Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kate Hallander jest zwykłą nastolatką. Mieszka z ciotką w Londynie, a czas dzieli na pomiędzy naukę, zabawę i sprawy sercowe. Jednak gdy pewnego dnia otrzymuje od dziwnej czarownicy tajemniczą Księgę Luster, cały jej świat staje na głowie. Jedno źle rzucone zaklęcie otwiera przed dziewczyną drzwi do krainy magii zamieszkanej przez wiedźmy, skrzydlate fery i mówiące jednorożce.
W Jaarze na Kate czekają jednak nie tylko podniebne przejażdżki na ogromnych motylach, nauka czarów czy baśniowe istoty. W magicznym świecie czai się również mrok. Dziewczyna niechcąco wyciągnęła rękę po przedmiot, o który od wieków rywalizują siły światła i mroku. Teraz przyjdzie jej stanąć oko w oko z wrogiem, który nie cofnie się przed niczym. Mając do pomocy jedynie błękitnego towarzysza o motylich skrzydłach i zarozumiałego jednorożca, Kate będzie musiała walczyć o najwyższą stawkę – własne życie.
Jak nastoletnia czarownica poradzi sobie z krwiożerczymi demonami? Czy zdoła stawić czoła okrutnej nimfie? I jak do tego ma się nowo poznany przystojny chłopak, od którego wszystko się zaczęło? Otwórz Księgę Luster, a poznasz odpowiedzi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 294
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
ADAM FABER
Autor powieści dla młodzieży oraz dorosłych. Znany z bestsellerowej serii Kroniki Jaaru. Miłośnik kotów, natury i magii. Tworzy również jako A. Gardaś.
Jeśli chcesz do mnie napisać, gorąco do tego zachęcam! Możesz to zrobić tutaj:
adamfaber.plhttps://www.instagram.com/adam_faber.ag
https://www.facebook.com/adam.faber.ag
Dla Niej
astral (plan astralny) – inaczej rzeczywistość gwiazd. Świat istniejący w umyśle, lecz w pełni prawdziwy. Jest podobny do fizycznego, ale o wiele łatwiej kształtować go za pomocą myśli i magii. Każde miejsce fizyczne ma swój wymiar astralny, a każda fizyczna istota, np. człowiek, posiada astralne ciało.
athame [czyt. atame lub atejmi] – sztylet służący do przesyłania energii magicznej; najważniejsze narzędzie wiedźm.
Echo – magiczna zdolność do porozumiewania się w myślach.
eksterioryzacja – umiejętność przejścia do ciała astralnego i przenoszenia go z miejsca w miejsce.
Elphame – jedna z krain zasiedlanych przez fery. Zamieszkujące ją istoty są przyjazne i chętne do nauczania ludzi czarów.
fer – ang. fairy. Istota niskiego wzrostu, niemal bliźniaczo podobna do ludzkiej, jednak ze zdecydowanie większym wachlarzem odcieni ciała oraz z motylimi lub pszczelimi skrzydłami. Fery dysponują mocą potężniejszą od większości wiedźm. Czasami łączą się z czarownicami w magiczne pary, w których fer pełni funkcję nauczyciela czarów.
Jaar – świat magiczny istniejący równolegle do ludzkiego, zamieszkany m.in. przez fery, nimfy, jednorożce, demony itd. Mogą przenosić się do niego czarownice, a czasem także dzieci, marzyciele lub osoby uważane przez ludzi za „odstające od innych”.
karkadann – miejsce zamieszkania jednorożców, a także nazwa ich grupy/plemienia.
kowen – grupa wspólnie praktykujących wiedźm.
Las Wielu – rozległy las w Jaarze oddzielający od siebie krainy zamieszkane przez różne istoty.
likantus – półwilcza, półludzka istota, mogąca również przybierać postać czysto zwierzęcą.
namhajd – niebezpieczna istota, wróg czarownic i ludzi. Namhajdem może stać się przedstawiciel każdego gatunku, np. strzyga, likantus, demon itd.
nieprzynależący – osoba niewiedząca o istnieniu magii i nieuprawiająca jej.
pentakl – jedno z narzędzi wiedźm i magów, okrągły dysk z wyrysowanymi symbolami magicznymi.
Społeczność – organizacja dbająca o to, by świat magiczny pozostawał w ukryciu przed nieprzynależącymi.
Wzrok – umiejętność widzenia rzeczy na odległość.
Yrendall – polana otoczona Lasem Wielu, w której znajdują się przejścia prowadzące do krain poszczególnych gatunków. Wkroczenie w jedno z takich przejść gwarantuje bezpieczną drogę prowadzącą do danej krainy.
POŁĄCZENIE
Jonathan
To nie był najlepszy poranek dla Kate Hallander. Obudziła się zmęczona i połamana, z wrażeniem, jakby w ciągu nocy przebiegła maraton, a w dodatku gdy tylko zwlekła się z łóżka i spojrzała w lustro, z przerażeniem odkryła na twarzy kolejny pieprzyk. Zaczęła szybko je liczyć, co robiła już od wielu lat przynajmniej raz w tygodniu.
– Piętnaście – mruknęła pod nosem. To przypominało jej o zbliżających się urodzinach, bo z jakiegoś niewytłumaczalnego i zupełnie bezsensownego powodu każdego roku na krótko przed nimi na jej twarz wskakiwała nowa plamka.
Przerażona tym, jak będzie wyglądać w podeszłym wieku, po trzydziestce, i wiedziona myślami o śniadaniu, zaczęła powoli schodzić na dół. Na przemian trzymała się poręczy lub przecierała oczy, przez co kilka razy omal się nie potknęła. Ciotka Hillena siedziała już w kuchni, z twarzą zakrytą wielką gazetą. Wokół unosił się aromat kawy.
