Kropla zepsucia. Cień Lewiatana. Tom 2 - Robert Jackson Bennett - ebook

Kropla zepsucia. Cień Lewiatana. Tom 2 ebook

Robert Jackson Bennett

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

W drugiej części „Zatrutego kielicha”, laureata nagrody Hugo 2025, ekscentryczna śledcza stacza intelektualny pojedynek z przeciwnikiem, który zdaje się wszechwiedzący.

Dochodzi do zbrodni na pozór niemożliwej. Funkcjonariusz Skarbu znika bez śladu z zamkniętego i strzeżonego budynku. Aby rozwikłać tę zagadkę, Imperium wysyła na miejsce swoją najgenialniejszą — choć być może również najbardziej nieprzewidywalną — śledczą, Anę Dolabrę, której towarzyszy lojalny asystent, Dinos Kol.

Wkrótce staje się jasne, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się zaginięciem, jest w rzeczywistości morderstwem — niezwykle przebiegłym, dokonanym przez sprawcę nieuchwytnego niczym duch. Din widział już, jak jego przełożona rozwiązuje niemal nierozwiązywalne sprawy, jednak gdy ofiar przybywa, a morderca wyprzedza każdy ruch stróżów prawa, pojawia się pytanie: czy tym razem Dolabra trafiła na przeciwnika, którego nie zdoła pokonać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 538

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: A Drop of Cor­rup­tion

Copy­ri­ght © 2025 by Robert Jack­son Ben­nett Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Jadwiga Mik Korekta: Elwira Wyszyń­ska, Mag­da­lena Gór­nicka Ilu­stra­cja na okładce: Tom Roberts Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski Mapy: David Lin­droth Inc Pro­jekt typo­gra­ficzny: Tomek Laisar Fruń

ISBN 978-83-68591-79-8

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl, han­[email protected]

Wyłączny dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz. tel. 227 335 010, www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Stopnie wojskowe Świętego Imperium Khanum

Wprowadzenie

W cza­sach, do któ­rych nie sięga ludzka pamięć, w cza­sach przed naro­dze­niem histo­rii, ist­niały lewia­tany. Gigan­tyczne, mon­stru­alne stwo­rze­nia pod­czas każ­dej pory desz­czo­wej wypeł­zały na brzeg, by buszo­wać po lądzie, spro­wa­dza­jąc śmierć i grozę. Przez całe wieki miesz­kańcy tych ziem żyli na ich łasce i nie­ła­sce, w stra­chu i cier­pie­niu.

A potem lud Doliny Kha­nów poznał sekrety for­mo­wa­nia ciała, korze­nia i konaru – sekrety wydarte z krwi lewia­ta­nów.

Ludzie zaczęli mody­fi­ko­wać swoje ciała. Doda­wali sobie inte­li­gen­cji oraz siły. A gdy tak ulep­szeni wyszli z cie­nia doliny, zaczęli zmie­niać świat przed sobą.

Naj­pierw opra­co­wali metody poko­ny­wa­nia lewia­ta­nów. Potem pod­bili tereny pomniej­szych wataż­ków rzą­dzą­cych wyży­nami, na które potwory nie mogły dotrzeć. Tak naro­dziło się Impe­rium Kha­num.

Przez sześć­set lat Impe­rium roz­ra­stało się i trwało… ale led­wie. Pierw­szy lud Kha­nów wymarł dawno temu, zabie­ra­jąc do gro­bów mądrość i prze­bie­głość. Każ­dego roku lewia­tany na­dal nawie­dzają wybrzeże. Każ­dego roku cały geniusz i sztuka Impe­rium muszą je odpie­rać. A pomię­dzy falami potwo­rów Kha­num musi zacho­wać har­mo­nię oraz rów­ność, a także nie­usta­jąco się roz­wi­jać, bo bez tego upad­nie.

Jed­nym z try­bi­ków machiny Impe­rium jest Dinios Kol, funk­cjo­na­riusz Jurysu, insty­tu­cji wymie­rza­ją­cej spra­wie­dli­wość. Jego umysł został zmo­dy­fi­ko­wany tak, by niczego nie zapo­mi­nał. Pełni funk­cję asy­stenta śled­czej Any Dola­bry, kobiety tak genial­nej, że więk­szość czasu musi zasła­niać oczy i pra­wie nie opusz­cza wnętrz z obawy, że prze­jawy zwy­czaj­nego życia przy­tło­czą jej umysł.

Razem pro­wa­dzą docho­dze­nia w wyjąt­kowo trud­nych lub nie­bez­piecz­nych spra­wach śmierci. Din obser­wuje, zbiera infor­ma­cje i je zapa­mię­tuje, a ona ana­li­zuje, oce­nia oraz wynaj­duje ukryte prawdy w tym, czego był świad­kiem jej asy­stent.

Wspól­nie zapro­wa­dzają w Impe­rium spra­wie­dli­wość.

Część pierwsza

Część pierw­sza

Czło­wiek, który znik­nął

Rozdział pierwszy

Myśla­łem, że w dżun­glach wschod­niego Impe­rium panuje strasz­liwy upał, ale gdy sie­dzia­łem na dzio­bie nie­wiel­kiej barki, a pot zale­wał mi oczy, uzna­łem, że na pół­nocy i tak jest bez wąt­pie­nia gorzej. Ostatni etap naszej podróży odby­wał się w cie­niu gęstych koron drzew, a mimo to nawet w naj­chłod­niej­szym miej­scu pod­szyt paro­wał nie­ustan­nie, jakby świat mógł zaraz zacząć wrzeć. Od pra­wie trzech dni mój nie­bie­ski płaszcz Jurysu prze­sią­kał potem od koł­nie­rza aż po man­kiety do tego stop­nia, że zosta­wia­łem mokrą plamę, gdzie­kol­wiek sia­da­łem. Mia­łem kiep­skie szanse na zro­bie­nie dobrego pierw­szego wra­że­nia na funk­cjo­na­riu­szu, który na mnie cze­kał.

Poko­na­li­śmy ostatni zakręt i w końcu zbli­ży­li­śmy się do nabrzeża Yar­row­dale. Nawet o tak wcze­snej porze wokół pir­sów krę­ciła się masa jed­no­stek: maleń­kie dżonki, ocię­żałe barki, wesoło pod­ska­ku­jące na falach łódki poła­wia­czy ostryg oraz inne, mniej typowe statki, które widzia­łem po raz pierw­szy.

Przy­glą­da­łem się im cie­ka­wie, kiedy przy­bi­ja­li­śmy do pomo­stu. Mało zwrotne łodzie o głę­bo­kim zanu­rze­niu miały grube burty z kamien­nego drewna, które poły­ski­wały od punk­ci­ków z kutego żelaza. Kiedy przyj­rza­łem im się bli­żej, oka­zało się, że to powbi­jane głę­boko w drewno groty strzał. Ich pro­mie­nie odła­mano lub odcięto. Oso­bliwe łodzie wyglą­dały więc tak, jakby dosłow­nie przed chwilą zasy­pano je gra­dem poci­sków. Dziwny widok w tym spo­koj­nym miej­scu.

Zarzu­ci­łem torbę na ramię, zsze­dłem na tęt­niące życiem nabrzeże i rozej­rza­łem się w poszu­ki­wa­niu funk­cjo­na­riu­sza, który miał na mnie cze­kać.

Nikt jed­nak się nie poja­wił. Pół­na­dzy rybacy o ciem­nej, spa­lo­nej słoń­cem skó­rze zwi­jali sieci, zarzu­ca­jąc je sobie na ramiona. Na nabrzeżu sie­działo wielu żebra­ków – brud­nych, o skoł­tu­nio­nych wło­sach i ze zwie­szo­nymi gło­wami, w czym przy­po­mi­nali modlą­cych się piel­grzy­mów. Obok nich prze­cho­dzili inży­nie­ro­wie o mun­du­rach tak pokry­tych bło­tem z kana­łów, że pra­wie nie było widać fio­le­to­wej barwy ich stro­jów. Liczni żoł­nie­rze z Apo­teki stali na straży w swo­ich kar­ma­zy­no­wych płasz­czach i zaci­ska­jąc palce na włócz­niach, obser­wo­wali bacz­nie tłum.

Zasko­czyła mnie ich postawa oraz widoczne w niej napię­cie. Dziw­nie było widzieć, że do pil­no­wa­nia porządku odde­le­go­wano wła­śnie apo­te­ka­rzy, bo ci zwy­kle zaj­mo­wali się tynk­tu­rami i reagen­tami. Spoj­rza­łem jesz­cze raz na naje­żone strza­łami pan­cerne jed­nostki przy­cu­mo­wane do pir­sów, zasta­na­wia­jąc się, co takiego dzieje się w tym por­to­wym mie­ście.

Odcze­ka­łem dwa­dzie­ścia minut w dusz­nym, prze­sy­co­nym wil­go­cią powie­trzu, wsłu­chu­jąc się w wes­tchnie­nia dżun­gli i sze­lest wia­tru w koro­nach drzew, ale funk­cjo­na­riusz się nie poja­wił. Prze­klą­łem w duchu wiecz­nie opóź­nioną, cha­otyczną komu­ni­ka­cję Cesar­stwa. Być może pomy­lono datę mojego przy­by­cia.

Dźwi­gną­łem torbę i ruszy­łem w stronę ossu­arium, bo tam wła­śnie trzy­mano ciało. Zaraz jed­nak się zatrzy­ma­łem.

Tuż przy wylo­cie drogi wzno­sił się nie­wy­soki pagó­rek poro­śnięty drze­wami barri o korze­niach pokry­tych gęstą dar­nią. Pośród tej kępy leżała młoda kobieta w płasz­czu z kap­tu­rem. Dło­nie splo­tła na brzu­chu. Zda­wało się, że jest pogrą­żona w głę­bo­kim śnie. Nogawki spodni i buty miała tak unu­rzane w bło­cie, że przy­po­mi­nały jed­no­lite bryły ziemi, ale jej apo­te­kar­ski płaszcz wciąż był czer­wony.

Na gor­sie funk­cjo­na­riuszki wid­niało kilka lśnią­cych przy­pi­nek. Były to insy­gnia cesar­skiego signuma, takie jak moje.

To wła­śnie signum z Apo­teki miał na mnie cze­kać na brzegu. Pod­sze­dłem do dziew­czyny z nadzieją, że się mylę.

Zamie­rza­łem odchrząk­nąć, gdy się zbliżę, żeby ją obu­dzić, ale kiedy zna­la­złem się o krok od niej, ode­zwała się gło­śno z wyraź­nym, yar­row­skim akcen­tem:

– W czym mogę pomóc?

– Mia­łem się tu spo­tkać z signu­mem z Jaletu Apo­te­kar­skiego – powie­dzia­łem. – Może to ty?

Otwo­rzyła oczy i przyj­rzała mi się uważ­nie. Nie­wy­soka, dość młoda i krępa, miała jasną skórę w różo­wym odcie­niu i krót­kie, tłu­ste, oklap­nięte włosy. Białka jej bar­dzo okrą­głych oczu były zabar­wione na cha­rak­te­ry­styczny dla tutej­szych miesz­kań­ców zie­lon­kawy odcień, a powieki, uszy i nos dziew­czyny wyróż­niały się fio­le­tem, co ozna­czało, że posia­dała znaczne mody­fi­ka­cje. Praw­do­po­dob­nie sły­szała każde ude­rze­nie mojego serca i czuła każdą z osobna kro­plę potu na mojej skó­rze.

– Och! – rzu­ciła, nie rusza­jąc się z trawy. – Myśla­łam, że będziesz pach­niał boga­ciej.

– Że co?

Pod­parła się na łok­ciach.

– Cze­ka­jąc na cie­bie, węszy­łam w powie­trzu. Funk­cjo­na­riu­sze wewnętrz­nych pier­ścieni zawsze pachną kosz­tow­nymi won­no­ściami. Wcie­rają mnó­stwo olej­ków we włosy i per­fum w skórę. Ty tak nie pach­niesz. – Przy­mru­żyła oczy. – A więc ty jesteś tym funk­cjo­na­riu­szem Jurysu, który ma nam pomóc z naszym tajem­ni­czym tru­pem?

– Ow­szem. – Ukło­ni­łem się lekko. – Jestem signum Dinios Kol z Jed­nostki Spe­cjal­nej Jurysu. – Zmie­rzyła mnie od stóp do głów, mil­cząc. – A ty jesteś…?

– Jadłeś w dro­dze suszoną rybę? – zapy­tała.

– Słu­cham?

– Suszoną rybę. Jadłeś dzi­siaj kawa­łek czy dwa? Może taki dopra­wiany kolen­drą?

– Hm…. Cóż, tak. A co?

– Mhm – mruk­nęła, kiwa­jąc do sie­bie głową, a potem pod­nio­sła się i ukło­niła. – Signuma Tira Malo, straż­niczka z Jaletu Apo­te­kar­skiego. Wybacz, że nie powi­ta­łam cię w bar­dziej odpo­wiedni spo­sób. Praw­dziwe Cesar­stwo leży daleko stąd. Tu cza­sem zapo­mi­namy o szli­fach.

– Czy yar­row­scy funk­cjo­na­riu­sze czę­sto wyle­gują się nad rzeką o poranku?

– Wyle­gują się? Ja pró­bo­wa­łam się wysu­szyć. – Wycią­gnęła rękę w stronę słońca, a z jej rękawa unio­sły się smużki pary. – Całą noc pra­co­wa­łam na bagnach i przy kana­łach, usi­łu­jąc dociec, jak to się stało, że nasz trup jest tak bar­dzo mar­twy. Brudna, bez­owocna robota. A będzie jesz­cze brud­niej­sza. – Spoj­rzała ponad moim ramie­niem. – Myśla­łam, że będzie was dwoje.

– Moja immu­nisa przy­bę­dzie w swoim cza­sie. Zakła­dam, że przy­dzie­lono nam jakieś kwa­tery?

– Oczy­wi­ście. Moi towa­rzy­sze zajmą się twoją panią, gdy tu dotrze. – Wska­zała brodą na sie­dzą­cych na brzegu ludzi, któ­rych wzią­łem za żebra­ków. Kiedy przyj­rza­łem im się bli­żej, w pokry­tych bło­tem łach­ma­nach roz­po­zna­łem apo­te­kar­skie płasz­cze. – Ale zanim pój­dziemy, wolisz zwy­mio­to­wać od razu tutaj, na powie­trzu? Czy pocze­kasz?

– Słu­cham? – Wytrzesz­czy­łem na nią oczy.

