Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
W drugiej części „Zatrutego kielicha”, laureata nagrody Hugo 2025, ekscentryczna śledcza stacza intelektualny pojedynek z przeciwnikiem, który zdaje się wszechwiedzący.
Dochodzi do zbrodni na pozór niemożliwej. Funkcjonariusz Skarbu znika bez śladu z zamkniętego i strzeżonego budynku. Aby rozwikłać tę zagadkę, Imperium wysyła na miejsce swoją najgenialniejszą — choć być może również najbardziej nieprzewidywalną — śledczą, Anę Dolabrę, której towarzyszy lojalny asystent, Dinos Kol.
Wkrótce staje się jasne, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się zaginięciem, jest w rzeczywistości morderstwem — niezwykle przebiegłym, dokonanym przez sprawcę nieuchwytnego niczym duch. Din widział już, jak jego przełożona rozwiązuje niemal nierozwiązywalne sprawy, jednak gdy ofiar przybywa, a morderca wyprzedza każdy ruch stróżów prawa, pojawia się pytanie: czy tym razem Dolabra trafiła na przeciwnika, którego nie zdoła pokonać?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 538
Tytuł oryginału: A Drop of Corruption
Copyright © 2025 by Robert Jackson Bennett Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Jadwiga Mik Korekta: Elwira Wyszyńska, Magdalena Górnicka Ilustracja na okładce: Tom Roberts Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński Mapy: David Lindroth Inc Projekt typograficzny: Tomek Laisar Fruń
ISBN 978-83-68591-79-8
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl, han[email protected]
Wyłączny dystrybutor: Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 227 335 010, www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
W czasach, do których nie sięga ludzka pamięć, w czasach przed narodzeniem historii, istniały lewiatany. Gigantyczne, monstrualne stworzenia podczas każdej pory deszczowej wypełzały na brzeg, by buszować po lądzie, sprowadzając śmierć i grozę. Przez całe wieki mieszkańcy tych ziem żyli na ich łasce i niełasce, w strachu i cierpieniu.
A potem lud Doliny Khanów poznał sekrety formowania ciała, korzenia i konaru – sekrety wydarte z krwi lewiatanów.
Ludzie zaczęli modyfikować swoje ciała. Dodawali sobie inteligencji oraz siły. A gdy tak ulepszeni wyszli z cienia doliny, zaczęli zmieniać świat przed sobą.
Najpierw opracowali metody pokonywania lewiatanów. Potem podbili tereny pomniejszych watażków rządzących wyżynami, na które potwory nie mogły dotrzeć. Tak narodziło się Imperium Khanum.
Przez sześćset lat Imperium rozrastało się i trwało… ale ledwie. Pierwszy lud Khanów wymarł dawno temu, zabierając do grobów mądrość i przebiegłość. Każdego roku lewiatany nadal nawiedzają wybrzeże. Każdego roku cały geniusz i sztuka Imperium muszą je odpierać. A pomiędzy falami potworów Khanum musi zachować harmonię oraz równość, a także nieustająco się rozwijać, bo bez tego upadnie.
Jednym z trybików machiny Imperium jest Dinios Kol, funkcjonariusz Jurysu, instytucji wymierzającej sprawiedliwość. Jego umysł został zmodyfikowany tak, by niczego nie zapominał. Pełni funkcję asystenta śledczej Any Dolabry, kobiety tak genialnej, że większość czasu musi zasłaniać oczy i prawie nie opuszcza wnętrz z obawy, że przejawy zwyczajnego życia przytłoczą jej umysł.
Razem prowadzą dochodzenia w wyjątkowo trudnych lub niebezpiecznych sprawach śmierci. Din obserwuje, zbiera informacje i je zapamiętuje, a ona analizuje, ocenia oraz wynajduje ukryte prawdy w tym, czego był świadkiem jej asystent.
Wspólnie zaprowadzają w Imperium sprawiedliwość.
Część pierwsza
Człowiek, który zniknął
Myślałem, że w dżunglach wschodniego Imperium panuje straszliwy upał, ale gdy siedziałem na dziobie niewielkiej barki, a pot zalewał mi oczy, uznałem, że na północy i tak jest bez wątpienia gorzej. Ostatni etap naszej podróży odbywał się w cieniu gęstych koron drzew, a mimo to nawet w najchłodniejszym miejscu podszyt parował nieustannie, jakby świat mógł zaraz zacząć wrzeć. Od prawie trzech dni mój niebieski płaszcz Jurysu przesiąkał potem od kołnierza aż po mankiety do tego stopnia, że zostawiałem mokrą plamę, gdziekolwiek siadałem. Miałem kiepskie szanse na zrobienie dobrego pierwszego wrażenia na funkcjonariuszu, który na mnie czekał.
Pokonaliśmy ostatni zakręt i w końcu zbliżyliśmy się do nabrzeża Yarrowdale. Nawet o tak wczesnej porze wokół pirsów kręciła się masa jednostek: maleńkie dżonki, ociężałe barki, wesoło podskakujące na falach łódki poławiaczy ostryg oraz inne, mniej typowe statki, które widziałem po raz pierwszy.
Przyglądałem się im ciekawie, kiedy przybijaliśmy do pomostu. Mało zwrotne łodzie o głębokim zanurzeniu miały grube burty z kamiennego drewna, które połyskiwały od punkcików z kutego żelaza. Kiedy przyjrzałem im się bliżej, okazało się, że to powbijane głęboko w drewno groty strzał. Ich promienie odłamano lub odcięto. Osobliwe łodzie wyglądały więc tak, jakby dosłownie przed chwilą zasypano je gradem pocisków. Dziwny widok w tym spokojnym miejscu.
Zarzuciłem torbę na ramię, zszedłem na tętniące życiem nabrzeże i rozejrzałem się w poszukiwaniu funkcjonariusza, który miał na mnie czekać.
Nikt jednak się nie pojawił. Półnadzy rybacy o ciemnej, spalonej słońcem skórze zwijali sieci, zarzucając je sobie na ramiona. Na nabrzeżu siedziało wielu żebraków – brudnych, o skołtunionych włosach i ze zwieszonymi głowami, w czym przypominali modlących się pielgrzymów. Obok nich przechodzili inżynierowie o mundurach tak pokrytych błotem z kanałów, że prawie nie było widać fioletowej barwy ich strojów. Liczni żołnierze z Apoteki stali na straży w swoich karmazynowych płaszczach i zaciskając palce na włóczniach, obserwowali bacznie tłum.
Zaskoczyła mnie ich postawa oraz widoczne w niej napięcie. Dziwnie było widzieć, że do pilnowania porządku oddelegowano właśnie apotekarzy, bo ci zwykle zajmowali się tynkturami i reagentami. Spojrzałem jeszcze raz na najeżone strzałami pancerne jednostki przycumowane do pirsów, zastanawiając się, co takiego dzieje się w tym portowym mieście.
Odczekałem dwadzieścia minut w dusznym, przesyconym wilgocią powietrzu, wsłuchując się w westchnienia dżungli i szelest wiatru w koronach drzew, ale funkcjonariusz się nie pojawił. Przekląłem w duchu wiecznie opóźnioną, chaotyczną komunikację Cesarstwa. Być może pomylono datę mojego przybycia.
Dźwignąłem torbę i ruszyłem w stronę ossuarium, bo tam właśnie trzymano ciało. Zaraz jednak się zatrzymałem.
Tuż przy wylocie drogi wznosił się niewysoki pagórek porośnięty drzewami barri o korzeniach pokrytych gęstą darnią. Pośród tej kępy leżała młoda kobieta w płaszczu z kapturem. Dłonie splotła na brzuchu. Zdawało się, że jest pogrążona w głębokim śnie. Nogawki spodni i buty miała tak unurzane w błocie, że przypominały jednolite bryły ziemi, ale jej apotekarski płaszcz wciąż był czerwony.
Na gorsie funkcjonariuszki widniało kilka lśniących przypinek. Były to insygnia cesarskiego signuma, takie jak moje.
To właśnie signum z Apoteki miał na mnie czekać na brzegu. Podszedłem do dziewczyny z nadzieją, że się mylę.
Zamierzałem odchrząknąć, gdy się zbliżę, żeby ją obudzić, ale kiedy znalazłem się o krok od niej, odezwała się głośno z wyraźnym, yarrowskim akcentem:
– W czym mogę pomóc?
– Miałem się tu spotkać z signumem z Jaletu Apotekarskiego – powiedziałem. – Może to ty?
Otworzyła oczy i przyjrzała mi się uważnie. Niewysoka, dość młoda i krępa, miała jasną skórę w różowym odcieniu i krótkie, tłuste, oklapnięte włosy. Białka jej bardzo okrągłych oczu były zabarwione na charakterystyczny dla tutejszych mieszkańców zielonkawy odcień, a powieki, uszy i nos dziewczyny wyróżniały się fioletem, co oznaczało, że posiadała znaczne modyfikacje. Prawdopodobnie słyszała każde uderzenie mojego serca i czuła każdą z osobna kroplę potu na mojej skórze.
– Och! – rzuciła, nie ruszając się z trawy. – Myślałam, że będziesz pachniał bogaciej.
– Że co?
Podparła się na łokciach.
– Czekając na ciebie, węszyłam w powietrzu. Funkcjonariusze wewnętrznych pierścieni zawsze pachną kosztownymi wonnościami. Wcierają mnóstwo olejków we włosy i perfum w skórę. Ty tak nie pachniesz. – Przymrużyła oczy. – A więc ty jesteś tym funkcjonariuszem Jurysu, który ma nam pomóc z naszym tajemniczym trupem?
– Owszem. – Ukłoniłem się lekko. – Jestem signum Dinios Kol z Jednostki Specjalnej Jurysu. – Zmierzyła mnie od stóp do głów, milcząc. – A ty jesteś…?
– Jadłeś w drodze suszoną rybę? – zapytała.
– Słucham?
– Suszoną rybę. Jadłeś dzisiaj kawałek czy dwa? Może taki doprawiany kolendrą?
– Hm…. Cóż, tak. A co?
– Mhm – mruknęła, kiwając do siebie głową, a potem podniosła się i ukłoniła. – Signuma Tira Malo, strażniczka z Jaletu Apotekarskiego. Wybacz, że nie powitałam cię w bardziej odpowiedni sposób. Prawdziwe Cesarstwo leży daleko stąd. Tu czasem zapominamy o szlifach.
– Czy yarrowscy funkcjonariusze często wylegują się nad rzeką o poranku?
– Wylegują się? Ja próbowałam się wysuszyć. – Wyciągnęła rękę w stronę słońca, a z jej rękawa uniosły się smużki pary. – Całą noc pracowałam na bagnach i przy kanałach, usiłując dociec, jak to się stało, że nasz trup jest tak bardzo martwy. Brudna, bezowocna robota. A będzie jeszcze brudniejsza. – Spojrzała ponad moim ramieniem. – Myślałam, że będzie was dwoje.
– Moja immunisa przybędzie w swoim czasie. Zakładam, że przydzielono nam jakieś kwatery?
– Oczywiście. Moi towarzysze zajmą się twoją panią, gdy tu dotrze. – Wskazała brodą na siedzących na brzegu ludzi, których wziąłem za żebraków. Kiedy przyjrzałem im się bliżej, w pokrytych błotem łachmanach rozpoznałem apotekarskie płaszcze. – Ale zanim pójdziemy, wolisz zwymiotować od razu tutaj, na powietrzu? Czy poczekasz?
– Słucham? – Wytrzeszczyłem na nią oczy.
