Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami - Robert M. Wegner - ebook
Opis

Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to książka o Wojnach Bogów i wojnach ludzi. Poznaj plemiona, które trwają na pustyni od 3500 lat, Aspektowaną Moc, kórą można okiełznać żywioły i ludzi, którym, gdy wszystko zawodzi, zostaje jeszcze miecz i topór w dłoni, a w sercu duma, honor i wytrwałość.

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe zajęły pierwsze miejsce w kategorii Najlepsza książka polska w plebiscycie „Fantastyka 2009”, ogłoszonym na portalu Katedra. Opowiadanie pochodzące z tego zbioru „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” otrzymało nagrodę im. Janusza A. Zajdla za rok 2009. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 117

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


COPYRIGHT© 2009-2013 by Robert M. WegnerCOPYRIGHT© 2009-2013 by Powergraph COPYRIGHT© 2009-2013 for the cover illustration by Rafał Kosik

WYDANIE I

ISBN 978-83-61187-89-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

REDAKCJA Michał CetnarowskiKOREKTA Maria AleksandrowPROJEKT GRAFICZNY I OKŁADKA Rafał Kosik SKŁAD Powergraph

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: [email protected]

WYDAWCA Powergraph sp. z o.o. Cegłowska 16/2, 01-803 Warszawa tel./faks: 22 834 18 25

Spis treści
Okładka
Strona redakcyjna

Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami

Gdyby nie ta popijawa, potężny kac i niezgrabność Velergorfa oraz nerwowy muł nigdy nie odkryliby szpiegów i skończyłoby się tylko na nieprzyjemnym podejrzeniu. Kenneth wieczorem pozwolił ludziom na nieco więcej, niż powinien. W końcu od koszar dzielił ich tylko dzień drogi, jutro mieli nocować we własnych łóżkach i zacząć kilkunastodniowy wypoczynek, wypełniony naprawianiem broni i pancerzy, ćwiczeniami, pucowaniem oporządzenia i innymi nudnymi żołnierskimi rytuałami. Na dodatek do Belenden prowadziła prosta jak z łuku strzelił imperialna droga. Mogli wstać długo po wschodzie słońca i dojść do koszar na kolację.

Wracał z patrolu z połową kompanii, czyli z dwudziestoma ludźmi i kilkoma psami. Reszta odpoczywała w koszarach pułku. To była dziesięciodniowa, spokojna wycieczka po bezpiecznej prowincji, w sam raz, żeby na początku wiosny przypomnieć ludziom, że Górska Straż czuwa. W czasie pokoju pułki działały właśnie w ten sposób, połowa strażników w terenie, druga w koszarach, żeby dowództwo miało ich pod ręką. Wysyłanie w teren dwóch dziesiątek wyglądało jednak na kpinę. Od zeszłej jesieni obiecywali mu przynajmniej kolejnych dwudziestu ludzi – wtedy nazwanie Szóstej Kompanii kompanią właśnie nie zakrawałoby na kiepski żart.

W karczmie, dzień drogi od Belenden, dotarła do jednego z żołnierzy wiadomość. Hawen Rycw, najmłodszy z jego ludzi, został ojcem. Z radości przepuścił połowę miesięcznego żołdu, stawiając wszystkim piwo, wino i gorzałkę. Kenneth pozwolił im na picie i zabawę, patrol przebiegał spokojnie, do koszar mieli blisko. Co się mogło stać?

Wychodząc rankiem na podwórze, zderzył się w drzwiach z wysokim, czarnowłosym mężczyzną, owiniętym w wystrzępiony, lawendowy płaszcz. Brzęknęło i na ziemię spadła lira.

— Wybaczcie. — Obcy miał głęboki, melodyjny głos. — To moja wina.

Podniósł instrument lewą ręką, prawą miał zabandażowaną i powieszoną na temblaku.

— Wypadek?

Obcy parsknął kpiąco.

— Nie. Śmiałek, panie poruczniku, mój koń, znaczy się, choć pewnie ma pan rację, że powinienem nazwać go Wypadek. Przez to bydlę muszę wracać za Mały Grzbiet bez żadnego zarobku. Co to za muzyk, który grać nie może?

Kenneth uśmiechnął się, czując niepokojące ukłucie. Płaszcz, hełm i kolczugę zostawił w pokoju, zakładając tylko koszulę i pikowaną kurtkę. Przy pasie miał zwykły sztylet. Z pewnością nie widzieli się wczoraj, więc skąd obcy znał jego stopień?