– Zapach ryby w twoim odde­chu. Nie była świeża. Ten, który ci ją podał, wie­dział o tym i dla­tego dopra­wił ją mocno zio­łami, żeby ukryć woń oraz smak zgni­li­zny. Oce­niam, że twój żołą­dek zacznie się bun­to­wać za jakąś godzinę, a potem wyrzuci swoją zawar­tość. – Uśmiech­nęła się leni­wie. – Wizyta w ossu­arium nie pomoże. To nie­przy­jemne miej­sce, nawet dla tych o żela­znym żołądku. Szcze­gól­nie jeśli weź­mie się pod uwagę stan roz­kładu naszych zwłok.

Przy­ci­sną­łem rękę do brzu­cha, myśląc, że na pewno się myli. Ale nagle w jakimś jego zakątku… Czyż­bym poczuł nieco nie­przy­jemne łasko­ta­nie?

Łyp­ną­łem na nią gniew­nie.

– Czy­nisz wiele zało­żeń, Malo. Nic mi nie jest. Od razu mogę przy­stą­pić do pracy.

– No cóż, skoro tak twier­dzisz. Dosko­nale! Idźmy wobec tego do ossu­arium i odwalmy naszą brudną robotę.

***

Yar­row­dal­skie ossu­arium wzbu­dziło we mnie nie­po­kój. Nisko skle­pione sufity i echo mam­ro­ta­nia pra­cu­ją­cych tu apo­te­ka­rzy spra­wiały, że czu­łem się jak w kata­kum­bach, a co naj­gor­sze, wil­gotne powie­trze prze­sy­cał zapach piżma, ale w ohyd­nej wer­sji.

– Szczę­ściarz z cie­bie, Kol – powie­działa Malo, pro­wa­dząc mnie przez kory­ta­rze. – Chyba zda­jesz sobie z tego sprawę?

– A to czemu?

– Dopiero co robili czystki w naszych prób­kach. Wywa­lali te prze­ter­mi­no­wane, bo nie da się ich trzy­mać bez końca. Teraz, w porów­na­niu do zeszłego mie­siąca, pach­nie tu jak wio­sną na łące.

Przy­ci­sną­łem knyk­cie do nosa.

– Jakim cudem ktoś to w ogóle znosi?

– To pro­ste. – Malo zatrzy­mała się, żeby zabrać wózek na dużych kołach ze szpry­chami i zaczęła go popy­chać. – Więk­szość tego nie znosi.

Przy­pa­trzy­łem się jej, kiedy szli­śmy. Nie wyda­wała się w żaden spo­sób przy­tło­czona oto­cze­niem. Kro­czyła swo­bod­nie, prze­żu­wa­jąc leni­wie korzeń hiny – lekki sty­mu­lant, który nada­wał jej ustom czer­niawy odcień. Kiedy zdjęła płaszcz i zawie­siła go przy jed­nych z drzwi, zoba­czy­łem, że nosi nie tylko krótki miecz u boku, ale rów­nież dwa noże przy pasku, jeden w cho­lewce i jesz­cze jeden, mały, w pochewce przy nad­garstku. Byłem cie­kaw, jakie wyko­nuje zada­nia, skoro potrze­buje nosić przy sobie taki arse­nał.

– Oto on – rze­kła, otwie­ra­jąc drzwiczki szafki na końcu kory­ta­rza.

Spo­dzie­wa­łem się ujrzeć zwłoki, ale w szafce znaj­do­wało się tylko drew­niane pudło, nie­wiele więk­sze od tar­czy legio­ni­sty. Malo wycią­gnęła je i prze­ło­żyła na wózek. Cien­kie szpry­chy kół zaskrzy­piały pod dodat­ko­wym cię­ża­rem.

Przyj­rza­łem się paczce.

– Myśla­łem, że mam obej­rzeć ciało – powie­dzia­łem z wolna.

– Co?

– Moje roz­kazy mówiły o oglę­dzi­nach zwłok funk­cjo­na­riu­sza zna­le­zio­nego w kanale, który praw­do­po­dob­nie padł ofiarą prze­mocy.

– Och… – mruk­nęła z namy­słem. – Cóż. A więc ktoś musiał się pomy­lić! Nie mówi­łam moim prze­ło­żo­nym, że mamy ciało. Wyraź­nie zazna­czy­łam, że zna­leź­li­śmy szczątki. Celowo uży­łam tego okre­śle­nia.

Mil­cze­li­śmy, a ja przy­glą­da­łem się pła­skiemu pudełku na wózku.

– Zakła­dam, że nie był po pro­stu bar­dzo niskim czło­wie­kiem? – Wes­tchną­łem.

Uśmiech­nęła się sze­roko, uka­zu­jąc zabar­wione korze­niem hiny zęby, czarne jak ratra­skie wino­grona.

– Nie­stety, w tym momen­cie twoje szczę­ście się koń­czy. To co, zaj­rzymy?

***

Prze­nie­śli­śmy się do okrą­głego pomiesz­cze­nia przy­po­mi­na­ją­cego labo­ra­to­rium, pośrodku któ­rego stał sze­roki stół z brązu, oświe­tlony rzę­dem migo­czą­cych latarni mai o błę­kit­nej bar­wie. W powie­trzu uno­siła się ostra woń ługu i innych reagen­tów czysz­czą­cych. W pod­ło­dze pod sto­łem osa­dzono kratkę odpły­wową, wokół któ­rej, na kamien­nej posadzce, różo­wiła się plama. Miej­sce naj­wy­raź­niej czę­sto czysz­czono, ale ono ni­gdy nie dawało się doczy­ścić.

Malo prze­ło­żyła pudło z wózka na stół, nucąc pod nosem. Pode­szła do pó­łek, zabrała stam­tąd duży skó­rzany far­tuch oraz ręka­wice i zało­żyła je na swoje ubło­cone ubra­nia.

– Może lepiej weź sobie krze­sło – powie­działa. – To potrwa. Jestem straż­niczką, a choć szko­li­łam się w wielu dzie­dzi­nach apo­te­kar­stwa, głów­nie odczy­tuję ślady i… – Udała, że strzela z łuku. – Jakby to ująć… roz­wią­zuję spory.

Roz­pią­łem wil­gotny płaszcz i usia­dłem na krze­śle, zamia­ta­jąc po ziemi wiszą­cym u pasa mie­czem.

– Myśla­łem, że straż­nicy zaj­mują się pil­no­wa­niem cen­nych reagen­tów oraz pre­kur­so­rów, a nie walką.

– No cóż, nie mamy tu legio­ni­stów do ochrony. Znaj­du­jemy się daleko od cen­trum Impe­rium, a lewia­tany nie zapusz­czają się tak głę­boko na pół­noc. Ale ma to swój sens, nie­praw­daż? Czymże są ludzie, jeśli nie cho­dzą­cymi sakwami peł­nymi reagen­tów i skład­ni­ków? – Uśmiech­nęła się sze­roko. – Czemu ich nie tro­pić, żeby spu­ścić z nich krew pełną cen­nych odczyn­ni­ków, jeżeli zaj­dzie taka potrzeba?

Wró­ciła do pudła na stole. Prze­krę­ciła trzy zatrza­ski z brązu umiej­sco­wione na linii zamknię­cia i pocią­gnęła pokrywę. Górna ścianka paczki oraz boki opa­dły z łosko­tem.

W środku nie było ciała ani niczego innego, co przy­po­mi­na­łoby ludz­kie koń­czyny, tylko sze­roka bryła bar­dzo dziw­nego mchu o splą­ta­nych ze sobą, sztyw­nych pędach, które przy­po­mi­nały kości. Masa two­rzyła ide­alny pro­sto­pa­dło­ścian – wyglą­dało to tak, jakby wyro­sła, dopiero gdy zna­la­zła się w pudełku.

Malo zepchnęła deli­kat­nie bryłę na blat stołu.

Wpa­try­wa­łem się w tę bryłę mchu, a w myślach wciąż powta­rza­łem jedno słowo: „szczątki”.

Wyraźny piż­mowy zapach w pomiesz­cze­niu przy­brał na inten­syw­no­ści i w tym momen­cie nie­przy­jem­nie zabur­czało mi w brzu­chu. Zacho­wa­łem kamienną twarz, ale zaklą­łem w duchu, bo dziew­czyna jed­nak miała rację z tą rybą.

– To do roboty – powie­działa Malo.

Nucąc, znów pode­szła do regału i zabrała z półki tackę z wie­loma noży­kami oraz wielki, nie­bie­ski słój. Przy stole odkor­ko­wała go i efek­ciar­skim gestem polała bryłę cienką strużką oleju, jakby wle­wała tłuszcz na gorącą patel­nię. Zamknęła słój, odsta­wiła go, a następ­nie urę­ka­wi­czo­nymi dłońmi zaczęła wcie­rać olej we wszyst­kie szcze­liny mię­dzy pędami.

– Co to jest? – zapy­ta­łem.

– Mech. Ni­gdy nie widzia­łeś mchu?

– Więk­szość ciał, które mia­łem oka­zję oglą­dać, była dość świeża albo w cał­ko­wi­tym roz­kła­dzie.

– Mia­łeś szczę­ście. To mech kost­ni­czy, choć tak naprawdę nie mech, tylko dra­pieżny grzyb. Żyje w zagłę­bie­niach w ziemi. Wyście­łuje je i czeka, aż jakaś ofiara w nie wpad­nie. Wtedy żądli ją, para­li­żuje i powoli obra­sta, two­rząc coś jakby kokon. I dopiero wtedy zaczyna się zabawa. – Pod­nio­sła bryłę ze stęk­nię­ciem. – Mech wydziela płyn, żeby oczy­ścić orga­nizm z pato­ge­nów odpo­wie­dzial­nych za roz­kład. „Leczy” go po to, by póź­niej pochło­nąć tkankę bez resz­tek. Oczy­wi­ście, nasza zmo­dy­fi­ko­wana odmiana nie pożera ciała, tylko zacho­wuje tkanki w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, i to nawet przez dwa lata.

Obej­rza­łem się na rzędy rega­łów w kory­ta­rzu za mną.

– To próbki?

Malo wyszcze­rzyła zęby w uśmie­chu, a w pół­mroku sali jej nos i powieki pra­wie znik­nęły, co nadało jej twa­rzy wygląd czaszki.

– Jeste­śmy apo­te­ka­rzami, Kol. Wyko­rzy­stu­jemy wiele tka­nek. W tym naszych wła­snych.

Po pomiesz­cze­niu znów roz­peł­zła się fala smrodu. Tkanki mchu nasią­kły ole­jem i zro­biły się pół­prze­źro­czy­ste. Zoba­czy­łem pod nimi prze­świ­tu­jącą, białą masę.

– Powiedz mi, pro­szę, co wiesz o tym mor­der­stwie – rzu­ci­łem.

Zare­cho­tała ponuro.

– Jeśli to miała być zmiana tematu na przy­jem­niej­szy, to poprawa będzie nie­wielka.

***

– Zmarły nazy­wał się immu­nis Mineti Sujedo – zaczęła Malo – z Jaletu Skar­bo­wego. Wcho­dził w skład dele­ga­cji skar­bo­wej z dru­giego pier­ście­nia Impe­rium, która przy­była tu, by omó­wić naj­wyż­szej wagi sprawy cesar­stwa z kró­lem Yar­row – wyre­cy­to­wała ze zja­dliwą iro­nią. – Immu­nis dotarł na miej­sce jako ostatni z grupy, ponad dwa tygo­dnie temu, dzie­sią­tego haj­nala. Na nabrzeżu cze­kali na niego straż­nicy z Apo­teki, według któ­rych nasz gość był w dobrym zdro­wiu i humo­rze. Ode­skor­to­wali go do kwa­ter, tak samo jak zro­bią to z twoją immu­nisą, gdy tu przy­bę­dzie.

Coś mnie zasta­no­wiło w jej prze­mo­wie. Więk­szość wła­ści­wie już wie­dzia­łem – poza tym ostat­nim.

– Ale dla­czego ode­skor­to­wano go pod strażą? – spy­ta­łem.

– Ponie­waż przy­był tu w spra­wach podat­ko­wych, a poborcy są powszech­nie znie­na­wi­dzeni. Zwłasz­cza tu, w Yar­row, które z pew­no­ścią nie jest bez­piecz­nym miej­scem.

Z mojej pamięci wyło­nił się obraz pan­cer­nych łodzi naje­żo­nych strza­łami.

– Ach tak.

– Zbrojni ulo­ko­wali go w pokoju – cią­gnęła Malo. – Potem nasz gość odwie­dził Bank Skar­bowy w mie­ście, pod­czas to któ­rej wycieczki na­dal towa­rzy­szyli mu straż­nicy. Zała­twiał tam jakieś sprawy, a do kwa­tery wró­cił przed zacho­dem słońca. Na miej­scu stwier­dził, że nie czuje się naj­le­piej po podróży. Chyba miał coś z żołąd­kiem.

Ski­ną­łem poważ­nie, usi­łu­jąc nie myśleć o moim wła­snym narzą­dzie, który bun­to­wał się coraz bar­dziej.

– Wysłał straż­ni­ków z wia­do­mo­ścią do zwierzch­nika dele­ga­cji, że do następ­nego dnia nie będzie wycho­dził. Zamó­wił kola­cję do pokoju, zjadł odro­binę i poło­żył się spać. Rano miał dołą­czyć do reszty posłów, ale się nie zja­wił. Wysłano po niego z prośbą o sta­wie­nie się na miej­sce spo­tka­nia, ale gdy nikt nie otwie­rał, straż­nicy weszli do jego kwa­ter i odkryli, że został, hm, porwany.

– Porwany? – Zdu­mia­łem się. – Roz­kazy, które otrzy­ma­łem, suge­ro­wały zagi­nię­cie.

– Tutaj nikt nie używa tego okre­śle­nia. Nie w takim sen­sie. Zagi­nię­cie suge­ro­wa­łoby, że prze­padł, prze­miesz­cza­jąc się pomię­dzy jed­nym punk­tem a dru­gim, ale to nie­moż­liwe, ponie­waż przed drzwiami pokoju przez całą noc stał straż­nik, a on był zamknięty na klucz od wewnątrz. Nikt nie widział, by immu­nis wycho­dził. Jedy­nym śla­dem jego obec­no­ści w pomiesz­cze­niu było łóżko, które wyglą­dało, jakby ktoś sto­czył w nim walkę. Krew, zmierz­wiona pościel i tak dalej.

– Krew?

