Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Podróż przez Kuźnię trwa. Z każdym krokiem w głąb Motylego Snu Xie Lian i Hua Cheng zagłębiają się w przeszłość ludzi i bogów, próbując uleczyć gromadzone przez stulecia gorycz i urazę.
Wciągając ich w kolejne opowieści, Nieśmiertelny Haft przywołuje wspomnienia bolesne nie tylko dla Xie Liana. Czy losy niebios i śmiertelnych są na zawsze związane z iluzjami Kuźni?
Choć Xie Lian zawsze może liczyć na Hua Chenga, ten wciąż nie odzyskał pełni mocy, a Ling Wen pozostaje pod władzą Nieśmiertelnego Haftu. Wygląda na to, że tym razem książę będzie musiał samotnie zmierzyć się z Bielą bez Twarzy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 368
Published originally under the title of 《天官赐福》 (Heaven Official’s Blessing)
Copyright © 墨香铜臭 (Mo Xiang Tong Xiu) Polish edition rights under license granted by 北京晋江原创网络科技有限公司 (Beijing Jinjiang Original Network Technology Co., Ltd.) Polish edition copyright © 2026 Wydawnictwo Czarna Owca Polish edition arranged through JS Agency Co., Ltd Copyright © 2026 for the Polish translation by Aleksandra Woźniak-Marchewka, Natalia Chudzyńska
All rights reserved
Ostrzeżenie Ta książka zawiera drastyczne sceny oraz wulgarny język i jest przeznaczona dla dorosłych czytelniczek i czytelników.
Redaktorka prowadząca: Agnieszka Radzikowska Redakcja i konsultacja: Agnieszka Szmatoła Korekta: Ewa Skibińska, Lena Marciniak, Marta Tyczyńska-Lewicka Ilustracja okładkowa, rysunki postaci, wyklejka (oprawa twarda): iideprzeciez Ilustracje kolorowe (oprawa twarda): mousy maja studio by Maja Solecka; PalsonArt Paulina Bochniak; Ewa Gawdzińska (Seiraheron); Agnieszka ‚Gokunobaka’ Szajewska Ilustracje czarno-białe: Weronika „v-0-3” Mieczkowska Projekt okładki i przygotowanie do druku: Natalia Twardy Konsultacja: Paulina „yue” Brzozowska, Iza „Glonik” Chlebowska, Małgorzata „Roshanke” Derewicz Danmei Project, Karolina „kardro” Stolarek, Joanna „Szyszka” Pastuszka-Roczek, Weronika „Liuhao” Skoczek Konsultacja graficzna okładki: Anna „Otai” Kmiecik Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-936-4
Imię: Xie Lian
Aliasy: Hua Xie
Przydomki: Książę, Który Raduje Bogów, Radujący Bogów, Kwietny Bóg-Wojownik, Kwietny Generał/Generał Hua
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Pawilon Xianle w stolicy Niebios
Miejsce urodzenia: Xianle (następca tronu)
Data urodzenia: 15 lipca
Wzrost: 178 cm
Znaki szczególne: dwie Przeklęte Obręcze
Broń: wstęga Ruoye, miecz Dobre Serce
Ekwipunek: słomkowy kapelusz, zawieszony na szyi pierścień
Istotne informacje: wniebowstąpił trzykrotnie, dwukrotnie zdegradowany, jeden z Czterech Wielkich Legend
„Po dłuższej chwili płaska warstwa śniegu zatrzęsła się dwa razy, a z jej wnętrza nagle wystrzeliła dłoń. Niespokojnie macała puch, niedługo później pokazało się ramię, a za nim głowa. Pokryta śniegiem postać wzięła głęboki wdech i zakaszlała.
Był to Xie Lian. Po męczącej walce wreszcie się wygrzebał spod grubego śniegu, czując się, jakby wstał z grobu. Miał zdrętwiałą twarz i dłonie, więc chuchnął na nie ciepłym oddechem. Odwrócił głowę, bezmyślnie błądząc wzrokiem po otoczeniu. W tej bezgranicznej śnieżnej przestrzeni nie było ani śladu czerwieni.
Xie Lian nie mógł jednak tak po prostu krzyczeć, ponieważ kolejna lawina mogłaby spowodować całkowitą katastrofę.
Mógł jedynie wstać i samotnie wędrować po krainie skutej śniegiem i lodem, aby odnaleźć Hua Chenga. Co dziwne, teraz jego samotna wędrówka wydawała się o wiele zimniejsza. Wyczuwał, że coś było nie tak, chociaż nie do końca wiedział co, więc półprzytomny szedł dalej. Nie miał pojęcia, ile przeszedł, gdy nagle pośród zamieci zauważył postać. Jej białe ubrania i czarne włosy powiewały na wietrze.
Widok innego człowieka nieco podniósł Xie Liana na duchu”.
Imię: Hua Cheng
Przydomki: Krwawy Deszcz w Poszukiwaniu Kwiatu, Sanlang
Ranking: armagedon – władca demonów
Gdzie go szukać: Dom Gry lub Dom Najwyższej Uciechy w Mieście Duchów, często przebywa w Kasztanowym Przybytku
Wzrost: 190 cm
Znaki szczególne: opaska na prawym oku
Broń: zakrzywione ostrze losu Eming
Ekwipunek: dzwoneczki przy butach, srebrne karwasze, wpleciony w warkocz czerwony koralik
Istotne informacje: jeden z Czterech Wielkich Gróz
Specjalna umiejętność: srebrne motyle, krwawy deszcz
„Czarna mgła się cofnęła, a Xie Lian miękko wylądował na ziemi. Nie zdążył nawet odetchnąć, gdy przed oczami przemknął mu czerwony cień. Postać w czerwieni nie wiadomo kiedy zbliżyła się do niego i jednym ruchem ręki zdjęła mu kapelusz. Słońce świeciło tak mocno, że Xie Lian nie mógł otworzyć oczu, podniósł więc rękę, by je przesłonić.
– Co…
Nie dokończył nawet ruchu, bo postać złapała go mocno za nadgarstek. Xie Lian przyjrzał się jej bliżej i wybałuszył oczy.
– Sanlang?!
Miał jakieś szesnaście, siedemnaście lat, jego uroda aż raziła, nosił czerwony jak liście klonu strój do jazdy konnej, srebrny pas owijał mocno jego szczupłą talię, na obu dłoniach miał rękawice z błyszczącej czernią skóry jelenia. Któż, jeśli nie niewidziany od kilku dni Hua Cheng?
Hua Cheng złapał go za rękę, przechylił głowę, przy obu policzkach lekko kołysały się srebrne kolczyki w kształcie liści klonu”.
Imię: Ling Wen
Przydomki: Czcigodna Ling Wen
Aliasy: Ministra Jie, Nangong Jie
Ranking: bóg
Gdzie jej szukać: Wyższe Niebiosa
Istotne informacje: jedna z Trzech Trucizn
„[Głos] Dochodził z góry. Bai Jin podniósł wzrok i zobaczył odzianego w błękitne szaty młodzieńca, który oświetlony cętkowanym światłem, z lekkim półuśmiechem patrzył na niego spomiędzy gęstych liści. Miał około szesnastu, siedemnastu lat, jasną, owalną twarz i delikatne rysy. Rzucił w stojącego pod drzewem Bai Jina gałązką. […]
Chłopak […] zeskoczył z drzewa.
– Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś tak otwarcie przyznawał, że jest idiotą. Gdybym to wiedział, nie pomógłbym ci.
Xie Lian przyglądał mu się uważnie, wreszcie się potwierdziło, że…
Tym młodzieńcem była Ling Wen w męskiej postaci!
Wcześniej tego nie zgadł, po pierwsze, z uwagi na męską postać, po drugie, z racji wieku. Do tego w Wyższej Izbie Niebios Ling Wen zawsze miała poważny wyraz twarzy, który nie zdradzał żadnych emocji. Xie Lian nigdy nie widział jej takiej, było to dla niego nowe i zaskakujące.
Tymczasem Ling Wen splótł ręce na plecach, podszedł do Bai Jina i z uśmiechem mierzył go wzrokiem, a Bai Jin z równą ciekawością przypatrywał się jemu”.
Imię: Pei Ming
Przydomki: Świetlisty Generał, Generał, Który Złamał Miecz
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Wyższe Niebiosa
Istotne informacje: jeden z Trzech Trucizn, uwodziciel, czczony jako bóg od spraw miłosnych, jeden z Czterech Wielkich Legend
„Weszli kilkadziesiąt stopni w górę.