— Gdzie to was spotkało?

— Na drodze między Lorst a Czawer. Niedźwiedź zszedł z gór, a mój koń uznał, że jeździec będzie mu przeszkadzać w ucieczce, więc mnie zrzucił, choć do bestii było ponad sto kroków. Jak widać, taki z niego Śmiałek, jak ze mnie kapłan Pani. Musiałem zawrócić.

Kenneth przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z karczmarzem. Gospodarz coś wspomniał o wędrownym muzyku w towarzystwie pachołka.

— A uczeń?

— Uczniem to on będzie za rok albo za dwa. Na razie tobołki nosi, obóz pomaga rozbijać, no i towarzystwo zapewnia, bo w górach człowiek nogę złamie na szlaku i z głodu zdechnie.

Ruszyli w stronę stajni. Oficer wciąż uśmiechając się uprzejmie, zajął miejsce po prawej stronie nieznajomego.

— Racja, panie...

— Wybaczcie. Mistrz Enwar z Wereh.

— Idziecie za góry? Przez Belenden? A potem? Na szczyt Przejścia Dwóch, przez Łysicę i w dół? Nie zdążycie przed nocą.

— Nie mam zamiaru. — Muzyk uśmiechnął się lekko. — Dobrze będzie, jak uda nam się dotrzeć na szczyt, a tam przenocujemy w strażnicy. I tak za późno wstaliśmy. Gdybym się nie spieszył, poprosiłbym was o towarzystwo, ale chcę zejść z gór jutro w południe, więc muszę wyruszyć już teraz.

Weszli do stajni. Sześć koni stało w boksach, a dwa wierzchowce i muł były właśnie przygotowywane do drogi. Na górze, na stryszku wypełnionym sianem, wciąż chrapali żołnierze. Kenneth przyszedł tu właśnie zarządzić pobudkę. Trochę zaspali, czekało ich szybkie śniadanie i jeszcze szybszy marsz, jeśli mieli zdążyć przed zmierzchem. Prawie z zazdrością spojrzał na konie muzyka i jego ucznia, osiodłane już i gotowe do drogi. Krępy wyrostek, będący zapewne towarzyszem Enwara, zaczynał właśnie troczyć sakwy na grzbiecie jucznego muła. Na widok mistrza skulił się i przyspieszył.

Z otworu w poddaszu wyjrzał dziesiętnik.

— Już na nogach, panie poruczniku?

— Tak, Varhenn, dola oficera – ostatni idzie spać, pierwszy wstaje, i tak dalej. Złaź.

— Już idę, panie poruczniku. Ależ mnie łeb boli…

— O ile dobrze pamiętam, Varhenn, uparliście się, że każdy postawi kolejkę. Tylko psy zwolniono z tego obowiązku.

Dziesiętnik uśmiechnął się boleśnie, usiadł na krawędzi, zsunął się, przez chwilę zawisł na rękach i ciężko zeskoczył na klepisko. Zachwiał się, zaklął, zrobił dwa szybkie kroki naprzód i żeby nie upaść, oparł się lekko o zad muła.

— Ostr...

Muzyk nie zdążył dokończyć. Zwierzę wydało z siebie dziki ryk, jakby nagle poczuło na skórze pazury niedźwiedzia, i stanęło dęba. Chłopaka, próbującego załadować mu na grzbiet kolejną sakwę, kopnęło w pierś. Pakunek rozwiązał się i na wszystkie strony poleciały jakieś rulony, karty i papiery. Kenneth spojrzał. Rysunki gór, miast, wsi, dróg.

— Nie mówiliście, że jesteście malarzem, mistrzu. — Porucznik podszedł do rozsypanych papierów, dając jednocześnie ręką znak Velergorfowi.

Uwaga. Niebezpieczeństwo.

— To nie ja, tylko Mallen, panie poruczniku. Chłopak. Pozwalam mu rysować co chce, bo nie dałby mi spokoju. Chyba będę musiał go oddać na naukę do malarza.

Muzyk, który pozwala uczniowi w terminie marnotrawić czas na rysowanie, zamiast gonić go do brząkania na lutni. Ciekawe. Oficer przykucnął, podniósł jeden z rulonów i go rozwinął.

— Mapy też rysuje? I skąd wiedziałeś, że jestem porucznikiem, skoro nie noszę dystynkcji?

