Książkowisko próżności - Zbigniew Górniak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Książkowisko próżności ebook i audiobook

Zbigniew Górniak

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Mówią, że w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Na potrzeby naszych czasów tę frazę zamieniłbym na: zbieraj lajki i monetyzuj, co się da. Umiesz pisać, ale Twoje nazwisko nie robi już wrażenia w branży? Zostań autorem widmo gostka, który co prawda ledwo posługuje się językiem polskim, ale za to ma zasięgi. Tak, to ja, ghostwriter, dojrzały pisarz z przeszłością, ale bez przyszłości. Mam siłę w lędźwiach, a w portfelu noszę Viagrę. Jeszcze marzy mi się gwiazdka z nieba, ale nie stać mnie nawet na mieszkanie na Mazurach, które oddala się ode mnie z prędkością kajaka. Jestem dorosłym mężczyzną po przejściach, niegdyś szanowanym dziennikarzem, ale z ledwością odnajduję się w branży zdominowanej przez próżne i zazdrosne beztalencia. Sztuczna inteligencja, w przypadku niektórych jedyna, jaką się posługują, rządzi i rozdaje profity. Tak, to ja. Everyman. Mogę być każdym i nikim. Teraz będę Twoim bohaterem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 219

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Zbigniew Górniak

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
amerykacofika

Nie oderwiesz się od lektury

powiesc na jedno popolundnie jak ktos szybko czyta. ostro wypunktowany obraz wspolczesnego pierdolnika w jakim przyslo zyc nam bumerom. jes smiesznie, strasznie i romtycznie choc na okladce (niezbyt wysokich lotow) zapowiedz ze romantyzmu brak. ale zawartosc rekompensuje braki skili grafika. na to autor wpywu zapewne nie mial. ubawilam sie mrugnieciami do czytelnika. warsztat biegly pisarski wiec nic nie boli przy czytaniu. moze tylko troche d. z zazdrosci ze nie potrafie tak pisac. drugie gorzkie dno namalowane sprawnie jak akwarelą. nie kazdy wylapie ale nie musi. polecam jako lekturke na leniwa sobote jaka dzis sobie zafundowalam z tym autorem. na tyle mnie zaintrygowal, ze poszukam innych jego ksiazek.
00

Popularność




Książ­ko­wi­sko próż­no­ści

Co­py­ri­ght © Zbi­gniew Gór­niak

Co­py­ri­ght © Ostre Pió­ro

Wy­da­nie I

Szcze­cin 2026

ISBN: 978-83-68498-36-3

e-ISBN: 978-83-68498-37-0

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Roz­po­wszech­nia­nie i ko­pio­wa­nie ca­ło­ści lub czę­ści pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci za­bro­nio­ne bez wcze­śniej­szej pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy. Do­ty­czy to tak­że fo­to­ko­pii i mi­kro­fil­mów oraz roz­po­wszech­nia­nia za po­mo­cą no­śni­ków elek­tro­nicz­nych.

Wy­daw­ca ze­zwa­la na udo­stęp­nia­nie okład­ki książ­ki w in­ter­ne­cie.

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Ilu­stra­cje na okład­ce

iStock: alex-mit / Fre­epik

Re­dak­cja

Ewa Hof­f­man-Ski­biń­ska

Ko­rek­ta

Na­ta­lia Szop­pa

Mo­ni­ka Cał­ka | krop­ka­ispol­ka.pl

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | www.ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Zbi­gniew Gór­niak

Książ­ko­wi­sko próż­no­ści

Ko­me­dia nie­ro­man­tycz­na

te­raz

Książ­ko po­lo. To pierw­sze okre­śle­nie, ja­kie przy­cho­dzi ci do gło­wy, gdy tyl­ko wkra­czasz na te­ren tar­gów. Przy­cho­dzi i już tam po­zo­sta­je, bo nie ma sen­su szu­kać lep­sze­go. Osa­cza cię książ­ko po­lo. Nic, tyl­ko brać no­gi za pas.

Kil­ka ale­jek wy­ty­czo­nych przez ta­nie ba­za­ro­we na­mio­ty, pa­ru­ją­ce te­raz wil­go­cią po noc­nej ule­wie. Pod ni­mi tu­ry­stycz­ne sto­li­ki za­wa­lo­ne ma­ku­la­tu­rą opra­wio­ną w la­kie­ro­wa­ną tek­tu­rę. Co­raz gor­sze książ­ki w co­raz droż­szych okład­kach. Im grub­sze, tym głup­sze. Krzy­kli­we ty­tu­ły tło­czo­ne kro­ja­mi Old En­glish Text lub Blac­klet­ter ma­ją­cy­mi na­wią­zy­wać do śre­dnio­wiecz­nych ma­nu­skryp­tów.

I ci na­ga­nia­cze, ob­no­szą­cy na pla­kiet­kach do­war­to­ścio­wu­ją­ce ich ty­tu­ły mar­ke­ting me­ne­dże­ra czy sejls ad­waj­ze­ra.Nie­odmien­nie ra­do­śni, jak­by po­sze­rza­no im uśmie­chy brzy­twą. Nie­któ­rzy w stoż­ko­wa­tych czap­kach wró­żek, in­ni ze szpi­cza­sty­mi usza­mi el­fów. Do te­go prze­ste­ro­wa­ne na­gło­śnie­nie, za­pach go­frów i jar­marcz­na ga­wiedź. Re­gio­nal­ne Tar­gi Książ­ki. Świę­to li­te­ra­tu­ry. Trzy­dnio­we kul­tu­ral­ne wow! Książ­ko po­lo.

Zu­peł­nie jak któ­ryś z tych ba­za­rów przy gra­ni­cy za­raz po upad­ku NRD. Na przy­kład ten w Słu­bi­cach. Al­bo w Zgo­rzel­cu. Ty­le że bez te­go ca­łe­go mar­ke­tin­go­we­go za­dę­cia. Pa­mię­tasz do­sko­na­le te miej­sca, bo wy­sy­ła­no cię tam na re­por­ta­że o „mło­dym pol­skim ka­pi­ta­li­zmie”, a ty uwiel­bia­łeś je pi­sać. Nie mia­łeś jesz­cze trzy­dziest­ki, na­pę­dza­ła cię ener­gia zmia­ny i wszyst­ko wo­kół by­ło du­żo bar­dziej au­ten­tycz­ne, choć du­żo brzyd­sze niż dziś.

Kro­cząc po­śród jar­marcz­ne­go zgieł­ku, uzbra­jasz się w mi­nę, któ­ra ma ko­mu­ni­ko­wać, że zna­la­złeś się tu mi­mo wo­li. Że je­steś oso­bą ze­wnętrz­ną, kimś w ro­dza­ju ku­rie­ra pod­rzu­ca­ją­ce­go pacz­kę lub siat­kę z za­ku­pa­mi.

Wyj­rza­ło słoń­ce – paź­dzier­nik da­je kul­tu­rze ostat­nią szan­sę na wyj­ście w ple­ner.

Masz na so­bie zno­szo­ne Le­vi­sy, któ­re tak bar­dzo lu­bisz, i woj­sko­wą kurt­kę M65 Jac­ket wzo­ro­wa­ną na tej, ja­ką no­sił Ro­bert de Ni­ro w Tak­sów­ka­rzu. Bra­ku­je ci tyl­ko iro­ke­za na gło­wie, ale za to pod­go­li­łeś bo­ki na ko­man­do­sa. Gdy­by ktoś za­py­tał, skąd ta­ka sty­li­za­cja, nie umiał­byś od­po­wie­dzieć. Mo­że to ja­kiś kod kul­tu­ro­wy, wy­nie­sio­ny z lat szcze­nię­cych, na­ka­zu­ją­cy do­peł­niać waż­nych ry­tu­ałów w ści­śle okre­ślo­nym stro­ju? Ja­ko trzy­na­sto­la­tek obej­rza­łeś Tak­sów­ka­rza po wie­lo­kroć, w tym trzy ra­zy z rzę­du w ki­nie ty­pu „non stop”. Wsze­dłeś dzię­ki sfał­szo­wa­nej le­gi­ty­ma­cji szkol­nej.

Na no­gach spor­to­we bu­ty z De­ca­th­lo­nu, ta­nie, ale wy­god­ne, na wy­pa­dek nie­wy­klu­czo­nej uciecz­ki.

Na ra­mię za­rzu­ci­łeś ple­ca­czek z ko­ziej skó­ry w ko­lo­rze ja­snej ochry. Ku­pi­łeś go przed czte­re­ma la­ty w Tu­ne­zji, gdzie z ko­bie­tą po­zna­ną na Tin­de­rze spę­dzi­łeś dwa tan­det­ne ty­go­dnie na tur­nu­sie last mi­nu­te. Wiesz, że do­da­je ci on szy­ku, su­ge­ru­jąc in­te­li­genc­kość i styl. By­wa, że twoi roz­mów­cy ob­ma­cu­ją wzro­kiem skó­rę w po­szu­ki­wa­niu mar­ko­we­go lo­go. Wte­dy prze­kłu­wasz ich próż­ność uwa­gą, że ple­cak kosz­to­wał za­le­d­wie pięć do­la­rów, a ku­pi­łeś go w pu­styn­nej cha­łup­ce ule­pio­nej z kro­wie­go gów­na.