– Zapach ryby w twoim oddechu. Nie była świeża. Ten, który ci ją podał, wiedział o tym i dlatego doprawił ją mocno ziołami, żeby ukryć woń oraz smak zgnilizny. Oceniam, że twój żołądek zacznie się buntować za jakąś godzinę, a potem wyrzuci swoją zawartość. – Uśmiechnęła się leniwie. – Wizyta w ossuarium nie pomoże. To nieprzyjemne miejsce, nawet dla tych o żelaznym żołądku. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę stan rozkładu naszych zwłok.
Przycisnąłem rękę do brzucha, myśląc, że na pewno się myli. Ale nagle w jakimś jego zakątku… Czyżbym poczuł nieco nieprzyjemne łaskotanie?
Łypnąłem na nią gniewnie.
– Czynisz wiele założeń, Malo. Nic mi nie jest. Od razu mogę przystąpić do pracy.
– No cóż, skoro tak twierdzisz. Doskonale! Idźmy wobec tego do ossuarium i odwalmy naszą brudną robotę.
***
Yarrowdalskie ossuarium wzbudziło we mnie niepokój. Nisko sklepione sufity i echo mamrotania pracujących tu apotekarzy sprawiały, że czułem się jak w katakumbach, a co najgorsze, wilgotne powietrze przesycał zapach piżma, ale w ohydnej wersji.
– Szczęściarz z ciebie, Kol – powiedziała Malo, prowadząc mnie przez korytarze. – Chyba zdajesz sobie z tego sprawę?
– A to czemu?
– Dopiero co robili czystki w naszych próbkach. Wywalali te przeterminowane, bo nie da się ich trzymać bez końca. Teraz, w porównaniu do zeszłego miesiąca, pachnie tu jak wiosną na łące.
Przycisnąłem knykcie do nosa.
– Jakim cudem ktoś to w ogóle znosi?
– To proste. – Malo zatrzymała się, żeby zabrać wózek na dużych kołach ze szprychami i zaczęła go popychać. – Większość tego nie znosi.
Przypatrzyłem się jej, kiedy szliśmy. Nie wydawała się w żaden sposób przytłoczona otoczeniem. Kroczyła swobodnie, przeżuwając leniwie korzeń hiny – lekki stymulant, który nadawał jej ustom czerniawy odcień. Kiedy zdjęła płaszcz i zawiesiła go przy jednych z drzwi, zobaczyłem, że nosi nie tylko krótki miecz u boku, ale również dwa noże przy pasku, jeden w cholewce i jeszcze jeden, mały, w pochewce przy nadgarstku. Byłem ciekaw, jakie wykonuje zadania, skoro potrzebuje nosić przy sobie taki arsenał.
– Oto on – rzekła, otwierając drzwiczki szafki na końcu korytarza.
Spodziewałem się ujrzeć zwłoki, ale w szafce znajdowało się tylko drewniane pudło, niewiele większe od tarczy legionisty. Malo wyciągnęła je i przełożyła na wózek. Cienkie szprychy kół zaskrzypiały pod dodatkowym ciężarem.
Przyjrzałem się paczce.
– Myślałem, że mam obejrzeć ciało – powiedziałem z wolna.
– Co?
– Moje rozkazy mówiły o oględzinach zwłok funkcjonariusza znalezionego w kanale, który prawdopodobnie padł ofiarą przemocy.
– Och… – mruknęła z namysłem. – Cóż. A więc ktoś musiał się pomylić! Nie mówiłam moim przełożonym, że mamy ciało. Wyraźnie zaznaczyłam, że znaleźliśmy szczątki. Celowo użyłam tego określenia.
Milczeliśmy, a ja przyglądałem się płaskiemu pudełku na wózku.
– Zakładam, że nie był po prostu bardzo niskim człowiekiem? – Westchnąłem.
Uśmiechnęła się szeroko, ukazując zabarwione korzeniem hiny zęby, czarne jak ratraskie winogrona.
– Niestety, w tym momencie twoje szczęście się kończy. To co, zajrzymy?
***
Przenieśliśmy się do okrągłego pomieszczenia przypominającego laboratorium, pośrodku którego stał szeroki stół z brązu, oświetlony rzędem migoczących latarni mai o błękitnej barwie. W powietrzu unosiła się ostra woń ługu i innych reagentów czyszczących. W podłodze pod stołem osadzono kratkę odpływową, wokół której, na kamiennej posadzce, różowiła się plama. Miejsce najwyraźniej często czyszczono, ale ono nigdy nie dawało się doczyścić.
Malo przełożyła pudło z wózka na stół, nucąc pod nosem. Podeszła do półek, zabrała stamtąd duży skórzany fartuch oraz rękawice i założyła je na swoje ubłocone ubrania.
– Może lepiej weź sobie krzesło – powiedziała. – To potrwa. Jestem strażniczką, a choć szkoliłam się w wielu dziedzinach apotekarstwa, głównie odczytuję ślady i… – Udała, że strzela z łuku. – Jakby to ująć… rozwiązuję spory.
Rozpiąłem wilgotny płaszcz i usiadłem na krześle, zamiatając po ziemi wiszącym u pasa mieczem.
– Myślałem, że strażnicy zajmują się pilnowaniem cennych reagentów oraz prekursorów, a nie walką.
– No cóż, nie mamy tu legionistów do ochrony. Znajdujemy się daleko od centrum Imperium, a lewiatany nie zapuszczają się tak głęboko na północ. Ale ma to swój sens, nieprawdaż? Czymże są ludzie, jeśli nie chodzącymi sakwami pełnymi reagentów i składników? – Uśmiechnęła się szeroko. – Czemu ich nie tropić, żeby spuścić z nich krew pełną cennych odczynników, jeżeli zajdzie taka potrzeba?
Wróciła do pudła na stole. Przekręciła trzy zatrzaski z brązu umiejscowione na linii zamknięcia i pociągnęła pokrywę. Górna ścianka paczki oraz boki opadły z łoskotem.
W środku nie było ciała ani niczego innego, co przypominałoby ludzkie kończyny, tylko szeroka bryła bardzo dziwnego mchu o splątanych ze sobą, sztywnych pędach, które przypominały kości. Masa tworzyła idealny prostopadłościan – wyglądało to tak, jakby wyrosła, dopiero gdy znalazła się w pudełku.
Malo zepchnęła delikatnie bryłę na blat stołu.
Wpatrywałem się w tę bryłę mchu, a w myślach wciąż powtarzałem jedno słowo: „szczątki”.
Wyraźny piżmowy zapach w pomieszczeniu przybrał na intensywności i w tym momencie nieprzyjemnie zaburczało mi w brzuchu. Zachowałem kamienną twarz, ale zakląłem w duchu, bo dziewczyna jednak miała rację z tą rybą.
– To do roboty – powiedziała Malo.
Nucąc, znów podeszła do regału i zabrała z półki tackę z wieloma nożykami oraz wielki, niebieski słój. Przy stole odkorkowała go i efekciarskim gestem polała bryłę cienką strużką oleju, jakby wlewała tłuszcz na gorącą patelnię. Zamknęła słój, odstawiła go, a następnie urękawiczonymi dłońmi zaczęła wcierać olej we wszystkie szczeliny między pędami.
– Co to jest? – zapytałem.
– Mech. Nigdy nie widziałeś mchu?
– Większość ciał, które miałem okazję oglądać, była dość świeża albo w całkowitym rozkładzie.
– Miałeś szczęście. To mech kostniczy, choć tak naprawdę nie mech, tylko drapieżny grzyb. Żyje w zagłębieniach w ziemi. Wyściełuje je i czeka, aż jakaś ofiara w nie wpadnie. Wtedy żądli ją, paraliżuje i powoli obrasta, tworząc coś jakby kokon. I dopiero wtedy zaczyna się zabawa. – Podniosła bryłę ze stęknięciem. – Mech wydziela płyn, żeby oczyścić organizm z patogenów odpowiedzialnych za rozkład. „Leczy” go po to, by później pochłonąć tkankę bez resztek. Oczywiście, nasza zmodyfikowana odmiana nie pożera ciała, tylko zachowuje tkanki w nienaruszonym stanie, i to nawet przez dwa lata.
Obejrzałem się na rzędy regałów w korytarzu za mną.
– To próbki?
Malo wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a w półmroku sali jej nos i powieki prawie zniknęły, co nadało jej twarzy wygląd czaszki.
– Jesteśmy apotekarzami, Kol. Wykorzystujemy wiele tkanek. W tym naszych własnych.
Po pomieszczeniu znów rozpełzła się fala smrodu. Tkanki mchu nasiąkły olejem i zrobiły się półprzeźroczyste. Zobaczyłem pod nimi prześwitującą, białą masę.
– Powiedz mi, proszę, co wiesz o tym morderstwie – rzuciłem.
Zarechotała ponuro.
– Jeśli to miała być zmiana tematu na przyjemniejszy, to poprawa będzie niewielka.
***
– Zmarły nazywał się immunis Mineti Sujedo – zaczęła Malo – z Jaletu Skarbowego. Wchodził w skład delegacji skarbowej z drugiego pierścienia Imperium, która przybyła tu, by omówić najwyższej wagi sprawy cesarstwa z królem Yarrow – wyrecytowała ze zjadliwą ironią. – Immunis dotarł na miejsce jako ostatni z grupy, ponad dwa tygodnie temu, dziesiątego hajnala. Na nabrzeżu czekali na niego strażnicy z Apoteki, według których nasz gość był w dobrym zdrowiu i humorze. Odeskortowali go do kwater, tak samo jak zrobią to z twoją immunisą, gdy tu przybędzie.
Coś mnie zastanowiło w jej przemowie. Większość właściwie już wiedziałem – poza tym ostatnim.
– Ale dlaczego odeskortowano go pod strażą? – spytałem.
– Ponieważ przybył tu w sprawach podatkowych, a poborcy są powszechnie znienawidzeni. Zwłaszcza tu, w Yarrow, które z pewnością nie jest bezpiecznym miejscem.
Z mojej pamięci wyłonił się obraz pancernych łodzi najeżonych strzałami.
– Ach tak.
– Zbrojni ulokowali go w pokoju – ciągnęła Malo. – Potem nasz gość odwiedził Bank Skarbowy w mieście, podczas to której wycieczki nadal towarzyszyli mu strażnicy. Załatwiał tam jakieś sprawy, a do kwatery wrócił przed zachodem słońca. Na miejscu stwierdził, że nie czuje się najlepiej po podróży. Chyba miał coś z żołądkiem.
Skinąłem poważnie, usiłując nie myśleć o moim własnym narządzie, który buntował się coraz bardziej.
– Wysłał strażników z wiadomością do zwierzchnika delegacji, że do następnego dnia nie będzie wychodził. Zamówił kolację do pokoju, zjadł odrobinę i położył się spać. Rano miał dołączyć do reszty posłów, ale się nie zjawił. Wysłano po niego z prośbą o stawienie się na miejsce spotkania, ale gdy nikt nie otwierał, strażnicy weszli do jego kwater i odkryli, że został, hm, porwany.
– Porwany? – Zdumiałem się. – Rozkazy, które otrzymałem, sugerowały zaginięcie.
– Tutaj nikt nie używa tego określenia. Nie w takim sensie. Zaginięcie sugerowałoby, że przepadł, przemieszczając się pomiędzy jednym punktem a drugim, ale to niemożliwe, ponieważ przed drzwiami pokoju przez całą noc stał strażnik, a on był zamknięty na klucz od wewnątrz. Nikt nie widział, by immunis wychodził. Jedynym śladem jego obecności w pomieszczeniu było łóżko, które wyglądało, jakby ktoś stoczył w nim walkę. Krew, zmierzwiona pościel i tak dalej.
– Krew?
