Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Odważ się sprawdzić, kim są bohaterowie, kiedy gasną światła.
Kuba Brzozowski po raz kolejny staje do walki o marzenia i próbuje dostać się na studia aktorskie w Gdańsku. Teatr to dla niego nie tylko scena, to także droga do wolności i miejsce, w którym może na chwilę zapomnieć o własnych lękach. Od kilku lat ciąży mu w sercu sekret, który może zmienić wszystko, jeśli ujrzy światło dzienne. Czy jest na to gotowy?
Nikodem Stelmach ma talent i charyzmę, która przyciąga spojrzenia. Na scenie błyszczy, a poza nią żyje historią, która odciska na nim wyraźny ślad. Pochodzi z artystycznej rodziny, ale pragnie udowodnić wszystkim, że to ciężka praca zaprowadziła go w miejsce, w którym się znajduje. Czy jego życie faktycznie wygląda tak, jak to pokazuje w sieci?
Dla Kuby Niko od dawna był kimś odległym, niedostępnym, niemal legendą. To wszystko zmienia się, gdy trafia do tego samego pokoju w akademiku. Między współlokatorami rodzi się więź, nad którą wisi cień – wspólna przeszłość, z której zdaje sobie sprawę tylko jeden z nich.
„Kraina Czarów” to historia o poszukiwaniu własnego głosu i odwagi, by zdjąć maskę. To dwa zupełnie różne światy, które łączą się w jesiennej scenerii Gdańska.
Premiera: 13 luty 2026
Liczba stron: 470 stron
Kategoria wiekowa: 16+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 450
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Kraina Czarów
Wydanie I
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autorki. Szanuj prawa autorskie: kupując, wspierasz twórców. Ściągając „za darmo” sprawiasz, że przestają pisać.
Redaktor prowadzący: Angela Węcka
Redakcja językowa: Agata Bogusławska
Rewizja na składzie: Angela Węcka
Konwersja do wersji elektronicznej: Katarzyna Mróz-Jaskuła
Projekt okładki: Ewa Popławska
Zdjęcie na okładce: Agnieszka Sadowa
Copyright © by Magdalena Pioruńska, 2026
Wieluń, 2026
ISBN 978-83-979128-1-6
Wszystkim tym, którzy nigdy nie przestają marzyć i którym nie brakuje odwagi, żeby po te marzenia sięgnąć.
Ostrzeżenie
Spis sztuk teatralnych obecnych w Krainie Czarów
Prolog
Akt I
Scena I
Scena II
Scena III
Scena IV
Okładka
Zanim przepadniesz w elektryzującym świecie Krainy czarów, pamiętaj, że na kartach powieści pojawiają się trudniejsze tematy, takie jak śmierć bliskiej osoby, odważniejsze sceny zbliżeń, homofobia, wspomnienia toksycznego związku oraz szczegółowe opisy brutalnego pobicia. Dlatego kieruję moją książkę do czytelnika 16+. Chciałabym, żebyście o tym pamiętali, kiedy wrota do Krainy czarów staną przed Wami otworem i podążycie śladami Kuby i Nikodema w jej głąb.
Sen nocy letniej, William Szekspir
Tytus Andronikus, William Szekspir
Tramwaj zwany pożądaniem, Tennessee Williams
Kotka na gorącym blaszanym dachu, Tennessee Williams
Szklana menażeria, Tennessee Williams
Japoński teatr Kabuki
Cyd, Corneille
Cyrano de Bergerac, Edmond Rostand
Kuba
Lubiłem tego chłopca.
Po szkole często spędzał czas sam w domu, czekając, aż jego rodzice wrócą z pracy. Oglądał wtedy filmy i seriale z ulubionych płyt CD swojego taty. Wybierał je ze skórzanego albumu – każda z nich została starannie opisana. W ten sposób dowiedział się, kto grał główne role i reżyserował film. Podobało mu się, że ktoś był tak ważny, aby jego nazwisko znalazło się na płycie. Skrycie marzył więc, że i on kiedyś zostanie popularnym aktorem.
Rodzice pozwalali mu oglądać filmy, bo wtedy nie zauważał, że często mijało całe popołudnie, a nawet rozpoczynał się wieczór, zanim w końcu pojawili się w domu. Czasami chłopiec myślał, że przez to mieli wobec niego wyrzuty sumienia, a pełna wolność w wyborze tytułów to z ich strony rekompensata za samotność.
Tylko wtorki i czwartki były dla niego wyjątkowe, bo w te dni uczęszczał na zajęcia aktorskie do osiedlowego Domu Kultury. Rodzice wracali przed nim. Witali go ciepłą kolacją i serdecznymi uśmiechami. Zawsze mógł im opowiedzieć o tym, czego nowego się nauczył i co najbardziej go zainspirowało. Chłopiec miał irytującą słabość do aktorstwa, odkąd tylko dostał rolę aniołka w przedszkolnych jasełkach.
Któregoś razu podczas urodzin taty podsłuchał jego rozmowę z kolegami z pracy – właśnie na temat swojej pasji. W ten dzień wyjątkowo oboje rodzice wrócili wcześniej, żeby przygotować małą imprezę. Chłopiec za to nie odpuścił aktorskich zajęć w Domu Kultury i lekko się spóźnił. Goście zdążyli na dobre rozsiąść się w salonie.
– A nie boisz się, Franek, że te wygłupy na scenie to są takie, wiesz, niemęskie? – zapytał jeden z nich tubalnym głosem.
– Syn policjanta to powinien raczej trenować jakiś sport – dodał inny. – Ja mojego Roberta zapisałem na sztuki walki i piłkę nożną.
Chłopiec aż otworzył usta ze zdumienia. Do tej pory absolutnie nie przyszło mu do głowy, że aktorstwo mogłoby uchodzić za niemęskie albo za wygłupy na scenie. Niemęskie – co to w ogóle oznaczało? Chłopiec jeszcze nie czuł się mężczyzną, ale mocno wierzył w to, że kiedy już się nim stanie, będzie podobny do swojego taty. Dlatego wstrzymał oddech w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Bo co, jeśli rzeczywiście było z nim coś nie tak i tylko niemęsko się wygłupiał? W dodatku nie przepadał za sportem, szczególnie za piłką nożną. A co do tych sztuk walki to jedynie tata zabierał go czasem ze sobą na siłownię i ćwiczyli razem boks.
– Panowie, hobby mojego Kuby nie określa jego męskości – powiedział ojciec zirytowanym tonem, którym miał w zwyczaju karcić chłopca przed snem, jeśli ten zapomniał wcześniej odrobić pracę domową na następny dzień.
Uznał więc, że tata skarcił swoich kolegów, jakby oni też zapomnieli o pracy domowej, co właściwie mogło być prawdą. W końcu nimi dowodził.
– Może sobie nawet robić na drutach, jeśli ma ochotę – ciągnął pewnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Najważniejsze jest to, że potrafi po sobie posprzątać i pilnuje obowiązków domowych, kiedy ja przesiaduję na posterunku, a Malwina w szpitalu. Jego hobby trzyma go z daleka od osiedlowych kłopotów i wpływu nieodpowiednich kolegów. Nie wszyscy chłopcy muszą się do siebie upodabniać. Mój Kuba na pewno nie.
Tak, on był inny. Miał swój świat o specyficznym, artystycznym mikroklimacie, każdą wolną chwilę poświęcał na przygotowanie ról do przedstawień w osiedlowym Domu Kultury albo na rozmyślanie o nich. Dzięki tacie ani razu nie odczuł, że czegoś mu brakowało, bo nie uprawiał sportu ani nie spędzał czasu z kolegami spoza kółka aktorskiego.
Tego wieczoru chłopiec podarował tacie album z ich rodzinnymi zdjęciami. On i tata – zmęczeni, ale zadowoleni ze swoich postępów na szlaku, tuż przed zdobyciem szczytu Śnieżki. On i tata na żaglówce, zajęci zwijaniem lin i ustawianiem masztu. On i tata grillujący ryby nad ogniskiem na brzegu. On i tata na siłowni, ubrani w ochraniacze i bokserskie rękawice. On i tata jeżdżący na rowerach po okolicy. Tata i mama na widowni przed sceną w osiedlowym Domu Kultury, gdzie chłopiec odgrywał rolę szlachetnego Kirkora w inscenizacji Balladyny.
Tych zdjęć było więcej, ale już umknęły mojej pamięci. Bardzo tego żałuję. Jak wspomniałem – lubiłem tego chłopca. I lubiłem go w drużynie z jego tatą. Dzień po imprezie urodzinowej wszystko diametralnie się zmieniło, a mój ulubiony chłopiec na zawsze zniknął. Zastąpił go chłopak, którego się bałem. Miał trzynaście lat i dziurę w sercu, bo tego wieczoru tylko jego mama wróciła bezpiecznie z pracy.
– Co za dzień – pożaliła się na progu, po czym ściągnęła kurtkę i zabłocone buty.
Na dworze padał ostry deszcz. Nadciągał najgorszy okres jesieni – rozpłakany listopad. Chłopak nie znosił tej pory roku, kataru i przemoczonych ubrań, bo zawsze zapominał zabierać parasol do szkoły.
Leżał na kanapie, oglądając serial o zakochanych nastolatkach, i przytulał do piersi zmiętą poduszkę. Z jednej strony współczuł mamie, że codziennie doświadcza traum obcych ludzi, a z drugiej wiedział, że nie zamieniłaby swojej karetki na żadną łatwiejszą pracę. Uczyła go tym tego, że w życiu bardziej liczą się te trudniejsze rozwiązania, bo dają większą satysfakcję. Chłopak nie akceptował więc żadnej drogi na skróty.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Mama poszła otworzyć, dziwiąc się przy tym, że ktoś ich odwiedzał o tej porze. Tata miał swój klucz, ale mimo to chłopak liczył, że to jednak będzie on, i dlatego od razu wyjrzał zza oparcia kanapy. Zobaczył dwóch kolegów taty z wczorajszej imprezy. Zbyszka od niemęskich wygłupów na scenie i Waldka od syna sportowca. Tym razem nie byli jednak w jowialnych nastrojach. Wręcz przeciwnie. Coś w wyrazach ich twarzy od razu przepełniło chłopaka lękiem. Podniósł się z kanapy i stanął w korytarzu, żeby lepiej widzieć i słyszeć. Dostrzegł, jak plecy odwróconej do niego tyłem mamy zaczęły się trząść, jakby niekontrolowanie się rozpłakała.
– Baliśmy się, że twoja karetka do niego przyjedzie. To by była prawdziwa ironia losu – powiedział Zbyszek tym swoim okropnym, tubalnym głosem.
Chłopak nie mógł przez to nie usłyszeć ani jednej sylaby z jego wypowiedzi.
– Lekarze od razu na miejscu stwierdzili zgon. Oberwał tylko raz ostrzem scyzoryka, ale tak niefortunnie, że pękła mu tętnica ramienna – wtrącił Waldek.
Chłopak poczuł, jak całe jego ciało drętwieje. O kim oni mówili? Dlaczego mama tak osłabła, że obaj mężczyźni musieli ją złapać, żeby nie upadła na podłogę? Serce zaczęło boleśnie tłuc mu się w piersi, bo ono już wiedziało, choć jego zastany, powolnie rejestrujący wszystko umysł jeszcze wzbraniał się przed prawdą.