Kate wymamrotała „Cześć”, na które zdawali się odpowiadać premier i aktorka uśmiechający się z okładki. Nie odwzajemniła tych uśmiechów – nie zebrała w sobie jeszcze dość dobrego samopoczucia, żeby móc się nim dzielić. Na domiar złego ledwo otworzyła lodówkę, okazało się, że cała ta wędrówka z pokoju do kuchni była zupełnie bezcelowa.
– Nie ma jogurtu! – zawołała, co ciotka miała zrozumieć jako: „Trzy razy przypominałam ci, żebyś kupiła mi jogurt, a ty i tak zapomniałaś!”.
Hillena Hallander jak nikt rozumiała podteksty, więc już po chwili zza gazety dobiegł jej głos:
– Nie mieli takiego, jaki chciałaś. Weź coś innego.
– Co na przykład? – rzuciła Kate.
– Zrób sobie jajecznicę, tosty, kanapki, płatki albo sałatkę owocową – zaczęła wyliczać ciotka.
Niestety żadna z tych możliwości nie była równie zachęcająca co jogurt kokosowy.
Kate nalała sobie więc tylko szklankę wody i trzymając ją w dłoniach jak gorącą czekoladę, usiadła naprzeciwko ciotki. Utkwiła wzrok w gazecie i zaczęła głośno siorbać, a kiedy okazało się, że nie przyciągnie tym żadnej uwagi, kilka razy ostentacyjnie westchnęła. Dopiero wtedy, nadal nie wychylając nosa zza gazety, pani Hallander spytała:
– Coś się stało? – Nie było w tym szczególnego zainteresowania.
Kate, nie robiąc sobie nic z tego, że ciotka wcale jej nie widzi, tylko wzruszyła ramionami.
– Nie mogłaś zasnąć? – Pani Hallander zmieniła nieco ton.
– Zasnęłam – odpowiedziała Kate – ale może to był właśnie mój błąd.
Gazeta zaszeleściła i ciotka natychmiast odłożyła ją na stół. Róg strony tytułowej zanurzył się w kawie, a pani Hallander zdecydowanym ruchem ręki odgarnęła z czoła kilka jasnych włosów i utkwiła spojrzenie w bratanicy. Jej oczy jakby się powiększyły.
Zanim Kate poznała ciotkę osobiście, wiedziała o niej tylko tyle, że jest siostrą jej ojca i nosi to śmieszne imię. No i że jest wykładowczynią na uniwersytecie. Ta ostatnia sprawa niepokoiła ją nawet bardziej niż imię ciotki. W końcu ludzie rzadko sami sobie wybierają, jak się będą nazywać, ale jeśli ktoś studiuje aż do uzyskania tytułu doktora, to chyba musi być z nim coś nie tak. Bez względu na obawy dziewczyny rodzice stwierdzili jednak, że najlepiej będzie, jeśli szkołę ukończy w Londynie, właśnie pod okiem ciotki. Biorąc pod uwagę, że akurat się rozwodzili i była to jedna z ich nielicznych jednomyślnych decyzji, dziewczyna musiała się zgodzić.
Ciotka na szczęście nie okazała się taka zła. Należała wprawdzie do osób, które, gdy mówią „Tak” lub „Nie”, nigdy nie dodają żadnych „ale” (no chyba że te z gatunku „aczkolwiek”) i czasem do przesady interesowała się stopniami bratanicy, poza tym jednak była całkiem w porządku. No i mieszkała w naprawdę dużym domu – takim, w którym ma się mnóstwo prywatności. Kate miała do dyspozycji praktycznie całe piętro.
Znajdowały się tu jednak pokoje, do których nie wolno było jej wchodzić. Wstęp wzbroniony miała zwłaszcza do dziwnego czegoś, co stało na strychu i wyglądało jak wielka przymierzalnia, tyle że otoczona murem i z drzwiami zamiast zasłony. Ta nietypowa konstrukcja tak bardzo nie przystawała do reszty domu, że Kate nazywała ją czasem Trzecim Piętrem. Nigdy jednak nie poczuła nawet najmniejszej ochoty, żeby tam wejść. Niby co ciotka mogła tam mieć? Laboratorium chemiczne? Jeśli tak, to nie było chyba niczego, co mogłoby interesować ją mniej.
Teraz pani Hallander patrzyła na nią takim wzrokiem, jakby zamierzała rozłożyć ją na atomy. Co gorsza, pewnie potrafiłaby to zrobić.
– Miałaś złe sny? – spytała.
Było to ostatnie pytanie, jakiego Kate spodziewała się po kimś, kto wykłada nauki ścisłe.
– Nie wiem – przyznała z zakłopotaniem. – Chyba po prostu źle spałam, ale nie pamiętam żadnych snów.
Pani Hallander nie starała się nawet ukryć zawiedzionej miny.
– Szkoda. – Zakryła twarz gazetą. Po chwili znów dobiegł zza niej jej głos: – Jeśli chcesz, żebym cię dziś podwiozła, masz piętnaście minut na przebranie się.
Ponieważ Kate dobrze wiedziała, jak dosłowne jest „piętnaście minut” w słowniku ciotki Hilleny, natychmiast zerwała się od stołu i pobiegła na górę. Musiała skorzystać z propozycji. Nie było szans, że zdąży na autobus, a jej wychowawczyni, pani Blackout, na pewno nie przeszłaby obojętnie wobec kolejnego spóźnienia.
Wygrzebała z szafy ubrania, spakowała się i zarzuciła torbę na ramię. Kiedy zbiegła na dół, ciotki nie było już w domu. Czekała w samochodzie.
– Pasy. – To było pierwsze, co powiedziała, jeszcze zanim jej bratanica zdążyła dobrze usadowić się w fotelu. – Wzięłaś wszystko?
