Każde martwe marzenie. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Robert M. Wegner - ebook
Opis

Deana d’Kllean, niegdyś Pieśniarka Pamięci i mistrzyni miecza, a dziś rządząca pustynnym księstwem wybranka Boga Ognia, stoi na progu wojny. Powstanie niewolników, które wybuchło u południowych granic państwa, zatacza coraz szersze kręgi. Genno Laskolnyk wraz ze swoim czaardanem wolnych jeźdźców wpada w sam środek wojny. Czego szuka wśród niewolników, którzy postanowili zrzucić jarzmo krwawych panów? Tymczasem tysiące mil na północ Czerwone Szóstki trafiają na tajemnicę, która pochłonęła już niejedną ofiarę. Czy odwaga górali ocali im życie?

Meekhan spływa krwią i wydaje się, że nic już nie powstrzyma płomienia, który ogarnia Imperium.

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera to barwny, epicki fresk, w którym splatają się losy pełnokrwistych postaci, a ludzkie dramaty sąsiadują z intrygami bogów i tajemnicami sprzed tysięcy lat. Bestsellerowy cykl docenili czytelnicy nie tylko w Polsce, ale i w Rosji, gdzie „Opowieści…” zdobyły nagrodę najlepszej fantasy roku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 878

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Robert M. Wegner Każde martwe marzenie. Opowieści z meekhańskiego pogranicza ISBN: 978-83-64384-87-5 Wydawca: Powergraph ul. Cegłowska 16/2 01-803 Warszawa tel. 22 834 18 25 e-mail: powergraph@powergraph.plwww.powergraph.pl Copyright © 2018 by Robert M. Wegner Copyright © 2018 by Powergraph Copyright © 2018 for the cover by Rafał Kosik Copyright © 2018 for the map of Meekhan by Jolanta Dybowska Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved. Redaktor prowadząca serii: Kasia Sienkiewicz-Kosik Redakcja: Michał Cetnarowski Korekta: Maria Aleksandrow Skład i łamanie: Powergraph Ilustracja na okładce: Rafał Kosik & Jolanta Dybowska Projekt graficzny serii i opracowanie: Rafał Kosik Mapa na wyklejce: Jolanta Dybowska Wyłączna dystrybucja: Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 00 / 11
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Część I

Napięta cięciwa

Prolog

Po pięciu dniach wędrówki na południe zeszli wreszcie w doliny zamieszkane przez ludzi i rozbili obóz w taki sam sposób, jakby znajdowali się we własnej prowincji. Jawnie, na widoku. Nie ma lepszego sposobu, by ogłosić swoje przybycie i przy okazji pokazać, że ma się dobre intencje. Tylko bandyci i złodzieje próbują się ukrywać.

Znaleziono ich tak szybko, jak się tego spodziewali. Setka zbrojnych. Białe płaszcze, najróżniejsza broń.

Straż.

Okrzyknęli się z daleka. Podali numery i miejsce pochodzenia. Tamci najpierw wydawali się skonfundowani i nieufni, potem jednak wycofali się, polecając im pozostanie na miejscu.

— Słuchamy się, panie poruczniku?

Dowódca zdjął hełm i przeczesał palcami rudą czuprynę.

— Tamten oficer to starszy porucznik. Muszę posłuchać. Sam byś się zdziwił, gdyby w Belenden nagle pojawiła się kompania spod Olekadów.

— Ale nie podobała mi się jego mina…

— Velergorf, po tym, co przeszliśmy, nie zamierzam się przejmować każdą głupią miną, którą zobaczę. Jak ranni?

— Nie najgorzej. Ale potrzebujemy ciepłego i suchego miejsca, żeby nie weszła w nich gorączka.

— Na razie niech odpoczywają. — Porucznik zerknął na niebo. — Zmierzcha, pewnie dopiero jutro przyślą po nas przewodników.

Przysłali.

Rankiem obóz otaczały trzy kompanie Straży pod dowództwem pułkownika, który przedstawił się krótko jako Mynhal Konwec z Dziewiętnastego Pułku Górskiej Straży. Przyszedł do nich w towarzystwie kilku ciężko uzbrojonych ludzi, zlustrował namioty, sprzęt, stan kompanii.

I rozkazał im złożyć broń.

Konsternacja przetoczyła się między namiotami, żołnierze wymieniali zagubione spojrzenia. Górska Straż nie rozbrajała się nawzajem, chyba że kogoś podejrzewano o zdradę. Velergorf zerknął na porucznika. Ten wahał się przez chwilę, wystarczająco długą, by jego ludzie zaczęli sięgać po miecze, topory, włócznie…

— Stać! — ryk oficera sprawił, że wszyscy zamarli w pół ruchu. — Dziesiętnicy na miejsca! Przygotować się do złożenia broni!

— Panie porucz…

— Ani słowa, dziesiętniku. Ani słowa. — Rudy porucznik odwrócił się do starszego stopniem. — Porucznik Kenneth-Lyw–Darawyt melduje Szóstą Kompanię Szóstego Pułku Górskiej Straży z Belenden gotową do złożenia broni.

Pułkownik nieznacznie skinął głową, a towarzyszący mu ciężkozbrojni rozluźnili się trochę.

— Przyjąłem, poruczniku.

— Mamy rannych, nie wszyscy dadzą radę chodzić.

— Możecie ich położyć na noszach.

— Dziękuję.

Rozbroili ich szybko i sprawnie, choć miejscowi żołnierze wydawali się lekko zaniepokojeni i rozkojarzeni. Raz po raz zerkali na wschód, jakby spodziewali się stamtąd ataku.

Velergorf bez słowa oddał topór i nóż, po czym patrzył, jak jego dowódca odpina pas z mieczem i podaje pułkownikowi. Takie gesty miały swoje znaczenie, oficer nie powinien zdawać broni komuś młodszemu stopniem.

Mynhal Konwec przyjął pas bez słowa i bez słowa przekazał go dalej.

— Mogę zapytać, skąd przyszły takie rozkazy? — Porucznik stanął przed dowódcą Dziewiętnastego.

— Ze stolicy.

— Jak konkretnie brzmiały, panie pułkowniku?

— Dowiecie się na miejscu. W koszarach. Albo i nie.

— Nie rozumiem, panie pułkowniku.

Przez ogorzałą twarz Konweca przemknęło stadko emocji. Od zniecierpliwienia po rozbawienie. Ponure i gorzkie rozbawienie.

— Zrozumie pan koło południa, panie poruczniku. Może nawet wcześniej, jeśli się pospieszymy.

Poprowadzili ich szybkim marszem i byli na tyle uprzejmi, by pomagać przy noszach. Może więc nie jest tak źle, przemknęło Velergorfowi przez głowę. Może to tylko jakaś głupia pomyłka.

Przez cały ranek wspinali się na najwyższą chyba górę w okolicy. To z pewnością nie była najprostsza ani najłatwiejsza droga, ale nikt nie protestował. Dziewiętnasty był na swoim terenie, więc pewnie miało to jakiś sens.

Gdy dotarli na szczyt, otworzyła się przed nimi panorama na szeroką na kilkadziesiąt mil, żyzną dolinę położoną między Małym a Wielkim Grzbietem. Dalej na południe widzieli szczyty Małego Grzbietu, niewyraźne i zamglone.

— Patrzcie na wschód — rzucił krótko pułkownik.

Velergorf zerknął we wskazanym kierunku i zamarł. Wschód… niebo na wschodzie… Nieba nie było. Wielka, szarobura chmura spowijała wszystko brudnym całunem.

— Od wczoraj przysunęła się bliżej. Na wschodnim krańcu Olekadów zaczyna padać szary śnieg. Śnieg zmieszany z popiołem — pułkownik mówił cicho, ale Velergorf miał doskonały słuch. — To podobno tamtejsze Uroczysko. Uroczysko koło Starego Meekhanu też… puff. Dym sięgnął stolicy i na razie nie mamy stamtąd żadnych wieści. Ale rozkazy to rozkazy, poruczniku. Jesteście aresztowani pod zarzutem zdrady.

Interludium

Kościane siedzisko było twarde i tak zimne, że powoli zamieniało mu tyłek w kawał zmrożonego mięcha. W chacie panował ziąb, a prymitywne palenisko, czarne i najwyraźniej od wielu dni martwe, tylko pogłębiało poczucie chłodu. Północ. Ta cholerna Północ. Podobno już dawno powinna zawitać tu wiosna, oczywiście według miejscowych standardów, czyli wiatry powinny wiać mniej zaciekle, po oceanie pływać mniejsze kry, a plwocina na jego butach powinna zamarzać dłużej niż ledwie w kilkanaście uderzeń serca.