– Owszem. Wyglądało to tak, jakby został napadnięty podczas snu, może zaatakowany nożem. Najdziwniejsze, że okna nadal były zamknięte i zabezpieczone od wewnątrz! Brakowało na nich śladów manipulacji, wyłamywania czy czegoś podobnego. Nikt nie wie, jak napastnik wszedł do środka i stamtąd wyszedł. Poza samym gościem nic nie zginęło. Poszłam tam i wszystko porządnie obwąchałam. – Postukała się po fioletowawym nosie, nie przejmując się pokrytą olejem rękawiczką. – A potrafię wytropić wiewiórkę znajdującą się o staję ode mnie, i to w mokrym lesie, mając tylko kilka kłaczków jej futra. Ale w pokoju Sujedy nie wyczułam żadnego zapachu poza tymi należącymi do niego oraz obsługi. Przez cały czas, do momentu zniknięcia, przebywał tam sam. Nie mam bladego pojęcia, jakim cudem mógł rozpłynąć się w powietrzu.
Spojrzałem na lśniącą od tłuszczu bryłę mchu.
– A kiedy i gdzie znaleziono szczątki?
– Piętnastego hajnala, pięć dni po jego przybyciu oraz zniknięciu. Czyli dziesięć dni temu. To na wypadek, gdybyś w podróży stracił poczucie czasu i nie pamiętał, jaki dziś dzień.
– Nie straciłem i pamiętam. – Uśmiechnąłem się chłodno.
– No jasne. Pozostałości zwłok znaleźliśmy jakieś dwanaście staj od jego kwatery. Droga na miejsce jest trudna, stroma, prowadzi przez gęste zarośla i bagnisty teren. A to wszystko dopiero po wyjechaniu z miasta, gdzie jest wiele czujnych oczu. Ciężko byłoby pokonać taką trasę niezauważenie, a do tego z trupem. – Z oszałamiającą celnością splunęła czarnawą śliną prosto do odpływu pod stołem. – W tej sprawie roi się od niemożliwości. Jak można niepostrzeżenie wykraść człowieka z obserwowanego miejsca? Jakim cudem znalazł się tak daleko w takim stanie? Nie potrafimy odpowiedzieć na te pytania. – Spojrzała na mnie z cierpką miną. – Tak się cieszę, że będziemy tu mieć jurystów z ich magicznymi sposobami na odkrycie prawdy. Osobiście wolę uganiać się po dżungli za przemytnikami szczurzych bobków, niż grzebać w tym gównie.
Spomiędzy splotów mchu wydobył się bulgot i smród tak przeokrutny, że ledwo dało się oddychać.
Malo pociągnęła nosem.
– Jak dla mnie gotowe – orzekła. – Zobaczmy…
Bryła jeszcze raz beknęła fetorem, a potem powoli zaczęła mięknąć. Najpierw zapadł się jej środek, potem rogi, a następnie cała blada plątanina się rozluźniła.
Malo trącała i obracała strzępki za pomocą szczypców niczym kucharka spulchniająca ryż.
– Tak! Spójrz!
Podszedłem do stołu. Spomiędzy rozpadających się splotów zaczął wyłaniać się jasny kształt.
Nie, nie kształt, tylko trzy kształty.
Najpierw dłoń ze zgiętymi palcami, jakby ściskała w nich piłkę. Paznokcie koloru herbaty były ciemniejsze niż jasnoszara skóra. Na wysokości nadgarstka ręka kończyła się poszarpaną krawędzią, z której sterczały strzaskane drzazgi kości. Ich gąbczasty szpik ciemnił się plamami.
Kolejny kawałek, fragment torsu bez kończyn i głowy, był w zasadzie tylko lewym barkiem i klatką piersiową, z której ktoś wybrał wnętrzności jakby wielką łyżką. Żebra wystawały spod jasnej skóry jak słomki na brzegu papierowego wachlarza bogatego ziemianina. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ostał się lewy sutek, ciemny i chropowaty, oraz sztywna kępka czarnych włosów na piersi.
Pod tym, na wyściółce z mchu, leżała żuchwa, całkiem pozbawiona miękkich tkanek, perfekcyjnie odcięta od czaszki, z którą niegdyś stanowiła jedność. Podobnie jak szpik w kościach ręki, wgłębienia na zębach były ciemne od jakiegoś osadu i plam.
– Nic więcej nie udało się wyłowić z kanału. Tyle pozostało z naszego zaginionego skarbisty Sujedy. Smutne, nie uważasz?
Spoglądałem na szczątki, odurzony fetorem mchu oraz rozkładającego się ciała.
Ryba w moim żołądku wywinęła kozła.
Obróciłem się, uklęknąłem, a następnie umieściłem dłonie po obu stronach odpływu, po czym zwymiotowałem dokładnie w środek kratki, kaszląc i dławiąc się tak potężnie, że ból przeszył całe moje ciało.
– Ooo – podsumowała Malo z wyraźnym podziwem. – Ależ masz wprawę! To najbardziej precyzyjny bełt, jaki widziałam!
Poprawiłem pozycję i znów zwymiotowałem.
Kiedy doszedłem do siebie, wróciłem do stołu i znów zacząłem się przyglądać kawałkom ciała.
Nigdy wcześniej nie musiałem badać tak poszarpanych fragmentów zwłok, ale moim zadaniem jako asystenta śledczej Jurysu było zapamiętanie każdego szczegółu, wyrycie go w pamięci, a następnie przekazanie raportu wraz z opisem moich odczuć zwierzchniczce.
Sięgnąłem do swojej torby rytownika, wyjąłem stamtąd małą flaszeczkę i odkorkowałem ją, po czym zaciągnąłem się głęboko, pozwalając, by słodki aromat przepełnił wnętrze mojej czaszki. Cudowna woń była błogosławieństwem po tym, co przeszedłem. Z nozdrzami pełnymi zapachu łatwiej było mi zakotwiczyć zapisywane wspomnienia i później je przywoływać.
Otworzyłem oczy, spojrzałem na żałosne szczątki Sujedy i skoncentrowałem się na obrazie. Zanotowałem kształt oraz kolor fragmentów, ich ułożenie, linię złamanych kości, obkurczoną skórę, fakturę, a także teksturę tkanek. Jako że moja pamięć została ulepszona do doskonałości, te straszliwe obrazy miały pozostać ze mną aż do śmierci. Cóż, taki był mój los w służbie Imperium.
Otarłem usta chusteczką.
– Dlaczego nie znaleźliście niczego więcej? – zapytałem ochryple.
Malo zdjęła fartuch i rękawiczki.
– Kanały w Yarrow roją się od patroszy grzbietowych. Podejrzewam, że któryś znalazł zwłoki unoszące się na powierzchni i zrobił sobie ucztę.
– Patroszy grzbietowych?
– To takie żółwie. Trochę mniejsze od człowieka. Mają śliczne skorupy, ale są mięsożerne. I bardzo drapieżne. Potrafią jednym chapnięciem odgryźć ci ramię. Albo… – Wskazała na szczątki Sujedy. – Albo więcej.
– Czemu uważasz, że zrobiło to zwierzę?
– Bo nie ma wnętrzności, a patrosze mają specjalne języki, którymi wygarniają flaki. Są drugimi najgroźniejszymi istotami w Wielkich Kanałach, zaraz po przemytnikach. No i dużo trudniej je zabić.
– Jak egzotycznie. Uważacie, że immunis padł ich ofiarą?
– Niewykluczone, ale bardziej prawdopodobne, że ktoś rzucił im trupa na pożarcie, żeby się go pozbyć.
– A skąd ten pomysł?
– Spójrz tu. – Wskazała na brzeg fragmentu tułowia, gdzie bark łączył się z mięśniami piersiowymi.
Zerknąłem, walcząc z kolejną falą mdłości. Zobaczyłem, co miała na myśli. Kość i ścięgna kończyły się w tym miejscu nienaturalnie równą linią.
– Aha, to cięcie – potaknąłem. – Jakby piłą? Został pokrojony, zanim znalazł się w wodzie?
– Na to wygląda. – Malo kiwnęła głową. – Żeby szybciej zwabić patrosze albo… Może zabójca po prostu miał rzeźnicze zapędy. Trudno powiedzieć. Ale przyjrzyj się ręce.
Pochyliłem się nad zakonserwowaną dłonią. Na przegubie widać było odbarwienie – pasek, w niektórych miejscach ciemniejszy, w innych jaśniejszy niż otaczająca skóra. Dostrzegłem maleńkie zadrapania tworzące wzór jakby faktury włókna.
– Miał skrępowane ręce – wywnioskowałem.
Malo przytaknęła bez zachwytu.
– Tak. W ranie tkwią włókna, coś jakby resztki bardzo ciemnej, szorstkiej, przesiąkniętej smołą liny. – Postukała się palcem w skroń obok zabarwionej na fioletowo skóry wokół oczu. – Wygląda jak sznur olinowania kanałowego.
– Olinowania kanałowego – powtórzyłem.
– Musiał się bardzo miotać, skoro zostawiły tak wyraźne ślady.
– Czy widziano, żeby ktoś kręcił się w pobliżu jego kwater?
Pokręciła głową.
– Nie, zauważono tylko innych członków delegacji, którzy wychodzili na spotkania z królem Yarrow, a potem z nich wracali, oraz obsługę, czyli pokojówki, kucharza i służących. Do tego wartowników wyznaczonych przez apotekarzy. Wszyscy zgodnie twierdzą, że nie widzieli nikogo obcego w pobliżu. Ani podejrzanego.
Zamyśliłem się i jeszcze raz powąchałem fiolkę, żeby zakotwiczyć w pamięci obraz posiniaczonej ręki.
– Czy mogłabyś obrócić te kawałki na drugą stronę?
Zrobiła to bardzo delikatnie, okręcając żuchwę i fragment torsu, jakby były kosztowną porcelaną, którą właśnie zamierzałem kupić.
Na plecach, na łopatce, brakowało okrągłego kawałka skóry mniej więcej wielkości monety talintowej. Zupełnie jakby został wycięty.
– Co to? – Wskazałem na zmasakrowane miejsce.
– Nie wiemy. Na pewno nie ugryzienie żółwia, bo ono byłoby dużo głębsze. Tu skóra została wycięta albo zdarta.
– Czy Sujedo miał jakieś znaki szczególne na skórze? Blizny, znamiona, tatuaże?
– Chodzi ci o to, czy usunięto ten fragment, by utrudnić jego identyfikację?
– Tak. Miał jakieś?
– Nie – odburknęła. – Ale jeśli ten człowiek został zabity, to jego morderca musiał sobie zdawać sprawę, że wykrycie tożsamości ofiary będzie proste.
– A to czemu? – spytałem, ale coś mnie zastanowiło. – Zaraz. Jak w ogóle udało się wam ustalić, że te kawałki należą do Sujedy, skoro nie posiadają cech pozwalających na identyfikację?
Popatrzyła na mnie, jakbym powiedział coś strasznie głupiego.
– No przecież był skarbistą – rzuciła.
– No i?
Kolejne obfite, a przy tym niezwykle celne splunięcie.
– A myślałam, że wy z Jurysu znacie się na wszystkim. Nie wiesz wiele o skarbowych, co?
– Funkcjonariusze Skarbca służą w bardziej cywilizowanych kantonach, a te rzadko znajdują się na trasach moich podróży służbowych.
Chrząknęła, jakby uznała to za marne usprawiedliwienie.
– Funkcjonariusze Skarbu powyżej stopnia kapitana mają zmodyfikowaną krew. Ulepszenie to jest możliwe dzięki wszczepieniu specjalnego organu hodowlanego pod pachą. – Dotknęła się pod ramieniem. – W bankach skarbowych, w skarbcach, sejfach i skrytkach, trzyma się różnego rodzaju chronione materiały… Wiesz, co to klucz reagentowy? Taki bibelocik, który wysyła sygnał feromonowy do zamka, żeby otworzyć mechanizm?
