Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 513
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział 2 Rozdział 3 Rozdział 4 Rozdział 5 Rozdział 6 Rozdział 7 Rozdział 8 Rozdział 9 Rozdział 10 Rozdział 11 Rozdział 12 Rozdział 13 Rozdział 14 Rozdział 15 Rozdział 16 Rozdział 17 Rozdział 18 Rozdział 19 Rozdział 20 Rozdział 21 Rozdział 22 Rozdział 23 Rozdział 24 Rozdział 25 Rozdział 26 Rozdział 27 Rozdział 28 Rozdział 29 Rozdział 30 Rozdział 31 Rozdział 32 Rozdział 33 Rozdział 34 Rozdział 35 Rozdział 36 Rozdział 37 Rozdział 38 Rozdział 39 Rozdział 40 Rozdział 41 Rozdział 42 Rozdział 43 Rozdział 44 Rozdział 45 Rozdział 46 Rozdział 47 Rozdział 48 Rozdział 49 Rozdział 50 Rozdział 51 Rozdział 52 Rozdział 53 Rozdział 54 Rozdział 55 Rozdział 56 Rozdział 57 Rozdział 58 Rozdział 59 Rozdział 60 Rozdział 61 Rozdział 62 Rozdział 63 Rozdział 64 Rozdział 65 Rozdział 66 Rozdział 67 Rozdział 68 Rozdział 69 Rozdział 70 Rozdział 71 Rozdział 72 Rozdział 73 Rozdział 74 Rozdział 75 Rozdział 76 Rozdział 77 Rozdział 78 Rozdział 79 Rozdział 80 Rozdział 81 Rozdział 82 Rozdział 83 Rozdział 84 Rozdział 85
Agentka złoczyńcy to przezabawny romans fantasy, w którym z balkonów fruwają odcięte kończyny, a biurowe chochliki zatruwają napar z kotła, wszystko dla uciechy. Jednocześnie książka zawiera motywy, które mogą nie odpowiadać wszystkim czytelnikom. Na kartach powieści pojawiają się: krew, śmierć, walka, poważne obrażenia, skrajny ból, tortury, rozpad więzi rodzinnych, wulgarny język, sceny o charakterze seksualnym, przemoc wobec dziecka oraz uwięzienie zwierzęcia. Jeśli jesteś wrażliwa lub wrażliwy na tego rodzaju treści, weź to, proszę, pod uwagę.
Moim dziadkom,Georgann, świętej pamięci Richardowi, Rosalie i Jamesowi –za to, że przekazali mi miłość do opowieści.Bardzo was wszystkich kocham. A wam, drodzy Czytelnicy, oddaję tę histori ę – tak właśnie wyobrażam sobie terminowanie u moralnie niejednoznacznego czarnego charakteru świata fantasy.
Dawno, dawno temu…
Pierwszy miesiąc pracy Evie Sage dla Złego był dość niekonwencjonalny, lecz przynajmniej obywał się bez szokujących katastrof. Tu wykipiał napar pobudzający z kotła, tam zatruł się jakiś stażysta. Doszło jednak do kilku osobliwych… incydentów. Najnowszy polegał na tym, że wezwano ją do pracy dwie godziny wcześniej z powodu zebrania, które z pewnością można było zastąpić wiadomością przesłaną krukiem.
Masz większe problemy, Evie! Na przykład tę rękę, którą znalazłaś w zeszłym tygodniu w koszu do recyklingu!
Choć z tego miała przynajmniej jakiś pożytek: mogła zapytać szefa, czy nie przydałaby mu się dodatkowa para rąk. Kiedy zobaczyła szczere przerażenie, które przemknęło mu przez twarz, zaczęła śmiać się tak mocno, że prawie rozbolał ją brzuch.
Niemniej to trochę niepokojące, że bardziej gorszyły go jej niewinne żarty niż obca kończyna, którą sam niedbale cisnął między wyrzucone pergaminy – Becky szczerze nie cierpiała, kiedy do segregowanych odpadów dorzucano cokolwiek nieodpowiedniego – ale Evie znów zbaczała z tematu.
Westchnęła i odganiając sen z oczu, patrzyła, jak niewidzialna bariera otaczająca Straszny Dwór faluje pod dotykiem jej palców. Jej uwagę przyciągnęło wschodzące słońce, dodające barw wciąż jeszcze ciemnemu niebu. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozlał pomarańczowy i różowy atrament na ciemnoszary gobelin – ładnie, o ile cokolwiek mogło być ładne przed ósmą rano.