– Co to jest? – spytał nagle Pei Ming. Wyciągnął ze ściany długą kość udową. – Skąd to się tu wzięło? Zgaduję po wyglądzie tej kości, że za życia należała do długonogiej piękności, wielka szkoda, że pochowano ją w takim miejscu.
– Przykro mi. To zaiste długa noga, ale należy do mężczyzny – uświadomił go Hua Cheng.
Nie chodziło o kobietę, więc Pei Ming stracił zainteresowanie i wyrzucił kość.
– A ściśle rzecz biorąc, jest to męska kość z trupim jadem – dodał Hua Cheng.
Faktycznie, w miejscu, gdzie Pei Ming trzymał kość, unosiły się trupie opary.
– Możesz kontrolować, gdzie pchasz ręce? Możesz? – odezwał się Ling Wen”.
Imię: Jun Wu
Przydomki: Władca Niebios, Pierwszy Bóg-Wojownik Trzech Światów, Cesarz Boski Wojownik
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Wyższe Niebiosa
Istotne informacje: większą część roku spędza na patrolowaniu gór i mórz
„Jun Wu niespiesznie podszedł do Yin Yu.
– Jak go kontrolujesz? – spytał.
Chociaż jego ton nie był surowy, miał w sobie coś, co powodowało, że pytany wstrzymywał oddech. Władcze spojrzenie budziło w sercu strach. Xie Lianowi też zdarzyło się sprawiać problemy, ale jeszcze nigdy nie widział Jun Wu takiego. Wyglądało na to, że wcześniej wręcz traktował go ulgowo i był wyjątkowo łaskawy.
Yin Yu już wcześniej był roztrzęsiony, a teraz tym bardziej zaniemówił.
– Nie szkodzi. – Jun Wu niespecjalnie się przejął jego milczeniem. – Nawet jeśli nie powiesz, ja i tak wiem. To ta zbroja.
I koniec”.
Imię: Yushi Huang
Przydomki: Pani Deszczu, Księżniczka, Która Podcięła Sobie Gardło
Ranking: bóg
Gdzie jej szukać: królestwo Yushi
Istotne informacje: jedna z Czterech Wielkich Legend
„Ledwo padły te słowa, oszalała z wściekłości Xuan Ji zamarła.
[…] W ciemności dobiegł ich nagle wyraźny tętent kopyt wołu. Spokojny i miarowy. Nie minęło wiele czasu, a przed ich oczami pojawiła się dosiadająca czarnego wołu postać.
Była to kobieta w zielonych szatach. Spojrzenie miała niezmącone, a na twarzy spokój. Zbliżyła się powoli, podniosła głowę, jakby patrzyła w daleki punkt. Pei Mingowi krew zalewała oczy, aż zapominał o mruganiu.
– Władczyni Yushi…? – spytał oniemiały.
Kobieta lekko pochyliła głowę, spojrzała na niego, a wyraz jej twarzy się nie zmienił. Uśmiechnęła się delikatnie i skłoniła.
– Władczyni państwa Yushi? – zdziwił się Xie Lian.
– Nie inaczej – odparł Hua Cheng. – Nasza gościni to Pani Deszczu z Wyższej Izby Niebios, szesnasta księżniczka i ostatnia władczyni państwa Yushi, Yushi Huang.
Nigdy nie miał okazji spotkać Pani Deszczu, a tym bardziej nie wiedział, że jest księżniczką!”
Imię: He Xuan
Przydomki: Czarna Toń Zatapiająca Statki, Niezgłębiony Demon Czarnej Toni
Aliasy: Ming Yi
Ranking: armagedon – władca demonów
Gdzie go szukać: Widmowy Dwór Wody Niezgłębionego Demona Czarnej Toni, Leże Demona Czarnej Toni, Wyspa Czarnej Toni na Morzu Południowym, Wyższe Niebiosa
Istotne informacje: jeden z Czterech Wielkich Gróz
„Xie Lian skupił się i dojrzał, że za plecami Shi Qingxuana stoi niebianin niższej rangi odpowiedzialny za odbieranie prezentów od gości. Nie był zbyt urodziwy, ale uśmiechnięty i życzliwy. Zadowolony Shi Qingxuan wszedł do budynku, niedbale rzucił za siebie niewielką perłę jako napiwek. Tamtemu zaświeciły się oczy, złapał ją obiema dłońmi i powtarzał „Dziękuję, panie, dziękuję, panie” ze służalczym wyrazem twarzy.
– To jest Czarna Toń? – Xie Lian nie wytrzymał. – Taki uśmiechnięty i promienny?
– Właśnie on. Fałszywy uśmiech i tyle. Ten człowiek ma w Stolicy Nieśmiertelnych ponad pięćdziesiąt symulakrów, każdy jest inny. Może jednocześnie obserwować ponad osiemdziesięciu członków Wyższej Izby Niebios i ponad trzystu ze Środkowej. Nie wystarczyłaby tylko tożsamość Pana Ziemi.
Xie Lian nie mógł powstrzymać podziwu dla aktorskich zdolności Czarnej Toni, jego umiejętności strategicznych i energii tak wielkiej, że nie dawała się opisać słowami.
– A co teraz z tymi pięćdziesięcioma symulakrami? – spytał.
– Jun Wu przygważdża jednego po drugim”.
Imię: Yin Yu
Przydomki: Wysłannik Ubywającego Księżyca
Gdzie go szukać: Miasto Duchów
Istotne informacje: Przeklęta Obręcz na prawym nadgarstku, shixiong boga-wojownika zachodu Quan Yizhena
„– Wasza Wysokość Yin Yu, jesteśmy ci bardzo wdzięczni – wtrącił się Ling Wen.
Usłyszawszy to imię, Xie Lian zdał sobie sprawę, że głos tego człowieka wydaje mu się znajomy, musiał go już słyszeć kilkukrotnie. Spojrzał na jego nadgarstek. Chociaż był zasłonięty rękawem, Xie Lian miał pewność, że pod nim kryje się ciemny krąg Przeklętej Obręczy.
Pei Ming też wstał i podszedł, żeby się przekonać, czy mężczyzna w czerni faktycznie jest tym, za kogo go biorą.
– Yin Yu? To naprawdę ty! Co tu robisz? Myślałem, że…
Natychmiast zamknął usta.
Wyglądało na to, że Yin Yu pracuje dla Krwawego Deszczu w Poszukiwaniu Kwiatu. Służył i Jun Wu, i Hua Chengowi. Kiedyś niebianin, teraz posłaniec demonów – to tak, jakby szanowany generał stał się bandytą i napadł nagle na swoich dawnych towarzyszy. Atmosfera stała się niezręczna. Nikt nie wiedział, co powiedzieć, Yin Yu pozostało więc tylko milcząco się odwrócić, chwycić szpadel i dalej kopać”.
Imię: Quan Yizhen
Przydomki: Jego Wysokość Qiying, bóg-wojownik zachodu
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Wyższe Niebiosa
„Chłopiec podskoczył i przyjął pozycję.
– Chodź się bić!
– Kto cię nauczył tej postawy? – zaciekawił się Yin Yu.
Ale chłopak odkrzyknął tylko:
– Chodź się bić!
Skakał jak małpka, jednocześnie rzucając w »przeciwnika« garściami błota i ziemi, i robił to zaskakująco celnie. Yin Yu nie chciał walczyć z dzieckiem, więc uciekał, mówiąc przy tym:
– To styl naszej sekty, codziennie ukradkiem nas podglądasz i się uczysz? Nie bij, mówię przecież, nie bij! Naprawdę tak lubisz się wdawać w bójki?
Niespodziewanie po tych słowach chłopak przestał. Potarł ubrudzone błotem ręce i skinął głową.
– Lubię – przyznał.
Mówił to bardzo poważnie. Xie Lian i Yin Yu zamarli.
Xie Lian byłby głupcem, gdyby nie zgadł, kim jest ten chłopiec. Westchnął w duchu. »Qiying to prawdziwy maniak sztuk walki. Urodzony bóg-wojownik«, pomyślał.
Chociaż teraz postronni uważali, że Quan Yizhen ma coś nie tak z głową, Xie Lian czuł z nim więź. Bo żeby być w czymś »bogiem«, należy najpierw zostać »szaleńcem«. Jeśli ktoś potrafi zrozumieć to szaleństwo, można uznać, że ma w sobie trochę potencjału, trochę sensu. A jeżeli nie rozumie, pozostaje mu tylko wyśmiewanie, nazywanie innych »chorymi« albo »głupcami«. Już w tym momencie da się ocenić, że nie ma dla niego nadziei na tej drodze”.
Imię: Bai Jin
Ranking: człowiek
„– Przepraszam – spytał, zachodząc im drogę. – Nie wiecie może, gdzie znajdę generała Baia?
Ale żołnierze tylko się na niego gapili.
– Generał Bai? U nas w Xuli nie ma nikogo o tym nazwisku.
Wyglądało na to, że Bai Jin jeszcze nie został generałem.
– A gdzie w takim razie jest Bai Jin? – Xie Lian zadał kolejne pytanie.
Żołnierze nadal się w niego wpatrywali.
– A kto to ten Bai Jin?
Dziwne. Z tego, co wiedział, Bai Jin dość wcześnie wsławił się na polu walki, żołnierze powinni przynajmniej wiedzieć, że ktoś taki istnieje. Xie Lian nie chciał o to wypytywać, ale nie miał wyjścia.
– To może słyszeliście o pewnym niezrównanie odważnym wojowniku? W sercach wrogów sieje strach, tylko umysłowo trochę…
Tym razem się roześmiali, zanim zdążył dokończyć.
– A, o nim mówisz! Szukasz tego idioty, trzeba było tak wcześniej!”
Imię: Mu Qing
Przydomki: Xuanzhen, Bóg Sprzątacz
Aliasy: Fu Yao
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Wyższe Niebiosa
Miejsce urodzenia: Xianle
„Cała zawstydzona trójka siedziała na dnie dziury. Fu Yao… a nie, teraz powinien być zwany Mu Qingiem. No więc Mu Qing wyglądał, jakby coś go trapiło. Xie Lian pomyślał przez chwilę.
– Tak naprawdę to nic takiego… – zaczął i przeturlał się bliżej niego. – Mu Qingu, Mu Qingu? Mógłbyś się do mnie na chwilę odwrócić?
– Czego chcesz? – Westchnął.
– Skoro możemy rozerwać pajęczą sieć zębami, chcę sprawdzić, czy zdołam najpierw uwolnić twoje ręce.
– Nie ma potrzeby – powiedział Mu Qing, patrząc na niego spod byka.
– Naprawdę chcę pomóc.
Mu Qing się nie ruszył”.
Imię: Feng Xin
Przydomki: Nanyang, Bóg Hojnie Obdarzony, Bóg Hojnie Obdarzający
Aliasy: Nan Feng
Ranking: bóg
Gdzie go szukać: Wyższe Niebiosa
Miejsce urodzenia: Xianle
„– Dlaczego tutaj są głazy? Nie możemy przejść? – spytał Feng Xin.
– To nie są przypadkiem głazy, które sam zwaliłeś? Dlaczego mnie pytasz? – żachnął się Mu Qing.
– Ale to ty nas prowadziłeś. W takim razie jak nas prowadziłeś, skoro przyszliśmy z tego miejsca i do niego wróciliśmy? – nie szczędził wyrzutów Feng Xin.
Mu Qing natomiast nie miał zamiaru tolerować jego podejrzliwości.
– Nie rozśmieszaj mnie, ja też nie znam tych dróg, więc jak miałbym nas prowadzić? Czy nie biegaliśmy cały czas w kółko?
Widząc, że znowu zbiera się na kłótnię, Feng Xin podniósł dłoń.
– Zapomnij, nie mam czasu z tobą dyskutować. Kopiemy! – polecił”.
Księga Trzecia
Część trzecia
Szata śni o motylach, a książę bawi się kwiatami
Spokojnie, tylko spokojnie.
W świecie Nieśmiertelnego Haftu postać Hua Chenga była zapewne inna niż jego prawdziwa forma, dlatego mógł trafić gdzieś indziej, trzeba natychmiast pójść go szukać, przekonywał samego siebie Xie Lian. Mógł też to uczynić sam, to nic trudnego, nie ma co panikować.
Uspokoiwszy się trochę, Xie Lian zabrał się do rzeczy. Wtedy ulicą nadeszło kilku pijanych, zataczających się żołnierzy.
– Przepraszam – spytał, zachodząc im drogę. – Nie wiecie może, gdzie znajdę generała Baia?
Ale żołnierze tylko się na niego gapili.
– Generał Bai? U nas w Xuli nie ma nikogo o tym nazwisku.
Wyglądało na to, że jeszcze nie został generałem.
– A gdzie w takim razie jest Bai Jin? – Xie Lian zadał kolejne pytanie.
Żołnierze nadal się w niego wpatrywali.
– A kto to ten Bai Jin?
Dziwne. Z tego, co wiedział, Bai Jin dość wcześnie wsławił się na polu walki, żołnierze powinni przynajmniej wiedzieć, że ktoś taki istnieje. Xie Lian nie chciał o to wypytywać, ale nie miał wyjścia.
– To może słyszeliście o pewnym niezrównanie odważnym wojowniku? W sercach wrogów sieje strach, tylko umysłowo trochę…
Tym razem się roześmiali, zanim zdążył dokończyć.
– A, o nim mówisz! Szukasz tego idioty, trzeba było tak wcześniej!
Wskazali mu mały lasek, a Xie Lian zarzucił na plecy kosz z ziołami i ruszył na poszukiwania.
Poszło gładko. Gdy dotarł do lasku, w oddali zobaczył siedzącego na drzewie młodego mężczyznę i pomyślał, że to najprawdopodobniej Bai Jin. Nie wiedział, czy może się tak po prostu pojawić przed Nieśmiertelnym Haftem, zdecydował więc, że wespnie się na drzewo obok i będzie obserwował z ukrycia.
To, co zobaczył, było jednak dość dziwne.
Plotki głosiły, że Nieśmiertelny Haft był opóźniony, ale ten mężczyzna na takiego nie wyglądał. Miał nieco ponad dwadzieścia lat, męskie rysy z odrobiną dziecięcej miękkości, twarz przystojną – choć nie dorównywał Pei Mingowi – i skupioną, wzrok niezmącony, nie było w nim ani krzty ignorancji, której Xie Lian się spodziewał. Xie Lian nigdy nie widział człowieka, który byłby jednocześnie groźny jak tygrys i łagodny jak baranek.
Wydawało się, że zbiera coś z drzewa i wkłada do małego bambusowego koszyka. Gdy usłyszeli, że ktoś wchodzi do lasu, Xie Lian i on od razu spojrzeli w dół, gdzie zobaczyli młodego chłopaka z dziewczyną.
Oczywistym było, że to potajemna schadzka kochanków.
Gałęzie były tak gęste, a liście tak bujne, że młodzi nie zauważyli dwóch ukrywających się mężczyzn. Tuląc się, oparli się o drzewo, na którym siedział Bai Jin, i szeptali z głowami pochylonymi do siebie. Oczywiście tylko im się wydawało, że szepczą, bo schowany dość daleko od nich Xie Lian słyszał wszystko dokładnie, a co dopiero siedzący nad ich głowami Bai Jin.
– Jak długo twój ojciec zamierza zwodzić tego idiotę? – spytał chłopak.
– Skąd mam wiedzieć? – odparła dziewczyna. – Mnie też to gnębi.
– Nie widzę, żeby cię gnębiło – stwierdził młodzieniec zjadliwie. – Słyszałem, że na polu bitwy jest niepokonanym bohaterem, wrogów zabija bez liku, to robi ogromne wrażenie. Generał Du ma tak wspaniałego podwładnego, że pewnie nie może się doczekać, by ogłosić wasze zaręczyny.
Dziewczyna uderzyła go otwartą dłonią.
– Co ty wygadujesz? O kim ty myślisz, co ty sobie wyobrażasz, człowieku bez serca? Uważasz, że mój ojciec jest tak głupi, że naprawdę by mnie za niego wydał? Po prostu kusi go, jakby machał psu kością przed oczami. Kiedy pomyślę o tym, ilu ludzi zabił, zaczynam się go bać. Jakim cudem jeszcze nie zginął na polu bitwy? – Niemal wypluła te słowa.
Xie Lian usłyszał zaledwie kilka zdań, a już wiedział, o kim mowa. Zmartwiony zerknął na sąsiednie drzewo, ale tamten mężczyzna nie zareagował, nie ruszył się nawet. Para pod drzewem nadal się śmiała. Nagle dziewczyna krzyknęła:
– Ktoś tam jest!
Chłopak aż podskoczył przestraszony, oboje odskoczyli od siebie.
– Dlaczego krzyczysz?
Dziewczyna zakryła rękami głowę.
– Przed chwilą… przed chwilą właśnie ktoś mnie czymś uderzył!
Przed chwilą.
Słysząc to, przestraszony chłopak rozejrzał się dookoła.
– Ktoś tam jest? – spytał. – Kto? Musimy więc szybko… Aj!
Nagle złapał się za głowę, z czoła pociekła mu krew. Ledwo Bai Jin to zobaczył, zeskoczył z drzewa. Xie Lian, który patrzył na to z daleka i nie mógł go powstrzymać, pomyślał, że będą kłopoty, to nie była przyjemna sytuacja!
Gdy tylko chłopak i dziewczyna zobaczyli, że z nieba spadł przed nich człowiek, którego tak długo obgadywali, a do tego przyłapał ich w trakcie sekretnego spotkania, przestraszyli się nie na żarty. Bai Jin jednak ich nie zbeształ, tylko zapytał:
– Co wam się stało?
Ale gdzieżby mieli odwagę cokolwiek jeszcze powiedzieć? Uciekli w te pędy, zostawiając za sobą zdezorientowanego mężczyznę. Xie Lian nie był pewien, czy nie powinien zejść i z nim porozmawiać, kiedy dobiegł ich perlisty śmiech.
Bai Jin się odwrócił, ale nikogo nie zauważył.
– Tutaj! – odezwał się głos.
Dochodził z góry. Bai Jin podniósł wzrok i zobaczył odzianego w błękitne szaty młodzieńca, który oświetlony cętkowanym światłem, z lekkim półuśmiechem patrzył na niego spomiędzy gęstych liści. Miał około szesnastu, siedemnastu lat, jasną, owalną twarz i delikatne rysy. Rzucił w stojącego pod drzewem Bai Jina gałązką.
– Ej, dlaczego im przed chwilą pomogłeś?
– To ty w nich rzucałeś? – spytał Bai Jin, ignorując pytanie.
– Nie wiesz, co robili? – Tamten również zignorował jego słowa.
– Co robili? – odpowiedział wreszcie Bai Jin.
– Wyśmiewali cię – odparł tamten z uśmiechem.
– Tak?
– A nie? To oczywiste, że się jej nie podobasz. Ona i jej ojciec tylko cię wykorzystują, chcą, żebyś myślał, że naprawdę za ciebie wyjdzie. Chcą cię nakłonić do rzucenia się w ogień walki i ryzykowania własnego życia, czy to nie jest wykorzystywanie?
Bai Jin zastanawiał się przez chwilę, a w końcu powiedział z rozbrajającą szczerością:
– Myślę, że ona za dużo sobie wyobraża. Ile razy generał Du mówił, że pozwoli mi się z nią ożenić? A widziałem ją zaledwie parę razy, to oczywiste, że nie rzucę się dla niej w wir walki.
Z drzewa dobiegł szalony śmiech chłopaka, a Xie Lian podparł dłonią czoło. Domyślał się, że przełożony Bai Jina, generał Du, mówił takie rzeczy jak: „Jeśli będziesz mi służył, wydam za ciebie córkę i uczynię cię moim dziedzicem”, tyle że… Bai Jin mógł nie rozumieć tych sugestii.
– A to, że jej się nie podobam, to prawda, ale to żadne zwodzenie.
– Co takiego?
– Jestem idiotą, komu podobałby się idiota? – odparł Bai Jin.
Mówił poważnie. Powinien już być słynnym w całym Xuli wojownikiem, może nawet jedynym wybawcą. Było jednak oczywiste, że ludzie nie darzą go szacunkiem, zwykli żołnierze nie znali nawet jego imienia, nazywali go po prostu „tym idiotą”. Na co dzień najwyraźniej go wyśmiewano, a on sam nie miał pojęcia, że był bohaterem.
Chłopak przestał się śmiać i zeskoczył z drzewa.
– Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś tak otwarcie przyznawał, że jest idiotą. Gdybym to wiedział, nie pomógłbym ci.
Xie Lian przyglądał mu się uważnie, wreszcie się potwierdziło, że…
Tym młodzieńcem była Ling Wen w męskiej postaci!
Wcześniej tego nie zgadł, po pierwsze, z uwagi na męską postać, po drugie, z racji wieku. Do tego w Wyższej Izbie Niebios Ling Wen zawsze miała poważny wyraz twarzy, który nie zdradzał żadnych emocji. Xie Lian nigdy nie widział jej takiej, było to dla niego nowe i zaskakujące.
Tymczasem Ling Wen splótł ręce na plecach, podszedł do Bai Jina i z uśmiechem mierzył go wzrokiem, a Bai Jin z równą ciekawością przypatrywał się jemu.
– Ale gdy dzisiaj wrócisz do domu, musisz uważać – ostrzegł Ling Wen.
– Na co?
– Na małostkowych ludzi. Byłeś świadkiem schadzki tych dwojga. Będą się bali, że ujawnisz ich romans, na pewno więc rozpuszczą jakieś plotki, które uderzą w ciebie.
– Takie rzeczy się dzieją?
Ling Wen się uśmiechnął.
– Kiedy ktoś wyleje na ciebie pomyje, nikt już nie uwierzy twoim słowom.
– Dlaczego miałbym o tym mówić? – Bai Jin był zagubiony. – Co mnie obchodzi ich miłość? To nie ma nic wspólnego ze mną.
– Gdyby oni ujrzeli coś takiego, zaraz by o tym opowiedzieli, dlatego myślą, że ty też tak zrobisz. Zgaduję, że dziewczyna najprawdopodobniej powie ojcu, że zachowałeś się wobec niej nieobyczajnie, miałeś złe zamiary, ale ona ci nie uległa. W ten sposób będzie mogła cię oczernić w oczach ojca i podważyć wiarygodność twoich słów. Podsumowując… – Poklepał Bai Jina po ramieniu, które znajdowało się wyżej niż głowa Ling Wena. – Na twoim miejscu jak najszybciej ruszyłbym za tamtą dwójką i uderzył pierwszy.
– Co to znaczy: uderzył pierwszy?
– Pomyśl, sposobów jest dużo. Mógłbyś na przykład ich przeszukać i zabrać prywatne przedmioty albo kazać im spisać przyznanie się do winy i je podpisać, tak że gdyby pisnęli choć słówko, ujawniłbyś wszystko bez litości. Cokolwiek, co sprawi, że będą się bali. Wszystko jest lepsze niż zostawienie tego bez reakcji.
Bai Jin oczywiście nigdy nie słyszał czegoś takiego. Długo wpatrywał się w Ling Wena, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. W końcu postanowił spytać o coś istotnego.
– Kim jesteś?
– Nazywam się Wen. – Ling Wen się uśmiechnął. – Nieważne, kim jestem, ważne, byś zapamiętał moje słowa, inaczej spotka cię wiele cierpienia.
Bai Jin jeszcze usilnie myślał, a gdy po chwili się odwrócił, zdał sobie sprawę, że młodzieniec zniknął wśród drzew. Nie mógł powstrzymać zdziwienia. Z kolei Xie Lian zdecydował się wykorzystać okazję i zbliżyć się do Nieśmiertelnego Haftu. Zeskoczył z drzewa. Nie zdążył powiedzieć słowa, a Bai Jin już machał ręką na powitanie.
– Zielarzu!
Xie Lian się nie spodziewał, że Motyli Sen i Nieśmiertelny Haft zapewnią mu tak przemyślaną tożsamość. A tu się okazuje, że jest zielarzem, który zna się z Bai Jinem. Tamten pokazał mu, co miał w swoim niewielkim bambusowym koszu.
– To zioła, których potrzebowałeś. Znalazłem bardzo dużo. Zerkniesz, czy nie zebrałem jakichś niewłaściwych?
„Jestem zielarzem”, powtórzył w głowie Xie Lian. Skrupulatnie przeszukał koszyk pełen ziół na zatrzymanie krwawienia, opuchliznę, regenerację mięśni.
– Żadnych niewłaściwych! Dziękuję za twój trud.
– W takim razie wracajmy! – powiedział Bai Jin, zarzucając sobie na plecy kosz.
Xie Lian podążył za nim.
Szybko się zorientował, jak funkcjonuje wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu.
W ostatnich latach państwo Xuli ogarnięte było chaosem wojny, oblężone przez sąsiednie kraje. W stolicy rozłożono wiele obozów wojskowych, dużych i małych, które wciskały się w przestrzeń między domami. Xie Lian był wędrownym taoistą-medykiem, podróżującym od obozu do obozu. Taka tożsamość wydawała się bardzo wygodna, mógł jednocześnie widzieć się z Bai Jinem i zasięgnąć języka w sprawie Hua Chenga.
Im bardziej jednak rozpytywał, tym bardziej się martwił.
Nie było żadnych wieści!
Jeśli wziąć pod uwagę naturę Hua Chenga, on sam powinien już od dawna szukać Xie Liana. Jakim cudem przez te kilka dni książę nie dostał od niego żadnej wiadomości?
To, że Xie Lian tak szybko zbliżył się do pana tego wewnętrznego świata, wskazywało na to, że Nieśmiertelny Haft nie żywi wobec niego dużej wrogości. Ale co z Hua Chengiem?
Nie miał pojęcia, jaką tożsamość mógł tutaj otrzymać Hua Cheng, nie wiedział nawet, od czego mógłby zacząć rozpytywanie.
Pewnego dnia pod pretekstem zbierania ziół Xie Lian chciał wyruszyć na poszukiwania. Założył kapelusz i wziął na plecy kosz, kiedy odezwał się Bai Jin:
– Zielarzu, pójdę z tobą. Słyszałem, że zarówno w samym mieście, jak i na zewnątrz roi się od złych mocy, jest bardzo niespokojnie.
Chociaż Xie Lian nie bał się żadnych złych mocy, nie mógł odrzucić tej propozycji.
– W takim razie zapraszam – zgodził się.
Szli ulicami ogarniętymi wojennym chaosem, mijając przygotowanych do ucieczki w każdym momencie mieszkańców. Bai Jin pomógł wozowi z zaopatrzeniem dostać się na zbocze.
– Zielarzu – odezwał się nagle – często wędrujesz po mieście. Czy znasz panicza z rodziny o nazwisku Wen? Mniej więcej takiego wzrostu, szesnaście, siedemnaście lat, bardzo inteligentny.
Xie Lian oczywiście wiedział, o kogo pyta Bai Jin. „Inteligentny, ale śmiertelnie niebezpieczny”, pomyślał.
– Nigdy nie słyszałem o kimś takim. Dlaczego pytasz?
– Chcę go prosić o przysługę – odparł Bai Jin.
– Prosić o przysługę? Jaką? – zdziwił się Xie Lian.
Przez ostatnie dni, czy miał coś do zrobienia czy też nie, Xie Lian nie spuszczał oka z Bai Jina. Chciał się dowiedzieć, kiedy narodziła się jego gorycz. Ona bowiem rodzi się z pragnień. Tyle że Bai Jin zdawał się nie mieć żadnych pragnień. Nie chciał pieniędzy, nie marzył o korzyściach ani sławie, nie chował urazy. Nawet apetytu nie miał zbyt silnego, a kiedy dysponował pieniędzmi, kupował znajomym i nieznajomym dzieciom książki albo jedzenie. Nic dziwnego, że przypisywano mu potencjał do wniebowstąpienia – bardziej przypominał boga niż większość bogów, których Xie Lian znał.
Podsumowując, chociaż Bai Jin ustępował innym rozumem, to nie sprawiał im kłopotu. A to coś, czego wielu zwykłych ludzi nie umiało osiągnąć. Xie Lian nie potrafił zgadnąć, jaką to sprawę Bai Jin ma do Ling Wen.
Bai Jin nie zdążył odpowiedzieć, bo przerwał im huk, niemal jakby ziemia się zatrzęsła. Zatrzymali się.
– Co się stało? – zapytał Xie Lian.
Słyszał tylko szalony tętent. Po chwili pojawiła się grupa jeźdźców w czerni otaczająca czarnego konia, którego dosiadał jeździec w czerwonych szatach. Przemknęli tak szybko, że trudno było dostrzec ich sylwetki, ale ruchy mieli zwinne. Za nimi podążały zakrywające ziemię kłęby czarnego dymu. Człowiek w czerwieni popędził konia, podczas gdy czarni jeźdźcy w błysku mieczy walczyli z ciemnością.
Naprawdę roiło się tu od złych mocy! Xie Lian się zdziwił, że w wewnętrznym świecie mogła istnieć tak potężna mroczna istota. Odrzucił bambusowy kosz i z wprawą wyrzucił w górę trzy żółte talizmany.
– Przepraszam! – zawołał.
Nie umiał poskromić chęci zniszczenia złej mocy przed sobą, chociaż wszystko to było iluzją. Nie mógł mieć przy sobie Ruoye czy Dobrego Serca, pozostały mu zatem własnoręcznie pisane talizmany. Bai Jin odrzucił kosz na zioła i chciał mu pomóc, ale Xie Lian go powstrzymał.
– Sam sobie poradzę. Idź, powiedz ludziom w okolicy, żeby się rozproszyli, nie wolno się zbierać w grupy!
Bai Jin zrobił, jak mu przykazano: odwrócił się i ruszył przed siebie, zostawiając Xie Lianowi resztę. Żeby uniknąć czarnej chmury, Xie Lian wzleciał w górę, przeskoczył ponad ramionami odzianych w czerń jeźdźców i rzucił kolejne trzy talizmany. W samo serce!
Czarna mgła się cofnęła, a Xie Lian miękko wylądował na ziemi. Nie zdążył nawet odetchnąć, gdy przed oczami przemknął mu czerwony cień. Postać w czerwieni nie wiadomo kiedy zbliżyła się do niego i jednym ruchem ręki zdjęła mu kapelusz. Słońce świeciło tak mocno, że Xie Lian nie mógł otworzyć oczu, podniósł więc rękę, by je przesłonić.
– Co…
Nie dokończył nawet ruchu, bo postać złapała go mocno za nadgarstek. Xie Lian przyjrzał się jej bliżej i wybałuszył oczy.
– Sanlang?!
Miał jakieś szesnaście, siedemnaście lat, jego uroda aż raziła, nosił czerwony jak liście klonu strój do jazdy konnej, srebrny pas owijał mocno jego szczupłą talię, na obu dłoniach miał rękawice z błyszczącej czernią skóry jelenia. Któż inny, jeśli nie niewidziany od kilku dni Hua Cheng?
Hua Cheng złapał go za rękę, przechylił głowę, przy obu policzkach lekko kołysały się srebrne kolczyki w kształcie liści klonu.
– A skąd tu taoista? – spytał z uśmiechem, unosząc brew. – Takie wpatrywanie się w ludzi jest bardzo niegrzeczne.
Xie Lian bardzo długo nie widział Hua Chenga, z początku więc był rozradowany, gdy jednak ten zaczął się z nim droczyć, nie mógł się powstrzymać, by nie rzucić, na poły rozdrażniony, na poły rozbawiony:
– To ty mnie złapałeś, ja tylko patrzyłem. Dlaczego to ja jestem niegrzeczny?
Hua Cheng nie zdążył nic powiedzieć, gdy jeźdźcy w czerni zawołali:
– Śmiałyś, taoisto! Chcesz powiedzieć, że nasz panicz jest niegrzeczny?
– Już rozumiem. – Xie Lian wypuścił powietrze. – Przybrałeś postać tutejszego panicza? Pasuje ci. Dobrze, Sanlang, nie droczmy się już, mamy dużo do zrobienia, wróćmy i… Sanlang?
Chciał uwolnić dłoń, ale Hua Cheng mu nie pozwolił. Xie Lian użył trochę więcej siły, ale trzymająca go ręka ani drgnęła.
Do Xie Liana dotarło nagle, że coś jest nie tak.
– …Sanlang? – spróbował.
Hua Cheng się uśmiechnął i pociągnął go za rękę tak mocno, że Xie Lian niemalże wpadł mu w ramiona.
– Już przed chwilą chciałem cię zapytać: panie taoisto, czy my się znamy? Dlaczego zwracasz się do mnie tak poufale? Sanlang. Sanlang.
Hua Cheng zdawał się smakować te słowa. Uśmiechnął się promiennie.
– Ładnie brzmi. Nieźle.
Chaos. Chaos. Chaos.
Kompletny chaos!
Xie Lian zaczął analizować: Hua Cheng wcześniej mówił, że jego moce jeszcze się nie zregenerowały, nie wiadomo, jak może się zmienić. Chyba że…
Chyba że właśnie tak?
Wyglądało na to, że Hua Cheng nie pamięta ani jego, ani siebie samego!
Xie Lian naprawdę nie wiedział, jak zareagować na to, co się dzieje. Przez chwilę był oszołomiony. Kątem oka zauważył swój kapelusz, który Hua Cheng trzymał w drugiej dłoni. Odruchowo wyciągnął po niego rękę.
– Oddaj mi kapelusz!
Hua Cheng jednak rzucił go za siebie, do jednego z jeźdźców. Następnie pochylił się lekko, złapał Xie Liana pod kolana i nie wiadomo jak przerzucił go przez ramię.
Świat przed oczami Xie Liana wywrócił się w jednej chwili, a on sam poczuł się potraktowany jak szmaciany worek.
– Co robisz? Postaw mnie z powrotem! – krzyczał zszokowany.
Ale nic z tego. Hua Cheng z Xie Lianem przerzuconym przez ramię lekko i zręcznie wsiadł z powrotem na konia.
– W drogę, wracamy! – zakrzyknął, ściągając wodze.
– Ty…
O co chodzi? Nawet jeśli jest paniczem z bogatego domu, to czy może tak po prostu porywać ludzi z ulicy? Xie Lian mógł użyć siły, ale nie wiedział, jak dużą mocą dysponuje w tej chwili Hua Cheng. Gdyby walczył z nim zbyt zajadle, mógłby go przypadkiem zranić. Długo zmagał się ze sobą. Wreszcie, nie śmiąc się ruszyć w ogóle, po prostu rozpłaszczył się na plecach Hua Chenga.
– Co ty robisz? – spytał zrezygnowany.
– Złapałem cię.
– O to właśnie pytam. Dlaczego mnie złapałeś?
– Nie możesz mnie za to winić, bracie taoisto – droczył się Hua Cheng. – Niespokojne czasy, podejrzani ludzie. Kogo miałem złapać, jak nie ciebie?
– A jak ja niby jestem podejrzany? Przed chwilą cię uratowałem – zaczął się usprawiedliwiać Xie Lian. – San… Postaw mnie na ziemi, dobrze? Tak… jest mi niewygodnie.
Naprawdę było mu niewygodnie, w najmiększą część jego brzucha wciskało się twarde ramię Hua Chenga.
– Niech będzie, jak sobie życzysz.
Powiedziawszy to, rzeczywiście zdjął Xie Liana z ramienia i posadził na koniu przed sobą. W jego ramionach Xie Lian oniemiał jeszcze bardziej.
– I co, bracie taoisto, nie masz już nic do powiedzenia? – spytał Hua Cheng.
Siedział za nim, a że był od niego wyższy, kiedy mówił, przechylał głowę i nachylał mu się do ucha. Xie Lian czuł się jeszcze bardziej niezręcznie, jakby był małym dzieckiem w jego objęciach.
– Chcę zsiąść… – powiedział.
Chciał się odwrócić i zeskoczyć z konia, ale w obecnej pozycji wydawało się to bardzo niezręczne. Chciał się gdzieś oprzeć, ale szybko sobie uświadomił, że dotyka ud Hua Chenga. Nie zdążył jeszcze się zorientować, co się dzieje, a Hua Cheng złapał go za nadgarstek, podniósł i ostrzegł pół żartem, pół serio:
– Chyba trochę przesadzasz. Kazałeś mi cię puścić, puściłem, a znowu się wiercisz. Co właściwie chcesz zrobić, hm?
Hua Cheng zawsze miał cięty język i zazwyczaj Xie Lian nie potrafił go przegadać. Teraz tym bardziej nie miał jak się odgryźć, mógł jedynie patrzeć oniemiały. Hua Cheng roześmiał się tylko, zakrzyknął cicho, a czarny koń ruszył galopem. Xie Lian z miejsca wpadł mu znów w ramiona.
– Wolniej! – zawołał przestraszony.
– Ależ czego się boisz? Jestem tutaj, nie pozwolę ci spaść! – Hua Cheng jedną ręką prowadził konia, a drugą oplótł Xie Liana w pasie.
Mimo tak osobliwej sytuacji te słowa w jakiś niewypowiedziany sposób go uspokoiły. W tym momencie coś ubodło go w plecy. Xie Lian wyciągnął rękę. Okazało się, że to bicz, który Hua Cheng zatknął za srebrny pas. Bicz miał kolce, Xie Lian ukłuł się i natychmiast cofnął dłoń. Hua Cheng pochylił głowę.
– Nie macaj tak na oślep – ostrzegł.
Zwisające z jego uszu srebrne liście klonu zadrżały, a razem z nimi serce Xie Liana. Przed oczami pojawiły mu się gwiazdy, już nie śmiał wykonywać żadnych chaotycznych ruchów.
Jechali z impetem, jeźdźcy i konie. Xie Liana zdziwił widok „rezydencji” Hua Chenga: czyż nie był to Dom Najwyższej Uciechy? Przecież to wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu, wszystko tu powinno być zgodne z pamięcią albo wolą właściciela. Stworzenie czegoś z niczego było równie trudne jak wniebowstąpienie, a Hua Cheng tak bezceremonialnie przeniósł tu swój Dom Najwyższej Uciechy!
Gdy tylko zsiedli z konia, Hua Cheng zaprowadził Xie Liana do wielkiej sali. Na jej tyłach stała znana Xie Lianowi ława z czarnego jadeitu przykryta ogromną skórą białego tygrysa. Za życia z pewnością musiał być iście krwiożerczą bestią. Xie Lian wciąż był zagubiony w myślach, gdy Hua Cheng po prostu posadził go na tygrysiej skórze.
Xie Lian siedział na niej sztywno wyprostowany i całkowicie oniemiały. Hua Cheng stał przed nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi, jakby był bardzo z siebie zadowolony, i mierzył go wzrokiem. Xie Lian czuł się jak drogocenny bibelot. Patrzył na Hua Chenga sztywno. Nie miał pojęcia, jak z nim teraz rozmawiać, ten zaś opadł na tygrysią skórę obok niego.
– Podoba ci się, gege? – spytał z uśmiechem.
Kiedy wypowiedział to słowo, brzmiało to prawie, jakby stary Hua Cheng powrócił. Serce Xie Liana zadrżało.
– Hm?
– Podoba ci się? – Hua Cheng poklepał głowę tygrysa.
Xie Lian nie potrafił zrozumieć ścieżek, jakimi wędrował umysł tamtego, mógł więc tylko za nim podążać.
– Skóra? Jest imponująca i piękna…
Hua Cheng usiadł ze skrzyżowanymi nogami.
– Ja go ubiłem – pochwalił się. – Nieźle, prawda?
– Tak, nieźle… Ale paniczu, zabierz mnie z powrotem, dobrze?
Xie Lian musiał obserwować Bai Jina, żeby nie przegapić żadnego istotnego szczegółu. Hua Cheng zerknął na niego z ukosa.
– Jak mnie przedtem nazywałeś?
Xie Lian nie miał wyjścia, więc się poprawił:
– Sanlang. Sanlang, czy możesz mnie zabrać z powrotem?
Hua Cheng położył się obok niego z głową złożoną na rękach.
– Nie.
Xie Lian zamarł. Właściwie dlaczego? Chyba dlatego, że do tej pory Hu Cheng nigdy nie powiedział mu „nie”, tego się więc nie spodziewał.
– Dlaczego mnie tutaj trzymasz? – spytał.
– Dlaczego? – Hua Cheng przekrzywił głowę. Pomyślał chwilę, po czym odpowiedział szybko: – Ja też nie wiem dlaczego. Ale kiedy ujrzałem twoją twarz, pomyślałem, że wygląda znajomo. Dlatego nie możesz sobie iść, nie ma co pytać dlaczego.
Gdy Xie Lian to usłyszał, jego serce zadrżało. Naprawdę miał wielką ochotę pocałować go w czoło, ale się nie ośmielił. Co, jeśli Hua Cheng sobie później wszystko przypomni?
– Ale mam bardzo ważną sprawę do załatwienia, niecierpiącą zwłoki. Naprawdę nie da rady? – mówił miękkim głosem, próbując coś wskórać.
Hua Cheng poklepał skórę tygrysa i zarzucił nogę na nogę.
– Jaką sprawę? Powiedz, pomogę ci – zaproponował, jakby chciał się wydać bardzo wiarygodny.
Nagle za oknem rozległo się wycie. Hua Cheng natychmiast spoważniał, usiadł i wyciągnął rękę, jakby chcąc go ochronić. Xie Lian podniósł wzrok, ale na zewnątrz zobaczył tylko kłęby czarnej mgły, jakby tysiące duchów i demonów bez ustanku drapały pazurami w okna, drzwi i ściany. Dźwięk ten wwiercał się w głowę, sprawiał, że miało się ochotę zatkać uszy i krzyczeć. Hua Cheng nie pamiętał teraz, że jest budzącym postrach władcą demonów, ale jego prawdziwa natura pozostawała niezmienna. Na widok tak przerażającej sceny na jego twarzy nie pojawił się nawet cień strachu.
– No i zepsuli zabawę – mruknął.
Zawahał się, po czym owinął Xie Liana w tygrysią skórę.
Xie Lian, otulony jak dziecko w powijakach, nie wiedział, czy się śmiać czy płakać. Pomyślał jednak, że trochę przejrzał sposób działania Hua Chenga. Jakby to powiedzieć… Ten Hua Cheng równie łatwo wpadał w dobry, co w zły nastrój. Pod pewnymi względami był nawet bardziej… nieokiełznany. Nietypowo kapryśny.
– Co jest tam, na zewnątrz? – spytał Xie Lian, wystawiając głowę z tygrysiej skóry.
Hua Cheng wziął do ręki jakąś książkę, przekartkował ją, odłożył, po czym wziął drugą i zrobił to samo.
– Nie przejmuj się, codziennie tu przychodzą. Róbmy swoje. Tutaj nic ci nie uczynią. Chcesz poczytać?
Jakby w obawie, że Xie Lian się znudzi, Hua Cheng włożył mu w ręce pieczołowicie wybraną książkę. Xie Lian nawet nie rzucił na nią okiem. Pomyślał chwilę i wreszcie zrozumiał, co tu się dzieje.
Te istoty na zewnątrz – tak Nieśmiertelny Haft bronił się przed Hua Chengiem.
W świecie wewnętrznym Nieśmiertelnego Haftu Hua Cheng uchodził za niebezpieczną personę. Dlatego też powstały tu demony i potwory, które nieustannie go atakowały, aby nie robił tego, co mu się żywnie podoba, i niczego nie zniszczył.
Ale Hua Cheng miał sposoby, by się przed tymi atakami bronić.
Chociaż nie wydobrzał i nie miał mocy, a do tego nie pamiętał samego siebie, to siła jego umysłu była tak wielka, że potrafił zmienić wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu i zdołał zbudować tutaj własne terytorium – Dom Najwyższej Uciechy.
„Dom” to tak naprawdę metafora twierdzy. Wewnątrz tego Domu Najwyższej Uciechy Hua Cheng pozostawał panem, był tu całkowicie bezpieczny. Wystarczy jednak, że przekroczy próg, a zostanie zaatakowany przez „demony”.
Nic dziwnego, że Bai Jin wspominał o sprawiających kłopoty demonach. Pojawiały się zapewne dlatego, że mimo ich nieustannej obecności Hua Cheng wciąż wychodził… szukać Xie Liana. Nie pamiętał samego siebie ani Xie Liana, ale był pewien jednego: chciał sprowadzić Xie Liana do Domu Najwyższej Uciechy, mając mgliste poczucie, że to najbezpieczniejsze miejsce.
Xie Lian spojrzał na Hua Chenga, który stwierdziwszy, że gościowi nie podoba się czytanie książki, zaczął przetrząsać pokój w poszukiwaniu innych rozrywek. Xie Lian był jeszcze bardziej zdeterminowany.
Koniecznie należało ukoić gorycz Nieśmiertelnego Haftu!
Gdy tylko odwinął się ze skóry, Hua Cheng natychmiast go ostrzegł:
– Taoisto, gege, nie odchodź!
– Nie odchodzę. Zabieram cię ze sobą. Chcesz ze mną iść? Pójdziemy… się zabawić? Nie martw się, na pewno zdołam cię ochronić – namawiał Xie Lian, najłagodniej jak umiał.
Jak Hua Cheng mógłby się nie zgodzić? Nie chciał się nudzić w swojej rezydencji, ledwie więc usłyszał, że Xie Lian chce go dokądś zabrać, od razu zapalił się do tego pomysłu.
– Wciąż ktoś jest na zewnątrz, niebezpiecznie jest wychodzić – ostrzegł, marszcząc brwi.
Wydawał się naprawdę chętny, ale i zmartwiony. Xie Lian znów czuł rosnącą chęć, by pocałować go w czoło albo policzek. Opieranie się temu pragnieniu sprawiało mu dużo trudności.
– Nieważne. Nie mogą mnie zranić, patrz! – powiedział i rzucił w stronę okna talizman.
Postacie krzyknęły i rozpłynęły się jak gęsty tusz w wodzie. Xie Lian z uśmiechem cofnął dłoń.
– I jak? Czyż gege-taoista nie jest niezły? Nie będziesz się martwić? – Pomyślał chwilę, po czym dodał: – Jeśli chcesz iść ze mną, będę ci towarzyszył codziennie… o!
Hua Cheng porwał go w ramiona i wybiegł na zewnątrz, gdzie czekał wspaniały i zwinny czarny koń. Xie Lian zastanowił się przelotnie, czy przypadkiem przed chwilą po prostu nie oszukał młodzika. I gdy zobaczył konia, zamarł w pół kroku, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
– Chcesz jechać konno?
Najeżony kolcami bicz Hua Chenga świsnął w powietrzu.
– Taoisto, gege, boisz się jazdy konnej? Spokojnie, będę z tyłu. Ja też będę cię ochraniał.
Słysząc, jak Hua Cheng powtarza jego własną solenną obietnicę, Xie Lian miał ochotę zatkać sobie uszy.
– Nie bądź taki! Kto niby mówi, że boję się jazdy konnej?
Nie chciał jechać na koniu właśnie dlatego, że Hua Cheng był z tyłu!
Ostatecznie nie zdołał się oprzeć i obaj dosiedli konia. Pędzili drogą, a Hua Cheng przez cały czas się śmiał, rozbawiony do granic możliwości. Xie Lian z kolei przybity. Wzdłuż drogi, po obu stronach, stało pełno ludzi i chociaż Xie Lian wiedział, że to nie są prawdziwe osoby, miał ochotę schować twarz w końskiej grzywie.
Nie zobaczył jednak nigdzie Bai Jina. Dotarli do przedmieść. Bai Jin miał tu własnoręcznie zbudowany nieduży domek. Sam w nim nie mieszkał, bywał tam jedynie, ale wiele dzieci ulicy albo z biednych rodzin przychodziło tu, by się bawić lub pomieszkiwać. Wyglądało na to, że kiedy nie był na polu bitwy, Bai Jin wolał spędzać czas z dziećmi niż z dorosłymi.
Hua Cheng skierował konia w tę stronę. Nie zaczekał, aż Xie Lian zsiądzie, tylko złapał go w pasie i postawił na ziemi.
– Gege, taoisto, po co mnie tutaj zabrałeś? Co tu jest ciekawego? Za dużo dzieciaków.
„To wcale nie tak, że nie umiem jeździć konno”, pomyślał Xie Lian. „Właściwie jestem w tym całkiem dobry. Dlaczego się na to zgodziłem?”
– I co z tego? Nie lubisz dzieci? – spytał bezradnie.
– Nie.
Xie Lian nie wiedział, co o tym myśleć. „Więc to tak”, pomyślał. Wcześniej nie miał pojęcia, że Hua Cheng nie lubi dzieci.
– Dzieci to same kłopoty! – oznajmił Hua Cheng z naciskiem.
W tym momencie z domku wyszedł Bai Jin, ciągnąc za sobą dwójkę płaczących maluchów uczepionych jego spodni.
– Zielarzu, wróciłeś! Chodź, pomóż mi! – poprosił, gdy tylko zobaczył Xie Liana.
Wyraz twarzy Hua Chenga się nie zmienił, ale brwi zmarszczyły się lekko. To samo zrobił Bai Jin, spojrzawszy na dwóch niespodziewanych gości. Wyglądało na to, że obaj, chociaż nie byli tego świadomi, podskórnie wyczuwali, że ten drugi jest niebezpieczny. Xie Lian wkroczył między nich i chwycił dzieci za ręce.
– Co z nimi? – spytał.
Bai Jin spojrzał w bok i podrapał się po głowie.
– Bili się i upadli. Przed chwilą szukałem cię na ulicach, gdzie zniknąłeś?
– Nic mi nie jest, przepraszam, że musiałeś się o mnie martwić. Spotkałem po drodze znajomego i zaprosił mnie do siebie – mówił z uśmiechem Xie Lian, równocześnie zręcznie pocieszając dzieci, opatrując ich rany i smarując maścią.
Bai Jin już miał coś powiedzieć, kiedy nagle zaświeciły mu się oczy i ruszył do przodu. Xie Lian podążył za nim wzrokiem i jego uśmiech natychmiast zgasł. „Przyszedł!”, pomyślał.
