Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Może szansę na odkupienie mają tylko ci, którzy potrafią przyznać, że wszyscy jesteśmy demonami?
Nie mogło być lepiej! 36-letnia Sophie, córka dyplomaty, ma kochającego męża, piękny dom i po raz pierwszy od lat, gdy sięga po ukochany pędzel, wierzy, że wreszcie jej pasja przerodzi się w prawdziwą pracę.
W jej życiu niczym objawienie zjawia się Aris, student z Grecji. Zaczynają wspólną pracę. On, niczym ubrane w ciało bóstwo, pozujący do jej obrazów, ona ‒ jako czuła dłoń, która uchwyci piękno chłopaka.
Aris jest młody. Tak młody, że Sophie chce wprowadzić go w świat sztuki. Tak młody, że zrobiłaby wszystko, by pomóc mu odnaleźć własną drogę. Wszystko, byle tylko go nie zranić.
I byle tylko się w nim nie zakochać. Bo Aris jest zbyt młody, aby mogła się w nim zakochać.
Czy każde uczucie należy w sobie pielęgnować? Jeśli tak, to co Sophie ma zrobić z tym? Z uczuciem którego nie chce, lecz którego pragnie. Którego nie może wziąć, lecz które staje się ofiarą złożoną u jej stóp. Którego nie potrafi dotknąć, lecz musi całą sobą pochłonąć. Czy żeby nie dać się spalić, w ogień trzeba wkroczyć samej?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 366
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
O malarko, co malujesz anioły,
Jest pewna osobliwa rzecz.
[…]
Pozwól, że ci o niej opowiem.
A.M. Maciste, A.E. Bianco, Les Anges noirs
Tyś jest rodzącą się miłością,
Wyrytą w kamieniu, steli kochanków.
Spójrz, jakie to ciężkie, jakie powolne.
To rewolwer […] zbyt potężny.
M. Farmer, L’Amour naissant
Zatrzymuję się na palcach stopy. Zwracam uwagę na to, jak opierają się o podnóżek krzesła. Każdy z nas siedzi trochę inaczej. Należy to uchwycić. Lorenzo mówił, że w pozach kryje się najwięcej prawdy o człowieku. Dlatego liczą się wszystkie najdrobniejsze szczegóły.
Zakładam na nos okulary. Robię tak co jakiś czas, żeby lepiej dostrzec wyjątkowe cechy ciała. To, co z człowieka czyni indywidualną osobę, a nie kolejną kopię. Poszukuję siateczek żył, elektryzujących się włosków, delikatnych zadrapań na skórze. Tego, co opowie mi nieznane historie.
Okulary błyszczą w jasnym świetle lampy, a światło wrześniowego słońca otula ich pozłacane oprawki. Z tych oprawek śmieje się czasem Mikołaj. Nazywa mnie panią arystokratką.
– Nie kupiłam ich sobie sama – przypominam mu wtedy. – Wiesz, że to tata…
– Tata… Jak zwykle tata – wzdycha, bo mój ojciec od zawsze lubi obdarowywać mnie tym, co uważa za najlepsze.
Sunę wzrokiem dalej, od umięśnionych łydek pokrytych ciemnymi włosami aż do silnego nagiego uda. Wgłębienie w nim będę musiała zaznaczyć nieco ciemniejszym odcieniem farby. Tu zawsze trzeba uważać, żeby nie zniszczyć tego, co już się stworzyło, i pozostać wierną obrazowi. Zawsze staram się ukazywać modelów i modelki dokładnie tak, jak ich widzę. Niczego nie dodaję, nie ujmuję.
„Sztuka nie rodzi się w twojej ręce. Ty ją tylko dostrzegasz okiem i oddajesz pociągnięciami pędzla” – tego uczył mnie lata temu Lorenzo, gdy zaczynałam malować. Nazywam tego barwnego, delikatnego, starszego mężczyznę mistrzem, choć on krzywi się na to określenie. „Niech dłoń stanie się lekka, nie opieraj się temu, co widzisz. Bycie artystą nie polega na fantazjowaniu i wymyślaniu sobie rzeczywistości. Nie, Sophie, ty masz oddać prawdę, którą widzisz. Twoją powinnością, tak, powinnością, jest widzieć więcej niż inni. Nie dlatego, że masz wyjątkowe oczy, lecz z tego powodu, dziecino moja, bambina, że chcesz dłużej patrzeć”. Tak właśnie twierdził. Trzeba obserwować, gapić się na świat, kraść z niego obrazy, zapisywać je sobie w głowie i ukazywać dokładnie takimi, jakie są. Dotyczy to również ludzkiego ciała.
Dociskam okulary do nosa i skupiam się na ramionach modela, na przegubach jego rąk, na dużych dłoniach – takich, które mogłyby zamknąć w garści małego gołębia, by czule ochronić go przed światem lub brutalnie udusić. Jedna ręka modela spoczywa na kolanie, drugą podpiera sobie głowę.
„Zawsze można pójść jedną z wielu ścieżek” – mówił Lorenzo. „Musisz nadać intencję temu, co widzisz. Nie pytaj, jak coś istnieje. Pytaj, po co to istnieje, a gdy przenosisz obraz na płótno, odpowiadaj wciąż na to jedno pytanie. Nigdy nie ustawaj w odpowiedzi, bambina. Jeśli ci się wydaje, że już ją masz, pytaj dalej i dalej”.
Bambina, czyli „dziecina”. Zawsze, gdy natrafiam gdzieś na to słowo lub sobie je przypominam, słyszę ten jego przeciągły akcent i się śmieję. Kocham swojego tatę, lecz Lorenzo jest jak drugi ojciec, czasami nawet bliższy od tego z ciała i krwi, ponieważ doskonale się rozumiemy, jeśli chodzi o patrzenie na świat: widzimy go w tych samych barwach, w konturach, w ostrości światła.
Kiedy lata temu poznałam go we Florencji, a on zgodził się mnie uczyć malowania, nie zawsze rozumiałam, co ma na myśli. Byłam nastolatką i chciałam po prostu zrobić coś, co oderwie mnie od codzienności. Malarstwo zawsze mnie fascynowało, może dlatego, że w żadnej innej sztuce się nie sprawdziłam.
Wciąż się go uczę, dlatego też gdy Ewa zaczęła prowadzić tutaj, w Warszawie, kurs tworzenia aktów, zapisałam się. Robię więc to, czego nauczył mnie mistrz: dalej odpowiadam na pytania. Utrwalam, unieruchamiam to, co przede mną, na obrazie. Dopiero gdy maluję, mogę zastanowić się nad pięknem każdej części ciała.
Ten model jest piękny. To młody, na oko dwudziestopięcioletni mężczyzna. Pozowanie wydaje się dla niego naturalne. Jego mięśnie klatki są wyrzeźbione tak, jakby był posągiem. Jest wysoki, a w każdej części jego ciała zachowana jest proporcja. Tak się przynajmniej wydaje. W rzeczywistości każdy człowiek ma tę cudowną nieproporcję, która czyni z nas osoby niezwykłe.
„Drobne znamiona, pieprzyki, specyficzny ruch oczu, zgięty pod nietypowym kątem palec, który powie ci być może o złamaniu” – znów w głowie rozbrzmiewają mi słowa Lorenza. „To wszystko elementy osobistego piękna”.
Osobiste piękno jest inne od tego z książek o sztuce. Inaczej maluje się człowieka, kiedy widzi się go jako osobę, a inaczej, gdy ma być tylko zbiorem części układających się w precyzyjnej harmonii. Każdy ma w sobie własne piękno. Im bardziej ktoś nieidealny się wydaje, tym łatwiej jest to znaleźć i ukazać.
