w praniu.
– Przynajmniej powinno obejść się bez komplikacji w związku z tym, że nie macie... – Odkasłuje. – A ja znam doskonałą prawniczkę. – Lara wdycha zapach świeżo wypranej bluzy Luke’a i tuli ją do piersi. – Po prostu nie rozumiem, jak po tylu latach i po tych wszystkich gównianych przejściach – Harry znowu się wzdryga – skondensował swoją decyzję o porzuceniu ciebie do kilku naprędce wystukanych zdań.
– Zdawało mi się, czy mówiłaś, że miałaś tu dzisiaj wpaść tylko na chwilę?
Lara pociąga nosem.
– Tak, chłopcy mieli się pobawić u znajomych, ale spotkanie zostało odwołane. Jakaś wariatka, która nienawidzi dzieci, zaatakowała ich córkę i synka krzesłem czy coś w tym rodzaju. Biedna, mała Olivia musiała iść do szpitala, żeby zbadano, czy nie ma wstrząsu mózgu.
– O nie...
Przysuwam do siebie kubki z herbatą mamy i Lary, żeby je wynieść do kuchni.
– A potem ta straszna baba rozdeptała okulary przeciwsłoneczne małej.
– Hm, na pewno im za nie zapłaciła – rzucam przez ramię.
„Grubo ponad równowartość”.
W pracy moja męcząca koleżanka o imieniu Yolande częstuje mnie herbatnikiem Hobnob.
– A potem, kiedy Lara powiedziała, że Sean już od miesięcy zarzekał się, pisząc do ciebie, że zamierza wrócić, to ja jej na to: „O nie, przez to wyszło jeszcze gorzej!”.
Biorę od niej jedno ciastko, rzucam zdawkowe „dziękuję” i wracam do sprawdzania zadań domowych. Ale chłód, z którym przyjęłam poczęstunek, nie wystarcza, żeby zniechęcić Yolande.
– Lara się wręcz gotuje. Sama wiesz, że nigdy go nie lubiła...
Styl, w którym ubiera się Yolande, nazywam „wieś-core” – obszerne, zabudowane spódnice, które łączy z obszernymi, zabudowanymi koszulami w zgaszonych odcieniach brązu i beżu. Taka leśna odmiana charakteryzacji Opowieści podręcznej. Yolande łudzi się, że dzięki nim wygląda elegancko, ponieważ jednak nie da się określić jej kształtów pod tą zabudową, ogólne wrażenie jest raczej niepokojące. Dalej rozwodzi się nad tym, jak fakt, że zostałam porzucona przez męża, wpłynął na moją siostrę, tymczasem ja wyobrażam sobie, jak mogłoby wyglądać ludzkie ciało w kształcie sześciokąta...
Pogryzam suche ciasteczko i zerkam na czajnik. Mój zakamieniały wróg. Czy odważę się zaparzyć herbatę? Po każdym użyciu musimy uzupełniać wodę, „żeby kącik kuchenny w pokoju nauczycielskim był dla wszystkich przyjaznym miejscem”, ale nie toleruję tej stojącej, pełnej osadów cieczy, która zalega w środku po porannym szturmie na czajnik. Chcąc temu nieco zaradzić, jakiś czas temu zaczęłam wylewać uzupełnioną przez innych wodę i lać dla siebie świeżą, po czym zgodnie z nakazem znowu ją uzupełniałam. Wkrótce na tablicy korkowej pojawił się utrzymany w pasywno-agresywnym tonie liścik: Marnowanie wody nie przyczynia się do stuprocentowej neutralności węglowej, do której dąży szkoła średnia im. Victora Hugo.