– Co się stało? – zapytał słabym głosem. Ten wypłynął z jego ust, ale chłopakowi się wydawało, że nie należał do niego, że to ktoś inny, nieznajomy przez niego przemawia.
Zbyszek położył mu ciężką dłoń na ramieniu. Chłopak resztką sił powstrzymał się przed tym, żeby nie strącić jej z obrzydzeniem. Oczy starszego policjanta były rozmyte przez niewylane łzy i szczerze przekazywały mu współczucie.
– Twój tata odszedł jako bohater, chłopcze. To wielka tragedia, ale oddał życie na służbie, dlatego zasługuje na twój szacunek – powiedział.
Chłopak nie mógł już tego znieść. Zaczął wrzeszczeć.
Potem nadeszły kolejne takie jesienie – zapłakane, rozwrzeszczane, popychające w depresję. Chłopak, którego się bałem, zaczął nienawidzić swojego taty. Dla niego obcy ludzie okazali się ważniejsi od rodziny. Podobno poniósł honorową śmierć, ale jego syn uważał go za największego tchórza. Nie widział więcej sensu w podążaniu wytyczoną przez niego ścieżką. Skończyło się pomaganie w domu. Skończyło się odrabianie lekcji, dlatego że nikt się na niego nie irytował, kiedy o nich zapomniał. Skończyło się nawet chodzenie do szkoły. A przynajmniej to regularne. Chociaż chłopak nie widział w tym sensu, to jego mama czasem jeszcze stawała z nim do walki o wartości. Przegrywała z kretesem. Chłopak uparcie obstawał przy swoim. Chciał ukarać tatę, ale jego zemsta nie mogła go dosięgnąć. Karał więc samego siebie.
Wreszcie skończyły się zajęcia teatralne. Chłopak stracił do nich serce. Brakowało mu siły, żeby swobodnie oddychać, a co dopiero grać. Nie miał w sobie ani grama kreatywności. Sprężynowy nóż mordercy upuścił ją z jego ciała razem z krwią z tętnicy taty.
Opiekunka koła teatralnego chłopaka powiedziała mu na zakończenie:
– Kuba, wpadasz w przepaść. Otrząśnij się. To nie jesteś ty. Jeszcze nie jest za późno.
– Będę robił, co chcę, bo mogę robić, co chcę. Nawet wpaść w przepaść. Poza tym aktorstwo to niemęskie wygłupy na scenie – odparł chłopak z krzywym, wilczym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Tak, wpadł w przepaść, w dodatku na własne życzenie. Na samym dnie było bowiem cicho i obojętnie. Ciemność była wszechogarniająca, ale znajoma, dawała mu złudne poczucie bezpieczeństwa. Cicho liczył, że tam nikt nie czyhał na niego ze sprężynowym nożem.
Zaczęło się przesiadywanie do późna w nocy na skateparku, palenie papierosów z kolegami, picie wódki, sięganie po narkotyki, wagarowanie, nadzór kuratora… I nagle chłopak, którego się bałem, przeistoczył się w rozgniewanego młodego mężczyznę. Pewnego dnia odkrył on, że gdy człowiek wyrzeka się siebie, nie chroni go już nawet dno przepaści. Dlatego i on musiał odejść i ustąpić mi miejsca.
„Miłość w swej prostej i nieśmiałej mowie powie najwięcej, gdy najmniej powie”.
– W. Szekspir, Sen nocy letniej
Kuba
– Cześć! Zabieram was dzisiaj na plan Stosu. – Nikodem „Niko” Stelmach uśmiechnął się szeroko do ekranu telefonu. Trzymał w dłoni rączkę od selfie sticka, starając się pokazać jak najwięcej za swoimi plecami. – Zaczynamy właśnie piętnasty dzień pracy. To dobry moment, żeby zdradzić co nieco zza kulis. Jesteśmy już prawie przy mecie. Zostańcie ze mną do końca, bo tylko na moim kanale Zagraj to z Niko zobaczycie mnie przedpremierowo w scenie pościgu. Przypominam, że tym razem gram seryjnego mordercę – kontynuował dźwięcznym głosem.
Na sekundę zapatrzyłem się w jego zielone oczy, których odcień przypominał greckie oliwki prosto z gałęzi i w których wciąż tańczyły figlarne iskierki.
– Właśnie mijamy naszych dźwiękowców – powiedział, skierowawszy kamerę przed siebie, prosto na dwóch mężczyzn.
Pochylali się nad rozłożonym na stole sprzętem. Jeden z nich uniósł głowę i przyjaźnie skinął Niko na powitanie. W tle rozpościerało się pole i wiejskie budynki gospodarcze. Na dworze musiało być chłodniej, o czym świadczyło zachmurzone niebo i czarne, zapięte pod szyję bluzy chłopaków z ekipy dźwiękowej.
– Czy wyrażacie zgodę, żebym pokazał was na YouTubie? – zapytał Niko zza kamery.
– Pewnie, to zaszczyt znaleźć się w twoim vlogu – odpowiedział ten, który pierwszy się z nim przywitał.
Nikodem wymienił z nim uścisk dłoni i kamera z powrotem skoncentrowała się na jego opalonej, nakrapianej piegami twarzy. W tym ujęciu, kiedy wreszcie padły na niego promienie słońca, mógłby się nawet wydawać podobny do starożytnego, złotego posągu Apolla. Efekt psuł jego promienny uśmiech. Niko nie potrafił na długo zachować powagi. No chyba że wymagała tego do niego rola.
Kolejno przedstawił do kamery panią od scenografii, dziewczyny od make-upu i kostiumów, operatorów, asystentów reżysera i w końcu samego reżysera. Wszyscy okazywali mu szczere zainteresowanie i sympatię, a Nikodem wylewnie się z nimi witał i zadawał pomocnicze pytania, żeby jak najlepiej wypadli przed kamerą.
– Na mój Instagram wrzuciłem skrzyneczkę. Moi obserwatorzy mogli zadawać pytania wschodzącej gwieździe polskiej reżyserii i często powtarzało się to, jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość w branży – powiedział Niko.
– Tylko pozytywnie, jeśli będę współpracować z tak lubianymi i świetnymi aktorami jak ty! – Reżyser roześmiał się przyjaźnie.
– Jeśli będziesz mnie angażował, gwarantuję ci, że ze wschodzącej gwiazdy szybko przeistoczysz się w tę prawdziwą! – Nikodem zawtórował mu śmiechem.
Potem nagle zmieniły się miejsce akcji i prowadzący vloga. Do kamery spoglądał Emil Stachulec, najlepszy przyjaciel Niko i jego prawa ręka. Pewnie dlatego wzbudzał we mnie antypatię. Nabrałem brzydkiego zwyczaju okazywania nadmiernej podejrzliwości wszystkim osobom, które za bardzo zbliżyły się do Niko.
– Nikodem musiał wrócić do pracy, więc od teraz to ja przejmuję stery. Przed wami obiecana scena pościgu – zapowiedział Emil i odgarnął dłonią popielatą grzywkę.
Jego uśmiech był pozbawiony szczerego entuzjazmu Niko i nie docierał do oczu. Stachulec skupiał się raczej na technicznej stronie nagrywania niż emanowaniu uroczą osobowością przed widzami. Pewnie dlatego, że jego taka nie była.
W końcu zobaczyłem Nikodema, ubranego w żółtą pelerynę z kapturem. W prawej dłoni trzymał złotą statuetkę, którą jego bohater zdobył w zawodach pływackich. Służyła mu za narzędzie zbrodni. Gonił po polu wystraszoną, elegancko ubraną kobietę. Uciekała przed nim na wysokich obcasach, więc nie miała większych szans. Do czasu. Nikodem za bardzo skręcił w prawo i nagle całkowicie zniknął z pola widzenia, jakby osunęła się pod nim ziemia.
– Jasna cholera! – krzyknął Emil i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że to nie było zamierzone.
Z wrażenia wstrzymałem oddech. Emil jako pierwszy pobiegł w stronę miejsca akcji, trzęsąc przy tym kamerą. Udało mu się jednak pokazać Niko wyłaniającego się spod wody. Miedziane włosy przykleiły mu się do twarzy. Pokrywała je teraz zielona rzęsa z powierzchni stawu. Mokra peleryna ściągnęła go z powrotem w dół. Potknął się przy wstawaniu i jeszcze raz runął do wody z głośnym pluśnięciem.
Gwałtownie wstałem z ławki, prawie wyrywając sobie przy tym słuchawki z uszu. Rozejrzałem się nieprzytomnie, rozpoznając kolorowe ściany, przystrojone szklanymi gablotami na ogłoszenia uczelni. Powietrze przesiąkło charakterystycznym zapachem drewnianych podłóg i wzmagającym się zaduchem.
Korytarz pękał w szwach. Otaczający mnie tłum przypominał barwne rybki krążące wokół rafy koralowej. W tym roku kandydaci na studia aktorskie na Artystyczno-Aktorskim wydziale Uniwersytetu Gdańskiego robili wokół siebie dużo szumu. Część kręciła nawet relacje na żywo na Instagram i TikTok, dokumentujące czekanie na spotkanie z komisją, a część głośno ćwiczyła swoje interpretacje. Znaleźli się również tacy, którzy w kącie powtarzali kroki wymyślonego układu tanecznego. Może zamierzali urozmaicić nim recytację tekstu? W sumie niezły pomysł. Szkoda, że sam na niego nie wpadłem.
Onieśmielony zaciekawionymi spojrzeniami innych kandydatów, żenująco się zarumieniłem i usiadłem z powrotem na ławce. Odruchowo przygryzłem metalowe zapięcie kolczyka w dolnej wardze. Miętosiłem je tak długo, aż moje galopujące serce się uspokoiło. Potarłem policzki dłońmi, wyczuwając pod palcami dwudniowy zarost. Rano zdecydowałem, że się nie ogolę, bo dzięki temu wydawałem się groźniejszy, bardziej dziki. Chyba chciałem przestraszyć komisję. Może wtedy w końcu przyjmą mnie na studia.
W zwolnionym tempie dotarło do mnie, że nie istniał żaden sposób, żebym przeniósł się teraz w czasie i w przestrzeni i rzucił tonącemu Niko na pomoc. Zerknąłem na informacje pod vlogiem. Liczba wyświetleń: 120 000. Liczba komentarzy: 234. Data publikacji: 29 czerwca. Ostatnio spiętrzyła mi się praca w warsztacie, dlatego dopiero teraz, pięć dni po publikacji, oglądałem najnowszy vlog Niko. Poza tym przygotowywałem się do przesłuchania. Nie miałem więc czasu, żeby grzebać w Internecie, a po powrocie do domu od razu zasypiałem ze zmęczenia.
Ciężko westchnąłem. Może powinienem skupić się na tym samym, co moja konkurencja, i choć raz głośno powtórzyć sobie monolog Puka ze Snu nocy letniej, wybrany przeze mnie do interpretacji? Opanowanie i pewność siebie pozostałych kandydatów napawały mnie zazdrością i niepokojem. Zwłaszcza że już trzeci raz znajdowałem się w tej samej sytuacji i ponownie desperacko zrezygnowałem z planu B.