Wła­śnie przy­sta­jesz i do nie­go za­glą­dasz. Chy­ba po raz pią­ty od ra­na. Chcesz spraw­dzić, czy to, co wło­ży­łeś do środ­ka wczo­raj wie­czo­rem, wciąż tam jest. Jak­że­by mia­ło nie być? Jest!

Za­my­kasz ple­cak i ru­szasz da­lej. Ma­sze­ru­jąc, się­gasz po wy­słu­żo­ne­go Sam­sun­ga i wy­sy­łasz sam do sie­bie ese­me­sa o tre­ści: „Książ­ko po­lo”. Ko­lej­na no­tat­ka do po­wie­ści, na ja­ką masz chrap­kę, ale nie masz sił. Ha­sło klucz, któ­re mo­że kie­dyś się przy­da. Spi­su­jesz te ha­sła w fol­de­rze „Po­my­sły”. Oczy­wi­ście, je­śli chce ci się je w ogó­le od­czy­tać.

Po­wieść! Chry­ste Pa­nie! Od ośmiu mie­się­cy nie wy­sze­dłeś na­wet po­za pro­log sa­gi o lwow­skich ze­gar­mi­strzach, mi­mo że w tym cza­sie wy­sła­łeś do sie­bie chy­ba ze sto ese­me­sów.

WCZE­ŚNIEJ

Gdy­by to był film fa­bu­lar­ny, na­stą­pi­ło­by cię­cie, a ekran za­nu­rzył­by się w re­tro­spek­cji. Lu­bisz re­tro­spek­cje i lu­bisz pi­sać sce­na­riu­sze, choć nikt już ich u cie­bie nie za­ma­wia. Zresz­tą tych za­mó­wio­nych nie przy­tra­fi­ło się wie­le, za­le­d­wie trzy. Je­den dla te­le­wi­zji pu­blicz­nej i dwa dla ko­mer­cyj­nych. Ko­me­dia, kry­mi­nał, dra­mat. Żad­ne­go nie zre­ali­zo­wa­no, ale za każ­dy su­mien­nie za­pła­co­no. Wy­star­czy­ło na dwa la­ta ży­cia w ja­ko ta­kim kom­for­cie.

Tyl­ko od cze­go by za­cząć ta­ką re­tro­spek­cję? Od roz­mo­wy z Afry­ką, gang­ste­rem, któ­ry czy­tu­je „Ty­go­dnik Po­wszech­ny”? A mo­że od te­le­fo­nu do Ja­na Śliw­ki, wy­daw­cy? Bo prze­cież nie od dzie­cię­cych traum, to już ba­nał i psy­cho­lo­gicz­na ta­nio­cha gor­sza od słu­cha­nia opo­wie­ści o cu­dzych snach. Te okle­pa­ne czar­no-bia­łe ob­raz­ki, w któ­rych pi­ja­ny oj­ciec wy­szar­pu­je pas ze spodni, by zlać nim du­pę za­stra­szo­ne­go chłop­ca, a po­tem le­gnąć w wy­rku, obo­wiąz­ko­wo pod wi­ze­run­kiem Naj­święt­szej Pa­nien­ki. Nikt nie ma cier­pli­wo­ści te­go oglą­dać, choć ty aku­rat miał­byś na ten te­mat spo­ro do po­wie­dze­nia.

Two­je­go oj­ca do sza­łu do­pro­wa­dzał kle­kot ma­szy­ny, na któ­rej wy­stu­ki­wa­łeś pierw­sze, nie­zdar­ne jesz­cze, li­ce­al­ne opo­wia­da­nia. Gru­chot z de­mo­bi­lu, wy­cy­ga­nio­ny przez mat­kę w szko­le, gdzie uczy­ła pol­skie­go. Od­ku­pi­ła ma­szy­nę za gro­sze, a pan Sta­szek, szkol­ny woź­ny i zło­ta rącz­ka, zre­pe­ro­wał ją za trzy pacz­ki Eks­tra Moc­nych z fil­trem. Pew­ne­go dnia oj­ciec, osza­la­ły z nie­do­pi­cia, wy­rzu­cił ma­szy­nę przez okno. Spa­dła na dach ma­łe­go fia­ta, któ­ry – jak się oka­za­ło – na­le­żał do dziel­ni­co­we­go. Oj­ciec miał po­tem spo­ro kło­po­tu z udo­bru­cha­niem wła­dzy. Zda­je się, że spra­wę za­ła­twi­ła osta­tecz­nie wód­ka. Tak jak ją spro­wo­ko­wa­ła.

Za­tem nie ban­dzior Afry­ka, nie cwa­niak Śliw­ka, nie oj­ciec pi­jak. Więc kto? Lub co? Naj­le­piej za­cząć od tar­gów. Od tar­gów książ­ki. Tych sa­mych, w tym sa­mym mie­ście i miej­scu – tyl­ko pół­to­ra ro­ku wcze­śniej. Też książ­ko po­lo, ale mniej jesz­cze roz­do­ka­zy­wa­ne, mniej tan­det­ne, nie tak ła­ko­me na­kła­dów i za­się­gów jak dziś. To za­czy­naj.

Cu­dow­na kwiet­nio­wa nie­dzie­la. Sie­dzisz pod na­mio­tem, przy sto­li­ku wy­daw­nic­twa G&K, na któ­rym uło­żo­no schlud­ny sto­sik two­jej Ano­ni­mo­wej. Za­sta­na­wiasz się, dla­cze­go – mi­mo cał­kiem przy­chyl­nych re­cen­zji, ja­kie do­sta­ła na Ko­cha­my­Czy­tac.pl i Li­ter­ki.pl – nikt nie chce jej ku­po­wać. Od ra­na sprze­da­łeś za­le­d­wie czte­ry eg­zem­pla­rze, z cze­go trzy ku­pi­li twoi zna­jo­mi. Do­ce­niasz gest, ja­sne, ale masz też świa­do­mość, że jest to kwe­stia ko­le­żeń­skiej kon­wen­cji, mo­że i li­to­ści. Na­wet nie prze­czy­ta­ją książ­ki.

G&K to skrót od Groch z Ka­pu­stą; na­zwa, któ­rą – w che­micz­nym sta­nie roz­ba­wie­nia bę­dąc – wy­my­śli­li w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku za­ło­ży­cie­le ofi­cy­ny: An­drzej Groch i Ma­rek Ka­pu­sta. Ta­kie ich wy­zwa­nie rzu­co­ne po­waż­nym wy­daw­nic­twom, lu­bią­cym ak­cen­to­wać każ­de „ę” i „ą”. Żad­ne­go pro­fi­lo­wa­nia, ze­ro am­bi­cji – wy­da­je­my tyl­ko to, cze­go pra­gną czy­tel­ni­cy. Je­śli chcą czy­tać no­blow­skie stru­mie­nie świa­do­mo­ści, za­le­je­my ich ni­mi. Je­śli spro­śno­ści z po­gra­ni­cza por­no – voilà! Po­ezja? Pro­szę bar­dzo – ry­mu­je­my. Ro­man­si­dła? Oto i one – jedz­cie i płacz­cie! Groch z ka­pu­stą do­pra­wio­ny ki­czem lub fi­lo­zo­fią na naj­wyż­szym po­zio­mie.

Ry­nek na­gro­dził ich za to mi­lio­na­mi, ale nie zdą­ży­li się ni­mi na­cie­szyć. Ford Mu­stang pro­wa­dzo­ny przez Gro­cha wy­le­ciał z za­krę­tu śmier­ci mię­dzy Szklar­ską Po­rę­bą a Świe­ra­do­wem-Zdro­jem. Ka­pu­sta sie­dział obok kie­row­cy. Dwa tru­py na miej­scu. Pro­sty­tut­ka, wie­zio­na na tyl­nym sie­dze­niu, wy­szła z wy­pad­ku bez szwan­ku. Spad­ko­bier­cy wspól­ni­ków sprze­da­li wy­daw­nic­two, a no­wi wła­ści­cie­le zmie­ni­li na­zwę na G&K, że­by brzmia­ło bar­dziej no­bli­wie i sa­lo­no­wo.

Z dzia­łem mar­ke­tin­gu G&K umó­wi­łeś się, że za­raz po spo­tka­niu au­tor­skim, któ­re­go by­łeś głów­nym bo­ha­te­rem, a pro­wa­dził je zma­nie­ro­wa­ny cym­bał z lo­kal­nej te­le­wi­zji, usią­dziesz na kil­ka go­dzin pod na­mio­tem wy­daw­nic­twa, że­by, jak to uję­to, „dać książ­ce twarz”. No i roz­da­wać au­to­gra­fy. Mia­ła ci to­wa­rzy­szyć asy­stent­ka.

– Na­sza ma­ła Na­tal­ka – po­wie­dzia­ła sze­fo­wa re­kla­my. – W peł­ni do two­jej dys­po­zy­cji – do­da­ła, co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć.