Dziewczyna potaknęła w odpowiedzi i nim wyruszyły, przejrzała się w lusterku. Nie poprawiła sobie tym humoru. Lekki makijaż, na który miała tylko trzy minuty, mniej więcej doprowadził jej zmęczoną twarz do porządku. Za to z włosami nie mogła nic zrobić. I tak zawsze były strasznie cienkie, a dziś przypominały pajęcze nici. Z daleka musiały wyglądać na zupełnie białe, co oznaczało, że znowu będzie trzeba przekonywać wszystkich, że są blond, „naprawdę blond!”. Pod bluzkę Kate włożyła naszyjnik, który dostała od ojca tak dawno temu, że sama już tego nie pamiętała. Zwykle chowała go pod ubraniem, bo niezbyt się jej podobał – był biały, w kształcie łezki, z czarną kropką namalowaną na środku.
Widząc, jak bratanica poprawia fryzurę, ciotka z dezaprobatą pokręciła głową. Sama nie musiała niczego poprawiać. Miała dokładnie takie włosy, o jakich Kate zawsze marzyła – grube i o wyrazistym kolorze.
Dzień był upalny. Pani Hallander założyła na nos okulary przeciwsłoneczne i odpaliła samochód. Nie ulegało wątpliwości, że miała zły humor. Kate zerkała na nią co pewien czas, starając się odgadnąć powód. Kobieta udawała, że nie dostrzega tych spojrzeń, a wszystkie pytania bratanicy zbywała tylko niewyraźnymi odpowiedziami lub westchnieniami. Zwykle nie zachowywała się w ten sposób i dopytywała przynajmniej o stopnie i lekcje.
Kate nudziła się tak bardzo, że zaczęła liczyć słupki i znaki drogowe, które mijały po drodze. Wkrótce jednak i ta rozrywka się skończyła, bo Kate i ciotka wjechały do centrum. I właśnie tam temat do rozmowy o czymś innym niż pogoda i szkoła wyłonił się sam.
– Ten sklep… – Dziewczyna spojrzała w kierunku niewielkiego budynku ze szklaną gablotą. Kilka dni temu stała przed nim, bo jej uwagę zwrócił wyjątkowo ładny szmaragd. Gdy się w niego wpatrywała, po drugiej stronie mignęła jej twarz długowłosej ekspedientki.
– Sklep? – spytała ciotka.
Było więcej niż „wiele” sklepów, więc mogła pomyśleć, że Kate chodzi o kozaki, którymi męczyła ją już od tygodnia, czego pani Hallander wręcz nie znosiła („Zima dopiero za pół roku!”, „Wszyscy, którzy wmawiają młodym dziewczynom, że w lecie paraduje się w takich buciorach, chcą zarobić pieniądze na waszej naiwności!”).
– Ten sklep, w którym pracuje twoja znajoma – poprawiła się Kate. – Co tam właściwie jest?
Wiedziała, że ciotka zna ekspedientkę. Już kilka razy widziała, jak do siebie machały. Zastanawiało ją to, bo tamta kobieta nie wyglądała na kogoś, z kim mogłaby przyjaźnić się pani Hallander. Nosiła dziwaczne długie suknie, a na jej szyi i rękach połyskiwała cała masa wisiorków, bransoletek i pierścionków. Do tej pory Kate o nią nie pytała, bo ciotka zawsze była tajemnicza w sprawach prywatnych. Teraz zresztą też mruknęła wymijająco:
– Różne rzeczy… Pamiątki – dodała, domyślając się chyba, że pierwsza odpowiedź nie jest zadowalająca.
Ale druga też nie była. Zwłaszcza że Kate nigdy nie dostrzegła na wystawie tamtego sklepu żadnych miniflag ani statuetek Big Bena, a niby jakie pamiątki można znaleźć w sercu Londynu?
– Ostatnio widziałam tam bardzo ładny kamień – ciągnęła niezrażona odpowiedzią ciotki.
To był błąd. Nagle pani Hallander zmieniła bieg tak gwałtownie, że Kate od razu przypomniała sobie, czemu służą pasy. Mało brakło, a zamiast siedzieć w fotelu, przykleiłaby się do przedniej szyby.
– Co ty… – zaczęła.
– Byłaś tam? – W głosie kobiety pobrzmiewały strach i wyrzut. Rzuciła Kate krótkie spojrzenie, po którym szybko z powrotem utkwiła wzrok w drodze. Próbowała ukryć zdenerwowanie, ale jej ręce mocniej zacisnęły się na kierownicy.
– Nie. – Kate spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami. – Kamień był w gablotce.
Zdawało się, że te słowa trochę uspokoiły ciotkę. Przez chwilę nic nie mówiła. Wyglądała, jakby starała się zebrać w sobie, po czym z wyraźnie udawanym spokojem powiedziała:
– Nie chodź tam. W tym sklepie nie ma nic, co mogłoby cię zainteresować.
Kate podejrzliwie zmrużyła oczy. Chciała jeszcze o coś zapytać, ale ciotka zaparkowała już samochód na szkolnym podjeździe.
– Czy dobrze mi się wydaje, że widzę tam Mel? – spytała, wskazując przed siebie ruchem głowy.
Kate spojrzała w tamtym kierunku. Pierwsze, co zobaczyła, to była burza rudych loków, a kolejne – sylwetka Mel, która zdawała się stanowić dla nich jedynie tło.
– Pewnie cię szuka – pani Hallander skutecznie uciszyła bratanicę, zanim ta zdążyła się odezwać. – Powinnaś się pospieszyć.
Kate zawahała się, ale ostatecznie otworzyła drzwi samochodu. Nim jednak wysiadła, ponownie zwróciła się do ciotki, używając takiego tonu, jakby pytała, co będą jeść na kolację.
– Jeśli chodzi o ten sklep, to… – Chciała dokończyć słowami: „jeszcze o tym pogadamy”, ale ciotka miała własny pomysł na to zdanie.