Z niewzruszoną miną kiwnąłem głową, bo owszem, klucze reagentowe nie były mi obce.
– A więc krew wyższych stopniem funkcjonariuszy Skarbca działa podobnie. Otwiera zabezpieczone miejsca, kiedy skarbiści się do nich zbliżą lub gdy dotkną zamknięcia.
– Rozumiem, że w tych szczątkach znaleźliście tego rodzaju krew?
– Nie było jej wiele, ale wystarczyło do testów. Krew należała do immunisa ze Skarbca. A ponieważ zginął tu tylko jeden… Cóż, to musi być on.
Przeanalizowałem to, co powiedziała.
– Ale sporo z niego nam tu brakuje – zauważyłem. – Zaczynam się zastanawiać…
– …czy jakiś wariat nie zabrał ręki Sujedy, żeby otworzyć jakąś skrytkę w banku czy coś w tym stylu? – dokończyła Malo i prychnęła. – Nisko cenisz apotekarzy. Oczywiście możemy wykryć modyfikację w tej odrobinie krwi, ale czujniki zabezpieczeń skarbców są tak zaprojektowane, by reagowały tylko na wysokie stężenie substancji, i to pochodzące z żywej tkanki, nie martwej.
Przez chwilę stałem nad szczątkami, trawiąc wszystkie te informacje.
– A więc podsumujmy – odezwałem się, gdy byłem gotowy. – Nie mamy całego ciała Sujedy.
– To oczywista oczywistość.
– Nie znaleźliśmy też żadnego świadka jego porwania ani śmierci. Nie wiemy także, ba, nie mamy pomysłu, jak dokonano jednego i drugiego.
– Prawda.
– W zasadzie nie możemy nawet dojść do tego, gdzie zginął ani kiedy. I nie jesteśmy w stanie wyłonić żadnego podejrzanego.
– No to zaczynasz rozumieć moją radość, że wy, juryści, przybyliście tu odprawić swoją magię – wycedziła kpiąco.
Nie skomentowałem tego, zajęty rozważaniem dalszych kroków.
– Od przyjazdu tutaj Sujedo był tylko w dwóch miejscach, tak? W banku i swoich kwaterach?
– Dokładnie.
– A co dokładnie załatwiał w banku?
– Miał ze sobą jakieś dokumenty, które schował w skrytce – odpowiedziała. – Kazałam urzędnikom bankowym je wyjąć. To były jego rozkazy oraz jakieś spisy liczb. Podatkowe śmieci. Nic szczególnie interesującego.
Osuszyłem usta chusteczką, licząc, że bladość twarzy ukrywa moje rosnące przerażenie. Wystarczyłoby mi samo to, że utknąłem w takim miejscu ze szczątkami szczątków, ale niestety im więcej informacji o tej sprawie zdobywałem, tym mniej było w niej tropów. Czułem się dziwnie, mając przed sobą śmierć tak zagadkową, a jednocześnie pozbawioną jakiegokolwiek punktu zaczepienia. A musiałem coś wygrzebać, cokolwiek, zanim przyjedzie Ana, bo inaczej nie dałaby mi żyć.
Westchnąłem ciężko.
– No dobrze, to w takim razie zabierz mnie, proszę, do jego kwatery.
Miasto portowe Yarrowdale skolonizowało strome wybrzeże Zatoki Yarrowskiej niczym pąkle krzywiznę klifu. Ciągnęło się na południe wzdłuż Wielkich Kanałów. Łączyły one zatokę z Wielką Rzeką Asigis, która dawała dostęp do najbogatszych ziem Imperium. Podczas podróży studiowałem wiele map tego rejonu, żeby utrwalić je sobie w pamięci. Gdy wyszliśmy z ossuarium, przywołałem wspomnienia dotyczące topografii terenu.
Rozległa, chaotyczna zabudowa ciągnęła się wzdłuż zatoki od południowego wschodu na północny zachód. Była wyraźnie podzielona na trzy części. Na jej południowo-wschodnim krańcu znajdowało się Nowe Miasto, zbudowane przez liczne jalety imperialne, które miały tam swoje siedziby. To w tych okolicach rafinowano ogromne ilości cennych prekursorów i reagentów, a następnie wysyłano je stamtąd poprzez sieć kanałów. Na północny zachód od niego leżało Stare Miasto, dawna siedziba królów Yarrow i ich ludu, opuszczona przez nich dawno temu. Trzecia, najbardziej wysunięta na północny zachód dzielnica, Górne Miasto, gdzie obecnie rezydował król i jego świta, wybudowana została w pasmach górskich, z dala od gwarnych, tłumnych centrów przemysłowych, które panoszyły się teraz na ziemiach przodków władcy.
Ossuarium, placówka należąca do Apoteki, znajdowało się na terenie Nowego Miasta. Szliśmy przez dzielnicę, która wydawała się radosna i pełna życia. Między rozległymi okapami dachów w hałasie wiły się wilgotne uliczki pełne handlarzy, zwierząt jucznych i funkcjonariuszy imperialnych, głównie apotekarzy, których strumienie opływały mnie czerwoną falą płaszczy. Wzdłuż ulic tłoczyły się wysokie domy z kwitnącego formobluszczu. Ich zwrócone ku morzu fasady porastał gęsty, jasnozielony mech, upodabniając je do tostów posmarowanych grubą warstwą dziwnego, zielonego masła. Bębniarze i piszczałkarze z kapeli grającej na skrzyżowaniu przed nami pląsali wesoło za każdym razem, gdy ktoś rzucił im talinta.
Miasto nie różniło się wiele od innych, które widziałem podczas służby, choć tu każda ulica biegła w dół ku północy, ku zatoce. Mimo że Zatoka Yarrowska była niewidoczna, bliskość oceanu czuło się z każdej strony w szumie fal, zapachu soli i glonów oraz podmuchach gorącego wschodniego wiatru.
Zadrżałem. Minął rok, odkąd przebywałem tak blisko morza, a mimo że to tutaj było inne niż to na wschodzie, najchętniej nie patrzyłbym w jego stronę.
– Coś nie tak? – zapytała Malo.
– Nie przepadam za morzem – mruknąłem. – Ani tym bardziej przebywaniem tak blisko niego.
– Ach, obywatel Imperium jak się patrzy, co?
– A ty nie? – Łypnąłem na nią gniewnie, ocierając pot z czoła.
– Ja jestem rodowitą Yarrowianką. – Wskazała na porośnięte dżunglą wzgórza wokół. – Na dobre i na złe. Ale nie masz się co bać. Choć jesteśmy na wybrzeżu i zbliża się pora deszczowa, tutaj, w Yarrow, nie widziano żywego lewiatana od niepamiętnych czasów.
Stłumiłem następną falę dreszczy. Tym razem wzbudziło ją słowo „żywego”.
***
Marsz do Starego Miasta zajął nam godzinę. W tej dzielnicy formobluszczowe budynki ustąpiły miejsca posępnym gmachom z jasnego kamienia, zabarwionymi tu i ówdzie na bladozielono. Takie budowle należały w Imperium do rzadkości, a te były pięknie zdobione na dachach i kolumnach ornamentami z koralowca. Wiele z budowli pochylało się na bok lub zapadło, a przed ich frontami zbierały się kałuże wody, kipiące od jakiegoś ciemnozielonego zielska.
– To Stare Miasto? – zapytałem z powątpiewaniem.
– Tak. Niegdysiejsza siedziba władców Yarrow – odpowiedziała Malo. – Tutaj mieszkał król i jego dwór. Imponujące, prawda?
Powiodłem wzrokiem po grzybnej narośli wspinającej się po jednej ze ścian.
– Powiedziałbym… że dość zamieszkane.
– Można to tak nazwać – przystała. – Starożytni budowniczowie wznosili wieże z pewnego rodzaju piasku pełnego małych żyjątek. Mieszali robaczki z piaskiem, wsypywali je do form, a stworzenia utwardzały kruszywo w odpowiednim kształcie. Ale tego rodzaju kamień kiepsko się starzeje. Traci spoistość. Wiele budynków się przez to przechyla.
Uchyliłem się przed strumykiem wody spływającej z dachu.
– Właśnie widzę.
– No tak. A potem przybyło Imperium, zawarło układ z królem i wykupiło te tereny. Dwór opuścił to miejsce, a następnie przeniósł się do świętego grodu na wzgórzach, zabierając ze sobą tajniki naprawiania tego kamienia. Dlatego ta okolica chyli się ku upadkowi. Gnije tak jak jej mieszkańcy.
– Jak to? To król zostawił tu swoich poddanych, nie zapewniając im pomocy?
– No tak.
– Ale dlaczego?
Zatrzymała się i spojrzała na mnie badawczo, jakby nagle się wystraszyła, że ma do czynienia z jakimś skończonym kretynem. Ale tylko pokręciła głową i ruszyła naprzód.
Podążyłem za nią przez labirynt uliczek. Było to posępne miejsce, zamieszkiwane przez wychudzonych, schorowanych ludzi. Wszędzie rozlegało się echo kaszlu.
Naraz coś przyszło mi do głowy.
– Przepraszam, ale… delegację ulokowano tutaj? W tej dzielnicy?
– Przecież ci mówiłam – warknęła Malo, gdy wspinaliśmy się po niedługich, krzywawych schodkach. – Nikt nie lubi gości od podatków. Wszyscy chcą, żeby jak najszybciej się wynieśli, więc dają im kwatery w takich dziurach. A król Yarrow najwyraźniej lubuje się w dręczeniu urzędników, których na niego nasyłają, bo specjalnie się postarał, żeby mieszkali tutaj. Dobra, teraz przyśpiesz kroku. Idziemy przez bardzo niebezpieczny rejon. Lepiej, żeby nikt tu nie zwrócił uwagi na twoją śliczną buźkę i nie uznał, że jesteś bogaczem, który zapłacił za jej przemodelowanie, bo cię zadźgają w zamian za talinty.
– Nie zapłaciłem za przerobienie twarzy – obruszyłem się, ale Malo już szła dalej.
***
Wreszcie dotarliśmy do wysokiego budynku z kamienia, wznoszącego się ponad koślawym, podupadającym Starym Miastem. Była to najwytworniejsza z wież – sześciokondygnacyjna, z fasadą misternie zdobioną koralowcem i usianą niewielkimi oknami. Lecz mimo jej gabarytów oraz kunsztu, z jakim została wykonana, również ona zazieleniła się już grzybem, przez co nosiła na sobie wyraźne piętno nadmorskiego klimatu.
– Tam był jego pokój. – Malo wskazała na okno.
Zadarłem głowę, osłaniając oczy daszkiem z dłoni, i wytężyłem wzrok. Wydawało się, że apotekarka pokazuje okienko na samej górze.
– Sujedo został umieszczony na najwyższym piętrze?
– Tak.
– A więc nie tylko tajemniczo zniknął z zamkniętego pokoju. On zniknął z zamkniętego pokoju czterysta spanów nad ziemią.
– Mniej więcej. Niezła sztuczka, no nie? Wyciągnąć człowieka z zamkniętego na głucho pokoju na tej wysokości. Pomieszczenia, które było też zamknięte od środka, dodajmy. I to wyciągnąć go tak, że nikt nic nie słyszał i nie widział. Nie wyobrażam sobie tego.
Wyjąłem z kieszeni cygarnik ze strzelisłomki, wsunąłem końcówkę do ust i pozwoliłem, by smak tytoniu wyciszył moje myśli i żołądek.
– Pewnie nie runął w dół, bo ciało spadające z takiej wysokości robi sporo hałasu i bałaganu.
– Oraz zostawia po sobie wielką plamę – dodała Malo. – A nie znaleźliśmy żadnych śladów. Plus nigdzie tu nie wyczułam krwi. Poza pokojem Sujedy.