Zgrzytnęło. W chwili, gdy się odwracał, Enwar runął na niego, łopocąc płaszczem. W prawej dłoni, cudownie uwolnionej z temblaka, trzymał sztylet o wąskim ostrzu. Kenneth rzucił mu w twarz mapę, złapał za rękę i czując, że napastnik przenosi ciężar ciała na przednią nogę, skręcił szybko biodra tak, że kolano, które miało trafić go w krocze, uderzyło w udo. Zabolało.

Naparł na fałszywego muzyka, odchylił się lekko i uderzył głową w twarz przeciwnika. Mężczyzna zdążył się lekko odchylić i cios nie rozkwasił mu nosa, tylko trafił w policzek.

— Varhenn!

Świsnęło. Drewniany cebrzyk z wodą do pojenia zwierząt zatoczył krótki łuk i trafił szpiega w potylicę. Było po wszystkim.

* * *

Zbiórka odbyła się w trybie bojowym. W niecałe trzy minuty oddział był pod bronią i w pełnym rynsztunku. Kac nie kac, byli Górską Strażą.

Więźnia rozebrali do przepaski biodrowej i związali. Tak jak Kenneth się domyślał, jego prawa ręka była zdrowa. Za to odzież kryła liczne niespodzianki. Znaleźli cztery sztylety do rzucania, stalową garotę, sześciocalową szpilę z wydrążonym ostrzem i kilka małych buteleczek, wypełnionych bezbarwnymi i bezwonnymi płynami. Osiem wytrychów i mały nożyk, z ostrzem z brązu i miedzianą rękojeścią, cały pokryty piktogramami. Gdy Kenneth wziął go do ręki, miał wrażenie, że broń wibruje. Magia.

Zebrali się na dziedzińcu. Szpieg leżał na wznak, niemal nagi, i nadal nie dawał oznak życia.

Karczmarz podszedł do oficera i ukłonił się z szacunkiem.

— Chłopak powinien wyżyć, panie poruczniku. Ma połamane żebra i ze dwa dni będzie nieprzytomny, ale jeśli bogowie pozwolą, wyliże się.

— To dobrze.

Pomocnik wyszedł najgorzej z całego zajścia. Choć z drugiej strony, muły wywodzące się z miejscowych zwierząt znane były z tego, że potrafią kopnięciem zabić górskiego lwa. Chłopak i tak miał szczęście. Kenneth postanowił jednak nie ryzykować przenoszenia go w takim stanie do Belenden. Młodzik miał zostać w karczmie, pilnowany przez kilku strażników, a jutro przyślą po niego wóz. Ważniejszego jeńca mieli zabrać od razu.

Dał znak dwójce żołnierzy, od jakiegoś czasu trzymających już wiadra z wodą.

— Nie trzeba. — Związany nagle otworzył oczy. — Po co mam mokry iść.

Strażnicy popatrzyli na dowódcę, ten spokojnie kiwnął głową.

Dwa strumienie lodowatej wody trafiły mężczyznę w pierś. Zaklął paskudnie i próbował poderwać się z ziemi, ale jeden z żołnierzy wcisnął go nogą w błoto.

— To ostrzeżenie. — Kenneth stanął nad szpiegiem i spojrzał mu prosto w oczy. — Nie będziesz więcej udawał nieprzytomnego. Jeśli zrobisz to jeszcze raz, każę połamać ci ręce, tak na wszelki wypadek. Poza tym jak ci będzie zimno, to zaczniesz się szybciej ruszać, a ja chcę być w koszarach przed wieczorem. Teraz cię rozwiążemy, a ty się ubierzesz.

Wskazał na stare portki, słomiane łapcie i brudną koszulę, którą dostali od karczmarza.

— A moje ubranie? — Nawet leżąc w błocie i trzęsąc się z zimna, jeniec potrafił nadać głosowi ton oburzenia.

— Za dużo tam ciekawych drobiazgów, a ja nie jestem pewien, czy wszystkie znaleźliśmy. Dowódca pułku zawiadomi miejscowe Szczury i oni je sobie dokładnie obejrzą.

Agenci imperialnego Wywiadu Wewnętrznego sami nazywali się Szczurami. Kenneth wprawdzie nie znał żadnego, ale pułkownik Akeres Gewanr, dowódca Szóstego, z pewnością miał z nimi kontakt.

Dał znak, żołnierz zdjął nogę z piersi szpiega i postawił go na nogi. Gdy rozcinano więzy jeńca, w rękach kilku strażników pojawiły się napięte kusze, ale żołnierze nawet nie zadali sobie trudu, żeby w niego mierzyć. Nie wyglądał na głupca.