Pro­blem w tym, że go­dzi­nę spo­tka­nia wy­zna­czo­no nad­zwy­czaj nie­for­tun­nie, a mo­że wręcz lek­ce­wa­żą­co wzglę­dem cie­bie.

Bo kto przy­cho­dzi o dzie­wią­tej ra­no w nie­dzie­lę na spo­tka­nie z au­to­rem pro­zy, i to nie­ga­tun­ko­wej? Two­ja Ano­ni­mo­wa nie cuch­nie tru­pem, nie ma w niej dy­na­micz­nych plot twi­stów – jak re­cen­zen­ci no­we­go cho­wu na­zy­wa­ją zwy­kłe zwro­ty ak­cji. To psy­cho­lo­gicz­na opo­wieść o ko­bie­cie, któ­ra la­ta­mi pi­sze po no­cach ano­ni­mo­we do­no­sy na są­sia­dów, współ­pra­cow­ni­ków, zna­jo­mych, a na­wet na dzie­ci i mę­ża. Na co dzień jest ce­nio­ną i wiel­bio­ną le­kar­ką. Ob­ra­bia na­wet swo­ich pa­cjen­tów, a li­sta ad­re­sów, pod któ­re śle mel­dun­ki, jest dłu­ga jak spis ludz­kich grze­chów. Od służb spe­cjal­nych, przez roz­licz­ne mi­ni­ster­stwa, dy­rek­cje, re­dak­cje i ad­mi­ni­stra­cje, po sa­ne­pid, po­li­cję i straż miej­ską.

Blurb na okład­ce, dy­na­micz­ny i wy­tłusz­czo­ny, obie­cu­je „pierw­szo­rzęd­ną li­te­rac­ką po­dróż przez za­ka­mar­ki czło­wie­czej du­szy”. Na­pi­sał go zna­ny au­tor be­st­sel­le­rów, a G&K za­pła­ci­ło mu wię­cej, niż ty po­trze­bu­jesz na wy­mia­nę ze­psu­te­go boj­le­ra. Od mie­sią­ca ką­piesz się w zim­nej wo­dzie, roz­po­wia­da­jąc zna­jo­mym, ja­ki to z cie­bie mors.

Ale na­wet gdy­by Ano­ni­mo­wą na­pi­sał wskrze­szo­ny Le­opold Tyr­mand, nie miał­by o tej po­rze szans na fre­kwen­cję. Nie o dzie­wią­tej ra­no. Nie w nie­dzie­lę.

Przy­szło dwa­na­ście osób, trzy wy­szły przed koń­cem. Po­li­czy­łeś je ze sce­ny, na któ­rej cym­bał w mo­ka­sy­nach bez skar­pe­tek od­py­ty­wał cię z książ­ki, ja­kiej – na­bra­łeś pew­no­ści już po pię­ciu mi­nu­tach – na­wet nie prze­czy­tał.

Te­raz sie­dzisz przy sto­li­ku wy­daw­nic­twa, a „na­sza ma­ła Na­tal­ka” wła­śnie wy­dłu­bu­je z pla­sti­ko­wej zgrzew­ki bu­tel­kę mi­ne­ral­nej i sta­wia ją przed to­bą ra­zem z fir­mo­wym kub­kiem wy­daw­nic­twa. Za lo­go, któ­re zdo­bi na­czy­nie, sto­łecz­ny wzię­ty gra­fik do­stał od G&K pięć śred­nich kra­jo­wych.

– Go­rą­co. Na­pi­je się pan?

Uprzej­mie od­ma­wiasz. Wo­lał­byś po­cie­szyć się małp­ką – grejp­frut al­bo ma­li­na. Nie masz jed­nak śmia­ło­ści, by po­słać po nią na­szą ma­łą Na­tal­kę, bo jak wszyst­kie pra­cow­ni­ce G&K, jest za­pew­ne wy­zwo­lo­na i moc­no te­go świa­do­ma. Po­za tym to już żad­na Na­tal­ka i wca­le nie ma­ła. Rzekł­byś: w peł­ni ufor­mo­wa­na Na­ta­lia. Wyż­sza od cie­bie o pół gło­wy.

Ga­pi­cie się na pul­su­ją­cy kłąb na­sto­la­tek, ja­ki po­śród okrzy­ków, okla­sków i śmie­chów prze­su­wa się nie­opo­dal. W je­go ją­drze tkwi zdob­ny w kwia­ty elek­trycz­ny wó­zek gol­fo­wy, któ­rym przy­by­ła tu, ni­czym ka­ro­cą, jed­na z księż­ni­czek pol­skiej li­te­ra­tu­ry Young Adult. Jej kie­row­ca ma na gło­wie cy­lin­der i za­wo­zi pi­sar­kę pod sto­isko wy­daw­nic­twa, z któ­rym wa­sze G&K od lat to­czy za­cię­ty ryn­ko­wy bój. Za­blo­ko­wa­na przez tłum, nie jest w sta­nie na­wet wy­siąść z wóz­ka. Nad tłu­mem, ni­czym pe­ry­sko­py YouTu­be’a i Tik­To­ka, fa­lu­ją rę­ce zbroj­ne w te­le­fo­ny.

– Jak ona się na­zy­wa? – py­tasz ma­łą Na­ta­lię, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od wi­do­wi­ska.

– Flo­ra Paw­lak – od­po­wia­da cierp­ko. W jej gło­sie sły­chać iro­nię. – Pri­mo vo­to Jo­an­na Wy­szyń­ska.

– Wy­szyń­ską zmie­ni­ła na Paw­lak? – Krę­cisz gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. – To jak od­dać no­we Po­rsche za uży­wa­ną Da­cię.

To twój wy­pró­bo­wa­ny spo­sób na za­wo­do­wą za­zdrość – tę fran­cę, któ­ra tak czę­sto bu­dzi cię po no­cach. Za­kpić z ko­goś, z kim prze­gry­wasz. Znie­czu­lić za­wiść szy­der­stwem, roz­bro­ić iro­nią, sko­pać śmie­chem. Po­tem ła­twiej zno­sić upo­ko­rze­nia. I za­snąć.

Te­raz też od­czu­wasz ulgę, tym więk­szą, że uda­ło ci się roz­ba­wić Na­ta­lię. Chi­cho­cze przez dłuż­szą chwi­lę, po czym mó­wi:

– Po­mysł ma­gi­ków z pro­mo­cji. Paw­lak brzmi swoj­sko, po­zwa­la ma­ło­la­tom iden­ty­fi­ko­wać się z idol­ką. Słu­chaj­cie, lu­dzi­ska, ona jest ta­ka sa­ma jak my. Ta­ka sa­ma…

– A imię? – do­py­tu­jesz. – Skąd ta Flo­ra?

– Flo­ra to ta­kie eg­zo­tycz­ne in­tro przed Paw­lak. Dla efek­tu. Ta­kie „łoł!”. No i alu­zja do dba­ło­ści o pla­ne­tę. Flo­ra… Ro­śli­ny, przy­ro­da.

– Łoł! – wy­krzy­ku­jesz i Na­ta­lia znów się śmie­je.

Tym­cza­sem Flo­ra z po­mo­cą kie­row­cy, któ­ry za­pew­ne jest też jej ochro­nia­rzem, do­cie­ra do swo­je­go sto­li­ka. Roz­grza­ne dziew­czę­ta pod­su­wa­ją książ­ki do pod­pi­su. Jed­na za dru­gą, jed­na za dru­gą, jed­na za dru­gą – jak na ta­śmie w fa­bry­ce fał­szy­wych Adi­da­sów pod Pe­ki­nem.

Zer­kasz na Na­ta­lię ką­tem oka, do­ko­nu­jąc do­kład­niej­szej lu­stra­cji. To nie jest pierw­sza lep­sza dziu­nia z pro­mo­cji. Wiek su­ge­ru­je ra­czej su­mien­ną, po­mi­ja­ną w awan­sach pra­cow­ni­cę dzia­łu sprze­da­ży. Mo­że mieć ciut po­nad trzy­dziest­kę, ma ru­de wło­sy, pie­gi i bla­de po­licz­ki. Jest zgrab­na tym ro­dza­jem zgrab­no­ści, ja­ki uzy­sku­je się dzię­ki ka­torż­ni­czym tre­nin­gom w klu­bie fit­ness – na prze­kór die­cie, ge­nom i si­le cią­że­nia. Jesz­cze pięć–sześć lat te­mu wy­star­to­wał­byś do niej, nie bez szans na po­wo­dze­nie. Oczy­wi­ście – cho­dzi o two­je pięć–sześć, nie jej.

– Wie pan, ile ona za­ro­bi­ła na książ­kach tyl­ko w tam­tym ro­ku? – py­ta Na­ta­lia, wciąż wpa­trzo­na w tłum fer­men­tu­ją­cy wo­kół Flo­ry Paw­lak.

Nie otrzy­mu­je od­po­wie­dzi. Mil­czysz, uda­jąc, że cię to nie ob­cho­dzi. Nie chcesz pod­sy­cać wła­snej go­ry­czy. Więc i ona mil­czy, uznaw­szy za­pew­ne, że al­bo wiesz, al­bo nie je­steś cie­kaw. Zmie­nia zręcz­nie te­mat.

– Idę do Żab­ki po ka­wę. Ku­pić pa­nu?

– Po­pro­szę. Ja sta­wiam. – Wy­łu­sku­jesz z port­fe­la kar­tę i po­da­jesz Na­ta­lii. – Dwie to­reb­ki cu­kru, bez mlecz­ka. I ba­ton pro­te­ino­wy. Dla pa­ni też, je­śli pa­ni lu­bi. Oraz… je­śli moż­na… małp­kę na po­cie­sze­nie.

– Na ja­kie po­cie­sze­nie? – Jest au­ten­tycz­nie zdzi­wio­na.

Wska­zu­jesz bro­dą na Flo­ra Show, ro­biąc przy tym mi­nę skrzyw­dzo­ne­go prze­gry­wa. Ma to wy­glą­dać na żart.

– Pan chy­ba żar­tu­je – od­po­wia­da, po czym py­ta rze­czo­wo: – Grejp­frut? Cy­try­na?

Usły­szaw­szy od­po­wiedź, od­cho­dzi, krę­cąc tył­kiem wy­rzeź­bio­nym na or­bi­tre­ku i zdy­scy­pli­no­wa­nym do­dat­ko­wo ob­ci­sły­mi dżin­sa­mi. Po raz pierw­szy od wie­lu mie­się­cy bu­dzi się w to­bie sa­miec. Uno­si łeb, wę­szy przez chwi­lę, po czym znów za­sy­pia.

TE­RAZ

Kro­czysz zde­cy­do­wa­nie przez tar­go­wy plac i co­raz bar­dziej draż­ni cię gwar ga­wie­dzi, któ­rej wciąż przy­by­wa. Jak­by za­pach do­pie­ro co wy­dru­ko­wa­nej książ­ki był ja­kimś szcze­gól­nym afro­dy­zja­kiem da­le­kie­go za­się­gu. Są ta­cy, któ­rzy ku­piw­szy eg­zem­plarz mod­ne­go au­to­ra, jesz­cze przy sto­isku wkła­da­ją nos mię­dzy stro­ni­ce, prze­wra­ca­jąc ocza­mi z bło­go­ścią. Zu­peł­nie jak­by za­glą­da­li do garn­ka z ro­so­łem al­bo do tor­by z noc­nym wy­pie­kiem. Świe­ża książ­ka jak świe­że pie­czy­wo od Gar­bar­ka za ro­giem. Nie­da­le­ko two­je­go do­mu znaj­do­wa­ła się kie­dyś ta­ka pie­kar­nia – za­bi­ły ją sie­ciów­ki.

Też kie­dyś tak ob­wą­chi­wa­łeś swo­ich ulu­bio­nych: Ma­słow­ską, Ryl­skie­go, Sta­siu­ka, Twar­do­cha, McE­wa­na… A za szcze­nia­ka Dok­to­ra Do­lit­tle’a, Ni­ziur­skie­go i Bun­scha.

Mi­jasz sto­isko, przy któ­rym au­tor w ro­ga­tym heł­mie z pla­sti­ku roz­da­je au­to­gra­fy fa­nom swo­je­go cy­klu o Wi­kin­gach. Mi­jasz ko­lej­ne, ob­słu­gi­wa­ne przez dziew­czy­nę prze­bra­ną za Sher­loc­ka Hol­me­sa: czap­ka ty­pu de­er­stal­ker, do­kle­jo­ne wą­sy, mię­dzy zę­ba­mi sta­ro­świec­ka faj­ka. Zresz­tą… czy ist­nie­ją nie­sta­ro­świec­kiefaj­ki? No i – umów­my się – u Co­nan Doy­le’a Sher­lock nie miał wą­sów.

Prze­cho­dzisz obok sce­ny, na któ­rej gwiaz­decz­ka po­ran­ne­go pa­sma lo­kal­ne­go ra­dia za­mę­cza Wiel­kie­go Re­por­ta­ży­stę py­ta­nia­mi o sens ży­cia i isto­tę pi­sa­nia. Py­ta­nia są tak eg­zal­to­wa­ne i prze­in­te­lek­tu­ali­zo­wa­ne, że Wiel­ki Re­por­ta­ży­sta ma wy­raź­ny kło­pot z ich zro­zu­mie­niem. Na wszel­ki wy­pa­dek od­po­wia­da gład­ki­mi ba­na­ła­mi z Fa­ce­bo­oka. Pu­blicz­ność roz­ło­żo­na na le­ża­kach jest wnie­bo­wzię­ta.

To zresz­tą je­dy­ne te­go dnia moc­ne na­zwi­sko, dla któ­re­go był­byś go­tów przyjść na te tar­gi, gdy­byś nie przy­szedł po coś in­ne­go. Choć i tak uwa­żasz, że Wiel­ki Re­por­ta­ży­sta skoń­czył się ja­ko pi­sarz w dniu, kie­dy do­ko­nał buń­czucz­ne­go co­ming outu. Wła­śnie wte­dy po­rzu­cił li­te­ra­tu­rę dla tok­sycz­nej pu­bli­cy­sty­ki, któ­rą kon­se­kwent­nie do­ku­cza ro­da­kom, ze szcze­gól­nym uwzględ­nie­niem ka­to­li­ków. Jak­by mścił się na nich za to, że jest, kim jest. Na szczę­ście zdą­żył wcze­śniej na­pi­sać kil­ka sen­sow­nych rze­czy.

Tak to już by­wa w mia­stach mniej­sze­go ka­li­bru: w tar­go­wym ko­szy­ku dwa, mo­że trzy praw­dziw­ki, a resz­ta – grzy­by o znacz­nie niż­szej war­to­ści ku­li­nar­nej. Nie­tru­ją­ce, ale nie­ja­dal­ne. Mi­mo to każ­dy chce spró­bo­wać. Wie­lu się za­ja­da.

Na­pi­sa­łeś kie­dyś w tek­ście dla bran­żo­we­go por­ta­lu:

Pro­du­cen­ci aka­pi­tów. Au­to­rzy kry­mi­na­łów od sztan­cy, pło­dzą­cy po dwie po­wie­ści rocz­nie, każ­da dłuż­sza niż Try­lo­gia Sien­kie­wi­cza. Wy­my­śla­cze smo­ków, skrza­tów, wiedźm i du­chów, któ­re nie­odmien­nie przy­wo­łu­ją zza sied­miu gór i sied­miu mórz lub od­kry­wa­ją w opusz­czo­nych su­dec­kich schro­ni­skach. Ce­le­bry­ci ze swo­imi au­to­bio­gra­fia­mi na­pi­sa­ny­mi przez gho­stów. Gwiaz­dy spor­tu z że­la­znym prze­sła­niem: „Walcz, nie od­pusz­czaj”. Cha­ry­zma­tycz­ne in­flu­en­cer­ki. Jak rów­nież ca­ła chma­ra chał­tur­ni­ków od sa­mo­speł­nie­nia, kre­owa­nia wi­ze­run­ku, har­mo­nij­ne­go ży­cia oraz mind­ful­l­nes­su. No i li­te­ra­tu­ra po­dróż­ni­cza, jak­by wciąż trwał wiek dzie­więt­na­sty i nie wy­my­ślo­no wcza­sów last mi­nu­te ani Go­ogle Earth.

To był ostat­ni ko­men­tarz, ja­ki za­mó­wił u cie­bie bran­żo­wy por­tal. „Ob­cię­li nam bu­dżet na ho­no­ra­ria” – wy­tłu­ma­czy­li się w ma­ilu. Gdy za­pro­po­no­wa­łeś, że je­steś go­tów pi­sać za dar­mo, nie od­po­wie­dzie­li.

Za­trzy­mu­jesz się i wy­sy­łasz do sie­bie ese­me­sa:

Praw­dziw­ki i nie­tru­ja­ki.

WCZE­ŚNIEJ

Do two­je­go sto­li­ka z Ano­ni­mo­wą na­dal nikt nie pod­cho­dzi. Wszyst­kie tar­go­we stru­mie­nie od­pły­nę­ły w jed­nym tyl­ko kie­run­ku, by wy­bić gej­ze­rem, któ­ry uno­si te­raz Flo­rę Paw­lak.

Oczy­wi­ście, że je­steś cie­kaw, ile za­ro­bi­ła w mi­nio­nym ro­ku. Się­gasz po te­le­fon. Go­ogle od­po­wia­da po kil­ku­na­stu se­kun­dach. Je­zus Ma­ria! Aż ty­le? Tyl­ko w rok?!

A i tak za­ję­ła do­pie­ro trze­cie miej­sce w top­ce to­pek, ustę­pu­jąc na po­dium So­fii Kraw­czyk i Ce­za­ry­nie Cie­śli. Le­gen­dar­ny Al­bin Chłod­ny ze swo­ją se­rią kry­mi­na­łów o ko­mi­sa­rzu Mau­re­rze za­jął do­pie­ro czwar­te miej­sce.

Tyl­ko w rok Flo­ra Paw­lak za­ro­bi­ła rów­no­war­tość czte­ry­stu sty­pen­diów, któ­re co mie­siąc wpły­wa­ją na two­je kon­to z urzę­du mia­sta. Wy­dep­ta­łeś je so­bie kil­ka mie­się­cy te­mu, gdy z lo­dów­ki za­czę­ła wy­glą­dać szpet­na gę­ba bie­dy, a każ­de awi­zo mo­gło ozna­czać ko­lej­ne po­na­gle­nie do za­pła­ty.

Od do­brych dwóch lat je­dziesz na jed­nej łyż­wie, ma­rząc, by móc po­sta­wić na lo­dzie dru­gą sto­pę i do­je­chać ja­koś do ban­dy.

A prze­cież pi­szesz o nie­bo le­piej od ca­łej tej top­ko­wej czwór­ki. Mógł­byś być oj­cem każ­de­go z tych dzie­cia­ków, a mo­że na­wet dziad­kiem. Do kur­wy nę­dzy, czy fa­ce­to­wi w two­im wie­ku nie na­le­ży się wresz­cie od lo­su odro­bi­na pre­sti­żu i po­czu­cia fi­nan­so­we­go bez­pie­czeń­stwa?

Tyl­ko w rok. Ty­le pie­nię­dzy. Ty­le pie­nię­dzy…

Ta­ki ka­pi­ta­lik po­zwo­lił­by ci po­rzu­cić swo­je ro­dzin­ne mia­sto i prze­nieść się na dru­gi ko­niec Pol­ski. Ma­zu­ry – nie ina­czej. Ale żad­ne tam eko­sie­dli­sko czy agro­za­gro­da, gdzie trze­ba ha­ro­wać jak wół, a zi­mą jest się od­cię­tym od świa­ta. Ty ku­pił­byś skrom­ne miesz­kan­ko w Mrą­go­wie, Ru­cia­nem-Ni­dzie al­bo Pi­szu. Nic wiel­kie­go, mak­si­mum dwa po­ko­je. Z ka­wał­kiem zie­le­ni za oknem i naj­le­piej na par­te­rze, bo ni­g­dy nie wia­do­mo, czy na sta­rość nie skoń­czysz na wóz­ku. W środ­ku mu­ze­al­na biel i asce­za mo­der­ny. Skó­ra i eg­zo­tycz­ne drew­no. Star­czy­ło­by jesz­cze na SUV-a i węd­kar­ską łódź z ka­bi­ną.

Spał­byś do dzie­sią­tej, cha­dzał na pącz­ka i ka­wę do ka­fej­ki sty­li­zo­wa­nej na że­glar­ską, gdzie skrol­lo­wał­byś niu­sy, czy­tał pa­pie­ro­we ty­go­dni­ki, hej­to­wał na X-ie, flir­to­wał z kel­ner­ką al­bo ga­wo­rzył z wła­ści­cie­lem o po­li­ty­ce. Po­tem obiad w ba­rze z do­mo­wym je­dze­niem i obo­wiąz­ko­wa drzem­ka, któ­ra prze­dłu­ża ży­cie.

Wie­czo­ra­mi czy­ta­nie pro­zy przy Col­tra­nie al­bo Mah­le­rze. Co ja­kiś czas łód­ka, węd­ki, ro­wer, ogni­sko, wó­decz­ka w ru­basz­nym gro­nie. Raz na mie­siąc wi­zy­ta w sto­li­cy – w peł­nym rynsz­tun­ku ele­gan­cji. Te­atr, ki­no, spo­tka­nie au­tor­skie – ko­niecz­nie na­zwi­sko gru­bej ry­by. Po­tem wy­ra­fi­no­wa­na, lecz po­żyw­na ko­la­cja i do­bry ho­tel. Nie­wy­klu­czo­ny ma­saż bo­dy to bo­dy. Rzecz ja­sna – z hap­py en­dem.

Nie­przy­zwo­icie zdro­wy jak na swój wiek i wciąż krzep­ki, mógł­byś tak do­żyć stu lat.

Na tu­ry­stycz­nym krze­seł­ku Na­ta­lii do­strze­gasz roz­ło­żo­ny okład­ką do gó­ry eg­zem­plarz Ano­ni­mo­wej. No pro­szę – masz ko­lej­ną czy­tel­nicz­kę. Mu­sia­ła czy­tać ukrad­kiem, tak, że­byś nie za­uwa­żył. Al­bo wte­dy, gdy znaj­do­wa­łeś się na sce­nie. Coś trza­ska ci pod ser­cem – jak krze­siw­ko za­pal­nicz­ki.

Spraw­dzasz, do któ­rej stro­ny do­szła. Czter­dzie­sta ósma. Cał­kiem da­le­ko. W tym roz­dzia­le le­kar­ka do­no­si na po­li­cję, że jej mąż jeź­dzi au­tem bez waż­ne­go ubez­pie­cze­nia i ba­dań tech­nicz­nych.

Od­kła­dasz książ­kę na miej­sce.

Spod bla­tu wy­sta­je przy­trza­śnię­ta szu­fla­dą smycz służ­bo­wej pla­kiet­ki. Od­su­wasz szu­fla­dę i wyj­mu­jesz za­wiesz­kę. Zdję­cie jak zdję­cie – jed­no z tych zro­bio­nych przez au­to­mat, na któ­rych czło­wiek wy­glą­da jak ne­an­der­tal­czyk.

Na­ta­lia Wi­śniew­ska. Brzmi po­god­nie. Let­nio. Słod­ko.

Się­gasz po te­le­fon i od­szu­ku­jesz ją na Fa­ce­bo­oku.

Żadnych unijnych gwiazdek, żadnych błyskawic czy kotwic walczących. W rubryce „W związku” wpisane: „Wol­na”. Sam nie wiesz, dla­cze­go, ale ta in­for­ma­cja przy­no­si ci ulgę. Wcho­dzisz w fol­der ze zdję­cia­mi. Licz­ne tar­gi książ­ki i za­wo­do­we even­ty. A do te­go ma­ra­to­ny, ar­ma­dże­do­ny, ro­we­ry, fit­ness, uśmie­chy. Wi­tal­ność, ener­gia, zdro­wie. Jest na­wet ring bok­ser­ski – Na­ta­lia spa­ru­je z in­struk­to­rem wyż­szym od niej o dwie gło­wy. Po­tem ja­kaś al­pej­ska ścież­ka z łań­cu­cha­mi i swoj­ska Or­la Perć, roz­po­zna­jesz dra­bin­kę na Ko­ziej Prze­łę­czy, też kie­dyś trzą­słeś tam tył­kiem. Ty­le że ty cho­dzi­łeś bez uprzę­ży.

Z ty­mi ru­dy­mi wło­sa­mi Na­ta­lia przy­po­mi­na ci peł­ną ży­cia i ra­do­ści wie­wiór­kę. Przez kil­ka chwil za­sta­na­wiasz się, czy gdy­byś miał już tę łód­kę i miesz­ka­nie w Ru­cia­nem, ona da­ła­by się za­pro­sić na rejs po Beł­da­nach. Al­bo na wy­ciecz­kę ro­we­ro­wą wo­kół Je­zio­ra Mo­kre­go. Sma­żo­ne okon­ki w wio­sce Zgon, rze­mieśl­ni­cze pi­wo, słit fo­cie pstry­ka­ne kij­kiem do sel­fie.

Ona­ni­zu­jesz się tym uro­je­niem, po czym na­tych­miast się ga­nisz. Wy­zy­wasz sam sie­bie od nie­do­rzecz­nych star­ców. Chciał­by dziad do nie­ba – a tu ani dra­bi­ny, ani skrzy­deł.

I wte­dy – sam nie wiesz dla­cze­go – wy­sy­łasz jej za­pro­sze­nie do zna­jo­mych.

A nie­mal w tej sa­mej chwi­li wpa­dasz na po­mysł, któ­ry za­tru­je ci naj­bliż­sze osiem­na­ście mie­się­cy ży­cia. Choć wte­dy są­dzisz jesz­cze, że ci to ży­cie upo­rząd­ku­je i do­sło­dzi jak tu­rec­ką her­ba­tę.

TE­RAZ

To, co pół­to­ra ro­ku te­mu prze­bie­ra­ło tu za­le­d­wie nóż­ka­mi, dziś roz­sia­dło się w po­zie zwy­cięz­cy i li­czy laj­ki oraz za­się­gi. Ale nie do koń­ca prze­cież.

W ro­gu tar­go­we­go pla­cu, nie­da­le­ko rzę­du To­iToi-ów, przy­cup­nę­ło kil­ka na­mio­tów wy­daw­nictw z am­bi­cja­mi. Tak zwa­nych bu­ti­ko­wych. Ich nie­na­chla­na obec­ność przy­wo­dzi ci na myśl wró­ble za­mknię­te w wo­lie­rze z pa­pu­ga­mi. Jak­by wsty­dzi­ły się, że w ogó­le tu tra­fi­ły.

Ich przed­sta­wi­cie­le lu­bią mó­wić o swo­ich fir­mach, że są „nie­ko­mer­cyj­ne”. Brzmi to jak „ho­no­ro­wy daw­ca krwi” i sta­no­wi cał­kiem do­bre ali­bi dla bra­ku pie­nię­dzy oraz ni­skich za­li­czek au­tor­skich. Nie przy­wo­żą ze so­bą swych naj­lep­szych na­zwisk, bo to kosz­tu­je, a okład­ki ich ksią­żek są su­ro­we, in­te­lek­tu­al­nie wy­uz­da­ne i sku­pio­ne na me­ta­fo­rze. Dla­te­go stru­mień pu­blicz­nej uwa­gi za­le­d­wie ob­my­wa ich sto­iska i pę­dzi da­lej.

Am­bit­nych brzy­dzą też sztucz­ki re­kla­mo­we. Tyl­ko przy jed­nym z tych na­mio­tów sym­pa­tycz­na gru­ba­ska z fry­zu­rą na pa­zia czę­stu­je cię uło­żo­ny­mi na ta­cy pulch­ny­mi cia­stecz­ka­mi, któ­re wy­glą­da­ją, jak­by od­la­no je w prąż­ko­wa­nej sko­ru­pie musz­li. Ale ty nie się­gasz po mag­da­len­kę. I tak nie był­byś w sta­nie nic prze­łknąć. Nie te­raz.

Na mo­ment zaj­mu­je cię myśl, jak wiel­kie spu­sto­sze­nie spo­wo­du­je za kil­ka lat w tym śro­do­wi­sku sztucz­na in­te­li­gen­cja. Jak­by oglą­dać tar­gi pa­ge­rów na mie­siąc przed wpro­wa­dze­niem te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych – po­rów­na­nie wy­da­je ci się na ty­le traf­ne, że chcesz wy­słać do sie­bie ese­me­sa. Ale re­zy­gnu­jesz. Za du­żo pi­sa­nia, a ty je­steś le­ni­wy. Jak każ­dy czło­wiek pió­ra. Pra­co­wi­ci są tyl­ko gra­fo­ma­ni.

„Li­te­ra­tu­ra za­mie­ni się w ze­staw słów sta­ran­nie wy­bie­ra­nych i we­ry­fi­ko­wa­nych przez ko­lej­ne ge­ne­ra­cje Cha­taGPT. Sta­nie się tym, czym kom­po­no­wa­na przez kom­pu­ter mu­zy­ka do su­per­mar­ke­tów” – na­pi­sa­łeś ja­kiś czas te­mu w fe­lie­to­nie dla lo­kal­nej re­dak­cji. „Al­go­rytm, ni­czym feld­fe­bel w pru­skiej ar­mii, usta­wi wy­ra­zy w po­praw­ny mar­szo­wy szyk – tyl­ko że ja nie bę­dę już chciał oglą­dać tych de­fi­lad”.

Fe­lie­to­nu na­wet nie mo­głeś pod­lin­ko­wać, bo po­szedł wy­łącz­nie w pa­pie­rze, któ­re­go nikt już nie czy­ta. Za­pła­co­no ci za nie­go rów­no­war­tość obia­du w stu­denc­kiej sto­łów­ce. I to ta­kie­go bez zu­py.

WCZE­ŚNIEJ

Gdy Na­ta­lia wra­ca z za­ku­pa­mi, wska­zu­jesz bro­dą na otwar­ty eg­zem­plarz Ano­ni­mo­wej i py­tasz, czy czy­ta z nu­dów, czy z uprzej­mo­ści.

– Dla­cze­go mia­ła­bym czy­tać pa­na książ­kę z uprzej­mo­ści? – dzi­wi się.

– Wy­zna­czy­li pa­nią do ca­ło­dzien­nej asy­sty, więc mo­że chcia­ła być pa­ni dla mnie mi­ła.

Marsz­czy brwi i po­sy­ła ci spoj­rze­nie ak­ty­wist­ki z mar­szów ko­biet.

– Ow­szem, by­cie mi­łym to je­den z mo­ich służ­bo­wych obo­wiąz­ków. Lecz nie na­le­ży do nich czy­ta­nie ksią­żek pi­sa­rzy, któ­rym asy­stu­ję na tar­gach.

Znów czu­jesz się za­wsty­dzo­ny – i słusz­nie. Ja­kim trze­ba być pa­wiem, aby po­my­śleć, że nie­zna­jo­ma i du­żo młod­sza ko­bie­ta czy­ta two­ją książ­kę tyl­ko po to, aby ci spra­wić przy­jem­ność. Ale sko­ro nie dla przy­jem­no­ści two­jej, to mo­że dla…

Jak­by czy­ta­ła ci w my­ślach, oświad­cza:

– Je­że­li coś czy­tam nie z obo­wiąz­ku, to dla­te­go, że mi się po­do­ba. Oczy­wi­ście, naj­pierw mu­si mnie za­cie­ka­wić.

– Ro­zu­miem, że Ano­ni­mo­wa speł­nia oba wa­run­ki?

– Ow­szem. – Jej głos znów sta­je się przy­ja­zny, a twarz po­god­nie­je, już nie jest ak­ty­wist­ką z mar­szów. – Cho­ciaż… – wa­ha się, czy do­koń­czyć.

– Cho­ciaż?

– Tro­chę za dłu­gie zda­nia. No i te opi­sy – krzy­wi usta. – Też ta­kie dłu­gie. Choć pla­stycz­ne i jędr­ne.

– Skłon­ność do orzesz­ko­wa­nia to jed­na z mo­ich pi­sar­skich wad. – Pusz­czasz do niej oko, lecz ona nie chwy­ta żar­tu. Naj­wi­docz­niej ni­g­dy nie ka­za­no jej brnąć przez łę­gi i łą­ki do­li­ny Nie­mna. Al­bo ta­ka was dzie­li men­tal­na prze­paść w poj­mo­wa­niu te­go, co za­baw­ne.

– Ale do koń­ca doj­dę. Po­tra­fi pan w na­pię­cie – za­pew­nia.

W two­ich uszach brzmi to fi­lu­ter­nie: „Doj­dę”, „Na­pię­cie…”.

– Je­stem za­szczy­co­ny. – Kła­niasz się za­ma­szy­ście, mo­że aż nad­to. Po­tem odzie­rasz ba­to­na z pa­pie­ru i dys­kret­nie ukrę­casz łeb małp­ce. Za­kręt­ka wy­da­je ci­che chrup­nię­cie. Lu­bisz ten dźwięk.

Na­ta­lia tym­cza­sem roz­krę­ca się, aż dzi­wisz się jak bar­dzo. Jak­by nie by­ła ro­bot­ni­cą mar­ke­tin­gu, lecz re­cen­zent­ką re­no­mo­wa­ne­go ty­go­dni­ka, któ­ra nie cho­dzi na kom­pro­mi­sy.

– Naj­czę­ściej od­bi­jam się od książ­ki już po pierw­szym roz­dzia­le. Wszyst­ko jest dziś prze­re­kla­mo­wa­ne, oszu­ka­ne. Re­cen­zen­ci nie czy­ta­ją te­go, co wy­chwa­la­ją. A dzien­ni­ka­rze dys­ku­tu­ją po­tem o po­wie­ściach, któ­re zna­ją wy­łącz­nie z tych skła­ma­nych re­cen­zji. In­flu­en­ce­rzy od kul­tu­ry bio­rą po ty­sia­ku za re­cen­zję na Fa­ce­bo­oku, po czym prze­pi­su­ją pseu­dom­ło­dzie­żo­wym ję­zy­kiem ba­na­ły ze skrzy­de­łek. Przed wni­kliw­szą ana­li­zą bro­nią się tym, że nie chcą spoj­le­ro­wać. Zna­czy… zdra­dzać tre­ści. Bo dziś fa­bu­ła mu­si non stop trzy­mać czy­tel­ni­ka w na­pię­ciu, a po­tem za­sko­czyć jak sracz­ka w ko­ście­le. Wbić w zie­mię, za­orać, roz­wal­co­wać, roz­wa­lić – wy­mie­nia ze zło­ścią, ro­biąc pal­ca­mi cu­dzy­sło­wy w po­wie­trzu. – To jest cho­re. Nad­miar. Prze­syt. Nad­pro­duk­cja. A czy­tać nie ma co – koń­czy i gło­śno sior­bie ka­wę przez szpa­rę w wiecz­ku, nie dba­jąc o kon­we­nan­se.

– Jak to nie? – To­czysz rę­ką wo­kół z uda­wa­ną po­wa­gą. – A to? Tu wy­sta­wio­nych jest chy­ba z ty­siąc ty­tu­łów.

Prze­wra­ca ocza­mi, po­sy­ła­jąc ci mi­nę „pro­szę mnie nie roz­śmie­szać”. Chy­ba się po­lu­bi­li­ście. Uno­sisz bu­te­lecz­kę z wód­ką:

– Pa­ni zdro­wie! – Po­cią­gasz zdro­wo. Wód­ka za­jeż­dża cy­try­no­wą che­mią, nie prze­szka­dza ci to. Prze­ły­kasz, chu­chasz, do­po­wia­dasz:

– I po­dzię­ko­wa­nie.

– Po­dzię­ko­wa­nie?

– Tak, bo dzię­ki pa­ni pod­ją­łem pew­ną waż­ną de­cy­zję.

– Tu? Te­raz? Dzię­ki mnie? – Za­sko­czo­na wy­zna­niem, wę­szy pod­stęp, mo­że ja­kiś ob­cia­cho­wy pod­ryw. Na po­wrót sta­je się ak­ty­wist­ką. – Ja­ką de­cy­zję, je­śli moż­na wie­dzieć? – py­ta su­cho.

– Prze­pra­szam – kła­dziesz rę­kę na ser­cu, jak­byś pro­sił o wy­ba­cze­nie, ale jed­no­cze­śnie coś obie­cy­wał – ale nie moż­na. Jesz­cze nie te­raz. Przyj­dzie na to czas.

Przyj­dzie na to czas?

Brzmi jak za­po­wiedź ko­lej­ne­go spo­tka­nia. Ow­szem, wód­ka tań­czy ci już w gło­wie, ale czy aby się nie za­pę­dzasz?

Ko­bie­ta wzru­sza ra­mio­na­mi, jak­by chcia­ła oka­zać, że są jej obo­jęt­ne two­je se­kre­ty i le­piej, że­byś trzy­mał je od niej z da­le­ka. Wyj­mu­je ci z dło­ni małp­kę, zdej­mu­je wiecz­ko z ka­wy i do­le­wa do niej resz­tę wód­ki. Zwra­ca ci pu­stą bu­te­lecz­kę, jak kel­ne­ro­wi, któ­ry ma ją wy­rzu­cić, i uno­si ku­bek.

– Zdro­wie! – wo­ła za­dzier­ży­ście. Ma nie­źle ufor­mo­wa­ny bi­ceps. Kul­ka mię­sa pod skó­rą, któ­ra dłu­go jesz­cze po­zo­sta­nie jędr­na. Ze­ro bu­dy­niu. – I pro­szę mi mó­wić na ty.

– Wy­ma­gam za­tem te­go sa­me­go. – Do­ska­ku­jesz do niej z dło­nią i uśmie­chem.

Wyj­mu­je z kie­sze­ni ru­lon drop­sów, przy­kła­da go do ust i zgrab­nym ru­chem kciu­ka wy­łu­sku­je jed­ne­go.

– Mię­tu­sy – wy­ja­śnia. – Chło­pa­ki z wy­daw­nic­twa przy­ja­dą za­raz skła­dać ten maj­dan i wra­ca­my do War­szaw­ki. Le­piej, że­by nie po­czu­li. – Mru­ga kon­spi­ra­cyj­nie, a ty jej rów­nie kon­spi­ra­cyj­nie od­mru­gu­jesz.

Tak, po­lu­bi­li­ście się na pew­no. Na ko­niec dnia wy­mie­nia­cie się na­wet nu­me­ra­mi te­le­fo­nów.

***

Tej no­cy, w łóż­ku i ze smart­fo­nem w dło­ni, od­by­wasz kil­ka po­dró­ży do kra­in, o ja­kich ist­nie­niu nie mia­łeś zie­lo­ne­go po­ję­cia. Po­zna­jesz fe­no­men Wat­t­pa­da, któ­ry ma już pra­wie dwa­dzie­ścia lat, co w świe­cie cy­fro­wym rów­na się dwóm wie­kom świa­ta re­al­ne­go i kil­ku re­wo­lu­cjom. Sto­ries you’ll lo­ve – sto mi­lio­nów mło­do­cia­nych czy­tel­ni­ków, pi­sa­rzy i re­cen­zen­tów pod jed­nym ad­re­sem! Jak to moż­li­we, że prze­oczy­łeś?

Pa­mię­tasz jesz­cze, jak ab­sur­dal­nie dłu­go cze­ka­ło się na druk książ­ki, gdy by­łeś w wie­ku pi­sa­rzy z Wat­t­pa­da. Czte­ry, na­wet pięć lat. Pa­mię­tasz, że aby uzy­skać ko­pię tek­stu, na­le­ża­ło pi­sać na ma­szy­nie przez kal­kę – i jak nie­wy­raź­nie wy­glą­da­ła ostat­nia od­bit­ka. Pa­mię­tasz ostry za­pach far­by w dru­kar­ni, li­te­ry od­la­ne w oło­wiu i cięż­ką bry­łę ka­lan­dra. Pa­mię­tasz ze­ce­rów, ła­ma­czy, li­no­ty­pi­stów, z któ­ry­mi skła­da­li­ście się na pół li­tra pod­czas noc­nych dy­żu­rów w re­dak­cji.

Je­steś tak urze­czo­ny, że mógł­byś uklęk­nąć przed Al­le­nem Lau i Iva­nem Yuenem – twór­ca­mi Wat­t­pa­da – oraz ty­mi, któ­rzy da­li im na to pie­nią­dze. Tak, jak cza­sa­mi klę­czysz w przed­po­ko­ju przed drzwia­mi, po­nie­waż ko­bie­ta, z któ­rą mia­łeś ro­mans, za­wie­si­ła nad ni­mi nie­wiel­ki kru­cy­fiks. Mo­dlisz się wte­dy krót­ko i swo­imi sło­wa­mi, pro­sząc o jed­no – o od­mia­nę lo­su.

Czy­tasz też prób­ki Young Adult. Ow­szem, eg­zal­to­wa­ne i ła­twe do ob­śmia­nia, ale ich gra­ma­ty­ka i styl nie od­bie­ga­ją od te­go, czym kar­mią cię na co dzień ro­bot­ni­cy roz­sz­cze­ka­nej ma­chi­ny me­dial­nej. Mo­że to za­tem żad­na li­te­rac­ka tra­ge­dia? Ty nie z tych przy­nu­dza­ją­cych o sta­rych do­brych cza­sach i wy­sy­ła­ją zna­jo­mym ha­sła w ro­dza­ju: „Kie­dyś by­ło ja­koś ina­czej”. Czy har­le­qu­iny za­mor­do­wa­ły przed la­ty pol­ską pro­zę? Co naj­wy­żej pi­sa­rze no­mi­no­wa­ni do Ni­ke za­czę­li pi­sać jesz­cze bar­dziej po­kręt­nym ję­zy­kiem – że­by się od­róż­nić.

A mo­że po pro­stu szu­kasz te­raz ali­bi dla po­my­słu, za któ­ry wznio­słeś to­ast z Na­ta­lią?

Przy oka­zji wcho­dzisz też dwa ra­zy na jej pro­fil – nie ma­jąc wła­ści­wie po­ję­cia, cze­go się po tych od­wie­dzi­nach spo­dzie­wać. Ale tam nie ma dla cie­bie nic mi­łe­go. Nie­mi­łe­go też nie.

Wy­sy­łasz do sie­bie z łóż­ka ha­sło­we ese­me­sy, śred­nio co dzie­sięć mi­nut. Nie­któ­re za­wie­ra­ją lin­ki. Za­sy­piasz o trze­ciej nad ra­nem nie­spo­koj­nym snem czło­wie­ka, któ­ry do­wie­dział się wła­śnie, że zie­mia jest okrą­gła.

Ra­no ro­bisz so­bie moc­ną ka­wę, sia­dasz do lap­to­pa i otwie­rasz lin­ki. Czy­tasz ar­ty­ku­ły do­kład­nie i do koń­ca. Spi­su­jesz treść noc­nych ese­me­sów, za­mie­nia­jąc je w wąt­ki, któ­re na­stęp­nie roz­wi­jasz. A to, co roz­wi­ną­łeś – prze­sta­wiasz i po­rząd­ku­jesz. Po go­dzi­nie wy­ła­nia się z te­go cał­kiem sen­sow­ne stresz­cze­nie po­wie­ści. Wci­skasz „Dru­kuj” i idziesz do kuch­ni zro­bić so­bie w na­gro­dę dru­gą ka­wę.

W kil­ka se­kund po tym, jak milk­nie dru­kar­ka, sły­szysz cha­rak­te­ry­stycz­ny brzdęk po­wia­do­mień Fa­ce­bo­oka. Bie­gniesz do po­ko­ju. Na­ta­lia przy­ję­ła za­pro­sze­nie do zna­jo­mych.

***

Wła­ści­wie po­wi­nie­neś te­raz do­bi­jać się te­le­fo­nicz­nie do Ro­ba­czyw­ki, ale przy­po­mi­nasz so­bie, że jest po­nie­dzia­łek. W po­nie­dział­ki od ra­na pół Pol­ski le­czy ka­ca po week­en­dzie, a dru­ga po­ło­wa wy­ży­wa się w za­wo­do­wym ADHD wzbu­dzo­nym po­czu­ciem wi­ny za dwu­dnio­we le­ni­stwo. Te­le­fo­ny, ma­ile, po­na­gle­nia, we­zwa­nia, usta­le­nia, exe­cu­ti­ve me­etin­gi, gwał­tow­ne wzro­sty al­bo jesz­cze gwał­tow­niej­sze upad­ki War­szaw­skie­go In­dek­su Gieł­do­we­go. To na­pię­cie opa­da gdzieś tak w po­rze lun­chu, więc po­sta­na­wiasz wy­ko­rzy­stać te kil­ka go­dzin, aby ode­spać noc. Ka­wa daw­no z cie­bie wy­pa­ro­wa­ła – za­sy­piasz ka­mie­niem.