– Ow­szem. Wyglą­dało to tak, jakby został napad­nięty pod­czas snu, może zaata­ko­wany nożem. Naj­dziw­niej­sze, że okna na­dal były zamknięte i zabez­pie­czone od wewnątrz! Bra­ko­wało na nich śla­dów mani­pu­la­cji, wyła­my­wa­nia czy cze­goś podob­nego. Nikt nie wie, jak napast­nik wszedł do środka i stam­tąd wyszedł. Poza samym gościem nic nie zgi­nęło. Poszłam tam i wszystko porząd­nie obwą­cha­łam. – Postu­kała się po fio­le­to­wa­wym nosie, nie przej­mu­jąc się pokrytą ole­jem ręka­wiczką. – A potra­fię wytro­pić wie­wiórkę znaj­du­jącą się o staję ode mnie, i to w mokrym lesie, mając tylko kilka kłacz­ków jej futra. Ale w pokoju Sujedy nie wyczu­łam żad­nego zapa­chu poza tymi nale­żą­cymi do niego oraz obsługi. Przez cały czas, do momentu znik­nię­cia, prze­by­wał tam sam. Nie mam bla­dego poję­cia, jakim cudem mógł roz­pły­nąć się w powie­trzu.

Spoj­rza­łem na lśniącą od tłusz­czu bryłę mchu.

– A kiedy i gdzie zna­le­ziono szczątki?

– Pięt­na­stego haj­nala, pięć dni po jego przy­by­ciu oraz znik­nię­ciu. Czyli dzie­sięć dni temu. To na wypa­dek, gdy­byś w podróży stra­cił poczu­cie czasu i nie pamię­tał, jaki dziś dzień.

– Nie stra­ci­łem i pamię­tam. – Uśmiech­ną­łem się chłodno.

– No jasne. Pozo­sta­ło­ści zwłok zna­leź­li­śmy jakieś dwa­na­ście staj od jego kwa­tery. Droga na miej­sce jest trudna, stroma, pro­wa­dzi przez gęste zaro­śla i bagni­sty teren. A to wszystko dopiero po wyje­cha­niu z mia­sta, gdzie jest wiele czuj­nych oczu. Ciężko byłoby poko­nać taką trasę nie­zau­wa­że­nie, a do tego z tru­pem. – Z osza­ła­mia­jącą cel­no­ścią splu­nęła czar­nawą śliną pro­sto do odpływu pod sto­łem. – W tej spra­wie roi się od nie­moż­li­wo­ści. Jak można nie­po­strze­że­nie wykraść czło­wieka z obser­wo­wa­nego miej­sca? Jakim cudem zna­lazł się tak daleko w takim sta­nie? Nie potra­fimy odpo­wie­dzieć na te pyta­nia. – Spoj­rzała na mnie z cierpką miną. – Tak się cie­szę, że będziemy tu mieć jury­stów z ich magicz­nymi spo­so­bami na odkry­cie prawdy. Oso­bi­ście wolę uga­niać się po dżun­gli za prze­myt­ni­kami szczu­rzych bob­ków, niż grze­bać w tym gów­nie.

Spo­mię­dzy splo­tów mchu wydo­był się bul­got i smród tak prze­okrutny, że ledwo dało się oddy­chać.

Malo pocią­gnęła nosem.

– Jak dla mnie gotowe – orze­kła. – Zobaczmy…

Bryła jesz­cze raz bek­nęła feto­rem, a potem powoli zaczęła mięk­nąć. Naj­pierw zapadł się jej śro­dek, potem rogi, a następ­nie cała blada plą­ta­nina się roz­luź­niła.

Malo trą­cała i obra­cała strzępki za pomocą szczyp­ców niczym kucharka spulch­nia­jąca ryż.

– Tak! Spójrz!

Pod­sze­dłem do stołu. Spo­mię­dzy roz­pa­da­ją­cych się splo­tów zaczął wyła­niać się jasny kształt.

Nie, nie kształt, tylko trzy kształty.

Naj­pierw dłoń ze zgię­tymi pal­cami, jakby ści­skała w nich piłkę. Paznok­cie koloru her­baty były ciem­niej­sze niż jasno­szara skóra. Na wyso­ko­ści nad­garstka ręka koń­czyła się poszar­paną kra­wę­dzią, z któ­rej ster­czały strza­skane drza­zgi kości. Ich gąb­cza­sty szpik ciem­nił się pla­mami.

Kolejny kawa­łek, frag­ment torsu bez koń­czyn i głowy, był w zasa­dzie tylko lewym bar­kiem i klatką pier­siową, z któ­rej ktoś wybrał wnętrz­no­ści jakby wielką łyżką. Żebra wysta­wały spod jasnej skóry jak słomki na brzegu papie­ro­wego wachla­rza boga­tego zie­mia­nina. Z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego powodu ostał się lewy sutek, ciemny i chro­po­waty, oraz sztywna kępka czar­nych wło­sów na piersi.

Pod tym, na wyściółce z mchu, leżała żuchwa, cał­kiem pozba­wiona mięk­kich tka­nek, per­fek­cyj­nie odcięta od czaszki, z którą nie­gdyś sta­no­wiła jed­ność. Podob­nie jak szpik w kościach ręki, wgłę­bie­nia na zębach były ciemne od jakie­goś osadu i plam.

– Nic wię­cej nie udało się wyło­wić z kanału. Tyle pozo­stało z naszego zagi­nio­nego skar­bi­sty Sujedy. Smutne, nie uwa­żasz?

Spo­glą­da­łem na szczątki, odu­rzony feto­rem mchu oraz roz­kła­da­ją­cego się ciała.

Ryba w moim żołądku wywi­nęła kozła.

Obró­ci­łem się, uklęk­ną­łem, a następ­nie umie­ści­łem dło­nie po obu stro­nach odpływu, po czym zwy­mio­to­wa­łem dokład­nie w śro­dek kratki, kasz­ląc i dła­wiąc się tak potęż­nie, że ból prze­szył całe moje ciało.

– Ooo – pod­su­mo­wała Malo z wyraź­nym podzi­wem. – Ależ masz wprawę! To naj­bar­dziej pre­cy­zyjny bełt, jaki widzia­łam!

Popra­wi­łem pozy­cję i znów zwy­mio­to­wa­łem.

Rozdział drugi

Kiedy dosze­dłem do sie­bie, wró­ci­łem do stołu i znów zaczą­łem się przy­glą­dać kawał­kom ciała.

Ni­gdy wcze­śniej nie musia­łem badać tak poszar­pa­nych frag­men­tów zwłok, ale moim zada­niem jako asy­stenta śled­czej Jurysu było zapa­mię­ta­nie każ­dego szcze­gółu, wyry­cie go w pamięci, a następ­nie prze­ka­za­nie raportu wraz z opi­sem moich odczuć zwierzch­niczce.

Się­gną­łem do swo­jej torby rytow­nika, wyją­łem stam­tąd małą fla­szeczkę i odkor­ko­wa­łem ją, po czym zacią­gną­łem się głę­boko, pozwa­la­jąc, by słodki aro­mat prze­peł­nił wnę­trze mojej czaszki. Cudowna woń była bło­go­sła­wień­stwem po tym, co prze­sze­dłem. Z noz­drzami peł­nymi zapa­chu łatwiej było mi zako­twi­czyć zapi­sy­wane wspo­mnie­nia i póź­niej je przy­wo­ły­wać.

Otwo­rzy­łem oczy, spoj­rza­łem na żało­sne szczątki Sujedy i skon­cen­tro­wa­łem się na obra­zie. Zano­to­wa­łem kształt oraz kolor frag­men­tów, ich uło­że­nie, linię zła­ma­nych kości, obkur­czoną skórę, fak­turę, a także tek­sturę tka­nek. Jako że moja pamięć została ulep­szona do dosko­na­ło­ści, te strasz­liwe obrazy miały pozo­stać ze mną aż do śmierci. Cóż, taki był mój los w służ­bie Impe­rium.

Otar­łem usta chu­s­teczką.

– Dla­czego nie zna­leź­li­ście niczego wię­cej? – zapy­ta­łem ochry­ple.

Malo zdjęła far­tuch i ręka­wiczki.

– Kanały w Yar­row roją się od patro­szy grzbie­to­wych. Podej­rze­wam, że któ­ryś zna­lazł zwłoki uno­szące się na powierzchni i zro­bił sobie ucztę.

– Patro­szy grzbie­to­wych?

– To takie żół­wie. Tro­chę mniej­sze od czło­wieka. Mają śliczne sko­rupy, ale są mię­so­żerne. I bar­dzo dra­pieżne. Potra­fią jed­nym chap­nię­ciem odgryźć ci ramię. Albo… – Wska­zała na szczątki Sujedy. – Albo wię­cej.

– Czemu uwa­żasz, że zro­biło to zwie­rzę?

– Bo nie ma wnętrz­no­ści, a patro­sze mają spe­cjalne języki, któ­rymi wygar­niają flaki. Są dru­gimi naj­groź­niej­szymi isto­tami w Wiel­kich Kana­łach, zaraz po prze­myt­ni­kach. No i dużo trud­niej je zabić.

– Jak egzo­tycz­nie. Uwa­ża­cie, że immu­nis padł ich ofiarą?

– Nie­wy­klu­czone, ale bar­dziej praw­do­po­dobne, że ktoś rzu­cił im trupa na pożar­cie, żeby się go pozbyć.

– A skąd ten pomysł?

– Spójrz tu. – Wska­zała na brzeg frag­mentu tuło­wia, gdzie bark łączył się z mię­śniami pier­sio­wymi.

Zer­k­ną­łem, wal­cząc z kolejną falą mdło­ści. Zoba­czy­łem, co miała na myśli. Kość i ścię­gna koń­czyły się w tym miej­scu nie­na­tu­ral­nie równą linią.

– Aha, to cię­cie – potak­ną­łem. – Jakby piłą? Został pokro­jony, zanim zna­lazł się w wodzie?

– Na to wygląda. – Malo kiw­nęła głową. – Żeby szyb­ciej zwa­bić patro­sze albo… Może zabójca po pro­stu miał rzeź­ni­cze zapędy. Trudno powie­dzieć. Ale przyj­rzyj się ręce.

Pochy­li­łem się nad zakon­ser­wo­waną dło­nią. Na prze­gu­bie widać było odbar­wie­nie – pasek, w nie­któ­rych miej­scach ciem­niej­szy, w innych jaśniej­szy niż ota­cza­jąca skóra. Dostrze­głem maleń­kie zadra­pa­nia two­rzące wzór jakby fak­tury włókna.

– Miał skrę­po­wane ręce – wywnio­sko­wa­łem.

Malo przy­tak­nęła bez zachwytu.

– Tak. W ranie tkwią włókna, coś jakby resztki bar­dzo ciem­nej, szorst­kiej, prze­siąk­nię­tej smołą liny. – Postu­kała się pal­cem w skroń obok zabar­wio­nej na fio­le­towo skóry wokół oczu. – Wygląda jak sznur oli­no­wa­nia kana­ło­wego.

– Oli­no­wa­nia kana­ło­wego – powtó­rzy­łem.

– Musiał się bar­dzo mio­tać, skoro zosta­wiły tak wyraźne ślady.

– Czy widziano, żeby ktoś krę­cił się w pobliżu jego kwa­ter?

Pokrę­ciła głową.

– Nie, zauwa­żono tylko innych człon­ków dele­ga­cji, któ­rzy wycho­dzili na spo­tka­nia z kró­lem Yar­row, a potem z nich wra­cali, oraz obsługę, czyli poko­jówki, kucha­rza i słu­żą­cych. Do tego war­tow­ni­ków wyzna­czo­nych przez apo­te­ka­rzy. Wszy­scy zgod­nie twier­dzą, że nie widzieli nikogo obcego w pobliżu. Ani podej­rza­nego.

Zamy­śli­łem się i jesz­cze raz pową­cha­łem fiolkę, żeby zako­twi­czyć w pamięci obraz posi­nia­czo­nej ręki.

– Czy mogła­byś obró­cić te kawałki na drugą stronę?

Zro­biła to bar­dzo deli­kat­nie, okrę­ca­jąc żuchwę i frag­ment torsu, jakby były kosz­towną por­ce­laną, którą wła­śnie zamie­rza­łem kupić.

Na ple­cach, na łopatce, bra­ko­wało okrą­głego kawałka skóry mniej wię­cej wiel­ko­ści monety talin­to­wej. Zupeł­nie jakby został wycięty.

– Co to? – Wska­za­łem na zma­sa­kro­wane miej­sce.

– Nie wiemy. Na pewno nie ugry­zie­nie żół­wia, bo ono byłoby dużo głęb­sze. Tu skóra została wycięta albo zdarta.

– Czy Sujedo miał jakieś znaki szcze­gólne na skó­rze? Bli­zny, zna­miona, tatu­aże?

– Cho­dzi ci o to, czy usu­nięto ten frag­ment, by utrud­nić jego iden­ty­fi­ka­cję?

– Tak. Miał jakieś?

– Nie – odburk­nęła. – Ale jeśli ten czło­wiek został zabity, to jego mor­derca musiał sobie zda­wać sprawę, że wykry­cie toż­sa­mo­ści ofiary będzie pro­ste.

– A to czemu? – spy­ta­łem, ale coś mnie zasta­no­wiło. – Zaraz. Jak w ogóle udało się wam usta­lić, że te kawałki należą do Sujedy, skoro nie posia­dają cech pozwa­la­ją­cych na iden­ty­fi­ka­cję?

Popa­trzyła na mnie, jak­bym powie­dział coś strasz­nie głu­piego.

– No prze­cież był skar­bi­stą – rzu­ciła.

– No i?

Kolejne obfite, a przy tym nie­zwy­kle celne splu­nię­cie.

– A myśla­łam, że wy z Jurysu zna­cie się na wszyst­kim. Nie wiesz wiele o skar­bo­wych, co?

– Funk­cjo­na­riu­sze Skarbca służą w bar­dziej cywi­li­zo­wa­nych kan­to­nach, a te rzadko znaj­dują się na tra­sach moich podróży służ­bo­wych.

Chrząk­nęła, jakby uznała to za marne uspra­wie­dli­wie­nie.

– Funk­cjo­na­riu­sze Skarbu powy­żej stop­nia kapi­tana mają zmo­dy­fi­ko­waną krew. Ulep­sze­nie to jest moż­liwe dzięki wsz­cze­pie­niu spe­cjal­nego organu hodow­la­nego pod pachą. – Dotknęła się pod ramie­niem. – W ban­kach skar­bo­wych, w skarb­cach, sej­fach i skryt­kach, trzyma się róż­nego rodzaju chro­nione mate­riały… Wiesz, co to klucz reagen­towy? Taki bibe­lo­cik, który wysyła sygnał fero­mo­nowy do zamka, żeby otwo­rzyć mecha­nizm?