Ale nie tym razem. Północ najwyraźniej oszalała.

Zgodnie z planem portal wyrzucił go po drugiej stronie Loharrów. Miały tutaj znajdować się osady łowców fok i morsów, myśliwych polujących na białe lisy i ptactwo polarne, harpunników czekających na stada wielorybów. Cenne futra, mięso, olej i tran, bryły ambry znalezione na brzegu lub wydobyte z trzewi morskich potworów… Północna strona Loharrów dostarczała na rynki całego świata drogie i rzadkie towary.

Jednak łowcy fok, myśliwi i zabójcy wielorybów prawie nigdy nie spędzali tutaj zimy. Obozowiska zaludniały się wiosną, gdy łodzie i statki znajdowały drogę przez morze topniejące wokół gór, i pustoszały jesienią, kiedy wyładowane po burty statki zabierały ludzi z powrotem na południe. Zimą okoliczne wody zamarzały bowiem i żegluga po nich stawała się niemożliwa.

Czasem jednak trzeba było zostać – jeśli sezon okazywał się tak udany, że statki nie zdołały zabrać całej zdobyczy, ktoś musiał spędzić kilka najgorszych miesięcy na kamienistym wybrzeżu, by powracający myśliwi nie znaleźli zapasów rozgrabionych przez białe niedźwiedzie, lisy polarne czy innych drapieżców: dwunogich i zbrojnych w żelazo. Ci, którzy zdecydowali się zimować na Północy, gdzie w ciągu dnia słońce pojawiało się na niebie ledwo na godzinę czy dwie, a i to nie zawsze, czekali na początek kolejnego sezonu niczym na zbawienie.

Ale najwyraźniej w tym roku czekali na próżno.

Północne przesmyki nie zrzuciły jeszcze lodowej skorupy. A tam, gdzie lód choć trochę popękał, pola kry były wielkie jak miasta. Wpłynięcie statkami między rozdzielające je szczeliny groziło zmiażdżeniem kruchych kadłubów niczym łupin orzecha. Okręty nie przypłynęły, zapasy się skończyły, białe jak włosy Anday’yi lisie futro, za które na południu można by się przez miesiąc objadać frykasami aż do bólu brzucha, tutaj nie mogło zapełnić jednego żołądka.

Ironia losu.

Jego portal otworzył się pół mili od osady, którą stanowiło pięć drewnianych chat postawionych z cennego na Północy drewna i kilkanaście namiotów z wielorybich żeber obciągniętych skórą. Wielkie kotły, w których wytapiano sadło morskich olbrzymów, przykryto płachtami i zabezpieczono, setki stojaków, na których skrobano i konserwowano futra, bodło niebo, bezczynnie oczekując na rozpoczęcie nowej pracy. Cisza i spokój.

A powinien przywitać go gwar, ruch i tyle gotowanego foczego mięsa, ile zdołałby zjeść.

Poczuł to od razu, gdy przekroczył umowną granicę osady. Mrowienie w okolicach krzyża, drętwiejące opuszki palców, uczucie, że ktoś właśnie patrzy na twoje plecy, naciągając cięciwę do ucha. Cierpienie, dawno przebrzmiały krzyk, którego wspomnienie nadal tnie powietrze, ból i męka.

To były „dary” Bitewnej Pięści. Czuł Moc, tę krew w żyłach świata, czuł zarówno aspekty, jak i dzikie, chaotyczne Źródła. A nawet ten niezmierzony, niepojęty żadnym umysłem ocean poza nimi. Moc, aspektowana czy nie, poddawała się emocjom, pozwalała im się kształtować, ugniatać i rzeźbić. I „używana” w ten sposób, zostawiała ślad na skórze rzeczywistości.

Panował tu głód, a z tego głodu zrodziło się coś innego, mrocznego i paskudnego. Desperacja, gniew, nienawiść.

Zaatakowali go z trzech stron jednocześnie. Trzy owinięte w futra postacie rzuciły się na złodzieja, dwie wybiegając zza najbliższej chaty, trzecia wyskoczyła z namiotu za jego plecami. Żadnego powitania, żadnych pytań, skąd jest i jakim cudem się tu znalazł; za to wszystko musiały mu wystarczyć trzy szerokie harpuny wycelowane w pierś i plecy.

Ten atakujący z tyłu był pierwszy. Altsin nie patrzył na niego, nie musiał, uchylił się tylko płynnie, miękkim ruchem przepuszczając pchnięcia pod pachą. Złapał harpun tuż za grotem, złamał drzewce i wbił zębate ostrze w gardło mężczyzny.

Nawet nie zerknął na upadającego trupa.

Dwójka pozostałych napastników wrzasnęła jednym głosem, jednym ruchem uniosła broń i jednocześnie cisnęła w jego pierś. Patrzył spokojnie, jak oba harpuny płyną ku niemu przez powietrze: drzewca lekko wibrowały, groty, pokryte rdzą i krwawymi zaciekami, ciągnęły za sobą blade smugi. Tą bronią mordowano, a duchy zabitych wciąż lepiły się do żelaza.

Zrobił krok w lewo, złapał nadlatujący harpun za środek drzewca, okręcił się na pięcie i posłał go do właściciela. Ostrze pomknęło z powrotem z siłą większą, niż nadałby mu ją oblężniczy skorpion, uderzyło mężczyznę w pierś i rzuciło nim o ścianę chaty. Był martwy, zanim grot przyszpilił jego ciało do drewna.

Ostatni atakujący zamarł z dłonią na rękojeści na wpół wyciągniętego noża. Altsin przeżył już coś takiego, dawno temu, gdy pewien rzeczny półbóg próbował się dowiedzieć, z kim ma do czynienia. Wtedy czuł się, jakby opętała go jakaś siła, teraz jednak było to dla niego tak naturalne, jak kiedyś wkładanie ręki w niezawiązaną sakiewkę.

Dla zwykłego śmiertelnika musiał wyglądać na demona, który ma oczy dookoła głowy, rusza się szybciej niż błyskawica i dysponuje siłą dziesięciu ludzi.

Nóż powoli wrócił do pochwy, a ostatni napastnik odwrócił się i pognał do chaty.

Altsin ruszył za nim.

A teraz, niespełna po godzinie, siedział w tej właśnie chacie i patrzył w oczy związanego człowieka. Plwocina więźnia powoli zamarzała na bucie złodzieja, leżący na kamiennej posadzce jeniec nie miał nawet dość sił, by splunąć jak należy.

Nieważne.

Wszystko było nieważne w obecności tego, co kołysało się pod powałą, prawie pośrodku chaty.

Altsin oderwał wzrok od spętanego mężczyzny i jeszcze raz omiótł spojrzeniem wnętrze. Jedynie na blat stołu zmarnowano tu trochę drewna, resztę mebli, taborety, ławy, nawet półki przy ścianach i ramy łóżek zrobiono z wielorybich kości. Starannie obrobionych i dopasowanych.

Mistrzowska robota.

— Ty to zrobiłeś? — zagadnął w dialekcie nesbordzkich klanów.

Co do tego, że więzień był jednym z tych piratów, nikt nie mógł mieć wątpliwości. To właśnie oni stanowili większość łowców futer i myśliwych na tych ziemiach. Poza tym mężczyzna miał jasną skórę i włosy oraz niebieskie oczy, a tatuaże z prymitywnych run, ozdabiające jego skronie, pozwalały nawet określić przynależność do konkretnego plemienia i rodu.

Przepytywany, szarpnął się teraz tylko i jeszcze raz spróbował splunąć na tego, który go uwięził. Więcej jednak w tym geście było przerażenia i desperacji niż buty.