W swojej wyobraźni miałem dostać się do Gdańska. Koniec, kropka. Inne aktorskie uczelnie nie wchodziły więc w grę. Oczywiście zawsze mogłem wrócić do pracy w warsztacie. Ogarniał mnie jednak strach, że jeśli tym razem mi się nie uda, marzenia o studiach staną się dla mnie jeszcze bardziej odległe, o ile nie niemożliwe…
Zirytowany pokręciłem głową, odganiając te ponure myśli. Nie, ja nie będę taki jak inni. Trafiłem tu dzięki Nikodemowi Stelmachowi i to jemu zamierzałem poświęcić ostatnie chwile przed egzaminem. Puk się chyba nie obrazi.
W filmie Emil podał Niko dłoń. Ten kurczowo się jej uczepił i dopiero wtedy dźwignął na nogi. Drżał z zimna i pewnie z przerażenia, ale mimo to nie przestawał się uśmiechać.
Zauważyłem, że tym razem to nie była szczera radość. Czasami Niko ją udawał, żeby schować pod nią prawdziwe emocje i oszukać obserwatorów. Od czterech lat oglądałem jego kanał i śledziłem Instagram i TikTok. Nauczyłem się rozpoznawać jego sztuczne uśmiechy. Równocześnie ogarnęły mnie złość i przytłaczający smutek, że nie mogłem tam razem z nim być i zaoferować mu pocieszenia albo chociaż ręcznika i ciepłej bluzy na zmianę. Z drugiej strony nie byłem pewien, czy by je ode mnie przyjął. Musiał być przecież silny i zawsze idealnie opanowany. Tak jak teraz, kiedy przedramieniem otarł wodę z twarzy, a potem potrząsnął kręcącymi się pod wpływem wilgoci włosami.
– Hej, nie martwcie się o mnie! – powiedział, jakby doskonale wiedział, jakie emocje wywołał w swoich obserwujących, w tym we mnie. – Taka jest właśnie praca na planie. Nawet kiedy mamy dograny każdy szczegół, nie da się przewidzieć wszystkich okoliczności. Aktorstwo wymaga poświęcenia, a pasja do niego ciężkiej pracy. A tak à propos: pozdrowienia dla nowych kandydatów na moją gdańską uczelnię! Życzę wam podobnej determinacji w drugim etapie i może wkrótce spotkamy się na tych samych korytarzach!
Tym razem to ja się uśmiechnąłem, bezgłośnie obiecując Niko, że akurat na mnie się dziś nie zawiedzie.
Tak, przeszedłem wcześniej pierwszy etap eliminacji, który sprawdzał dykcję i predyspozycje ruchowe przyszłych aktorów. Komisja oceniała dosłownie wszystko łącznie z tym, jakie ogólne wrażenie się robiło – nawet krok, gestykulację i sposób mówienia.
Moimi zadaniami ruchowymi były skłon, w którym musiałem dotknąć głową kolan, i wykonanie gwiazdy. Bułka z masłem. Spędzałem dużo czasu na siłowni. Akurat sprawność fizyczna była dla mnie bardzo ważna, choć zamiast gimnastyki czy akrobatyki wolałem podnosić ciężary i amatorsko trenować boks.
Potem musiałem zatańczyć krakowiaka i zaśpiewać wybraną piosenkę ludową. Tym razem męczyłem Kalina, malina. Nie cierpiałem śpiewać, ale komisja stwierdziła, że miałem ponoć „czysty głos i byłem wystarczająco muzykalny”. Uważałem ten komentarz za satysfakcjonujący, bo śpiewu obawiałem się nawet bardziej niż głównej interpretacji. Przy mojej pierwszej próbie dostania się na uczelnię – dwa lata temu – ledwo przeszedłem ten etap i na zawsze znienawidziłem przez to piosenkę Szła dzieweczka do laseczka.
– Pan Jakub Brzozowski? – Przez drzwi do sali teatralnej wyjrzała znajoma twarz.
Próbowałem sobie wmówić, że wcale się nie stresuję, ale sama obecność doktor nauk humanistycznych ze specjalizacją z teatrologii, Marceliny Dudek, sprawiła, że atmosfera na korytarzu diametralnie się zmieniła. W powietrzu zawisło nieprzyjemne napięcie. Wszystkie oczy skupiły się na pani doktor, która była za to wyraźnie niezainteresowana morzem potencjalnych studentów. Trzymała dłonie w kieszeniach długiego, granatowego żakietu. Pasował do jej elegancko zaprasowanych w kant spodni i czarnych szpilek. Długie, ciemne włosy Marceliny, częściowo spięte z tyłu, wiły się na jej ramionach.
Przełknąłem ślinę i bohatersko wstałem, w pełni świadomy, że to się właśnie dzieje i że nie ma już odwrotu.
– Dzień dobry – odpowiedziałem, gratulując sobie w duchu, że nie zacząłem się jąkać. Niestety czasem robiłem to z nerwów.
To był też jeden z powodów, dla których w zeszłym roku się nie dostałem. Nie zapanowałem nad stresem i położyłem kreatywne zadanie od komisji interpretacji. Musiałem wtedy recytować monolog Prospera z Burzy, odgrywając przy tym gąsienicę, która przeobrażała się w motyla. Do tej pory śniły mi się o tym koszmary. Marcelina Dudek zawsze była przewodniczącą tej komisji. Istniało więc okropne prawdopodobieństwo, że kojarzyła mnie z moich dwóch nieudanych prób.
– Dzień dobry, panie Brzozowski – powiedziała, mierząc mnie uważnym wzrokiem spod wpółprzymkniętych powiek. – Jak to się mówi: do trzech razy sztuka, za czwartym nauka.
Spłonąłem rumieńcem i spuściłem wzrok na czubki butów. Wydawało mi się, że wszyscy przewiercają mnie wzrokiem i wiedzą, że nie potrafiłem przejść stadium gąsienicy oraz wreszcie samodzielnie rozwinąć skrzydeł.
– Idziemy? – zapytała Dudek.
Tylko kiwnąłem głową, bo nadal nieprzyjemnie hipnotyzowała mnie wzrokiem.
– Proszę za mną – dodała i usłyszałem stukot jej obcasów na drewnianej podłodze.
Rozejrzałem się po równo ustawionych siedzeniach, obitych czerwonym materiałem, przywieszonym przy suficie oświetleniu i odsłoniętej, bordowej kotarze. Scena była szeroka, pozbawiona rekwizytów i odnosiłem wrażenie, że do mnie przemawia. Przez uchylone okna sączył się popołudniowy blask słońca i odgłosy rozmawiających ze sobą kandydatów, palących przed budynkiem.
Maszerowałem za doktor Dudek, czując, że z każdym kolejnym krokiem moja wrodzona nieśmiałość się ulatnia. Miałem dobre przeczucia, choć wolałem za bardzo im nie ufać, żeby nie zapeszyć. W końcu Marcelina wróciła na swoje miejsce za stołem komisji, a mnie wskazała dłonią scenę. Wdrapałem się na nią, pełen szczeniackiego entuzjazmu, rozgrzany adrenaliną pulsującą w żyłach.
„Aktorstwo wymaga poświęcenia, a pasja do niego ciężkiej pracy” – tak powiedział Niko w swoim vlogu, a jego oczy przepełniała szczerość. To jej teraz najbardziej potrzebowałem. Musiałem się odsłonić, ujawnić swój najsłabszy punkt, żeby zdobyć to, czego tak bardzo pragnę. Zrozumiałem, że tylko bezkompromisowo będąc sobą, mogę wykrzesać z siebie największy ogień i zająć nim scenę. Mogłem dorównać Niko. Wierzyłem w swoją determinację.
Kierowany tym przekonaniem, głęboko ukłoniłem się komisji.
– Dzień dobry, to prawdziwa przyjemność znowu się z państwem spotkać.
Marcelina uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na siedzącego obok niej pulchnego staruszka, dziekana Kotwickiego. Mimo wysokiej temperatury na zewnątrz uwiązał pod szyją muszkę i włożył marynarkę w kratę. Ostatnim razem wybrał dla mnie zadanie obrażania go przez piętnaście minut, żeby na końcu stwierdzić, że byłem zbyt uprzejmy i nie potrafiłem zagrać prawdziwej urazy. Nie wiedział, że hamowałem wtedy swój ogień w obawie przed zwęgleniem sceny. Na szczęście teraz zamierzałem puścić ją z dymem.
– Proszę zaczynać – odezwał się dziekan, niecierpliwie bębniąc końcówką długopisu o otwarty notes. – Skoro widzimy się ponownie, to już pan wie, co robić.
– Istotnie – przyznałem i głośno odetchnąłem. Nerwowym gestem wygładziłem koszulkę na piersi i przymknąłem oczy, koncentrując się tylko na cieple scenicznego światła, grzejącego mnie w twarz. – Jeśli was nasze obraziły cienie, pomyślcie tylko (łatwe przypuszczenie), że was sen zmorzył, że wszystko, co było, tylko uśpionym we śnie się marzyło – wyrecytowałem, wyobrażając sobie, że znajduję się na leśnej polanie, a w tle szumi potok i śpiewają ptaki. – Jeżeli dzisiaj senne to marzenie wasze łaskawe zyska przebaczenie, dołożym chęci, aby się poprawić, i widowiskiem lepszym was zabawić. – Nad wymyślonymi leśnymi kwiatami krążyły wymyślone pszczoły, intensyfikując swoim bzyczeniem obrazy w mojej wyobraźni. – A jak Puk jestem i człowiek uczciwy, jeżeli dzisiaj dość będę szczęśliwy, że spod języka wężów wyjdę zdrowy, niedługo utwór przyniesiem wam nowy, albo na zawsze Puk kłamcą zostanie. – Nad wymyślonym lasem zapadała ciemność, zroszona wymyślonym deszczem; jego monotonny odgłos kołysał mnie do snu. – Teraz dobranoc! Panowie i panie. Jeżeli łaska, dajcie nam oklaski!
Ostrożnie uchyliłem prawe oko, żeby zerknąć na komisję. Tym razem Marcelina nie ukrywała szerokiego uśmiechu. Wąsaty doktor Kuczma, specjalizujący się w emisji głosu, zaklaskał, a Wanda Kaczmarek, od zajęć związanych z plastyką ciała, wysoko uniosła kciuk. Za to dziekan demonstracyjnie podrapał się w głowę.
– Świetnie, panie Brzozowski, a teraz proszę wyrecytować ten sam tekst, ale w wielkiej żałobie, jakby panu umarł ktoś bliski – zdecydował. – I proszę tym razem otworzyć oczy, bo chcę widzieć pana łzy.
Uśmiechnąłem się do niego krzywym, wilczym uśmiechem pozbawionym wesołości. Pomyślałem o tacie i o znajomym, cichym dnie przepaści, w którą nas obu wtrąciłem. Wiedziałem co nieco o łzach. Moja historia czekała właśnie na ten moment, żeby ją opowiedzieć. Znowu stałem się chłopakiem, którego przestałem lubić.
Pod koniec nie miałem już więcej łez. Czułem się wypruty z powodu rozedrganych uczuć i wysiłku. Byłem jak przebity balonik, z którego uleciało całe powietrze.
Komisja poddała się mojemu nastrojowi. Marcelina masowała skroń, jakby rozbolała ją głowa. Spoglądała w notatki, ukrywając oczy. Pozostali członkowie wymieniali między sobą ciche uwagi i porównywali swoje oceny. Pociłem się ze stresu, diabelnie ciekawy, co o mnie napisali. Czy mój ból do nich przemówił? Gdybym miał trochę więcej siły w zapasie, zacząłbym się martwić, że choć włożyłem czarny T-shirt, i tak zauważą plamy potu pod moimi pachami.