Z nie­wzru­szoną miną kiw­ną­łem głową, bo ow­szem, klu­cze reagen­towe nie były mi obce.

– A więc krew wyż­szych stop­niem funk­cjo­na­riu­szy Skarbca działa podob­nie. Otwiera zabez­pie­czone miej­sca, kiedy skar­bi­ści się do nich zbliżą lub gdy dotkną zamknię­cia.

– Rozu­miem, że w tych szcząt­kach zna­leź­li­ście tego rodzaju krew?

– Nie było jej wiele, ale wystar­czyło do testów. Krew nale­żała do immu­nisa ze Skarbca. A ponie­waż zgi­nął tu tylko jeden… Cóż, to musi być on.

Prze­ana­li­zo­wa­łem to, co powie­działa.

– Ale sporo z niego nam tu bra­kuje – zauwa­ży­łem. – Zaczy­nam się zasta­na­wiać…

– …czy jakiś wariat nie zabrał ręki Sujedy, żeby otwo­rzyć jakąś skrytkę w banku czy coś w tym stylu? – dokoń­czyła Malo i prych­nęła. – Nisko cenisz apo­te­ka­rzy. Oczy­wi­ście możemy wykryć mody­fi­ka­cję w tej odro­bi­nie krwi, ale czuj­niki zabez­pie­czeń skarb­ców są tak zapro­jek­to­wane, by reago­wały tylko na wyso­kie stę­że­nie sub­stan­cji, i to pocho­dzące z żywej tkanki, nie mar­twej.

Przez chwilę sta­łem nad szcząt­kami, tra­wiąc wszyst­kie te infor­ma­cje.

– A więc pod­su­mujmy – ode­zwa­łem się, gdy byłem gotowy. – Nie mamy całego ciała Sujedy.

– To oczy­wi­sta oczy­wi­stość.

– Nie zna­leź­li­śmy też żad­nego świadka jego porwa­nia ani śmierci. Nie wiemy także, ba, nie mamy pomy­słu, jak doko­nano jed­nego i dru­giego.

– Prawda.

– W zasa­dzie nie możemy nawet dojść do tego, gdzie zgi­nął ani kiedy. I nie jeste­śmy w sta­nie wyło­nić żad­nego podej­rza­nego.

– No to zaczy­nasz rozu­mieć moją radość, że wy, jury­ści, przy­by­li­ście tu odpra­wić swoją magię – wyce­dziła kpiąco.

Nie sko­men­to­wa­łem tego, zajęty roz­wa­ża­niem dal­szych kro­ków.

– Od przy­jazdu tutaj Sujedo był tylko w dwóch miej­scach, tak? W banku i swo­ich kwa­te­rach?

– Dokład­nie.

– A co dokład­nie zała­twiał w banku?

– Miał ze sobą jakieś doku­menty, które scho­wał w skrytce – odpo­wie­działa. – Kaza­łam urzęd­ni­kom ban­ko­wym je wyjąć. To były jego roz­kazy oraz jakieś spisy liczb. Podat­kowe śmieci. Nic szcze­gól­nie inte­re­su­ją­cego.

Osu­szy­łem usta chu­s­teczką, licząc, że bla­dość twa­rzy ukrywa moje rosnące prze­ra­że­nie. Wystar­czy­łoby mi samo to, że utkną­łem w takim miej­scu ze szcząt­kami szcząt­ków, ale nie­stety im wię­cej infor­ma­cji o tej spra­wie zdo­by­wa­łem, tym mniej było w niej tro­pów. Czu­łem się dziw­nie, mając przed sobą śmierć tak zagad­kową, a jed­no­cze­śnie pozba­wioną jakie­go­kol­wiek punktu zacze­pie­nia. A musia­łem coś wygrze­bać, cokol­wiek, zanim przy­je­dzie Ana, bo ina­czej nie dałaby mi żyć.

Wes­tchną­łem ciężko.

– No dobrze, to w takim razie zabierz mnie, pro­szę, do jego kwa­tery.

Rozdział trzeci

Mia­sto por­towe Yar­row­dale sko­lo­ni­zo­wało strome wybrzeże Zatoki Yar­row­skiej niczym pąkle krzy­wi­znę klifu. Cią­gnęło się na połu­dnie wzdłuż Wiel­kich Kana­łów. Łączyły one zatokę z Wielką Rzeką Asi­gis, która dawała dostęp do naj­bo­gat­szych ziem Impe­rium. Pod­czas podróży stu­dio­wa­łem wiele map tego rejonu, żeby utrwa­lić je sobie w pamięci. Gdy wyszli­śmy z ossu­arium, przy­wo­ła­łem wspo­mnie­nia doty­czące topo­gra­fii terenu.

Roz­le­gła, cha­otyczna zabu­dowa cią­gnęła się wzdłuż zatoki od połu­dnio­wego wschodu na pół­nocny zachód. Była wyraź­nie podzie­lona na trzy czę­ści. Na jej połu­dniowo-wschod­nim krańcu znaj­do­wało się Nowe Mia­sto, zbu­do­wane przez liczne jalety impe­rialne, które miały tam swoje sie­dziby. To w tych oko­li­cach rafi­no­wano ogromne ilo­ści cen­nych pre­kur­so­rów i reagen­tów, a następ­nie wysy­łano je stam­tąd poprzez sieć kana­łów. Na pół­nocny zachód od niego leżało Stare Mia­sto, dawna sie­dziba kró­lów Yar­row i ich ludu, opusz­czona przez nich dawno temu. Trze­cia, naj­bar­dziej wysu­nięta na pół­nocny zachód dziel­nica, Górne Mia­sto, gdzie obec­nie rezy­do­wał król i jego świta, wybu­do­wana została w pasmach gór­skich, z dala od gwar­nych, tłum­nych cen­trów prze­my­sło­wych, które pano­szyły się teraz na zie­miach przod­ków władcy.

Ossu­arium, pla­cówka nale­żąca do Apo­teki, znaj­do­wało się na tere­nie Nowego Mia­sta. Szli­śmy przez dziel­nicę, która wyda­wała się rado­sna i pełna życia. Mię­dzy roz­le­głymi oka­pami dachów w hała­sie wiły się wil­gotne uliczki pełne han­dla­rzy, zwie­rząt jucz­nych i funk­cjo­na­riu­szy impe­rial­nych, głów­nie apo­te­ka­rzy, któ­rych stru­mie­nie opły­wały mnie czer­woną falą płasz­czy. Wzdłuż ulic tło­czyły się wyso­kie domy z kwit­ną­cego for­mo­blusz­czu. Ich zwró­cone ku morzu fasady pora­stał gęsty, jasno­zie­lony mech, upo­dab­nia­jąc je do tostów posma­ro­wa­nych grubą war­stwą dziw­nego, zie­lo­nego masła. Bęb­nia­rze i pisz­czał­ka­rze z kapeli gra­ją­cej na skrzy­żo­wa­niu przed nami plą­sali wesoło za każ­dym razem, gdy ktoś rzu­cił im talinta.

Mia­sto nie róż­niło się wiele od innych, które widzia­łem pod­czas służby, choć tu każda ulica bie­gła w dół ku pół­nocy, ku zatoce. Mimo że Zatoka Yar­row­ska była nie­wi­doczna, bli­skość oce­anu czuło się z każ­dej strony w szu­mie fal, zapa­chu soli i glo­nów oraz podmu­chach gorą­cego wschod­niego wia­tru.

Zadrża­łem. Minął rok, odkąd prze­by­wa­łem tak bli­sko morza, a mimo że to tutaj było inne niż to na wscho­dzie, naj­chęt­niej nie patrzył­bym w jego stronę.

– Coś nie tak? – zapy­tała Malo.

– Nie prze­pa­dam za morzem – mruk­ną­łem. – Ani tym bar­dziej prze­by­wa­niem tak bli­sko niego.

– Ach, oby­wa­tel Impe­rium jak się patrzy, co?

– A ty nie? – Łyp­ną­łem na nią gniew­nie, ocie­ra­jąc pot z czoła.

– Ja jestem rodo­witą Yar­ro­wianką. – Wska­zała na poro­śnięte dżun­glą wzgó­rza wokół. – Na dobre i na złe. Ale nie masz się co bać. Choć jeste­śmy na wybrzeżu i zbliża się pora desz­czowa, tutaj, w Yar­row, nie widziano żywego lewia­tana od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

Stłu­mi­łem następną falę dresz­czy. Tym razem wzbu­dziło ją słowo „żywego”.

***

Marsz do Sta­rego Mia­sta zajął nam godzinę. W tej dziel­nicy for­mo­blusz­czowe budynki ustą­piły miej­sca posęp­nym gma­chom z jasnego kamie­nia, zabar­wio­nymi tu i ówdzie na bla­do­zie­lono. Takie budowle nale­żały w Impe­rium do rzad­ko­ści, a te były pięk­nie zdo­bione na dachach i kolum­nach orna­men­tami z kora­lowca. Wiele z budowli pochy­lało się na bok lub zapa­dło, a przed ich fron­tami zbie­rały się kałuże wody, kipiące od jakie­goś ciem­no­zie­lo­nego ziel­ska.

– To Stare Mia­sto? – zapy­ta­łem z powąt­pie­wa­niem.

– Tak. Nie­gdy­siej­sza sie­dziba wład­ców Yar­row – odpo­wie­działa Malo. – Tutaj miesz­kał król i jego dwór. Impo­nu­jące, prawda?

Powio­dłem wzro­kiem po grzyb­nej naro­śli wspi­na­ją­cej się po jed­nej ze ścian.

– Powie­dział­bym… że dość zamiesz­kane.

– Można to tak nazwać – przy­stała. – Sta­ro­żytni budow­ni­czo­wie wzno­sili wieże z pew­nego rodzaju pia­sku peł­nego małych żyją­tek. Mie­szali robaczki z pia­skiem, wsy­py­wali je do form, a stwo­rze­nia utwar­dzały kru­szywo w odpo­wied­nim kształ­cie. Ale tego rodzaju kamień kiep­sko się sta­rzeje. Traci spo­istość. Wiele budyn­ków się przez to prze­chyla.

Uchy­li­łem się przed stru­my­kiem wody spły­wa­ją­cej z dachu.

– Wła­śnie widzę.

– No tak. A potem przy­było Impe­rium, zawarło układ z kró­lem i wyku­piło te tereny. Dwór opu­ścił to miej­sce, a następ­nie prze­niósł się do świę­tego grodu na wzgó­rzach, zabie­ra­jąc ze sobą taj­niki napra­wia­nia tego kamie­nia. Dla­tego ta oko­lica chyli się ku upad­kowi. Gnije tak jak jej miesz­kańcy.

– Jak to? To król zosta­wił tu swo­ich pod­da­nych, nie zapew­nia­jąc im pomocy?

– No tak.

– Ale dla­czego?

Zatrzy­mała się i spoj­rzała na mnie badaw­czo, jakby nagle się wystra­szyła, że ma do czy­nie­nia z jakimś skoń­czo­nym kre­ty­nem. Ale tylko pokrę­ciła głową i ruszyła naprzód.

Podą­ży­łem za nią przez labi­rynt uli­czek. Było to posępne miej­sce, zamiesz­ki­wane przez wychu­dzo­nych, scho­ro­wa­nych ludzi. Wszę­dzie roz­le­gało się echo kaszlu.

Naraz coś przy­szło mi do głowy.

– Prze­pra­szam, ale… dele­ga­cję ulo­ko­wano tutaj? W tej dziel­nicy?

– Prze­cież ci mówi­łam – wark­nęła Malo, gdy wspi­na­li­śmy się po nie­dłu­gich, krzy­wa­wych schod­kach. – Nikt nie lubi gości od podat­ków. Wszy­scy chcą, żeby jak naj­szyb­ciej się wynie­śli, więc dają im kwa­tery w takich dziu­rach. A król Yar­row naj­wy­raź­niej lubuje się w drę­cze­niu urzęd­ni­ków, któ­rych na niego nasy­łają, bo spe­cjal­nie się posta­rał, żeby miesz­kali tutaj. Dobra, teraz przy­śpiesz kroku. Idziemy przez bar­dzo nie­bez­pieczny rejon. Lepiej, żeby nikt tu nie zwró­cił uwagi na twoją śliczną buźkę i nie uznał, że jesteś boga­czem, który zapła­cił za jej prze­mo­de­lo­wa­nie, bo cię zadźgają w zamian za talinty.

– Nie zapła­ci­łem za prze­ro­bie­nie twa­rzy – obru­szy­łem się, ale Malo już szła dalej.

***

Wresz­cie dotar­li­śmy do wyso­kiego budynku z kamie­nia, wzno­szą­cego się ponad kośla­wym, pod­upa­da­ją­cym Sta­rym Mia­stem. Była to naj­wy­twor­niej­sza z wież – sze­ścio­kon­dy­gna­cyjna, z fasadą mister­nie zdo­bioną kora­low­cem i usianą nie­wiel­kimi oknami. Lecz mimo jej gaba­ry­tów oraz kunsztu, z jakim została wyko­nana, rów­nież ona zazie­le­niła się już grzy­bem, przez co nosiła na sobie wyraźne piętno nad­mor­skiego kli­matu.

– Tam był jego pokój. – Malo wska­zała na okno.

Zadar­łem głowę, osła­nia­jąc oczy dasz­kiem z dłoni, i wytę­ży­łem wzrok. Wyda­wało się, że apo­te­karka poka­zuje okienko na samej górze.

– Sujedo został umiesz­czony na naj­wyż­szym pię­trze?

– Tak.

– A więc nie tylko tajem­ni­czo znik­nął z zamknię­tego pokoju. On znik­nął z zamknię­tego pokoju czte­ry­sta spa­nów nad zie­mią.

– Mniej wię­cej. Nie­zła sztuczka, no nie? Wycią­gnąć czło­wieka z zamknię­tego na głu­cho pokoju na tej wyso­ko­ści. Pomiesz­cze­nia, które było też zamknięte od środka, dodajmy. I to wycią­gnąć go tak, że nikt nic nie sły­szał i nie widział. Nie wyobra­żam sobie tego.

Wyją­łem z kie­szeni cygar­nik ze strze­li­słomki, wsu­ną­łem koń­cówkę do ust i pozwo­li­łem, by smak tyto­niu wyci­szył moje myśli i żołą­dek.

– Pew­nie nie runął w dół, bo ciało spa­da­jące z takiej wyso­ko­ści robi sporo hałasu i bała­ganu.