Nie jest łatwo mnie zniechęcić, więc zdecydowałam się podlewać tą bagienną breją z czajnika kwiatek na parapecie. Bardzo eko. Ostatecznie doprowadziło to do śmierci rośliny – obstaję przy tym, że przyczyną było zatrucie kamieniem, a nie nadgorliwe podlewanie. Po burzliwej dyskusji z Julie, szalenie irytującą dyrektorką szkoły i samozwańczą ambasadorką kuchennej etykiety, niechętnie zgodziłam się zastosować do nakazu zaprzestania tej występnej procedury. Wygląda na to, że pokój nauczycielski musi być przyjaznym miejscem dla każdego oprócz mnie.
Akurat w chwili, gdy podchodzę do czajnika, żeby zaryzykować użycie go dla – dosłownie – jednego herbatnika, w progu staje Julie. Toporne czółenka podkreślają jej zamaszysty krok. Przypomina nam, żebyśmy w poniedziałki wszyscy przychodzili piętnaście minut wcześniej niż zwykle, aby uczestniczyć w spotkaniu kadry, które nazywa „rozgrzewką”. Najbardziej irytujące – oprócz konieczności wstawania wcześniej i nazwy „rozgrzewka” – jest to, że podczas spotkania każe nam cały czas stać, twierdząc, że to „zastrzyk energii dla wszystkich na nadchodzący tydzień”. Obejmuje ramieniem Suzie Martel, drugą nauczycielkę angielskiego, która niedawno wróciła z urlopu macierzyńskiego. Suzie to leserka. Ciągle znajduje wymówki, żeby zawalić mnie dodatkową pracą albo wychodzić z wywiadówek punktualnie co do sekundy, kiedy trzeba sprzątać krzesła i stoły. Domyślam się, że teraz, po tym jak podrzuciła do żłobka kolejne dziecko, będzie jeszcze gorzej.
Kiedy zostanę koordynatorką przygotowań do egzaminów maturalnych, moją pierwszą decyzją będzie wprowadzenie jakiejś formy rekompensaty dla nauczycieli, którzy regularnie zastępują koleżanki mające obowiązki opiekuńcze. Tak, wiem, świat nie pozwala matkom odnosić sukcesów w pracy, ale czy nie zgodzicie się ze mną, że bezdzietnym ludziom od czasu do czasu należy się babka cytrynowa w podziękowaniu za wyręczanie innych? Tak, nawet Yolande.
Z zamyślenia wyrywa mnie salwa śmiechu, rozbrzmiewająca w pokoju. Julie zabawia towarzystwo „przekomiczną” historią o tym, jak jej mały syn wylądował u lekarza, bo dostał infekcji penisa od częstego dotykania się. Zadaję sobie w duchu pytanie, czy to jest odpowiedni temat na poniedziałkową rozgrzewkę, ale zachowuję milczenie.
Julie dostrzega moją minę.
– Barri coś dziwnie zamilkła. Może miała podobny problem ze swoimi narządami.
„Wow”.
– Nie – odpowiadam. – Po prostu myślałam, jak to dobrze, że nie mam dzieci.
Najlepszym sposobem na zbicie z tropu wszystkich obecnych w pomieszczeniu pełnym rodziców jest zakwestionowanie ich wyborów życiowych.
Po spotkaniu Julie ciągnie mnie do swojego gabinetu „na słówko o tej nominacji na koordynatorkę przygotowań do matury”. Otwierając drzwi, kicha głośno, a drobne kropelki jej śliny z zarazkami osiadają na klamce i tabliczce z napisem: DYREKCJA. Nie wyciera ich.
Nigdy nie widziałam, żeby nie miała kataru. Ja na jej miejscu już bym poszła się zbadać, żeby wykluczyć prawdopodobieństwo HIV, żółtaczki i innych chorób zakaźnych, ale ona zarzeka się, że jej obecne objawy to „nowa infekcja podłapana w żłobku”. Co do zasady, podziwiam ludzi, którzy pomimo choroby chodzą do pracy, bo to świadczy o ogromnym zaangażowaniu. Jednak kiedy Julie tak chrycha, nawet nie próbując zasłaniać ust, rewiduję moją opinię. Czy wykazałabym się aspołecznym nastawieniem, gdybym otworzyła okno? Silny, lodowaty podmuch wzbija mokre od deszczu liście za szybą. Lepiej nie. Nie lubię Julie, ale nie na tyle, żeby ją ukatrupić niczym jakąś postać wątłego zdrowia z powieści Charlotte Brontë.