Dziekan był zarazem zadowolony i niezadowolony, bo wyraźnie cieszyły go moje postępy, ale też irytowało go to, że nie potrafił mnie zagiąć. Z jego zaciętej, zamyślonej miny wnioskowałem, że nadciągała zmiana nastroju. Chciał zobaczyć pełną gamę moich emocji.
– A teraz odegra pan dla nas swój ulubiony kolor – postanowił, dotykając długopisem czubka nosa. – Chyba że pan nie ma, to sami panu wybierzemy…
Ulubiony kolor? To akurat proste. Pierwszy raz na tej scenie poczułem w sobie niezłomną pewność siebie.
– Nie trzeba. Mój ulubiony kolor to złoty.
– Na bogato – prychnął dziekan.
– Raczej kojarzy mi się z bardzo dla mnie ważną osobą – poprawiłem go i uprzejmie skinąłem mu głową.
– Nosi złotą aureolę? – zapytała Marcelina podobnie uszczypliwym tonem co dziekan.
Roześmiałem się wesoło.
– Daleko mu do świętego, ale wszystko w nim jest złotem – zapewniłem ich.
– Proszę to pokazać – zachęciła mnie Marcelina i odchyliła się na krześle, żeby mieć lepszy widok.
Zacząłem się ruszać, przywołując w pamięci zdjęcia z Instagrama Niko z tego roku.
Styczeń. Bajkowy Nikodem, ubrany w długie, białe futro z kapturem, pozował na saniach na tle ośnieżonych gór. Jego twarz zdobił złocisty makijaż, a usta – brokatowa szminka. W opisie zdjęcia napisał tylko: „Królowa Śniegu w Alpach”.
Marzec. Niko i jego najbliższy krąg przyjaciół – Emil, Julek i Tamara – szukali pierwszych oznak wiosny. Niko ustawił się w środku zdjęcia, klęcząc nad kolonią żółtych zawilców, które wyłaniały się ze zlodowaciałej ziemi. W instagramowym filtrze ich płatki wyglądały jak zrobione ze szczerego złota.
Maj. Rolka, w której Niko, ubrany w obcisły sportowy strój, wykonał podwójny piruet na tle ciągnących się krzewów fioletowego bzu. Jego rozpuszczone włosy wirowały razem z nim, zamieniając się w rozmazaną smugę przypominającą lejące się złoto.
Czerwiec. Pierwsze zdjęcie Niko z planu filmu Stos, o seryjnym mordercy. Ucharakteryzowany nie przypominał siebie samego, choć jego specyficzna żółta peleryna i złota statuetka, którą zabijał swoje ofiary, bezbłędnie wpisywały się w jego ulubioną kolorystykę.
Nie miałem inspiracji na lipiec, ale wyobraziłem sobie niekończące się pole słoneczników i Niko wtulającego twarz w jednego z nich. Chciałbym go kiedyś zobaczyć w takim miejscu i przede wszystkim chciałbym tam razem z nim być. On bez wątpienia był właśnie słonecznikiem, jak w piosence z animowanego Spidermana. „You’re the sunflower. I think your love would be too much”.
Nikt mi nie przerwał, a ja nie wiedziałem, kiedy skończyć, ale gdy wreszcie to zrobiłem, w sali panowała kompletna cisza. W końcu Marcelina podniosła się od stołu i zaczęła mi głośno bić brawo.
– Na bogato, na bogato – powtórzył dziekan.
Kuba
Lena i Olek czekali na mnie na schodach przed uniwersytetem. Wyszedłem prosto na niemiłosiernie grzejące słońce i otworzyłem przed nimi ramiona, szeroko się uśmiechając. Oni najpierw wymownie na siebie popatrzyli, a potem szczerze się roześmiali. Olek złapał mnie w pasie i uniósł, jakbym nic nie ważył, co było absolutną nieprawdą. Obaj byliśmy wysocy i solidnie zbudowani. Chodziliśmy do tej samej siłowni i na te same treningi boksu. Z wrażenia głośno jęknąłem, ale Olek postawił mnie dopiero, kiedy zniósł mnie ze schodów jak worek ziemniaków. Lena nie dała mi ani chwili oddechu. Od razu skoczyła na mnie z rozpędu i mocno mnie uściskała. Odwzajemniłem jej się tym samym, ledwo utrzymując przy tym równowagę.
Nie musiałem im nic mówić. Od trzech lat wspierali mnie w moich beznadziejnych próbach dostania się na studia aktorskie do Gdańska. Z mojego uśmiechu wyczytali, że tym razem uważam, że mam realne szanse. Ogarnęła mnie przytłaczająca, rozluźniająca ulga. Spłynęło ze mnie napięcie, aż ugięły się pode mną nogi. Jakby to wyczuwając, Lena i Olek złapali mnie pod ramiona z obu stron i zaprowadzili do najbliższej ławki w cieniu.
– Opowiadaj! – zażyczyła sobie Lena, siadając obok mnie.
Założyła nogę na nogę, odsłaniając kolana spod wykrojonej sukienki w nadruk róż. Olek stanął przed nami, szukając czegoś w swojej torbie. Rzucał na nas dodatkowy cień i byłem mu za to ogromnie wdzięczny.
– Puk im się spodobał… – zacząłem, ale Lena nie pozwoliła mi skończyć.
– Oczywiście, że im się spodobał! Ćwiczyliśmy to wspólnie przed całym naszym kołem! – zacietrzewiła się i dumnie uniosła podbródek.
Pokiwałem głową jak kukiełka. Nie chciałem się, broń Boże, o nic spierać z Mileną Rybczyńską. Znowu zacznie mi wiercić dziurę w brzuchu, że nie zdecydowałem się składać papierów do Warszawy. Była przekonana, że od razu bym się dostał i moglibyśmy studiować razem. W przeciwieństwie do mnie Lena po wakacjach zaczynała już trzeci rok. Poznaliśmy się na zajęciach przygotowawczych na studia. Kiedy nie udało mi się w Gdańsku, a jej udało się w Warszawie, zapisałem się do koła teatralnego, prowadzonego przy jej wydziale. Było otwarte dla wszystkich, nie tylko dla studentów aktorstwa.
– Bierz, potrzebujesz nawodnienia – wtrącił Olek i dotknął mojego rozpalonego czoła schłodzoną plastikową butelką z wodą.
Westchnąłem z zadowolenia. Przyjąłem ją od niego i napiłem się łapczywie, aż woda wypłynęła mi kącikami ust. Powietrze było nieruchome, ociekało upałem. Gotowałem się w ciemnych ubraniach. Na domiar złego miałem na sobie długie spodnie i sportowe buty na wyższej podeszwie. Czułem się w nich swobodniej na scenie, dlatego wolałem je zamiast sandałów, ale zdecydowanie nie nadawały się na taki upał. Zazdrościłem Lenie przewiewnego materiału sukienki, a Olkowi krótkich spodenek.
– I co, i co? – drążyła Lena. – Opowiadaj dalej!
– Potem musiałem powiedzieć ten sam monolog Puka, ale jakby mi ktoś umarł, wiesz, z rozpaczą… Myślałem o tacie, kiedy improwizowałem – przyznałem, kątem oka wyłapując reakcje przyjaciół.
Lena opiekuńczo położyła dłoń na moim przedramieniu i mnie po nim pogłaskała. Olek założył ramiona na piersi, spoglądając na mnie z góry z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Na koniec poprosili, żebym pokazał swój ulubiony kolor. Z tego ostatniego zadania jestem wyjątkowo zadowolony. Dostałem owacje na stojąco od Marceliny Dudek! – relacjonowałem z wymuszonym entuzjazmem, w nadziei, że oszukam tym całą naszą trójkę, że wskrzeszanie taty nie zrobiło na mnie większego wrażenia, że liczył się tylko ten kolor…
Lena zmarszczyła brwi. Asymetryczna, jasna grzywka przysłaniała jej lewe oko, ale wyraźnie widziałem jej zirytowane spojrzenie. Uważała, że wykładowcy z Gdańska byli nadmuchanymi pajacami, a już szczególnie słynna Marcelina Dudek, królowa teatralnych projektów zagranicznych.
Ja za to uwielbiałem Marcelinę. Podobała mi się jej przedsiębiorczość, niezłomność w podejmowaniu decyzji i podążanie własną drogą. Poza tym, że marzyłem o tym, żeby w końcu poznać Niko osobiście, równie mocno pragnąłem dostać się choć do jednego zagranicznego projektu Marceliny.
– I jaki to kolor? – zapytał Olek.
Jak zawsze skupił się na najważniejszym szczególe. Pewnie dlatego był tak świetnym mechanikiem. W końcu usiadł wygodnie po mojej drugiej stronie i poufale klepnął mnie w ramię. Przez chwilę przyglądałem się jego profilowi – mocno zarysowanej szczęce i orlemu nosowi. Mrużył oczy, chroniąc je od ostrego słońca.
– Złoty – odpowiedziałem.
– Myślałem, że wybierzesz czarny – zdziwił się Olek. – Albo szary, jak nasze kombinezony z pracy – zażartował.
Prychnąłem ironicznie i odwdzięczyłem mu się przyjacielskim szturchnięciem w bok. Pracowaliśmy razem w warsztacie samochodowym jego wujka Adriana, który często wyjeżdżał za granicę. Załatwiał tam różne sprawy w jego drugiej firmie budowlanej i wtedy warsztat praktycznie przechodził w ręce jego siostrzeńca.
Miałem to szczęście, że Olgierd Braliński był moim najlepszym kumplem w technikum samochodowym, a potem najlepszym szefem pod słońcem. Wiedziałem, że nie podobało mu się, że mógłbym zostawić pracę u niego, żeby studiować nad morzem. Mimo to nigdy nie powiedział tego wprost i zawsze dopingował mnie w moich aktorskich marzeniach.
– Albo ewentualnie pomarańczowy, jak kombinezon ratowniczki medycznej twojej mamy – drążył Olek. – Złoty do ciebie nie pasuje, Kubuś.
– Ale to kolor Nikodema Stelmacha – stwierdziła Lena prawie oskarżycielskim tonem, a ja poczułem gorąc na twarzy, i to nie tylko z powodu lipcowego upału.
– Znowu wracamy do tego tematu? – Olek przewrócił oczami i ponownie założył ramiona na piersi. – Kuba, ja naprawdę miałem nadzieję, że wyleczyłeś się z tych głupot. Co się wydarzyło, to się wydarzyło. Uwierz mi, nie jesteś nic winien temu chłopakowi…
Mocno przygryzłem dolną wargę, drażniąc językiem metalowe zapięcie kolczyka. Krew uderzyła mi do głowy, jak zawsze, kiedy ktoś odważył się przy mnie zakpić z mojej fascynacji Niko i naszych dziwnie splątanych ze sobą życiowych ścieżek.
– Nie zgadzam się z tobą, Olek – odparłem ostro, zaskakując ich oboje agresywnym tonem. – Nawet jeśli nie jestem nic winien Niko, to chcę wszystko wyjaśnić przede wszystkim ze względu na samego siebie…
Olek przybrał minę, jakby zamierzał się ze mną kłócić, ale Lena go ubiegła i pojednawczo uniosła ręce.