– …to nie ma w nim nic ciekawego – oznajmiła i surowym tonem dodała: – Zajęcia…
Jedyną formą sprzeciwu, jaka została dziewczynie, było prychnięcie, więc postarała się włożyć w nie tyle emocji, ile tylko była w stanie. Potem zatrzasnęła drzwi samochodu, a ciotka skinęła jej na do widzenia i odjechała. Kate patrzyła za nią jeszcze przez pewien czas.
Dlaczego niby nie miała pójść do tamtego sklepu? Dopiero teraz zrobiła się go naprawdę ciekawa.
Fryzura Mel była dziś wyjątkowo rozpraszająca. Włosy wyglądały tak, jakby ich właścicielce udało się zwiększyć ich objętość ze trzy razy. Zdawało się, że dziewczyna urosła od wczoraj przynajmniej o dziesięć centymetrów. Jej rude loki wylewały się z każdej strony głowy. Kate tak uporczywie się w nie wpatrywała, że omal nie potknęła się o próg, gdy wchodziły do szkoły.
Mel to zauważyła.
– Mogłabyś chociaż udawać, że ci się podoba i że to jest teraz modne – mruknęła. – Zwłaszcza kiedy inni patrzą.
Wzroku pozostałych uczniów rzeczywiście nie dało się uniknąć. Nawet osoby o najpowściągliwszych minach nie były w stanie ukryć zdziwienia, gdy przechodziły obok nich włosy Mel. Na szczęście dla niej samej nie wszystkim udało się dostrzec, kto chowa się za tą fryzurą.
– Nie rozumiem – przyznała Kate.
I wcale nie chodziło o to, co mówiła Mel. Wielu rzeczy w zachowaniu Mel nie pojmowała. Zdążyła się już właściwie do tego przyzwyczaić. Jak jednak można było zrobić sobie coś takiego i jeszcze pokazać się w tym w szkole? Tego właśnie nie rozumiała ani trochę, mimo że przyjaźniły się już od miesięcy.
– Zerwałam z Brandonem – oznajmiła Mel.
Nie było w tym ani radości, ani smutku. No i niczego to nie wyjaśniało.
Oczywiście wiadomość o zerwaniu z Brandonem była zaskakująca. On i Mel byli dobrze dobraną parą. Poza tym on był zawodnikiem szkolnej drużyny piłki nożnej i grał na gitarze.
– Jak to się ma do twoich włosów? – chciała wiedzieć Kate.
– Och, to akurat oczywiste! – Mel rozłożyła ręce. – Zaczęłam nowe życie, a wiadomo, że ciało, duch i umysł są ze sobą połączone. Jeśli podziałasz na jedno, reszta odpowie. Postanowiłam w takim razie zmienić trochę fryzurę.
– Trochę… – Kate prychnęła cicho pod nosem, mając nadzieję, że Mel tego nie usłyszy.
Ale usłyszała.
– Nie przerywaj mi, Hallander! – zagrzmiała. – To przecież nie moja wina, że tak wyszło, prawda? – dodała prawie przepraszającym tonem. – Matka poleciła mi jakiś szampon. „Weź go sobie, mnie pomógł, gdy rozstałam się z twoim ojcem” – przedrzeźniła panią Gibbons.
Kilka osób znów spojrzało w ich stronę, kiedy zatrzymała się nagle i zawołała „No i co!?”, roztrzepując dłońmi loki. Wyglądała, jakby była o krok od płaczu.
– Skąd miałam wiedzieć, że jego termin ważności minął dziesięć lat temu? – spytała.
Kate uznała, że napomknięcie o czytaniu etykiet byłoby bezduszne. Poklepała więc tylko Mel po plecach i poszły dalej korytarzem. Po drodze przyjaciółka tłumaczyła, dlaczego zerwała z Brandonem.
– Szczerze mówiąc, to już od dawna czułam, że nasza relacja idzie w złym kierunku. Sprawdziłam to numerologicznie… i wiesz co? On jest siódemką, a ja ósemką. Czytałam, że to nienajlepsze połączenie. Zresztą właściwie to coś jest w tych dwóch liczbach… jak się na nie patrzy, to one nie bardzo do siebie pasują.
– To zależy, jak na nie patrzeć. A poza tym po co w ogóle zajmować się takimi bzdurami? Bez obrazy, ale to głupie, żeby zrywać z chłopakiem tylko z powodu astrologii… czy tam numerologii.
– Mówisz tak, bo sama nigdy nie miałaś żadnego chłopaka.
Kate posłała Mel nienawistne spojrzenie.
– No, dobrze, dobrze – Mel się speszyła – ale ja i tak uważam, że uwarunkowania astrologiczne…
Zanim Kate dowiedziała się, o co chodzi z uwarunkowaniami astrologicznymi, ktoś gwałtownie wyszedł z łazienki. Drzwi z hukiem uderzyły jej przyjaciółkę w twarz, powalając ją na podłogę tak szybko, że nie zdążyła nawet krzyknąć.
– O Boże, Mel! – Kate pochyliła się nad nią.
Ku jej przerażeniu przyjaciółka na początku wcale się nie ruszała. Dopiero po chwili otworzyła oczy i spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem.
– Nic jej nie będzie. – Za ich plecami odezwał się męski głos. – Oddycha, mruga. Zresztą to coś, co ma na głowie, powinno było zamortyzować upadek.
Kate się odwróciła. Już otwierała usta, żeby zwymyślać tego, kto to powiedział, ale gdy tylko go zobaczyła, coś jakby ją sparaliżowało.
Stał przed nią wysoki, szczupły chłopak. Wyglądał na trochę starszego. Ciemnobrązowe włosy opadały mu lekko na twarz, sięgając szyi pokrytej ledwo kiełkującym zarostem. Zimnymi, brązowymi oczami spoglądał na Mel. Kiedy przeniósł wzrok na Kate, źrenice nagle mu się powiększyły, a spojrzenie zmieniło. Wydawał się czymś zaskoczony. Przez ułamek sekundy dziewczynie zdawało się, że wszystko ucichło i stanęło w miejscu.