Ta podróż nie tak miała wyglądać. Altsin miał tu spotkać statki i ludzi, którzy – za odpowiednią opłatą – przewieźliby go wzdłuż wschodniego krańca kontynentu tam, gdzie chciał się dostać. Otwieranie magicznych portali było trudne, niewygodne i zostawiało ślad, po którym każdy średnio uzdolniony czarownik mógł go odnaleźć. Poza tym jego ciało nadal było ciałem śmiertelnika: owszem, mógł dysponować wspomnieniami awenderi jednego z najpotężniejszych bogów w dziejach, magia mogła płynąć w jego żyłach, ale użycie pełnej mocy Bitewnej Pięści wypaliłoby go od środka w kilka kwadransów. Potwierdzała się prawda ze starych wspomnień – bez wyznawców i bez wsparcia w gromadzie potencjalnych naczyń, gotowych przyjąć jego ducha, gdy aktualne się „zużyje”, awenderi był i jednocześnie nie był potęgą. Jak miecz zrobiony z wulkanicznego szkła, ostrzejszy od stali, lecz gotów rozpaść się na kawałki, gdy uderzy się nim ze zbyt wielką siłą. Oto najlepszy żart, jaki świat mógł mu zrobić.

Ale potrafił teraz kilka rzeczy, które dla większości śmiertelników były nieosiągalne. Wystarczyła chwila, by przyswoił sobie każdy język, którym przy nim rozmawiano, był szybki, silny, bardzo odporny na zimno, pragnienie i głód.

A także widywał duchy. Zwierząt, ludzi, i nie tylko.

— A ty? Czego chcesz? — mruknął.

Wstał i szybkim krokiem wyszedł z chaty, wiedziony przez niską, chudą zjawę, która od jakiegoś czasu kręciła się przy związanym mężczyźnie.

Duch poprowadził go nieco poza osadę, gdzie w olbrzymiej, pamiętającej zapewne wiele zim pryzmie ubitego na twardo śniegu wykuto wielką lodową jaskinię.

Tutaj, oprócz skór i futer, które nie zmieściły się na statki, znajdowała się reszta zeszłorocznej zdobyczy myśliwych. Wielkie jak ćwiartki wołu kawały zmrożonego wielorybiego sadła. Wejście do jaskini było otwarte, a liczne ślady zwierząt w środku świadczyły o tym, że strażnicy zaniedbali swoje obowiązki.

Nie to było jednak najważniejsze.

Dwadzieścia kroków od tej przechowalni, w dziurze wygrzebanej w śniegu, walały się szczątki kilku psów. Dokładnie sześciu. Sześć czaszek, setki mniejszych kości. Duch wskazał na psy, na jaskinię wypełnioną sadłem, na siebie. W tych gestach nie było oskarżenia, tylko bezradność i smutek.

I pytanie – dlaczego?

Altsin westchnął. Historia, którą miał przed oczyma, stała się nagle prosta i nabrała głębi. Czarnej jak lodowe ślepia podmorskich bestii. Ten lód wypełnił mu żyły, skrócił oddech, zamglił wzrok.

Wrócił do chaty. Usiadł na kościanym taborecie. Nie patrzył na mężczyznę. Jeszcze nie.

— Kiedy miały przypłynąć statki?

Leżący nie odpowiedział. Skrzywił się tylko i zawarczał jak pies.

— Ze dwa miesiące temu, prawda? Tu wiosna przychodzi nieco wcześniej niż na wschodnich terenach. Ale w tym roku nie przyszła. Statki nie przypłynęły.

Jedyną odpowiedzią było milczenie.

— Zapasy skończyły się wam wiele dni temu, a człowiek to nie zwierzę, nie da rady przetrwać, żując skóry i pijąc wielorybi tłuszcz.

Altsin poprawił się na taborecie i wreszcie spojrzał na więźnia. Para jasnych jak poranne niebo oczu wwiercała się w niego palącym spojrzeniem.

— Nie wiesz, co to głód — głos mężczyzny był śliski i lepki jak kawał nadgnitego łoju. — Nie wiesz, co to wrehh.

Wrehh – głodowy szał, to określenie pochodziło z języka górskich klanów mieszkających najdalej na północno-zachodnim wybrzeżu. Wrehh to szał sprowadzony na człowieka przez samotność, brak światła słonecznego i ciągłe zawodzenie północnych wiatrów. Ale przede wszystkim przez głód. Potworny, odbierający rozum, zamieniający swoje ofiary w upiory żywiące się ludzkim mięsem. Ogarnięta takim szałem matka przegryzała gardła własnym dzieciom, chłepcząc gorącą krew, a ojciec ćwiartował ciała i ogryzał do czysta drobne kości. Gdy nie stało już ofiar, dzieci, starców, innych dorosłych, rozkopywano świeże mogiły, a gdy i tego brakło, odrąbywano sobie ręce i nogi, obcinano uszy i nosy.

Jedzono.

Informacje te nagle stały się częścią jego wiedzy, jakby sam od urodzenia mieszkał w tych górach.

Ale wraz z nią przyszła i inna świadomość. Ludzie, których dopadł głodowy szał, kończyli jako obciągnięte skórą szkielety, wyjące w niebo. Ten mężczyzna był chudy, ale nie aż tak zagłodzony; szalony, lecz nie obłąkany. Nie. Tu chodziło o coś innego.

— Dlaczego nie odeszliście stąd, gdy statki nie przypłynęły?

— Jak? Czym? Pieszo przez Loharry? Bez jedzenia? Bez…

— Saniami. Oni mieli psy. Sześć psów. Ludzie nie mogą się żywić samym wielorybim sadłem, ale psy tak. Oni zresztą też by mogli. Prosili tylko o pomoc.

Twarz mężczyzny zmieniła się w maskę furii.

— To nasze. Nasze! Mieliśmy pilnować! Nie oddawać! Nie dać! Nasze! Nie ich!

Nie mówił już, tylko wyszczekiwał słowa, pryskając śliną na wszystkie strony.

Altsin spojrzał mu w oczy, a wrzaski umilkły, jakby związanemu ktoś zadzierzgnął na szyi wisielczą pętlę.

— Było ich dwóch. Jedyni ze szczepu, którzy mieli dość sił, by wyruszyć po pomoc. Zabrali te psy, które jeszcze mogły ciągnąć sanie, i pojechali na zachód, skąd co roku przychodziła wiosna. Dotarli aż tu. Mieliście wszystko, by ich ocalić. Dość wielorybiego sadła, by nakarmić całą wioskę. Nie chcieli waszych futer ani skór, mogli nawet zapłacić za ten tłuszcz własnymi. A wy…

— Jakbyśmy oddali to tym zwierzętom, przychodziliby co roku. I byłoby ich więcej i więcej. To nie ludzie. To bestie. Popatrz na nich. Popatrz.

Altsin po raz kolejny zerknął na to, co wisiało pod powałą. Dwa ciała, prawie ludzkie, choć od ludzi niższe i szersze w barach, obdarte do naga, jakby to miało ułatwić ich… obróbkę. Obaj aherowie zostali fachowo wypatroszeni i częściowo oskórowani. Z ud i pośladków wycięto im szerokie i długie pasy mięsa. Choć prawdę powiedziawszy, niewiele tego mięsa na nich było. Ich twarze, z wielkimi wałami nadocznymi i kłami wystającymi z dolnych szczęk, były zaskakująco spokojne jak na to, co ich spotkało.

— Widzisz? Patrz. Nie ludzie. Ludzkiego mięsa bym nie tknął, przysięgam, ale oni? Zwierzęta. Zwierzęta się zabija, a nie karmi własną krwawicą.

— Nagle zacząłeś mówić ładnymi, pełnymi zdaniami? Mieli psy, ofiarowali je wam w zamian za ten tłuszcz. Mogliście zabrać sanie i zwierzęta i pojechać wzdłuż wybrzeża najpierw na zachód, potem na południe. Z dobrze odkarmionymi psami w osiem, może dziesięć dni bylibyście wśród ludzi.

— A oni co? Oni co? Zabraliby część zdobyczy i poszli do swoich, a potem co? Nie wróciliby po resztę? To nasze. Nasze! Nie tych zwierząt! Nie ich!!!

— Więc uwięziliście tę dwójkę, zabiliście i zjedliście ich psy, ale były chude, więc nie starczyły na długo. A potem to? — Wskazał na ciała.

— Sami umarli. Sami. Nasze noże nie odebrały im życia.

Altsin zgodził się, kiwając ze smutkiem głową.

— To prawda. Sami umarli. Wy tylko okradliście ich z futer, związaliście i zostawiliście nagich na dworze. Więc umarli sami.