U tego modela to trudne, ponieważ jest zachwycającym mężczyzną. Skupiam się więc na tych kilku pieprzykach na jego ramionach, na czarnych włoskach nierównomiernie porastających kark i ciemnych kręconych włosach na głowie, które wyglądają tak, jakby przeczesał je wiatr i nie dało się ich ułożyć.
Tak, mam to, wreszcie znajduję jego osobiste piękno. A gdy już udaje mi się je wychwycić, wydaje mi się mniej odległy. Wreszcie nawiązuję kontakt z człowiekiem. To sprawia, że staje mi się tak bliski, i przy kolejnych pociągnięciach pędzla mam wrażenie, jakbym łaskotała nie biały papier, lecz jego ciało.
I chyba on to wyczuwa, bo przez chwilę się uśmiecha.
Ja też się śmieję. Ciekawa jestem, co by na to powiedział Mikołaj.
*
– Kolejny kaprys – zaśmiał się, gdy powiedziałam mu o warsztatach.
Znów uznał moje malowanie za fanaberię. Ostatnio coraz częściej myśli tak o moich pomysłach. Wszędzie tylko te kaprysy.
Tyle że to nieprawda. Mój mąż nie do końca rozumie, skąd się bierze moja pasja. Próbowałam mu to kiedyś wyjaśnić, ale czasem mam wrażenie, że posługujemy się różnymi słownikami. On mówi, że obchodzi go tylko „tu i teraz”. Jest błyskotliwy i inteligentny, to z pewnością należy mu przyznać. Jest jedną z najcudowniejszych osób, jakie znam, a mimo to są pewne sprawy, w których się nie dogadujemy, a kiedy próbuję o nich rozmawiać, dla niego mój język jest zbyt kwiecisty. A ja naprawdę tylko tak potrafię o pewnych rzeczach opowiadać, nie wprost, ale przez metafory. Gdybym miała zdolność odmalowywania w ludzkich głowach obrazów, zamiast używać słów, z pewnością bym z niej korzystała.
Od zawsze interesowała mnie sztuka. Próbowałam pisać i malować. To drugie szło mi o wiele lepiej. W pisaniu też byłam zbyt kwiecista i w końcu ktoś mi powiedział, żebym sobie darowała. W porządku, pomyślałam. Malowanie lepiej oddawało to, kim byłam. Kochałam je już jako kilkulatka. Kartka, ołówek, pędzel, kredki były tym, co od zawsze mi towarzyszyło, mój mały świat, w którym czułam się bezpiecznie. Samotnie, to prawda, lecz bezpiecznie, ponieważ bardzo szybko zdałam sobie w życiu sprawę, jak bardzo potrzeba mi wielu chwil samotności.
Z najmłodszych lat pamiętam głownie wielkie salony, przyjęcia na setki osób, połysk szklanek stukających o siebie do akompaniamentu rozmów prowadzonych w wielu językach. Twarze migały mi przed oczami, zawsze obce, znane tylko na krótko. Ludzie w moim życiu zwykle byli tylko przechodniami, rzadko się zatrzymywali. Nawet twarz mojej matki tylko się gdzieś przewijała, a oblicze ojca, uśmiechnięte, bez przerwy zadowolone, niby było bliskie, a jednak odległe.
Tata jest dyplomatą. Sporo podróżowaliśmy, musiałam brać udział w przyjęciach, na których spotykali się politycy i ważne osoby. Ojciec lubił się mną przed nimi chwalić, miał mnie za inteligentniejszą, niż ja sama siebie uważałam.
„Sophie, mała Sophie” – tak o mnie mówił, gdy przedstawiał mnie kolejnym znajomym. Noszę to imię, bo urodziłam się we Francji, kiedy rodzice akurat tam mieszkali, i zapowiadało się na to, że już tam zostaniemy. Co prawda opuściłam ją w wieku siedmiu lat, ale imię już do mnie przylgnęło. Mimo że zamieszkaliśmy we Włoszech, a potem rodzice wrócili do Polski, nie stałam się ani Sofią, ani Zofią.
Czasami byłam też dla taty kartą przetargową. Jakoś łatwiej mówić o polityce, przekonać kogoś do swoich poglądów, gdy ma się obok „taką słodką, małą dziewczynkę”.
A potem stałam się dużą Sophie, choć dla niego wciąż małą. Tak już zostało. Jestem drobna. Teraz, w wieku trzydziestu sześciu lat, mam metr sześćdziesiąt wzrostu, jestem bardzo szczupła i czasami Mikołaj się śmieje, że mu znikam w oczach. Że jestem krucha. Że jestem jak anioł. I tylko jedna rzecz czyni mnie ponoć diabelską: długie, ciemnorude włosy, które jak już nieraz słyszałam, mają strukturę jedwabiu i idealnie komponują się z czarnymi sukniami.
Gdy Mikołaj mówi, że znikam, odpowiadam mu ze śmiechem, że lubię to robić. Malowanie mi na to pozwala. Kiedy skupiam się na tym, co tworzę, nie ma mnie. Lekka ręka porusza się po płótnie, a moje „ja” ogranicza się do zaciśniętych na pędzlu palców.
Jako dziewczynka też kochałam te zniknięcia. Pamiętam te wielkie, zimne domy, to, jak malutka się czułam pośród dorosłych. Łatwo było w nich zatonąć, więc musiałam zaszywać się w mniejszych pokoikach, żeby nauczyć się być – na własnych zasadach. Dzieci muszą opanować tę sztukę istnienia. Dziś też często czuję się jak dziecko, jakbym nie do końca rozumiała innych. Nawet Mikołaj sprawia czasem wrażenie zbyt dojrzałego. Gdy rysuję, jestem bardziej sobą, bardziej zatapiam się w swojej pasji, a płomień we mnie tańczy.
Wewnętrzny płomień! Choć na co dzień jestem spokojna, to chyba ten wewnętrzny ogień nadaje barwę moim włosom. Śmieję się sama do siebie. Mogłabym go narysować. Nie powinnam przecież o nim mówić. Brzmiałoby to dziwnie, uznano by mnie za szurniętą albo przewrażliwioną. Dlatego wolę obraz od słów. Obrazy łatwiej ludziom zaakceptować, a słowa bywają zbyt dosadne.
Już jako dziecko wolałam rysować swoje emocje, ponieważ nie było sensu mówić o nich rodzicom. Co miałabym im powiedzieć? Że nie chcę kolejnej przeprowadzki do tego czy innego kraju? Że nie chcę zmieniać znów szkoły? Że denerwują mnie te przesłodzone uśmiechy żon biznesmenów, które nie cierpią mojej matki równie mocno, jak ona nie cierpi ich? W końcu, czy miałabym powiedzieć, że nie chcę być taka lub inna? Czy to by coś dało? Pewnie nie. Byłam więc cichym dzieckiem, zamkniętym w sobie nie dlatego, że z łatwością przyjmowałam konieczność takiego życia. Milczałam, ponieważ wiedziałam, że mój głos niczego by nie zmienił. W naszym życiu było sporo gry pozorów. Rodzice, nawet nieświadomie, kazali mi się jej nauczyć, żebym lepiej prezentowała się przed ważnymi ludźmi.
W nosie miałam jednak ich „ważnych ludzi”. Nauczyłam się, może dzięki tym częstym przeprowadzkom, że rzeczy istotne dzieją się tu i teraz.
A co jest ważne teraz? Ten model podpierający brodę ręką, może zamyślony, może nawet znudzony. Bez względu na to, co stoi za jego postawą, muszę odmalować go najlepiej, jak potrafię.