Więzień, krzywiąc się i trzęsąc z zimna, założył przyniesione łachmany, po czym ponownie związano mu ręce na plecach.

— Zaraz ruszamy — Kenneth podniósł głos, aby wszyscy go usłyszeli. — Będziemy szli szybkim marszem, więc odlać się i załatwić inne rzeczy teraz. Najbliższy postój po południu.

Nie rozległ się jęk zawodu, wszyscy czuli, że sprawa jest poważna. Wśród kart i zwojów znalezionych przy szpiegu były dokładne mapy nie tylko powszechnie znanych dróg przez góry, lecz także zaznaczono na nich nieoficjalne przejścia, wąskie ścieżki i mało uczęszczane dróżki, z których korzystała głównie Górska Straż i bandyci. Położenie niektórych z tych szlaków było ścisłą tajemnicą, bo zwłaszcza w czasie wojny, szybkie i bezpieczne przemieszczanie wojska miało w górach kluczowe znaczenie. Poza tym wśród szkiców były też pejzaże, pokazujące górskie szczyty, wsie, miasta, pojedyncze wieże strażnicze i dokładnie rozrysowany z kilku stron widok na Belenden. Podejścia pod mury miasteczka, umocniony garnizon, brama wjazdowa. Chłopak, jeśli to naprawdę on rysował, miał w dłoniach i oczach prawdziwy majątek. Prawie szkoda, że zgodnie z imperialnym prawem te dłonie zostaną odcięte, a oczy wyłupione.

Konie zostawili na miejscu, zabierając ze sobą tylko muła, obładowanego rzeczami szpiega. Kenneth przywołał Velergorfa.

— Ilu ludzi zostaje?

— Czterech. Dostali rozkazy.

— Dobrze.

Ta czwórka miała pilnować chłopaka. Nie tylko żeby nie uciekł, ale też żeby nie podciął sobie żył. Na przykład.

— Szykować się! — porucznik podniósł głos. — Wymarsz za pięć minut!

* * *

Nie oszczędzali go. Zresztą siebie też nie. Szybki marsz Górskiej Straży oznaczał kwadrans truchtu i kwadrans normalnego marszu. Na zmianę, czasami przez wiele godzin. Dla kogoś przywykłego do podróżowania konno było to mordercze doświadczenie i już po pierwszej godzinie szpieg słaniał się na nogach i rzęził, jakby miał wypluć płuca. Związane z tyłu ręce nie ułatwiały mu biegu.

Nie trzymali specjalnego szyku. Przed szpiegiem i za nim maszerowało po trzech żołnierzy, potem Kenneth z Velergorfem i reszta oddziału. Na końcu wlókł się muł, wytrzeszczając przerażone oczy na towarzyszące mu psy.

— Meekhańskie pieski — wychrypiał jeniec, odzywając się po raz pierwszy w połowie drugiej godziny marszu, gdy właśnie przeszli do zwykłego chodu. — Chędożone imperialne pachołki.

Kenneth zignorował go, zajęty poprawianiem oporządzenia. Rzemień, na którym zawiesił nową tarczę, niemiłosiernie wrzynał mu się w ramiona, pas z mieczem obijał o nogi, a hełm ocierał czoło. Zdjął go i starannie poprawił wyścielającą jego wnętrze skórzaną plecionkę.

Podbiegł do niego Hawen.

— Panie poruczniku, mam prośbę.

— Jeśli nie dotyczy kopnięcia pewnego sukinsyna, to słucham.

— Kamień chciałbym znaleźć, dla syna. Na stos przy belendeńskim zejściu.

Kenneth pozwolił sobie na uśmiech, kiedy strażnik przypomniał wieści, które zastały go w karczmie.

— Dziesięciofuntowy? Zamierzasz go nieść aż pod miasto?

— No nie, panie poruczniku, taki normalny, jak pięść.

— Wiem, wiem... Zrobimy postój przy potoku, to poszukasz. Tylko żeby ładny był.

— Będzie jak perła, panie poruczniku! — Hawen zasalutował w marszu i zajął miejsce w kolumnie.

Wtedy po raz pierwszy szpieg się przewrócił.

— Meekhańskie kundle — wysapał z twarzą wciśniętą w ziemię.