Wyszedł z chaty. Zimno. Daleko na wschodzie, gdzieś za Wielkim Grzbietem Ansar Kirreh, czuł… coś. Dzieliły go od tego miejsca jeszcze setki mil, więc wrażenie było takie, jakby kątem oka dostrzegał promień księżyca wpadający przez szparę w okiennicach, ale… do licha, dawał radę to wyczuć. Z takiej odległości! I stamtąd właśnie, z miejsca, o którego sprawdzenie prosił Oum promieniowała też na świat lodowa furia, której odpryski nawet tutaj zmieniały pory roku.

Pani Lodu się wściekała.

Wrócił i przykląkł nad związanym mężczyzną. Ten wykręcił głowę i posłał mu zaskakująco przytomne spojrzenie.

— Zabijesz mnie?

— Tak.

— Bo co? Bo zabiłem te zwierzęta? Bo nie chciałem im oddać co moje?

— Nie. Nie dlatego. Dlatego, że jeśli cię nie zabiję, nie będę mógł w nocy spać. Bo będzie mnie dręczyć poczucie, że nie zrobiłem wszystkiego jak należy. Bo albo na świecie będzie trochę, ociupinkę sprawiedliwości, albo niech ten świat trafia szlag.

— Sprawiedliwość? To jest sprawiedliwość?

Altsin spojrzał na niego z góry i uśmiechnął się samymi kącikami ust.

— Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele. Uczyłem się jej, kradnąc i zabijając w portowych zaułkach.

Przycisnął głowę mężczyzny do posadzki i szybkim ruchem nakreślił na jego czole znak Złamanego Miecza. Moc popłynęła przez ciało więźnia wielką, niepowstrzymaną strugą. Ten zaskomlał, czując, jak gorąco wypełnia jego członki, jak ogień zaczyna buzować w żyłach. A w chwili, gdy jego włosy zaskwierczały i zwęgliły się, a skóra zaczęła dymić – zawył.

Moc wybuchła i ukształtowała się w portal o średnicy pięciu stóp, ciało mężczyzny zaś rozpadło się w proch.

Altsin wszedł w przejście, wiedząc, że właśnie oszczędził sobie przynajmniej dwustu mil drogi przez góry. Zamykające się magiczne wrota rzygnęły ogniem na izbę, a drewniane ściany momentalnie zadymiły się i zapłonęły.

Przez kilka godzin ogień tańczył po całej opustoszałej osadzie.

Rozdział 1

Miasto omdlewało w uścisku gorąca. Całymi dniami słońce wyprażało ulice z zaciekłością kowala rozgrzewającego w palenisku oporny kawał żelaza, nocami zaś nagrzane kamienie i cegły oddawały ciepło, jakby drwiąc sobie z modłów mieszkańców tęskniących do odrobiny chłodu. I choć zgodnie z kalendarzem, a także śledzonymi przez astrologów i magów obrotami gwiazd na niebie, była dopiero połowa wiosny, upały ani myślały zelżeć.

Podobno szczęśliwi posiadacze piwnic przenosili do nich łóżka, bo tylko kilkanaście stóp pod ziemią można było znaleźć odrobinę wytchnienia od wszechobecnej spiekoty.

Niektórzy starcy gadali, że jak sięgają pamięcią, nie było tak gorącej wiosny. Taka wiosna, mówili, taka wiosna zwiastuje niezadowolenie Matki, wojny, zarazy, pożary, powodzie, głód i pomór bydła. Ciekawe czasy nadchodzą, mamrotali, ciekawe.

Jednakże starców tych mało kto słuchał, bo dla nich każda pora roku była najgorętsza albo najzimniejsza, albo najbardziej dżdżysta, i każda zwiastowała jak nie koniec świata, to przynajmniej wyższe podatki czy boleśniejsze zaparcia. Czasem starość spogląda na świat przez kawałek szkiełka wydobyty z kupy łajna i nie ma sposobu, by temu zaradzić.

Tymczasem niezależnie od takiego gadania upał trzymał miasto w spoconej, lepkiej i odbierającej siły garści.

W południe wszelki ruch na ulicach zamierał, pustoszały chodniki, przekupnie zamykali stragany, ławeczki przed winiarniami prażyły się w słońcu, z niecierpliwością oczekując gości. Życie przenosiło się w pobliże fontann, studni i ujęć akweduktów, gdzie chlapano się, oblewano wodą, a nawet próbowano pływać, bo dostanie się do którejś z miejskich łaźni wymagało albo rezerwowania miejsca z kilkudniowym wyprzedzeniem, albo kiesy pełnej złota.

Przybysz z odległych stron, przeniesiony nagle na te ulice jakąś magiczną sztuczką, mógłby pomyśleć, że znalazł się w jednej z tych legendarnych metropolii z Dalekiego Południa, gdzie słońce wyżej wspina się na nieboskłon, wszyscy noszą jedwabie, bezcenne przyprawy zaścielają ziemię, a śniadoskóre piękności przechadzają się w towarzystwie niewolników kastratów. Nie uwierzyłby, że znajduje się w Meekhanie, tym Meekhanie, Mieście Miast, Sercu Imperium, Kwiecie na Krzemiennej Koronie, Pierwszym Słupie Milowym. No, chyba że straż miejska dorwałaby go za włóczęgostwo i bezprawne użycie magii teleportacyjnej i przeklinając w najczystszym meekhu, pognała do lochu.

Co było mało prawdopodobne, bo w południe nawet strażników trudno spotkać na ulicach. Zapewne szukali ochłody przy jakiejś fontannie.

Spocony mężczyzna, kuśtykający korytarzem cesarskiego pałacu, przekonał się o tym na własnej skórze. Portal wyrzucił go na środku ulicy, po czym – mlaszcząc i wydając sycząco-bulgoczące dźwięki – znikł. I pies z kulawą nogą nie zainteresował się tym wydarzeniem. Nie żeby magiczne przejście otwierające się na ulicy było w stolicy czymś niezwykłym, wszystkie ważniejsze gildie i stowarzyszenia magów miały tu swoje przedstawicielstwa, no i rzecz jasna armia, służba dyplomatyczna, a nawet bogate cechy kupieckie chętnie korzystały z możliwości szybkiego transportowania ludzi i wieści, ale właśnie z tego powodu podjęto odpowiednie środki zaradcze.

Od z górą stu lat Tarcza loh-Hewlena działała bez zarzutu. Dziesiątki potężnych amuletów – nasyconych Mocą aspektów zakłócających działanie magicznych portali, takich jak Mroźny Całus, Psi Nos czy Cierń – sprawiały, że w promieniu dwóch mil od centrum miasta żadna teleportacja nie mogła się udać z dającym się przewidzieć marginesem bezpieczeństwa. A dla magów próbujących otworzyć przejście bezpośrednio do któregoś z cesarskich pałaców jawiły się one ponoć jako bezdenna, lodowa głębia, w której nie dało się ustalić położenia żadnego korytarza czy komnaty.

W świecie, gdzie przeciętny czarodziej z odpowiednim aspektem potrafił otworzyć portal, nie oszczędzano na bezpieczeństwie cesarza i dworu.

Niewielka była to pociecha dla wędrowca, którego portal wyrzucił dwie mile od celu i który ostatnie pół godziny wlókł się rozgrzanymi niczym wnętrze pieca ulicami, by po dotarciu do bramy w murze otaczającym pałacowy ogród i po okazaniu Imperialnej Pieczęci musieć czekać, aż jakiś kapitan służbista z gwardii potwierdzi, z kim ma do czynienia.

W tamtej chwili Gentrell-kan-Owar udusiłby drania gołymi rękami, choć z drugiej strony sam kazałby oficera powiesić, gdyby ten zaniedbał środki ostrożności. Są zasady, które obowiązują każdego, a na dodatek Szczurza Nora była odpowiedzialna za ustanowienie większości z nich.

Wreszcie pozwolono mu wejść do opustoszałego ogrodu i skierowano do lewego skrzydła budynku. Zastanawiał się, dlaczego z trzech rezydencji cesarza w Mieście wybrano właśnie tę. Nie pałac Kaliahe, główną siedzibę rodu ber-Arlens, służącą jako centrum władzy od przeszło dwustu lat, ani nie skrzącą się białym marmurem trzystupokojową aberrację architektoniczną znaną jako Sonweria, otoczoną liczącym kilkaset akrów ogrodem. Zamiast tego spotkanie miało się odbyć w Menaner, zwanym oficjalnie, choć nieco na wyrost, Pałacem Menanerskim.