*
Ostatnie pociągnięcia pędzla i kończę. Dziesięć minut przed zakończeniem dzisiejszej sesji. Wyszło mi dobrze. Jestem zadowolona. Lubię być zadowolona. To nadaje życiu sens.
Podpieram ręką głowę i patrzę w punkt, którego już nawet nie widzę. Siedzę tak już od pół godziny. Wyglądam, jakbym się nudził. I może faktycznie trochę się nudzę? Ludzie wokół mnie mają co robić, a ja, zamieniony w posąg, tylko co jakiś czas zmieniam pozę. Jakie to zabawne, że to ja dostaję kasę za siedzenie tutaj, a nie oni.
Łaskoczą mnie spojrzenia wszystkich tych rysowników, którzy raz po raz unoszą głowy w moją stronę i przyglądają się szczegółom mojego ciała. To trochę tak, jak gdyby próbowali oddzielić te poszczególne części od reszty mnie i jakby przez moment nic poza tymi elementami nie istniało. Człowiek staje się przez to jakoś bardziej świadomy swojej fizyczności. Ale czy mi to przeszkadza? Nie. To mój pierwszy dzień tutaj i od razu poszedłem na całość. Rozebrałem się do naga i oto jestem.
Ciekawe, czy decyzję ułatwił mi fakt, że jestem w obcym kraju, a ci ludzie mnie nie znają i pewnie nigdy nie zapamiętałbym ich imion. A może nie wstydzę się, bo nie mam kompleksów? Pamiętam, jak mój najlepszy przyjaciel, Nico, powiedział mi kiedyś, że czuje zazdrość na myśl o tym, jak wyglądam. Wtedy właśnie zacząłem stawać się świadomy własnego ciała. Wcale jednak nie poświęcam mu nadmiernej uwagi. Owszem, chodzę na siłownię i dobrze się odżywiam, ale po prostu lubię ćwiczyć i gotować. Sylwetka to skutek uboczny.
A jednak, widząc zawieszone na sobie spojrzenia, doskonale rozumiem, że czasami nasze ciało staje się centrum wszystkiego. Przynajmniej dla innych ludzi. Tutaj nikt nie patrzy na mnie jak na Arisa – do pewnego stopnia jestem tu tylko obiektem i w zasadzie tak jest chyba najlepiej.
Kilkoro mężczyzn i kobiet wciąż podnosi ołówki i pędzle, a mnie zdaje się, jakbym odpływał od własnego ciała, pozostawiał je gdzieś obok, żeby mogli sobie je przemalowywać. Ja sam wędruję myślami gdzieś dalej. Czasem tylko sprowadza mnie z powrotem czyjaś wyjątkowo uważna obserwacja. O, na przykład ten starszy mężczyzna z monoklem porusza długą szyją i mruży oczy w taki sposób, jakby mnie oceniał. Z kolei siedząca obok niego pulchna kobieta wygląda na zestresowaną. Wciąż coś poprawia na swoim obrazie, wzdycha i się denerwuje.
Najbardziej podoba mi się skupienie drobnej, rudej dziewczyny o delikatnych rysach, która ruchem, można by powiedzieć majestatycznym, wciąż sięga po okulary i na moment zakłada je na nos. Ich złote szkiełka lśnią wtedy tak, jakby łapały promienie słońca. Kojarzy mi się to z domem, z Grecją.
Nie wiem dlaczego, ale jakoś lubię tę kobietę – jej opanowanie, aurę kogoś, kto jest chyba nie do końca z tego świata. Lubię ją, choć jej nie znam. Spokój tego miejsca też mi się podoba. To Agata, dziewczyna Nico, z którym przyjechałem do Polski w zeszłym semestrze na studia, zachęciła mnie, żeby tu przyszedł.
– Można naprawdę dobrze sobie dorobić – powiedziała. – Normalnie za sesje płacą mało, ale miejsce, gdzie ja pozuję, prowadzi świetna kobieta i oferuje naprawdę super stawki.
– Ale jak to wygląda? Mam się rozebrać i tak tylko siedzieć?
– Właśnie tak – odparła. Ona zarabiała na pozowaniu do aktów już od kilku miesięcy, a mnie trochę dziwnie się ta praca kojarzyła. Przypuszczałem jednak, że to zwykłe stereotypy. – Nie martw się – uspokoiła mnie. – Tam ludzie naprawdę nie przychodzą dla żadnych podniet. Creepów od razu się odsącza. Oni zwykle i tak nie potrafią malować. Ale to prawda, że liczy się wygląd, tylko w trochę… inny sposób.
– Czyli w jaki?
Kurde, powinienem to wiedzieć. Przyleciałem tu z Grecji, z kraju, który wszyscy uważają za kolebkę europejskiej sztuki, a potrzebowałem, żeby tłumaczono mi takie rzeczy. Owszem, znam się na sztuce, ale tylko w ogólnym zarysie. Dorastałem w jej otoczeniu, pośród ruin starożytnych świątyń, na ziemiach, gdzie wciąż unosiły się szepty artystów i filozofów, powtarzane w wszystkich językach świata przez przewodników wycieczek. Ale to zawsze było coś naturalnego. Teorii nie ogarniałem.
– Będą się skupiać na tym, jak wyglądasz. W sensie nie ty jako osoba. Rozumiesz, liczy się ludzkie ciało. Niektórzy muszą nauczyć się je odtworzyć, to sprawa czysto techniczna. Inni poszukują czegoś bardziej… bo ja wiem, artystycznego? Dla nich ciało to czyste piękno, ale im też zależy na jakiejś tam wizji. Oczywiście trzeba się prezentować, ale akurat ty chyba nie masz z tym problemu.
Nie zawsze ludzie w tak otwarty sposób mówią mi, że dobrze wyglądam. Zabrzmiałbym nieskromnie, twierdząc, że zdaję sobie z tego sprawę. Nigdy jednak się nad tym nie zastanawiałem, póki nie zacząłem dorastać. Wtedy okazało się, że mam powodzenie u dziewczyn. Nie jest jednak tak, że zrobiłem sobie z tego jakąś osobistą wizytówkę. Po prostu wyglądam, jak wyglądam. Jeśli się to komuś podoba, to super. Jeśli mogę na tym zarobić, to też żaden problem.
Postanowiłem spróbować i oto jestem tutaj. Jak mówię, rozebranie się wcale nie było takie trudne. Zdałem sobie sprawę, że wbrew temu, co podejrzewałem, zupełnie nie przeszkadza mi bycie nagim wśród ludzi. Nie przeszkadzają mi ich spojrzenia.
Wiem jednak, kto nie byłby zachwycony tym, co teraz robię.
Mama.
Na wspomnienie o niej wracam myślami do Grecji.
*
Mieszkam na Korfu, w niewielkiej wsi, która pamięta czasy tak dawne, że ma się wrażenie, jakby zatrzymała je w swoich murach i nie chciała ich wypuścić. Moi rodzice lubią ten zamknięty świat. Mama to prosta kobieta: nosi wzorzyste sukienki i podomki, podobnie jak robiła to jej matka. Zajmuje się głównie domem, lubi bawić się z okolicznymi kotami i żyje trochę tak, jakby niewiele się zmieniło od czasów jej młodości.
A przecież nie było jej łatwo i szybko się nauczyła, że musi żyć z własnej pracy. Naszą rodzinę, jak większość, dotknął kryzys. Rodzice utrzymują się teraz z turystów, którym sprzedają ręcznie wykonywane pamiątki. To byłoby całkiem fajne, gdyby nie fakt, że u nas jest mnóstwo takich małych biznesów i nigdy nie wiesz, kiedy twój trzeba będzie zamknąć.