– Oraz zosta­wia po sobie wielką plamę – dodała Malo. – A nie zna­leź­li­śmy żad­nych śla­dów. Plus ni­gdzie tu nie wyczu­łam krwi. Poza poko­jem Sujedy.

Zacią­gną­łem się zapa­chem z fiolki, żeby zapa­mię­tać każdy szcze­gół oto­cze­nia. Wsze­dłem za Malo do wieży. Poko­jów strze­gło trzech mili­ti­sów z Apo­teki, któ­rzy obser­wo­wali czuj­nie, jak otwie­ra­li­śmy drzwi. Przy­sta­ną­łem w progu, żeby objąć wzro­kiem całość wnę­trza. Kie­dyś musiało to być wspa­niałe miej­sce. Teraz wyglą­dało na zawil­go­cone i zatę­chłe, a po skle­pio­nym sufi­cie peł­zały strużki wody, zosta­wia­jąc po sobie ślady ple­śni niczym śli­maki ślu­zo­wate smugi. Wzdłuż łuko­wa­tej ściany zewnętrz­nej pomiesz­cze­nia biegł rząd sze­ściu okien wycho­dzą­cych na połu­dniowy wschód. Wszyst­kie były zamknięte i zary­glo­wane. Otwarte drzwi szaf w kącie uka­zy­wały puste półki.

Jed­nak moją uwagę przy­kuło sto­jące pod ścianą łóżko mszane. W poduszce papro­cio­wej wid­niało wyraźne wgłę­bie­nie, a pościel zna­czyła sze­roka, brą­zowa plama krwi. Krwi było dużo, ze dwa dzbanki opi­wina, może wię­cej. A więc rana musiała być poważna. Umiej­sco­wie­nie plamy wska­zy­wało, że cios został zadany w kor­pus, może nerki bądź wątrobę. Pew­nie oka­zał się śmier­telny, jeśli immu­ni­sowi nie udzie­lono natych­mia­sto­wej pomocy.

Chrząk­ną­łem w zamy­śle­niu. Wtedy zorien­to­wa­łem się, że sto­jąc, czuję więk­szy nacisk swo­jego cię­żaru na lewej sto­pie.

Kuc­ną­łem i poło­ży­łem cygar­nik na posadzce. Dygo­tał przez moment, po czym potur­lał się w lewo.

– Tak, wieża jest pochy­lona – powie­działa Malo. – Jak wiele budyn­ków na Sta­rym Mie­ście. Inży­nie­ro­wie zakli­nają się, że nie runie w naj­bliż­szym cza­sie, ale im wyżej, tym prze­chył jest wyraź­niej­szy.

Przez moment zasta­na­wia­łem się, co robić dalej.

– Kto jesz­cze prze­by­wał w tym pokoju? – zapy­ta­łem.

– Masa ludzi. Straż­nicy Sujedy. Ja i inni straż­nicy z Apo­teki. Potwier­dzi­li­śmy, że nic nie zostało zabrane z pokoju. Wszystko, co zna­leź­li­śmy, poło­ży­li­śmy na stole.

Wsa­dzi­łem ponow­nie cygar­nik do ust, tłu­miąc gry­mas. Praw­do­po­dob­nie uwa­żała, że prze­su­nię­cie przed­mio­tów uła­twi mi pracę, ale było wprost prze­ciw­nie.

– Ilu człon­ków dele­ga­cji prze­bywa obec­nie w wieży? – zapy­ta­łem.

– Poin­stru­owa­łam ich z wyprze­dze­niem, że mają być na miej­scu i do dys­po­zy­cji, ale naj­wy­raź­niej są dzi­siaj nie­zwy­kle zajęci. Spo­ty­kają się z kró­lem – wypo­wie­działa to z fał­szy­wym podzi­wem. – Albo raczej z wie­loma człon­kami dwor­skiej kote­rii.

– Kto mieszka w sąsied­nim pokoju?

– Ten od zachodu jest pusty, a w tym po dru­giej stro­nie prze­bywa współ­pra­cow­nik Sujedy, immu­nis Valik.

– Czy sły­szał…?

– Nic nie sły­szał.

– A straż­nicy nie widzieli, żeby kto­kol­wiek wycho­dził z kwa­tery Sujedy?

– Nikt poza poko­jów­kami i słu­żą­cymi jej nie opusz­czał.

Zassa­łem powie­trze przez zęby, się­gną­łem do torby po bute­leczkę, zacią­gną­łem się wonią i wsze­dłem do pokoju.

W pierw­szej kolej­no­ści obej­rza­łem łóżko, dokład­nie reje­stru­jąc każdą fałdę i zała­ma­nie pościeli oraz uło­że­nie sterty podu­szek papro­cio­wych.

– Nie ma narzuty – zauwa­ży­łem.

– Zabra­li­śmy ją, by pozy­skać z niej próbki krwi – wyja­śniła Malo. – A ponie­waż zna­leź­li­śmy w nośniku resztki moczu, wyde­sty­lo­wa­li­śmy sub­stan­cje ete­ryczne z obu źró­deł, dzięki czemu usta­li­li­śmy, że pocho­dzą od jed­nej osoby. Gdy zna­le­ziono szczątki Sujedy, porów­na­li­śmy je i stwier­dzi­li­śmy, że jedno i dru­gie nale­żało do niego.

– Ale nie zna­leź­li­ście żad­nych śla­dów napast­nika? Nawet wło­ska? Kro­pli krwi innej niż ta immu­nisa?

– Nic. Zupeł­nie nic.

Zasę­pi­łem się i podą­ży­łem dalej.

Pod jedną ze ścian, jak wspo­mi­nała Malo, stał duży stół zasłany stertą przed­mio­tów, które odkryto pod­czas prze­szu­ka­nia. Skrzy­wi­łem się, gdy do niego pod­sze­dłem. Prze­nie­sie­nie rze­czy z pier­wot­nych miejsc zna­cząco utrud­niało ocenę war­to­ści dowo­do­wej każde z nich – nóż pod poduszką to cał­kiem coś innego niż nóż spa­ko­wany do torby. Ale nie­wiele mogłem zyskać, kry­ty­ku­jąc pracę miej­sco­wych.

– Wszystko zba­da­li­śmy – zazna­czyła Malo. – Na ubra­niach pozo­stał wyraźny zapach cytru­sów oraz ple­śni. To utrud­niło iden­ty­fi­ka­cję innych woni. Podej­rze­wam, że zabójca mógł celowo wyko­rzy­stać zapach, by ukryć swoje poczy­na­nia.

Pochy­li­łem się i pocią­gną­łem nosem. Rze­czy­wi­ście, inten­sywny aro­mat limonki przy­kry­wał ten bar­dziej nie­przy­jemny – butwie­ją­cego drewna. Cie­kawe.

Znów sko­rzy­sta­łem z mojej bute­leczki i zaczą­łem prze­glą­dać doby­tek Sujedy rzecz po rze­czy. Mała latar­nia mai, trzy mun­dury Skarbca, w tym dwa zwy­czajne białe oraz jeden szary, galowy. Pudełko z insy­gniami parad­nymi, spin­kami do man­kie­tów i inną biżu­te­rią. Trzy pasy – dwa brą­zowe, jeden czarny – wore­czek z rysi­kami popiel­nymi, sakiewka z mone­tami (łącz­nie sześć­dzie­się­cioma trzema talin­tami i czte­rema mie­dzia­kami) oraz pokaźna torba z tynk­tu­rami i fiol­kami peł­nymi prosz­ków, głów­nie prze­ciwko bólom głowy. Miało to sens, ponie­waż jak wielu funk­cjo­na­riu­szy Skarbca Sujedo był aksjo­mem, osobą posia­da­jącą mody­fi­ka­cje kogni­tywne pod­no­szące natu­ralne talenty mate­ma­tyczne. Nie­stety tego rodzaju ulep­sze­nia miały skutki uboczne, czę­sto pro­wa­dzące do znacz­nego ogra­ni­cze­nia dłu­go­ści życia. Jako mne­mo­ry­tow­nik o zmo­dy­fi­ko­wa­nej pamięci dosko­nale o tym wie­dzia­łem.

Przy­glą­da­łem się przed­mio­tom dłuż­szą chwilę, utrwa­la­jąc w gło­wie każdy szcze­gół, aż w końcu mój wzrok padł na ostat­nią rzecz – nie­wielki pro­sto­pa­dło­ścian, na oko żela­zny. Wzią­łem go do ręki i obró­ci­łem. Był ciężki, gładki i chłodny w dotyku.

– Nie wiem, co to – przy­znała Malo. – Leżało na pod­ło­dze. Wygląda jak kawa­łek żelaza.

Przyj­rza­łem się uważ­nie sztabce. Miała dłu­gość mojego palca i zda­wała się cał­kiem nie­po­zorna. A jed­nak była ide­al­nie gładka, bez jed­nej rysy, jakby celowo ukształ­to­wana do tego roz­miaru i formy. Coś mi w niej nie paso­wało.

– Gdzie kon­kret­nie?

– Tam – Wska­zała na miej­sce pod ścianą z oknami.

Wło­ży­łem kawa­łek żelaza do kie­szeni i pod­sze­dłem do wska­za­nego punktu. Dokład­nie obej­rza­łem posadzkę, a potem ścianę. Pomy­śla­łem, że może to frag­ment jakie­goś mecha­ni­zmu okna, ale nie, wszyst­kie okien­nice były całe i porząd­nie zamknięte na żela­zne zasuwy. Trzpie­nie prze­su­wały się gładko, a po wej­ściu w gniazdo skrzy­dła okien trzy­mały się sztywno. Choć cały budy­nek prze­cie­kał i się zapa­dał, okien­nice były porządne.

Otwo­rzy­łem jedno z okien i wysta­wi­łem przez nie głowę, mru­żąc oczy przed bryzą znad morza. Zie­jąca pode mną prze­paść zda­wała się jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca z powodu prze­chyłu kon­struk­cji. Sama myśl o tym, że ktoś mógłby tędy wejść i wyjść, była sza­leń­stwem.

Rozej­rza­łem się na tyle, na ile pozwa­lał mi wie­jący w twarz wiatr. Na połu­dnio­wym wscho­dzie widzia­łem rado­sne dachy Nowego Mia­sta, a nad nimi kłęby pary i dymów z pra­cowni apo­te­ka­rzy. Wokół tam­tej­szych budyn­ków bie­gły linie skła­da­jące się na plą­ta­ninę kana­łów, nie­które pro­ste, a inne kręte. Każdy z nich bie­lił się od żagli. Na połu­dnio­wym zacho­dzie cią­gnęła się nie­zmie­rzona prze­strzeń paru­ją­cej dżun­gli, usiana gdzie­nie­gdzie doli­nami oraz plac­kami łysin, na któ­rych znaj­do­wały się gospo­dar­stwa. Jesz­cze dalej, na sku­pi­sku wzgórz, maja­czyła gro­mada śnież­no­bia­łych wież.

Górne Mia­sto, rezy­den­cja króla Yar­row. Wyda­wało się mniej­sze i bar­dziej odle­głe, niż wyni­kało z map. Przy­szło mi do głowy, że wygląda jak kró­le­stwo wró­żek, do któ­rego figlarne cho­chliki wabią dzieci muzyką fuja­rek.

Wresz­cie z wielką nie­chę­cią popa­trzy­łem na pół­noc, gdzie roz­po­ście­rał się wodny prze­stwór Zatoki Yar­row­skiej, roz­mi­go­tany pro­mie­niami słońca odbi­ja­ją­cymi się od fal.

A jesz­cze dalej, na peł­nym oce­anie ujrza­łem…

…coś.

Przy­po­mi­nało ono nieco wysoki, spi­cza­sty i falu­jący namiot, jak te na kan­toń­skich jar­mar­kach. Choć znaj­do­wał się w ogrom­nej odle­gło­ści od miej­sca, gdzie sta­łem, jego ogrom był nie do zaprze­cze­nia. Wyra­stał setki spa­nów ponad wodę, wyż­szy od wszyst­kiego, co dotąd widzia­łem, z wyjąt­kiem murów mor­skich na wscho­dzie. W połu­dnio­wym słońcu mie­nił się lekko mięk­kim, szma­rag­do­wym bla­skiem. Zmru­ży­łem oczy, zasta­na­wia­jąc się, z czego był zro­biony. Może z pną­czy i traw, sple­cio­nych tak ści­śle, że zda­wały się two­rzyć falu­jące tafle szkła? Wie­dzia­łem, że pośrodku tego zie­lo­nego kokonu ochron­nego kryje się cyta­dela. I zda­wało mi się, że nie­mal dostrze­gam zarys jej murów i dachów.

– Dzi­siaj jest taki jasny – zauwa­żyła Malo, pod­cho­dząc. – Mówią, że jaśnieje, gdy zbliża się pora desz­czowa, i ciem­nieje, kiedy lewia­tany zapa­dają w sen. Ten rok minął mi tak szybko.

– To Całun? – zapy­ta­łem cicho.

– Tak. Chyba naj­cen­niej­sze, co mamy w Yar­row­dale. I co wzbu­dza naj­więk­szą grozę. Ale trudno się dzi­wić. Od dziecka uczy się nas bać lewia­ta­nów, więc tym więk­sze prze­ra­że­nie wzbu­dza w nas ich cmen­ta­rzy­sko.

Wpa­try­wa­łem się w Całun, zahip­no­ty­zo­wany jego ruchami. Powierzch­nia zda­wała się falo­wać i drgać w jasnym słońcu, jakby mnie przy­zy­wała.

– Ale Sujedo nie miał z tym dia­bel­stwem nic wspól­nego. Nikt nie chce z nim mieć nic wspól­nego, poza nami apo­te­ka­rzami. To jak, zoba­czy­łeś już, co chcia­łeś?

Kaszl­ną­łem, wymru­cza­łem potwier­dze­nie i z ulgą ode­rwa­łem wzrok od zie­lo­nej połaci. Choć śledz­two, któ­rym się zaj­mo­wa­łem, było pełne nie­wia­do­mych, pocie­sza­łem się, że przy­naj­mniej nie będzie się wią­zało z tym nie­sa­mo­wi­tym miej­scem.

Rozdział czwarty

Następ­nie prze­słu­cha­łem obsługę wieży na Sta­rym Mie­ście: poko­jówki, pra­czy, słu­żą­cych i kucha­rzy. Sujedo przy­je­chał, a potem znik­nął w tak krót­kim odstę­pie czasu, że więk­szość z nich nawet go nie widziała.