Zaciągnąłem się zapachem z fiolki, żeby zapamiętać każdy szczegół otoczenia. Wszedłem za Malo do wieży. Pokojów strzegło trzech militisów z Apoteki, którzy obserwowali czujnie, jak otwieraliśmy drzwi. Przystanąłem w progu, żeby objąć wzrokiem całość wnętrza. Kiedyś musiało to być wspaniałe miejsce. Teraz wyglądało na zawilgocone i zatęchłe, a po sklepionym suficie pełzały strużki wody, zostawiając po sobie ślady pleśni niczym ślimaki śluzowate smugi. Wzdłuż łukowatej ściany zewnętrznej pomieszczenia biegł rząd sześciu okien wychodzących na południowy wschód. Wszystkie były zamknięte i zaryglowane. Otwarte drzwi szaf w kącie ukazywały puste półki.
Jednak moją uwagę przykuło stojące pod ścianą łóżko mszane. W poduszce paprociowej widniało wyraźne wgłębienie, a pościel znaczyła szeroka, brązowa plama krwi. Krwi było dużo, ze dwa dzbanki opiwina, może więcej. A więc rana musiała być poważna. Umiejscowienie plamy wskazywało, że cios został zadany w korpus, może nerki bądź wątrobę. Pewnie okazał się śmiertelny, jeśli immunisowi nie udzielono natychmiastowej pomocy.
Chrząknąłem w zamyśleniu. Wtedy zorientowałem się, że stojąc, czuję większy nacisk swojego ciężaru na lewej stopie.
Kucnąłem i położyłem cygarnik na posadzce. Dygotał przez moment, po czym poturlał się w lewo.
– Tak, wieża jest pochylona – powiedziała Malo. – Jak wiele budynków na Starym Mieście. Inżynierowie zaklinają się, że nie runie w najbliższym czasie, ale im wyżej, tym przechył jest wyraźniejszy.
Przez moment zastanawiałem się, co robić dalej.
– Kto jeszcze przebywał w tym pokoju? – zapytałem.
– Masa ludzi. Strażnicy Sujedy. Ja i inni strażnicy z Apoteki. Potwierdziliśmy, że nic nie zostało zabrane z pokoju. Wszystko, co znaleźliśmy, położyliśmy na stole.
Wsadziłem ponownie cygarnik do ust, tłumiąc grymas. Prawdopodobnie uważała, że przesunięcie przedmiotów ułatwi mi pracę, ale było wprost przeciwnie.
– Ilu członków delegacji przebywa obecnie w wieży? – zapytałem.
– Poinstruowałam ich z wyprzedzeniem, że mają być na miejscu i do dyspozycji, ale najwyraźniej są dzisiaj niezwykle zajęci. Spotykają się z królem – wypowiedziała to z fałszywym podziwem. – Albo raczej z wieloma członkami dworskiej koterii.
– Kto mieszka w sąsiednim pokoju?
– Ten od zachodu jest pusty, a w tym po drugiej stronie przebywa współpracownik Sujedy, immunis Valik.
– Czy słyszał…?
– Nic nie słyszał.
– A strażnicy nie widzieli, żeby ktokolwiek wychodził z kwatery Sujedy?
– Nikt poza pokojówkami i służącymi jej nie opuszczał.
Zassałem powietrze przez zęby, sięgnąłem do torby po buteleczkę, zaciągnąłem się wonią i wszedłem do pokoju.
W pierwszej kolejności obejrzałem łóżko, dokładnie rejestrując każdą fałdę i załamanie pościeli oraz ułożenie sterty poduszek paprociowych.
– Nie ma narzuty – zauważyłem.
– Zabraliśmy ją, by pozyskać z niej próbki krwi – wyjaśniła Malo. – A ponieważ znaleźliśmy w nośniku resztki moczu, wydestylowaliśmy substancje eteryczne z obu źródeł, dzięki czemu ustaliliśmy, że pochodzą od jednej osoby. Gdy znaleziono szczątki Sujedy, porównaliśmy je i stwierdziliśmy, że jedno i drugie należało do niego.
– Ale nie znaleźliście żadnych śladów napastnika? Nawet włoska? Kropli krwi innej niż ta immunisa?
– Nic. Zupełnie nic.
Zasępiłem się i podążyłem dalej.
Pod jedną ze ścian, jak wspominała Malo, stał duży stół zasłany stertą przedmiotów, które odkryto podczas przeszukania. Skrzywiłem się, gdy do niego podszedłem. Przeniesienie rzeczy z pierwotnych miejsc znacząco utrudniało ocenę wartości dowodowej każde z nich – nóż pod poduszką to całkiem coś innego niż nóż spakowany do torby. Ale niewiele mogłem zyskać, krytykując pracę miejscowych.
– Wszystko zbadaliśmy – zaznaczyła Malo. – Na ubraniach pozostał wyraźny zapach cytrusów oraz pleśni. To utrudniło identyfikację innych woni. Podejrzewam, że zabójca mógł celowo wykorzystać zapach, by ukryć swoje poczynania.
Pochyliłem się i pociągnąłem nosem. Rzeczywiście, intensywny aromat limonki przykrywał ten bardziej nieprzyjemny – butwiejącego drewna. Ciekawe.
Znów skorzystałem z mojej buteleczki i zacząłem przeglądać dobytek Sujedy rzecz po rzeczy. Mała latarnia mai, trzy mundury Skarbca, w tym dwa zwyczajne białe oraz jeden szary, galowy. Pudełko z insygniami paradnymi, spinkami do mankietów i inną biżuterią. Trzy pasy – dwa brązowe, jeden czarny – woreczek z rysikami popielnymi, sakiewka z monetami (łącznie sześćdziesięcioma trzema talintami i czterema miedziakami) oraz pokaźna torba z tynkturami i fiolkami pełnymi proszków, głównie przeciwko bólom głowy. Miało to sens, ponieważ jak wielu funkcjonariuszy Skarbca Sujedo był aksjomem, osobą posiadającą modyfikacje kognitywne podnoszące naturalne talenty matematyczne. Niestety tego rodzaju ulepszenia miały skutki uboczne, często prowadzące do znacznego ograniczenia długości życia. Jako mnemorytownik o zmodyfikowanej pamięci doskonale o tym wiedziałem.
Przyglądałem się przedmiotom dłuższą chwilę, utrwalając w głowie każdy szczegół, aż w końcu mój wzrok padł na ostatnią rzecz – niewielki prostopadłościan, na oko żelazny. Wziąłem go do ręki i obróciłem. Był ciężki, gładki i chłodny w dotyku.
– Nie wiem, co to – przyznała Malo. – Leżało na podłodze. Wygląda jak kawałek żelaza.
Przyjrzałem się uważnie sztabce. Miała długość mojego palca i zdawała się całkiem niepozorna. A jednak była idealnie gładka, bez jednej rysy, jakby celowo ukształtowana do tego rozmiaru i formy. Coś mi w niej nie pasowało.
– Gdzie konkretnie?
– Tam – Wskazała na miejsce pod ścianą z oknami.
Włożyłem kawałek żelaza do kieszeni i podszedłem do wskazanego punktu. Dokładnie obejrzałem posadzkę, a potem ścianę. Pomyślałem, że może to fragment jakiegoś mechanizmu okna, ale nie, wszystkie okiennice były całe i porządnie zamknięte na żelazne zasuwy. Trzpienie przesuwały się gładko, a po wejściu w gniazdo skrzydła okien trzymały się sztywno. Choć cały budynek przeciekał i się zapadał, okiennice były porządne.
Otworzyłem jedno z okien i wystawiłem przez nie głowę, mrużąc oczy przed bryzą znad morza. Ziejąca pode mną przepaść zdawała się jeszcze bardziej przerażająca z powodu przechyłu konstrukcji. Sama myśl o tym, że ktoś mógłby tędy wejść i wyjść, była szaleństwem.
Rozejrzałem się na tyle, na ile pozwalał mi wiejący w twarz wiatr. Na południowym wschodzie widziałem radosne dachy Nowego Miasta, a nad nimi kłęby pary i dymów z pracowni apotekarzy. Wokół tamtejszych budynków biegły linie składające się na plątaninę kanałów, niektóre proste, a inne kręte. Każdy z nich bielił się od żagli. Na południowym zachodzie ciągnęła się niezmierzona przestrzeń parującej dżungli, usiana gdzieniegdzie dolinami oraz plackami łysin, na których znajdowały się gospodarstwa. Jeszcze dalej, na skupisku wzgórz, majaczyła gromada śnieżnobiałych wież.
Górne Miasto, rezydencja króla Yarrow. Wydawało się mniejsze i bardziej odległe, niż wynikało z map. Przyszło mi do głowy, że wygląda jak królestwo wróżek, do którego figlarne chochliki wabią dzieci muzyką fujarek.
Wreszcie z wielką niechęcią popatrzyłem na północ, gdzie rozpościerał się wodny przestwór Zatoki Yarrowskiej, rozmigotany promieniami słońca odbijającymi się od fal.
A jeszcze dalej, na pełnym oceanie ujrzałem…
…coś.
Przypominało ono nieco wysoki, spiczasty i falujący namiot, jak te na kantońskich jarmarkach. Choć znajdował się w ogromnej odległości od miejsca, gdzie stałem, jego ogrom był nie do zaprzeczenia. Wyrastał setki spanów ponad wodę, wyższy od wszystkiego, co dotąd widziałem, z wyjątkiem murów morskich na wschodzie. W południowym słońcu mienił się lekko miękkim, szmaragdowym blaskiem. Zmrużyłem oczy, zastanawiając się, z czego był zrobiony. Może z pnączy i traw, splecionych tak ściśle, że zdawały się tworzyć falujące tafle szkła? Wiedziałem, że pośrodku tego zielonego kokonu ochronnego kryje się cytadela. I zdawało mi się, że niemal dostrzegam zarys jej murów i dachów.
– Dzisiaj jest taki jasny – zauważyła Malo, podchodząc. – Mówią, że jaśnieje, gdy zbliża się pora deszczowa, i ciemnieje, kiedy lewiatany zapadają w sen. Ten rok minął mi tak szybko.
– To Całun? – zapytałem cicho.
– Tak. Chyba najcenniejsze, co mamy w Yarrowdale. I co wzbudza największą grozę. Ale trudno się dziwić. Od dziecka uczy się nas bać lewiatanów, więc tym większe przerażenie wzbudza w nas ich cmentarzysko.
Wpatrywałem się w Całun, zahipnotyzowany jego ruchami. Powierzchnia zdawała się falować i drgać w jasnym słońcu, jakby mnie przyzywała.
– Ale Sujedo nie miał z tym diabelstwem nic wspólnego. Nikt nie chce z nim mieć nic wspólnego, poza nami apotekarzami. To jak, zobaczyłeś już, co chciałeś?
Kaszlnąłem, wymruczałem potwierdzenie i z ulgą oderwałem wzrok od zielonej połaci. Choć śledztwo, którym się zajmowałem, było pełne niewiadomych, pocieszałem się, że przynajmniej nie będzie się wiązało z tym niesamowitym miejscem.
Następnie przesłuchałem obsługę wieży na Starym Mieście: pokojówki, praczy, służących i kucharzy. Sujedo przyjechał, a potem zniknął w tak krótkim odstępie czasu, że większość z nich nawet go nie widziała.
– Odprowadziłem go do pokoi, panie – rzekł Hajusa, starszy mężczyzna, portier. – Był uprzejmy i miły. – Oczy mężczyzny zabłysły figlarnie. – Dał mi nawet srebrnego talinta za fatygę. Cóż, niezbyt to zgodne z regulaminem, no ale – dodał, przykładając palec do nosa.
Uśmiechnąłem się porozumiewawczo, a potem poprosiłem, by opisał Sujedę.