Kenneth gestem uniesionej dłoni zatrzymał oddział, lecz zanim zdążył podejść do więźnia, uprzedził go jeden z ludzi z dziesiątki Velergorfa. Cawe Kaln, zwany Wilkiem, uchodził za mruka i milczka, ale nie było lepszego zwiadowcy i tropiciela w całym Szóstym Pułku. Ubrany w lekki, skórzany pancerz i narzucony na wierzch plamisty kaftan zakończony kapturem, zazwyczaj znakomicie wtapiał się w tło. Jego kusza była pomalowana na czarno, a uzupełniała ją para kordów i kilka noży za pasem.

— Będziesz biec razem z nami albo każemy cię przywiązać do ogona muła i powleczemy za nim — żołnierz powiedział to bez specjalnego nacisku. — W garnizonie mamy czarownika – uzdrowiciela, który poskłada twoje resztki do kupy, nawet jeśli przywieziemy mu tylko beznogi zewłok.

Szpieg nie tyle dyszał, ile zasysał powietrze rozpaczliwymi haustami. Góral złapał go za ramię i postawił na nogi.

— Wilk!

— Tak jest, panie poruczniku. — Strażnik stanął na baczność, puszczając jeńca.

— On ma dojść o własnych siłach i w takim stanie, żeby mógł mówić.

— Tak jest! Ale... Panie poruczniku, on mnie obraża.

— Uważasz się za meekhańskiego kundla?

— Nie, panie poruczniku.

— A za kogo?

— Za Meekhańczyka, panie poruczniku.

Kenneth przyjrzał mu się uważnie. Cawe Kaln miał pięć stóp, osiem cali wzrostu, czarne włosy, bladą twarz i jasne oczy. Nie było na nim grama zbędnego tłuszczu. Gdyby ktoś chciał namalować obraz zatytułowanyGóral z krwi i kości, wybrałby właśnie jego na wzór.

— Naprawdę?

Ta deklaracja była niezwykła. Większość miejscowych lubiła podkreślać swoje wessyrskie korzenie oraz to, że Imperium nie zdołało podbić Północy zbrojnie, lecz przyłączyło ją na drodze dyplomatycznych zabiegów. Co prawda od prawie trzystu lat mieszane małżeństwa i koligacenie rodzin stopniowo wzbogacało lokalną krew o – jak mówiono – smak południa, ale górale nadal potrafili się obrazić, gdy ktoś nieopatrznie nazwał ich Meekhańczykami.

— Naprzód! A ty do mnie. — Porucznik skinął na Wilka.

Pozwolił, by jeniec oddalił się na kilkanaście kroków, i dopiero ruszył.

— Cawe, mamy go doprowadzić do koszar żywego.

— Rozumiem, panie poruczniku.

— I poganianie więźnia zostaw mnie, w końcu biorę za to żołd. Zrozumiano?

— Tak jest!

— Na miejsce, strażniku.

Wilk oddalił się truchtem.

— Co on się nagle zrobił taki imperialny, Varhenn? Ja to co innego, jeszcze mój dziadek był Meekhańczykiem, nazwisko nie kłamie. Ale Wilk?

Dziesiętnik popatrzył na niego spokojnie, a pokryta niebieskim tatuażem twarz nie wyrażała niczego. Po chwili uśmiechnął się lekko.

— Wie pan, gdzie jesteśmy?

— Głupie pytanie, Varhenn.

— Nie, panie poruczniku, nie pytam o miejsce czy prowincję, tylko o okolicę. Nie służył pan tu przedtem, a ja dawno temu, ale pozwolił pan poszukać Hawenowi kamienia dla syna na stos.

— Wszyscy tak robią, jak słyszałem, rodzice każdego nowo narodzonego dziecka kładą kamień na stos liczebny, przy zejściu z Łysicy.

— A dlaczego?

— Miejscowy zwyczaj? Prastara tradycja? Mnie nie pytaj.

— Ta tradycja ma ćwierć wieku, panie poruczniku. Co jest za Łysicą?

— Dolina Wares i szlak na południe, do Kalen.


W długie zimowe wieczory, gdy śnieżyce odcinały koszary od świata, potrafił snuć historie, które kradły ludziom czas na sen i kończyły się wraz z bladym świtem. Ale jakoś nikt nigdy nie narzekał. A prawdziwe mistrzostwo pokazywał, gdy opowiadał o rzeczach, w których sam brał udział. Coś w jego głosie, w sposobie gestykulacji, w oczach działało wtedy jak magnes.