Błogosławieństwo Niebios. Tom 5 - Mo Xiang Tong Xiu - ebook
NOWOŚĆ

Błogosławieństwo Niebios. Tom 5 ebook

Mo Xiang Tong Xiu

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Podróż przez Kuźnię trwa. Z każdym krokiem w głąb Motylego Snu Xie Lian i Hua Cheng zagłębiają się w przeszłość ludzi i bogów, próbując uleczyć gromadzone przez stulecia gorycz i urazę.

Wciągając ich w kolejne opowieści, Nieśmiertelny Haft przywołuje wspomnienia bolesne nie tylko dla Xie Liana. Czy losy niebios i śmiertelnych są na zawsze związane z iluzjami Kuźni?

Choć Xie Lian zawsze może liczyć na Hua Chenga, ten wciąż nie odzyskał pełni mocy, a Ling Wen pozostaje pod władzą Nieśmiertelnego Haftu. Wygląda na to, że tym razem książę będzie musiał samotnie zmierzyć się z Bielą bez Twarzy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 368

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Publi­shed ori­gi­nally under the title of 《天官赐福》 (Heaven Offi­cial’s Bles­sing)

Copy­ri­ght © 墨香铜臭 (Mo Xiang Tong Xiu) Polish edi­tion rights under license gran­ted by 北京晋江原创网络科技有限公司 (Beijing Jin­jiang Ori­gi­nal Network Tech­no­logy Co., Ltd.) Polish edi­tion copy­ri­ght © 2026 Wydaw­nic­two Czarna Owca Polish edi­tion arran­ged thro­ugh JS Agency Co., Ltd Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Alek­san­dra Woź­niak-Mar­chewka, Nata­lia Chu­dzyń­ska

All rights rese­rved

Ostrze­że­nie Ta książka zawiera dra­styczne sceny oraz wul­garny język i jest prze­zna­czona dla doro­słych czy­tel­ni­czek i czy­tel­ni­ków.

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja i kon­sul­ta­cja: Agnieszka Szma­toła Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Lena Mar­ci­niak, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Ilu­stra­cja okład­kowa, rysunki postaci, wyklejka (oprawa twarda): iide­prze­ciez Ilu­stra­cje kolo­rowe (oprawa twarda): mousy maja stu­dio by Maja Solecka; Pal­so­nArt Pau­lina Boch­niak; Ewa Gaw­dziń­ska (Seira­he­ron); Agnieszka ‚Goku­no­baka’ Sza­jew­ska Ilu­stra­cje czarno-białe: Wero­nika „v-0-3” Miecz­kow­ska Pro­jekt okładki i przy­go­to­wa­nie do druku: Nata­lia Twardy Kon­sul­ta­cja: Pau­lina „yue” Brzo­zow­ska, Iza „Glo­nik” Chle­bow­ska, Mał­go­rzata „Roshanke” Dere­wicz Dan­mei Pro­ject, Karo­lina „kar­dro” Sto­la­rek, Joanna „Szyszka” Pastuszka-Roczek, Wero­nika „Liu­hao” Sko­czek Kon­sul­ta­cja gra­ficzna okładki: Anna „Otai” Kmie­cik Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-936-4

Wkładka zdjęciowa

Xie Lian

Imię: Xie Lian

Aliasy: Hua Xie

Przy­domki: Książę, Który Raduje Bogów, Radu­jący Bogów, Kwietny Bóg-Wojow­nik, Kwietny Gene­rał/Gene­rał Hua

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Pawi­lon Xianle w sto­licy Nie­bios

Miej­sce uro­dze­nia: Xianle (następca tronu)

Data uro­dze­nia: 15 lipca

Wzrost: 178 cm

Znaki szcze­gólne: dwie Prze­klęte Obrę­cze

Broń: wstęga Ruoye, miecz Dobre Serce

Ekwi­pu­nek: słom­kowy kape­lusz, zawie­szony na szyi pier­ścień

Istotne infor­ma­cje: wnie­bo­wstą­pił trzy­krot­nie, dwu­krot­nie zde­gra­do­wany, jeden z Czte­rech Wiel­kich Legend

„Po dłuż­szej chwili pła­ska war­stwa śniegu zatrzę­sła się dwa razy, a z jej wnę­trza nagle wystrze­liła dłoń. Nie­spo­koj­nie macała puch, nie­długo póź­niej poka­zało się ramię, a za nim głowa. Pokryta śnie­giem postać wzięła głę­boki wdech i zakasz­lała.

Był to Xie Lian. Po męczą­cej walce wresz­cie się wygrze­bał spod gru­bego śniegu, czu­jąc się, jakby wstał z grobu. Miał zdrę­twiałą twarz i dło­nie, więc chuch­nął na nie cie­płym odde­chem. Odwró­cił głowę, bez­myśl­nie błą­dząc wzro­kiem po oto­cze­niu. W tej bez­gra­nicz­nej śnież­nej prze­strzeni nie było ani śladu czer­wieni.

Xie Lian nie mógł jed­nak tak po pro­stu krzy­czeć, ponie­waż kolejna lawina mogłaby spo­wo­do­wać cał­ko­witą kata­strofę.

Mógł jedy­nie wstać i samot­nie wędro­wać po kra­inie sku­tej śnie­giem i lodem, aby odna­leźć Hua Chenga. Co dziwne, teraz jego samotna wędrówka wyda­wała się o wiele zim­niej­sza. Wyczu­wał, że coś było nie tak, cho­ciaż nie do końca wie­dział co, więc pół­przy­tomny szedł dalej. Nie miał poję­cia, ile prze­szedł, gdy nagle pośród zamieci zauwa­żył postać. Jej białe ubra­nia i czarne włosy powie­wały na wie­trze.

Widok innego czło­wieka nieco pod­niósł Xie Liana na duchu”.

Hua Cheng

Imię: Hua Cheng

Przy­domki: Krwawy Deszcz w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu, San­lang

Ran­king: arma­ge­don – władca demo­nów

Gdzie go szu­kać: Dom Gry lub Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy w Mie­ście Duchów, czę­sto prze­bywa w Kasz­ta­no­wym Przy­bytku

Wzrost: 190 cm

Znaki szcze­gólne: opa­ska na pra­wym oku

Broń: zakrzy­wione ostrze losu Eming

Ekwi­pu­nek: dzwo­neczki przy butach, srebrne kar­wa­sze, wple­ciony w war­kocz czer­wony kora­lik

Istotne infor­ma­cje: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

Spe­cjalna umie­jęt­ność: srebrne motyle, krwawy deszcz

„Czarna mgła się cof­nęła, a Xie Lian miękko wylą­do­wał na ziemi. Nie zdą­żył nawet ode­tchnąć, gdy przed oczami prze­mknął mu czer­wony cień. Postać w czer­wieni nie wia­domo kiedy zbli­żyła się do niego i jed­nym ruchem ręki zdjęła mu kape­lusz. Słońce świe­ciło tak mocno, że Xie Lian nie mógł otwo­rzyć oczu, pod­niósł więc rękę, by je prze­sło­nić.

– Co…

Nie dokoń­czył nawet ruchu, bo postać zła­pała go mocno za nad­gar­stek. Xie Lian przyj­rzał się jej bli­żej i wyba­łu­szył oczy.

– San­lang?!

Miał jakieś szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, jego uroda aż raziła, nosił czer­wony jak liście klonu strój do jazdy kon­nej, srebrny pas owi­jał mocno jego szczu­płą talię, na obu dło­niach miał ręka­wice z błysz­czą­cej czer­nią skóry jele­nia. Któż, jeśli nie nie­wi­dziany od kilku dni Hua Cheng?

Hua Cheng zła­pał go za rękę, prze­chy­lił głowę, przy obu policz­kach lekko koły­sały się srebrne kol­czyki w kształ­cie liści klonu”.

Ling Wen

Imię: Ling Wen

Przy­domki: Czci­godna Ling Wen

Aliasy: Mini­stra Jie, Nan­gong Jie

Ran­king: bóg

Gdzie jej szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: jedna z Trzech Tru­cizn

„[Głos] Docho­dził z góry. Bai Jin pod­niósł wzrok i zoba­czył odzia­nego w błę­kitne szaty mło­dzieńca, który oświe­tlony cęt­ko­wa­nym świa­tłem, z lek­kim pół­u­śmie­chem patrzył na niego spo­mię­dzy gęstych liści. Miał około szes­na­stu, sie­dem­na­stu lat, jasną, owalną twarz i deli­katne rysy. Rzu­cił w sto­ją­cego pod drze­wem Bai Jina gałązką. […]

Chło­pak […] zesko­czył z drzewa.

– Nie widzia­łem jesz­cze, żeby ktoś tak otwar­cie przy­zna­wał, że jest idiotą. Gdy­bym to wie­dział, nie pomógł­bym ci.

Xie Lian przy­glą­dał mu się uważ­nie, wresz­cie się potwier­dziło, że…

Tym mło­dzień­cem była Ling Wen w męskiej postaci!

Wcze­śniej tego nie zgadł, po pierw­sze, z uwagi na męską postać, po dru­gie, z racji wieku. Do tego w Wyż­szej Izbie Nie­bios Ling Wen zawsze miała poważny wyraz twa­rzy, który nie zdra­dzał żad­nych emo­cji. Xie Lian ni­gdy nie widział jej takiej, było to dla niego nowe i zaska­ku­jące.

Tym­cza­sem Ling Wen splótł ręce na ple­cach, pod­szedł do Bai Jina i z uśmie­chem mie­rzył go wzro­kiem, a Bai Jin z równą cie­ka­wo­ścią przy­pa­try­wał się jemu”.

Pei Ming

Imię: Pei Ming

Przy­domki: Świe­tli­sty Gene­rał, Gene­rał, Który Zła­mał Miecz

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: jeden z Trzech Tru­cizn, uwo­dzi­ciel, czczony jako bóg od spraw miło­snych, jeden z Czte­rech Wiel­kich Legend

„Weszli kil­ka­dzie­siąt stopni w górę.