– Przystojny gość. Jak wielu z wewnętrznych kręgów. Gęste, kręcone, czarne włosy i jasne oczy. Ale trochę niski. Sam się skurczyłem z wiekiem, a i tak byłem od niego wyższy…
– Widziałeś może tej nocy kogoś wchodzącego do budynku lub z niego wychodzącego? Kogokolwiek?
– Tylko służbę, panie. Nikogo podejrzanego. To przecież najelegantszy budynek na Starym Mieście. Kiedyś, przed czasami Imperium, był to pałac królewski. – Wypiął dumnie pierś. – Trzymamy pewien poziom.
– A wiesz może, w jakich sprawach przybył tu Sujedo?
– Hm… Cóż, tak sobie myślę, że mogło chodzić o wcielenie królestwa do Imperium – rzekł niepewnie. – No, by zrobić tu kanton Cesarstwa z prawdziwego zdarzenia.
Ostrożniej dobierał słowa i unikał mojego wzroku.
– A ty co o tym sądzisz? – zapytałem. – Możesz mówić szczerze. Nic na ten temat nie wiem.
– No… chyba tak to już miało być. Zadecydowano o tym dekady temu. Tak postanowili królowie, którzy w chwili, gdy się urodziłem, byli martwi już od dawna. – Spróbował zrobić pełną szacunku minę. – A co ja tam mogę wiedzieć o sprawach królów.
Zerknąłem na Malo, która wzruszyła ramionami i rozłożyła ręce, jakby chciała powiedzieć: „A czego się spodziewałeś?”.
Podziękowałem Hajusie i pozwoliłem mu odejść.
***
Jako następne przesłuchaliśmy pokojówki, Pitianki albo Yarrowianki o oczach tak zielonych jak u Malo i dziąsłach podbarwionych na zielono.
– Był uprzejmy, panie – powiedziała jedna. – Cichy, nie mówił wiele.
– I schludny, panie – dodała druga. – Porządny. Bardzo chory. Nic nie zjadł. Bulion, który mu przyniosłam, zabrałam nietknięty.
Raz po raz kiwały głowami tak rytmicznie, że przypominały tańczące drewniane laleczki poruszane za pomocą sznurków.
– A kiedy przyszłaś go zabrać?
– Hm… Jakoś wieczorem. Po kolacji. Było już ciemno. Ten pan leżał na łóżku z zamkniętymi oczami i ciężko oddychał. Wyszłam szybko, bo się bałam, że mogę coś od niego złapać. Wyglądał źle… I ręka drgała mu tak, że palce szurały o brzuch.
– Ręce mu się trzęsły?
– Nie, tylko jedna – wtrąciła pierwsza kobieta. – Jak u paralityka. Uderzała o brzuch. Moja mama tak miała, zanim całkiem osłabła i umarła.
– A okna? – zapytałem. – Były otwarte czy zamknięte?
Pokojówki się chwilę zastanawiały.
– Zamknięte – stwierdziła jedna z nich.
– Tak, zamknięte – poparła ją druga. – I zaryglowane. Pamiętam, ponieważ miał lampę na stoliku, bo było ciemno. Tak go zostawiłam, a rano pokój był pusty. Zniknął! Zostały po nim tylko krew i bałagan!
– I nikt niczego nie słyszał?
– Niczego!
– Jakby jaki duch go porwał – powiedziała jej koleżanka. – Wykradł z łóżka jak te morskie stwory z legend, co zabierają dzieci z kołysek. – Urwała na moment. – Ale nie myślisz, panie, że tak to się stało?
Zaniemówiłem na moment, zaskoczony pytaniem, czy sprawcą może być zjawa z ludowych wierzeń.
– Z mojego doświadczenia wynika, że żywi ludzie są wystarczająco groźni.
– Myślisz, panie, że to głupie, że mówimy o duchach – powiedziała druga z przekąsem. – Ale tam, w zatoce, wyprawiają takie rzeczy z tym Całunem, że może duchy tu zostają i są złe za to, co robimy z ich ciałami.
– A ten kawałek żelaza? – Pokazałem im przedmiot. – Miał go przy sobie?
Przyjrzały mu się i pokręciły głowami.
– Nigdy tego nie widziałam – oświadczyła jedna.
– Ja też nie – stwierdziła druga.
Przepytywałem je jeszcze chwilę, aż stojąca w kącie Malo zaczęła ziewać. Odesłałem służące.
***
Jako ostatniego przesłuchiwałem apotekarza, który eskortował Sujedę do miasta – militisa Klaidę.
– To był całkiem zwyczajny dzień – powiedział. – Immunis przypłynął i zostawił bagaże, a potem zabrałem go do banku. Czekałem na niego przed skarbcem, bo nie wolno mi wchodzić do środka.
– Jak długo czekałeś?
– Dosłownie parę minut, panie. Chyba wkładał coś do skrytki. Miał ze sobą torbę, mniej więcej takich rozmiarów. – Nakreślił rękami kwadrat dwa na dwa spany, a potem pokazał palcami jego grubość: pół spana.
– A więc była na tyle duża, że mogła pomieścić coś więcej niż dokumenty?
– Tak, panie. Miał w niej coś, co zostawił w środku. Urzędnik bankowy pewnie będzie wiedział więcej. Oczy drgały mu tak jak tobie.
Ożywiłem się.
– Jest rytownikiem?
– Tak, panie. Musi być, bo ma pamiętać wszystkich, którzy wchodzą i wychodzą z banku. Potem immunis Sujedo wyszedł, a ja przyprowadziłem go z powrotem tutaj, do kwater. I tyle.
– Nie wspominał o tym, co zostawił w banku?
– Nie, panie.
– A mówił coś w ogóle?
Klaida się zastanowił przez chwilę.
– Pytał mnie o żonę, panie. Tak, teraz sobie przypominam.
– O żonę? A o co konkretnie?
– Jak się miewa. Zdziwiłem się, bo nic mu o niej nie mówiłem, a wzięliśmy ślub dopiero dwa tygodnie temu. Immunis powiedział, że zauważył obrączkę na moim kciuku, bo ciągle jej dotykam, jakbym nie był przyzwyczajony do jej noszenia, więc pomyślał, że jest nowa. Sprytne z jego strony, że wywnioskował to tak szybko. Pewnie wy sublimowie to potraficie.
Zamyśliłem się nad jego słowami. Choć niemal wszyscy zmodyfikowani ludzie przejawiali osobliwe zachowania – ja również nie byłem w tej materii wyjątkiem – aksjomowie rzadko wykazywali się sprawnością w kontaktach międzyludzkich. Im bardziej pogrążali się w pracy z abstrakcyjnymi liczbami, tym bardziej oderwani od świata się stawali.
Zapytałem Klaidę o żelazną sztabkę, ale podobnie jak reszta nic o niej nie wiedział.
– Czy immunis miał inne objawy poza bólem żołądka? Może drżały mu ręce? Albo były sparaliżowane?
– Sparaliżowane? Nie, ale… Idąc, uderzał dłonią o nogę, bez przerwy. Przypominało to bębnienie, jakby w głowie utknęła mu jakaś melodia i nie mógł się powstrzymać przed wybijaniem jej rytmu o cokolwiek. Trochę dziwne. Czy to mogło coś znaczyć, panie?
Westchnąłem i podziękowałem mu za rozmowę.
***
Na koniec zostawiłem sobie obejrzenie pustego pokoju sąsiadującego z kwaterami Sujedy. Poprosiłem starego Hajusę, żeby mi go otworzył, ale on zatrzymał się na moment z ręką na klamce.
– Od jakiegoś czasu nocuje tu niewielu gości. Ten pokój jest wyjątkowo wilgotny. To przez to, w którą stronę pochyla się wieża. Cała woda spływa tutaj. Właściwie wszystkie pokoje po tej stronie ciężko utrzymać.
Pchnął skrzydło, a ja w końcu mogłem zajrzeć do środka. Wnętrze wyglądało prawie identycznie jak pokój Sujedy, z tą różnicą, że tutaj każdą powierzchnię pokrywał grzyb. Na łóżku nie było materaca z mchu, a drewniany stelaż został pożarty przez zieleń. Nawet szafa wyglądała jak pokryta kożuchem.
– Wyczuwasz tu coś nietypowego? – zapytałem stojącej w progu Malo.
– A co ja jestem, twój ogar? – fuknęła. – Nie. Nic poza pleśnią, tak samo jest we wszystkich pokojach po tej stronie budynku. Sprawdziliśmy każdy, szukając Sujedy. Nie znaleźliśmy w nich niczego godnego uwagi.
Podziękowałem Hajusie, który zamknął pokój, a potem rozstaliśmy się ze starym portierem.
Oględziny kwatery Sujedy zakończyliśmy późnym popołudniem, więc nie było już czasu, żeby tego dnia iść do banku i przesłuchać tamtejszych pracowników. Dlatego ruszyliśmy z Malo w długą drogę do Nowego Miasta.
– No i? – odezwała się w pewnym momencie. – Masz już jakiś trop albo wskazówkę, którą ja przeoczyłam?
– Jestem tu niecały dzień.
– Czyli że nie. Miło z twojej strony, że pozwalasz mi zachować dumę. – Przekrzywiła głowę, nasłuchując. – Wobec tego pójdziemy coś zjeść. Ja nie jadłam cały dzień, a twoje burczenie w brzuchu słychać chyba po drugiej stronie miasta.
– Słyszysz to? – Moja intymność została pogwałcona.
– Tak. Potrzebujesz bulionu, bo inaczej jutro nie będziesz się do niczego nadawał.
Skręciliśmy w główną ulicę prowadzącą do Nowego Miasta. Jednak gdy wizja zupy zaczęła mnie powoli nęcić, usłyszeliśmy piskliwy głos za plecami:
– Ach! Signum Kol? Signum Dinios Kol?
Odwróciliśmy się. Ulicą w naszą stronę szła prędko niska kobieta w eleganckiej, choć prostej, szarej sukni. Uniosła rękę i znów zawołała mnie wysokim, drżącym głosem jak ktoś zrozpaczony, szukający pomocy. Przyjrzałem się jej zaniepokojony. Nie sądziłem, że ktokolwiek poza Aną i Malo mógłby mnie tutaj znać, ani w ogóle wiedzieć o mojej obecności w tym miejscu. Spojrzałem pytająco na towarzyszącą mi strażniczkę, która tylko wzruszyła ramionami.
– Ja jej nie znam, a ty?
– Też nie.
Obserwowaliśmy, jak kobieta się zbliża. W pewnej chwili dojrzałem w jej oczach coś zastanawiającego – jakąś ostrość – która wzbudziła moją czujność.
– Tak? – odezwałem się, kiedy znalazła się przy nas. – Czym mogę służyć?
Uśmiechnęła się szeroko i ukłoniła, lekko zdyszana. Na szyi miała zawieszoną skórzaną saszetkę z wieloma małymi, dokładnie zalakowanymi rulonikami pergaminu.
– Tak się cieszę, że udało mi się pana złapać – powiedziała, łapiąc powietrze. – I dziękuję, że się państwo zatrzymali. Nazywam się Sorgis Poskit. Pracuję dla Grupy Kredytowej Usini.
Uniosłem brwi, patrząc na Malo, ale wyglądała na tak samo zdziwioną jak ja.
– Może lepiej zna pan jeden z naszych podmiotów, signumie Kolu, a konkretniej Kasę Pożyczkową Sapirdadi?
Serce mi stanęło. Z trudem zapanowałem nad wyrazem twarzy.
– Hm – zdołałem z siebie wydobyć. – Nie spodziewałem się, że macie oddział w Yarrowdale.
– Grupa Kredytowa Usini posiada filie w całym Imperium – zapewniła mnie słodko, znów się kłaniając. – A jako że jest pan naszym klientem, chciałam zapytać, czy może zechce pan zamienić ze mną słówko.