– Odpro­wa­dzi­łem go do pokoi, panie – rzekł Hajusa, star­szy męż­czy­zna, por­tier. – Był uprzejmy i miły. – Oczy męż­czy­zny zabły­sły figlar­nie. – Dał mi nawet srebr­nego talinta za fatygę. Cóż, nie­zbyt to zgodne z regu­la­mi­nem, no ale – dodał, przy­kła­da­jąc palec do nosa.

Uśmiech­ną­łem się poro­zu­mie­waw­czo, a potem popro­si­łem, by opi­sał Sujedę.

– Przy­stojny gość. Jak wielu z wewnętrz­nych krę­gów. Gęste, krę­cone, czarne włosy i jasne oczy. Ale tro­chę niski. Sam się skur­czy­łem z wie­kiem, a i tak byłem od niego wyż­szy…

– Widzia­łeś może tej nocy kogoś wcho­dzą­cego do budynku lub z niego wycho­dzą­cego? Kogo­kol­wiek?

– Tylko służbę, panie. Nikogo podej­rza­nego. To prze­cież naje­le­gant­szy budy­nek na Sta­rym Mie­ście. Kie­dyś, przed cza­sami Impe­rium, był to pałac kró­lew­ski. – Wypiął dum­nie pierś. – Trzy­mamy pewien poziom.

– A wiesz może, w jakich spra­wach przy­był tu Sujedo?

– Hm… Cóż, tak sobie myślę, że mogło cho­dzić o wcie­le­nie kró­le­stwa do Impe­rium – rzekł nie­pew­nie. – No, by zro­bić tu kan­ton Cesar­stwa z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Ostroż­niej dobie­rał słowa i uni­kał mojego wzroku.

– A ty co o tym sądzisz? – zapy­ta­łem. – Możesz mówić szcze­rze. Nic na ten temat nie wiem.

– No… chyba tak to już miało być. Zade­cy­do­wano o tym dekady temu. Tak posta­no­wili kró­lo­wie, któ­rzy w chwili, gdy się uro­dzi­łem, byli mar­twi już od dawna. – Spró­bo­wał zro­bić pełną sza­cunku minę. – A co ja tam mogę wie­dzieć o spra­wach kró­lów.

Zer­k­ną­łem na Malo, która wzru­szyła ramio­nami i roz­ło­żyła ręce, jakby chciała powie­dzieć: „A czego się spo­dzie­wa­łeś?”.

Podzię­ko­wa­łem Haju­sie i pozwo­li­łem mu odejść.

***

Jako następne prze­słu­cha­li­śmy poko­jówki, Pitianki albo Yar­ro­wianki o oczach tak zie­lo­nych jak u Malo i dzią­słach pod­bar­wio­nych na zie­lono.

– Był uprzejmy, panie – powie­działa jedna. – Cichy, nie mówił wiele.

– I schludny, panie – dodała druga. – Porządny. Bar­dzo chory. Nic nie zjadł. Bulion, który mu przy­nio­słam, zabra­łam nie­tknięty.

Raz po raz kiwały gło­wami tak ryt­micz­nie, że przy­po­mi­nały tań­czące drew­niane laleczki poru­szane za pomocą sznur­ków.

– A kiedy przy­szłaś go zabrać?

– Hm… Jakoś wie­czo­rem. Po kola­cji. Było już ciemno. Ten pan leżał na łóżku z zamknię­tymi oczami i ciężko oddy­chał. Wyszłam szybko, bo się bałam, że mogę coś od niego zła­pać. Wyglą­dał źle… I ręka drgała mu tak, że palce szu­rały o brzuch.

– Ręce mu się trzę­sły?

– Nie, tylko jedna – wtrą­ciła pierw­sza kobieta. – Jak u para­li­tyka. Ude­rzała o brzuch. Moja mama tak miała, zanim cał­kiem osła­bła i umarła.

– A okna? – zapy­ta­łem. – Były otwarte czy zamknięte?

Poko­jówki się chwilę zasta­na­wiały.

– Zamknięte – stwier­dziła jedna z nich.

– Tak, zamknięte – poparła ją druga. – I zary­glo­wane. Pamię­tam, ponie­waż miał lampę na sto­liku, bo było ciemno. Tak go zosta­wi­łam, a rano pokój był pusty. Znik­nął! Zostały po nim tylko krew i bała­gan!

– I nikt niczego nie sły­szał?

– Niczego!

– Jakby jaki duch go porwał – powie­działa jej kole­żanka. – Wykradł z łóżka jak te mor­skie stwory z legend, co zabie­rają dzieci z koły­sek. – Urwała na moment. – Ale nie myślisz, panie, że tak to się stało?

Zanie­mó­wi­łem na moment, zasko­czony pyta­niem, czy sprawcą może być zjawa z ludo­wych wie­rzeń.

– Z mojego doświad­cze­nia wynika, że żywi ludzie są wystar­cza­jąco groźni.

– Myślisz, panie, że to głu­pie, że mówimy o duchach – powie­działa druga z prze­ką­sem. – Ale tam, w zatoce, wypra­wiają takie rze­czy z tym Cału­nem, że może duchy tu zostają i są złe za to, co robimy z ich cia­łami.

– A ten kawa­łek żelaza? – Poka­za­łem im przed­miot. – Miał go przy sobie?

Przyj­rzały mu się i pokrę­ciły gło­wami.

– Ni­gdy tego nie widzia­łam – oświad­czyła jedna.

– Ja też nie – stwier­dziła druga.

Prze­py­ty­wa­łem je jesz­cze chwilę, aż sto­jąca w kącie Malo zaczęła zie­wać. Ode­sła­łem słu­żące.

***

Jako ostat­niego prze­słu­chi­wa­łem apo­te­ka­rza, który eskor­to­wał Sujedę do mia­sta – mili­tisa Kla­idę.

– To był cał­kiem zwy­czajny dzień – powie­dział. – Immu­nis przy­pły­nął i zosta­wił bagaże, a potem zabra­łem go do banku. Cze­ka­łem na niego przed skarb­cem, bo nie wolno mi wcho­dzić do środka.

– Jak długo cze­ka­łeś?

– Dosłow­nie parę minut, panie. Chyba wkła­dał coś do skrytki. Miał ze sobą torbę, mniej wię­cej takich roz­mia­rów. – Nakre­ślił rękami kwa­drat dwa na dwa spany, a potem poka­zał pal­cami jego gru­bość: pół spana.

– A więc była na tyle duża, że mogła pomie­ścić coś wię­cej niż doku­menty?

– Tak, panie. Miał w niej coś, co zosta­wił w środku. Urzęd­nik ban­kowy pew­nie będzie wie­dział wię­cej. Oczy drgały mu tak jak tobie.

Oży­wi­łem się.

– Jest rytow­ni­kiem?

– Tak, panie. Musi być, bo ma pamię­tać wszyst­kich, któ­rzy wcho­dzą i wycho­dzą z banku. Potem immu­nis Sujedo wyszedł, a ja przy­pro­wa­dzi­łem go z powro­tem tutaj, do kwa­ter. I tyle.

– Nie wspo­mi­nał o tym, co zosta­wił w banku?

– Nie, panie.

– A mówił coś w ogóle?

Kla­ida się zasta­no­wił przez chwilę.

– Pytał mnie o żonę, panie. Tak, teraz sobie przy­po­mi­nam.

– O żonę? A o co kon­kret­nie?

– Jak się miewa. Zdzi­wi­łem się, bo nic mu o niej nie mówi­łem, a wzię­li­śmy ślub dopiero dwa tygo­dnie temu. Immu­nis powie­dział, że zauwa­żył obrączkę na moim kciuku, bo cią­gle jej doty­kam, jak­bym nie był przy­zwy­cza­jony do jej nosze­nia, więc pomy­ślał, że jest nowa. Sprytne z jego strony, że wywnio­sko­wał to tak szybko. Pew­nie wy sub­li­mo­wie to potra­fi­cie.

Zamy­śli­łem się nad jego sło­wami. Choć nie­mal wszy­scy zmo­dy­fi­ko­wani ludzie prze­ja­wiali oso­bliwe zacho­wa­nia – ja rów­nież nie byłem w tej mate­rii wyjąt­kiem – aksjo­mo­wie rzadko wyka­zy­wali się spraw­no­ścią w kon­tak­tach mię­dzy­ludz­kich. Im bar­dziej pogrą­żali się w pracy z abs­trak­cyj­nymi licz­bami, tym bar­dziej ode­rwani od świata się sta­wali.

Zapy­ta­łem Kla­idę o żela­zną sztabkę, ale podob­nie jak reszta nic o niej nie wie­dział.

– Czy immu­nis miał inne objawy poza bólem żołądka? Może drżały mu ręce? Albo były spa­ra­li­żo­wane?

– Spa­ra­li­żo­wane? Nie, ale… Idąc, ude­rzał dło­nią o nogę, bez prze­rwy. Przy­po­mi­nało to bęb­nie­nie, jakby w gło­wie utknęła mu jakaś melo­dia i nie mógł się powstrzy­mać przed wybi­ja­niem jej rytmu o cokol­wiek. Tro­chę dziwne. Czy to mogło coś zna­czyć, panie?

Wes­tchną­łem i podzię­ko­wa­łem mu za roz­mowę.

***

Na koniec zosta­wi­łem sobie obej­rze­nie pustego pokoju sąsia­du­ją­cego z kwa­te­rami Sujedy. Popro­si­łem sta­rego Hajusę, żeby mi go otwo­rzył, ale on zatrzy­mał się na moment z ręką na klamce.

– Od jakie­goś czasu nocuje tu nie­wielu gości. Ten pokój jest wyjąt­kowo wil­gotny. To przez to, w którą stronę pochyla się wieża. Cała woda spływa tutaj. Wła­ści­wie wszyst­kie pokoje po tej stro­nie ciężko utrzy­mać.

Pchnął skrzy­dło, a ja w końcu mogłem zaj­rzeć do środka. Wnę­trze wyglą­dało pra­wie iden­tycz­nie jak pokój Sujedy, z tą róż­nicą, że tutaj każdą powierzch­nię pokry­wał grzyb. Na łóżku nie było mate­raca z mchu, a drew­niany ste­laż został pożarty przez zie­leń. Nawet szafa wyglą­dała jak pokryta kożu­chem.

– Wyczu­wasz tu coś nie­ty­po­wego? – zapy­ta­łem sto­ją­cej w progu Malo.

– A co ja jestem, twój ogar? – fuk­nęła. – Nie. Nic poza ple­śnią, tak samo jest we wszyst­kich poko­jach po tej stro­nie budynku. Spraw­dzi­li­śmy każdy, szu­ka­jąc Sujedy. Nie zna­leź­li­śmy w nich niczego god­nego uwagi.

Podzię­ko­wa­łem Haju­sie, który zamknął pokój, a potem roz­sta­li­śmy się ze sta­rym por­tie­rem.

Rozdział piąty

Oglę­dziny kwa­tery Sujedy zakoń­czy­li­śmy póź­nym popo­łu­dniem, więc nie było już czasu, żeby tego dnia iść do banku i prze­słu­chać tam­tej­szych pra­cow­ni­ków. Dla­tego ruszy­li­śmy z Malo w długą drogę do Nowego Mia­sta.

– No i? – ode­zwała się w pew­nym momen­cie. – Masz już jakiś trop albo wska­zówkę, którą ja prze­oczy­łam?

– Jestem tu nie­cały dzień.

– Czyli że nie. Miło z two­jej strony, że pozwa­lasz mi zacho­wać dumę. – Prze­krzy­wiła głowę, nasłu­chu­jąc. – Wobec tego pój­dziemy coś zjeść. Ja nie jadłam cały dzień, a twoje bur­cze­nie w brzu­chu sły­chać chyba po dru­giej stro­nie mia­sta.

– Sły­szysz to? – Moja intym­ność została pogwał­cona.

– Tak. Potrze­bu­jesz bulionu, bo ina­czej jutro nie będziesz się do niczego nada­wał.

Skrę­ci­li­śmy w główną ulicę pro­wa­dzącą do Nowego Mia­sta. Jed­nak gdy wizja zupy zaczęła mnie powoli nęcić, usły­sze­li­śmy piskliwy głos za ple­cami:

– Ach! Signum Kol? Signum Dinios Kol?

Odwró­ci­li­śmy się. Ulicą w naszą stronę szła prędko niska kobieta w ele­ganc­kiej, choć pro­stej, sza­rej sukni. Unio­sła rękę i znów zawo­łała mnie wyso­kim, drżą­cym gło­sem jak ktoś zroz­pa­czony, szu­ka­jący pomocy. Przyj­rza­łem się jej zanie­po­ko­jony. Nie sądzi­łem, że kto­kol­wiek poza Aną i Malo mógłby mnie tutaj znać, ani w ogóle wie­dzieć o mojej obec­no­ści w tym miej­scu. Spoj­rza­łem pyta­jąco na towa­rzy­szącą mi straż­niczkę, która tylko wzru­szyła ramio­nami.

– Ja jej nie znam, a ty?

– Też nie.

Obser­wo­wa­li­śmy, jak kobieta się zbliża. W pew­nej chwili doj­rza­łem w jej oczach coś zasta­na­wia­ją­cego – jakąś ostrość – która wzbu­dziła moją czuj­ność.

– Tak? – ode­zwa­łem się, kiedy zna­la­zła się przy nas. – Czym mogę słu­żyć?

Uśmiech­nęła się sze­roko i ukło­niła, lekko zdy­szana. Na szyi miała zawie­szoną skó­rzaną saszetkę z wie­loma małymi, dokład­nie zala­ko­wa­nymi rulo­ni­kami per­ga­minu.

– Tak się cie­szę, że udało mi się pana zła­pać – powie­działa, łapiąc powie­trze. – I dzię­kuję, że się pań­stwo zatrzy­mali. Nazy­wam się Sor­gis Poskit. Pra­cuję dla Grupy Kre­dy­to­wej Usini.

Unio­słem brwi, patrząc na Malo, ale wyglą­dała na tak samo zdzi­wioną jak ja.

– Może lepiej zna pan jeden z naszych pod­mio­tów, signu­mie Kolu, a kon­kret­niej Kasę Pożycz­kową Sapir­dadi?

Serce mi sta­nęło. Z tru­dem zapa­no­wa­łem nad wyra­zem twa­rzy.

– Hm – zdo­ła­łem z sie­bie wydo­być. – Nie spo­dzie­wa­łem się, że macie oddział w Yar­row­dale.