Dlaczego nie potrafiła nic powiedzieć? Chłopak był całkiem przystojny, ale co z tego? Widziała już wielu przystojniejszych, a jednak nie czuła się przy nich aż tak obezwładniona. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek wcześniej się spotkali, choć jednocześnie zdawało się jej, że skądś go zna.
Jakiekolwiek były przyczyny tego stanu, musiały chyba pozostać zagadką, bo po chwili przerwały go słowa Mel, już całkiem przytomnej. I wściekłej.
– Uważaj, jak chodzisz, ty kretynie! – zawołała i zaczęła zbierać się z podłogi, opierając się na ramieniu Kate.
Chłopak nie odpowiedział natychmiast. Włożył ręce do kieszeni i przez chwilę przyglądał się Mel, udając, że szuka jej twarzy.
– Następnym razem noś tę futrzaną czapkę z tyłu głowy, bo ci zasłania oczy.
Ta otworzyła szeroko usta. Zdawało się, że zaraz rzuci się na chłopaka. On chyba to przeczuwał, bo zaśmiał się drwiąco, spojrzał jeszcze raz na Kate i odwróciwszy się na pięcie, szybko poszedł dalej korytarzem.
– Widziałaś kiedyś podobne chamstwo? – wykrztusiła Mel.
Całe jej czoło pokrywał czerwony ślad po uderzeniu. Kate uznała, że lepiej na razie jej o tym nie mówić.
– Nie. – Spojrzała na zegar wiszący nad portretem pierwszego dyrektora szkoły. – Ale widzę, że jesteśmy już spóźnione na sprawdzanie obecności. Oby Sanders się nie zorientował.
Korytarz był zupełnie pusty, kiedy rzuciły się w kierunku klasy. Zdyszane przystanęły na chwilę, żeby poprawić włosy. W przypadku Mel okazało się to wciąż niemożliwe. Kate nacisnęła klamkę. Z sali od razu dobiegł je głos nauczyciela.
– Hallander?
– Tak? – Spojrzała na niego niepewnie.
Pan Sanders siedział przy biurku z nosem utkwionym w liście obecności. Przysunął głowę tak blisko dziennika, że prawie dotykał go swoimi wielkimi okularami. Był niskim, chudym staruszkiem. Wyglądał na tak wątłego, że chyba z trudem przychodziło mu nawet noszenie tych okularów.
– Eee… obecna! – dodała szybko Kate z nadzieją, że nie zauważył jej spóźnienia. Potem po cichu zajęła miejsce, słysząc za sobą Mel szepczącą: „Szczęściara”. Ona sama spóźniła się tylko o jedną literę.
Zbliżyła się do nauczyciela, który – wbrew swojemu zwyczajowi – oderwał nos od dziennika i mrużąc oczy, starał się odgadnąć, kto przed nim stanął. W klasie rozległy się szepty i nawet siedzący zawsze w pierwszej ławce Dean i Nathan, zwykle zajęci bardziej sobą niż tym, co się działo na lekcjach, patrzyli na dziewczynę. Ona udawała natomiast, że wszystko jest w porządku, i w ogóle nie zwracała na to uwagi. Wytłumaczyła panu Sandersowi, że spóźniła się, ponieważ zaatakowano ją na korytarzu.
Zaraz po zajęciu miejsca obok Kate, Mel podparła brodę i zaczęła wpatrywać się w tablicę z zagniewaną miną. Pan Sanders tymczasem dotarł do końca listy i ciężko westchnął, roztaczając w klasie rozgoryczenie.
– Czego to ja chciałem? – spytał zmęczonym głosem.
Z ostatniej ławki, znajdującej się w najciemniejszej części sali, dobył się krótki kaszel. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku, ale tylko Mel i Kate otworzyły usta ze zdumienia. Z krzesła wstał wysoki chłopak, a jego sylwetka wyglądała na jeszcze smuklejszą niż przedtem. To był ten chłopak…
– Och, no tak – powiedział pan Sanders. – Macie w klasie nowego kolegę. Nazywa się… eeh… – Zaczął szukać nazwiska ucznia w dzienniku. – Jonathan… – Jeszcze bardziej przybliżył twarz do kartki. – Charmling… Tak?
Chłopak jedynie pokiwał głową. Na prośbę nauczyciela wyszedł na środek klasy i przedstawił się ponownie, dodając przed imieniem i nazwiskiem jedynie beznamiętne: „Cześć”. Wracając do ławki, ponownie spojrzał na Kate, lekko się uśmiechnął, a ona znów dziwnie się poczuła. Do rzeczywistości przywrócił ją dźwięk długopisu szurającego o kartkę z taką siłą, że zdawało się, że zaraz ją rozerwie. Mel zapisywała coś wściekle, a gdy skończyła, podsunęła liścik pod nos przyjaciółki
Dlaczego tylko ja mam takiego pecha!!!???
Kate zaczęła odpisywać, ale ledwo zapisała imię Mel, nauczyciel skupił na niej wzrok. Włożyła kartkę do kieszeni. Chciała poprosić przyjaciółkę, żeby dała już spokój tej sprawie, ale gdy tylko na nią spojrzała, uznała, że to się nie uda. Teraz cała twarz Mel była czerwona.
– Wiesz, myślę, że… – zaczęła Kate i kiedy zastanawiała się, co właściwie powiedzieć, pomysł wpadł jej do głowy sam. – Może pójdziesz ze mną po zajęciach do sklepu? – spytała.
– Jakiego sklepu?
– No, to właśnie muszę sprawdzić.
Mel zmarszczyła czoło, tylko po to, żeby po chwili syknąć z bólu.