Pieniądze zawsze były dla mnie istotne, a teraz po prostu próbuję je zarobić. Chociaż to nie tak, że muszę siedzieć akurat tu, nagi pośród ubranych ludzi. Sam zdecydowałem się tu przyjść i dla tej kasy było warto. Po prostu rodzice nie powinni się o tym dowiedzieć.
– Tylko nie rób tam niczego, czego byś potem żałował – powiedziała mama, zanim wyjechałem. – W tej Polsce.
Jak dotąd nigdy w życiu nie zdarzyło mi się czegokolwiek żałować. Jestem na to chyba jeszcze za młody.
Podobnie jak rodzice, nie wiedziałem o Polsce prawie nic przed przyjazdem tu na Erasmusa. Jako swój pierwszy wybór podałem Niemcy, ale na ten kraj było zbyt wielu chętnych. W końcu wraz z Nikiem wylądowaliśmy w lutym, na początku letniego semestru studiów, tutaj, choć przyznam, że nazywanie tego, co tu zastałem, „latem” było czystym szaleństwem.
Polska okazała się dla mnie zupełnie obcym światem. Gdy wyszedłem z samolotu, od razu odczułem ten chłód, który zawsze omijał Korfu, odganiany ciepłymi wiatrami. Nawet teraz, choć zaczął się wrzesień, nocami robi się tu prawie tak zimno jak u nas w styczniu. Przyznam szczerze, nie nastawia to optymistycznie. Tęsknię za domem, a im chłodniej się robi, tym częściej śni mi się moja wyspa, skąpana w kolorach, zawsze otwarta na turystów, wciąż pełna głosów i śmiechów.
Minusem jest też to, że ostatnio jestem tu niemal całkiem sam. Sporo czasu spędzam w akademiku. Nico znalazł sobie Agatę i szybko zostali parą. Ja nikogo nie mam, choć podobają mi się tutejsze dziewczyny i z kilkoma umówiłem się już na randki. Nic z tego jednak nie wyszło. Poza seksem.
Myślę sobie, że to jednak plus, że nie znałem Polski wcześniej. Będę mógł poznać ją od zera, bez założeń i oczekiwań. „Trzeba mieć pozytywne nastawienie do życia” – tak zawsze powtarzał mi dziadek Nectarios. Sam był człowiekiem z wiecznym uśmiechem na twarzy. Nosił wzorzyste koszule i lubił pływać wiekową łodzią po Morzu Jońskim. Często zaczepiał turystów, by zabrać ich na wycieczkę.
Kiedy dziadek zmarł, a krótko po nim odeszła babcia, miałem wrażenie, że słońce w naszym domu przygasło. Rodzice ciągle się czymś martwili. Wciąż mierzyli się ze skutkami kryzysu sprzed lat, nosili go w sobie jak traumę. Liczyli każdy cent, więc wiem, że nawet mój wyjazd tutaj ich zmartwił. Mimo wszystko nie dali mi tego po sobie poznać. „Jestem z ciebie dumna, bardzo dumna” – mówiła wręcz mama. Poszedłem na studia jako pierwszy w rodzinie. I prawdę mówiąc, jako pierwszy wyjechałem za granicę. Chwalili się mną wszystkim znajomym.
Uśmiecham się na myśl o tym, co by było, gdyby teraz tu weszli i zobaczyli, jak goły pozuję do aktów. Mama pewnie wytargałaby mnie stąd tak szybko, że nawet nie zdążyłbym się ubrać. Ojciec ostatecznie miałby to gdzieś. Zapytałby, ile zarobiłem.
Ale mamie nie mogłem powiedzieć. Po prostu nie. Z kilku powodów. Po pierwsze i najważniejsze, nie zrozumiałaby. Ona nie zajmuje się sztuką, nie obchodzą jej żadne akty. Powiedziałaby tylko, że jej syn nie będzie świecił gołym tyłkiem przed ludźmi i że nie tak mnie wychowała. Ale były też inne powody. I cóż, znów, chodziło o pieniądze. Gdybym wyznał jej prawdę, na nic zdałyby się moje tłumaczenia, że nie zmusiła mnie do tego sytuacja. Dostaję przecież stypendium, mam oszczędności z polisy dziadka. Zresztą mama już prędzej zaakceptowałaby fakt, że dorabiam w taki sposób, bo muszę, niż dlatego, że chcę.
Kocham ją, oczywiście, ale to naprawdę konserwatywna kobieta. U nas w domu na wszystko pozwolić sobie mogą tylko obce koty. Ja wprawdzie zawsze miałem sporo wolności – do dziś pamiętam, jak ganiałem boso po wyspie z kolegami, poznawałem turystów, ucząc się dzięki temu angielskiego, swobodnie łaziłem po górach i kąpałem się w morzu, nieśledzony czujnym okiem rodziców – ale pewnych granic nie wolno mi było przekraczać. Zawsze trzeba było dochowywać nakazów, tych religijnych i społecznych. Póki moje swobodne bycie sobą pozostawało zgodne z byciem sobą innych osób w okolicy, wszystko było w porządku. Gdybym jednak buntował się przeciwko lokalnej społeczności, źle odezwał się do starszego, przestał wierzyć w Boga, postanowił pozować nago i mówić, że to sztuka… No, wtedy byłoby źle.
Dlatego mama nie musi wiedzieć. Dla niej, choć już jestem pełnoletni, pozostaję małym chłopcem z Korfu. I to się pewnie już nigdy nie zmieni.
*
Instruktorka, która dotąd chodziła po sali, podpowiadając kursantom w tym szeleszczącym języku polskim, ogłasza, że czas się skończył.
– No, teraz masz wolne. – Uśmiecha się do mnie.
Jest całkiem wyluzowana. Zanim tu przyszedłem, nie miałem pojęcia, jak to będzie wyglądać – wiedziałem tylko tyle, ile przekazała mi Agata. Mimo to ani przez chwilę nie poczułem się tutaj dziwacznie.
– Jeśli masz ochotę, to zapraszam na poczęstunek. Dziś mamy ostatnią sesję w tym sezonie i chcemy odpowiednio się ze wszystkimi pożegnać.
– Ostatnią? – pytam niepewnie.
– Nie martw się, możliwe, że będę miała dla ciebie specjalne zlecenie, o ile się zgodzisz. Ale potem o tym pogadamy.
– Jasne.
Ubieram się szybko i po wyjściu z przebieralni wpadam na Agatę. Widocznie musieli ją zaprosić na zakończenie sezonu, jak to tutaj nazywają. Towarzyszy jej Nico. Ciekawa z nich para. Są od siebie zupełnie różni. Ona jest piegowatą blondynką o okrągłej, łagodnej twarzy, tak bladej, że zdaje się, jakby mogło ją porazić najmniejsze muśnięcie słońca. Z kolei Nico słońce nosi w sobie. Gdy dotyka Agaty opaloną ręką, pokrytą czarnymi włosami – zupełnie jak moja – mam wrażenie, jakby igrały ze sobą dwa światy. Za to gdy przysuwa do jej twarzy własną, oliwkową, i oboje się uśmiechają, nabieram pewności, że są ulepieni z tej samej gliny.
– I jak? – pyta Agata. – Podobało się?
– Chyba jeszcze muszę to przetrawić. Na razie było normalnie.
– Nikt cię nie podrywał? – Nico zalotnie porusza brwiami.
– Daj spokój. – Agata daje mu kuksańca i zwraca się do mnie: – Mówiłam, że to zupełnie swobodne. Zresztą to tylko ludzkie ciało. Są ciekawsze rzeczy, prawda?