Marv, Złowrogi Gwardzista przy frontowej bramie, machnął do niej łagodnie ręką, a ona odpowiedziała mu promiennym uśmiechem i posłała całusa, od którego zaróżowiły mu się policzki.
– Dzień dobry, panno Sage! Kto rano wstaje, temu Pan Ciemności daje?
Jego zwykle rozczochrane włosy były dziś ujarzmione pod czerwonym skórzanym hełmem, podczas gdy Evie zaplotła swoje na boku w warkocz, z którego wymknęło się kilka luźnych kosmyków, muskających twarz w porannym wietrze.
Cofnęła się o krok, gdy wielkie drewniane wrota rozsunęły się ze znajomym skrzypnięciem, a wilgotne powietrze w sieni ochłodziło jej policzki i wypełniło zmysły zapachem palonego drewna i stęchłych murów.
– Raczej: kto rano wstaje, ten nie wylatuje… A znając szefa, byłoby to najwyższe okno.
Za plecami usłyszała chichot Marva, a jej obcasy zastukały o kamienną posadzkę; blask pochodni rozjaśniał salę i ogrzewał ją mimo porannego chłodu. Z drugiego krańca wielkiej, otwartej przestrzeni dobiegło ciche, niskie pojękiwanie. Dochodziło z jedynego kąta spowitego mrokiem.
Zmarszczyła brwi i machnęła ręką przed sobą.
– Halo? Czy możesz, z łaski swojej, wydobywać te upiorne dźwięki bliżej pochodni? Nic nie widzę i nie mogę nawet wrzasnąć, jak należy.
– Sage?
Chropawy głos Złego sprawił, że dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie.
– Nie powinno cię tu być – mruknął, powoli wynurzając się z otaczających go cieni.
Prychnęła, unosząc brew, przerzuciła gruby warkocz przez ramię i skrzyżowała ręce na piersiach.
– W tej kwestii się zgadzamy. Powinnam jeszcze leżeć w łóżku, zwinięta w kłębek z moim ulubionym nocnym towarzyszem.
Wydawało się jej, że się zakrztusił.
– Towarzyszem?
W tym jednym słowie zabrzmiało jakieś ostrzeżenie, od którego lekko ją zmroziło.
– Tak. – Skrzyżowała ręce mocniej. – Ma na imię Pan Muffin.
– Pan Muffin? – Widziała, jak jego ciemna sylwetka przysuwa się bliżej światła; głos miał szorstki i podszyty konsternacją. – Sypiasz z mężczyzną, który nazywa się Pan Muffin? Kogo, na otchłanie piekielne, nazwano tak niedorzecznie?
Przygryzła wargę, żeby się nie uśmiechnąć na widok jego ewidentnego oburzenia.
– Misia, którego mam od szóstego roku życia.
Zapadła długa cisza, aż w końcu przerwało ją głuche:
– Och.
Parsknęła i podeszła bliżej; on również. Wreszcie całkowicie wyszedł z cienia w zasięg światła pochodni i wschodzącego słońca. Zatrzymała się kilka kroków od niego z szeroko otwartymi oczami.
– Ojej, wyglądasz… okropnie – palnęła, zanim zdążyła pomyśleć.
Zakurzona część jej umysłu, która jeszcze próbowała zachować resztki zdrowego rozsądku, westchnęła ciężko i odwróciła się, by nie oglądać tego, co nastąpi dalej.
Zwykle starannie przystrzyżony zarost szefa urósł tak, że niemal tworzył brodę, koszula wyszła mu ze spodni, włosy miał potargane, a zazwyczaj idealnie wyprasowane spodnie pogniecione ponad wszelką przyzwoitość.
– Błagam, nie obsypuj mnie komplementami, Sage. Nie wiem, co z nimi począć.
Niepokój dał o sobie znać uciskiem w dole brzucha. Nawet ten sarkastyczny komentarz brzmiał jakoś nie tak, niemal jakby szef się pilnował. Odchrząknęła i zrobiła krok bliżej, by przyjrzeć mu się dokładniej. Fioletowe cienie pod oczami, napięte palce, zaciśnięta szczęka, pulsująca żyła na czole.
Zmarszczyła brwi i cmoknęła z dezaprobatą.
– Czy któryś ze stażystów znowu powiedział ci dzień dobry? Mówiłam im, że wszelkie uprzejme powitania są surowo zabronione.