– Dajmy temu spokój – ucięła stanowczo. – Kubie świetnie poszły egzaminy wstępne. Mamy ważny powód do świętowania – przypomniała, przesuwając zniecierpliwionym spojrzeniem po mojej zaciętej minie i naburmuszonym Olku. – Co powiecie na to, żebyśmy wrócili do hotelu, odświeżyli się i poszli na plażę? Możemy sobie przedłużyć nocleg do jutra. Warsztat wam się przecież nie zawali, a jeden dzień urlopu nie zaszkodzi żadnemu szefowi i jego najbardziej sumiennemu pracownikowi – zakpiła i figlarnie uniosła brwi.
– No nie wiem, nie wiem – droczył się Olek.
Ścisnąłem skroń palcami. Z upału i silnych emocji rozbolała mnie głowa.
– Głosuję za plażą – powiedziałem. – Przepraszam, Olek, że tak ostro zareagowałem. Ta gorączka mnie dobija.
Wzruszył ramionami, jakby zamierzał się jeszcze ze mną kłócić. W końcu nie powiedział jednak nic. Przynajmniej nic w temacie Niko.
– Lenka ma rację. Świętujmy sukces Kuby! – stwierdził i dał mi tym do zrozumienia, że przynajmniej na chwilę zawarliśmy rozejm.
Szykowanie się i jedzenie obiadokolacji zajęło nam więcej czasu, niż przypuszczaliśmy. Dojechaliśmy na plażę Gdańsk Brzeźno dopiero kilka minut po osiemnastej. Niebo już poszarzało, a wzburzone morskie fale z wściekłością uderzały o piaszczysty brzeg. Pogoda nad morzem potrafiła zmienić się w kilka chwil.
Zostawiłem Lenę i Olka pod parasolami na plaży, a sam wszedłem na molo i powoli ruszyłem na jego koniec. Sięgnąłem dłonią do tylnej kieszeni spodenek i wyciągnąłem z niej smartfona i paczkę papierosów. Rześki zapach morza, złożony z soli i jodu, na tyle wybił mnie z wcześniejszego stanu napięcia, że na chwilę zapomniałem o egzaminie i związanym z nim stresie. Spienione fale rozbijały się o metalowe nogi podestu. Delikatna mżawka osiadła mi na rzęsach i policzkach. Wziąłem głęboki oddech i przez dłuższą chwilę byłem tutaj tylko ja. Ja i morze.
Z ulgą zapaliłem papierosa, a potem napisałem SMS do mamy:
Ja
Istnieje szansa, że tym razem się dostanę. Co u ciebie?
Nie liczyłem, że od razu mi odpowie. Jej świat był całkowicie podporządkowany pracy. Jeździła w karetce i ratowała ludziom życie. Dla mnie już nie starczało jej czasu. Byłem z niej dumny, ale czasami… czasami po prostu bardzo za nią tęskniłem. Mieliśmy tylko siebie nawzajem. Mama nie wyszła ponownie za mąż po tragicznej śmierci mojego ojca. Miałem wtedy trzynaście lat. Nie udźwignąłem jego niespodziewanego odejścia i narobiłem sobie w życiu niezłego syfu.
– Napijesz się kawy? Kupiłem twoją ulubioną, z cynamonem. – Głos Olka wyrwał mnie z zamyślenia.
Obróciłem się i stanąłem z nim twarzą w twarz. Uśmiechnął się do mnie nieśmiało i zrozumiałem, że przyszedł wyciągnąć rękę na zgodę. Przesunąłem wzrokiem po jego przystojnej twarzy, zmierzwionych brązowych włosach i niebieskiej koszulce z napisami. Trzymał przed sobą dwa papierowe kubki. Zatrzymałem na nich spojrzenie i nieufnie sięgnęłam po ten, który mi podsunął.
– Nie gryzie – zapewnił.
– Dzięki – powiedziałem i pociągnąłem łyk.
Kawa spłynęła mi po przełyku. Była słodka i aromatyczna. Olek stanął obok mnie przy barierce i oparł się o nią łokciami. Przez chwilę tkwiliśmy obok siebie w milczeniu, dotykając się ramionami. Kończyłem palić papierosa, a przyjaciel po prostu patrzył na rozgniewane fale.
– Nie chciałem dziś zabrzmieć, jakbym z ciebie drwił. – Od razu przeszedł do rzeczy, bo taki właśnie był. Nie potrafił owijać w bawełnę i za to najbardziej go szanowałem.
– Ale tak zabrzmiałeś – zrewanżowałem mu się szczerością.
– Po prostu nie lubię, kiedy wracasz do przeszłości – wyjaśnił. – Zawsze mnie to martwi. I to, że w końcu na stałe wyjedziesz z Warszawy. – Westchnął głośno, podpierając brodę na zwiniętej pięści. – W Gdańsku jest pięknie. Tylko że ani ja, ani Lena, ani tym bardziej twoja mama nie będziemy w stanie ci tutaj pomóc…
– Nie jestem jakimś nieudacznikiem życiowym. – Automatycznie się zjeżyłem. – Zakładasz, że będziesz mi spieszył na ratunek?
Olek się skrzywił, jakby kawa właśnie przestała mu smakować. Wiedziałem, że zamierzał powiedzieć mi coś niemiłego i że wcale nie miał na to ochoty. Przyjaciele nie byli jednak tylko od tego, żeby nam słodzić, prawda?
– Miałeś nadzór kuratora od trzynastego roku życia, twój tata zginął od dźgnięcia nożem na służbie, wylądowałeś w ośrodku wychowawczym, bo brutalnie pobiłeś się z Gruchą i Ignasiem na osiedlowym skateparku…– Olek wyrecytował to jednym tchem, jakby wcześniej z Leną ćwiczył tekst na pamięć. – Wybacz mi, że się martwię, kiedy to do ciebie wraca, szczególnie w kontekście Nikodema Stelmacha. Miałeś rozpocząć nowy rozdział, a odkąd wyszedłeś z ośrodka, jakby tkwisz w jednym miejscu. Zapętliłeś się na tamtej bójce z Gruchą i Ignasiem i podejmujesz kolejne decyzje, ciągle się do niej odwołując – ciągnął Olek, patrząc mi w oczy z przejęciem. – Stary, minęło pięć lat! Bądź wreszcie szczęśliwy! Znajdź sobie dziewczynę, nie wiem, idź na te aktorskie studia, ale dlatego, że naprawdę chcesz być aktorem, a nie dlatego, że w Gdańsku studiuje Stelmach!
Czułem całkowitą rezygnację po wysłuchaniu jego tyrady. Omal nie usiadłem na podeście, przytłoczony ciężarem swojego pogmatwanego życia. Byłem dokładnie tą osobą, o której opowiedział Olek, i zdecydowanie kimś więcej. Zmieniłem się, wyewoluowałem, a dzisiaj w końcu z gąsienicy przeistoczyłem się w motyla, tak jak życzyła sobie tego komisja interpretacji.
– Wcale nie wybrałem Gdańska tylko ze względu na Niko. Podjąłem wyzwanie, które rzuciły mi te studia. Pokonywanie kolejnych przeciwności sprawiło mi prawdziwą frajdę – wyjaśniłem w desperackiej próbie przekazania mu swoich uczuć słowami. – Nie zrezygnuję tak, jak dawno temu z zajęć w osiedlowym Domu Kultury…
Olek się zapowietrzył. Jego szare oczy ciskały we mnie błyskawicami.
– Nie mogę z tobą, człowieku! Skąd ci się nagle Dom Kultury przypomniał? Oczywiście, że wybrałeś Gdańsk ze względu na Stelmacha! Gdyby zależało ci tylko na aktorstwie, to już dawno zacząłbyś studia na uczelni Leny! – wyrzucił z siebie z prędkością pocisku karabinu maszynowego. – Poważnie zaczynam myśleć, że się w nim podkochujesz! – dodał po krótkiej pauzie, jakby potrzebował chwili, żeby wymyślić odpowiednią złośliwość.
Równocześnie otworzyłem szeroko oczy i usta i bezładnie poruszyłem wargami. Nie potrafiłem wydobyć z siebie głosu. Spłynęło na mnie niespodziewane oświecenie, że mój kumpel zupełnie nieświadomie trafił blisko celu. Tak, byłem zafascynowany Niko, i tak – wolałem chłopaków. Do tej pory nie widziałem jednak nic niezwykłego w uważanym śledzeniu jego social mediów. Niko miał dużą platformę, która przyciągała artystów i społeczność LGBTQ+. Dużo o nim myślałem i zdarzało mi się idiotycznie uśmiechać do jego zdjęć albo filmików. Czasem wydawało mi się nawet, że go znam, tak bardzo jego przesłania w Internecie do mnie przemawiały. Ale żebym od razu się w nim podkochiwał? Serio?
Olek założył ramiona na piersi.
– Weź, stary, żartuję. Masz minę, jakbyś właśnie połknął żabę – stwierdził nie bez satysfakcji.
Upiłem łyk kawy, żeby powstrzymać się przed wygłoszeniem cisnącego mi się na usta komentarza. Nigdy nie rozmawiałem z Olkiem o mojej orientacji. Wmawiałem sobie, że zawsze brakowało mi odpowiedniej okazji. Tym razem okazja pojawiła się sama, ale ja wciąż nie wyobrażałem sobie, że mógłbym mu to tak po prostu powiedzieć. Bałem się jego reakcji. Dobrze pamiętam, jak nietolerancyjni byli nasi koledzy w technikum i cały ten szary świat bloków. A co, jeśli Olek okaże się taki sam jak oni? Nie umiałem się zdobyć na podjęcie tego ryzyka.
– Bo zaczynasz gadać od rzeczy – mruknąłem. – Wszystko to zrobiłem z miłości do sceny. Nikogo nie szukam, bo najpierw chcę spełnić swoje największe marzenie. A studiowanie na tej uczelni właśnie nim jest.
– Skoro tak twierdzisz, stary – odparł, uważnie przyglądając się mojej minie. – Będę cię w tym wspierał.
Nagle otoczył mnie ramieniem i mocno przytulił. Kompletnie się tego nie spodziewałem i aż się zakrztusiłem. Kaszel wycisnął mi łzy z oczu. Łudziłem się, że tylko z tego powodu. Staliśmy tak dłuższą chwilę, a mnie zrobiło się wstyd, że choć przez moment podawałem w wątpliwość jego lojalność. Ukradkiem otarłem zabłąkaną łzę grzbietem dłoni.
– Chodźmy już lepiej do Leny – zaproponował. – Mam ochotę na coś mocniejszego do picia.
W międzyczasie szarość nieba pokryła się granatem. Na plaży było ciszej i znacznie cieplej. Dosiedliśmy się do Leny pod parasolami, w pewnym oddaleniu od wody, na drewnianym pomoście prowadzącym do morza. Mijali nas ludzie, ale nie zwracaliśmy na nich większej uwagi. Jakiś chłopak robił dziewczynie zdjęcia przy samych falach na tle mola. Starsza pani spacerowała z psem i dziewczynką. Grupa chłopaków chowała się w cieniu i pociągała piwo prosto z puszek. W oddali błyskały ich żarzące się papierosy.
– Jestem zmęczony – powiedziałem pod wpływem nastroju.
Lena pociągała piwo z sokiem przez słomkę. Ja zamówiłem whiskey z colą, a Olek shoty.
– Jesteś – zgodziła się Lena. – Chyba żadne z nas nie nadaje się już na gdańską imprezę.
– Wolałbym sobie tutaj po prostu posiedzieć – przyznałem, przymknąwszy oczy.