***
Odszedłem z nią na bok, bardzo daleko, mając w pamięci, jak doskonałym słuchem dysponuje Malo. Kiedy przystanąłem, obróciłem się do kobiety i powiedziałem szorstko:
– Proszę wybaczyć, nie spodziewałem się, że jakiś cywil będzie wiedział o mojej delegacji do Yarrowdale. Szczególnie biorąc pod uwagę naturę moich obowiązków tutaj.
– Grupa Kredytowa Usini obsługuje znaczną część pożyczek pracowników jaletów – odparła Poskit niezmiennie słodkim tonem. – W naszym interesie leży, by na bieżąco wiedzieć, gdzie przebywają nasi klienci.
„No oczywiście”, pomyślałem. „Jedyną instytucją posiadającą możliwości większe niż jalety muszą być, naturalnie, pożyczkodawcy”.
– Nawet ci z Jednostek Specjalnych? – zapytałem, starając się zachować resztki godności.
– Och, szczególnie ci z Jednostek Specjalnych, signumie – zaznaczyła z groźnym błyskiem w oku. – Z powodu zadań, jakie wykonują. Chciałabym omówić z panem warunki linii kredytowej zaciągniętej przez pana ojca.
– A z jakiego powodu? – Zjeżyłem się. – Wydaje mi się, że sprawa jest prosta. Zachorował, zaciągnął ogromną pożyczkę na spłatę medykerów, a potem zmarł. Od tamtej pory regularnie spłacam raty, czyż nie?
– Owszem, jednak czynił pan to na zwyczajnych warunkach. – Uśmiech pani Poskit zgęstniał do konsystencji miodu. – Obecnie zaś zaistniały nadzwyczajne okoliczności. Został pan oddelegowany do Yarrowdale, które, jak wiadomo, nie należy jeszcze oficjalnie do Imperium i które, z czego zapewne zdaje sobie pan sprawę, jest miejscem niezwykle niebezpiecznym.
Domyśliłem się, o co jej chodzi.
– Zamierzacie zażądać ode mnie wyższej raty, ponieważ pełnię obowiązki w miejscu, gdzie zachodzi wyższe ryzyko, że zginę, nim spłacę kredyt?
– Niczego nie żądamy, signumie Kolu. – Poskit udała urazę. – To jedynie ekwiwalent z tytułu podwyższonego ryzyka, zawarty w warunkach, na które zgodził się pana ojciec.
– Zmarły ojciec – przypomniałem.
– Tak, tak, to tragedia. – Wykrzywiła się w grymasie współczucia. – Nie uwzględniliśmy też jeszcze pańskiego nowego przydziału, signumie, a Imperialne Jednostki Specjalne charakteryzują się wysoką rotacją personelu. Wielu funkcjonariuszy odchodzi, bo nie jest w stanie sprostać wymaganiom albo nie radzi sobie ze stresem, tudzież pada ofiarą… innych okoliczności.
– Giną na służbie, to chciała pani powiedzieć? – warknąłem.
– Och, ależ nie posuwajmy się tak daleko! Po prostu jestem na bieżąco z raportami aktuarialnymi… W związku z tym chciałam pana poinformować, że punktacja oceny obu czynników ryzyka została w pana przypadku podniesiona, co miało bezpośredni wpływ na przelicznik rat i poskutkowało ustaleniem nowego harmonogramu spłat. – Wyjęła z sakiewki mały zwój i wręczyła mi go. – Szczegóły znajdują się tutaj, wraz z informacją o pierwszej wymaganej wpłacie. – Jeszcze bardziej rozciągnęła cukierkowaty uśmiech i ukłoniła się lekko. – Przepraszam, że przeszkodziłam, signumie Kolu. Mam nadzieję, że nie będzie to skutkowało żadnymi karami służbowymi! Miłego dnia. – Obróciła się na pięcie i odmaszerowała.
Oszołomiony odprowadziłem ją wzrokiem. Spojrzałem na pergamin, który mi wcisnęła, i poczułem, jak krew wrze mi w żyłach.
Nie. Nie. Nie przeczytam tego. W każdym razie nie teraz.
Wepchnąłem zwój do kieszeni, a potem dogoniłem stojącą na rogu Malo. Opierała się o formobluszczową ścianę i bezmyślnie patrzyła w morze.
– Kto to był? – zapytała.
– Nikt ważny – wymamrotałem.
– Nie wyglądała jak nikt ważny.
– Możemy już iść, proszę? Jestem głodny.
– Ależ oczywiście – ukłoniła się teatralnie.
***
Mój ojciec był człowiekiem na swój sposób utalentowanym. Jego umiejętności przejawiły się bardzo wcześnie, najpierw przez narodziny w średnio zamożnej rodzinie w zewnętrznym pierścieniu, następnie w płodzeniu dzieci, w czym osiągnął takie mistrzostwo, że doprowadziło to w końcu do śmierci mojej matki. Co najważniejsze, posiadał również talent do bezbłędnego wybierania najbardziej nietrafionych inwestycji oraz wspierania najgorszych możliwych opcji politycznych, dzięki czemu osiągnął ostatecznie najwyższy stopień bankructwa.
To dlatego musiałem zostać sublimem i pracować dla Jurysu jako mnemorytownik. Imperium oferowało tego rodzaju specjalistom hojne wynagrodzenie oraz ziemię po zakończeniu służby w ramach rekompensaty za negatywny wpływ tego zajęcia na ich dobrostan. Dzięki znoszeniu widoku trupów oraz obcowaniu z zabójcami – przy okazji sam się nim stając – zamierzałem spłacić gigantyczne długi ojca, a potem zarobić tyle, by przenieść jego, moją babkę oraz siostry z niebezpiecznych ziem zewnętrznego pierścienia do trzeciego pasa chronionego imperialnymi murami.
Ale ojciec zachorował i zmarł, wcześniej zdążywszy zadłużyć się jeszcze mocniej, i to na jeszcze bardziej skandalicznych warunkach. Oznaczało to, że mimo piastowania dobrze opłacanego stanowiska byłem tak samo biedny jak w dniu, gdy złożyłem podanie o przyjęcie w szeregi rytowników.
A jednak jeszcze bardziej niż nędza doskwierało mi to, jak cała ta sytuacja kładła się cieniem na mojej przyszłości. Choć uważałem się za całkiem dobrego śledczego, w głębi ducha marzyłem o służbie w innym jalecie, w zupełnie innej jednostce, gdzieś w kantonie daleko stąd.
Przemierzając ulice Yarrowdale, czułem, jak ciężar osiada mi na sercu. Bo skoro ostatnie długi mojego ojca miały podążać za mną krok w krok po całym Imperium niczym upiorna lamia z opowieści dla dzieci, to moje marzenie o służbie w innym jalecie miało pozostać tylko marzeniem.
Zaszliśmy z Malo do obskurnej gospody nieopodal moich kwater na Nowym Mieście. Na krzywym, mokrym stoliku rozłożyliśmy mapę kanałów.
– Sujedo zniknął w tym miejscu – powiedziałem, wskazując na odpowiedni punkt na obszarze Starego Miasta. Zmrużyłem oczy, żeby lepiej widzieć w przyćmionym świetle gospody. Nakreśliłem linię prowadzącą w stronę południowo-zachodnią, do kanałów. – A tydzień później został znaleziony tutaj… dwanaście staj dalej.
– Jak mówiłam, za daleko, żeby nieść ciało – wybełkotała Malo, przeżuwając przegrzebki.
– Czy jest coś szczególnego w miejscu, gdzie go znaleziono?
– Leży niedaleko jednego z obozowisk przemytników, o tu. – Opróżniwszy kubek wina, wskazała na jeden z odcinków kanału. – Przemytnicy ciągle się przenoszą w obrębie dżungli na zachodzie, a my strażnicy ich ścigamy i odzyskujemy skradzione reagenty. Na początku myślałam, że to oni są sprawcami, ale zupełnie nie pasują do tej zbrodni.
Upiłem bulionu z nadzieją, że uspokoi mój nadal wzburzony żołądek.
– Od kiedy macie tu problem z przemytnikami?
– Od dziesięcioleci, odkąd Imperium postawiło tu pracownie apotekarskie. Reagenty, wzmocnienia i leki są drogie. Wszczepy ochronne na podniesienie odporności, osteomineralne na złamania… Jeśli uda ci się przeżyć kradzież z magazynu apotekarskiego albo z barki, a potem dobrniesz do rzeki Asigis na zachodzie i sprzedasz łup tamtejszym marynarzom, możesz się ustawić na całe życie.
– I ci przemytnicy często dokonują mordów?
– Kiedyś nie, ale w ciągu ostatnich dwóch lat zrobiło się gorzej. Czasami znikają całe barki razem z załogami. Niekiedy szmuglerzy zasypują inżynierów oraz ich zwierzęta juczne gradem strzał i w zamieszaniu kradną ładunek. Ale my też nie mamy dla nich litości.
Spojrzałem na jej twarz. Nie wyglądała, jakby miała wątpliwości co do tych działań.
– Dlaczego Imperium się tym nie zajmie?
– Po pierwsze, Yarrow to nie Imperium – odpowiedziała Malo ponuro. – A w każdym razie jeszcze nie, choć delegacja pracuje nad tym, żeby to zmienić. Ale jak na razie to król Lalaca jest władcą tego królestwa, co znacznie utrudnia egzekwowanie prawa imperialnego.
Uniosłem czarkę, ale rozmyśliłem się i odstawiłem naczynie.
– Ale to nie wszystko, jak rozumiem?
– Owszem. Wielu przemytników to Pitiańczycy i Yarrowianie. – Uśmiechnęła się chłodno. – Są stąd, jak ja. A to oznacza, że znają dżunglę i te wody jak własną kieszeń. Dlatego tylu strażników to tubylcy. Bo kto inny by mógł złapać przemytników, jeśli nie my?
– A nie przeszkadza ci to?
– Ale co?
– No to, co się dzieje. Że Imperium chce przejąć Yarrow. To chyba trwa od jakichś stu lat, nie?
– Mam na ten temat takie zdanie jak większość ludzi stąd. Umowę z Imperium zawarł król, dawno temu. I tyle.
– Ale przecież to też twoje ziemie?
Uśmiechnęła się oszczędnie.
– Od razu widać, że nigdy nie spotkałeś żadnego króla.
***
Gdy przed nami leżała kolejna mapa kolejnego bezimiennego fragmentu dżungli, Malo wrzuciła do ust ostatniego przegrzebka i spojrzała na mnie sceptycznie.
– Czyli jesteś z… Jednostki Specjalnej? To czym się konkretnie zajmujecie?
Skrzywiłem się na wspomnienie niedawnej rozmowy z panią Poskit.
– W każdym jalecie istnieje grupka mobilnych funkcjonariuszy, których przerzuca się tam, gdzie trzeba rozwiązać złożony albo nietypowy problem. Takie oddziały są w Inżynierii, Apotece, Legionie, a także Jurysie. Śmierć tego człowieka wydawała się niecodzienna. – Znów wypiłem odrobinę bulionu. – Stąd moja obecność tutaj. Członek Jednostki Specjalnej w pełnej chwale.
Malo przesunęła ubłoconym palcem po krawędzi swojej miski, a potem zlizała z niego tłuszcz.
– Jeśli uda ci się wyjaśnić, jak trup przeniknął przez ścianę, wtedy oddam ci tę pełną chwałę.
– Miejmy nadzieję, że tak się stanie. Proszę, przyjdź do mojej kwatery o wschodzie słońca. Potem zobaczymy, do jakiego zadania oddeleguje nas moja przełożona. Choć przypuszczam, że wyśle nas do Banku Skarbowego.