– Co to jest? – spy­tał nagle Pei Ming. Wycią­gnął ze ściany długą kość udową. – Skąd to się tu wzięło? Zga­duję po wyglą­dzie tej kości, że za życia nale­żała do dłu­go­no­giej pięk­no­ści, wielka szkoda, że pocho­wano ją w takim miej­scu.

– Przy­kro mi. To zaiste długa noga, ale należy do męż­czy­zny – uświa­do­mił go Hua Cheng.

Nie cho­dziło o kobietę, więc Pei Ming stra­cił zain­te­re­so­wa­nie i wyrzu­cił kość.

– A ści­śle rzecz bio­rąc, jest to męska kość z tru­pim jadem – dodał Hua Cheng.

Fak­tycz­nie, w miej­scu, gdzie Pei Ming trzy­mał kość, uno­siły się tru­pie opary.

– Możesz kon­tro­lo­wać, gdzie pchasz ręce? Możesz? – ode­zwał się Ling Wen”.

Jun Wu

Imię: Jun Wu

Przy­domki: Władca Nie­bios, Pierw­szy Bóg-Wojow­nik Trzech Świa­tów, Cesarz Boski Wojow­nik

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: więk­szą część roku spę­dza na patro­lo­wa­niu gór i mórz

„Jun Wu nie­spiesz­nie pod­szedł do Yin Yu.

– Jak go kon­tro­lu­jesz? – spy­tał.

Cho­ciaż jego ton nie był surowy, miał w sobie coś, co powo­do­wało, że pytany wstrzy­my­wał oddech. Wład­cze spoj­rze­nie budziło w sercu strach. Xie Lia­nowi też zda­rzyło się spra­wiać pro­blemy, ale jesz­cze ni­gdy nie widział Jun Wu takiego. Wyglą­dało na to, że wcze­śniej wręcz trak­to­wał go ulgowo i był wyjąt­kowo łaskawy.

Yin Yu już wcze­śniej był roz­trzę­siony, a teraz tym bar­dziej zanie­mó­wił.

– Nie szko­dzi. – Jun Wu nie­spe­cjal­nie się prze­jął jego mil­cze­niem. – Nawet jeśli nie powiesz, ja i tak wiem. To ta zbroja.

I koniec”.

Yushi Huang

Imię: Yushi Huang

Przy­domki: Pani Desz­czu, Księż­niczka, Która Pod­cięła Sobie Gar­dło

Ran­king: bóg

Gdzie jej szu­kać: kró­le­stwo Yushi

Istotne infor­ma­cje: jedna z Czte­rech Wiel­kich Legend

„Ledwo padły te słowa, osza­lała z wście­kło­ści Xuan Ji zamarła.

[…] W ciem­no­ści dobiegł ich nagle wyraźny tętent kopyt wołu. Spo­kojny i mia­rowy. Nie minęło wiele czasu, a przed ich oczami poja­wiła się dosia­da­jąca czar­nego wołu postać.

Była to kobieta w zie­lo­nych sza­tach. Spoj­rze­nie miała nie­zmą­cone, a na twa­rzy spo­kój. Zbli­żyła się powoli, pod­nio­sła głowę, jakby patrzyła w daleki punkt. Pei Min­gowi krew zale­wała oczy, aż zapo­mi­nał o mru­ga­niu.

– Wład­czyni Yushi…? – spy­tał onie­miały.

Kobieta lekko pochy­liła głowę, spoj­rzała na niego, a wyraz jej twa­rzy się nie zmie­nił. Uśmiech­nęła się deli­kat­nie i skło­niła.

– Wład­czyni pań­stwa Yushi? – zdzi­wił się Xie Lian.

– Nie ina­czej – odparł Hua Cheng. – Nasza gościni to Pani Desz­czu z Wyż­szej Izby Nie­bios, szes­na­sta księż­niczka i ostat­nia wład­czyni pań­stwa Yushi, Yushi Huang.

Ni­gdy nie miał oka­zji spo­tkać Pani Desz­czu, a tym bar­dziej nie wie­dział, że jest księż­niczką!”

He Xuan

Imię: He Xuan

Przy­domki: Czarna Toń Zata­pia­jąca Statki, Nie­zgłę­biony Demon Czar­nej Toni

Aliasy: Ming Yi

Ran­king: arma­ge­don – władca demo­nów

Gdzie go szu­kać: Wid­mowy Dwór Wody Nie­zgłę­bio­nego Demona Czar­nej Toni, Leże Demona Czar­nej Toni, Wyspa Czar­nej Toni na Morzu Połu­dnio­wym, Wyż­sze Nie­biosa

Istotne infor­ma­cje: jeden z Czte­rech Wiel­kich Gróz

„Xie Lian sku­pił się i doj­rzał, że za ple­cami Shi Qin­gxu­ana stoi nie­bia­nin niż­szej rangi odpo­wie­dzialny za odbie­ra­nie pre­zen­tów od gości. Nie był zbyt uro­dziwy, ale uśmiech­nięty i życz­liwy. Zado­wo­lony Shi Qin­gxuan wszedł do budynku, nie­dbale rzu­cił za sie­bie nie­wielką perłę jako napi­wek. Tam­temu zaświe­ciły się oczy, zła­pał ją obiema dłońmi i powta­rzał „Dzię­kuję, panie, dzię­kuję, panie” ze słu­żal­czym wyra­zem twa­rzy.

– To jest Czarna Toń? – Xie Lian nie wytrzy­mał. – Taki uśmiech­nięty i pro­mienny?

– Wła­śnie on. Fał­szywy uśmiech i tyle. Ten czło­wiek ma w Sto­licy Nie­śmier­tel­nych ponad pięć­dzie­siąt symu­la­krów, każdy jest inny. Może jed­no­cze­śnie obser­wo­wać ponad osiem­dzie­się­ciu człon­ków Wyż­szej Izby Nie­bios i ponad trzy­stu ze Środ­ko­wej. Nie wystar­czy­łaby tylko toż­sa­mość Pana Ziemi.

Xie Lian nie mógł powstrzy­mać podziwu dla aktor­skich zdol­no­ści Czar­nej Toni, jego umie­jęt­no­ści stra­te­gicz­nych i ener­gii tak wiel­kiej, że nie dawała się opi­sać sło­wami.

– A co teraz z tymi pięć­dzie­się­cioma symu­la­krami? – spy­tał.

– Jun Wu przy­gważ­dża jed­nego po dru­gim”.

Yin Yu

Imię: Yin Yu

Przy­domki: Wysłan­nik Uby­wa­ją­cego Księ­życa

Gdzie go szu­kać: Mia­sto Duchów

Istotne infor­ma­cje: Prze­klęta Obręcz na pra­wym nad­garstku, shi­xiong boga-wojow­nika zachodu Quan Yizhena

„– Wasza Wyso­kość Yin Yu, jeste­śmy ci bar­dzo wdzięczni – wtrą­cił się Ling Wen.

Usły­szaw­szy to imię, Xie Lian zdał sobie sprawę, że głos tego czło­wieka wydaje mu się zna­jomy, musiał go już sły­szeć kil­ku­krot­nie. Spoj­rzał na jego nad­gar­stek. Cho­ciaż był zasło­nięty ręka­wem, Xie Lian miał pew­ność, że pod nim kryje się ciemny krąg Prze­klę­tej Obrę­czy.

Pei Ming też wstał i pod­szedł, żeby się prze­ko­nać, czy męż­czy­zna w czerni fak­tycz­nie jest tym, za kogo go biorą.

– Yin Yu? To naprawdę ty! Co tu robisz? Myśla­łem, że…

Natych­miast zamknął usta.

Wyglą­dało na to, że Yin Yu pra­cuje dla Krwa­wego Desz­czu w Poszu­ki­wa­niu Kwiatu. Słu­żył i Jun Wu, i Hua Chen­gowi. Kie­dyś nie­bia­nin, teraz posła­niec demo­nów – to tak, jakby sza­no­wany gene­rał stał się ban­dytą i napadł nagle na swo­ich daw­nych towa­rzy­szy. Atmos­fera stała się nie­zręczna. Nikt nie wie­dział, co powie­dzieć, Yin Yu pozo­stało więc tylko mil­cząco się odwró­cić, chwy­cić szpa­del i dalej kopać”.

Quan Yizhen

Imię: Quan Yizhen

Przy­domki: Jego Wyso­kość Qiy­ing, bóg-wojow­nik zachodu

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

„Chło­piec pod­sko­czył i przy­jął pozy­cję.

– Chodź się bić!

– Kto cię nauczył tej postawy? – zacie­ka­wił się Yin Yu.

Ale chło­pak odkrzyk­nął tylko:

– Chodź się bić!

Ska­kał jak małpka, jed­no­cze­śnie rzu­ca­jąc w »prze­ciw­nika« gar­ściami błota i ziemi, i robił to zaska­ku­jąco cel­nie. Yin Yu nie chciał wal­czyć z dziec­kiem, więc ucie­kał, mówiąc przy tym:

– To styl naszej sekty, codzien­nie ukrad­kiem nas pod­glą­dasz i się uczysz? Nie bij, mówię prze­cież, nie bij! Naprawdę tak lubisz się wda­wać w bójki?

Nie­spo­dzie­wa­nie po tych sło­wach chło­pak prze­stał. Potarł ubru­dzone bło­tem ręce i ski­nął głową.

– Lubię – przy­znał.

Mówił to bar­dzo poważ­nie. Xie Lian i Yin Yu zamarli.

Xie Lian byłby głup­cem, gdyby nie zgadł, kim jest ten chło­piec. Wes­tchnął w duchu. »Qiy­ing to praw­dziwy maniak sztuk walki. Uro­dzony bóg-wojow­nik«, pomy­ślał.

Cho­ciaż teraz postronni uwa­żali, że Quan Yizhen ma coś nie tak z głową, Xie Lian czuł z nim więź. Bo żeby być w czymś »bogiem«, należy naj­pierw zostać »sza­leń­cem«. Jeśli ktoś potrafi zro­zu­mieć to sza­leń­stwo, można uznać, że ma w sobie tro­chę poten­cjału, tro­chę sensu. A jeżeli nie rozu­mie, pozo­staje mu tylko wyśmie­wa­nie, nazy­wa­nie innych »cho­rymi« albo »głup­cami«. Już w tym momen­cie da się oce­nić, że nie ma dla niego nadziei na tej dro­dze”.

Bai Jin

Imię: Bai Jin

Ran­king: czło­wiek

„– Prze­pra­szam – spy­tał, zacho­dząc im drogę. – Nie wie­cie może, gdzie znajdę gene­rała Baia?

Ale żoł­nie­rze tylko się na niego gapili.

– Gene­rał Bai? U nas w Xuli nie ma nikogo o tym nazwi­sku.

Wyglą­dało na to, że Bai Jin jesz­cze nie został gene­ra­łem.

– A gdzie w takim razie jest Bai Jin? – Xie Lian zadał kolejne pyta­nie.

Żoł­nie­rze na­dal się w niego wpa­try­wali.

– A kto to ten Bai Jin?

Dziwne. Z tego, co wie­dział, Bai Jin dość wcze­śnie wsła­wił się na polu walki, żoł­nie­rze powinni przy­naj­mniej wie­dzieć, że ktoś taki ist­nieje. Xie Lian nie chciał o to wypy­ty­wać, ale nie miał wyj­ścia.

– To może sły­sze­li­ście o pew­nym nie­zrów­na­nie odważ­nym wojow­niku? W ser­cach wro­gów sieje strach, tylko umy­słowo tro­chę…

Tym razem się roze­śmiali, zanim zdą­żył dokoń­czyć.

– A, o nim mówisz! Szu­kasz tego idioty, trzeba było tak wcze­śniej!”

Mu Qing

Imię: Mu Qing

Przy­domki: Xuan­zhen, Bóg Sprzą­tacz

Aliasy: Fu Yao

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Miej­sce uro­dze­nia: Xianle

„Cała zawsty­dzona trójka sie­działa na dnie dziury. Fu Yao… a nie, teraz powi­nien być zwany Mu Qin­giem. No więc Mu Qing wyglą­dał, jakby coś go tra­piło. Xie Lian pomy­ślał przez chwilę.

– Tak naprawdę to nic takiego… – zaczął i prze­tur­lał się bli­żej niego. – Mu Qingu, Mu Qingu? Mógł­byś się do mnie na chwilę odwró­cić?

– Czego chcesz? – Wes­tchnął.

– Skoro możemy roze­rwać paję­czą sieć zębami, chcę spraw­dzić, czy zdo­łam naj­pierw uwol­nić twoje ręce.

– Nie ma potrzeby – powie­dział Mu Qing, patrząc na niego spod byka.

– Naprawdę chcę pomóc.

Mu Qing się nie ruszył”.

Feng Xin

Imię: Feng Xin

Przy­domki: Nany­ang, Bóg Hoj­nie Obda­rzony, Bóg Hoj­nie Obda­rza­jący

Aliasy: Nan Feng

Ran­king: bóg

Gdzie go szu­kać: Wyż­sze Nie­biosa

Miej­sce uro­dze­nia: Xianle

„– Dla­czego tutaj są głazy? Nie możemy przejść? – spy­tał Feng Xin.

– To nie są przy­pad­kiem głazy, które sam zwa­li­łeś? Dla­czego mnie pytasz? – żach­nął się Mu Qing.

– Ale to ty nas pro­wa­dzi­łeś. W takim razie jak nas pro­wa­dzi­łeś, skoro przy­szli­śmy z tego miej­sca i do niego wró­ci­li­śmy? – nie szczę­dził wyrzu­tów Feng Xin.

Mu Qing nato­miast nie miał zamiaru tole­ro­wać jego podejrz­li­wo­ści.

– Nie roz­śmie­szaj mnie, ja też nie znam tych dróg, więc jak miał­bym nas pro­wa­dzić? Czy nie bie­ga­li­śmy cały czas w kółko?

Widząc, że znowu zbiera się na kłót­nię, Feng Xin pod­niósł dłoń.

– Zapo­mnij, nie mam czasu z tobą dys­ku­to­wać. Kopiemy! – pole­cił”.

Księga Trze­cia

Nic nie jest przesądzone

Część trze­cia

Rozdział szesnasty

Szata śni o moty­lach, a książę bawi się kwia­tami

Spo­koj­nie, tylko spo­koj­nie.

W świe­cie Nie­śmier­tel­nego Haftu postać Hua Chenga była zapewne inna niż jego praw­dziwa forma, dla­tego mógł tra­fić gdzieś indziej, trzeba natych­miast pójść go szu­kać, prze­ko­ny­wał samego sie­bie Xie Lian. Mógł też to uczy­nić sam, to nic trud­nego, nie ma co pani­ko­wać.

Uspo­ko­iw­szy się tro­chę, Xie Lian zabrał się do rze­czy. Wtedy ulicą nade­szło kilku pija­nych, zata­cza­ją­cych się żoł­nie­rzy.

– Prze­pra­szam – spy­tał, zacho­dząc im drogę. – Nie wie­cie może, gdzie znajdę gene­rała Baia?

Ale żoł­nie­rze tylko się na niego gapili.

– Gene­rał Bai? U nas w Xuli nie ma nikogo o tym nazwi­sku.

Wyglą­dało na to, że jesz­cze nie został gene­ra­łem.

– A gdzie w takim razie jest Bai Jin? – Xie Lian zadał kolejne pyta­nie.

Żoł­nie­rze na­dal się w niego wpa­try­wali.

– A kto to ten Bai Jin?

Dziwne. Z tego, co wie­dział, Bai Jin dość wcze­śnie wsła­wił się na polu walki, żoł­nie­rze powinni przy­naj­mniej wie­dzieć, że ktoś taki ist­nieje. Xie Lian nie chciał o to wypy­ty­wać, ale nie miał wyj­ścia.

– To może sły­sze­li­ście o pew­nym nie­zrów­na­nie odważ­nym wojow­niku? W ser­cach wro­gów sieje strach, tylko umy­słowo tro­chę…

Tym razem się roze­śmiali, zanim zdą­żył dokoń­czyć.

– A, o nim mówisz! Szu­kasz tego idioty, trzeba było tak wcze­śniej!

Wska­zali mu mały lasek, a Xie Lian zarzu­cił na plecy kosz z zio­łami i ruszył na poszu­ki­wa­nia.

Poszło gładko. Gdy dotarł do lasku, w oddali zoba­czył sie­dzą­cego na drze­wie mło­dego męż­czy­znę i pomy­ślał, że to naj­praw­do­po­dob­niej Bai Jin. Nie wie­dział, czy może się tak po pro­stu poja­wić przed Nie­śmier­tel­nym Haftem, zde­cy­do­wał więc, że wesp­nie się na drzewo obok i będzie obser­wo­wał z ukry­cia.

To, co zoba­czył, było jed­nak dość dziwne.

Plotki gło­siły, że Nie­śmier­telny Haft był opóź­niony, ale ten męż­czy­zna na takiego nie wyglą­dał. Miał nieco ponad dwa­dzie­ścia lat, męskie rysy z odro­biną dzie­cię­cej mięk­ko­ści, twarz przy­stojną – choć nie dorów­ny­wał Pei Min­gowi – i sku­pioną, wzrok nie­zmą­cony, nie było w nim ani krzty igno­ran­cji, któ­rej Xie Lian się spo­dzie­wał. Xie Lian ni­gdy nie widział czło­wieka, który byłby jed­no­cze­śnie groźny jak tygrys i łagodny jak bara­nek.

Wyda­wało się, że zbiera coś z drzewa i wkłada do małego bam­bu­so­wego koszyka. Gdy usły­szeli, że ktoś wcho­dzi do lasu, Xie Lian i on od razu spoj­rzeli w dół, gdzie zoba­czyli mło­dego chło­paka z dziew­czyną.

Oczy­wi­stym było, że to pota­jemna schadzka kochan­ków.

Gałę­zie były tak gęste, a liście tak bujne, że mło­dzi nie zauwa­żyli dwóch ukry­wa­ją­cych się męż­czyzn. Tuląc się, oparli się o drzewo, na któ­rym sie­dział Bai Jin, i szep­tali z gło­wami pochy­lo­nymi do sie­bie. Oczy­wi­ście tylko im się wyda­wało, że szep­czą, bo scho­wany dość daleko od nich Xie Lian sły­szał wszystko dokład­nie, a co dopiero sie­dzący nad ich gło­wami Bai Jin.

– Jak długo twój ojciec zamie­rza zwo­dzić tego idiotę? – spy­tał chło­pak.

– Skąd mam wie­dzieć? – odparła dziew­czyna. – Mnie też to gnębi.

– Nie widzę, żeby cię gnę­biło – stwier­dził mło­dzie­niec zja­dli­wie. – Sły­sza­łem, że na polu bitwy jest nie­po­ko­na­nym boha­te­rem, wro­gów zabija bez liku, to robi ogromne wra­że­nie. Gene­rał Du ma tak wspa­nia­łego pod­wład­nego, że pew­nie nie może się docze­kać, by ogło­sić wasze zarę­czyny.

Dziew­czyna ude­rzyła go otwartą dło­nią.

– Co ty wyga­du­jesz? O kim ty myślisz, co ty sobie wyobra­żasz, czło­wieku bez serca? Uwa­żasz, że mój ojciec jest tak głupi, że naprawdę by mnie za niego wydał? Po pro­stu kusi go, jakby machał psu kością przed oczami. Kiedy pomy­ślę o tym, ilu ludzi zabił, zaczy­nam się go bać. Jakim cudem jesz­cze nie zgi­nął na polu bitwy? – Nie­mal wypluła te słowa.

Xie Lian usły­szał zale­d­wie kilka zdań, a już wie­dział, o kim mowa. Zmar­twiony zer­k­nął na sąsied­nie drzewo, ale tam­ten męż­czy­zna nie zare­ago­wał, nie ruszył się nawet. Para pod drze­wem na­dal się śmiała. Nagle dziew­czyna krzyk­nęła:

– Ktoś tam jest!

Chło­pak aż pod­sko­czył prze­stra­szony, oboje odsko­czyli od sie­bie.

– Dla­czego krzy­czysz?

Dziew­czyna zakryła rękami głowę.

– Przed chwilą… przed chwilą wła­śnie ktoś mnie czymś ude­rzył!

Przed chwilą.

Sły­sząc to, prze­stra­szony chło­pak rozej­rzał się dookoła.

– Ktoś tam jest? – spy­tał. – Kto? Musimy więc szybko… Aj!

Nagle zła­pał się za głowę, z czoła pocie­kła mu krew. Ledwo Bai Jin to zoba­czył, zesko­czył z drzewa. Xie Lian, który patrzył na to z daleka i nie mógł go powstrzy­mać, pomy­ślał, że będą kło­poty, to nie była przy­jemna sytu­acja!

Gdy tylko chło­pak i dziew­czyna zoba­czyli, że z nieba spadł przed nich czło­wiek, któ­rego tak długo obga­dy­wali, a do tego przy­ła­pał ich w trak­cie sekret­nego spo­tka­nia, prze­stra­szyli się nie na żarty. Bai Jin jed­nak ich nie zbesz­tał, tylko zapy­tał:

– Co wam się stało?

Ale gdzieżby mieli odwagę cokol­wiek jesz­cze powie­dzieć? Ucie­kli w te pędy, zosta­wia­jąc za sobą zdez­o­rien­to­wa­nego męż­czy­znę. Xie Lian nie był pewien, czy nie powi­nien zejść i z nim poroz­ma­wiać, kiedy dobiegł ich per­li­sty śmiech.

Bai Jin się odwró­cił, ale nikogo nie zauwa­żył.

– Tutaj! – ode­zwał się głos.

Docho­dził z góry. Bai Jin pod­niósł wzrok i zoba­czył odzia­nego w błę­kitne szaty mło­dzieńca, który oświe­tlony cęt­ko­wa­nym świa­tłem, z lek­kim pół­u­śmie­chem patrzył na niego spo­mię­dzy gęstych liści. Miał około szes­na­stu, sie­dem­na­stu lat, jasną, owalną twarz i deli­katne rysy. Rzu­cił w sto­ją­cego pod drze­wem Bai Jina gałązką.

– Ej, dla­czego im przed chwilą pomo­głeś?

– To ty w nich rzu­ca­łeś? – spy­tał Bai Jin, igno­ru­jąc pyta­nie.

– Nie wiesz, co robili? – Tam­ten rów­nież zigno­ro­wał jego słowa.

– Co robili? – odpo­wie­dział wresz­cie Bai Jin.

– Wyśmie­wali cię – odparł tam­ten z uśmie­chem.

– Tak?

– A nie? To oczy­wi­ste, że się jej nie podo­basz. Ona i jej ojciec tylko cię wyko­rzy­stują, chcą, żebyś myślał, że naprawdę za cie­bie wyj­dzie. Chcą cię nakło­nić do rzu­ce­nia się w ogień walki i ryzy­ko­wa­nia wła­snego życia, czy to nie jest wyko­rzy­sty­wa­nie?

Bai Jin zasta­na­wiał się przez chwilę, a w końcu powie­dział z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią:

– Myślę, że ona za dużo sobie wyobraża. Ile razy gene­rał Du mówił, że pozwoli mi się z nią oże­nić? A widzia­łem ją zale­d­wie parę razy, to oczy­wi­ste, że nie rzucę się dla niej w wir walki.

Z drzewa dobiegł sza­lony śmiech chło­paka, a Xie Lian pod­parł dło­nią czoło. Domy­ślał się, że prze­ło­żony Bai Jina, gene­rał Du, mówił takie rze­czy jak: „Jeśli będziesz mi słu­żył, wydam za cie­bie córkę i uczy­nię cię moim dzie­dzi­cem”, tyle że… Bai Jin mógł nie rozu­mieć tych suge­stii.

– A to, że jej się nie podo­bam, to prawda, ale to żadne zwo­dze­nie.

– Co takiego?

– Jestem idiotą, komu podo­bałby się idiota? – odparł Bai Jin.

Mówił poważ­nie. Powi­nien już być słyn­nym w całym Xuli wojow­ni­kiem, może nawet jedy­nym wybawcą. Było jed­nak oczy­wi­ste, że ludzie nie darzą go sza­cun­kiem, zwy­kli żoł­nie­rze nie znali nawet jego imie­nia, nazy­wali go po pro­stu „tym idiotą”. Na co dzień naj­wy­raź­niej go wyśmie­wano, a on sam nie miał poję­cia, że był boha­te­rem.

Chło­pak prze­stał się śmiać i zesko­czył z drzewa.

– Nie widzia­łem jesz­cze, żeby ktoś tak otwar­cie przy­zna­wał, że jest idiotą. Gdy­bym to wie­dział, nie pomógł­bym ci.

Xie Lian przy­glą­dał mu się uważ­nie, wresz­cie się potwier­dziło, że…

Tym mło­dzień­cem była Ling Wen w męskiej postaci!

Wcze­śniej tego nie zgadł, po pierw­sze, z uwagi na męską postać, po dru­gie, z racji wieku. Do tego w Wyż­szej Izbie Nie­bios Ling Wen zawsze miała poważny wyraz twa­rzy, który nie zdra­dzał żad­nych emo­cji. Xie Lian ni­gdy nie widział jej takiej, było to dla niego nowe i zaska­ku­jące.

Tym­cza­sem Ling Wen splótł ręce na ple­cach, pod­szedł do Bai Jina i z uśmie­chem mie­rzył go wzro­kiem, a Bai Jin z równą cie­ka­wo­ścią przy­pa­try­wał się jemu.

– Ale gdy dzi­siaj wró­cisz do domu, musisz uwa­żać – ostrzegł Ling Wen.

– Na co?

– Na małost­ko­wych ludzi. Byłeś świad­kiem schadzki tych dwojga. Będą się bali, że ujaw­nisz ich romans, na pewno więc roz­pusz­czą jakieś plotki, które ude­rzą w cie­bie.

– Takie rze­czy się dzieją?

Ling Wen się uśmiech­nął.

– Kiedy ktoś wyleje na cie­bie pomyje, nikt już nie uwie­rzy twoim sło­wom.

– Dla­czego miał­bym o tym mówić? – Bai Jin był zagu­biony. – Co mnie obcho­dzi ich miłość? To nie ma nic wspól­nego ze mną.

– Gdyby oni ujrzeli coś takiego, zaraz by o tym opo­wie­dzieli, dla­tego myślą, że ty też tak zro­bisz. Zga­duję, że dziew­czyna naj­praw­do­po­dob­niej powie ojcu, że zacho­wa­łeś się wobec niej nie­oby­czaj­nie, mia­łeś złe zamiary, ale ona ci nie ule­gła. W ten spo­sób będzie mogła cię oczer­nić w oczach ojca i pod­wa­żyć wia­ry­god­ność two­ich słów. Pod­su­mo­wu­jąc… – Pokle­pał Bai Jina po ramie­niu, które znaj­do­wało się wyżej niż głowa Ling Wena. – Na twoim miej­scu jak naj­szyb­ciej ruszył­bym za tamtą dwójką i ude­rzył pierw­szy.

– Co to zna­czy: ude­rzył pierw­szy?

– Pomyśl, spo­so­bów jest dużo. Mógł­byś na przy­kład ich prze­szu­kać i zabrać pry­watne przed­mioty albo kazać im spi­sać przy­zna­nie się do winy i je pod­pi­sać, tak że gdyby pisnęli choć słówko, ujaw­nił­byś wszystko bez lito­ści. Cokol­wiek, co sprawi, że będą się bali. Wszystko jest lep­sze niż zosta­wie­nie tego bez reak­cji.

Bai Jin oczy­wi­ście ni­gdy nie sły­szał cze­goś takiego. Długo wpa­try­wał się w Ling Wena, nie mogąc wydu­sić z sie­bie ani słowa. W końcu posta­no­wił spy­tać o coś istot­nego.

– Kim jesteś?

– Nazy­wam się Wen. – Ling Wen się uśmiech­nął. – Nie­ważne, kim jestem, ważne, byś zapa­mię­tał moje słowa, ina­czej spo­tka cię wiele cier­pie­nia.

Bai Jin jesz­cze usil­nie myślał, a gdy po chwili się odwró­cił, zdał sobie sprawę, że mło­dzie­niec znik­nął wśród drzew. Nie mógł powstrzy­mać zdzi­wie­nia. Z kolei Xie Lian zde­cy­do­wał się wyko­rzy­stać oka­zję i zbli­żyć się do Nie­śmier­tel­nego Haftu. Zesko­czył z drzewa. Nie zdą­żył powie­dzieć słowa, a Bai Jin już machał ręką na powi­ta­nie.

– Zie­la­rzu!

Xie Lian się nie spo­dzie­wał, że Motyli Sen i Nie­śmier­telny Haft zapew­nią mu tak prze­my­ślaną toż­sa­mość. A tu się oka­zuje, że jest zie­la­rzem, który zna się z Bai Jinem. Tam­ten poka­zał mu, co miał w swoim nie­wiel­kim bam­bu­so­wym koszu.

– To zioła, któ­rych potrze­bo­wa­łeś. Zna­la­złem bar­dzo dużo. Zer­k­niesz, czy nie zebra­łem jakichś nie­wła­ści­wych?

„Jestem zie­la­rzem”, powtó­rzył w gło­wie Xie Lian. Skru­pu­lat­nie prze­szu­kał koszyk pełen ziół na zatrzy­ma­nie krwa­wie­nia, opu­chli­znę, rege­ne­ra­cję mię­śni.

– Żad­nych nie­wła­ści­wych! Dzię­kuję za twój trud.

– W takim razie wra­cajmy! – powie­dział Bai Jin, zarzu­ca­jąc sobie na plecy kosz.

Xie Lian podą­żył za nim.

Szybko się zorien­to­wał, jak funk­cjo­nuje wewnętrzny świat Nie­śmier­tel­nego Haftu.

W ostat­nich latach pań­stwo Xuli ogar­nięte było cha­osem wojny, oblę­żone przez sąsied­nie kraje. W sto­licy roz­ło­żono wiele obo­zów woj­sko­wych, dużych i małych, które wci­skały się w prze­strzeń mię­dzy domami. Xie Lian był wędrow­nym tao­istą-medy­kiem, podró­żu­ją­cym od obozu do obozu. Taka toż­sa­mość wyda­wała się bar­dzo wygodna, mógł jed­no­cze­śnie widzieć się z Bai Jinem i zasię­gnąć języka w spra­wie Hua Chenga.

Im bar­dziej jed­nak roz­py­ty­wał, tym bar­dziej się mar­twił.

Nie było żad­nych wie­ści!

Jeśli wziąć pod uwagę naturę Hua Chenga, on sam powi­nien już od dawna szu­kać Xie Liana. Jakim cudem przez te kilka dni książę nie dostał od niego żad­nej wia­do­mo­ści?

To, że Xie Lian tak szybko zbli­żył się do pana tego wewnętrz­nego świata, wska­zy­wało na to, że Nie­śmier­telny Haft nie żywi wobec niego dużej wro­go­ści. Ale co z Hua Chen­giem?

Nie miał poję­cia, jaką toż­sa­mość mógł tutaj otrzy­mać Hua Cheng, nie wie­dział nawet, od czego mógłby zacząć roz­py­ty­wa­nie.

Pew­nego dnia pod pre­tek­stem zbie­ra­nia ziół Xie Lian chciał wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia. Zało­żył kape­lusz i wziął na plecy kosz, kiedy ode­zwał się Bai Jin:

– Zie­la­rzu, pójdę z tobą. Sły­sza­łem, że zarówno w samym mie­ście, jak i na zewnątrz roi się od złych mocy, jest bar­dzo nie­spo­koj­nie.

Cho­ciaż Xie Lian nie bał się żad­nych złych mocy, nie mógł odrzu­cić tej pro­po­zy­cji.

– W takim razie zapra­szam – zgo­dził się.

Szli uli­cami ogar­nię­tymi wojen­nym cha­osem, mija­jąc przy­go­to­wa­nych do ucieczki w każ­dym momen­cie miesz­kań­ców. Bai Jin pomógł wozowi z zaopa­trze­niem dostać się na zbo­cze.

– Zie­la­rzu – ode­zwał się nagle – czę­sto wędru­jesz po mie­ście. Czy znasz pani­cza z rodziny o nazwi­sku Wen? Mniej wię­cej takiego wzro­stu, szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, bar­dzo inte­li­gentny.

Xie Lian oczy­wi­ście wie­dział, o kogo pyta Bai Jin. „Inte­li­gentny, ale śmier­tel­nie nie­bez­pieczny”, pomy­ślał.

– Ni­gdy nie sły­sza­łem o kimś takim. Dla­czego pytasz?

– Chcę go pro­sić o przy­sługę – odparł Bai Jin.

– Pro­sić o przy­sługę? Jaką? – zdzi­wił się Xie Lian.

Przez ostat­nie dni, czy miał coś do zro­bie­nia czy też nie, Xie Lian nie spusz­czał oka z Bai Jina. Chciał się dowie­dzieć, kiedy naro­dziła się jego gorycz. Ona bowiem rodzi się z pra­gnień. Tyle że Bai Jin zda­wał się nie mieć żad­nych pra­gnień. Nie chciał pie­nię­dzy, nie marzył o korzy­ściach ani sła­wie, nie cho­wał urazy. Nawet ape­tytu nie miał zbyt sil­nego, a kiedy dys­po­no­wał pie­niędzmi, kupo­wał zna­jo­mym i niezna­jo­mym dzie­ciom książki albo jedze­nie. Nic dziw­nego, że przy­pi­sy­wano mu poten­cjał do wnie­bo­wstą­pie­nia – bar­dziej przy­po­mi­nał boga niż więk­szość bogów, któ­rych Xie Lian znał.

Pod­su­mo­wu­jąc, cho­ciaż Bai Jin ustę­po­wał innym rozu­mem, to nie spra­wiał im kło­potu. A to coś, czego wielu zwy­kłych ludzi nie umiało osią­gnąć. Xie Lian nie potra­fił zgad­nąć, jaką to sprawę Bai Jin ma do Ling Wen.

Bai Jin nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, bo prze­rwał im huk, nie­mal jakby zie­mia się zatrzę­sła. Zatrzy­mali się.

– Co się stało? – zapy­tał Xie Lian.

Sły­szał tylko sza­lony tętent. Po chwili poja­wiła się grupa jeźdź­ców w czerni ota­cza­jąca czar­nego konia, któ­rego dosia­dał jeź­dziec w czer­wo­nych sza­tach. Prze­mknęli tak szybko, że trudno było dostrzec ich syl­wetki, ale ruchy mieli zwinne. Za nimi podą­żały zakry­wa­jące zie­mię kłęby czar­nego dymu. Czło­wiek w czer­wieni popę­dził konia, pod­czas gdy czarni jeźdźcy w bły­sku mie­czy wal­czyli z ciem­no­ścią.

Naprawdę roiło się tu od złych mocy! Xie Lian się zdzi­wił, że w wewnętrz­nym świe­cie mogła ist­nieć tak potężna mroczna istota. Odrzu­cił bam­bu­sowy kosz i z wprawą wyrzu­cił w górę trzy żółte tali­zmany.

– Prze­pra­szam! – zawo­łał.

Nie umiał poskro­mić chęci znisz­cze­nia złej mocy przed sobą, cho­ciaż wszystko to było ilu­zją. Nie mógł mieć przy sobie Ruoye czy Dobrego Serca, pozo­stały mu zatem wła­sno­ręcz­nie pisane tali­zmany. Bai Jin odrzu­cił kosz na zioła i chciał mu pomóc, ale Xie Lian go powstrzy­mał.

– Sam sobie pora­dzę. Idź, powiedz ludziom w oko­licy, żeby się roz­pro­szyli, nie wolno się zbie­rać w grupy!

Bai Jin zro­bił, jak mu przy­ka­zano: odwró­cił się i ruszył przed sie­bie, zosta­wia­jąc Xie Lia­nowi resztę. Żeby unik­nąć czar­nej chmury, Xie Lian wzle­ciał w górę, prze­sko­czył ponad ramio­nami odzia­nych w czerń jeźdź­ców i rzu­cił kolejne trzy tali­zmany. W samo serce!

Czarna mgła się cof­nęła, a Xie Lian miękko wylą­do­wał na ziemi. Nie zdą­żył nawet ode­tchnąć, gdy przed oczami prze­mknął mu czer­wony cień. Postać w czer­wieni nie wia­domo kiedy zbli­żyła się do niego i jed­nym ruchem ręki zdjęła mu kape­lusz. Słońce świe­ciło tak mocno, że Xie Lian nie mógł otwo­rzyć oczu, pod­niósł więc rękę, by je prze­sło­nić.

– Co…

Nie dokoń­czył nawet ruchu, bo postać zła­pała go mocno za nad­gar­stek. Xie Lian przyj­rzał się jej bli­żej i wyba­łu­szył oczy.

– San­lang?!

Miał jakieś szes­na­ście, sie­dem­na­ście lat, jego uroda aż raziła, nosił czer­wony jak liście klonu strój do jazdy kon­nej, srebrny pas owi­jał mocno jego szczu­płą talię, na obu dło­niach miał ręka­wice z błysz­czą­cej czer­nią skóry jele­nia. Któż inny, jeśli nie nie­wi­dziany od kilku dni Hua Cheng?

Hua Cheng zła­pał go za rękę, prze­chy­lił głowę, przy obu policz­kach lekko koły­sały się srebrne kol­czyki w kształ­cie liści klonu.

– A skąd tu tao­ista? – spy­tał z uśmie­chem, uno­sząc brew. – Takie wpa­try­wa­nie się w ludzi jest bar­dzo nie­grzeczne.

Xie Lian bar­dzo długo nie widział Hua Chenga, z początku więc był roz­ra­do­wany, gdy jed­nak ten zaczął się z nim dro­czyć, nie mógł się powstrzy­mać, by nie rzu­cić, na poły roz­draż­niony, na poły roz­ba­wiony:

– To ty mnie zła­pa­łeś, ja tylko patrzy­łem. Dla­czego to ja jestem nie­grzeczny?

Hua Cheng nie zdą­żył nic powie­dzieć, gdy jeźdźcy w czerni zawo­łali:

– Śmia­łyś, tao­isto! Chcesz powie­dzieć, że nasz panicz jest nie­grzeczny?

– Już rozu­miem. – Xie Lian wypu­ścił powie­trze. – Przy­bra­łeś postać tutej­szego pani­cza? Pasuje ci. Dobrze, San­lang, nie droczmy się już, mamy dużo do zro­bie­nia, wróćmy i… San­lang?

Chciał uwol­nić dłoń, ale Hua Cheng mu nie pozwo­lił. Xie Lian użył tro­chę wię­cej siły, ale trzy­ma­jąca go ręka ani drgnęła.

Do Xie Liana dotarło nagle, że coś jest nie tak.

– …San­lang? – spró­bo­wał.

Hua Cheng się uśmiech­nął i pocią­gnął go za rękę tak mocno, że Xie Lian nie­malże wpadł mu w ramiona.

– Już przed chwilą chcia­łem cię zapy­tać: panie tao­isto, czy my się znamy? Dla­czego zwra­casz się do mnie tak poufale? San­lang. San­lang.

Hua Cheng zda­wał się sma­ko­wać te słowa. Uśmiech­nął się pro­mien­nie.

– Ład­nie brzmi. Nie­źle.

Chaos. Chaos. Chaos.

Kom­pletny chaos!

Xie Lian zaczął ana­li­zo­wać: Hua Cheng wcze­śniej mówił, że jego moce jesz­cze się nie zre­ge­ne­ro­wały, nie wia­domo, jak może się zmie­nić. Chyba że…

Chyba że wła­śnie tak?

Wyglą­dało na to, że Hua Cheng nie pamięta ani jego, ani sie­bie samego!

Xie Lian naprawdę nie wie­dział, jak zare­ago­wać na to, co się dzieje. Przez chwilę był oszo­ło­miony. Kątem oka zauwa­żył swój kape­lusz, który Hua Cheng trzy­mał w dru­giej dłoni. Odru­chowo wycią­gnął po niego rękę.

– Oddaj mi kape­lusz!

Hua Cheng jed­nak rzu­cił go za sie­bie, do jed­nego z jeźdź­ców. Następ­nie pochy­lił się lekko, zła­pał Xie Liana pod kolana i nie wia­domo jak przerzu­cił go przez ramię.

Świat przed oczami Xie Liana wywró­cił się w jed­nej chwili, a on sam poczuł się potrak­to­wany jak szma­ciany worek.

– Co robisz? Postaw mnie z powro­tem! – krzy­czał zszo­ko­wany.

Ale nic z tego. Hua Cheng z Xie Lia­nem prze­rzu­co­nym przez ramię lekko i zręcz­nie wsiadł z powro­tem na konia.

– W drogę, wra­camy! – zakrzyk­nął, ścią­ga­jąc wodze.

– Ty…

O co cho­dzi? Nawet jeśli jest pani­czem z boga­tego domu, to czy może tak po pro­stu pory­wać ludzi z ulicy? Xie Lian mógł użyć siły, ale nie wie­dział, jak dużą mocą dys­po­nuje w tej chwili Hua Cheng. Gdyby wal­czył z nim zbyt zaja­dle, mógłby go przy­pad­kiem zra­nić. Długo zma­gał się ze sobą. Wresz­cie, nie śmiąc się ruszyć w ogóle, po pro­stu roz­płasz­czył się na ple­cach Hua Chenga.

– Co ty robisz? – spy­tał zre­zy­gno­wany.

– Zła­pa­łem cię.

– O to wła­śnie pytam. Dla­czego mnie zła­pa­łeś?

– Nie możesz mnie za to winić, bra­cie tao­isto – dro­czył się Hua Cheng. – Nie­spo­kojne czasy, podej­rzani ludzie. Kogo mia­łem zła­pać, jak nie cie­bie?

– A jak ja niby jestem podej­rzany? Przed chwilą cię ura­to­wa­łem – zaczął się uspra­wie­dli­wiać Xie Lian. – San… Postaw mnie na ziemi, dobrze? Tak… jest mi nie­wy­god­nie.

Naprawdę było mu nie­wy­god­nie, w naj­mięk­szą część jego brzu­cha wci­skało się twarde ramię Hua Chenga.

– Niech będzie, jak sobie życzysz.

Powie­dziaw­szy to, rze­czy­wi­ście zdjął Xie Liana z ramie­nia i posa­dził na koniu przed sobą. W jego ramio­nach Xie Lian onie­miał jesz­cze bar­dziej.

– I co, bra­cie tao­isto, nie masz już nic do powie­dze­nia? – spy­tał Hua Cheng.

Sie­dział za nim, a że był od niego wyż­szy, kiedy mówił, prze­chy­lał głowę i nachy­lał mu się do ucha. Xie Lian czuł się jesz­cze bar­dziej nie­zręcz­nie, jakby był małym dziec­kiem w jego obję­ciach.

– Chcę zsiąść… – powie­dział.

Chciał się odwró­cić i zesko­czyć z konia, ale w obec­nej pozy­cji wyda­wało się to bar­dzo nie­zręczne. Chciał się gdzieś oprzeć, ale szybko sobie uświa­do­mił, że dotyka ud Hua Chenga. Nie zdą­żył jesz­cze się zorien­to­wać, co się dzieje, a Hua Cheng zła­pał go za nad­gar­stek, pod­niósł i ostrzegł pół żar­tem, pół serio:

– Chyba tro­chę prze­sa­dzasz. Kaza­łeś mi cię puścić, puści­łem, a znowu się wier­cisz. Co wła­ści­wie chcesz zro­bić, hm?

Hua Cheng zawsze miał cięty język i zazwy­czaj Xie Lian nie potra­fił go prze­ga­dać. Teraz tym bar­dziej nie miał jak się odgryźć, mógł jedy­nie patrzeć onie­miały. Hua Cheng roze­śmiał się tylko, zakrzyk­nął cicho, a czarny koń ruszył galo­pem. Xie Lian z miej­sca wpadł mu znów w ramiona.

– Wol­niej! – zawo­łał prze­stra­szony.

– Ależ czego się boisz? Jestem tutaj, nie pozwolę ci spaść! – Hua Cheng jedną ręką pro­wa­dził konia, a drugą oplótł Xie Liana w pasie.

Mimo tak oso­bli­wej sytu­acji te słowa w jakiś nie­wy­po­wie­dziany spo­sób go uspo­ko­iły. W tym momen­cie coś ubo­dło go w plecy. Xie Lian wycią­gnął rękę. Oka­zało się, że to bicz, który Hua Cheng zatknął za srebrny pas. Bicz miał kolce, Xie Lian ukłuł się i natych­miast cof­nął dłoń. Hua Cheng pochy­lił głowę.

– Nie macaj tak na oślep – ostrzegł.

Zwi­sa­jące z jego uszu srebrne liście klonu zadrżały, a razem z nimi serce Xie Liana. Przed oczami poja­wiły mu się gwiazdy, już nie śmiał wyko­ny­wać żad­nych cha­otycz­nych ruchów.

Jechali z impe­tem, jeźdźcy i konie. Xie Liana zdzi­wił widok „rezy­den­cji” Hua Chenga: czyż nie był to Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy? Prze­cież to wewnętrzny świat Nie­śmier­tel­nego Haftu, wszystko tu powinno być zgodne z pamię­cią albo wolą wła­ści­ciela. Stwo­rze­nie cze­goś z niczego było rów­nie trudne jak wnie­bo­wstą­pie­nie, a Hua Cheng tak bez­ce­re­mo­nial­nie prze­niósł tu swój Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy!

Gdy tylko zsie­dli z konia, Hua Cheng zapro­wa­dził Xie Liana do wiel­kiej sali. Na jej tyłach stała znana Xie Lia­nowi ława z czar­nego jade­itu przy­kryta ogromną skórą bia­łego tygrysa. Za życia z pew­no­ścią musiał być iście krwio­żer­czą bestią. Xie Lian wciąż był zagu­biony w myślach, gdy Hua Cheng po pro­stu posa­dził go na tygry­siej skó­rze.

Xie Lian sie­dział na niej sztywno wypro­sto­wany i cał­ko­wi­cie onie­miały. Hua Cheng stał przed nim z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi na piersi, jakby był bar­dzo z sie­bie zado­wo­lony, i mie­rzył go wzro­kiem. Xie Lian czuł się jak dro­go­cenny bibe­lot. Patrzył na Hua Chenga sztywno. Nie miał poję­cia, jak z nim teraz roz­ma­wiać, ten zaś opadł na tygry­sią skórę obok niego.

– Podoba ci się, gege? – spy­tał z uśmie­chem.

Kiedy wypo­wie­dział to słowo, brzmiało to pra­wie, jakby stary Hua Cheng powró­cił. Serce Xie Liana zadrżało.

– Hm?

– Podoba ci się? – Hua Cheng pokle­pał głowę tygrysa.

Xie Lian nie potra­fił zro­zu­mieć ście­żek, jakimi wędro­wał umysł tam­tego, mógł więc tylko za nim podą­żać.

– Skóra? Jest impo­nu­jąca i piękna…

Hua Cheng usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami.

– Ja go ubi­łem – pochwa­lił się. – Nie­źle, prawda?

– Tak, nie­źle… Ale pani­czu, zabierz mnie z powro­tem, dobrze?

Xie Lian musiał obser­wo­wać Bai Jina, żeby nie prze­ga­pić żad­nego istot­nego szcze­gółu. Hua Cheng zer­k­nął na niego z ukosa.

– Jak mnie przed­tem nazy­wa­łeś?

Xie Lian nie miał wyj­ścia, więc się popra­wił:

– San­lang. San­lang, czy możesz mnie zabrać z powro­tem?

Hua Cheng poło­żył się obok niego z głową zło­żoną na rękach.

– Nie.

Xie Lian zamarł. Wła­ści­wie dla­czego? Chyba dla­tego, że do tej pory Hu Cheng ni­gdy nie powie­dział mu „nie”, tego się więc nie spo­dzie­wał.

– Dla­czego mnie tutaj trzy­masz? – spy­tał.

– Dla­czego? – Hua Cheng prze­krzy­wił głowę. Pomy­ślał chwilę, po czym odpo­wie­dział szybko: – Ja też nie wiem dla­czego. Ale kiedy ujrza­łem twoją twarz, pomy­śla­łem, że wygląda zna­jomo. Dla­tego nie możesz sobie iść, nie ma co pytać dla­czego.

Gdy Xie Lian to usły­szał, jego serce zadrżało. Naprawdę miał wielką ochotę poca­ło­wać go w czoło, ale się nie ośmie­lił. Co, jeśli Hua Cheng sobie póź­niej wszystko przy­po­mni?

– Ale mam bar­dzo ważną sprawę do zała­twie­nia, nie­cier­piącą zwłoki. Naprawdę nie da rady? – mówił mięk­kim gło­sem, pró­bu­jąc coś wskó­rać.

Hua Cheng pokle­pał skórę tygrysa i zarzu­cił nogę na nogę.

– Jaką sprawę? Powiedz, pomogę ci – zapro­po­no­wał, jakby chciał się wydać bar­dzo wia­ry­godny.

Nagle za oknem roz­le­gło się wycie. Hua Cheng natych­miast spo­waż­niał, usiadł i wycią­gnął rękę, jakby chcąc go ochro­nić. Xie Lian pod­niósł wzrok, ale na zewnątrz zoba­czył tylko kłęby czar­nej mgły, jakby tysiące duchów i demo­nów bez ustanku dra­pały pazu­rami w okna, drzwi i ściany. Dźwięk ten wwier­cał się w głowę, spra­wiał, że miało się ochotę zatkać uszy i krzy­czeć. Hua Cheng nie pamię­tał teraz, że jest budzą­cym postrach władcą demo­nów, ale jego praw­dziwa natura pozo­sta­wała nie­zmienna. Na widok tak prze­ra­ża­ją­cej sceny na jego twa­rzy nie poja­wił się nawet cień stra­chu.