Pod powiekami tańczyły mi sceny z egzaminu i vloga Niko z planu Stosu. Miałem serdecznie dosyć wrażeń jak na jeden dzień. Sączyłem alkohol, bezmyślnie przeglądając Instagram. Nie podobał mi się zarzut Olka, że wybrałem Gdańsk tylko ze względu na Niko, więc żeby go przypadkiem nie potwierdzić, nie do razu sprawdziłem profil chłopaka. Oczywiście w końcu się złamałem i zajrzałem do jego relacji. Uśmiechnięty Niko, ubrany w żółtą pelerynę, pozował do zdjęcia razem z ekipą Stosu.
„Mamy to!” – napisał pod spodem. „Właśnie zagraliśmy ostatnią scenę! Nie mogę się doczekać, kiedy będziecie mogli obejrzeć mój nowy film!”
Mimowolnie odwzajemniłem jego uśmiech ze zdjęcia i poczułem przyjemne ciepło w sercu. No tak, znowu potwierdzała się teoria Olka. Idiotycznie uśmiechałem się do zdjęć Niko.
– Myślałeś już o tym, gdzie będziesz mieszkał? – zapytała Lena.
W półmroku jej ciemnoblond włosy wydawały się nawet brązowe. Trzymała przed sobą iPada i coś na nim przewijała palcem.
Pokręciłem głową. Dotąd się tym nie przejmowałem, bo myślałem, że nie mam realnych szans na studiowanie w Gdańsku.
– Skoro już tu jesteśmy, wypadałoby, żebyś jutro rozeznał się w akademikach i może pomyślał, do którego chciałbyś złożyć papiery – zaproponowała Lena. – Oczywiście, jeśli się dostaniesz – dodała pospiesznie, posyłając mi porozumiewawczy uśmiech. – A coś mi mówi, że tak właśnie będzie.
Podsunęła mi iPada pod nos. Zerknąłem na niego nieufnie, unosząc brew.
– Sprawdzałam w necie, jak wyglądają pokoje w środku. Mają fajny standard. Szczególnie te droższe, dla uprzywilejowanych studentów… – wyjaśniła i wskazała na otwarte na wyświetlaczu zdjęcie budynku z metalowymi niebieskimi wykończeniami. – Ten by ci się spodobał. Tetyda. Dostają się do niego najlepsi. Mierz wysoko, Kuba. – Błękitnymi oczami wpatrywała się we mnie wymownie, jakby chciała mi coś zasugerować.
– Na początek wystarczy mi coś skromnego – wykręciłem się, obronnie unosząc rękę. – Może dostanę stypendium socjalne i to z niego będę opłacał akademik. Trochę sobie jeszcze dorobię u Olka w weekendy i na tym koniec. Nie stać mnie na luksusy.
– Ja mam tylko dobre pomysły, Kubuś, pamiętaj. Musisz mnie słuchać. – Przyjaciółka posłała mi buziaka w powietrzu.
Udałem, że go łapię i chowam do kieszeni.
– Ja też chcę buziaka – upomniał się Olek.
– Z tobą się nie całuję. – Lena brutalnie pozbawiła go złudzeń.
Przez chwilę słuchałem, jak się przekomarzają. Jeszcze raz przelotnie zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Miałem jedną wiadomość w skrzynce.
Mama
To wspaniale. Wracaj do domu. Zrobię obiad i zjemy go tylko we dwoje.
Uśmiechnąłem się z rozmarzeniem. Lubiłem, kiedy mama gotowała, choć robiła to niezwykle rzadko.
Niebo powoli zlewało się z morzem. Już wkrótce nadejdzie noc i nakropi je pojedynczymi gwiazdami. Życie toczyło się dalej. Właśnie się do mnie dobijało uderzeniami fal o plażę i rześką bryzą.
Nikodem
Wspólnie podjęliśmy decyzję o wyjściu na miasto. Wakacje skończyły się szybciej, niż przypuszczałem. Praca na planie Stosu i później obowiązkowy wyjazd z mamą na Maderę tak mnie zmęczyły, że marzyłem o jeszcze jednym miesiącu przerwy. Niestety jesień na dobre się rozgościła, nieuchronnie przywołując październik.
– Tęskniłem za Gdańskiem – powiedział Julek gdzieś po lewej za moimi plecami.
Trzymał się trochę z tyłu, popijając grzane wino z papierowego kubka. Tamara dotrzymywała mu kroku. Obcasy jej wysokich butów stukały o chodnik.
– Ja też – przyznała. – Nie ma to jak w domu.
– Zaczekaj, aż na uczelni uaktywnią się plotkarze i antyfani Niko. – Emil jak zawsze był dla nas bezlitosny. – Szybko wam minie ta tęsknota.
Spojrzałem na niego karcąco, ale tylko wzruszył ramionami. Wysoki kołnierz podbitej futrem kurtki przysłaniał mu policzki. Nie uśmiechał się. Jego mina jednoznacznie wyrażała troskę. Powiedział prawdę, ale czy miałem akurat ochotę się nią przejmować? Zdecydowanie nie.
– Dam im więc kolejny powód do zawiści – zapewniłem, uśmiechając się przy tym łobuzersko.
Zdjąłem kurtkę i podałem ją Emilowi. Zostałem w samej zielonej koszuli z szerokimi mankietami. Spontaniczne podszedłem do czarnej kraty, która oddzielała podświetloną fontannę Neptuna od spacerujących przechodniów. Moi skonsternowani przyjaciele zatrzymali się w tłumie.
Cały świat był dla mnie teatrem, a każde uczęszczane miejsce – sceną. Zacząłem więc tańczyć swoją ulubioną solówkę na małej powierzchni między turystami, którzy robili sobie zdjęcia przy Neptunie. Moje kończyny podążyły kursem wyznaczonym przez spokojną, melancholijną muzykę, której słowa słyszałem tylko w głowie.
And it’s like snow at the beach
Weird but fuckin’ beautiful
Flying in a dream, stars by the pocketful
You wanting me tonight feels impossible
But it’s comin’ down, no sound, it’s all around
Like snow on the beach*
Przymknąłem oczy. Chciałem je ochronić przed wyobrażonym zacinającym śniegiem. Pokrywał białym całunem złocisty piasek na plaży. Moje stopy pozostawiały na nim wyraźne ślady, kiedy wykonywałem obroty i zatracałem się w ruchu. Zamieniałem się w rozmazaną smugę na wietrze. Zaniepokojony zmianą scenerii Neptun zszedł ze swojego podwyższenia i próbował cisnąć we mnie trójzębem. Za każdym razem w porę umykałem przed jego gniewem, a mój taniec stawał się bardziej energiczny, prawie desperacki.
Otworzyłem oczy i zauważyłem zbierających się ludzi. Nie dość, że Neptun nie potrafił mnie dosięgnąć, to jeszcze teraz kradłem mu całą uwagę. Miałem nadzieję, że nie był mściwym bóstwem i że w rewanżu nie spróbuje mnie znowu utopić, tak jak wtedy, gdy wpadłem do zarośniętego stawu w trakcie kręcenia sceny.
Kiedyś słyszałem legendę, że mieszkańcy Gdańska wrzucali do fontanny złote monety na szczęście. Neptun się na to zirytował i uderzył w nie trójzębem. Połamał je na złote płatki, a wodę zamienił w wódkę. W ten sposób powstał słynny gdański likier Goldwasser, którego chętnie bym się teraz napił. Ale dopiero kiedy skończę występować.
Emil włączył muzykę w telefonie. Mój osobisty taniec zamienił się w pokaz bez biletów, oblegane show jednego aktora. Po chwili dołączyła do mnie Tamara i zatańczyliśmy w parze. Jej sprężyste ciało ugięło się pod moją wolą i do mnie dopasowało.
This scene feels like what I once saw on a screen
I searched aurora borealis green
I’ve never seen someone lit from within
Blurring out my periphery**.
Złapałem Tamarę w pasie i zakręciłem nią wokół siebie, odrywając jej stopy od podłoża. Ciasno splecione warkoczyki wirowały jej przy twarzy. Rzęsiście oświetlona starówka zastępowała reflektory na scenie. Przypadkowa publiczność robiła nam zdjęcia i kręciła filmiki. Mój Instagram i TikTok będą pękać w szwach od powiadomień, oznaczeń i wiadomości. Teraz jednak liczyła się dla mnie tylko magia tej chwili i nostalgiczne poczucie spełnienia.
Nie wiedziałem, jak długo to trwało. Czułem postępujące zmęczenie i ból mięśni nóg. Wcześniej wypity w pubie alkohol mnie spowalniał, odbierał oddech i w końcu Emil podał mi rękę, żeby ostrożnie odciągnąć mnie od Neptuna. Razem z Tamarą ukłoniliśmy się publiczności. Nagrodziła nas entuzjastycznymi oklaskami. Kilka dziewczyn podeszło do mnie, by zrobić sobie zdjęcia i chwilę porozmawiać. Niektóre mnie wcześniej nie znały i po prostu dały się uwieść mojemu tańcowi, ale inne sprawiały wrażenie, jakby były już moimi obserwatorkami. Z nimi mocno się wyściskałem. Uwielbiałem moich fanów prawie tak bardzo, jak oni uwielbiali mnie.
– Czy wrócicie do siebie z Gabrielem? – zapytała jedna z oblegających mnie dziewczyn. – Kojarzę, że dostał teraz rolę w zagranicznym serialu! Cieszysz się jego szczęściem?
Zamrugałem, z całych sił starając się przywołać uprzejmy uśmiech. Teraz nie tylko ta dziewczyna, ale też jej koleżanki wpatrywały się we mnie w napięciu i z radosną ciekawością. W takich chwilach żałowałem, że wpuściłem obserwatorów do mojego prywatnego życia. Chyba się zmówili, żeby przypominać mi o moim niedawnym zerwaniu z Gabrielem i naszym mniej lub bardziej udanym związku. Jedyne, czego chciałem, to po prostu o nim zapomnieć, ale nie mogłem tego powiedzieć tym dziewczynom. Były gotowe współczuć mi złamanego serca albo kibicować powrotowi w ramiona chłopaka. Szczerość je raczej nie interesowała.
– Gratuluję Gabrielowi sukcesów – odpowiedziałem dyplomatycznie, ocierając dłonią pot z czoła. – Nie planujemy do siebie wrócić, a teraz przepraszam, jestem zmęczony. Będę się zbierał.
Wiedziony złym przeczuciem zerknąłem na wyświetlacz telefonu. Naliczyłem trzydzieści nieodebranych połączeń i piętnaście wiadomości tekstowych. Pominąłem te od kolegów z uczelni, znajomych z branży i swojego agenta. Otworzyłem kolejno zaproszenie na wino od mamy, skąpe życzenia udanego nowego roku akademickiego od ojca, bardzo wylewne i czułe życzenia od dziadków, narzekania Lucka na naszej grupie na Messengerze, że zostawiliśmy go samego w akademiku, aż dotarłem do wiadomości od Gabriela z nowego numeru i kompletnie mnie zmroziło.
Numer nieznany
Pamiętasz, jak w zeszłym roku o tej porze spacerowaliśmy za rękę ulicami Paryża? Na każdym rogu musiałeś się zatrzymać, żeby spróbować kawy w kolejnej kawiarni. Paryż pasuje do ciebie tak, jak ty pasujesz do mnie. Mam nadzieję, że dasz mi jeszcze jedną szansę. G.