Na moment zamknął oczy i zacisnął usta w cienką linię, jakby sądził, że jeśli tylko dość mocno się postara, zdoła zdusić emocję, która próbowała wykrzywić mu wargi.
– Choć z przyjemnością zrzuciłbym winę za własne błędy na innych, obawiam się, że za mój niechlujny wygląd mogę winić jedynie siebie.
Jego ciemne oczy przesunęły się po delikatnej pomarańczowej tkaninie sukni dziennej Evie, a niesmak, jaki budził w nim wybór tego koloru, aż nazbyt wyraźnie zdradzały pięści zaciśnięte po bokach.
– I ciebie, zapewne. Bo masz czelność widzieć mnie w takim stanie – dodał.
Drzwi za nimi nagle zatrzasnęły się z hukiem, a Evie drgnęła, przyciskając dłoń do piersi i rozszalałego serca.
– Nie sądzę, żeby uczciwie było obwiniać mnie o cokolwiek, skoro to ty zażądałeś, żebym zjawiła się tu tak wcześnie.
Zmarszczył brwi jeszcze mocniej – jeśli to w ogóle było możliwe – przez co wyglądał jeszcze piękniej…
Jeśli to w ogóle było możliwe.
Była rozdrażniona i niewyspana, więc nie miała cierpliwości, żeby czekać, aż nadąży za jej tokiem myślenia.
– Przysłałeś kruka…
Patrzył na nią pustym wzrokiem, zatem brnęła dalej, a słowa wypadały z niej nieporadnie, bo usta koniecznie chciały wyrzucić z głowy każdą myśl, żeby zrobić miejsce dla nowych.
– Przyleciał o czwartej rano i śmiertelnie mnie wystraszył. Pojawił się w oknie z notatką, że mamy wczesnoporanne spotkanie w jakiejś pilnej sprawie?
Z jego zamkniętych ust wydobył się niski pomruk. Obudził ją całkowicie, niemal jak napar pobudzający, tylko lepiej, przyjemniej.
– Nie przypominam sobie, żebym ją pisał albo wysyłał… Dziś rano moja samokontrola jest na wyczerpaniu, Sage, a najwyraźniej również pamięć. Musiałem to napisać, zanim w pełni oprzytomniałem. Proszę zignorować kruka.
Z tylnego dziedzińca dobiegł szczęk metalu – zapewne Złowrodzy Gwardziści właśnie rozpoczynali poranne ćwiczenia ze swoją śmiercionośną bronią. Stosowne, bo Evie właśnie wyobrażała sobie, jak chwyta coś ostrego i wbija szefowi w palec u nogi.
– Zignorować? Nie mogłeś zignorować sprawy, zanim ten przeklęty ptaszor odjął mi dwa i pół roku życia?
– To alarmująco precyzyjna liczba – zauważył, opierając dłonie na wąskiej talii.
– Dla mnie też była alarmująca – odparła sucho i zachichotała, gdy posłał jej gniewne spojrzenie.
– Trzymam magię żelazną ręką i czasem mam wrażenie, że kiedy śpię, a ciało się rozluźnia, ona porusza się niespokojnie i utrudnia mi dalszy odpoczynek.
Ścisnęło ją w piersi, co rozpoznała jako współczucie, i gniew zniknął jak cienie w słońcu.
– Przykro mi to słyszeć. Mogę jakoś pomóc?
Otworzył usta z niedowierzaniem.
– Pomóc… z moją magią śmierci? Tą samą, na widok której większość ludzi ucieka z wrzaskiem?
Zamrugała niewinnie.
– Mogę uciec z wrzaskiem po udzieleniu pomocy, jeśli ci to poprawi humor.
Na jego twarzy malowało się takie niedowierzanie, że z łatwością przemieniłoby się w śmiech, gdyby go tylko trochę sprowokowała…
Ale oczywiście, przy szczęściu Evie, najpierw musiała uderzyć katastrofa.
Zły nagle zgiął się wpół i zaczął ciężko oddychać, opierając dłonie na kolanach.
– Niech to wszyscy diabli. Palą mnie dłonie, a ramię… – Uniósł rękę i zacisnął palce na bicepsie.
Lekko dotknęła jego dłoni, próbując okazać łagodność komuś, kto, była tego pewna, rzadko kiedy jej doświadczał. I rzeczywiście zareagował gwałtownie. Szarpnął się odruchowo, zszokowany, jakby przyłożyła mu do skóry rozżarzony pręt.
– Sage, oszalałaś? Jestem teraz niebezpieczny.
– Wiem – odparła cicho. – Jeszcze nie wypiłeś swojego porannego naparu.
– Wcale nie jesteś zabawna – wydyszał.
Evie przysunęła się o krok i pochyliła lekko, żeby popatrzeć mu w oczy.
– Doprawdy, to chyba nie powód do płaczu. Ja uważam, że jesteś zabawny jak drewno, a jednak jakoś nie zalewam się łzami.
Jego twarz złagodniała, kiedy podniósł na nią wzrok, wyraźnie zaskoczony. Potem pokręcił głową, ale już znacznie łagodniej.
– Sage. Jakim cudem ty się tu w ogóle znalazłaś?
Skrzyżowała ręce na piersiach.
– Przyszłam pieszo.
– To było pytanie retoryczne – powiedział, a w jego głosie prawie nie było już słychać wcześniejszego napięcia.
– Na takie odpowiada się najprzyjemniej.
Westchnął, i było to westchnienie człowieka pokonanego. Znała je dobrze.
– Dlaczego, Sage?
Oparła dłoń na biodrze i schyliła się jeszcze trochę niżej.
– Bo cię to irytuje.
Chrapliwe westchnienie, które wyrwało mu się z ust, przy odrobinie dobrej woli można by uznać za śmiech. Kiedy znowu wyprostował się na pełną wysokość i zaczął rozcierać kostki uspokajającym ruchem, ostatnie ślady napięcia na jego twarzy w końcu wygładziły się w ten zwyczajny, nieprzenikniony wyraz.
Nie widziała jego magii, nikt jej nie widział i najpewniej nigdy nie zobaczy, ale czuła, że coś bardzo mrocznego porusza się razem z nimi po sali. Mniejszego niż przed chwilą, ale wciąż na tyle niebezpiecznego, że powinna kulić się ze strachu. Zamiast tego czuła dziwny spokój, niemal… pokrzepienie?
Nie ruszyła się z miejsca.
– Lepiej, szefie?
Powoli zwrócił ku niej głowę, marszcząc ciemne brwi.
– Tak. Lepiej. Jak ty…
Wzruszyła ramionami, zerkając na jego połyskujące od potu czoło.
– Zauważyłam, że trudniej skupić się na bólu, kiedy coś cię rozprasza, a ja jestem świetna w rozpraszaniu.
Wyciągnęła z kieszeni żółtą chusteczkę i z bezczelną śmiałością zrobiła krok naprzód. Zaczęła ocierać mu czoło, drugą dłonią wspierając się na jego ramieniu, żeby dosięgnąć wyżej. Ten człowiek był wyższy, niż nakazywał zdrowy rozsądek.
Odnotowała w myślach, że powinna zacząć nosić wyższe obcasy.
Żeby skuteczniej wygłaszać mu kazania. Z żadnego innego powodu.
Na odsłoniętym przedramieniu Złego pojawiła się gęsia skórka, chłód sali najwyraźniej dopadł go dopiero wtedy, gdy adrenalina opuściła organizm.
– D-dziękuję, Sage. – Przycisnął jaskrawą chusteczkę do kostek na dłoni; jej kolor ostro odcinał się od czerni, w którą był ubrany. – Zaraz ci ją oddam. Czystą, rzecz jasna.
Pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
– Zatrzymaj sobie. Przyda ci się trochę koloru w garderobie.
Skinął głową, przetwarzając jej słowa tak, jakby właśnie nanosił poprawki do rejestru magazynowego.
– Dobrze.
Z drugiego końca sali dobiegło ciche rechotanie i Evie odwróciła wzrok, podążając za tym dźwiękiem, aż dostrzegła błysk korony Kingsleya i złoty blask jego oczu. Osobliwa żaba zdążyła już zaskarbić sobie jej sympatię podczas krótkiego czasu spędzonego w biurze. Te jego urocze tabliczki były rozczulającym dodatkiem do pracy, która, jak się okazywało, bywała dość krwawa.
Dosłownie.
– Dzień dobry, Kingsleyu. Jakże dziś przystojnie wyglądasz.
Kingsley znowu zarechotał, a szef przewrócił oczami z wyraźnym zniecierpliwieniem. Zdecydowanie za dużo uprzejmości.
– Wygląda, jakby knuł coś niedobrego. Co ty tu robisz na dole, Kingsley? Znów próbujesz ucieczki?
– Może przyszedł sprawdzić, co z tobą – zasugerowała Evie, ale ostatnie słowo zgasło jej na ustach, kiedy szef posłał jej mordercze spojrzenie. Ostrożnie cofnęła się o parę kroków, bliżej schodów, bliżej Kingsleya, który z furią bazgrał coś na swojej małej tabliczce.
– Wątpię – odparł głucho szef, minął ją i dwoma długimi susami ruszył po schodach, a za nim rozległo się skrzypnięcie. Co nie miało żadnego sensu, bo nic nie powinno skrzypieć. Schody były z kamienia.
– Co to było? – spytała, rozglądając się na boki za źródłem dźwięku. Nierozsądnie. Powinna była spojrzeć w górę.
– Sage!
Zanim zdążyła zaczerpnąć oddech, coś szarpnęło ją do przodu jak szmacianą lalkę. Z jej ust wyrwał się zduszony krzyk, gdy za plecami rozległ się potężny huk. Zakrztusiła się pyłem wznieconym przez uderzenie, oślepiona nagłym strumieniem światła, który wdarł się przez dach.
– Nic ci nie jest? – zapytał szef, a niski tembr jego głosu wyrwał ją z adrenalinowego szału rozpędzonych myśli. Ciemne oczy błądziły po niej w poszukiwaniu obrażeń, a jego duże dłonie spoczywały na jej ramionach. To natychmiast przywołało wspomnienie ich pierwszego spotkania w lesie. Myślała, że wrażenie, jakie na niej robi jego dotyk, z czasem osłabnie… Nic z tego.
Zdołała tylko skinąć głową, nim cofnął ręce i ruszył ku wielkiej płycie dachu, która o mało jej nie zmiażdżyła.
– Mam posłać po kogoś do naprawy dachu, szefie? – zapytała ostrożnie, zdumiona, jak stabilnie zabrzmiał jej głos, podczas gdy serce waliło jak oszalałe.
– O mało cię nie przygniotło, a ty pytasz o dach? – Spojrzał na nią z lekkim oburzeniem.
Wzruszyła ramionami.
– Wierz albo nie, ale to wciąż nie był mój najbardziej zagrażający życiu dzień w pracy.
Twarz mu pociemniała bardziej niż zwykle. Przez kilka sekund patrzył na dziurę w dachu, oddychając głęboko, by się opanować.
– Wciąż jesteś tu nowa, Sage. Nie martw się. Wszystko przed tobą.
Parsknęła śmiechem, a on się skrzywił, jakby zjadł plasterek cytryny.
– Więc, hm. Co właściwie stało się z dachem?
– Zapewne zwykłe zużycie. To stary dwór. Pewnie puściło kilka zardzewiałych śrub. Każę komuś z biura to sprawdzić i naprawić dziurę. Coś takiego się nie powtórzy.
Mruknęła pod nosem.
– Szkoda. Otarcie się o śmierć działa o poranku wyjątkowo pobudzająco.
–Trzymaj się naparu, Sage. A ściślej mówiąc, przygotuj go dla mnie. Jeszcze ściślej, postaw go na moim biurku za dwadzieścia minut. Tylko ostrożnie, kiedy będziesz omijać ten bałagan.
Kopnął odłamek dachu tak, jakby śmiertelnie go obraził, i Evie uznała to za wyraźny znak, że została odprawiona. Lekko przeskakiwała nad gruzem, pokasłując, gdy spod stóp wzbijały się kolejne obłoki pyłu. Coś przesunęło się pod jej butem, wydając cichy, metaliczny dźwięk. Kiedy schyliła się, by to podnieść, prawie potknęła się o następny taki drobiazg. Metal błysnął jej w dłoni. Śruby. Ani trochę niezardzewiałe. Przeciwnie, wyglądały na całkowicie nienaruszone.
– Mówiłem, żebyś uważała.
Te słowa zatrzymały ją w pół ruchu, a kiedy odwróciła się ku niemu, wyglądał na starszego, niż naprawdę był. Jak człowiek przygnieciony ciężarem, którego nikt nigdy nie pomoże mu dźwigać.
Posłała mu promienny uśmiech, na który odpowiedział skrzywieniem, ale postanowiła się tym nie przejmować.
– Słabo u mnie ze słuchaniem.
– Kiedyś jeszcze wpędzi cię to w kłopoty, jestem tego pewien.
Zmarszczyła nos, po czym odwróciła się na pięcie. Sukienka zafalowała, gdy ruszyła ku schodom, żeby przynieść im obojgu po kubku naparu z kotła. Kingsley podskakiwał obok niej, z wprawą balansując tabliczką w błoniastej łapie. Widniało na niej wyraźnie napisane słowo, które próbował przekazać już wcześniej.
NIEBEZPIECZEŃSTWO
Uśmiechnęła się lekko.
– Trochę za późno na takie ostrzeżenie, Kingsley.
Delikatnie poprawiła mu koronę, po czym ruszyła dalej po schodach. Z figlarnym błyskiem w oku wyrzuciła śruby w powietrze, a szef bez trudu je złapał i spojrzał na nie ze zmarszczonymi brwiami, kiedy dodała:
– Coś mi się zdaje, że moje fatalne słuchanie sprowadzi kiedyś kłopoty na ciebie.
Omal nie zatrzymała się ponownie, kiedy usłyszała jakiś dźwięk. Jakby Zły szeptał coś za jej plecami.
Coś, co brzmiało bardzo podobnie do…
– Już sprowadziło.
Z sufitu zwisały odcięte głowy… a jedna z nich należała do Trystana Maverine’a.
Alexander William Kingsley ocknął się z maleńkim sercem walącym w śliskiej, zielonej piersi. Poduszki na jego małym, złoconym łóżeczku uginały się pod błoniastymi łapami. Spojrzał ze swego wysokiego legowiska w dół, na śpiącego na łóżku mężczyznę, i rozluźnił się odrobinę, kiedy zobaczył, że klatka piersiowa Trystana Maverine’a porusza się spokojnym rytmem, a z nozdrzy jego najlepszego przyjaciela wydobywa się ciche pochrapywanie.
Potworny koszmar. Nic więcej.
Alexander nie zamierzał poświęcać mu uwagi, żeby nie oszaleć, próbując przekazać to, co mu się śniło, po jednym przeklętym słowie na raz. Był poranek, za oknem ptaki radośnie świergotały, a on obudził się…
Na kolejny dzień w ciele żaby.
To był koszmar sam w sobie, a przynajmniej kiedyś tak uważał. Przez dziesięć lat opłakiwania życia, które wiódł jako człowiek, Alexander zdołał dostrzec w swoim położeniu kilka istotnych zalet.
Nie ciążyły już na nim wyczerpujące oczekiwania, by zawsze być dzielnym i rycerskim, bo kto przy zdrowych zmysłach wymagałby tego od żaby?Nie musiał wypełniać ciszy zbędną rozmową. W gruncie rzeczy odkrył, że w większości sytuacji jedno słowo w zupełności wystarcza.Niewielki rozmiar pozwalał mu przemykać po całym dworze, dokądkolwiek zapragnął, i mieć baczne oko na przyjaciół. A nie da się przecenić, jak bardzo jego przyjaciele potrzebowali, by ktoś miał na nich baczenie.Ludzie często zapominali, że kiedyś był człowiekiem, przez co tracili czujność przy wyznaniach, sekretach, a nawet uczuciach. Każdy dzień przynosił nową rozrywkę.I wreszcie, co było niewątpliwie najprzyjemniejsze, mógł obserwować, jak jego najlepszy przyjaciel, Zły, człowiek, po którym Alexander nigdy by się nie spodziewał, że otworzy swoje zimne, zamknięte serce, zakochuje się w Evie Sage naprawdę, głęboko i na zabój.Z korytarza dobiegł piskliwy wrzask i Trystan poderwał się ze snu niemal tak samo gwałtownie, jak Alexander przed chwilą.
– Co do otchłani piekielnych? Kto wrzeszczy? – burknął chrapliwie, zwracając ku Alexandrowi kamienną twarz. – To jedna z panien Sage, prawda?
Minęły dwa tygodnie od ataku Szlachetnej Gwardii na dwór, od porwania ciężarnej giwrzycy i od powrotu matki Evie, Nury, z gwiezdnej kryjówki. Całe dwa tygodnie, podczas których Evie i Trystan ze sobą nie rozmawiali – częściowo przez nieprzewidywalny wpływ, jaki Evie zdawała się wywierać na magię Trystana, a częściowo, Alexander był tego pewien, dlatego, że prędzej roztrzaskaliby sobie głowy, niż zmierzyli się z niewypowiedzianymi uczuciami.
Albo, jak Alexander zaczął nazywać ich milczące unikanie się nawzajem: z torturami dla postronnych.
Trystan mruknął coś pod nosem, odrzucił kołdrę i sięgnął po koszulę rzuconą na krzesło przy nowym biurku. W jakiś sposób ten ruch niemal idealnie zbiegł się z chwilą, gdy Lyssa Sage wpadła do pokoju jak burza, chichocząc, po czym wyhamowała gwałtownie na widok ponurej miny Trystana.
– Evie mówi, że jak będziesz robił takie miny, to już ci tak zostanie, lordzie Trystanie – oznajmiła Lyssa, machając leciutko do Alexandra.
Alexander uniósł błoniastą stopę i jej odmachał. Lyssa Sage była chodzącą radością, podobnie jak wszystkie dzieci, których nie zdążyły jeszcze dotknąć okropności wieku dorosłego.
Ani spustoszenie, jakiego potrafi dokonać zdrowy rozsądek.
– Doskonale. Właśnie taką twarz wolę – mruknął Trystan, wsuwając poły koszuli w luźne spodnie, podczas gdy Lyssa podeszła do okien i szarpnęła ciężkie, ciemne zasłony.
Dziewczynka zmarszczyła czoło, gdy do środka wlało się poranne światło.
– Wolisz taką? Dlaczego?
– Lubię wyglądać groźnie i budzić strach – odparł Trystan, wsuwając stopy w znoszone buty.
Lyssa zacisnęła usta, po czym mruknęła:
– Ale ty tak nie wyglądasz. Wyglądasz, jakby ci się chciało do wychodka.
Alexander roześmiał się w duchu, po czym z zapałem nabazgrał jedno słowo na tabliczce, co wiązało się z niemałymi trudnościami, kiedy Trystan po raz pierwszy podsunął mu ten pomysł i rozstawił po całym biurze oraz wszystkich pokojach koszyki z małymi tabliczkami i kredą, przeznaczonymi wyłącznie do jego użytku. Za pierwszym razem pismo wyglądało okropnie, ale po dziesięciu latach praktyki nikt nie miał już najmniejszego problemu z odczytaniem tego, co chciał powiedzieć.
Uniósł tabliczkę z dumą.
TAK
– Wyrzucę natychmiast każdą z tych przeklętych tabliczek! – warknął Trystan. Była to groźba bez pokrycia, jedna z tych, które rzucał od niechcenia niezliczoną ilość razy przez lata, i Alexander wiedział aż za dobrze, że jego przyjaciel nigdy nie odważy się jej spełnić.
– Lyssa!
Jeszcze jeden delikatny głos poniósł się korytarzem.
– W kuchni czeka na ciebie śniadanie!
Alexander bez trudu rozpoznał głos Evie Sage, świeżo awansowanej uczennicy Złego.
A nawet gdyby nie rozpoznał osoby po samym głosie, wystarczyłoby spojrzeć, jak Trystan zesztywniał na jego dźwięk, jakby jeszcze jedno słowo miało go złamać na pół.
– Zejdziesz na śniadanie, lordzie Trystanie? – Lyssa zamrugała do niego, po czym posłała Alexandrowi szeroki, niewinny uśmiech.
Trystan wpatrywał się w drzwi z taką intensywnością, jakby samą siłą woli próbował zatrzymać Evie z dala od nich. Ale Alexander znał wewnętrzne wojny swojego przyjaciela dość dobrze, by rozumieć, że Trystan jednocześnie pragnął, by przeszła przez te drzwi. W ciągu ostatnich dwóch tygodni stało się to, zdaniem żabiego księcia, rytuałem podszytym czystym masochizmem.
Prawdę mówiąc, Zły już wcześniej ukradkiem zerkał na młodą kobietę, to nie było nic nowego. Zaczęło się od spojrzeń pełnych ciekawości, jakby obserwował okaz laboratoryjny, potem niechętnie przeszło w zaintrygowane wpatrywanie się, a wreszcie dotarło do obecnego etapu: czystego, męczącego, rozpaczliwego gapienia się spode łba. Minione dwa tygodnie wyniosły jednak tę samoudrękę na zupełnie nowy poziom. W ciągu ostatnich czternastu dni Zły czaił się za zakrętami, zatrzymywał się w drzwiach i przykładał ucho do każdej ściany, za którą tylko mogła się znajdować.
Co, trzeba przyznać, nie różniło się aż tak bardzo od tego, co robił wcześniej…
Poza jękami.
– Zjem śniadanie w gabinecie. – Trystan zatrzymał się w pół drogi do drzwi. – Twoja siostra… przyjdzie po ciebie?
Lyssa pokręciła niewinnie głową.
– Nie. Właśnie wraca z jakiejś misji.