Julie siada przy swoim drewnianym biurku, na którym panuje chaos, i wskazuje mi miejsce na krześle naprzeciwko.
– Przepraszam za żart pod twoim adresem na rozgrzewce. Mam nadzieję, że cię nie striggerował. – Jej afektowane amerykanizmy to naleciałość nabyta podczas sześciu miesięcy, które spędziła w Stanach trzynaście lat temu.
– W porządku – mówię, żywiąc desperacką nadzieję, że od razu przejdzie do sedna.
– Nie, przekażę wszystkim, żeby w przyszłości ograniczyli do minimum baby talk.
– Julie! Moi koledzy i koleżanki mają słownictwo na poziomie podstawowym, ale nie ujmowałabym im kompetencji na tyle, by twierdzić, że mówią jak niemowlęta.
Opieram się wygodniej na krześle. Jeśli awans na koordynatorkę przygotowań do egzaminów maturalnych ma się wiązać z przyzwoleniem na takie przekomarzanki, to może jeszcze polubię Julie.
Ona jednak psuje nastrój słodkim jak sacharyna uśmiechem.
– Nie każdy może mieć dzieci i absolutnie wszyscy powinniśmy być na to wyczuleni.
– Nie mam pojęcia, czy jestem zdolna do rodzenia dzieci – odpowiadam, starając się, by nie rozpraszała mnie za bardzo strużka śluzu wypływająca z jej nozdrza. – Po prostu zdecydowałam się ich nie mieć.
Dyrektorka się śmieje.
– Och, nie martw się, jeszcze zmienisz zdanie.
– Och, nie martw się, nie zmienię!
Walczę z desperacką chęcią, by podsunąć w jej kierunku pudełko chusteczek. Ona układa dłonie w hamak, na którym wpiera podbródek, co w pewnym sensie tworzy obramowanie dla gila.
– Cóż – mówi z powagą, jakby wygłaszała proroctwo – powinnaś to głęboko przemyśleć. Jeśli będziesz czekać z tym za długo, może się okazać, że będziesz żałować do końca życia.
Czy ona naprawdę uważa, że jest to nowa informacja, której nigdy nie brałam pod uwagę? Pochylam się do niej, lecz w ostatniej chwili przypominam sobie, że mam przed sobą fabrykę zarazków, więc gwałtownie się cofam.
– Moje życie jest i nadal będzie bardziej satysfakcjonujące i bogatsze, dlatego że nie ma w nim dzieci – mówię z wymuszonym uśmiechem.
Twarz Julie robi się czerwona z oburzenia... a może to symptom suchot?
– Pod jakim względem twoje życie jest bardziej satysfakcjonujące i bogatsze niż moje?
Akcent na słowie „twoje”, któremu towarzyszy oskarżycielsko wycelowany palec, zadaje mi silniejszy cios, niż chciałabym przyznać. Spuszczam wzrok i patrzę na swoje kolana.
– Myślałam, że przyszłyśmy tu rozmawiać o przygotowaniach klas maturalnych do egzaminu.
– Tak. – Julie odkasłuje, ale tym razem dlatego, że czuje się niezręcznie, bo mnie „striggerowała”, a nie z powodu potencjalnej gruźlicy zżerającej jej płuca. – To była trudna decyzja, ale inna kandydatka po prostu zgarnęła ci tę funkcję sprzed nosa. Na tym etapie zadecydowały już właściwie drobiazgi, ale ostatecznie... cóż, zaproponowaliśmy tę rolę Suzie.
Unoszę gwałtownie głowę, żeby spiorunować ją wzrokiem.
– Twojej najlepszej przyjaciółce, Suzie Martel?