Kiedy się uśmiecha, widzę rząd nieco krzywych zębów. Dodają jej uroku. W ogóle Agata ma go w sobie wiele. Widziałem to, odkąd zobaczyłem ją po raz pierwszy. Była jedyną osobą w grupie na studiach, która zagadała do mnie i do Nico. Jest swobodna i pewna siebie.
– Dzięki, że mi poleciłaś to miejsce – mówię. – Może jeszcze zrobię karierę w modelingu, co?
– Z pewnością byś mógł – zauważa Nico.
Uśmiecham się, przyjmując komplement. Skoro się ludziom podobam, to chyba dobrze, prawda? Szybko myślę jednak o mamie. „Próżność to grzech!” – już słyszę, jak na mnie krzyczy. „No trudno” – odpowiadam jej w myślach. Od grzechów nikt jeszcze nie umarł. Może jakiś anioł, owszem, ale na pewno nie ja.
Rozprostowuję palce. Moja ręka wydaje się lekka, niemal jakby nie należała do mnie i reszta ciała musiała się o nią dopomnieć. Lorenzo czasem się śmieje, że takie uczucie oznacza oddanie dłoni muzie. Może i faktycznie tak było, bo gdy już weszłam w ciało modela – ogarnęłam je, poczułam, dostrzegłam w nim osobiste piękno – malowanie stało się gładkie. Pędzel dosłownie falował przed moimi oczami, a ja tylko podążałam za ruchem. Ostatnie minuty sesji spędziłam na porównywaniu obrazu z modelem. Jeszcze wiele rzeczy mogłabym poprawić, ale i tak byłam zadowolona.
Po wyjściu chłopaka podchodzi do mnie Ewa, nasza instruktorka.
– Świetne – ocenia obraz. – Widzę, że nawet uchwyciłaś ten specyficzny kontur oczu. Aris ma długie, ciemne brwi.
– Nazywa się Aris? – spytałam.
– Zgadza się. Jest Grekiem.
– Chyba trochę wygląda nawet na Greka – stwierdzam. – Przez ten nos.
Ewa chichocze, choć ja wcale nie miałam zamiaru się naśmiewać – był po prostu uwydatniony.
– Aris, mówisz. – Nie słyszałam dotąd tego imienia, więc muszę się z nim trochę obyć.
Poznawanie imion ludzi zawsze sporo dla mnie zmienia. Odkąd maluję, próbuję odtwarzać ludzkie postacie. Jako kilkulatka wodziłam za nimi w tłumie, a potem odtwarzałam zapamiętane sceny. Zwykle ci nieznajomi jawili mi się niczym chodzące zagadki. Gdy poznawałam czyjeś imię, kontury sylwetek stawały się wyraźniejsze. Wyobrażony ktoś stawał się bardziej konkretny.
– Naprawdę świetna praca. – Ewa wciąż ogląda mój obraz. – Czy tobie w ogóle potrzebne są te lekcje?
Ciepło rozlewa mi się po policzkach. Nie lubię się czerwienić, bo przy moich rudych włosach zaróżowione policzki to już za dużo.
– Powinno się zawsze ćwiczyć, prawda? – mówię.
– A tak, powinno. – Szczerzy do mnie zęby.
Bardzo lubię Ewę. To kobieta łącząca w sobie różne światy. Jest niska, z burzą czarnych, kręconych loków. Często chodzi w dżinsach i szerokiej białej koszuli, rozpiętej, jak czasem u mężczyzn. Jej dłonie są silne, ale ruchy delikatne. Ma zmysł artystyczny, a jednocześnie prowadzi agencję modelek oraz warsztaty, organizuje pokazy i wernisaże. Wie, że sztuka to też biznes, a jednak potrafi pokierować człowiekiem tak, żeby ten nie rezygnował ze swojej wizji, a jednocześnie potrafił na niej zarobić.
– No. – Zakłada ręce i mi się przygląda.
– No? – odpowiadam.
– Chciałam ci coś powiedzieć.
– Co takiego?
Przez chwilę milczy, a potem jej pociągnięte różową szminką usta powoli unoszą się w uśmiechu.
– Wiem, że malujesz od dawna. Wiem też skądinąd, że składujesz w domu sporo obrazów. – Oczy jej błyszczą.
– Skądinąd? Mikołaj… – raczej stwierdzam, niż pytam.
– Nie bądź na niego zła – prosi. – Spotkałam go ostatnio na mieście i mówił, że sporo czasu spędzasz w swojej pracowni, na stryszku, jak ją nazwał.
– To prawda – przyznaję cicho.
Rozmawianie o mojej pracowni jest dla mnie trochę jak zapraszanie kogoś do niej, a to dla mnie dość intymna sprawa. To malutki pokoik, w którym mieszczą się tylko sztaluga, zestaw farb, płótna i papier. Okno jest wielkie, bo w końcu do środka musi wpadać dużo światła, a mimo to i tak myślę o tym miejscu jak o mojej ciemni. Tam przebywam tylko ze sobą, ze sobą rozmawiam i marzę o obrazach, które namaluję. Rzadziej o tym, które z nich chciałabym pokazać, choć to, prawdę mówiąc, też moje marzenie.
– Może to już czas? – Ewa kładzie mi rękę na ramieniu.
Patrzę na jej dłoń tak, jakby była kolejnym obiektem, który powinnam naszkicować.
– Żebym wyszła z moją sztuką do ludzi? Sama nie wiem…
Już sama myśl o tym, że miałabym dzielić się swoimi obrazami, z których większość to nie żadne akty czy martwa natura, ale dzieła mojej wyobraźni, czasami wręcz psychodelicznej, trochę mnie niepokoi.
– Chyba się boję się, czy ktoś by mnie nie wyśmiał – przyznaję szczerze. – Na razie pokazywałam je tylko Mikołajowi, ale on nie zna się na sztuce, dla niego wszystko, co robię, jest „ładne” i „fajne”. Jest kochany, gdy tak mówi, ale nie są to odpowiedzi, które powinnam słyszeć
– Po co się przejmować opiniami? – prycha. – Opinii zawsze jest tyle, ilu ludzi.
– Tak, ale talent można ocenić. Kiedyś wysyłałam zdjęcia obrazów do Lorenza. Niektóre komentował pozytywnie, choć w przypadku większości stwierdzał, że powinnam się jeszcze sporo nauczyć. Ale parę lat temu uznał, że jestem dorosła i nie będzie już niczego komentował. Jak go pytam, co myśli, on odpowiada mi zawsze: „A co ty myślisz, bambina?”.
– Bambina? – Ewa wybucha śmiechem. – Dobre. Ale wiesz, twój główny problem polega na tym, że w siebie nie wierzysz, bambina. A ja jedno ci powiem. Jak będziesz tylko czekać, to te obrazy się zakurzą, zmatowieją, ty się zestarzejesz, spróchniejesz i może kiedyś ktoś je odkryje. Może powie: „O, ale fajna z niej była artystka, szkoda, że wykitowała zupełnie niedoceniona”. A może ktoś powie: „Ale beznadziejny kicz, jak ta baba w ogóle mogła uznać, że umie malować?”. I co z tego?
– Wow, takie wizje mi tworzysz w głowie, że nie wiem, której bać się bardziej.
– Żadnej, moja droga, żadnej. Nieważne, co ktoś ci powie. Ważne, żebyś w takiej sytuacji umiała odpowiedzieć i coś z tym zrobić. Podziękować, poprawić się, nie wiem, nakopać mu do dupy. Ale póki sama nie pokażesz tego, co potrafisz, to nawet nie ma się co kłopotać z malowaniem. Mówię ci to jako instruktorka, która wiele już tutaj widziała, i jako babka, która pomogła wypromować całkiem dobrych artystów: jesteś bardzo dobra, lepsza od wielu, jakich znam.