– Grupa Kre­dy­towa Usini posiada filie w całym Impe­rium – zapew­niła mnie słodko, znów się kła­nia­jąc. – A jako że jest pan naszym klien­tem, chcia­łam zapy­tać, czy może zechce pan zamie­nić ze mną słówko.

***

Odsze­dłem z nią na bok, bar­dzo daleko, mając w pamięci, jak dosko­na­łym słu­chem dys­po­nuje Malo. Kiedy przy­sta­ną­łem, obró­ci­łem się do kobiety i powie­dzia­łem szorstko:

– Pro­szę wyba­czyć, nie spo­dzie­wa­łem się, że jakiś cywil będzie wie­dział o mojej dele­ga­cji do Yar­row­dale. Szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę naturę moich obo­wiąz­ków tutaj.

– Grupa Kre­dy­towa Usini obsłu­guje znaczną część poży­czek pra­cow­ni­ków jale­tów – odparła Poskit nie­zmien­nie słod­kim tonem. – W naszym inte­re­sie leży, by na bie­żąco wie­dzieć, gdzie prze­by­wają nasi klienci.

„No oczy­wi­ście”, pomy­śla­łem. „Jedyną insty­tu­cją posia­da­jącą moż­li­wo­ści więk­sze niż jalety muszą być, natu­ral­nie, pożycz­ko­dawcy”.

– Nawet ci z Jed­no­stek Spe­cjal­nych? – zapy­ta­łem, sta­ra­jąc się zacho­wać resztki god­no­ści.

– Och, szcze­gól­nie ci z Jed­no­stek Spe­cjal­nych, signu­mie – zazna­czyła z groź­nym bły­skiem w oku. – Z powodu zadań, jakie wyko­nują. Chcia­ła­bym omó­wić z panem warunki linii kre­dy­to­wej zacią­gnię­tej przez pana ojca.

– A z jakiego powodu? – Zje­ży­łem się. – Wydaje mi się, że sprawa jest pro­sta. Zacho­ro­wał, zacią­gnął ogromną pożyczkę na spłatę medy­ke­rów, a potem zmarł. Od tam­tej pory regu­lar­nie spła­cam raty, czyż nie?

– Ow­szem, jed­nak czy­nił pan to na zwy­czaj­nych warun­kach. – Uśmiech pani Poskit zgęst­niał do kon­sy­sten­cji miodu. – Obec­nie zaś zaist­niały nad­zwy­czajne oko­licz­no­ści. Został pan odde­le­go­wany do Yar­row­dale, które, jak wia­domo, nie należy jesz­cze ofi­cjal­nie do Impe­rium i które, z czego zapewne zdaje sobie pan sprawę, jest miej­scem nie­zwy­kle nie­bez­piecz­nym.

Domy­śli­łem się, o co jej cho­dzi.

– Zamier­za­cie zażą­dać ode mnie wyż­szej raty, ponie­waż peł­nię obo­wiązki w miej­scu, gdzie zacho­dzi wyż­sze ryzyko, że zginę, nim spłacę kre­dyt?

– Niczego nie żądamy, signu­mie Kolu. – Poskit udała urazę. – To jedy­nie ekwi­wa­lent z tytułu pod­wyż­szo­nego ryzyka, zawarty w warun­kach, na które zgo­dził się pana ojciec.

– Zmarły ojciec – przy­po­mnia­łem.

– Tak, tak, to tra­ge­dia. – Wykrzy­wiła się w gry­ma­sie współ­czu­cia. – Nie uwzględ­ni­li­śmy też jesz­cze pań­skiego nowego przy­działu, signu­mie, a Impe­rialne Jed­nostki Spe­cjalne cha­rak­te­ry­zują się wysoką rota­cją per­so­nelu. Wielu funk­cjo­na­riu­szy odcho­dzi, bo nie jest w sta­nie spro­stać wyma­ga­niom albo nie radzi sobie ze stre­sem, tudzież pada ofiarą… innych oko­licz­no­ści.

– Giną na służ­bie, to chciała pani powie­dzieć? – wark­ną­łem.

– Och, ależ nie posu­wajmy się tak daleko! Po pro­stu jestem na bie­żąco z rapor­tami aktu­arial­nymi… W związku z tym chcia­łam pana poin­for­mo­wać, że punk­ta­cja oceny obu czyn­ni­ków ryzyka została w pana przy­padku pod­nie­siona, co miało bez­po­średni wpływ na prze­licz­nik rat i poskut­ko­wało usta­le­niem nowego har­mo­no­gramu spłat. – Wyjęła z sakiewki mały zwój i wrę­czyła mi go. – Szcze­góły znaj­dują się tutaj, wraz z infor­ma­cją o pierw­szej wyma­ga­nej wpła­cie. – Jesz­cze bar­dziej roz­cią­gnęła cukier­ko­waty uśmiech i ukło­niła się lekko. – Prze­pra­szam, że prze­szko­dzi­łam, signu­mie Kolu. Mam nadzieję, że nie będzie to skut­ko­wało żad­nymi karami służ­bo­wymi! Miłego dnia. – Obró­ciła się na pię­cie i odma­sze­ro­wała.

Oszo­ło­miony odpro­wa­dzi­łem ją wzro­kiem. Spoj­rza­łem na per­ga­min, który mi wci­snęła, i poczu­łem, jak krew wrze mi w żyłach.

Nie. Nie. Nie prze­czy­tam tego. W każ­dym razie nie teraz.

Wepchną­łem zwój do kie­szeni, a potem dogo­ni­łem sto­jącą na rogu Malo. Opie­rała się o for­mo­blusz­czową ścianę i bez­myśl­nie patrzyła w morze.

– Kto to był? – zapy­tała.

– Nikt ważny – wymam­ro­ta­łem.

– Nie wyglą­dała jak nikt ważny.

– Możemy już iść, pro­szę? Jestem głodny.

– Ależ oczy­wi­ście – ukło­niła się teatral­nie.

***

Mój ojciec był czło­wie­kiem na swój spo­sób uta­len­to­wa­nym. Jego umie­jęt­no­ści prze­ja­wiły się bar­dzo wcze­śnie, naj­pierw przez naro­dziny w śred­nio zamoż­nej rodzi­nie w zewnętrz­nym pier­ście­niu, następ­nie w pło­dze­niu dzieci, w czym osią­gnął takie mistrzo­stwo, że dopro­wa­dziło to w końcu do śmierci mojej matki. Co naj­waż­niej­sze, posia­dał rów­nież talent do bez­błęd­nego wybie­ra­nia naj­bar­dziej nie­tra­fio­nych inwe­sty­cji oraz wspie­ra­nia naj­gor­szych moż­li­wych opcji poli­tycz­nych, dzięki czemu osią­gnął osta­tecz­nie naj­wyż­szy sto­pień ban­kruc­twa.

To dla­tego musia­łem zostać sub­li­mem i pra­co­wać dla Jurysu jako mne­mo­ry­tow­nik. Impe­rium ofe­ro­wało tego rodzaju spe­cja­li­stom hojne wyna­gro­dze­nie oraz zie­mię po zakoń­cze­niu służby w ramach rekom­pen­saty za nega­tywny wpływ tego zaję­cia na ich dobro­stan. Dzięki zno­sze­niu widoku tru­pów oraz obco­wa­niu z zabój­cami – przy oka­zji sam się nim sta­jąc – zamie­rza­łem spła­cić gigan­tyczne długi ojca, a potem zaro­bić tyle, by prze­nieść jego, moją babkę oraz sio­stry z nie­bez­piecz­nych ziem zewnętrz­nego pier­ście­nia do trze­ciego pasa chro­nio­nego impe­rial­nymi murami.

Ale ojciec zacho­ro­wał i zmarł, wcze­śniej zdą­żyw­szy zadłu­żyć się jesz­cze moc­niej, i to na jesz­cze bar­dziej skan­da­licz­nych warun­kach. Ozna­czało to, że mimo pia­sto­wa­nia dobrze opła­ca­nego sta­no­wi­ska byłem tak samo biedny jak w dniu, gdy zło­ży­łem poda­nie o przy­ję­cie w sze­regi rytow­ni­ków.

A jed­nak jesz­cze bar­dziej niż nędza doskwie­rało mi to, jak cała ta sytu­acja kła­dła się cie­niem na mojej przy­szło­ści. Choć uwa­ża­łem się za cał­kiem dobrego śled­czego, w głębi ducha marzy­łem o służ­bie w innym jale­cie, w zupeł­nie innej jed­no­stce, gdzieś w kan­to­nie daleko stąd.

Prze­mie­rza­jąc ulice Yar­row­dale, czu­łem, jak cię­żar osiada mi na sercu. Bo skoro ostat­nie długi mojego ojca miały podą­żać za mną krok w krok po całym Impe­rium niczym upiorna lamia z opo­wie­ści dla dzieci, to moje marze­nie o służ­bie w innym jale­cie miało pozo­stać tylko marze­niem.

Rozdział szósty

Zaszli­śmy z Malo do obskur­nej gospody nie­opo­dal moich kwa­ter na Nowym Mie­ście. Na krzy­wym, mokrym sto­liku roz­ło­ży­li­śmy mapę kana­łów.

– Sujedo znik­nął w tym miej­scu – powie­dzia­łem, wska­zu­jąc na odpo­wiedni punkt na obsza­rze Sta­rego Mia­sta. Zmru­ży­łem oczy, żeby lepiej widzieć w przy­ćmio­nym świe­tle gospody. Nakre­śli­łem linię pro­wa­dzącą w stronę połu­dniowo-zachod­nią, do kana­łów. – A tydzień póź­niej został zna­le­ziony tutaj… dwa­na­ście staj dalej.

– Jak mówi­łam, za daleko, żeby nieść ciało – wybeł­ko­tała Malo, prze­żu­wa­jąc prze­grzebki.

– Czy jest coś szcze­gól­nego w miej­scu, gdzie go zna­le­ziono?

– Leży nie­da­leko jed­nego z obo­zo­wisk prze­myt­ni­ków, o tu. – Opróż­niw­szy kubek wina, wska­zała na jeden z odcin­ków kanału. – Prze­myt­nicy cią­gle się prze­no­szą w obrę­bie dżun­gli na zacho­dzie, a my straż­nicy ich ści­gamy i odzy­sku­jemy skra­dzione reagenty. Na początku myśla­łam, że to oni są spraw­cami, ale zupeł­nie nie pasują do tej zbrodni.

Upi­łem bulionu z nadzieją, że uspo­koi mój na­dal wzbu­rzony żołą­dek.

– Od kiedy macie tu pro­blem z prze­myt­ni­kami?

– Od dzie­się­cio­leci, odkąd Impe­rium posta­wiło tu pra­cow­nie apo­te­kar­skie. Reagenty, wzmoc­nie­nia i leki są dro­gie. Wsz­czepy ochronne na pod­nie­sie­nie odpor­no­ści, oste­omi­ne­ralne na zła­ma­nia… Jeśli uda ci się prze­żyć kra­dzież z maga­zynu apo­te­kar­skiego albo z barki, a potem dobrniesz do rzeki Asi­gis na zacho­dzie i sprze­dasz łup tam­tej­szym mary­na­rzom, możesz się usta­wić na całe życie.

– I ci prze­myt­nicy czę­sto doko­nują mor­dów?

– Kie­dyś nie, ale w ciągu ostat­nich dwóch lat zro­biło się gorzej. Cza­sami zni­kają całe barki razem z zało­gami. Nie­kiedy szmu­gle­rzy zasy­pują inży­nie­rów oraz ich zwie­rzęta juczne gra­dem strzał i w zamie­sza­niu kradną ładu­nek. Ale my też nie mamy dla nich lito­ści.

Spoj­rza­łem na jej twarz. Nie wyglą­dała, jakby miała wąt­pli­wo­ści co do tych dzia­łań.

– Dla­czego Impe­rium się tym nie zaj­mie?

– Po pierw­sze, Yar­row to nie Impe­rium – odpo­wie­działa Malo ponuro. – A w każ­dym razie jesz­cze nie, choć dele­ga­cja pra­cuje nad tym, żeby to zmie­nić. Ale jak na razie to król Lalaca jest władcą tego kró­le­stwa, co znacz­nie utrud­nia egze­kwo­wa­nie prawa impe­rial­nego.

Unio­słem czarkę, ale roz­my­śli­łem się i odsta­wi­łem naczy­nie.

– Ale to nie wszystko, jak rozu­miem?

– Ow­szem. Wielu prze­myt­ni­ków to Pitiań­czycy i Yar­ro­wia­nie. – Uśmiech­nęła się chłodno. – Są stąd, jak ja. A to ozna­cza, że znają dżun­glę i te wody jak wła­sną kie­szeń. Dla­tego tylu straż­ni­ków to tubylcy. Bo kto inny by mógł zła­pać prze­myt­ni­ków, jeśli nie my?

– A nie prze­szka­dza ci to?

– Ale co?

– No to, co się dzieje. Że Impe­rium chce prze­jąć Yar­row. To chyba trwa od jakichś stu lat, nie?

– Mam na ten temat takie zda­nie jak więk­szość ludzi stąd. Umowę z Impe­rium zawarł król, dawno temu. I tyle.

– Ale prze­cież to też twoje zie­mie?

Uśmiech­nęła się oszczęd­nie.

– Od razu widać, że ni­gdy nie spo­tka­łeś żad­nego króla.

***

Gdy przed nami leżała kolejna mapa kolej­nego bez­i­mien­nego frag­mentu dżun­gli, Malo wrzu­ciła do ust ostat­niego prze­grzebka i spoj­rzała na mnie scep­tycz­nie.

– Czyli jesteś z… Jed­nostki Spe­cjal­nej? To czym się kon­kret­nie zaj­mu­je­cie?

Skrzy­wi­łem się na wspo­mnie­nie nie­daw­nej roz­mowy z panią Poskit.

– W każ­dym jale­cie ist­nieje grupka mobil­nych funk­cjo­na­riu­szy, któ­rych prze­rzuca się tam, gdzie trzeba roz­wią­zać zło­żony albo nie­ty­powy pro­blem. Takie oddziały są w Inży­nie­rii, Apo­tece, Legio­nie, a także Jury­sie. Śmierć tego czło­wieka wyda­wała się nie­co­dzienna. – Znów wypi­łem odro­binę bulionu. – Stąd moja obec­ność tutaj. Czło­nek Jed­nostki Spe­cjal­nej w peł­nej chwale.

Malo prze­su­nęła ubło­co­nym pal­cem po kra­wę­dzi swo­jej miski, a potem zli­zała z niego tłuszcz.

– Jeśli uda ci się wyja­śnić, jak trup prze­nik­nął przez ścianę, wtedy oddam ci tę pełną chwałę.