– Myślisz, że uda jej się znaleźć w tym jakiś sens?
Dałem sobie czas do namysłu, dopijając porcję swojego rozcieńczonego opiwina.
– Szczerze mówiąc, istnieje szansa, że uda się jej to rozwikłać przed nocą.
– Co? – zdumiała się Malo.
Wzruszyłem ramionami.
– Mówisz poważnie? – Niedowierzała.
– Tak. Szansa jak sześć do dziesięciu, że najpóźniej do rana będzie już wiedziała, o co w tym chodzi. Może nawet siedem.
– Skoro potrafi rozwiązać tę zagadkę tak szybko, to po co w ogóle tu przyjeżdżaliście? Nie wystarczyło napisać wszystkiego w liście?
– Czy ja wiem? Może chciała popróbować tutejszej kuchni? Albo może to kara dla mnie.
Moje kwatery znajdowały się w centrum Nowego Miasta, w jednym z wielu budynków, w których mieszkali funkcjonariusze różnych jaletów wykonujący rozliczne prace na terenie Yarrowdale. Budynek należał do tych skromniejszych, ale był całkiem porządny. Portier, chłopiec, krążył nerwowo po ulicy przed wejściem. Podbiegł do mnie zarumieniony.
– Signum? Jesteś signumem, panie? Z Jurysu? – Wyrzucał z siebie szybko. – Możesz mi pomóc? Proszę?
– No… nie wiem? – powiedziałem ostrożnie, czując wzbierający niepokój. – A o co chodzi?
– O, hm, tę funkcjonariuszkę, też z Jurysu…
Serce mi zamarło.
– Ach. Co zrobiła?
– Siedzi na patio i… I chodzi o to, że… No bo ten zapach, panie. Je posiłek, ale zapach… Smród. Jest okropny, panie. Nie wiem, co robić!
– No dobrze, prowadź. – Westchnąłem.
Portier pokierował mnie przejściem wokół budynku. W pewnej chwili poryw wiatru uderzył mnie w nozdrza gęstym smrodem gnijących organizmów morskich. Wyszedłem zza rogu i aż przystanąłem.
Wybrukowane kamieniem patio ciągnęło się aż na skraj wzgórza, co zapewniało rozległy widok na zatokę. Miejsce z poustawianymi wiklinowymi meblami ogrodowymi musiało był piękne… Kiedyś. Teraz bowiem wyglądało jak cmentarzysko ostryg.
Połowa patio była zasłana stertami lśniących muszli, ich odłamkami oraz łupkami macicy perłowej, a między tym połyskiwały mętnawe kałuże płynu z ostryg, podgrzewane resztkami popołudniowego słońca. Było tego tyle, że nawet nie próbowałem liczyć. Taras ginął pod setkami mięczaków, a największe hałdy kumulowały się wokół stolika na środku niczym barykady chroniące dostępu do siedzącej pośrodku immunisy Any Dolabry, która wyciągała z mokrego worka nieobrane małże i w skupieniu gmerała tępym nożykiem przy szwie, dobierając się do wnętrza kolejnych ostryg.
– Zaczynają się psuć! – Chłopiec u mojego boku jęknął. – Goście z sąsiednich kwater już się skarżyli! Jeśli szybko tego nie uprzątniemy, taras będzie śmierdział całymi dniami, ale ona nie chce przestać ani się przenieść. Nawet nie powtórzę, co mi powiedziała, panie…!
Obserwowałem, jak Ana otwiera muszlę, podważa glut mięczaka i wlewa go do ust z głośnym siorbnięciem, a następnie beztrosko rzuca muszlę za siebie. Choć mój żołądek prawie się uspokoił, na ten widok, podbity duszącym smrodem morskich żyjątek, znów poczułem nieprzyjemne łaskotanie.
Jasna głowa Any poderwała się gwałtownie. Moja zwierzchniczka pociągnęła nosem i z wolna obróciła ku mnie twarz, choć nie mogła niczego zobaczyć przez grubą, czerwoną opaskę, którą miała obwiązane oczy. Jak zwykle zresztą.
– Nareszcie jesteś, Din! – zawołała radośnie.
– Jestem, pani. – Westchnąłem. Odprawiłem chłopaka. Pokonawszy hałdę muszli, które trzeszczały mi pod butami, w końcu dobrnąłem do stolika. – Ale właściciele budynku prosili, żebym…
Podniosła palec.
– Najpierw powiedz, mi, Din, jak daleko jest stąd nad samo morze.
Oceniłem odległość.
– Jakieś kilka staj, pani. Może mniej. Ale dla…
– Mam prośbę. Chciałabym, żebyś zszedł na sam brzeg, najlepiej gdzieś, gdzie nie ma wodorostów, i przyniósł mi wiadro morskiej wody. – Uśmiechnęła się tak szeroko, że kąciki jej ust prawie dotknęły uszu. – Smakuję miasto. Ten region. To morze.
Podrapałem kciukiem brew, czekając na resztę.
– Ach tak, pani.
– Tak! Ostrygi wchłaniają podczas życia wszystko, co mają wokół. Potrafię określić po smaku, skąd pochodzą. – Z wprawą godną nocnego nożownika poruszyła tępym ostrzem, a kolejna muszla otworzyła się, mlaszcząc. Mętny płyn, który wypłynął z mięczaka, ściekł Anie po palcach. – Wystarczy odrobina soli. Gdybyś przyniósł wiadro wody z morza, moglibyśmy ją odparować i otrzymać czystą sól. Ach, cóż by to było, skosztować ciała oceanu doprawionego tym, co z niego pochodzi! To zbyt poetyckie, żeby nie spróbować, prawda?
– Nie sądziłem, pani, że masz tak ogromny apetyt na ostrygi.
– Och, nie jestem głodna, Din. Po prostu chodzi o to, że każda ostryga jest inna. Można wyczuć, z której rafy pochodzą, po jakiej stronie rosły, które prądy je omywały. Są jak muzyka oceanu zaklęta w mięsie. – Przekrzywiła głowę, nasłuchując. – Posłuchaj tylko. Nigdy nie byłam tak blisko morza. Wszędzie wokół mnie świat pulsuje wzorami, a w falach przypływu i odpływu słyszę bicie serca. Czuję powiewy wiatru rozplecione z rozszalałych kłębowisk nad wodami. A teraz smakuję te wody i wszystko, co w nich żyje. – Uśmiechnęła się dziko, po czym oderwała grudkę szarego mięsa od dna muszli. – Zastanawiam się, czy to będzie rzecz najbliższa pod względem smaku do mięsa lewiatana, jakiej uda mi się spróbować. Czy te ostrygi wchłaniają drobiny mocy tych stworów? – Siorbnęła głośno. – Bo słyszałam, że niektóre części ciała tytanów są jadalne, jeśli odpowiednio się je doprawi…
Skrzywiłem się odruchowo. Choć nie znałem natury kognitywnych modyfikacji Any – zawsze była irytująco skryta w tym temacie – moja zwierzchniczka przejawiała skłonność do dostrzegania wzorów przekraczającą granice zwykłej obsesji. Interesowały ją różne tematy: od starożytnej historii, przez murarstwo, po rozkład barwnych cętek w ludzkim oku. Teraz najwyraźniej wzięła się za ostrygi. Ana nieustannie łaknęła nowych, mało znanych informacji, by potem rozkładać je na czynniki pierwsze i analizować. Koncentrowała się na tym tak bardzo, że przeważnie chodziła z zawiązanymi oczyma, twierdząc, że nadmiar bodźców nie pozwala się jej skupić na tym, co ciekawe.
– Czy jesteś gotowa wysłuchać raportu z moich dzisiejszych poczynań? – spytałem głośno.
Odrzuciła pustą skorupę, która wylądowała na jednej ze stert.
– No, no, wydajesz się zniecierpliwiony. Czyżbyś nie miał dzisiaj dobrego dnia?
Skrzywiłem się na myśl o pergaminie spoczywającym w mojej kieszeni. Czułem się tak, jakbym nosił przy sobie ładunek bombardowy z zapalonym lontem.
– Nie. Nie miałem.
– Chcesz powiedzieć, że nie zachwyciła cię sześciodniowa podróż w górę kanału w parnym, dusznym powietrzu, aby popatrzeć sobie na rozkładające się trupy? – zapytała z uśmiechem. – Cóż, nasz dom jest tam, gdzie leżą zwłoki. A atmosfera wokół nich jest trudna bądź delikatna. Ale powinieneś się tu czuć jak u siebie! No więc mów, jak wygląda sytuacja. Jest trudna czy delikatna?
– Powiedziałbym, że jednocześnie taka i taka. Choć w tym momencie wydaje się trudniejsza niż delikatniejsza.
– Naprawdę? – Zmarszczyła brwi. – Czyżbym odczytała niewłaściwe rozkazy? Chodzi o tego skarbistę znalezionego w kanale, tak?
– Tak. Ogólnie. Mniej więcej.
Ściągnęła brwi jeszcze mocniej, aż zaczęły przypominać małe wzgórza.
– Wydawało mi się, że to tylko delikatna sprawa, biorąc pod uwagę, z jakiego jaletu pochodziła ofiara. Ale ty twierdzisz, że jest tu też trudność. Czy masz już jakieś pojęcie na temat tego, w jaki sposób dokonano zbrodni?
– Nie mam najmniejszego – przyznałem. – Na razie wygląda na to, że denat w tajemniczy sposób zniknął z pokoju. Brak motywu, podejrzanego, narzędzia zbrodni. Tylko plama krwi w łóżku, nic więcej.
Skinęła głową, a potem przekrzywiła ją na bok.
– Ha! Może nareszcie trafiło nam się coś ciekawego! Wspaniale! – Otarła usta rękawem i wstała. – Wiesz, Din, nie jesteś wcale taki głupi.
– Dziękuję, pani – odpowiedziałem szczerze uradowany.
– Szybko wyczuwasz ogólny klimat sprawy, nawet jeśli nie dostrzegasz jeszcze całości obrazu. Dopiero gdy nie wiesz, o co chodzi, czuję, że mogę liczyć na jako taką rozrywkę. – Wyciągnęła rękę przed siebie. – Idziemy! Zaprowadź mnie do mojego pokoju, tam spokojnie porozmawiamy. I przekup irytującego, smarkatego portiera. Daj mu tyle, żeby ze śpiewem na ustach posprzątał ten chlew.
***
Zaprowadziłem Anę do jej kwatery, która została przygotowana tak, żeby zaspokoić jej potrzeby: okiennice były szczelnie zamknięte, łóżko stało w najdalszym kącie, a przy nim leżały sterty książek. Pod ścianą znajdowały się instrumenty muzyczne – ubzdurała sobie, że w tę podróż zabierze pitiańską lirę – a na środku żeliwny piecyk i zestaw do parzenia herbaty.
Zamknąłem za nami drzwi. Ana zdjęła opaskę, zamrugała wielkimi, żółtymi oczyma i odgarnęła z czoła białą grzywkę, żeby rozejrzeć się wokół.
– Trochę za duży ten pokój, Din – stwierdziła. – Aklimatyzacja zajmie mi sporo czasu.
– Czy mam zasłonić okna makatami, pani? To zaciemniłoby go jeszcze bardziej.
– Nie, nie, to nie światło jest problemem, tylko rozmiar… Za dużo przestrzeni do patrzenia. Ale jakoś dam radę. – Zatoczyła nierówne kółko i machnęła ręką w stronę piecyka. – Poprosiłam portiera, żeby zdobył mi trochę korzenia yarrowskiego sypkostopa. Ponoć nadaje herbacie niezwykłego aromatu. Możesz zaparzyć mi filiżankę? W międzyczasie wprowadzisz mnie w szczegóły naszej małej kupki części ciała.