Przygryzłem dolną wargę i po prostu wrzuciłem telefon z powrotem do kieszeni kurtki. Przymknąłem powieki i wziąłem głęboki oddech w płuca. Nie mogłem uwierzyć, że zaledwie rok temu byłem tak zakochany w Gabrielu, że kreśliłem już w głowie naszą wspólną przyszłość. Aż nagle wszystko się skończyło. Wystarczył jeden wywiad mojego byłego chłopaka dla plotkarskiego portalu internetowego Bąbelek. Powiedział w nim, że gdyby nie mój związek z nim, nigdy nie zaszedłbym tak daleko i nie dostał roli w Stosie. Ponoć zawdzięczałem to jego medialnemu wsparciu. Wpadłem wtedy w furię, że publicznie kłamał i przypisywał sobie zasługi za coś, z czym nie miał nic wspólnego. Bez skrupułów się z nim rozstałem.
To było w lipcu, a on nadal nie potrafił pogodzić się z moją decyzją i za nic mnie nie przeprosił, chociaż publicznie bardzo nadszarpnął moją reputację. Tym samym tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że był kolejnym zazdrosnym padalcem, którego w dodatku obdarzyłem zaufaniem i uczuciem. Złościłem się na samą myśl.
– Nie przejmuj się tymi komentarzami – powiedział Emil, szybko scrollując telefon kciukiem.
– A co znowu piszą? – zapytałem wbrew sobie. – I gdzie?
Nie umknęło mojej uwadze, że Mara i Julek równocześnie posłali mi zaniepokojone spojrzenia. Spacerowaliśmy teraz bulwarem nad Motławą. Bliźniaki kuliły się w swoich cienkich, zamszowych płaszczach. Spod rozchylonych połów nakrycia Mary wyłaniała się skórzana spódniczka i aksamitny czarny gorset. Płaszcz Julka był dla odmiany zapięty pod samą szyję na duże guziki. Oboje mieli bardzo ciemne włosy i ufne oczy sarenki.
– To nasze ostatnie chwile spokoju. Darujmy to sobie – poprosił Julek.
– To po co Emil podjął wątek? – zirytowałem się. – Jestem już dużym chłopcem. Potrafię wiele znieść.
Wiatr od wody rozwiewał mi loki wokół twarzy i chłodził rozpalone policzki. Wciąż byłem rozgrzany tańcem. Czułem, jak strużka potu spływa mi wzdłuż kręgosłupa pod koszulą.
– Ta sama śpiewka – wyjaśniła Tamara. – Wrzuciliśmy za ciebie urywki tańca w filmach i twoje zdjęcia w relację. Obserwatorzy odpowiadają na nie w wiadomościach.
– Chcą wiedzieć, dlaczego skasowaliście z Gabrielem wszystkie wspólne zdjęcia, dlaczego tak długo chowasz do niego urazę i czy to prawda, że z twojego powodu planuje na stałe przenieść się za granicę – dorzucił Emil. – Innymi słowy: chcą wiedzieć wszystko o twoim życiu uczuciowym. Tylko kilka osób zachwyciło się twoim tańcem.
– A wszystko to dlatego, że Gabriel dodał post, jak siedzi w fotelu z kieliszkiem szampana na balkonie jakiegoś wysokiego wieżowca, chyba w Nowym Jorku, z opisem „Tęsknię w samotności” – wtrącił Julian i od razu wzruszył ramionami w odpowiedzi na nasze karcące spojrzenia. – No co? Wolę wiedzieć, co on planuje, dlatego nadal go obserwuję. Komentarze są podobne do tych pod relacjami Niko.
– Ach, czyli bardziej niż moje popisy przy Neptunie interesuje ich post tego padalca? – zapytałem pozornie chłodnym tonem.
W środku się we mnie gotowało. W najczarniejszym scenariuszu nie przewidziałem, że ludzie wciąż będą roztrząsać moje rozstanie. Na domiar złego odnosiłem wrażenie, że życzyli mnie i Gabrielowi, byśmy się zeszli.
– Haruję jak wół. Oddałem swoje życie scenie, ale ludzie wolą narrację, w której to właściwie w porządku, że Gabriel załatwił mi rolę w Stosie, co jest wierutną bzdurą – wyrzuciłem z siebie jak najgorszą truciznę. – Uwielbiam moje studia i poświęcam im dużo czasu i uwagi, ale ludzie wolą wersję, w której dostałem się na nie, bo jestem wnukiem gwiazdora Leona Stelmacha i robię to tylko dla zachowania pozorów…
– Niko, jesteś aktorem. W dodatku pochodzisz z aktorskiej rodziny. Oczywiście, że znajdą się tacy, którzy będą w tobie widzieć tylko byłego Gabriela i wnuka twojego dziadka – skomentował Emil i demonstracyjnie założył ramiona na piersi. – To jest frustrujące, ale nie możesz rozpocząć nowego roku na studiach z taką energią. Na pewno niczym dobrym ci się nie przysłuży.
Zaczęło mżyć. Kropelki deszczu osiadły mi na rozpalonym czole i pociągniętych tuszem rzęsach. Kręciło mi się w głowie od duchoty, osaczającej fali ludzi i pulsującego pod skórą strachu. W oczach moich przyjaciół byłem numerem jeden i gwiazdą. Nie rozumieli, że nic mnie bardziej nie przerażało jak to, że nigdy nie uwolnię się od cienia sławniejszych i zdolniejszych ode mnie bliskich. Czasem czułem, że mógłbym wrzeszczeć, szarpać się, gryźć i kopać, a i tak pozostałbym niewidoczny. A niczego bardziej nie pragnąłem, niż zostać zauważonym. Ten prawdziwy ja – dziwny, pełen traum i obaw, nieskończenie przytłoczony sceną i zarazem w niej zakochany. On też zasługiwał na swoje miejsce w blasku reflektorów. Nawet gdyby oglądał go tylko jeden widz.
*Taylor Swift Snow On The Beach.
**Taylor Swift Snow On The Beach.
Nikodem
Następnego dnia obudziły mnie stłumione głosy w aneksie. Przez chwilę dryfowałem w resztkach snu, nie do końca przekonany, czy były prawdziwe.
Mieszkałem w akademiku, bo mogłem sam zajmować cały aneks i korzystać z dwóch połączonych nim pokoi, a po znajomości nie musiałem płacić za dwie osoby. Wystarczyło, że na socialach wspominałem o Tetydzie i promowałem jej przyjazną atmosferę.
Długie przebywanie na świeczniku wykształciło we mnie paranoję. Unikałem wchodzenia w bliższe relacje z ludźmi spoza mojego kręgu. Nigdy nie miałem pewności, czy ktoś obcy nie nagra o mnie niepochlebnego filmiku albo nie zrobi mi kompromitującego zdjęcia. Wielu chciało się wybić w social mediach na jakimś soczystym skandalu, a wnuk Leona Stelmacha, gwiazdy detektywistycznych seriali lat siedemdziesiątych, i dobrze zapowiadający się aktor idealnie nadawał się na ofiarę.
Poza tym utarł się taki zwyczaj, że przynajmniej przez trzy pierwsze lata studiów najbardziej popularni i wpływowi studenci Uczelni Aktorsko-Artystycznej zajmowali tutaj pokoje. W ten sposób budowaliśmy między sobą relacje i przyjaźnie, które miały zaowocować udanymi współpracami w przyszłości. Mnie dodatkowo zapewniało to poczucie bezpieczeństwa, że znajdowałem się wśród „swoich”.
– Tu jest naprawdę ładniej niż w mieszkaniu mojej mamy. – Usłyszałem głęboki męski głos i w końcu uchyliłem powieki. – Nie jestem pewien, czy moje stypendium pokryje czesne za ten pokój…
Teraz już szeroko otworzyłem oczy. W pierwszym momencie zerwałem się z łóżka, i to tak gwałtownie, że ledwo złapałem równowagę, chwytając za oparcie. Dzięki temu uniknąłem bolesnego upadku prosto na twarz. Za to złapał mnie skurcz w nodze i skrzywiłem się z bólu. Zerknąłem na telefon, żeby sprawdzić godzinę. Dziewiąta piętnaście.
– Nie narzekaj, Kuba – odpowiedział rozbawiony dziewczęcy głos. – Ciesz się swoimi zaszczytami. Zasłużyłeś sobie na nie ciężką pracą i determinacją.
– Jakbym wiedział, że przyszli aktorzy mieszkają w takich luksusach, to też bym zrezygnował z pracy w warsztacie – dodał ktoś trzeci, ale mniej melodyjnie i przyjemnie dla ucha.
– Nie wyobrażam sobie ciebie porzucającego warsztat, Olek – odparł Kuba. Jego ton brzmiał teraz niedowierzająco. – Samochody to twoje życie, stary – dodał.
– À propos, chciałbym do nich jak najszybciej wrócić. Mam wieczorem klienta w Warszawie. – Ten drugi westchnął. – Zbierajmy się po resztę twoich rzeczy, skoczymy razem coś zjeść i ja niestety muszę spadać. Lena, zabierasz się ze mną?
– No tak. Ja też mam jutro rozpoczęcie roku na uczelni – stwierdziła dziewczyna. – Musiałam to po prostu zobaczyć na własne oczy. Nasz Kuba w Tetydzie!
Pewnie przemieścili się bliżej wyjścia, bo nie dosłyszałem już odpowiedzi chłopaka. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze wiszącym na ścianie przy toaletce. Miałem tak zszokowaną minę, jakbym zobaczył ducha. Włosy sterczały mi we wszystkie strony po śnie i wydawały się bardziej rude niż blond w mdłym porannym blasku październikowego słońca.
Rzęsy wciąż miałem sklejone resztkami snu, a na policzku – odciśniętą poduszkę. Spałem w samej bieliźnie i długim, rozciągniętym podkoszulku w chmurki. Umówmy się: to nie był najlepszy strój, żeby powitać w nim możliwego współlokatora albo pobiec kłócić się do administracji, jakim cudem ten gość znalazł się w mojej oazie spokoju i prywatności.
Ciekawość nie powstrzymała mnie jednak przed wyjrzeniem do aneksu. Uchyliłem drzwi i kiedy się okazało, że byłem sam, wiedziony dziwnym instynktem wyszedłem na zewnątrz. Szybko się rozejrzałem. Chłopak zostawił dwie walizki przy wieszaku na kurtki i płaszcze i coś brązowego, skórzanego na blacie wysokiego stołu w jadalni.
Najpierw przyjrzałem się walizkom, odnotowując, że były podniszczone i porysowane, a potem zerknąłem na szarą bluzę z kapturem, którą zostawił na wieszaku. Pociągnąłem ją za rękaw i tak na oko wydała mi się obszerna. Na pewno gość nosił ubrania przynajmniej o dwa numery większe od moich. Zmarszczyłem brwi. Nie lubiłem dużych facetów. Poza tym, że wydawali mi się kanciaści i niesymetryczni, miałem z nimi bardzo złe wspomnienia.