– Dobra, ale jego i tak dopadnę. – Wskazała głową na Jonathana i zacisnęła pięści.
Kate spojrzała na jej dłonie. Dziewczyna ścisnęła długopis w obu rękach i zaczęła napierać na niego palcami, aż pękł.
Złota łania
Dom przypominał pobojowisko. Tkaniny, które Badb przez ostatnie tygodnie dziergała z takim oddaniem, leżały pod paleniskiem. Część z nich zajęła się ogniem. Inne były porozrywane. Zioła wysypały się z popękanych naczyń, a wielki kocioł, wiszący przedtem nad płomieniami, przewrócił się do góry dnem. Wszędzie walały się kawałki drewna i magiczne narzędzia. Najgorsze było jednak to, że prawie wszyscy patrzyli na Fiona, jakby doprowadził do tego wszystkiego umyślnie.
– Pewnego dnia pozbawisz nas wszystkich dachu nad głową! – zagrzmiał w stronę syna Harold, przerywając na moment szorowanie podłogi.
Co jakiś czas odrywał się od pracy, żeby wykrzyczeć coś nowego. Guziki jego cytrynowej tuniki rozpięły się i wysunął się zza niej połyskujący amulet, który obracał się teraz przy każdym jego ruchu.
– Dachu nad głową. – Fion z prychnięciem zamachał błękitnymi motylimi skrzydłami. – Zupełnie jakbyśmy go kiedykolwiek mieli.
Sądził, że powiedział właśnie dobry żart. W końcu trudno o dach, kiedy mieszka się na gigantycznym kwiatku. Wielkie kwiaty mieszkalne idealnie im jednak pasowały, skoro byli fruwającymi ferami.
Policzki ojca pokryły się czerwienią, co w połączeniu z pomarańczową skórą nadawało mu komiczny wygląd. Wściekły wziął się znów do sprzątania.
– Uważaj, bo uszkodzisz płatki – ostrzegła go Badb.
W czarnym stroju i z cienkimi, przezroczystymi skrzydłami przypominała pszczołę. Lawirowała właśnie między porozrzucanymi fiolkami. Te, które się nie rozbiły, kładła na okrągłym stole. Paliło się tam już kilka grubych świec, jedynych przedmiotów, których najwyraźniej nie uszkodziła katastrofa.
Badb starała się nie okazywać Fionowi złości i nie wzbudzać w nim wyrzutów sumienia. Ale co innego miała robić? Była w końcu jego matką, a przy okazji jedyną osobą, która się na niego teraz nie boczyła.
Najgorsza była oczywiście Fione. Nie musiała nawet niczego mówić ani patrzeć w specjalny sposób; każdy ruch jej bladoróżowych rąk i fiołkowych skrzydeł, każde westchnienie były wyrazem triumfu nad bratem. Strata ukochanych kryształów musiała być dla niej niczym wobec satysfakcji, że jej brat znowu zrobił z siebie głupka.
Tak, Fion czuł się teraz jak głupek. Dlatego składając porozrzucane materiały w kostkę i kładąc je przy kąciku Badb, starał się unikać patrzenia na resztę. Nie chciał doprowadzić do tego wszystkiego. Jedyne, czego pragnął, to wejść wreszcie na wyższy poziom magiczny. Jako fer, był przecież istotą związaną z magią najsilniej spośród wszystkich. Czuł, że w pojedynkę nie zajdzie już dalej. Potrzebował więc czarownicy. Bez wiedźmy stał w miejscu – na co jeszcze miał czekać?
Tak więc nad ranem wrzucił tych kilka ziół do kotła, wypowiedział zaklęcie, a potem… Cóż, stało się, co się stało. Czar nie zadziałał, składniki wybuchły i prawie zamieniły ich kwiat mieszkalny, ferzy dom, w ruinę.
Nie był to pierwszy raz, gdy jego nieskuteczne czary doprowadziły do takich efektów. Trudno było więc się dziwić, że ojciec nie wytrzymał. Z drugiej strony on wciąż miał do niego o coś pretensje. Czasami Fionowi zdawało się, że wolałby, gdyby się wyprowadził.
– Mamo? – Głos siostry, przywodzący na myśl pięcioletnie dziecko, przerwał jego rozmyślania.
– Tak, kochanie? – odezwała się Badb.
Jej opiekuńczy ton denerwował Fiona. Wszyscy w rodzinie traktowali Fione zbyt ulgowo jak na jej wiek. Ich wiek – byli w końcu bliźniętami. Ale jemu nikt nigdy nie pobłażał.
– Nie mogę znaleźć mojej ulubionej różdżki – obwieściła melodyjnie. – Tej z różowym ametystem. Mam nadzieję, że się nie złamała… – Kątem oka spojrzała na Fiona, który zmrużył oczy i natychmiast się odwrócił. Przeklął pod nosem i zaczął składać delikatną pościel tak szybko, że omal jej nie rozerwał.
Badb i Fione zabrały się do szukania różdżki wśród porozrzucanych narzędzi. Fione przypatrywała się dokładnie każdemu kawałkowi drewna, który wpadł jej w ręce. Gdy tylko odrzucała któryś z nich, głośno wzdychała.
– Mogłabyś się wreszcie przymknąć!? – warknął jej brat, mnąc w dłoni cienki materiał.
– Fion! – zawołała Badb, nie wiadomo, czy bardziej oburzona jego słowami, czy tym, co robił z jej narzutą.
– No co!? Ona bez przerwy wynajduje jakieś problemy!
Harold wstał z podłogi i rzucił ścierkę na stół z takim impetem, że omal nie rozbił stojącego na nim kryształowego konia.
– Gdy mieszka się z tobą w jednym domu, wcale nie trzeba wynajdywać sobie problemów! – krzyknął, opluwając własną szatę. – Ani w Jaarze, ani w świecie ludzi nie ma nikogo równie bezmyślnego!