Jeszcze przez chwilę biję się z myślami. Z rytmu wybijają mnie dźwięki wjeżdżających stołów na kółkach, zastawionych przekąskami i napojami. Dziś, na ostatni dzień warsztatów, Ewa zorganizowała poczęstunek.
– No, w zasadzie to… – zaczynam.
– W styczniu mam wolną galerię. Zdążymy z wernisażem twoich prac do tego czasu. To prawie pół roku.
Unoszę brwi. Szybko przeszła do konkretów. Z drugiej strony, jeśli nie zdecyduję się teraz, to kiedy?
– Zdążymy – oświadczam po chwili.
– Moja dziewczyna. Potem ci coś jeszcze zasugeruję, ale to za moment. – Ewa poklepuje mnie po plecach i idzie dalej.
Robi mi się gorąco. Za bardzo żyję w świecie wyobraźni, bo już widzę siebie na wernisażu. Podchodzą do mnie ludzie, starsi faceci w garniturach, krzywią się i mówią, że oni zrobiliby to wszystko lepiej. Nie wiem, skąd we mnie ta obawa. Pewnie ktoś mi tak kiedyś powiedział w dzieciństwie, a że nie do końca pamiętałam kto i dlaczego, trudniej było mi przejąć nad tym kontrolę.
Ale właśnie teraz przyszła pora wziąć sprawy we własne ręce. Pokazanie swoich prac byłoby dobrym krokiem na początek. Owszem, ludzie będą podchodzić i je oglądać. Komuś się spodobają, komuś nie. Na tym to polega, prawda? Ewa ma rację.
– Och, Sophcia – rozlega się za mną wysoki, słodki głos. – Mogę na chwilę?
Odwracam się. Wpatrzona w mój obraz, stoi przy mnie koleżanka z warsztatów, Olga. Patrzy na moje dzieło z niekłamanym podziwem. Rozbieganymi czarnymi oczami próbuje uchwycić każdy fragment szkicu, a jej okrągła twarz rozjaśnia się tak, że aż błyszczą na niej pojedyncze piegi.
– Pięknie ci to wyszło. Przepięknie.
Poprawia włosy, prawie takie same rude jak moje, i wygina obolałe palce. Czasami zastanawiam się, co Olga robi na tych warsztatach. Znam ją z pracy Mikołaja. To żona jego starszego kolegi. Zainteresowała się sztuką dopiero po poznaniu mnie i od pierwszej kolacji, którą razem zjadłyśmy, zadawała mi pytania związane z malowaniem. Twierdzi, że zajmowała się nim już jako nastolatka, ale szybko stało się dla mnie jasne, że zaczęła niedawno, czyli jakoś chwilę po czterdziestce.
Czasami Olga pyta mnie o opinie na temat swoich obrazów. Wiem, że trzeba wyrażać je delikatnie, szczególnie że nie chcę jej zniechęcać, ale moim zdaniem po prostu brakuje jej talentu.
– Słyszałam, słyszałam – mówi. – O tym, co ci zaproponowała Ewa. To świetny pomysł! Jesteś tu najbardziej utalentowana ze wszystkich!
– No nie przesadzajmy. Nie dorównuję ani trochę choćby Sylwkowi.
Spoglądam na starszego mężczyznę w koszuli ozdobionej kwiatowym motywem. W ręku ma monokl, który zakłada przy pracy. Teraz popija przez słomkę drinka. Sylwek miał już swój wernisaż, ale uznano jego obrazy za zbyt… Jak to było? Obrazoburcze? Nawet napisano o nim w gazetce drukowanej przez lokalny kościół.
– Nie mów tak – upomina mnie ostro Olga. – Kobieta nigdy nie powinna sobie pozwolić na myślenie, że nie dorównuje w czymś facetowi.
– To nie kwestia płci – śmieję się. – Jeśli faktycznie się nie dorównuje, to…
– Ale ty dorównujesz – ucina. – Swoją drogą, może chciałabyś zerknąć na mój obraz?
Daję się jej pociągnąć za rękę, w głowie układając już jakieś miłe słowa, które nie będą totalnym kłamstwem, ale też całkowicie nie pognębią mojej koleżanki. Kiedy jednak patrzę na jej dzieło, myślę sobie, że będę musiała się wysilić. Młody mężczyzna wygląda na nim jak karykatura. Jak ktoś, kogo usilnie chciała uczynić pięknym, skupiając się na tych częściach ciała stereotypowo uważanych za najistotniejsze, zapominając przy tym o perspektywie.
– O, no to… jest naprawdę… – Kiwam głową. – Zrobiłaś spore postępy.
– Ale nadal coś mi tu nie pasuje. – Cmoka. – Ale wiesz, trudno narysować kogoś takiego. Ten facet był naprawdę przepiękny, co nie?
Waham się z odpowiedzią.
– No, może aż tak bym tego nie nazwała. W sensie obiektywnym…
Gdyby ktoś chciał się do niego przyczepić, mógłby wskazać choćby na ten nos. Albo na uwydatnioną szczękę. Albo…
Cóż, dłużej nie muszę się zastanawiać, bo model wchodzi z powrotem do sali, tym razem w towarzystwie wysokiego czarnowłosego chłopaka o oliwkowej cerze i jasnowłosej dziewczyny, którą malowaliśmy ostatnio. Ubrani wydają się o wiele bardziej zwyczajni, a ona mimo swoich wad sprawia wręcz paradoksalne wrażenie piękniejszej od niego. Mężczyzna, Aris, jeśli dobrze zapamiętałam imię, w Adidasach, szerokich spodniach i beżowej koszuli sprawia wrażenie, jakby przyszedł tu właśnie z ulicy. Ale to dobrze. Wręcz świetnie. Ciekawe, czy w takiej formie szkicowałoby mi się go łatwiej.
Spoglądam na Olgę. Wydaje się nim oczarowana.
– No, widzę, że faktycznie ci się spodobał – mówię. – Ale chyba jest trochę za młody, co?
Chciałam zażartować, ona jednak lekko się obrusza.
– Oj tam – mówi tylko i się oddala.
Szybko wracam myślami do swoich spraw. Jeszcze raz spoglądam na obraz. Inni własne już zwinęli. Ja też będę musiała to zrobić. Byłoby niezręcznie, gdyby w pełni ubrany Aris stanął tu obok odmalowanej przeze mnie swojej nagiej wersji.
Tak czy inaczej, będę musiała mu podziękować. To chyba ten obraz ostatecznie przekonał Ewę, by dać mi szansę. W pewnym sensie Aris wręczył mi więc klucz do spełnienia mojego marzenia.
Wchodzę z powrotem do sali, w której przed chwilą pozowałem, i wyczuwam kilka prześlizgujących się po mnie spojrzeń. To ciekawe, ale nago było mi tu jakoś swobodniej. W ubraniu czuję się mniejszy i nieciekawy, jakbym nie do końca tu pasował. Szybko zdaję sobie sprawę, skąd to doznanie. Mam na sobie po prostu dżinsy i zwykłą koszulę, a ludzie tutaj czymś się wyróżniają. Ich ciuchy coś o nich mówią. O, na przykład instruktorka – jak na nią patrzę, mam wrażenie, że da się z nią swobodnie porozmawiać, ale i tak postawi na swoim, proponując ci plan biznesowy.
– Ewa – mówi Agata, widząc, że na nią patrzę. – Ona tu wszystko rozkręca. Dobrze trzymać się blisko niej. Nie każdy w modelingu jest równie etyczny.
– Nie wiem, czy nadawałbym się do tej branży – stwierdzam.
– Ej, stary, właśnie ci powiedziałem, że byś się nadawał! – Nico klepie mnie w ramię.
– A ty masz w tej kwestii dobre oko, co? – Spoglądam na niego z pobłażaniem.
Taksuje mnie wzrokiem od stóp do głów i chichocze.
– Nadajesz się – ocenia fachowo.
– A ja? – Nico się do niej przymila.
– Gdybym to ja miała wybierać, owszem – odpowiada Agata.
– To miał być komplement?
– Odczytuj to, jak chcesz.
Kiedy się ze sobą droczą, lekko kłuje mnie zazdrość. Po tym, jak zaczęli się razem spotykać, miałem trochę obawy, że stracę przyjaciela, ale w zasadzie chyba zyskałem kolejną przyjaciółkę. Miło byłoby jednak kogoś poznać.
Przechadzamy się pomiędzy stołami zastawionymi przekąskami. Nie ma tu nic typowo polskiego. Trochę szkoda, bo prosty ze mnie chłopak i jak już tutaj przyjechałem, to chciałem jak najwięcej objadać się swojskimi przysmakami. Koreczki z łososiem, kawior, paszteciki foie gras… Zwłaszcza te ostatnie średnio mi pasują.
– Wiecie, że oni tuczą gęsi, na siłę wpychając im jedzenie? – mówię, podnosząc kawałek paszteciku.
– Co? – Nico rozgląda się wokół, przekonany chyba, że mówię o zebranych tutaj artystach. – O, dzięki – dodaje, biorąc ode mnie pasztecik, i zjada go bez grama wyrzutów sumienia.
Krzywię się, myśląc o biednych, maltretowanych gęsiach, po czym ukradkiem sam wpycham sobie do ust kawałeczek. Obiecuję samemu sobie, że spróbuję tego tylko raz, a potem dam biednym gęsiom spokój.
Pyszne to jest. Tym bardziej mi żal.
– A tam stoi Sylwester Kajkowski – mówi półgębkiem Agata, dyskretnie wskazując starszego mężczyznę w kolorowej koszuli. Jest praktycznie łysy, ale z tyłu i po bokach głowy sterczą mu siwe pasemka. – W zeszłym roku miał spore kłopoty z tym… Jak by to wyjaśnić po angielsku. Po polsku to się nazywa „rada parafialna”. To taka grupa starszych babek, które pilnują, żeby nikt w kościele nie popełniał grzechów.
– Serio?
– No, nie do końca, ale tak to sobie mniej więcej wyobrażam.
– I czego od niego chciały? – pyta Nico.
– Chciał stworzyć serię niedwuznacznych obrazów. Tak to nazwijmy. On nazwał to akurat Objawieniem. Rada prawie go zjadła.
– Oj – mówię. Wyobrażam sobie, że mama też by się nadawała do takiej rady.
Jak na zawołanie facet do nas podchodzi.
– Sylwester Kajkowski. – Szybko zjada kanapkę z tuńczykiem i podaje nam po kolei dłoń. – To była czysta przyjemność pana rysować – mówi po polsku, co Agata dla mnie tłumaczy. – Ach, pan nie z Polski.
Mężczyzna próbuje przemówić do mnie jeszcze po włosku, hiszpańsku i francusku, w końcu jednak, by oszczędzić mu trudu, ze śmiechem odpowiadam mu po grecku:
– Aris Gabalas, student z Korfu.
– Nico Papadopolous – przedstawia się Nico z błyskiem w oku. A błysk jest nie bez powodu. – To znaczy „syn księdza”.
Agata gromi go wzrokiem, gdy mężczyzna się uprzejmie żegna i oddala.
– No co? – obrusza się. – Myślałem, że akurat jemu się spodoba takie nazwisko. Po tym całym Objawieniu…
– Z pewnością – mruczy Agata i półgębkiem mówi nam o kolejnych osobach.
Nigdy nie obracałem się w takim towarzystwie. Osoby, które tak bardzo lubią sztukę, muszą być naprawdę ciekawe. Jednocześnie czuję się przy nich nieco głupi.
W pewnym momencie zaczepia nas niska, pulchna kobieta o ciemnorudych włosach.
– Och, Agatka, kochana. – Próbuje wyściskać moją koleżankę.
Ta pozwala jej się jednak tylko nieznacznie objąć. Przez chwilę rozmawiają o czymś po polsku. Kobieta niby mnie i Nica ignoruje, a mimo to wciąż rzuca nam ukradkowe spojrzenia. To ja pierwszy wyciągam do niej rękę.
– Aris, miło mi.
– Jakie piękne imię! – zachwyca się. Gdy przedstawia się jej Nico, ledwo posyła mu kwaśny uśmiech. – Ares. Bóg wojny.
– Aris – poprawiam ją. – Ale tak, to jedna z możliwych interpretacji mojego imienia. Bo pełne imię to Aristos.
Już po kilku dniach tłumaczenia tego Polakom trochę się znudziłem. Zwykle nie dodawałem, że aristos znaczy „najlepszy”. Ludzie kiepsko na to reagowali, zupełnie jakbym sam sobie nadał to imię.
– A ja jestem Olga. Prosta, zwykła, pospolita Olga z Polski – mówi kobieta i bierze łyk szampana.
Potem zagaduje nas, a głównie mnie, na różne tematy dotyczące tego, jak mi się tu mieszka. Nie wszystko rozumiem, bo jej angielski nie jest idealny, ale staram się pozostać uprzejmy. W pewnym momencie podnoszę jednak spojrzenie nad głowę kobiety i wędruję nim w stronę innej, również rudowłosej, lecz sprawiającej totalnie odmienne wrażenie.
Przypominam ją sobie. Nie wiem dlaczego, ale podczas sesji zwróciła moją uwagę. Tylko ona – i może jeszcze ten mężczyzna w kolorowej koszuli – wydawali się całkowicie pochłonięci swoją pracą. Patrzyli na mnie bez frustracji, którą wykazywali inni, wzdychający i cmokający pod nosem, gdy coś im nie wychodziło.
– To… – Agata nachyla się do mojego ucha, widząc, że przyglądam się kobiecie. Przez wrzawę głosów nie słyszę jednak imienia.
Olga, na której słowa od dłuższej chwili nie zwracam uwagi, odsuwa się, gdy nogi same prowadzą mnie w stronę tajemniczej kobiety. Kątem oka dostrzegam, że moja rozmówczyni ma nieco kwaśną minę, co jednak nie bardzo mnie teraz interesuje.
– Aris, mogę cię prosić? – Podchodzi do mnie Ewa.
– Och, jasne. – Mam okazję, żeby uwolnić się od wymuszonej rozmowy z Olgą, więc chętnie korzystam.
– Chcę cię komuś przedstawić, a przy okazji opowiedzieć wam obojgu o mojej propozycji zawodowej. Może ci się spodoba.
– Super.
Ku mojemu zdziwieniu Ewa prowadzi mnie prosto do tej ciekawej rudowłosej. Ta, usłyszawszy swoje imię wypowiedziane przez instruktorkę, odwraca się w naszą stronę z ciepłym uśmiechem.
– To jest Aris – przedstawia mnie. – A to Sophie.
Ona pierwsza podaje mi dłoń. Jej palce ledwo muskają moje. Mam wrażenie, jakbym dotykał skóry jakiejś eterycznej istoty.
– Bardzo naturalnie pozowałeś – chwali mnie.
– Naprawdę? – pytam zdumiony. – Kompletnie się na tym nie znam.
– I pewnie dlatego było naturalnie – zauważa, wyraźnie rozbawiona moją naiwną odpowiedzią. – Widać masz do tego talent.