Budynek znajdował się w najstarszej części miasta, pamiętającej początki Imperium. Zbudowano go zaraz po odbiciu tych ziem z rąk kultu Reagwyra, gdy młode państwo, niemogące się jeszcze zdecydować: czy chce iść na wojnę z resztą kontynentu, czy też zadowoli się tym, co już ma, próbowało tylko umocnić swoje granice. Ta część metropolii nosiła nazwę Krzemiennej Dzielnicy i nie była to nazwa nadana na wyrost. Tutejsze uliczki były wąskie, kręte i łatwe do zabarykadowania, kamienice miały potężne mury strzeżone przez ciężkie drzwi i wąskie okna, a strome dachy pokryte szarym łupkiem gwarantowały, że rzucona na nie pochodnia spadnie i skona w rynsztoku.

Menaner był sercem tej dzielnicy, starszym bratem każdej z kamienic, wyrastającym ponad nie dwiema wieżami wznoszącymi się dumnie w niebo. To były prawdziwe obronne stołpy z blankami i ukrytym za nimi chodnikiem strzeleckim, skąd dało się prowadzić ostrzał na wszystkie strony. A trzysta jardów „ogrodu” dookoła, w którym nie rosło nic większego niż mlecz, gwarantowało, że łucznicy nie będą się musieli kłopotać z wybieraniem celu.

Te trzysta jardów dało kan-Owarowi w kość równie mocno jak rozgrzany bruk miasta. Za to gdy, po kolejnej kontroli, znalazł się wreszcie w środku, zaczął podejrzewać, dlaczego spotkanie wyznaczono właśnie tutaj.

Grube na trzy stopy mury kryły wnętrze chłodne niczym prastary grobowiec. Gdy tylko znalazł się za drzwiami, milczący sługa podał mu misę z perfumowaną wodą i płócienny ręcznik do otarcia, a gdy Szczur się odświeżał, napełnił kielich winem o zapachu pomarańczy i postawił na stoliku obok drzwi. A potem skłonił się nisko i powiedział głęboko modulowanym, dźwięcznym głosem z akcentem charakterystycznym dla centralnych prowincji:

— Spotkanie odbędzie się w Sali Paradnej. Proszę za mną.

Gentrell zerknął na niego, próbując wybadać, czy dostanie jeszcze jakąś wskazówkę. Cesarską służbą zarządzał, i to żelazną ręką, Mawilo Vanesares, zwany Brązowym Klucznikiem. Mawilo pochodził z jednej ze wschodnich prowincji, a cesarz podobno osobiście ocalił mu życie w czasie Bitwy o Meekhan, zyskując w zamian jego całkowite i bezwzględne oddanie. I to właśnie Vanesares zdecydował, że nikt, ani Nora, ani Psiarnia, ani służba dyplomatyczna czy Rada Pierwszych, nie ma prawa umieszczać na dworze żadnych agentów. Cesarska rodzina nie padnie ofiarą wojenek i przepychanek o władzę, stwierdził, a ponieważ cesarz poparł jego zdanie, było po dyskusji.

Vanesares nie miał rzecz jasna żadnego wpływu na to, ilu szpiegów spróbują umieścić wewnątrz pałacu kapłani, magowie czy potężne cechy kupieckie, ale jak Trzeci Szczur się orientował, niewielu się to udawało. Tak zwana prywatna służba cesarza, czyli ludzie, którzy mogli mieć bezpośredni kontakt z imperatorem, liczyła nie więcej niż trzysta osób i każda z nich została osobiście wybrana przez Klucznika. Co do reszty – tysięcy bezimiennych pałacowych popychadeł, stajennych, ogrodników, palaczy, zamiataczy podłóg – to Nora od czasu do czasu dostawała listę nazwisk z uprzejmą prośbą, by sprawdzić tych ludzi, i zawsze większość z nich okazywała się marionetkami sterowanymi spoza pałacu. Niejeden agent o podwójnej lojalności narodził się w ten sposób, więc między Brązowym Klucznikiem a Szczurzą Norą trwało coś w rodzaju niepisanego, milczącego sojuszu. On pozwalał im przejmować niektórych z tych szpiegów, oni wspierali po cichu jego starania o to, by najbliższa służba cesarza pozostała tylko służbą.

Ale Gentrell-kan-Owar wolałby mieć tu jednego ze swoich ludzi, bo przynajmniej byłby cień szansy, że dostanie informacje, po co wezwano go tak nagle, używając magii i odrywając od naprawdę ważnych spraw. Ponkee-Laa zapłonęło ogniem religijnego fanatyzmu skierowanego przeciw matriarchistom, a wszystko, co jest skierowane przeciw Wielkiej Matce, jest też skierowane przeciw Meekhanowi. A choć Perła Wybrzeża nie ozdabiała już imperialnej korony, to nadal przez jej port przechodziła połowa handlu cesarstwa. Do tej pory tamtejsza Rada Miasta kierowała się zdrowym rozsądkiem, wiedząc, że obie strony zyskują na takim zimnym, pozbawionym resentymentów podejściu. Układ, choć nigdzie nie został spisany, był prosty – księstwo Fiiland i rządzące nim w rzeczywistości miasto nie będą czynić wstrętów meekhańskim kupcom, nie tylko ze strachu przed Imperium, lecz także dlatego, że dwie trzecie złota zostającego w Ponkee-Laa pochodziło z handlu z Meekhanem. Z kolei cesarstwo, zadowolone z takiej współpracy, nie wyśle armii, by odzyskała Utracone Prowincje, jak nazywano teren Wolnych Księstw i samego Fiilandu.

Układ ten, pragmatyczny niczym małżeństwo z rozsądku, świetnie spisywał się przez przeszło dwadzieścia ostatnich lat, a tu nagle, w kilka zaledwie miesięcy, wszystko posypało się przez – jak wielu naiwnie sądziło – demona religijnego fanatyzmu. A z fanatykami, zwłaszcza z Kultu Pana Bitew, nie da się rozmawiać rozsądnie.

Jednak szybkość, z jaką kapłani Reagwyra umocnili swoją władzę w Ponkee-Laa, wskazywała na to, że dostali wsparcie. Może było to złoto płynące z wrogiego Meekhanowi państwa, może ingerencja jakichś potężnych magów – choć wizja sojuszu między kapłanami a czarodziejami wydawała się mało prawdopodobna – a może nawet dłoń Nieśmiertelnego, rozstawiającego swoje pionki na planszy. Ta ostatnia możliwość wzbudziła w nim prawdziwą grozę, więc osobiście uaktywnił wszystkich agentów, których Nora umieściła wśród imperialnych kapłanów Świątyni Reagwyra. Ta część Kultu Pana Bitew, która została wcielona do oficjalnego panteonu i podporządkowana Wielkiej Matce, miała znacznie łagodniejszą formę niż jego pozostałości, znajdujące się poza Meekhanem, lecz i tak cały czas tkwiła na specjalnej liście Szczurzej Nory. Niewielu Świątyniom Wywiad Wewnętrzny poświęcał aż taką uwagę.

I nic.

Brakowało najmniejszego dowodu na to, by Reagwyr osobiście próbował sterować swoimi kapłanami w Ponkee-Laa. Jego Królestwo pozostało krainą odległą i zamkniętą, a nawet jeśli modły wiernych przekraczały jego bramy, to odpowiedzi na nie były jak zwykle bardzo enigmatyczne. Gdyby miało się okazać, że to jednak Pan Bitew stał za wydarzeniami w Ponkee-Laa, to elegancja i delikatność, z jaką to robił, zawstydziłaby nawet takiego starego wyjadacza, jak Trzeci Szczur Imperium.

Nie cios bojowym toporem, lecz delikatne muśnięcie sztychem szabli, pocałunek zatrutego sztyletu, garota pieszcząca gardło ciemną nocą.

To działanie było zupełnie niepodobne do Reagwyra.

A potem, nagle, z dnia na dzień, zamieszki wygasły. Jakby ktoś przykrył kaganek szklanicą. Ostatnie raporty mówiły o rozbieraniu barykad i fali represji, szykowanych przeciw co bardziej fanatycznym wyznawcom Pana Bitew. Istniała szansa, że jeśli matriarchiści, a zwłaszcza kapłani Wielkiej Matki, dobrze to rozegrają, uda im się zająć dominującą pozycję wśród religii Ponkee-Laa. Nora zaczęła już nawet dyskretnie wspierać tamtejszą hierarchię.

Stare powiedzenie mówiło – tam, gdzie są świątynie Pani, tam jest Meekhan.