Julie się uśmiecha.
– Hm, kolegujemy się. Nie powiedziałabym...
– Przecież ona dopiero co wróciła z prawie rocznego urlopu!
– Nie była na wakacjach. Opieka nad noworodkiem to ciężka praca.
Wbijam paznokieć w rowek z boku biurka. Korci mnie, żeby wydrapać w drewnie fiuta z jajami.
– Przykro mi, Barri. Wiem, że czujesz się rozczarowana.
Bańka śluzu zwisająca z dziurki jej nosa już osiągnęła rozmiar małej żarówki. Sugestywnie manewruję pudełkiem z chusteczkami. Julie tego nie zauważa.
– Jakoś nie widziałam, żeby Suzie Martel zgodziła się zagrać Tytanię we Śnie nocy letniej, kiedy ta uczennica z jedenastej klasy zaczęła rodzić, a ty? – pytam, krzyżując ramiona.
– Nie, ale przyznasz, że o wiele lepiej sprawdziłaby się w roli królowej wróżek...
– Myślę, że recenzenci mogliby się nie zgo...
– Suzie nie przejęła roli, bo była z „tą uczennicą z jedenastej klasy” w szpitalu. I pamiętała jej imię.
Nie miałam cienia wątpliwości, że później Julie powtórzy Suzie przebieg naszej rozmowy. Będą się śmiać przy kieliszku prosecco, opowiadając sobie z fascynacją, jak mnie zraniło odrzucenie mojej kandydatury. Podsuwam jej pudełko chusteczek.
– Powinnaś wydmuchać nos.
Julie mnie nie słyszy. Jej uwagę odwraca prywatny esemes, który przed chwilą dostała. Czytając, mamrocze w irytujący sposób.
Dochodzę do wniosku, że już skończyłyśmy, więc wstaję.
– Barri. Jak sądzisz, mogłabyś przejąć dyżur w świetlicy w trakcie długiej przerwy i przypilnować, żeby uczniowie odrobili lekcje? Caius ma gorączkę i muszę go odebrać ze żłobka.
Zaciskam dłonie w pięści.
– Tak, w porządku.
Ale nic nie jest „w porządku”. Sean odszedł, a mój awans został zawłaszczony przez mniej utalentowaną, mniej zaangażowaną nauczycielkę kategorii B z Milton Keynes!
Patrzę na Julie, która krzywi się, czując w końcu słoną, śluzowatą wilgoć na swojej górnej wardze. Zgarnia zielonego, lepkiego gila chusteczką, która leży dogodnie tuż przy jej łokciu, bo już dawno podsunęłam jej całe opakowanie. Nawet nie musi odrywać wzroku od telefonu, żeby ją wymacać; to najlepszy przykład niewidocznej, niedostrzeganej i niedocenianej wartości, którą codziennie wnoszę do tej szkoły.
Kiedy przyglądam się z osłupiałym przerażeniem, jak odkłada lepką od smarków chusteczkę na biurko, zamiast wyrzucić ją do kosza stojącego obok, coś nagle dociera do mnie z oślepiającą jasnością.
Muszę spieprzać z tej wyspy.
Muszę zostawić za sobą niewyrzucone, zasmarkane chusteczki i wreszcie zrobić coś ze swoim życiem. Pojadę do wszystkich miejsc, które inni odwiedzają, a potem zanudzają mnie opowiadaniem o nich. Zamieszkam gdzie indziej. Gdzieś, gdzie nikt nie będzie znał mnie ani Seana – gdzie nikt nie będzie wiedział, że nasze małżeństwo zakończyła lakoniczna wiadomość wyklikana na komórce, a nie wypowiedziana twarzą w twarz.
„Pod jakim względem twoje życie jest bardziej satysfakcjonujące i bogatsze niż moje?”.
Niech ci będzie, Julie, nie jest. Ale to niedługo się zmieni.
Barri Brown wybywa z tej skały wystającej z morza i już nigdy nie wróci!