Ma szczere spojrzenie. Z bliska kolor jej włosów kojarzy mi się z bugenwillą, rośliną o ciemnoczerwonych kwiatach, która gęsto porasta Grecję. Nie wiem, skąd te porównania, mam jednak wrażenie, że ta kobieta wymaga, aby do czegoś ją porównać. Do czegoś naturalnego.
– Nie miałem pojęcia, że pozujący do aktu też muszą mieć talent – stwierdzam. – Sądziłem, że to jest potrzebne tylko malarzom.
– Muszą, zdecydowanie muszą. Przynajmniej moim zdaniem.
Nagle oboje zwracamy uwagę na Ewę, która bardzo zadowolona zaciska ręce.
– Jak to się idealnie składa, że tak sądzisz, Sophie – mówi. – Bo może w takim razie spodoba ci się moja propozycja. Czekajcie.
Pędzi gdzieś, a my patrzymy na siebie zdumieni.
– Niesamowita kobieta – stwierdza Sophie.
– Tak – przyznaję, wiodąc wzrokiem za Ewą, a potem spoglądam znów na moją towarzyszkę. – Mogę spytać, skąd to imię? Jesteś Polką, prawda?
– Tak, ale w dzieciństwie mieszkałam we Francji – odpowiada takim tonem, jakby uznawała to za mało interesujący fakt. – A ty przyjechałeś z Grecji, tak? Ewa mi powiedziała. Kocham Grecję. – Oczy znów jej jaśnieją. – Byłam tam już pięć razy, ale nigdy nie mam dość. Mykonos i Delos to moje ulubione wyspy, ale Kreta też jest wspaniała.
Nawet gdy mówi szybko, jej angielski jest płynny i ładny. Zdecydowanie lepszy niż mój, co odbiera mi pewność siebie. Tylko kiwam głową. Samemu sobie wydaję się teraz głupiutki. Jeszcze chwila, a ona powie coś, o czym nie mam pojęcia, i wyjdzie na to, że kompletnie nie znam własnego kraju.
Ratuje mnie przed tym powrót Ewy. W ręku niesie jakiś rulon, który rozwija przed nami. Wydrukowana jest na nim seria portretów nagiej kobiety. Każdy jest zupełnie inny. Na jednym modelka wygląda naturalnie, na innym jej twarz jest rozmyta. Niektóre są półzwierzęce, a na kilku z rąk wyrastają jej kłącza. Nie ulega wątpliwości, że na każdym jest jednak ta sama osoba. Po chwili zdaję sobie sprawę, że to Agata.
– Co o tym sądzicie? – pyta Ewa.
– Piękne – stwierdza Sophie.
Ja zdaję się na jej ocenę i potakuję.
– Zrobiliśmy to dwa lata temu z Sylwkiem. Nazwaliśmy to Baśnią o tysiącu i jednym „ja”. To taki eksperymentalny projekt, żeby za pomocą aktów ukazać dynamikę ludzkiej natury. Chciałabym powtórzyć to samo, ale z innym artystą i innym modelem, tym razem mężczyzną.
Nic nie musi dodawać. Nawet wprost nie zadaje pytania, a ja już spoglądam na Sophie. Czyli chodzi o to, żebym teraz świecił gołym tyłkiem przed nią? Ta myśl mnie wyraźnie onieśmiela.
Sophie rozchyla usta.
– Więc ja miałabym malować Arisa w takich pozach?
– Pozy wymyślicie sami – odpowiada oczywistym tonem Ewa. – Pełna dowolność.
– Mówiłaś, że chciałaś zobaczyć moje prace… – Sophie wygląda na zakłopotaną.
– I nadal chcę. Planuję nadać im temat przewodni, a w ten wpasują się różne obrazy. W końcu chodzi o mówienie o ludzkim „ja”. Obok aktów z Arisem mogłabyś zaproponować też inne prace.
Sophie potakuje.
– To ciekawy pomysł. Zastanawiam się, czy umiałabym wejść w tę konwencję.
– Poradziłabyś sobie, jestem tego pewna. Mówiłam ci: musisz bardziej w siebie uwierzyć.
Doceniam, że rozmawiają po angielsku nawet wtedy, gdy mowa o czymś, co wydaje się dla Sophie osobiste.
– A ty co sądzisz? – Ewa wbija we mnie spojrzenie.
– Musiałbym to… – mówię po chwili zastanowienia.
– Przemyśleć, jasna sprawa. – Wzrusza ramionami. – Ale jak tylko zobaczyłam twój akt namalowany przez Sophie, pomyślałam sobie; „Bingo, mam to!”.
– A czy ja też mógłbym… – zwracam się do malarki.
Ta lekko zarumieniona mówi, że oczywiście, i prowadzi mnie do stanowiska, przy którym siedziała. Upewnia się, że wszyscy wkoło są zajęci czymś innym, jakbyśmy robili coś intymnego, i pokazuje mi obraz.
W pierwszej chwili trudno mi uwierzyć, że to ja. Oczywiście mężczyzna na akcie wygląda tak samo, a jednak myśl o tym, że jeszcze niecałą godzinę temu siedziałem na środku tej sali i posłużyłem za pierwowzór tego dzieła… Cóż, to kosmos! Nawet nie wiem, czy wypada mi je chwalić. Sophie wyraźnie oczekuje jednak jakiejś odpowiedzi.
– Jest… – Kiwam głową. – Jest… Wow.
Ewa bez skrępowania pokazuje różne części mojego ciała.
– Zobacz, jak świetnie uchwyciła dłonie i stopy, zadbała o detale. To wygląda tak, jakby coś w tobie odkryła i jakbyś ty jej to chciał pokazać. Nie wiem, czy rozumiecie, o co mi chodzi, ale czasem artysta i model wchodzą w symbiozę. Tak jakby mówią do siebie. Na obrazach innych osób tego nie zobaczyłam.
Patrzymy na nią. Ja pewnie rozumiem z tego mniej niż Sophie, choć i ona wydaje się zaskoczona.
– Oczywiście proponuję dobre warunki, korzystną i transparentną umowę – ciągnie Ewa. – Dla obojga z was. Na każdym etapie można się też wycofać. Proponowałam jednak Sophie wernisaż i coś mi się wydaje, że mógłby to być… cóż, wasz wernisaż.
Mój wernisaż… Te słowa nie do końca do mnie docierają. Spoglądam znów na akt i mam ochotę przejechać po nim dłonią. Po uwiecznionym na obrazie własnym ciele. Chyba mógłbym w to wejść. Na razie jednak nic nie mówię. Nie mam pewności. Poza tym w głowie słyszę wymówki mamy.
Sophie też przez pewien czas się nie odzywa.
– W zasadzie to… – zaczyna w końcu spokojnie. – Być może to jest całkiem dobry pomysł.
Ukradkiem na mnie patrzy, a ja, choć przecież chciałem się zastanowić, nagle nabieram ochoty, by odpowiedzieć już teraz:
– Tak – mówię. – Ja też tak sądzę.
I uśmiecham się do niej.
„Co ty najlepszego wyprawiasz, chłopcze?!” – znów wybucha mi głos mamy w głowie. „Wstydu nie masz! Nigdy niczego nie żałowałeś? No to już niedługo zaczniesz!”
Redakcja
Patryk Białczak
Korekta
Beata Gołkowska
Skład i łamanie
Marcin Labus
Projekt graficzny okładki
Mariusz Banachowicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Adam Faber, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384302729
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Część pierwsza. Osobiste piękno
1. Sophie
2. Aris
3. Sophie
4. Aris
Strona redakcyjna
Spis treści