Wszystko zdawało się układać wprost świetnie, tylko nadal nie wiedzieli, co tak naprawdę stało się w tym cholernym portowym mieście. A niewiedza – dla Gentrella osobiście – była jak to swędzące miejsce między łopatkami, w które trudno się podrapać. Doprowadzała go do szału.

Te myśli tłukły mu się po głowie, gdy sługa zaprowadził go pod zielone drzwi, skłonił się grzecznie i bez słowa, nawet bez mrugnięcia okiem, oddalił się. Sukinsyn.

Sala Paradna, zgodnie z nazwą, imponowała wielkością, choć niekoniecznie wystrojem. Jeden stół z kilkoma krzesłami wokół i dwie niewielkie szafki podpierające ściany stanowiły całe jej wyposażenie, lecz uwzględniając, co leżało teraz na podłodze, nikt nie powinien się temu dziwić. W sumie była to zwykła, choć duża komnata z rzędem okien na jednej ścianie i serią obrazów o tematyce militarnej na pozostałych. Bitwa pod Gonwer, obrona brodu na Yiis, generał gep-Hewos spinający konia i wskazujący mieczem lukę w szykach Czarnego Legionu Reagwyra. Genno Laskolnyk prowadzący decydującą szarżę w ostatnim dniu Bitwy o Meekhan. Szczur nadal uważał, że jakiś wróg generała musiał przekupić malarza, bo na obrazie Laskolnyk miał minę, jakby cierpiał na ciężki przypadek zatwardzenia.

W tej chwili jednak znacznie ważniejszy niż obrazy bohaterów Imperium był mężczyzna siedzący na krześle naprzeciwko drzwi. Średniego wzrostu, szpakowaty, w prostym stroju, jaki mógłby założyć wędrowny kupiec albo małomiasteczkowy pisarz. Szare spodnie, żółta koszula, zielona kamizela. Kregan–ber-Arlens, Imperator Meekhanu, Władca Tysiąca Dróg, Pan Krzemiennej Korony, Pogromca Wschodniej Nawałnicy, i tak dalej, lubił podkreślać, że ceremoniał i etykieta to zaledwie narzędzia, a nie cel sam w sobie. A gdy trzeba, jak to określał, „brać się do roboty”, należy ograniczyć je do niezbędnego minimum. Tak jak teraz.

— Wasza Wysokość. — Gentrell-kan-Owar skłonił się nisko, przy okazji zerkając uważniej na to, co leżało na posadzce.

— Szczurze. — Uśmiechowi cesarza towarzyszył gest nakazujący szpiegowi wyprostowanie się. — Jak droga?

— Nie mogła być lepsza, Wasza Wysokość.

— To widać. A kolano?

Od czasu wydarzeń w zamku Lotis, gdy Trzeci Szczur starł się z odzianą w biel furią, prawe kolano Gentrella zachowywało się czasem jak część ciała należąca do kogoś innego. Mimo iż uzdrowiciele Nory sporo się nad nim napracowali, chrzęściło, skrzypiało, a po dłuższym wysiłku łupało paskudnym, ciężkim bólem. Tak jak dziś. Ale mógł chodzić bez laski, a w pierwszych miesiącach po tamtej rzezi wcale nie było pewne, czy w ogóle stanie na tej nodze.

— Doskonale, dziękuję.

Niedbałe skinięcie głową zakończyło tę wymianę uprzejmości. Imperator wstał, podszedł do leżącej na podłodze płaskorzeźby i mrużąc oczy, spojrzał na nią z zagadkowym wyrazem twarzy. Gentrell poświęcił kilka uderzeń serca na przyjrzenie się władcy.

W takich okolicznościach, nieoficjalnie, bez armii dworaków plączących się wokół, bez muru sztywnego protokołu, określającego kto jak blisko cesarza może stanąć, jak nisko ma się ukłonić i ile czasu trzymać zgięty kark, nie widział go od dobrych siedmiu… nie, ośmiu lat. Bogowie, ależ się postarzał i nie chodziło o to, że wyglądał, jakby od wielu dni nie dosypiał, ani o wory pod oczyma i usta zaciśnięte w wąską krechę. Lecz o oczy. To były oczy starego człowieka. Zmęczonego i zgorzkniałego. A przecież Kregan-ber-Arlens ledwo przekroczył pięćdziesiątkę.

Cesarz oderwał wzrok od posadzki i spojrzał na Szczura, a kan-Owar szarpnął się, jakby wielki szerszeń właśnie użądlił go w kark. Nie zgorzkniałego, uświadomił sobie, lecz takiego, który wie, że czekają go ciężkie dni i noce, i nie zawaha się, wydając rozkazy odpowiednie na takie właśnie parszywe czasy.

— Wiem, że moja twarz wygląda równie paskudnie jak to coś — stopa imperatora szturchnęła rząd kamiennych płyt leżących na posadzce — ale byłbym wdzięczny, gdybyś to im poświęcił teraz swoją uwagę. Wiesz, co to jest?

— Szaleństwo Embrela.

Odpowiedź wymknęła się Gentrellowi, zanim uświadomił sobie, że nazwanie prapraprapradziadka cesarza szaleńcem nie jest najmądrzejsze. Ale, do cholery, nawet w oficjalnych kronikach Imperium używano czasem tej nazwy.

Szaleństwo Embrela – wysoka na trzydzieści i długa na czterdzieści pięć stóp, wykonana z marmuru oraz niezliczonej ilości kamieni szlachetnych i półszlachetnych, dokładna replika Imperium.

Odwzorowano na niej wszystko: góry, doliny, rzeki, jeziora, lasy, drogi i najważniejsze miasta. Granice tworzył rząd stalowych mieczy i tarcz, symbol wymowny, lecz niemal kiczowaty wobec bogactwa, którego strzegł. Za nimi rzeki i jeziora wyłożono bowiem szmaragdami i szafirami, puszcze porastały wysokie na cal, ręcznie robione drzewa o srebrnych pniach i koronach z okruchów jadeitu. Miniaturowe miasta dumnie wznosiły wieżyczki o kopułach z rubinów i topazów, imperialne drogi – pasma ametystów, agatów i granatów – przeskakiwały nad szmaragdowymi rzekami, mostami z czystego złota. A pośrodku tego wszystkiego Meekhan, ten Meekhan, Serce Imperium, Miasto Miast, lśnił pojedynczą wieżą zwieńczoną stusiedemnastokaratowym brylantem zwanym Łzą Matki.

Powiadano, że koszt tej instalacji przekraczał trzyletnie wpływy do imperialnego skarbca, i to w latach największej potęgi Imperium. Powiadano również, że wiszące na ścianie w cesarskiej sali audiencyjnej Szaleństwo Embrela robiło takie wrażenie na cudzoziemskich delegacjach, że warte było więcej niż dziesięć pułków piechoty. Barbarzyńscy emisariusze widząc ten ostentacyjny pokaz niewyobrażalnego dla nich bogactwa i potęgi, zginali niżej karki i zaczynali traktować siedzącego przed nimi władcę jak półboga. W cieniu płaskorzeźby rodziły się traktaty wzmacniające jeszcze bardziej potęgę Imperium.

W czasie wojny z Se-kohlandczykami płaskorzeźba znikła ze ściany, zastąpiona serią obrazów przedstawiających chwałę meekhańskiego oręża. Oficjalnie oddano ją do czyszczenia i odnowienia. Nieliczni wiedzieli, że Szaleństwo zostało odarte z całego splendoru, wykarczowano puszcze o drzewach ze srebrnych pni, po szmaragdowych rzekach pozostały tylko płytkie szramy w marmurze, złote mosty przetopiono na monety, a rubiny, ametysty, topazy i inne kamienie sprzedano. Za uzyskane w ten sposób pieniądze wystawiono Pierwszą Konną, a zostało ich jeszcze dość, by nająć, płacąc czystym kruszcem, tysiące barbarzyńców z Małych Stepów. Podobno jedynie Łza Matki przetrwała, ukryta w bezpiecznym miejscu, i to tylko dlatego, że nie znaleziono na nią kupca.

Ten uważany kiedyś za przejaw obłędu i pychy przodka Imperatora zbytek stał się ostatnią nadzieją Imperium w czasach se-kohlandzkiej nawałnicy. A były to czasy, gdy w skarbcu z posadzki zrywano marmurowe płyty, by i je sprzedać.