– No i zepsuli zabawę – mruk­nął.

Zawa­hał się, po czym owi­nął Xie Liana w tygry­sią skórę.

Xie Lian, otu­lony jak dziecko w powi­ja­kach, nie wie­dział, czy się śmiać czy pła­kać. Pomy­ślał jed­nak, że tro­chę przej­rzał spo­sób dzia­ła­nia Hua Chenga. Jakby to powie­dzieć… Ten Hua Cheng rów­nie łatwo wpa­dał w dobry, co w zły nastrój. Pod pew­nymi wzglę­dami był nawet bar­dziej… nie­okieł­znany. Nie­ty­powo kapry­śny.

– Co jest tam, na zewnątrz? – spy­tał Xie Lian, wysta­wia­jąc głowę z tygry­siej skóry.

Hua Cheng wziął do ręki jakąś książkę, prze­kart­ko­wał ją, odło­żył, po czym wziął drugą i zro­bił to samo.

– Nie przej­muj się, codzien­nie tu przy­cho­dzą. Róbmy swoje. Tutaj nic ci nie uczy­nią. Chcesz poczy­tać?

Jakby w oba­wie, że Xie Lian się znu­dzi, Hua Cheng wło­żył mu w ręce pie­czo­ło­wi­cie wybraną książkę. Xie Lian nawet nie rzu­cił na nią okiem. Pomy­ślał chwilę i wresz­cie zro­zu­miał, co tu się dzieje.

Te istoty na zewnątrz – tak Nie­śmier­telny Haft bro­nił się przed Hua Chen­giem.

W świe­cie wewnętrz­nym Nie­śmier­tel­nego Haftu Hua Cheng ucho­dził za nie­bez­pieczną per­sonę. Dla­tego też powstały tu demony i potwory, które nie­ustan­nie go ata­ko­wały, aby nie robił tego, co mu się żyw­nie podoba, i niczego nie znisz­czył.

Ale Hua Cheng miał spo­soby, by się przed tymi ata­kami bro­nić.

Cho­ciaż nie wydo­brzał i nie miał mocy, a do tego nie pamię­tał samego sie­bie, to siła jego umy­słu była tak wielka, że potra­fił zmie­nić wewnętrzny świat Nie­śmier­tel­nego Haftu i zdo­łał zbu­do­wać tutaj wła­sne tery­to­rium – Dom Naj­wyż­szej Ucie­chy.

„Dom” to tak naprawdę meta­fora twier­dzy. Wewnątrz tego Domu Naj­wyż­szej Ucie­chy Hua Cheng pozo­sta­wał panem, był tu cał­ko­wi­cie bez­pieczny. Wystar­czy jed­nak, że prze­kro­czy próg, a zosta­nie zaata­ko­wany przez „demony”.

Nic dziw­nego, że Bai Jin wspo­mi­nał o spra­wia­ją­cych kło­poty demo­nach. Poja­wiały się zapewne dla­tego, że mimo ich nie­ustan­nej obec­no­ści Hua Cheng wciąż wycho­dził… szu­kać Xie Liana. Nie pamię­tał samego sie­bie ani Xie Liana, ale był pewien jed­nego: chciał spro­wa­dzić Xie Liana do Domu Naj­wyż­szej Ucie­chy, mając mgli­ste poczu­cie, że to naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce.

Xie Lian spoj­rzał na Hua Chenga, który stwier­dziw­szy, że gościowi nie podoba się czy­ta­nie książki, zaczął prze­trzą­sać pokój w poszu­ki­wa­niu innych roz­ry­wek. Xie Lian był jesz­cze bar­dziej zde­ter­mi­no­wany.

Koniecz­nie nale­żało ukoić gorycz Nie­śmier­tel­nego Haftu!

Gdy tylko odwi­nął się ze skóry, Hua Cheng natych­miast go ostrzegł:

– Tao­isto, gege, nie odchodź!

– Nie odcho­dzę. Zabie­ram cię ze sobą. Chcesz ze mną iść? Pój­dziemy… się zaba­wić? Nie martw się, na pewno zdo­łam cię ochro­nić – nama­wiał Xie Lian, naj­ła­god­niej jak umiał.

Jak Hua Cheng mógłby się nie zgo­dzić? Nie chciał się nudzić w swo­jej rezy­den­cji, led­wie więc usły­szał, że Xie Lian chce go dokądś zabrać, od razu zapa­lił się do tego pomy­słu.

– Wciąż ktoś jest na zewnątrz, nie­bez­piecz­nie jest wycho­dzić – ostrzegł, marsz­cząc brwi.

Wyda­wał się naprawdę chętny, ale i zmar­twiony. Xie Lian znów czuł rosnącą chęć, by poca­ło­wać go w czoło albo poli­czek. Opie­ra­nie się temu pra­gnie­niu spra­wiało mu dużo trud­no­ści.

– Nie­ważne. Nie mogą mnie zra­nić, patrz! – powie­dział i rzu­cił w stronę okna tali­zman.

Posta­cie krzyk­nęły i roz­pły­nęły się jak gęsty tusz w wodzie. Xie Lian z uśmie­chem cof­nął dłoń.

– I jak? Czyż gege-tao­ista nie jest nie­zły? Nie będziesz się mar­twić? – Pomy­ślał chwilę, po czym dodał: – Jeśli chcesz iść ze mną, będę ci towa­rzy­szył codzien­nie… o!

Hua Cheng porwał go w ramiona i wybiegł na zewnątrz, gdzie cze­kał wspa­niały i zwinny czarny koń. Xie Lian zasta­no­wił się prze­lot­nie, czy przy­pad­kiem przed chwilą po pro­stu nie oszu­kał mło­dzika. I gdy zoba­czył konia, zamarł w pół kroku, a na jego twa­rzy poja­wił się nie­po­kój.

– Chcesz jechać konno?

Naje­żony kol­cami bicz Hua Chenga świ­snął w powie­trzu.

– Tao­isto, gege, boisz się jazdy kon­nej? Spo­koj­nie, będę z tyłu. Ja też będę cię ochra­niał.

Sły­sząc, jak Hua Cheng powta­rza jego wła­sną solenną obiet­nicę, Xie Lian miał ochotę zatkać sobie uszy.

– Nie bądź taki! Kto niby mówi, że boję się jazdy kon­nej?

Nie chciał jechać na koniu wła­śnie dla­tego, że Hua Cheng był z tyłu!

Osta­tecz­nie nie zdo­łał się oprzeć i obaj dosie­dli konia. Pędzili drogą, a Hua Cheng przez cały czas się śmiał, roz­ba­wiony do gra­nic moż­li­wo­ści. Xie Lian z kolei przy­bity. Wzdłuż drogi, po obu stro­nach, stało pełno ludzi i cho­ciaż Xie Lian wie­dział, że to nie są praw­dziwe osoby, miał ochotę scho­wać twarz w koń­skiej grzy­wie.

Nie zoba­czył jed­nak ni­gdzie Bai Jina. Dotarli do przed­mieść. Bai Jin miał tu wła­sno­ręcz­nie zbu­do­wany nie­duży domek. Sam w nim nie miesz­kał, bywał tam jedy­nie, ale wiele dzieci ulicy albo z bied­nych rodzin przy­cho­dziło tu, by się bawić lub pomiesz­ki­wać. Wyglą­dało na to, że kiedy nie był na polu bitwy, Bai Jin wolał spę­dzać czas z dziećmi niż z doro­słymi.

Hua Cheng skie­ro­wał konia w tę stronę. Nie zacze­kał, aż Xie Lian zsią­dzie, tylko zła­pał go w pasie i posta­wił na ziemi.

– Gege, tao­isto, po co mnie tutaj zabra­łeś? Co tu jest cie­ka­wego? Za dużo dzie­cia­ków.

„To wcale nie tak, że nie umiem jeź­dzić konno”, pomy­ślał Xie Lian. „Wła­ści­wie jestem w tym cał­kiem dobry. Dla­czego się na to zgo­dzi­łem?”

– I co z tego? Nie lubisz dzieci? – spy­tał bez­rad­nie.

– Nie.

Xie Lian nie wie­dział, co o tym myśleć. „Więc to tak”, pomy­ślał. Wcze­śniej nie miał poję­cia, że Hua Cheng nie lubi dzieci.

– Dzieci to same kło­poty! – oznaj­mił Hua Cheng z naci­skiem.

W tym momen­cie z domku wyszedł Bai Jin, cią­gnąc za sobą dwójkę pła­czą­cych malu­chów ucze­pio­nych jego spodni.

– Zie­la­rzu, wró­ci­łeś! Chodź, pomóż mi! – popro­sił, gdy tylko zoba­czył Xie Liana.

Wyraz twa­rzy Hua Chenga się nie zmie­nił, ale brwi zmarsz­czyły się lekko. To samo zro­bił Bai Jin, spoj­rzaw­szy na dwóch nie­spo­dzie­wa­nych gości. Wyglą­dało na to, że obaj, cho­ciaż nie byli tego świa­domi, pod­skór­nie wyczu­wali, że ten drugi jest nie­bez­pieczny. Xie Lian wkro­czył mię­dzy nich i chwy­cił dzieci za ręce.

– Co z nimi? – spy­tał.

Bai Jin spoj­rzał w bok i podra­pał się po gło­wie.

– Bili się i upa­dli. Przed chwilą szu­ka­łem cię na uli­cach, gdzie znik­ną­łeś?

– Nic mi nie jest, prze­pra­szam, że musia­łeś się o mnie mar­twić. Spo­tka­łem po dro­dze zna­jo­mego i zapro­sił mnie do sie­bie – mówił z uśmie­chem Xie Lian, rów­no­cze­śnie zręcz­nie pocie­sza­jąc dzieci, opa­tru­jąc ich rany i sma­ru­jąc maścią.

Bai Jin już miał coś powie­dzieć, kiedy nagle zaświe­ciły mu się oczy i ruszył do przodu. Xie Lian podą­żył za nim wzro­kiem i jego uśmiech natych­miast zgasł. „Przy­szedł!”, pomy­ślał.

Zoba­czył mło­dzieńca w nie­bie­skich sza­tach, który prze­cha­dzał się nie­spiesz­nie z rękoma sple­cio­nymi za ple­cami, jakby tylko przy­pad­kiem był w pobliżu.

– Pocze­kaj! – krzyk­nął za nim Bai Jin.

Tym mło­dzień­cem był oczy­wi­ście Ling Wen. Ledwo się odwró­cił, a Bai Jin na niego wpadł.

– Wszę­dzie cię szu­ka­łem! Wresz­cie przy­sze­dłeś! – wołał rado­śnie.

Ling Wen powoli i spo­koj­nie ode­pchnął go jed­nym pal­cem.

– Nie szarp mnie.

Bai Jin od razu go puścił. Ling Wen spoj­rzał na niego i dodał z uśmie­chem:

– Jakże to? Poprzed­nim razem pora­dzi­łem ci uwa­żać. Czyż­bym mówił coś nie tak?

– Wła­śnie o tym chcia­łem z tobą poroz­ma­wiać – odparł Bai Jin. – Jesteś taki mądry, wszystko mówi­łeś słusz­nie. Gdy sobie poszli, zacho­wali się dokład­nie tak, jak powie­dzia­łeś.

– Zapa­mię­ta­łeś, co ci kaza­łem? – spy­tał Ling Wen. – Tamta dwójka to w grun­cie rze­czy tchó­rze, jeśli dasz im lek­cję, tak jak ci mówi­łem, nie ośmielą się roz­sie­wać plo­tek.

– Nie – odpo­wie­dział Bai Jin z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią. Robił tyle, co stu ludzi, gdzieżby miał czas?

– Jesteś naprawdę głupi. – Ling Wen wes­tchnął. – Pod­po­wie­dzia­łem ci roz­wią­za­nie, a ty nawet z niego nie sko­rzy­sta­łeś.

– Nie­ważne – zbył go Bai Jin. – Mam inną rzecz, o którą chciał­bym cię pro­sić. Wen-di1, może mógł­byś przy­cho­dzić tutaj i uczyć te dzieci?

Ling Wen patrzył na niego i nie odpo­wia­dał, nie wia­domo czy dla­tego, że się nie spo­dzie­wał aku­rat takiej prośby, czy z powodu tego zwrotu. Bai Jin zro­zu­miał, że mło­dzie­niec nie ma ochoty, więc odpiął wiszący u pasa mie­szek z pie­niędzmi, otwo­rzył i mu poka­zał.

– Zapłacę. To wszystko dla cie­bie.

Ling Wen rzu­cił okiem do środka.

– Skoro masz tyle pie­nię­dzy, dla­czego nie pój­dziesz popro­sić nauczy­ciela? – spy­tał.

– Pro­si­łem. – Bai Jin pokrę­cił głową. – Ale oni nie są dobrzy.

Xie Lian domy­ślał się, o co cho­dziło. Kil­ka­set lat temu nie było tak wielu uczo­nych, Bai Jin mógł nie znać żad­nych wiel­kich talen­tów albo nie odróż­niał ich od prze­cięt­nych. Nawet gdyby zna­lazł przy­pad­kiem kogoś, kto przez kilka lat się uczył, nikt nie mógłby go nad­zo­ro­wać, byłby więc pew­nie nie­dbały i trak­to­wał wszyst­kich jak idio­tów.

– Kiedy nikt się nie zaj­muje dziećmi, mogą wyro­snąć na głup­ców. Nie można do tego dopu­ścić – wymam­ro­tał pod nosem Bai Jin.

– Kto tak mówi? – zaopo­no­wał Ling Wen. – Mną nikt się nie zaj­mo­wał, a prze­cież nie wyro­słem na głupca.

Wyda­wało się, że Bai Jin nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć, patrzył więc tylko na niego.

– A wła­ści­wie to dla­czego mnie szu­ka­łeś? Widzie­li­śmy się tylko raz. Czy ja ci wyglą­dam na dobrego, cier­pli­wego czło­wieka? Dla­czego uzna­łeś, że się zgo­dzę?

Twarz Bai Jina poczer­wie­niała, jakby z całych sił sta­rał się wymy­ślić coś, co prze­ko­na­łoby „mistrza” do ucze­nia dzieci. Xie Lian spoj­rzał na niego i pomy­ślał, że jest godny poża­ło­wa­nia. Bai Jin uwa­żał Ling Wena za mądrego i życz­li­wego, bo tam­ten pod­czas pierw­szego spo­tka­nia ostrzegł go przed parą kochan­ków. Pokła­dał więc w nim duże nadzieje, do tego przy­go­to­wał sowitą zapłatę i zupeł­nie się nie spo­dzie­wał, że spo­tka się z chłodną odmową. Gdyby to nie był wewnętrzny świat Nie­śmier­tel­nego Haftu, gdyby Xie Lian nie czuł nie­chęci, by zmie­niać szcze­góły jego wspo­mnień, na pewno by inter­we­nio­wał. Nagle, gdy Bai Jin nie wie­dział już, co ze sobą zro­bić, Ling Wen wes­tchnął.

– A dzieci? – spy­tał.

Bai Jin patrzył.

– Naj­pierw pokaż mi, jakie dzie­ciaki miał­bym uczyć – dodał Ling Wen.

I tak zacią­gnięto go do pracy.

Trzeba przy­znać, że Ling Wen zasłu­gi­wał na miano przy­szłego pierw­szego boga-urzęd­nika Wyż­szej Izby Nie­bios. Nawet kiedy uczył grupę wio­sko­wych sie­rot, które nie miały żad­nych pod­staw, potra­fił wyja­śnić trudne zagad­nie­nia w przy­stępny spo­sób. Xie Lian stwier­dził, że jego naj­więk­szym atu­tem była umie­jęt­ność obu­dze­nia w dzie­ciach zain­te­re­so­wa­nia – gdy już się poja­wiło, same zaczy­nały wyka­zy­wać chęć do nauki. W ten spo­sób nawet poje­dyn­cza lek­cja dawała efekt. Widząc dzieci z roz­ło­żo­nymi na stole książ­kami, Bai Jin cie­szył się nie­zmier­nie:

– Wen-di, nie mia­łem poję­cia, że jesteś aż tak mądry!

Ling Wen jedną ręką pod­pie­rał czoło, a drugą zapi­sy­wał na kartce treść lek­cji.

– To ty jesteś za głupi! – Wes­tchnął.

Fak­tycz­nie można było tak to ująć. Kiedy dzieci uczest­ni­czyły w lek­cji, Bai Jin też słu­chał z rękami sple­cio­nymi na piersi. Ale już po godzi­nie, gdy ucznio­wie zapa­mię­tali po kil­ka­set zna­ków, Bai Jin nie zapa­mię­ty­wał nic, a co zapa­mię­tał, to zapo­mi­nał i nawet z wła­snym imie­niem miał pro­blem.

Zda­niem Xie Liana była to jed­nak raczej kwe­stia urazu niż opóź­nie­nia umy­sło­wego, tak jak zerwane ścię­gna unie­moż­li­wiają rusza­nie pal­cami. Miał kie­dyś zna­jo­mego, który był bystrym stu­den­tem, ale pew­nego razu ktoś go popchnął i ten ude­rzył głową o róg stołu. Gdy rana się wygo­iła, na widok pisma zaczy­nała boleć go głowa. Gapił się usil­nie na znaki, które wcze­śniej znał, i nie potra­fił ich prze­czy­tać, a co dopiero napi­sać. W końcu nie miał wyj­ścia i musiał się zająć zbie­ra­niem śmieci.

Ling Wen poło­żył nogę na stołku i zabęb­nił pal­cami w blat stołu. Bai Jin zebrał się, by roze­trzeć dla niego tusz. Nie prze­sta­wał go przy tym chwa­lić:

– Jesteś taki mądry i dobry.

– Nie będę ukry­wał, przez całe życie nikt mi nie mówił, że jestem dobry. – Ling Wen się uśmiech­nął.

W środku trwała lek­cja, a Xie Lian sie­dział w drzwiach drew­nia­nego domku i roz­drab­niał zioła. Znu­dzony Hua Cheng przy­cup­nął obok i od nie­chce­nia poma­gał je sor­to­wać. Wypro­sto­wał dłu­gie nogi, oczy osło­nił przed deli­kat­nym świa­tłem słońca, wyglą­dał na zado­wo­lo­nego. Spo­strzegł jed­nak, że Xie Lian cały czas zagląda do środka, upu­ścił mu więc gałązkę przed twa­rzą. Xie Lian jej nie zauwa­żył, zatem Hua Cheng wycią­gnął nogę w jego kie­runku, buty, w któ­rych zwi­sały srebrne łań­cuszki, dotknęły jego nogi.

Xie Lian dopiero wtedy się ock­nął.

– Co jest? – zapy­tał.

Zoba­czyw­szy, że odzy­skał jego uwagę, Hua Cheng się roz­pro­mie­nił.

– Prze­pra­szam, pew­nie się nudzisz – powie­dział zawsty­dzony Xie Lian.

– Nie – odparł Hua Cheng. – Ale co jest cie­ka­wego w patrze­niu, jak uczą się zna­ków? Brzyd­kie, nie patrz na to.

Przed chwilą Ling Wen uczył dzieci, jak mają zapi­sać swoje imiona. Po pod­ło­dze walały się strzępy papieru, ciemne plamy tuszu na papie­rze wyglą­dały jak brud, jedna gor­sza od dru­giej, naprawdę nie dało się na to patrzeć. Xie Lian pomy­ślał w duchu, że Hua Cheng nie­ko­niecz­nie miał lep­sze pismo. Zoba­czył, że kil­koro star­szych dzieci zerka na nich z dez­apro­batą. Hua Cheng zacho­wy­wał się prze­cież jak aro­gancki pani­czyk, ale nikt nie śmiał powie­dzieć ani słowa. Ling Wen łyp­nął na nich, po czym zawo­łał jedno z dzieci:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dosłow­nie: młod­szy bra­cie Wen, poufała forma (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­czek). [wróć]