Ten cholerny, znienawidzony skatepark tonął w szarości, a twarze dwóch osiłków po latach też zmieniły się tylko w szare plamy w najdalszych, najbardziej wstydliwych i niechcianych zakamarkach mojej pamięci. Za żadne skarby nie chciałem, żeby się stamtąd wyłonili, żeby ich twarze znowu nabrały konturów, a bolesne słowa i zachowanie – znaczenia…
Szybko ocknąłem się z tej przykrej zadumy, bo groziło mi niebezpieczne rozpamiętywanie. Skupiłem się na stole. Wciąż nie rozpoznawałem leżącego na nim kształtu, dlatego ciekawość zwyciężyła we mnie z ostrożnością. Wziąłem to skórzane coś do ręki i dopiero wtedy rozpoznałem, że trzymam rękawice bokserskie. RĘKAWICE BOKSERSKIE. Nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek znajdą się w mojej osobistej przestrzeni.
Krew uderzyła mi do głowy. Nie potrafiłem określić, co dokładnie czuję, bo była to wyjątkowo nieprzyjemna mieszanka strachu, podejrzliwości i irytacji. Na domiar złego wróciły do mnie tamte niechciane wspomnienia z warszawskiego skateparku. Tak bardzo wstrzymałem oddech, że w końcu zabrakło mi tchu.
Uszczypnąłem się w rękę. Zabolało.
Jednak nie śpię, pomyślałem zrezygnowany. To fatalnie. Jakimś cudem administracja Tetydy zrezygnowała z naszej umowy i nikt nie raczył mnie o tym wcześniej powiadomić! Albo wśród tych wczorajszych nieodebranych wiadomości i połączeń było to jedno z administracji, które po prostu przeoczyłem…
Ze złości ścisnąłem rękawice w dłoni, ale ich skóra była twarda i nieprzyjemna w dotyku. Nie chciała mi się poddać. W desperacji zamierzałem rzucić nimi o ścianę, ale w porę usłyszałem przekręcenie zamka w drzwiach. Nie miałem ochoty konfrontować się teraz ze współlokatorem. Obróciłem się więc na pięcie i pobiegłem z powrotem do swojego pokoju. Dopiero kiedy drzwi się za mną zamknęły, zauważyłem, że wciąż trzymam jego rękawice!
Uderzyłem się w czoło otwartą dłonią. Ale ze mnie rozkojarzony idiota!
– To już wszystko? – zapytał ten drugi chłopak, chyba Olek.
– Tak, dziękuję – odparł mój współlokator.
Swoją drogą jego głos był bardzo męski, charakterystyczny. Mógłby nim zrobić karierę w radiu. Uśmiechnąłem się na myśl, że Luckowi się to nie spodoba. Każdego faceta z mocnym głosem traktował jako swoją potencjalną konkurencję, bo siebie uważał za numer jeden w studenckim radiu Salacja.
– To co, idziemy na obiad? I może jeszcze zahaczymy o morze? Rano padało, ale teraz się wypogodziło! – zaszczebiotała Lena.
– Chwileczkę… – Kuba się zawahał.
Słyszałem, że nerwowo krząta się po aneksie. Na pewno zauważył, że zniknęły jego rękawice. Mocno zacisnąłem powieki, w duchu błagając Neptuna, żeby chłopak nie wpadł na pomysł, by sprawdzić, czy jestem w swoim pokoju.
– Co się stało? – zapytała Lena.
– Widzieliście rękawice mojego taty? Na pewno je ze sobą zabrałem. Byłem pewien, że zostawiłem je na stole…
– Może ci wypadły w samochodzie albo wepchnąłeś je gdzieś do walizki? – podsunął jego kumpel i z wdzięczności bardzo go polubiłem.
– Nie chcę ich zgubić. Te rękawice i płyty z filmami to moje jedyne pamiątki po nim. – Chłopak był wyraźnie przejęty.
Czułem, że policzki płoną mi rumieńcem wstydu, jakbym specjalnie chciał mu ukraść te cholerne rękawice i na wstępie sprawić paskudną przykrość. Poczucie winy prawie zmusiło mnie do ujawnienia się, ale nadal powstrzymywała mnie myśl, że musiałbym mu się pokazać w przydługim podkoszulku w chmurki.
– Poszukamy ich, Kubuś – zapewniła Lena. – Ale najpierw drugie śniadanie. Nie będziemy się widzieć przez kolejny tydzień. Musimy się nacieszyć naszym towarzystwem, żeby za sobą nie tęsknić!
Rozległy się ich wesołe śmiechy i po trwającej wieki chwili drzwi się za nimi zamknęły. Dotknąłem dłonią rozpalonego czoła. W mgnieniu oka przeanalizowałem swoją sytuację i zdecydowałem, że potrzebuję wsparcia. Najlepiej od mojego najbliższego kręgu zaufania.
Julek odpadał, bo pewnie zasugerowałby mi jak najszybciej zaprzyjaźnić się z moim współlokatorem i zapomnieć o ostrożności. Emil odpadał z zupełnie innego powodu – on kazałby mi natychmiast zrobić awanturę w administracji i wyrzucić chłopaka na zbity pysk. Nie, ta delikatna sprawa wymagała ułożenia strategii i przegrupowania sił. A nikt nie robił tego tak dobrze jak Tamara.
Nie zjadłem śniadania. Po prostu błyskawicznie przebrałem się w czyste jeansy i koszulkę, przeczesałem włosy palcami i umyłem twarz. Po drodze do windy duszkiem wypiłem butelkę wody. Niosłem pod pachą rękawice bokserskie jako dowód obecności mojego współlokatora.
Na powitanie Tamara pocałowała mnie w policzek i zaprowadziła prosto do kuchennej części aneksu. Usiedliśmy przy stole, a ona poprawiła wiązanie swojego satynowego szlafroka. Jej oczy wciąż były napuchnięte od snu.
Byłem u niej pierwszy raz w tym roku. Przelotnie przesunąłem zaciekawionym wzrokiem po artystycznym wystroju wnętrza, pracach malarskich Kai – jej aktualnej dziewczyny, koralikach wiszących w wejściach do pokoi i wszechobecnych bibelotach z podróży Mary i jej rodziców. Suszone zioła, które wisiały nad kuchennym blatem, wydzielały specyficzny, zachęcający do jedzenia zapach. Mimo to wciąż nie czułem się ani trochę głodny. Z trudem przełknąłem ślinę. Narastał we mnie niepokój.
– Zamierzasz zacząć nowe hobby? – zapytała przyjaciółka, kiedy milczenie niezręcznie się przedłużyło. – Boks? – Wskazała palcem na skórzane rękawice, które leżały między nami na blacie stołu jak narzędzie zbrodni.
Energicznie pokręciłem głową.
– Mara, mam współlokatora – wyjawiłem konspiracyjnym szeptem i z przerażeniem spojrzałem jej w oczy. – To jego rękawice.
Tamara uniosła brew. Jej twarz przybrała ironiczny wyraz.
– Pożyczył ci? – zapytała.
– Nie! Broń Boże! Zabrałem mu! – Nie wytrzymałem i podniosłem głos.
– Ale jak to? Tak bez pytania? – obruszyła się.
– Przyniosłem je, bo z rozpędu mu je zabrałem. Nie potrafię tego wyjaśnić. Możemy się skupić na tym, co jest naprawdę ważne?
– Niko, mieszkasz sam w dwupokojowym aneksie z wysokim standardem w najlepszym akademiku na kampusie Nereid – powiedziała spokojnie, za spokojnie jak na mój gust. – To był twój przywilej i sprawa uzgodniona z administracją Tetydy. Tylko że w zeszłym roku nie było takiego zainteresowania naszymi studiami jak w tym. Czytałam w necie, że było aż tysiąc chętnych. Wyobrażasz sobie?
– Tak. – Wzruszyłem ramionami, bo to było dla mnie akurat oczywiste. – Jesteśmy najlepsi, poza tym dużo uzdolnionych studentów pracuje na renomę naszej uczelni. W tym ja – stwierdziłem nie bez dumy.
– No dobrze, ale w związku z tym uczelnia przyjęła trzydzieści osób na pierwszy rok, a nie dwadzieścia, tak jak zawsze. Wiem, bo czytałam w najnowszym studenckim newsletterze – tłumaczyła Tamara. – To znaczy, że na pierwszym roku muszą zrobić większy odsiew. Z drugiej strony uczelnia chce zachować dobrą passę, więc żeby się przypodobać nowym studentom, wszystkim im przydzieliła te akademiki, które wybrali sobie w formularzach.
– Nie każdy trafia do Tetydy – sprzeciwiłem się, zakładając ramiona na piersi. – Chyba że ma już jakieś doświadczenie teatralne albo filmowe przed podjęciem studiów. To taka niepisana zasada…
– A skąd wiesz, że twój współlokator go nie ma? – Tamara podrapała się w policzek, jakby próbowała się w ten sposób dobudzić. – A może po prostu chciał mieszkać w wysokim standardzie i złożył do nas formularz? Miał szczęście, bo w tym roku przyznawali pokoje wszystkim pierwszakom nawet u nas. Możliwe, że administracja nie miała go gdzie umieścić poza twoim aneksem – zastanawiała się na głos. – Właściwie dlaczego rozmawiasz o tym ze mną, a nie z nim?
– Nie wiem, kto to jest. Nie znam go – zirytowałem się, że była taka niedomyślna. – Nie wiem, czy mogę mu ufać. Ta niewiadoma mnie przeraża!
– Zaraz, zaraz. Ale w jakich okolicznościach mu je zabrałeś? – wróciła do tematu, z ciekawością dotykając palcem skóry jednej z rękawic.
– Zostawił na stole w jadalni – wyjaśniłem z irytacją w głosie. – I to nie są jego rękawice, tylko jego ojca.
– Czyli jednak z nim rozmawiałeś? – zaciekawiła się. – Opowiedział ci o tym?
– Nie! Słyszałem go przez drzwi… – Odwróciłem wzrok i skupiłem go na grzbietach swoich dłoni, nagle niemożliwie zainteresowany paznokciami.
Tamara głośno wypuściła powietrze z płuc na znak, że zaczyna tracić do mnie cierpliwość. Gęste warkoczyki rozsypały jej się na ramieniu.
– Czyli go podsłuchiwałeś, ale do niego nie zagadałeś. Niko, przestań zachowywać się jak dzik! Nie boisz się sceny i swoich fanów, ale za to jakiegoś nieznajomego gościa już tak? – nie dowierzała. – Jak ci się z nim nie ułoży, zawsze możesz sobie wynająć mieszkanie w centrum. Przecież cię na nie stać.
Poczułem, że pieką mnie uszy. Przyjaciółka w pełni mi uświadomiła, że się po prostu wygłupiłem.
– Nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że w Tetydzie mieszkam blisko was i czuję się jak u siebie – wyjaśniłem na swoje usprawiedliwienie. – Poza tym nikt mnie tutaj nie niepokoi. Wiesz, jak mało mam dla siebie czasu przy moim morderczym trybie życia… Współlokator może mi je uprzykrzać – ciągnąłem, zdobywając się na odwagę, by znowu spojrzeć jej w oczy.
Tamara wyrozumiale się do mnie uśmiechnęła.
– Może, ale nie musi – drążyła. – Poza tym pomyśl: będziesz miał też pretekst, żeby nie wpuszczać do siebie Gabriela, kiedy się uprze. Powiesz mu wtedy, że twojemu współlokatorowi nie podoba się przyjmowanie partnerów. Zresztą i tak prawie nie korzystałeś z tego drugiego pokoju. Kazałeś w nim nocować Gabrielowi, kiedy było ci z nim niewygodnie w jednym łóżku.
Zachichotała na samo wspomnienie, a ja przewróciłem oczami.