Teraz jednak Gentrell miał przed oczyma obraz Imperium ogołoconego z bogactwa. Kamienne płyty leżały bezwstydne w swojej nagości. Czterdzieści dziewięć kawałków marmuru, ułożonych w odpowiedni sposób, tworzyło obraz. Góry Krzemienne, Manelawy i Dovsy w centrum, Wielki i Mały Grzbiet Ansar Kirreh na północy, Góry Wrzasku i Anaary na południu. Rysy w kamieniu po rzekach, dziury w miejscach miast, niezliczone dzioby tam, gdzie kiedyś stały jadeitowo-srebrne lasy. I tylko rząd zakurzonych, miejscami powykrzywianych i połamanych stalowych mieczy i tarcz na granicach pozostał na swoim miejscu.

Przed oczyma Szczura leżała alegoria chwiejącego się, zrujnowanego wojną państwa.

— W rzeczywistości — głos cesarza dobiegł go jakby z daleka — nie jest tak źle. Podatki spływają, kopalnie soli dają stały dochód, a wydobycie żelaza na północy już pięć lat temu osiągnęło poziom sprzed wojny. Fiilandczycy ani żaden z tych durniów z Wolnych Księstw nawet nie myślą o robieniu jakichkolwiek problemów naszym kupcom spławiającym towary Elharan. Wszystko jest w porządku, może poza Ponkee-Laa, rzecz jasna, ale tam sprawy idą już ku lepszemu, prawda?

Gentrell oderwał wzrok od płaskorzeźby i napotkał kpiące spojrzenie.

— Czasem, gdy się zamyślisz, da się z twojej twarzy czytać jak z otwartej księgi, kan-Owar. Gdybym nie wiedział, że masz w głowie całą bibliotekę, także z księgami, których nikomu nie pokazujesz, kazałbym cię przenieść do innej służby. Albo powiesić.

Cesarz podszedł do kamiennych płyt i lekko kopnął najbliższą.

— Postanowiłem, że będzie tu leżeć, zanim jej nie odnowimy. To najdokładniejsza i największa mapa Imperium, jaką mamy. Przyda się.

Szpieg zamrugał, wyławiając z ostatniego stwierdzenia najważniejszą informację.

— Odnowimy, Wasza Wysokość?

Przez chwilę prawie słyszał tysiące, dziesiątki tysięcy cesarskich orgów, złotą rzeką wpadających w bezdenną dziurę. Szaleństwo Kregana?

— Musimy. Sala tronowa bez tej ozdóbki świeci pustką. Ludzie zaczynają się zastanawiać, jak bardzo jest z nami źle. Poza tym ostatnimi laty nasi szkłomistrze i alchemicy wynaleźli setki sposobów barwienia szkła, a pozłacany ołów też dobrze wygląda, dopóki ktoś nie zacznie go skrobać nożem. Na szczęście, z tego co pamiętam, nikomu nie wolno podchodzić do tronu z bronią, więc jest szansa, że przez wiele lat nikt się nie zorientuje, że kantujemy. A Łza Matki wreszcie wróci na swoje miejsce.

Kolejny kopniak wyrównał lekko niedopasowaną płytę.

— Potrzebny nam dowód, że nic się nie zmieniło, Szczurze. Imperium podniosło się już po najeździe koczowników, wychowaliśmy nowe pokolenie, odbudowaliśmy twierdze, miasta i wsie, handel tętni w naszych żyłach, a armia ma niemal tylu żołnierzy co przed wojną. Bo potrzebujemy, zwłaszcza tu, w stolicy, namacalnego dowodu, że najazd był tylko złym snem, chwilową aberracją w nieprzerwanej dominacji Meekhanu nad resztą cywilizowanego świata. I dlatego odnowimy Szaleństwo Embrela i powiesimy je na poprzednim miejscu.

Cesarz podszedł do stołu i wziął do ręki długą na kilka stóp trzcinę, po czym ruszył wzdłuż krawędzi płaskorzeźby. Minął Travahen, ruszył na północ wzdłuż wgłębienia imitującego Morze Białe, gdzie kiedyś po falach z szafirów pływały maleńkie stateczki o kadłubach wysadzanych perłami, i zatrzymał się przy północno-wschodniej krawędzi mapy. Przez chwilę patrzył w milczeniu na wielką, niemal płaską połać kamienia symbolizującą Wielkie Stepy, którą od ziem Imperium oddzielał rząd powyginanych stalowych mieczy i tarcz wijący się wzdłuż głębokiej rysy w marmurze. Amertha, rzeka stanowiąca wschodnią granicę Meekhanu, wyglądała wyjątkowo mizernie, jakby dla przypomnienia, że już raz przepuściła w głąb kraju hordę barbarzyńców.

— Co u Wozaków?

Trzcina stuknęła obszar na wschód od Olekadów. Przytulona do północnej krawędzi Wielkich Stepów Wyżyna Lytherańska wyglądała wyjątkowo mizernie i niepozornie.

— Wasza Wysokość? Ja…

— Nie! — w głosie cesarza pojawiła się nowa nuta. Ostra, niebezpieczna i choć władca nie oderwał wzroku od leżącego na podłodze wyobrażenia Imperium, Gentrell poczuł się, jakby smagnięto go batem. — Nie będziemy się bawić w „nic o tym nie wiem, panie”, „to wykracza poza moje kompetencje” albo „tymi sprawami zajmują się inni ludzie w wywiadzie”. Jesteś Trzecim Szczurem w Norze. Powierzono ci najważniejsze sekrety Imperium, w tym dowodzenie garnizonem w Lotis i opiekę nad tamtejszymi więźniami. Straciliśmy tam Hanevelda, a Psiarnia nadal dostaje szału na wspomnienie o śmierci Drugiego Ogara. Straciliśmy też kilkunastu żołnierzy – świadków masakry w Glewwen-On, a jedyna osoba z wioski, z którą dało się jakoś komunikować, skończyła jako dziecko uwięzione w starszym o kilka lat ciele i nic nie pamięta. Urwał nam się trop prowadzący do Małej Kany. A przypominam, że zgodnie z tym, co wiemy, szuka jej połowa naszych bogów. Reszta zapewne też, choć udaje, że nie.

Kregan-ber-Arlens spojrzał w końcu na podwładnego, a Gentrellowi przypomniało się pierwsze wrażenie, jakie odniósł, widząc cesarza. To był wzrok kogoś, kto podjął już decyzję i wyda każdy, najbardziej nawet parszywy rozkaz, by osiągnąć cel. Zdumiał się, ale nagle poczuł ulgę.

Pierwszy człowiek w Imperium kontynuował, patrząc na Szczura kamiennym wzrokiem:

— I ktoś, na przykład kilku ludzi stojących niżej w hierarchii od ciebie, mógłby twierdzić, że to twoja wina. Miałeś tę dziewczynę na wyciągnięcie ręki i pozwoliłeś jej zniknąć. Znaleźliśmy rysunek, którego użyła, by uciec. Przeniosła się do Ponkee-Laa, najważniejszego dla nas portu na świecie, i cóż to? Nie minął rok, Perła Wybrzeża wrze, matriarchiści i reagwyryści skaczą sobie do gardeł, a nasi kupcy zaczynają ponosić straty. Co ty na to?

— Sytuacja już się poprawiła, Wasza Wysokość. Zamieszki zostały stłumione, a tamtejsza Rada Miasta przywraca porządek.

— Zamieszki nie zostały stłumione, lecz z nieznanych przyczyn wygasły. Kult Pana Bitew stracił impet, jakby coś podcięło mu skrzydła, a my nie wiemy co za tym stało. Lub raczej – kto za tym stał.