Po prze­bu­dze­niu, po­krze­pio­ny i głod­ny jak wilk, wy­sy­łasz do Ro­ba­czyw­ki ese­me­sa:

Chciał­bym ju­tro po­ga­dać. Pil­ne. Dzie­sią­ta? Sky­pe?

Od­pi­su­je bez­zwłocz­nie:

Okej.

A ty ro­bisz so­bie po­dwój­ną chiń­ską zup­kę z to­reb­ki, wkra­wa­jąc do niej kil­ka pla­strów kon­ser­wy tu­ry­stycz­nej, tej z pysz­ną ga­la­ret­ką. Ra­zem ja­kieś ty­siąc ka­lo­rii.

A po­tem le­niu­chu­jesz, słu­cha­jąc al­bu­mu Ku­ja­viak go­es fun­ky Na­my­słow­skie­go. Po­my­śleć, że fa­cet wy­czy­niał ta­kie cu­da na sak­so­fo­nie, gdy ty mia­łeś dzie­sięć lat. Tak, świat na­praw­dę nie za­czął się wczo­raj. Kie­dyś na pry­wat­ny uży­tek, dla spor­tu, spró­bo­wa­łeś opi­sać jazz tak, jak nie­któ­rzy opi­su­ją kon­cer­ty sym­fo­nicz­ne – z ma­estrią i po­ka­za­niem sed­na. Po kil­ku zmię­tych kart­kach wie­dzia­łeś już, że pró­ba cię prze­ro­sła.

Ro­ba­czyw­ka na­praw­dę na­zy­wa się Jan Śliw­ka. To pre­zes za­rzą­du G&K, wy­daw­ca two­jej Ano­ni­mo­wej. Za­har­to­wa­ny zu­chwa­lec wol­ne­go ryn­ku z cza­sów, gdy przez krót­ką chwi­lę po upad­ku ko­mu­ni­zmu na­praw­dę był on wol­ny. Kon­do­tier wy­naj­mo­wa­ny la­ta­mi przez roz­ma­ite re­dak­cje i ofi­cy­ny, że­by im pod­krę­cał sprze­daż i czy­ścił „chwa­sty”, jak sam na­zy­wał au­to­rów nie­przy­no­szą­cych za­rob­ku. A tak­że, aby po­zy­ski­wał lub od­kry­wał tych, któ­rzy ro­ku­ją. Przy czym sło­wo „po­zy­skać” ozna­cza­ło w je­go słow­ni­ku prze­kup­stwo, szan­taż lub oszu­stwo.

Na pięć lat przed eme­ry­tu­rą osiadł na tłu­stym kontr­ak­cie w G&K, któ­re roz­sa­dzał ener­gią i do­sad­no­ścią sta­re­go wia­ru­sa. To on śmiał zli­kwi­do­wać w tej sub­tel­nej ofi­cy­nie dział li­te­ra­tu­ry skan­dy­naw­skiej, po­wo­łu­jąc w je­go miej­sce Young Adult Sec­tion za­lud­nio­ną przez wiot­kie dzie­cia­ki o fio­le­to­wych wło­sach. Wart każ­dych pie­nię­dzy – choć nie­ko­niecz­nie przy­jaź­ni.

Zna­cie się jesz­cze z cza­sów, gdy dla nor­we­skie­go kon­cer­nu re­for­mo­wał pa­kiet ga­zet re­gio­nal­nych za­ku­pio­nych przez Skan­dy­na­wów. Tak­że tej, w któ­rej kie­ro­wa­łeś dzia­łem re­por­ta­żu. Re­for­my po­le­ga­ły na ujed­no­li­ce­niu sza­ty gra­ficz­nej, zglaj­szach­to­wa­niu tre­ści, zwa­nych od te­raz kon­ten­tem, i ob­dzie­ra­niu ich, ni­czym za­ją­ca ze skó­ry, z wszel­kiej ory­gi­nal­no­ści oraz, nie daj Bóg, li­te­rac­kich am­bi­cji. Do te­go do­cho­dzi­ły upo­rczy­we szko­le­nia ka­dry – co mie­siąc dla in­nej re­dak­cji.

W prak­ty­ce spro­wa­dza­ło się to do trzy­dnio­we­go wy­jaz­du ca­łe­go ze­spo­łu do atrak­cyj­nej miej­sco­wo­ści tu­ry­stycz­nej. Kar­pacz, Lą­dek, Mię­dzyz­dro­je… Chla­nie za­czy­na­ło się już w au­to­ka­rze i trwa­ło do ra­na. Dru­gi dzień po­świę­ca­no spo­tka­niom z koł­czem od mo­ty­wa­cji al­bo kimś z tej ban­dy. Nie mie­li lek­ko ze ska­co­wa­nym dzien­ni­kar­skim brac­twem, a to jak ma­ło kto jest wy­czu­lo­ne na bla­gę. Wie­czo­rem znów bie­sia­da i pi­cie, nie­rzad­ko z udzia­łem sa­mych koł­czów. Trze­cie­go dnia – na­uka pra­cy ze­spo­ło­wej w te­re­nie, czy­li pa­int ball lub coś rów­nie try­wial­ne­go – i po­wrót.

Z punk­tu wi­dze­nia eko­no­mii by­ło to wy­rzu­ca­nie pie­nię­dzy w bło­to i tak na­praw­dę swo­je zy­ski, o ile je mia­ły, za­wdzię­cza­ły ga­ze­ty kon­cer­nu wpro­wa­dzo­nym przez Śliw­kę dra­stycz­nym cię­ciom per­so­nal­nym oraz fi­nan­so­wym. Zbó­jec­kie ob­niż­ki ho­no­ra­riów, re­duk­cja per­so­ne­lu, wy­mia­na sze­fów na głup­szych, wy­py­cha­nie dzien­ni­ka­rzy z umów o pra­cę na sa­mo­za­trud­nie­nie. To wte­dy ob­da­rzo­no Śliw­kę prze­zwi­skiem Ro­ba­czyw­ka, o któ­rym wie­dział i któ­re zda­wa­ło się nie­odmien­nie go ba­wić, a na­wet pod­sy­cać je­go me­na­dżer­skie ego.

Ty też zo­sta­łeś zmu­szo­ny do za­ło­że­nia wła­snej fir­my, któ­ra skła­da­ła się z kom­pu­te­ra, dzie­się­ciu cyfr Nu­me­ru Iden­ty­fi­ka­cji Po­dat­ko­wej oraz ad­re­su, dzię­ki cze­mu mo­głeś wrzu­cać w kosz­ty jed­ną trze­cią czyn­szu oraz opła­ty za in­ter­net.

Po­cząt­ko­wo zle­ceń by­ło na­wet spo­ro i ja­koś wią­za­łeś ko­niec z koń­cem. Lecz z cza­sem two­je pół­li­te­rac­kie re­por­ta­że, fe­lie­to­ny z klu­czem i re­cen­zje am­bit­nych ty­tu­łów za­czę­ły uwie­rać no­we sze­fo­stwo. Za­ma­wia­no co­raz mniej, od­rzu­ca­no co­raz czę­ściej, pła­co­no co­raz ha­nieb­niej.

Mi­mo to po­lu­bi­li­ście się ze Śliw­ką – mo­że dla­te­go, że masz tę­gi łeb i za­wsze do­trzy­my­wa­łeś mu kro­ku pod­czas fir­mo­wych ochla­jów. Po­dob­no ce­nił też two­je daw­ne re­por­ta­że oraz to, że znasz ty­le ka­wa­łów.

Dla­te­go, gdy rok te­mu, już ja­ko pre­zes G&K, za­twier­dzał do dru­ku two­ją Ano­ni­mo­wą, pod­pi­su­jąc z wes­tchnie­niem re­zy­gna­cji wy­pła­tę za­licz­ki, któ­rej – jak słusz­nie prze­wi­dy­wał – nie zdo­łasz od­ro­bić ilo­ścią sprze­da­nych eg­zem­pla­rzy, ode­szła ci ca­ła ura­za. Pod­pis zło­żył za na­mo­wą urze­czo­ne­go two­ją po­wie­ścią re­dak­to­ra pro­wa­dzą­ce­go, któ­re­go i tak pół ro­ku póź­niej wy­rzu­cił na zbi­ty pysk.

Spis tre­ści

te­raz

WCZE­ŚNIEJ

TE­RAZ

WCZE­ŚNIEJ

TE­RAZ

WCZE­ŚNIEJ

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu: www.ostre-pio­ro.pl

Ta­ble of Con­tents

CO­VER

Przed­ty­tu­ło­wa

Re­dak­cyj­na

Ty­tu­ło­wa

te­raz

WCZE­ŚNIEJ

TE­RAZ

WCZE­ŚNIEJ

TE­RAZ

WCZE­ŚNIEJ

Land­marks

Co­ver

Ta­ble of Con­tents