– Uspokój się – ostrzegła Badb.
Fion otworzył szerzej usta. Tkanina, którą ściskał, wypadła mu z rąk.
– Od kiedy w tym domu magię uważa się za kłopot? – spytał. – Może zanim zaczniesz krytykować moje zaklęcia, powinieneś czegoś mnie nauczyć?
– Uczyłbym cię magii – syknął Harold – gdybym nie obawiał się, że przez swoje lekceważące podejście zdeprawujesz całą powierzoną ci wiedzę. Pamiętasz, jak jednym zaklęciem zniszczyłeś całą kolekcję moich najdroższych ziół? Albo jak wypuściłeś z zaklętej pozytywki złośliwe chochliki, chociaż ze sto razy kazałem ci tam nie zaglądać!
Badb bez słów próbowała powstrzymać męża przed dalszą wyliczanką.
– Nie traktujesz mnie poważnie! – Fion zacisnął pięści, niebieskie jak letnie niebo.
– Ciebie nie da się traktować poważnie! A magia to poważna sprawa! Święta! Ty w ogóle nie powinieneś mieć do niej dostępu!
Fion aż nie wierzył w to, co słyszy. Badb skierowała na niego spojrzenie, jakby w obawie, że i on zaraz zacznie wypominać ojcu uchybienia. Młody fer pokręcił jednak głową.
– Żałuję, że nadal tu z tobą mieszkam – wypalił tylko.
Powietrze zrobiło się gęste. Fion i Harold patrzyli sobie w oczy i zdawało się, że żaden z nich nie dostrzega niczego poza wzrokiem tego drugiego. Potem Fion podszedł do włóczni zostawionych tu przez jego kuzyna, Murugana.
– Co chcesz zrobić!? – przeraziła się Badb.
Ojciec śledził go uważnie, jakby się bał, że syn zaraz go ugodzi.
– Co chcesz zrobić!?
– Iść stąd i już nigdy więcej nie wrócić – odparł Fion, dobierając najmniejszą włócznię, odpowiednią do swojego wzrostu.
– Co ty wyprawiasz!? Dokąd chcesz pójść!? – Badb stanęła przed synem i złapała go za ramię.
Nie patrząc matce w oczy, Fion uwolnił się z jej uścisku. Rozłożył skrzydła do lotu i wzbił się w powietrze.
Leciał tak szybko, że gdy Badb zawołała za nim po raz trzeci, zdawało mu się, że jej głos utonął w przestworzach. Omal nie wpadł na kilka innych lecących ferów. Te obracały się za nim zdumione, gdy nie odpowiedział nawet na zwykłe powitanie. Wylądował dopiero wtedy, gdy zaczęły gęstnieć przed nim konary drzew Lasu Wielu oddzielającego Elphame, krainę ferów, od innych.
Dotknął stopami wilgotnej gleby. Było jeszcze wcześnie i słońce nie zdążyło ogrzać ziemi osłoniętej kotarą liści. Zaczął iść przed siebie, czując, jak emocje przejmują nad nim coraz większą kontrolę. Mógł jedynie się im poddać i pozwolić, by popychały go do przodu, wmawiając ciału, że wcale nie jest zmęczone. Słowa ojca krążyły mu w żyłach, przechodząc z głowy do serca i z powrotem.
Jak on śmiał tak się do niego zwrócić!? Jak śmiał zarzucać mu, że ma lekceważące podejście do magii!?
Kłócił się z ojcem średnio pięć razy w tygodniu. Jednak nigdy jeszcze, aż do teraz, nie usłyszał od niego czegoś podobnego. Czasem miał jedynie mgliste przeczucie, że Harold właśnie tak go widzi. Wierzył też w usprawiedliwienia matki, która zawsze sądziła, że ojciec mówi więcej, niż naprawdę myśli. Ale dziś nie mógł wytrzymać – musiał się wyprowadzić.
– Szumnie powiedziane – zaśmiał się sam z siebie.
Wyprowadzka nie była najlepszym określeniem na to, co zrobił, skoro zabrał ze sobą jedynie włócznię.
Szedł dalej, ale wysiłek wcale nie zmniejszył jego zdenerwowania. Stłumił za to zmysł orientacji i teraz, przedzierając się przez coraz wyższą trawę, Fion nie miał pojęcia, gdzie właściwie jest. Przestał intensywnie odczuwać zapach Elphame, który przyciągał do krainy wszystkich jej mieszkańców. Oczywiście nadal mógł wrócić. Fery zawsze wiedzą, jak trafić do domu. Wolał jednak zamieszkać w lesie, narażając się na ataki jednorożców i dzikich zwierząt, niż musieć znów codziennie oglądać ojca.
Po kolejnych piętnastu minutach wędrówki i walki z roślinami rozbolały go stopy. Zatrzymał się i dopiero wtedy usłyszał własny ciężki oddech. Przykucnął. Chciało mu się pić, a z czoła lał się pot. Otarł je ręką, odpoczął przez chwilę, po czym wstał i rozejrzał się dokoła. Zastanawiał się, czy zdoła przywołać w pamięci obraz miejsca, w którym się właśnie znalazł.
Niestety ocena tego okazała się trudniejsza, niż sądził. Wysoka trawa i gęste paprocie skutecznie przysłaniały widok. To go jednak nie martwiło, póki miał sprawne skrzydła. Mógł zawsze unieść się w powietrze. Niestety teraz był na to zbyt zmęczony.
– Woda – powiedział sam do siebie.
Zamknął oczy i wytężył myśli, jak zwykle, gdy musiał połączyć się z żywiołami. Już po kilku chwilach usłyszał szum strumienia. Nie mógł płynąć dalej niż dziesięć rzutów* od miejsca, w którym stał fer. Taki dystans da jeszcze radę przejść bez kropli czegoś do picia. Walcząc ze zmęczeniem, ruszył więc naprzód.