Zobaczył młodzieńca w niebieskich szatach, który przechadzał się niespiesznie z rękoma splecionymi za plecami, jakby tylko przypadkiem był w pobliżu.
– Poczekaj! – krzyknął za nim Bai Jin.
Tym młodzieńcem był oczywiście Ling Wen. Ledwo się odwrócił, a Bai Jin na niego wpadł.
– Wszędzie cię szukałem! Wreszcie przyszedłeś! – wołał radośnie.
Ling Wen powoli i spokojnie odepchnął go jednym palcem.
– Nie szarp mnie.
Bai Jin od razu go puścił. Ling Wen spojrzał na niego i dodał z uśmiechem:
– Jakże to? Poprzednim razem poradziłem ci uważać. Czyżbym mówił coś nie tak?
– Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać – odparł Bai Jin. – Jesteś taki mądry, wszystko mówiłeś słusznie. Gdy sobie poszli, zachowali się dokładnie tak, jak powiedziałeś.
– Zapamiętałeś, co ci kazałem? – spytał Ling Wen. – Tamta dwójka to w gruncie rzeczy tchórze, jeśli dasz im lekcję, tak jak ci mówiłem, nie ośmielą się rozsiewać plotek.
– Nie – odpowiedział Bai Jin z rozbrajającą szczerością. Robił tyle, co stu ludzi, gdzieżby miał czas?
– Jesteś naprawdę głupi. – Ling Wen westchnął. – Podpowiedziałem ci rozwiązanie, a ty nawet z niego nie skorzystałeś.
– Nieważne – zbył go Bai Jin. – Mam inną rzecz, o którą chciałbym cię prosić. Wen-di1, może mógłbyś przychodzić tutaj i uczyć te dzieci?
Ling Wen patrzył na niego i nie odpowiadał, nie wiadomo czy dlatego, że się nie spodziewał akurat takiej prośby, czy z powodu tego zwrotu. Bai Jin zrozumiał, że młodzieniec nie ma ochoty, więc odpiął wiszący u pasa mieszek z pieniędzmi, otworzył i mu pokazał.
– Zapłacę. To wszystko dla ciebie.
Ling Wen rzucił okiem do środka.
– Skoro masz tyle pieniędzy, dlaczego nie pójdziesz poprosić nauczyciela? – spytał.
– Prosiłem. – Bai Jin pokręcił głową. – Ale oni nie są dobrzy.
Xie Lian domyślał się, o co chodziło. Kilkaset lat temu nie było tak wielu uczonych, Bai Jin mógł nie znać żadnych wielkich talentów albo nie odróżniał ich od przeciętnych. Nawet gdyby znalazł przypadkiem kogoś, kto przez kilka lat się uczył, nikt nie mógłby go nadzorować, byłby więc pewnie niedbały i traktował wszystkich jak idiotów.
– Kiedy nikt się nie zajmuje dziećmi, mogą wyrosnąć na głupców. Nie można do tego dopuścić – wymamrotał pod nosem Bai Jin.
– Kto tak mówi? – zaoponował Ling Wen. – Mną nikt się nie zajmował, a przecież nie wyrosłem na głupca.
Wydawało się, że Bai Jin nie wiedział, co odpowiedzieć, patrzył więc tylko na niego.
– A właściwie to dlaczego mnie szukałeś? Widzieliśmy się tylko raz. Czy ja ci wyglądam na dobrego, cierpliwego człowieka? Dlaczego uznałeś, że się zgodzę?
Twarz Bai Jina poczerwieniała, jakby z całych sił starał się wymyślić coś, co przekonałoby „mistrza” do uczenia dzieci. Xie Lian spojrzał na niego i pomyślał, że jest godny pożałowania. Bai Jin uważał Ling Wena za mądrego i życzliwego, bo tamten podczas pierwszego spotkania ostrzegł go przed parą kochanków. Pokładał więc w nim duże nadzieje, do tego przygotował sowitą zapłatę i zupełnie się nie spodziewał, że spotka się z chłodną odmową. Gdyby to nie był wewnętrzny świat Nieśmiertelnego Haftu, gdyby Xie Lian nie czuł niechęci, by zmieniać szczegóły jego wspomnień, na pewno by interweniował. Nagle, gdy Bai Jin nie wiedział już, co ze sobą zrobić, Ling Wen westchnął.
– A dzieci? – spytał.
Bai Jin patrzył.
– Najpierw pokaż mi, jakie dzieciaki miałbym uczyć – dodał Ling Wen.
I tak zaciągnięto go do pracy.
Trzeba przyznać, że Ling Wen zasługiwał na miano przyszłego pierwszego boga-urzędnika Wyższej Izby Niebios. Nawet kiedy uczył grupę wioskowych sierot, które nie miały żadnych podstaw, potrafił wyjaśnić trudne zagadnienia w przystępny sposób. Xie Lian stwierdził, że jego największym atutem była umiejętność obudzenia w dzieciach zainteresowania – gdy już się pojawiło, same zaczynały wykazywać chęć do nauki. W ten sposób nawet pojedyncza lekcja dawała efekt. Widząc dzieci z rozłożonymi na stole książkami, Bai Jin cieszył się niezmiernie:
– Wen-di, nie miałem pojęcia, że jesteś aż tak mądry!
Ling Wen jedną ręką podpierał czoło, a drugą zapisywał na kartce treść lekcji.
– To ty jesteś za głupi! – Westchnął.
Faktycznie można było tak to ująć. Kiedy dzieci uczestniczyły w lekcji, Bai Jin też słuchał z rękami splecionymi na piersi. Ale już po godzinie, gdy uczniowie zapamiętali po kilkaset znaków, Bai Jin nie zapamiętywał nic, a co zapamiętał, to zapominał i nawet z własnym imieniem miał problem.
Zdaniem Xie Liana była to jednak raczej kwestia urazu niż opóźnienia umysłowego, tak jak zerwane ścięgna uniemożliwiają ruszanie palcami. Miał kiedyś znajomego, który był bystrym studentem, ale pewnego razu ktoś go popchnął i ten uderzył głową o róg stołu. Gdy rana się wygoiła, na widok pisma zaczynała boleć go głowa. Gapił się usilnie na znaki, które wcześniej znał, i nie potrafił ich przeczytać, a co dopiero napisać. W końcu nie miał wyjścia i musiał się zająć zbieraniem śmieci.
Ling Wen położył nogę na stołku i zabębnił palcami w blat stołu. Bai Jin zebrał się, by rozetrzeć dla niego tusz. Nie przestawał go przy tym chwalić:
– Jesteś taki mądry i dobry.
– Nie będę ukrywał, przez całe życie nikt mi nie mówił, że jestem dobry. – Ling Wen się uśmiechnął.
W środku trwała lekcja, a Xie Lian siedział w drzwiach drewnianego domku i rozdrabniał zioła. Znudzony Hua Cheng przycupnął obok i od niechcenia pomagał je sortować. Wyprostował długie nogi, oczy osłonił przed delikatnym światłem słońca, wyglądał na zadowolonego. Spostrzegł jednak, że Xie Lian cały czas zagląda do środka, upuścił mu więc gałązkę przed twarzą. Xie Lian jej nie zauważył, zatem Hua Cheng wyciągnął nogę w jego kierunku, buty, w których zwisały srebrne łańcuszki, dotknęły jego nogi.
Xie Lian dopiero wtedy się ocknął.
– Co jest? – zapytał.
Zobaczywszy, że odzyskał jego uwagę, Hua Cheng się rozpromienił.
– Przepraszam, pewnie się nudzisz – powiedział zawstydzony Xie Lian.
– Nie – odparł Hua Cheng. – Ale co jest ciekawego w patrzeniu, jak uczą się znaków? Brzydkie, nie patrz na to.
Przed chwilą Ling Wen uczył dzieci, jak mają zapisać swoje imiona. Po podłodze walały się strzępy papieru, ciemne plamy tuszu na papierze wyglądały jak brud, jedna gorsza od drugiej, naprawdę nie dało się na to patrzeć. Xie Lian pomyślał w duchu, że Hua Cheng niekoniecznie miał lepsze pismo. Zobaczył, że kilkoro starszych dzieci zerka na nich z dezaprobatą. Hua Cheng zachowywał się przecież jak arogancki paniczyk, ale nikt nie śmiał powiedzieć ani słowa. Ling Wen łypnął na nich, po czym zawołał jedno z dzieci:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dosłownie: młodszy bracie Wen, poufała forma (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczek). [wróć]