– Miejmy nadzieję, że tak się sta­nie. Pro­szę, przyjdź do mojej kwa­tery o wscho­dzie słońca. Potem zoba­czymy, do jakiego zada­nia odde­le­guje nas moja prze­ło­żona. Choć przy­pusz­czam, że wyśle nas do Banku Skar­bo­wego.

– Myślisz, że uda jej się zna­leźć w tym jakiś sens?

Dałem sobie czas do namy­słu, dopi­ja­jąc por­cję swo­jego roz­cień­czo­nego opi­wina.

– Szcze­rze mówiąc, ist­nieje szansa, że uda się jej to roz­wi­kłać przed nocą.

– Co? – zdu­miała się Malo.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

– Mówisz poważ­nie? – Nie­do­wie­rzała.

– Tak. Szansa jak sześć do dzie­się­ciu, że naj­póź­niej do rana będzie już wie­działa, o co w tym cho­dzi. Może nawet sie­dem.

– Skoro potrafi roz­wią­zać tę zagadkę tak szybko, to po co w ogóle tu przy­jeż­dża­li­ście? Nie wystar­czyło napi­sać wszyst­kiego w liście?

– Czy ja wiem? Może chciała popró­bo­wać tutej­szej kuchni? Albo może to kara dla mnie.

Rozdział siódmy

Moje kwa­tery znaj­do­wały się w cen­trum Nowego Mia­sta, w jed­nym z wielu budyn­ków, w któ­rych miesz­kali funk­cjo­na­riu­sze róż­nych jale­tów wyko­nu­jący roz­liczne prace na tere­nie Yar­row­dale. Budy­nek nale­żał do tych skrom­niej­szych, ale był cał­kiem porządny. Por­tier, chło­piec, krą­żył ner­wowo po ulicy przed wej­ściem. Pod­biegł do mnie zaru­mie­niony.

– Signum? Jesteś signu­mem, panie? Z Jurysu? – Wyrzu­cał z sie­bie szybko. – Możesz mi pomóc? Pro­szę?

– No… nie wiem? – powie­dzia­łem ostroż­nie, czu­jąc wzbie­ra­jący nie­po­kój. – A o co cho­dzi?

– O, hm, tę funk­cjo­na­riuszkę, też z Jurysu…

Serce mi zamarło.

– Ach. Co zro­biła?

– Sie­dzi na patio i… I cho­dzi o to, że… No bo ten zapach, panie. Je posi­łek, ale zapach… Smród. Jest okropny, panie. Nie wiem, co robić!

– No dobrze, pro­wadź. – Wes­tchną­łem.

Por­tier pokie­ro­wał mnie przej­ściem wokół budynku. W pew­nej chwili poryw wia­tru ude­rzył mnie w noz­drza gęstym smro­dem gni­ją­cych orga­ni­zmów mor­skich. Wysze­dłem zza rogu i aż przy­sta­ną­łem.

Wybru­ko­wane kamie­niem patio cią­gnęło się aż na skraj wzgó­rza, co zapew­niało roz­le­gły widok na zatokę. Miej­sce z pousta­wia­nymi wikli­no­wymi meblami ogro­do­wymi musiało był piękne… Kie­dyś. Teraz bowiem wyglą­dało jak cmen­ta­rzy­sko ostryg.

Połowa patio była zasłana ster­tami lśnią­cych muszli, ich odłam­kami oraz łup­kami macicy per­ło­wej, a mię­dzy tym poły­ski­wały męt­nawe kałuże płynu z ostryg, pod­grze­wane reszt­kami popo­łu­dnio­wego słońca. Było tego tyle, że nawet nie pró­bo­wa­łem liczyć. Taras ginął pod set­kami mię­cza­ków, a naj­więk­sze hałdy kumu­lo­wały się wokół sto­lika na środku niczym bary­kady chro­niące dostępu do sie­dzą­cej pośrodku immu­nisy Any Dola­bry, która wycią­gała z mokrego worka nie­obrane małże i w sku­pie­niu gme­rała tępym noży­kiem przy szwie, dobie­ra­jąc się do wnę­trza kolej­nych ostryg.

– Zaczy­nają się psuć! – Chło­piec u mojego boku jęk­nął. – Goście z sąsied­nich kwa­ter już się skar­żyli! Jeśli szybko tego nie uprząt­niemy, taras będzie śmier­dział całymi dniami, ale ona nie chce prze­stać ani się prze­nieść. Nawet nie powtó­rzę, co mi powie­działa, panie…!

Obser­wo­wa­łem, jak Ana otwiera muszlę, pod­waża glut mię­czaka i wlewa go do ust z gło­śnym siorb­nię­ciem, a następ­nie bez­tro­sko rzuca muszlę za sie­bie. Choć mój żołą­dek pra­wie się uspo­koił, na ten widok, pod­bity duszą­cym smro­dem mor­skich żyją­tek, znów poczu­łem nie­przy­jemne łasko­ta­nie.

Jasna głowa Any pode­rwała się gwał­tow­nie. Moja zwierzch­niczka pocią­gnęła nosem i z wolna obró­ciła ku mnie twarz, choć nie mogła niczego zoba­czyć przez grubą, czer­woną opa­skę, którą miała obwią­zane oczy. Jak zwy­kle zresztą.

– Naresz­cie jesteś, Din! – zawo­łała rado­śnie.

– Jestem, pani. – Wes­tchną­łem. Odpra­wi­łem chło­paka. Poko­naw­szy hałdę muszli, które trzesz­czały mi pod butami, w końcu dobrną­łem do sto­lika. – Ale wła­ści­ciele budynku pro­sili, żebym…

Pod­nio­sła palec.

– Naj­pierw powiedz, mi, Din, jak daleko jest stąd nad samo morze.

Oce­ni­łem odle­głość.

– Jakieś kilka staj, pani. Może mniej. Ale dla…

– Mam prośbę. Chcia­ła­bym, żebyś zszedł na sam brzeg, naj­le­piej gdzieś, gdzie nie ma wodo­ro­stów, i przy­niósł mi wia­dro mor­skiej wody. – Uśmiech­nęła się tak sze­roko, że kąciki jej ust pra­wie dotknęły uszu. – Sma­kuję mia­sto. Ten region. To morze.

Podra­pa­łem kciu­kiem brew, cze­ka­jąc na resztę.

– Ach tak, pani.

– Tak! Ostrygi wchła­niają pod­czas życia wszystko, co mają wokół. Potra­fię okre­ślić po smaku, skąd pocho­dzą. – Z wprawą godną noc­nego nożow­nika poru­szyła tępym ostrzem, a kolejna muszla otwo­rzyła się, mlasz­cząc. Mętny płyn, który wypły­nął z mię­czaka, ściekł Anie po pal­cach. – Wystar­czy odro­bina soli. Gdy­byś przy­niósł wia­dro wody z morza, mogli­by­śmy ją odpa­ro­wać i otrzy­mać czy­stą sól. Ach, cóż by to było, skosz­to­wać ciała oce­anu dopra­wio­nego tym, co z niego pocho­dzi! To zbyt poetyc­kie, żeby nie spró­bo­wać, prawda?

– Nie sądzi­łem, pani, że masz tak ogromny ape­tyt na ostrygi.

– Och, nie jestem głodna, Din. Po pro­stu cho­dzi o to, że każda ostryga jest inna. Można wyczuć, z któ­rej rafy pocho­dzą, po jakiej stro­nie rosły, które prądy je omy­wały. Są jak muzyka oce­anu zaklęta w mię­sie. – Prze­krzy­wiła głowę, nasłu­chu­jąc. – Posłu­chaj tylko. Ni­gdy nie byłam tak bli­sko morza. Wszę­dzie wokół mnie świat pul­suje wzo­rami, a w falach przy­pływu i odpływu sły­szę bicie serca. Czuję powiewy wia­tru roz­ple­cione z roz­sza­la­łych kłę­bo­wisk nad wodami. A teraz sma­kuję te wody i wszystko, co w nich żyje. – Uśmiech­nęła się dziko, po czym ode­rwała grudkę sza­rego mięsa od dna muszli. – Zasta­na­wiam się, czy to będzie rzecz naj­bliż­sza pod wzglę­dem smaku do mięsa lewia­tana, jakiej uda mi się spró­bo­wać. Czy te ostrygi wchła­niają dro­biny mocy tych stwo­rów? – Siorb­nęła gło­śno. – Bo sły­sza­łam, że nie­które czę­ści ciała tyta­nów są jadalne, jeśli odpo­wied­nio się je doprawi…

Skrzy­wi­łem się odru­chowo. Choć nie zna­łem natury kogni­tyw­nych mody­fi­ka­cji Any – zawsze była iry­tu­jąco skryta w tym tema­cie – moja zwierzch­niczka prze­ja­wiała skłon­ność do dostrze­ga­nia wzo­rów prze­kra­cza­jącą gra­nice zwy­kłej obse­sji. Inte­re­so­wały ją różne tematy: od sta­ro­żyt­nej histo­rii, przez murar­stwo, po roz­kład barw­nych cętek w ludz­kim oku. Teraz naj­wy­raź­niej wzięła się za ostrygi. Ana nie­ustan­nie łak­nęła nowych, mało zna­nych infor­ma­cji, by potem roz­kładać je na czyn­niki pierw­sze i ana­li­zo­wać. Kon­cen­tro­wała się na tym tak bar­dzo, że prze­waż­nie cho­dziła z zawią­za­nymi oczyma, twier­dząc, że nad­miar bodź­ców nie pozwala się jej sku­pić na tym, co cie­kawe.

– Czy jesteś gotowa wysłu­chać raportu z moich dzi­siej­szych poczy­nań? – spy­ta­łem gło­śno.

Odrzu­ciła pustą sko­rupę, która wylą­do­wała na jed­nej ze stert.

– No, no, wyda­jesz się znie­cier­pli­wiony. Czyż­byś nie miał dzi­siaj dobrego dnia?

Skrzy­wi­łem się na myśl o per­ga­mi­nie spo­czy­wa­ją­cym w mojej kie­szeni. Czu­łem się tak, jak­bym nosił przy sobie ładu­nek bom­bar­dowy z zapa­lo­nym lon­tem.

– Nie. Nie mia­łem.

– Chcesz powie­dzieć, że nie zachwy­ciła cię sze­ścio­dniowa podróż w górę kanału w par­nym, dusz­nym powie­trzu, aby popa­trzeć sobie na roz­kła­da­jące się trupy? – zapy­tała z uśmie­chem. – Cóż, nasz dom jest tam, gdzie leżą zwłoki. A atmos­fera wokół nich jest trudna bądź deli­katna. Ale powi­nie­neś się tu czuć jak u sie­bie! No więc mów, jak wygląda sytu­acja. Jest trudna czy deli­katna?

– Powie­dział­bym, że jed­no­cze­śnie taka i taka. Choć w tym momen­cie wydaje się trud­niej­sza niż deli­kat­niej­sza.

– Naprawdę? – Zmarsz­czyła brwi. – Czyż­bym odczy­tała nie­wła­ściwe roz­kazy? Cho­dzi o tego skar­bi­stę zna­le­zio­nego w kanale, tak?

– Tak. Ogól­nie. Mniej wię­cej.

Ścią­gnęła brwi jesz­cze moc­niej, aż zaczęły przy­po­mi­nać małe wzgó­rza.

– Wyda­wało mi się, że to tylko deli­katna sprawa, bio­rąc pod uwagę, z jakiego jaletu pocho­dziła ofiara. Ale ty twier­dzisz, że jest tu też trud­ność. Czy masz już jakieś poję­cie na temat tego, w jaki spo­sób doko­nano zbrodni?

– Nie mam naj­mniej­szego – przy­zna­łem. – Na razie wygląda na to, że denat w tajem­ni­czy spo­sób znik­nął z pokoju. Brak motywu, podej­rza­nego, narzę­dzia zbrodni. Tylko plama krwi w łóżku, nic wię­cej.

Ski­nęła głową, a potem prze­krzy­wiła ją na bok.

– Ha! Może naresz­cie tra­fiło nam się coś cie­ka­wego! Wspa­niale! – Otarła usta ręka­wem i wstała. – Wiesz, Din, nie jesteś wcale taki głupi.

– Dzię­kuję, pani – odpo­wie­dzia­łem szcze­rze ura­do­wany.

– Szybko wyczu­wasz ogólny kli­mat sprawy, nawet jeśli nie dostrze­gasz jesz­cze cało­ści obrazu. Dopiero gdy nie wiesz, o co cho­dzi, czuję, że mogę liczyć na jako taką roz­rywkę. – Wycią­gnęła rękę przed sie­bie. – Idziemy! Zapro­wadź mnie do mojego pokoju, tam spo­koj­nie poroz­ma­wiamy. I prze­kup iry­tu­ją­cego, smar­ka­tego por­tiera. Daj mu tyle, żeby ze śpie­wem na ustach posprzą­tał ten chlew.

***

Zapro­wa­dzi­łem Anę do jej kwa­tery, która została przy­go­to­wana tak, żeby zaspo­koić jej potrzeby: okien­nice były szczel­nie zamknięte, łóżko stało w naj­dal­szym kącie, a przy nim leżały sterty ksią­żek. Pod ścianą znaj­do­wały się instru­menty muzyczne – ubz­du­rała sobie, że w tę podróż zabie­rze pitiań­ską lirę – a na środku żeliwny pie­cyk i zestaw do parze­nia her­baty.

Zamkną­łem za nami drzwi. Ana zdjęła opa­skę, zamru­gała wiel­kimi, żół­tymi oczyma i odgar­nęła z czoła białą grzywkę, żeby rozej­rzeć się wokół.

– Tro­chę za duży ten pokój, Din – stwier­dziła. – Akli­ma­ty­za­cja zaj­mie mi sporo czasu.

– Czy mam zasło­nić okna maka­tami, pani? To zaciem­ni­łoby go jesz­cze bar­dziej.

– Nie, nie, to nie świa­tło jest pro­ble­mem, tylko roz­miar… Za dużo prze­strzeni do patrze­nia. Ale jakoś dam radę. – Zato­czyła nie­równe kółko i mach­nęła ręką w stronę pie­cyka. – Popro­si­łam por­tiera, żeby zdo­był mi tro­chę korze­nia yar­row­skiego syp­ko­stopa. Ponoć nadaje her­ba­cie nie­zwy­kłego aro­matu. Możesz zapa­rzyć mi fili­żankę? W mię­dzy­cza­sie wpro­wa­dzisz mnie w szcze­góły naszej małej kupki czę­ści ciała.