Wyraz twarzy Trystana się nie zmienił, ale jego oczy nagle stały się czujniejsze. Spojrzenie, które utkwił w dziewczynce, było uważne i ostre, choć złagodniało, kiedy ugiął kolano, by popatrzeć jej w oczy.
– Co masz na myśli, małe zło wcielone? Jakiej misji?
Lyssa wzruszyła ramionami i machnęła ręką w stronę drzwi, zza których dopiero co dobiegał głos Evie.
– Nie wiem. Powiedziała tylko, że wybiera się z Keeley poza teren posiadłości i że nie mogę iść z nimi.
Alexandra nie zdziwiły ani zaciśnięta szczęka Trystana, ani niepokój, który przyciemnił jego oczy. Dwór został namierzony, a twarz Evie widniała na listach gończych porozwieszanych po całym Rennedawn – za jej głowę wyznaczono hojną nagrodę. Jedyną ochroną, jaką mieli teraz przed Szlachetną Gwardią, był gaj cierni z czarnego rynku. Jak dotąd stanowił skuteczną przeszkodę dla ludzi króla, ale poza murami dworu… niebezpieczeństwo było realne. I ogromne.
A jednak obecność Keeley, dowódczyni Złowrogiej Gwardii, oznaczała, że Evie najpewniej nie groziło nic naprawdę poważnego. Młoda kobieta dowodziła z bardzo rozsądnych, bardzo brutalnych powodów.
Logicznie rzecz biorąc, Alexander wiedział, że nie powinien się martwić. Podejrzewał, że Trystan też to wie. Chociaż Alexander był żabą i nie potrafił czytać w myślach, to przez ostatnie dziesięć lat każdy dzień spędzał na obserwowaniu innych, więc nabrał w tym niezłej wprawy. Ale to i tak nie miało znaczenia.
Nie trzeba było żadnej szczególnej przenikliwości, by spojrzeć na Trystana Maverine’a i rozpoznać, że uczucia, które się w nim kotłują, są najczystszą formą gniewu.
Trystan nie okazał jednak Lyssie ani odrobiny tej emocji. Dziewczynka patrzyła na niego z troską wielkimi brązowymi oczami.
– Skoro Evie jest taka zajęta, to może dziś urządzimy nasze przyjęcie herbaciane, lordzie Trystanie?
Trystan przyjął zmianę tematu z westchnieniem ulgi. Skinął głową i lekko uniósł kąciki ust.
– Sądzę, że mogę przełożyć popołudniowy trening strzelecki.
Lyssa zapiszczała z zachwytu i pomknęła ku drzwiom, miejmy nadzieję, nieświadoma, że ruchomym celem owego treningu bywają stażyści.
Kiedy i Alexander, i Trystan patrzyli, jak ciemna głowa Lyssy Sage znika za progiem, na pustą już i pozbawioną radości przestrzeń opadł ciężki nastrój. Trystan westchnął, po czym podszedł do szafy i wyciągnął z niej coś, co, jak Alexander dobrze wiedział, miało dla niego ogromne znaczenie.
Szalik, który Evie podarowała mu podczas ich pamiętnego pierwszego spotkania, spoczywał teraz w dłoniach Trystana, a Alexander patrzył z bolesnym współczuciem, jak jego przyjaciel unosi go do twarzy i zamyka oczy.
To było zbyt smutne, by nawet przeklęta żaba mogła na to patrzeć bez przykrości.
Alexander Kingsley spuścił wzrok na podłogę, podczas gdy jego przyjaciel opłakiwał los, któremu Alexander przysiągł zapobiec.
Gdyby tylko był człowiekiem w wystarczającym stopniu, żeby to zrobić.
Accomplice to the Villain
Copyright © 2025 by Hannah Nicole Maehrer
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Copyright © for the translation by Magdalena Rychlik 2026
This edition is published by arrangement with Alliance Rights Agency
c/o Entangled Publishing, LLC
Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia
Redakcja – Katarzyna Myszkorowska
Korekta – Kornelia Dąbrowska, Julia Młodzińska, Magdalena Świerczek-Gryboś
Skład i łamanie – Natalia Patorska
Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel
Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Adaptacja mapy – Marcin Karaś
Design okładki, ilustracje oraz projekt mapy – Elizabeth Turner Stokes
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I tej edycji, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384060773
ISBN mobi: 9788384060766
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Spis tresci
Strony tytułowe
Wstęp
Mapa
Dedykacja
Prolog
Rozdział 1
Strona redakcyjna
Reklama
Spis treści