W miarę, jak zbliżał się do strumienia, rośliny rozstępowały się przed nim, torując drogę. Wreszcie wszedł na dość równą ścieżkę, porośniętą mchem. Urywała się przed samym strumieniem, ustępując miejsca zeschniętemu błotu i niewielkim, lśniącym kamieniom. Woda grzała się w słońcu, przypominając świetlistego węża, wijącego się wśród głazów.
Fion przykucnął nad brzegiem. Odłożył włócznię i ściągnął z szyi swoje wahadełko. Oprócz złotej wężowej bransolety na ramieniu nosił tylko je. Trzymając je nad powierzchnią, fer zamknął oczy.
Czy ta woda jest czysta? – zadał w myślach pytanie, a potem przesłał wahadełku nieco własnej energii. Starał się o niczym nie myśleć, choć trudno było mu zapomnieć, jak bardzo jest spragniony. Gdy otworzył oczy, wisiorek już lekko się kiwał. Po chwili wyraźniej wskazał odpowiedź.
Strumień nie był zaklęty.
Fion odetchnął z ulgą. Założył wahadełko z powrotem na szyję i od razu zanurzył ręce. Woda była wprost idealna, o wiele chłodniejsza i bardziej orzeźwiająca od wszystkiego, co ostatnio pił. Gdy tylko ugasił pragnienie i obmył twarz, zabrał włócznię i postanowił przejść się wzdłuż brzegu. Miał nadzieję, że uda mu się znaleźć coś, do czego mógłby nabrać trochę na później.
Nagle usłyszał dochodzący zza drzew szelest. Spojrzał w tamtą stronę i znienacka oślepiło go jaskrawe światło. Ledwo wyciągnął rękę, by się przed nim zasłonić, światło znikło. Po chwili pojawiło się jednak znowu, jakby przesuwało się między gałęziami. Wolno, co jakiś czas przystając. Może na niego czekało?
Przez moment rozważał, czy powinien za nim podążyć. Ścisnął mocniej włócznię. Gdy wykonał krok do przodu, światło zatrzymało się na dłużej. Ruszyło ponownie dopiero wtedy, gdy wszedł między drzewa. Wtedy znikło wśród gałęzi, po czym szybko znów rozbłysło, czekając, aż fer podejdzie bliżej. Gdy lepiej mu się przyjrzał, zrozumiał, że to nie żadna kula ani wiązka barwnej energii, którą można było zobaczyć, gdy rzucało się czary. Blask dobywał się ze skóry jakiegoś zwierzęcia i oplatał jego ciało aurą, przez którą tylko co pewien czas dało się dostrzec niewyraźne kształty.
– Łania? – zapytał sam siebie.
Upewnił się w tym, gdy był już bardzo blisko. Wtedy się zatrzymała, a on zrobił to samo. Odwróciła łeb w jego stronę i nim skinęła. Gdy tylko postawił kolejny krok, znowu się oddaliła.
– Co jest? – mruknął pod nosem, wciąż ją śledząc.
Łania pozwalała się tropić, mimo że ani razu nie przystanęła na wystarczająco długo, by Fion mógł dotknąć jej choćby końcem palca. Wiedziony przez nią w niewiadomym kierunku, zapuszczał się coraz głębiej w las.
Wszystko to trwało kilka minut, aż wreszcie zwierzę wybiegło spomiędzy drzew i zatrzymało się przed jakąś jaskinią. Odwróciło się jeszcze raz w stronę Fiona, po czym wbiegło do środka, gdzie ciemność pochłonęła emanujące z niego światło.
W ferze znów odezwały się wątpliwości. Podszedł ku jaskini, lecz nie ruszył tropem łani. Nieznacznie podniósł tylko lewą nogę, zawahał się jednak i ponownie postawił ją na ziemi. Ciemność panująca wewnątrz wydawała się nienaturalnie gęsta… Ale skoro zaszedł już tak daleko, głupio byłoby zawrócić…
– No dobrze, wejdę tam – powiedział do siebie. Jakoś ciężej odrywało mu się stopy od podłoża. – Tylko na chwilę – dodał, próbując uspokoić ciało.
Zimne powietrze w jaskini było wręcz namacalne. Napierało ze wszystkich stron, wytwarzając wokół Fiona coś na wzór ciasno przylegającego pancerza. Początkowo niczego nie widział, a pod stopami czuł tylko ten nieprzyjemny chłód.
Gdzieś w oddali coraz wyraźniej dostrzegał światło, przypominające teraz świetlika. Podążył w jego stronę. Tym razem nie uciekało i w miarę, jak się do niego zbliżał, rosło w oczach. Nie kryła się już pod nim postać łani. W środku poruszała się chaotyczna plątanina kształtów. Wyglądały, jakby walczyły o to, który wynurzy się jako pierwszy.
Fion patrzył na to widowisko ze zdumieniem. Sylwetka się wyostrzała. Najpierw pojawiła się głowa, potem ręce, tułów i wreszcie nogi. Po chwili przed ferem stała już w pełni zmaterializowana kobieta. Ściągnęła z siebie resztki świetlistej powłoki niczym skorupę jajka. Te opadły na ziemię i rozprysły się.
Naraz ciemność panującą w jaskini rozświetliło mnóstwo świec. Nieznajoma posłała Fionowi uśmiech, na co ten z ledwością podniósł kąciki ust. Zdołał wydać z siebie jedynie krótki odgłos – zbyt krótki, by wyrazić jego zdziwienie.
* Jednostka miary długości ferów, ok. 100 metrów.
Redakcja
Karolina Borowiec-Pieniak
Korekta
Janusz Sigismund
Projekt graficzny okładki
Katarzyna Wójcik
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Adam Faber, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303399
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
O Autorze
SŁOWNICZEK
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