Szczur zamrugał. O zamieszkach i nadchodzącej wojnie religijnej w Ponkee-Laa plotkowano od miesięcy. To była tajemnica ulic, zaułków, cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich. W Świątyni Mądrości i Łaski Pani odprawiono nawet kilka nabożeństw błagalnych w intencji „naszych braci w potrzebie”. A kilkanaście dni temu, gdy do stolicy dotarła wieść, że przywrócono porządek, całe miasto – zresztą nie tylko ono – odetchnęło. Wojna religijna w Perle Wybrzeża oznaczałaby niewyobrażalne straty dla gospodarki Imperium. Składy towarowe pełne rzeczy, których nie opłacało się wysyłać za granicę inaczej niż rzeką i morzem, zamknięte warsztaty, uszczuplone lub utracone fortuny. Rozważano nawet, o czym wiedzieli nieliczni, uderzenie Armii Boshand wzdłuż rzeki w samo serce Fiilandu. Gentrell należał do wtajemniczonych w te plany, bo jako Trzeci Szczur sam był zaangażowany w przygotowanie raportów na temat sytuacji w Wolnych Księstwach, które trzeba by było po drodze podporządkować, oraz stanu liczebnego, morale i wyszkolenia Boshandczyków. Sam również raportował Norze, że cztery regimenty piesze, w tym dwa okrojone do dwóch pułków i chorągwi jazdy, to za mało, by opanować tak rozległy teren. Ponkee-Laa od granicy Meekhanu dzieliło ponad czterysta mil lotem ptaka, a przeszło pięćset wzdłuż rzeki – za dużo, by w sumie niezbyt wielka Armia Boshand mogła zapewnić sobie ciągłość dostaw, uzupełniać straty i nie dać się odciąć od metropolii. Zwłaszcza teraz, gdy większość kawalerii przesunięto na granicę z Se-kohlandczykami.

Zaangażowanie Meekhanu w wielką wojnę na południowym zachodzie w chwili, gdy Wschód nadal wrzał, przypominałoby sytuację, gdy ktoś jedną ręką gasi pożar w kuchni, a drugą rzuca żagiew do sypialni.

Ale tajemnicą były informacje, że zamieszki nie zostały stłumione siłą, tylko kult Pana Bitew stracił z nieznanej przyczyny swój impet, że jego przywódca, ranny w tajemniczych okolicznościach, znikł, a większość bojowników nagle rozeszła się do domów, co umożliwiło tej nieudolnej klice rządzącej Ponkee-Laa opanowanie sytuacji w mieście.

— Tak. Masz rację. — Kregan-ber-Arlens oderwał od niego wzrok i ruszył wzdłuż krawędzi płaskorzeźby. — Ktoś sypie. Ktoś zdradza najpilniej strzeżone sekrety i trzeba tego kogoś jak najszybciej znaleźć i wyeliminować. Mam rację? Nie może być tak, że każdy, a zwłaszcza cesarz, zna wszystkie wasze sprawki. W końcu to niedopuszczalne, by Szczurza Nora nie mogła mieć kilku małych tajemnic, paru zatrutych ostrzy ukrytych za pazuchą, jakiejś garoty gotowej do użytku w każdej chwili. Nikt, nawet ja, nie powinien przecież ograniczać waszej władzy. A tym właśnie są te wasze sekrety. Władzą. Czasem władzą absolutną. Prawda?

Spojrzenie cesarza znów uderzyło go niczym kamień wystrzelony z procy.

— Zastanawiasz się, po co raczę cię tym monologiem?

— Wasza…

— Krótko! Tak albo nie?

Trzeci Szczur Imperium potrzebował całego doświadczenia nabranego w ciągu ostatniego ćwierć wieku służby, wspartego całą siłą woli, by nie przełknąć głośno śliny. Gardło miał suche, jakby przebiegł co najmniej dziesięć mil.

— Tak, Wasza Wysokość.

— Bo znów się zapominacie. Wy i Psiarnia. Jak przed najazdem koczowników. Pamiętasz? Skupialiście się na waszej wojence o władzę i wpływy i zapomnieliście, po co stworzono Szczury i Ogary. Nie obchodzi mnie, że generał sol-Drym ma słabość do młodych oficerów, a Wielki Mistrz Loslandzkiego Cechu Garbarzy przegrał trzydzieści tysięcy orgów w kości i podbiera pieniądze z kasy bractwa, póki Nora wykorzystuje te informacje, by kierować poczynaniami tych ludzi dla dobra Imperium. Ale w chwili, gdy szukamy dziewczyny zwanej Kanayoness Daera, tak, znam nawet jej prawdziwe imię, a wy i Ogary wydzieracie sobie informacje o niej jak dzieci bijące się o zabawkę, podkładacie nogi, mylicie tropy, i to pomimo że dostaliście wyraźną informację, jak ważne jest jej schwytanie… — Cesarz nabrał powietrza i powoli je wypuścił. — Nie będę tego tolerował. A teraz jeszcze rozpętujecie mi w Imperium prywatną wojenkę. Drugi Ogar zginął, Psiarnia zabiła za to kilku waszych agentów, wy podłożyliście im kilka świń, usunęliście dwóch bardzo ważnych ludzi w Świątyni Laal i zniszczyliście siatkę szpiegów w Wolnych Księstwach. Oni szykują kontrę, za którą pójdzie wasza odpowiedź, i cała zabawa będzie trwać i trwać. Nie może tak być! To ostatnie ostrzeżenie, Szczurze. Dla ciebie, dla Pierwszego i Drugiego, i dla Suki. Rozumiesz?

Gentrell przypomniał sobie śmierć Velgerisa Hanevelda – Drugiego Ogara Imperium. Trzeci Szczur nadal sądził, że w gruncie rzeczy Haneveld zasłużył na to, co go spotkało: przybył do zamku bez zaproszenia, próbował zaszantażować Norę i odebrać jej ważnych, jedynych świadków wydarzeń, które najpewniej były początkiem obecnego chaosu – czyli pojawienia się Małej Kany w Imperium. A może w ogóle na świecie. A potem? Do tej pory próbował jakoś poukładać to sobie w głowie.

W zamku, przełamując najlepsze zapory imperialnych magów, pojawił się odziany w biel zabójca, a zaraz za nim poszukiwana od lat Kanayoness. Wszystko skończyło się walką w ciemnych korytarzach, śmiercią wielu dzielnych ludzi i co najgorsze, zgonem Drugiego Ogara. Psiarnia do tej pory nie dała się przekonać, że Nora nie miała z tym nic wspólnego. Walka między Wywiadem Zewnętrznym – zwanym Ogarami, a Wewnętrznym – Szczurami, tląca się od dekad, wybuchła po rzezi w zamku Lotis gwałtownie i krwawo.

Sam czytał raporty o śmierci kilku podległych mu szpiegów, o zniknięciu kilkunastu innych, o dziwnych pożarach, niedających się wyjaśnić niepowodzeniach starannie zaplanowanych akcji, o masie najpewniej fałszywych raportów zalewających Norę; o agentach, których lojalność nagle przestawała być pewna. I sam wydawał rozkazy skutkujące kontrakcjami. Czasem wymierzonymi na ślepo, ale zawsze brutalnymi, a niekiedy nawet, wbrew zwyczajom Nory – spektakularnymi. Przy czym w jego prowincjach, na południowo-zachodnim krańcu Meekhanu, wojna między wywiadami miała raczej spokojny przebieg. Słyszał plotki o starciu między bojowymi drużynami Nory a watahą Psiarni, w którym wzięło udział sześćdziesięciu zabójców i ośmiu magów. Połowa zginęła, a reszta ukryła się nie wiadomo gdzie, najgorsze zaś było to, że nikt nie wiedział, jak właściwie do tej walki doszło.

Niemniej cesarskie wyobrażenie, że wystarczy ostrzec i pogrozić palcem, a konkurujące i zwalczające się od lat wywiady podadzą sobie dłonie, było bardzo naiwne. By nie powiedzieć głupie.

Zauważył, że na twarzy Kregana-ber-Arlensa pojawia się uśmiech. Chłodny i spokojny.

— Ty też, Szczurze? Eusewenia miała przynamniej wystarczająco taktu, by nie zdradzać się miną. Choć w środku zapewne warczała jak prawdziwa suka. Ale powtórzę ci to samo, co powiedziałem jej. Macie pół roku, nie więcej, by wygasić waszą wojenkę. Nie żądam niemożliwego, wiem, że do niektórych agentów nie dotrzecie od razu. Wyślijcie odpowiednie rozkazy, powstrzymajcie gorące głowy, jeśli trzeba przenieście ludzi na drugi kraniec Meekhanu lub pozbądźcie się ich w inny sposób. Jesteście za to osobiście odpowiedzialni. Pierwsza piątka w Norze i Psiarni. Jeśli za pół roku nic się nie zmieni, a zapewniam, że będę o tym wiedział, przekonacie się, jak głębokie lochy mam pod tym zamkiem. Obiecuję.

Cesarz przeniósł wzrok na kamienne płyty.

A teraz zapytam jeszcze raz, Szczurze. Co u Wozaków?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki