Wygnaniec - Katarzyna Berenika Miszczuk - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wygnaniec ebook i audiobook

Katarzyna Berenika Miszczuk

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Marzysz, żeby twoje życie zamieniło się w bajkę? A jeśli byłaby to jedna z krwawych baśni braci Grimm?

Anka jest pielęgniarką. Nie ma męża, chłopaka ani nawet kota. Całymi dniami pracuje i marzy o przeżyciu jakiejś przygody. Fantazja jednak na razie się nie spełnia, a kobieta musi jechać na wieś do schorowanego dziadka, żeby mu pomóc i namówić go na przeprowadzkę do domu spokojnej starości Jesienny Listeczek.

Niespodziewanie sprawy się komplikują, gdy Anka znajduje w piwnicy tajemniczy bibelot, a potem trafia na nieprzytomnego nagiego mężczyznę, który jak gdyby nigdy nic udaje trupa pośrodku ogródka warzywnego. Niedługo potem ktoś do niej strzela, a nagus oświadcza, że jest księciem, i zmusza ją do pomocy w poszukiwaniu gwiazdy, która została wykradziona z jego świata.

Czy to tylko urojenia poszukiwanego przestępcy? A może wielka przygoda, o której Anka marzyła? Tylko dlaczego książę z baśni przestrzega ją: „Nie wierz temu, co usłyszysz lub zobaczysz. Nie przyjmuj niczego, co będzie ci dawane za darmo, i pod żadnym pozorem nie wyjawiaj nikomu swojego prawdziwego imienia”?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 489

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 16 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Skórska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



SŁOWNIK WYMOWY

Aed [wym. Ad]

aes sídhe [wym. ej szi]

Art [wym. Art]

bwbachod [wym. bubachod]

Darragh [wym. Darra]

Darraghą [wym. Darrą]

Darraghy [wym. Darry]

Elatha [wym. Elaha]

Elathy [wym. Elahy]

Elacie [wym. Elahcie]

ellylldan [wym. esystan]

Finn [wym. Fin]

Hy-Brasail [wym. Haj Brazyl]

Ivor [wym. Iwor]

kelpie [wym. kelpi]

Mannix [wym. Maniks]

merrow [wym. meroł]

pook [wym. puk]

pwca [wym. puka]

Sionna [wym. Sijona]

Tadhg [wym. Tajg]

Tadhgiem [wym. Tajgiem]

Talamh an Fo-thalamh [wym. Talo an Fotalu]

Tír-na-n-Og [wym. Tir na nog]

Tuatha Dé Danaan [wym. Tuhate Danannn]

Tylwyth Teg [wym. Tylłiw Teg]

CZĘŚĆ PIERWSZADUSIBABA

1

Cicho zamknęłam za sobą drzwi. Zawias skrzypnął, ale chyba nie na tyle głośno, żeby obudzić mojego dziadka. Spaczone od wieloletniej wilgoci drewno wygięło się odrobinę przy progu, przez co zahaczało o wystającą deskę schodów. Przydeptałam ją i domknęłam wejście, bo inaczej zamek by nie zaskoczył.

Dziadek Waldek cierpiał na chorobę Alzheimera. Z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu, który oczywiście miał wytłumaczenie naukowe, zamiast spać w nocy, spał tylko w dzień. Zupełnie zamienił sobie pory aktywności i odpoczynku. Było to bardzo męczące, ale nie widziałam żadnego sposobu, by wybrnąć z tej sytuacji. Pozostawało mi tylko się przyzwyczaić.

Było południe, a ja czułam, że zaraz zasnę na stojąco. Pomieszkiwałam w Dusibabie, małej wsi na północy województwa mazowieckiego, już od prawie dwóch tygodni i przez cały ten czas nie byłam w stanie porządnie się zregenerować. Nocami rozmawiałam z dziadkiem i pilnowałam, żeby nie wywędrował poza obejście, a we dnie próbowałam sprzątać zapuszczony dom.

Marzyłam teraz tylko o wypiciu w spokoju kawy na ławce stojącej pod jabłonką. To był mój codzienny rytuał. Zamierzałam dogorywać w cieniu przez najbliższe dwie godziny i udawać, że jestem na wakacjach.

Powietrze pachniało niedawną burzą, która ustała dopiero rano. Było przyjemnie rześkie mimo wysoko stojącego, lipcowego słońca.

Wdychając upojny zapach kawy i deszczu, zeszłam po trzech schodkach. Westchnęłam zadowolona, stanęłam na żwirowej ścieżce i o mało nie upuściłam na swoje białe adidasy kubka z zalewajką.

Praktycznie na środku ogródka leżał na plecach facet.

Nieprzytomny facet.

Obcy facet.

I na dodatek kompletnie goły facet!

Tak sobie po prostu leżał nieprzytomny, z szeroko rozrzuconymi rękami i nogami. Na oko, z daleka, wyglądał na bardziej martwego niż żywego. Absurdalność tej sytuacji wykraczała poza wszelkie normy.

– Co, do cholery? – mruknęłam.

Zamknęłam oczy i je otworzyłam.

Nadal tam był.

Uszczypnęłam się w przedramię.

Nie raczył zniknąć.

– No cholera jasna… – skwitowałam.

Nieprzytomny bądź martwy mężczyzna pośrodku ogródka mojego dziadka to było ostatnie, co spodziewałabym się znaleźć. A chciałabym tylko zaznaczyć, że przez ostatnie dwa tygodnie znalazłam naprawdę bardzo dużo dziwnych rzeczy w piwnicy budynku.

Nieduży dom dawniej funkcjonował jako leśniczówka. W młodości Waldek był najprawdziwszym gajowym, który dbał o puszczę i bagna znajdujące się na jej terenie. Zapracowana mama przywoziła mnie tu prawie w każde wakacje, dopóki żyła jeszcze babcia Ela.

Lato w leśniczówce do dzisiaj malowało się w moich wspomnieniach czerwienią jabłek z sadu, bielą skrzydeł hodowanych przez dziadka kur i gołębi, głęboką zielenią podmokłego lasu i szarym chłodem jeziora, do którego nie wolno mi się było zbliżać.

Byłam ich jedyną wnuczką, dzięki czemu rozpieszczali mnie do granic możliwości, gdy do nich przyjeżdżałam. Tylko słodka dziewczynka z lekką nadwagą zamieniła się już w trzydziestoczterolatkę z oponką na brzuchu, świadomą, że te wszystkie pierogi z jagodami i cukrem, które zżerała nałogowo w leśniczówce, miały spory wpływ na jej aktualnie mało modelową figurę.

W liceum przestałam przyjeżdżać na wakacje, babcia zmarła, a dziadek… dziadek dalej żył w swoim świecie na skraju Dusibaby. Przeszedł na emeryturę i zajął się hodowlą gołębi, chodzeniem na grzyby oraz swoim ogródkiem warzywnym. Nigdy nie dzwonił, nie skarżył się. Za żadne skarby nie chciał przyjechać do nas do Warszawy.

Ciągle powtarzał, że chce tu umrzeć, żeby spotkać się z babcią.

A co ja tutaj robiłam? Nie, tym razem nie przyjechałam na pierogi z jagodami. Dziadek przestał odbierać telefony, a zaprzyjaźnieni sąsiedzi donieśli mojej mamie o jego pogarszającym się zdrowiu. Wybrałyśmy się tu kilka razy. Zawsze odmawiał przeprowadzki do Warszawy. Udawał, że sobie radzi.

Tylko że przestał.

Dwa tygodnie temu znaleziono go błąkającego się w środku nocy po drugiej stronie wsi. Zapytany, co tam robi, odpowiadał, że szuka babci Eli, bo przecież go wołała. To był niestety już ten moment, w którym wszyscy oprócz dziadka Waldka wiedzieli, że nie może on dłużej mieszkać sam.

Po krótkiej naradzie rodzinnej ja jako jedyny wolny duch, pozbawiona zobowiązań oraz etatu, zostałam wytypowana na osobę, która przyjedzie do Dusibaby i namówi dziadka na przeprowadzkę do domu spokojnej starości o uroczej nazwie Jesienny Listeczek. Miałam też przejrzeć wszystkie nagromadzone przez lata rzeczy, spakować je i przygotować dom do sprzedaży, bo lokalny rolnik od dawna ostrzył zęby na hektary łąk należących do rodziny, chcąc zdobyć monopol.

Mimo wielu miłych wspomnień ani ja, ani mama nie zamierzałyśmy więcej tu przyjeżdżać. Ona była wiecznie zajęta pracą, której po moim usamodzielnieniu się poświęciła się wręcz z podejrzaną radością. Kierowała znaną siecią salonów kosmetycznych i naprawdę lubiła życie w wielkim mieście. Branża beauty całkiem ją pochłonęła, a wszystkie nowinki zawsze testowała na sobie. Obecnie wyglądała młodziej ode mnie.

Ja byłam pielęgniarką na śmieciówce i ledwo żyłam po całonocnych dyżurach. Myślę, że to dlatego wyglądałam gorzej od własnej matki. Żaden krem do twarzy nie radzi sobie z wieloletnimi workami pod oczami.

Jako że nie miałam stałego zatrudnienia, to okazałam się idealną kandydatką do wyjazdu na wieś do chorego dziadka. Fakt, że byłam pielęgniarką w szpitalu dziecięcym i pracowałam na co dzień na oddziale niemowlęcym, nikogo nie obchodził. A na pewno nie moją perfekcyjną matkę, która do dzisiaj nie mogła przeżyć, że wolę robić to, zamiast wstrzykiwać jej klientkom kwas hialuronowy w usta.

Chwila, kiedy odmówiłam pracy w jej gabinecie, była chyba jedynym momentem w moim życiu, gdy otwarcie się jej postawiłam. Nie wiem, którą z nas bardziej to zaskoczyło.

Jasne, kosmetologia i zabiegi z zakresu medycyny estetycznej byłyby bardziej dochodowe od szpitala i mogłabym wreszcie zacząć przesypiać noce, ale ja nie byłam tak przebojowa jak moja mama. Nie chciałam namawiać klientek na zabiegi i brać na siebie odpowiedzialności za ich wygląd. Za szybko dostałabym od tego wrzodów żołądka.

Historia mojego życia nie była ekscytująca. Była raczej aż do bólu zwykła i mnie osobiście bardzo to odpowiadało. Ja kocham święty spokój. Nawet jeśli czasem uwiera mnie, że w przeciwieństwie do koleżanek nie zwiedzam świata czy nie mam jeszcze męża.

To dlatego zdecydowanie nie podobał mi się goły facet leżący między groszkiem a truskawkami. Była to aberracja, która nie miała prawa zaistnieć w ogródku mojego dziadka.

Podeszłam bliżej. Kilka kropel kawy poleciało na trawę, a ja dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że trzęsą mi się ręce.

– Halo, proszę pana? – zawołałam teatralnym szeptem.

Ostatnie, na co miałam w tej chwili ochotę, to obudzenie dziadka. Bałam się, że wpadłby tylko niepotrzebnie w histerię, a ja razem z nim.

– Halo! – spróbowałam jeszcze raz.

Niestety nagi typ nie odpowiedział na zaczepkę i ani myślał się poruszyć czy jakkolwiek zareagować.

Miałam na studiach zajęcia w prosektorium. Pamiętałam je jak przez mgłę, bo jak dla mnie były zajęciami z koszmarów i po latach niemalże wszystko wyparłam. Jednak kojarzyłam fakt, że zwłoki wyglądają trochę bardziej… sztucznie od żywego człowieka. Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale zesztywniałe ciało sprawiało wrażenie plastikowego, poszarzałego manekina.

Ten osobnik nie wyglądał na plastikową kukłę. Jego klatka piersiowa nawet delikatnie unosiła się w rytm płytkiego oddechu. Chyba że było to moje myślenie życzeniowe, bo jakkolwiek by patrzeć, znalezienie w ogródku nieprzytomnego gołego chłopa było jednak lepszym rozwiązaniem od znalezienia martwego gołego chłopa.

Wzięłam solidny łyk kawy, parząc sobie usta i gardło. Lepsza dla odwagi byłaby pewnie setka wódki, ale zalewajka musiała wystarczyć. Odchrząknęłam, powolutku ukucnęłam i odstawiłam kubek na żwirową ścieżkę.

Mężczyzna leżał pośrodku ogródka warzywnego. Po swojej lewej miał groszek cukrowy na bambusowych palikach, a po prawej krzaczki truskawek. Tyłkiem wylądował na dość szerokiej ścieżce pomiędzy uprawami. Była taka dlatego, że ogródek został zaprojektowany dla babci Eli, która pod koniec swojego życia poruszała się, używając laski, i codziennie sama doglądała roślin.

– Dobrze, że nie dupą w truskawkach – mruknęłam, zerkając na czerwone owoce, które aż się prosiły, żeby je zerwać i zeżreć.

Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Rozejrzałam się bezradnie, ale nigdzie nie było żywego ducha.

Wieś o uroczej nazwie Dusibaba nie była duża. Mieszkało tu w porywach ze sto pięćdziesiąt osób, a może nawet mniej. Dusibaba powoli dogorywała. Młodzi stąd uciekali, a starzy wymierali. W okolicy nie było żadnych atrakcji turystycznych, ciekawych miejsc na kemping ani dużych ośrodków, do których można by dojeżdżać, pomieszkując tutaj. Wioskę otaczały z jednej strony las, a z drugiej – pola kukurydzy pastewnej i pastwiska dla krów.

Było to ostatnie miejsce, w którym ktoś postanowiłby nagrywać z ukrytej kamery, jak baba zareaguje na gołego mężczyznę.

Domek dziadka znajdował się na samym skraju wsi. Był oddalony od pozostałych zabudowań, bo jako leśniczówka stał na straży szlaku prowadzącego do puszczy. W sezonie grzybowym lub w weekendy na szutrówce przed ogrodzeniem można było spotkać trochę osób, które szukały wytchnienia od miasta. Jednak teraz, w środku tygodnia pod koniec lipca, nie zaglądał tu pies z kulawą nogą.

– Może to po prostu halucynacje z niewyspania? – powiedziałam sama do siebie.

Powolutku zeszłam ze ścieżki, ścięłam po ukosie trawnik i stanęłam obok ogródka warzywnego. Był otoczony miniaturowym ogrodzeniem z cegieł, które dziadek niegdyś ułożył obok siebie.

Wlazłam między krzaczki truskawek i podeszłam do mężczyzny od boku.

– Halo, proszę pana. Wszystko dobrze? – zapytałam.

Gdy nie odpowiedział, zrobiłam jeszcze jeden krok. Niespodziewanie poczułam dreszcz niepokoju. Cała kuriozalna sytuacja wydała mi się teraz niebezpieczna. A może to jakiś wariat, który uciekł z ośrodka dla obłąkanych? Co prawda trudno raczej współcześnie uświadczyć takie miejsca, ale wyobraźnia pracowała mi na pełnych obrotach.

Mężczyzna był… porażająco przystojny. Na oko po trzydziestce, może przed czterdziestką. Czarne włosy, krótko ścięte nad uszami i dłuższe na czubku głowy, prosty nos, pełne, lekko rozchylone wargi, które przecinała wąska, stara, biała blizna, i czarne rzęsy rzucające długie cienie na chorobliwie blade policzki. W uchu od mojej strony nie było kolczyków, ale chrząstkę znaczył rząd dziurek.

Nie miał kwadratowej szczęki Brada Pitta, ale zarys żuchwy określiłabym jako całkiem zgrabny. Do tego szerokie barki, umięśnione przedramiona, kaloryfer na brzuchu jak malowany, wąskie biodra, długie nogi i solidna zawartość bokserek, gdyby oczywiście miał je na sobie.

Ale nie miał, więc mogłam bezkarnie zerknąć.

Naprawdę nie wiedziałam, co on robi w ogródku mojego dziadka. Z taką aparycją powinien biegać gdzieś po wybiegach lub ewentualnie występować w filmach. Chociaż… nie był bez skazy. Oprócz blizny na twarzy miał jeszcze kilka ledwie widocznych, cienkich na brzuchu oraz jedną na szyi. Zbyt poszarpana, aby być efektem cięcia w trakcie operacji guzków tarczycy, wyglądała raczej jak dawno wyleczone ślady po sznurze.

Boże… próbował się kiedyś powiesić?

– Proszę pana… – zagadnęłam znowu.

Przysunęłam się jeszcze o krok i stuknęłam go w bok czubkiem adidasa. Nie zareagował.

Stuknęłam mocniej, prosto między żebra.

Nadal nic.

Raz kozie śmierć. Powolutku ukucnęłam obok jego bioder. Wyciągnęłam drżącą rękę i niczym bohaterka seriali policyjnych przyłożyłam mu dwa palce do szyi w poszukiwaniu pulsu. Wiem, gdzie biegnie tętnica szyjna, w końcu jestem pielęgniarką. Tajemniczy osobnik jednak nijak nie chciał mieć tętna. Wbiłam mu mocniej palce w ciało, ale nadal nic.

Był zimny jak trup mimo grzejącego, lipcowego słońca.

Zaczęłam się zastanawiać, co powiem dyspozytorowi po zadzwonieniu pod sto dwanaście: „Halo, proszę pana, potrzebuję pomocy. W moim ogródku leży martwy przystojniak. Jakby był żywy, to z łóżka bym go nie wyrzuciła, ale trup trochę mi zawala”.

Podejrzewałam, że to może być jedna z tych rozmów, które nagrają sobie na pamiątkę i będą odsłuchiwać na poprawę humoru.

Wcisnęłam jeszcze mocniej palce w szyję sztywnego mężczyzny, łudząc się, że jednak poczuję pod opuszkami cień pulsu.

– No dawaj – syknęłam. – Nie bądź trupem!

Nagle sztywny delikwent ożył. Nie zdążyłam nawet mrugnąć, kiedy złapał mnie za ramiona, przerzucił na bok, prosto w nieszczęsne truskawki, na które miałam taką ochotę, i położył się na mnie, krępując mi ręce nad głową.

Jego twarz o nieruchomych rysach, jakby wyciosanych w kamieniu, zawisła tuż nade mną. Miał otwarte oczy. Były błękitne. Porażająco błękitne. Wręcz lazurowe. Jeszcze nigdy nie widziałam tak hipnotyzujących tęczówek.

Struchlałam ze strachu.

Po chwili zdałam sobie sprawę, że jego goły penis smyra mnie po udach, tuż pod linią nogawek od szortów. Kawa podeszła mi do gardła.

Przed oczami stanęły mi obrazy z paradokumentów true crime, które nałogowo oglądałam nocami na dyżurach, zamiast łapać godzinne drzemki.

– GWAŁCĄ! – ryknęłam mu prosto w twarz.

Mój krzyk nie trwał długo, bo mężczyzna jedną dłonią unieruchomił mi ręce, a drugą zasłonił usta. Próbowałam go ugryźć, ale skubany nie był chyba nowicjuszem i wiedział, jak mnie skutecznie unieszkodliwić.

W jego lazurowych oczach obok bezwzględności zobaczyłam zdziwienie. Starałam się dać znać głową, oczami, powiekami, czymkolwiek, że właśnie mnie dotyka tą częścią ciała, której nie chciałabym widzieć przed trzecią randką.

Zerknął pomiędzy nasze ciała i chyba zobaczył, w czym problem, bo lekko uniósł biodra.

Nie rozwiązało to całkowicie problemu, ale doceniłam, że robi, co może.

– Nie wrzeszcz – syknął.

Poczułam irytację. W kulki sobie leciał?

– Kim jesteś? – zapytał. – Kto cię przysłał?

To już całkiem zbiło mnie z pantałyku. To raczej ja powinnam zadawać takie pytania. Niespodziewanie usłyszałam głuchy dźwięk. Głowa mężczyzny drgnęła, oczy wywróciły się na drugą stronę i upadł na mnie całym ciężarem, solidnie mnie podduszając.

Ponad jego ramieniem zobaczyłam ubranego w piżamę dziadka, który trzymał w dłoniach lekko zakrwawiony drewniany wałek do ciasta. Łysinka błyszczała mu w słońcu, a ja od razu pomyślałam, że biedny wyszedł bez czapki i jeszcze dostanie udaru.

Waldek przyjrzał się uważnie leżącemu na mnie napastnikowi i zgniecionym truskawkom.

– Wnusiu, wszystko w porządku? – zapytał zatroskany.

– Jest super – wydusiłam ledwo spod prawie stu kilogramów nieprzytomnych mięśni.

2

– Nadal uważam, że powinniśmy zadzwonić po policję – powiedziałam. – Oni to ogarną i będzie po sprawie.

– Wnusiu, najpierw trzeba z nim porozmawiać. Rozmowa w takich wypadkach to podstawa. A może to tylko jakie nieporozumienie jest? Może go okradli i nie ma ubrań? – zaprotestował po raz kolejny dziadek. – Wtedy trzeba będzie mu pomóc.

– Jeśli jest ofiarą przestępstwa, to tym bardziej trzeba zadzwonić po policję – oświadczyłam.

– Za bardzo panikujesz.

Bezwładny mężczyzna był za ciężki, żebyśmy go zaciągnęli do domu, więc skoczyłam do składziku po plastikową linkę do wieszania prania i na wszelki wypadek skrępowaliśmy mu ręce oraz nogi. Ja głosowałam, żeby związać mu nadgarstki na plecach i jeszcze połączyć ten węzeł ze stopami, ale dziadek stwierdził, że przesadzam, bo to człowiek, a nie szynka na święta.

Uważam jednak, że miałam rację, bo kiedy się ocknął, od razu zerwał się na równe nogi, przez co zrzucił ręcznik, którym go przykryliśmy w pasie, stracił równowagę i rymsnął jak długi prosto w truskawki.

Doskonale… W tym sezonie raczej już żadnej nie zbierzemy.

– Proszę pana, spokojnie. Po co się tak unosić? – powiedział dziadek.

Posadziłam go na przyniesionym z domu krześle i zmusiłam, żeby założył na łysą głowę wypłowiałą czapkę z daszkiem. Waldek miał już siedemdziesiąt osiem lat, chorobę Alzheimera, nieleczoną hipercholesterolemię, rozchwiane ciśnienie tętnicze i cholera wie, jaki cukier, bo go nigdy nie mierzył. Bał się lekarzy niczym ognia. Nawet mnie, własnej wnuczce, nie wierzył, kiedy zachęcałam go do leczenia. Odkąd przyjechałam, pilnowałam, żeby łykał regularnie wszystkie leki, ale podejrzewam, że wcześniej bywało z tym różnie.

Stanie w południowym słońcu mogło mu zdecydowanie zaszkodzić.

– Kim jesteście? – wycedził mężczyzna.

Przekręcił się na bok i wpatrywał w nas z nienawiścią.

Sięgnęłam po sprany ręcznik w niebieskie fale i narzuciłam mu na biodra. Śledził każdy mój ruch tak czujnie, jakbym miała go zadusić tym kawałkiem materiału.

– To raczej my powinniśmy zadawać pytania – oświadczyłam twardym głosem, odzyskując animusz. Z dziadkiem za plecami czułam się znacznie pewniej. – Co pan robił goły w naszym ogródku?

Mężczyzna zlustrował nas spod przymrużonych powiek, a następnie rozejrzał się dookoła.

– Gdzie ja jestem? – zapytał.

Zerknęliśmy na siebie z dziadkiem. Zaczęłam mieć wątpliwości. Może dziadek miał rację i faktycznie ktoś na niego napadł? Biedny błąkał się po puszczy i dopiero teraz dotarł do cywilizacji.

– Dusibaba – odpowiedziałam.

– Co? – wykrztusił.

– Dusibaba, taka wieś.

Jego mina nadal nie wyrażała zrozumienia.

– Niecałe trzydzieści kilometrów od Ostrołęki – wyjaśniałam dalej. – Tak ze dwie godziny od Warszawy? Nie, nic? Dziadeeeeeek… chyba go za mocno uderzyłeś w głowę.

– No usłyszałem, jak krzyczysz, zobaczyłem, że gołodupiec na tobie leży, to żem go trzasnął – obruszył się. – Należało mu się.

– Należało – zgodziłam się.

– Jestem na powierzchni? – zapytał poważnym głosem mężczyzna. – Na ziemi?

Skonfundowani patrzyliśmy na niego, nie do końca wiedząc, jak się teraz zachować.

– Jest pan na ziemi, zdecydowanie na jej powierzchni. Nie da się ukryć. Proszę pana, czy dobrze się pan czuje? Boli pana głowa? Ma pan mdłości? Ja jestem pielęgniarką, może mogłabym…

– Udało się! – przerwał mi. W jego głosie zabrzmiała satysfakcja. – Uciekłem! Ha! Rozwiążcie mnie. Jestem księciem.

Zamrugałam. No jak on jest księciem, to ja księżniczką.

Podparłam się pod boki.

– Najpierw to ja zadzwonię po pogotowie. Obawiam się, że ma pan wstrząśnienie mózgu albo się pan czegoś naćpał. Obie te sytuacje wymagają pomocy odpowiednio przeszkolonych służb.

– Jego chyba naprawdę ktoś porwał i okradł, wnusiu. Inaczej nie byłby goły – powiedział dziadek.

– Dobra, w takim razie lepiej wezwijmy dzielnicowego. Niech on się nim zajmie.

– Kto to jest dzielnicowy? – zapytał mężczyzna.

Przez chwilę patrzyliśmy na niego bez słowa. Czekałam, aż drgnie mu kącik ust, oko błyśnie, ale nie… Mówił całkowicie poważnie.

– No grubo… – skwitowałam.

– Nie jest gruby – zaprotestował dziadek.

– Dziadku, tak się tylko mówi. Chodzi o to, że sprawa jest poważna.

– Uwolnijcie mnie. To rozkaz – powiedział stanowczo mężczyzna.

– Przypuszczam, że wątpię – poczęstowałam go warszawskim powiedzonkiem, które zawsze mi się podobało.

Jemu najwyraźniej nie przypadło do gustu, bo tylko zmrużył oczy i zrobił srogą minę.

Wyciągnęłam z kieszeni szortów stary telefon i dokładnie obejrzałam szybkę. Na szczęście nie była pęknięta. Opłaca się mieć gruby tyłek. Gdyby mi kości wystawały, to jeszcze bym ją stłukła, upadając.

– Co robisz? – zapytał mężczyzna, nie spuszczając wzroku z aparatu. – Co to jest?

– Dzwonię po policję i pogotowie. Jak już mówiłam, niech odpowiednie służby się panem księciem zajmą – oznajmiłam.

– Poczekaj.

Nadal miał groźny wyraz twarzy, ale w jego głosie pojawiły się błagalne nuty.

– Domyślam się, że ten dzielnicowy i policja to rodzaj waszej straży. Nie możesz ich wezwać. Oni na pewno są wśród tej twojej policji. Przychodzą tu od setek lat i mieszkają między wami. Mają odpowiednie zaplecze. Uwolnijcie mnie i zniknę z waszego życia. Nie wzywajcie straży, proszę.

Zerknęliśmy po sobie z dziadkiem.

– Chłopie, znalazłam cię gołego w moim ogródku, rzuciłeś się na mnie, a teraz mówisz, że nie wiesz, kto to dzielnicowy, i pytasz, czy jesteś na ziemi. Sorry, ale to brzmi co najmniej podejrzanie. Uwalnianie cię jest ostatnią rzeczą, którą zamierzam zrobić – oznajmiłam.

Przysięgłabym, że w odpowiedzi warknął niczym wściekły pies.

– Macie dużo słów, które się przez lata zmieniają – wycedził. – Nie mieszkam tu. Nie mam możliwości ich znać. Zmiany zachodzą tutaj zbyt szybko.

Dziadek Waldek odchrząknął i posłał mi dobroduszne spojrzenie.

– Wnusiu, a może faktycznie go uwolnić i niech sobie idzie? – zaproponował. – Dobrze mu z oczu patrzy.

Zerknęłam na lazurowe gały, którymi nieznajomy ciskał gromy spod zmarszczonych czarnych brwi.

– Żartujesz chyba – prychnęłam. – Ten facet wygląda jak jakiś komandos. Jak tylko go rozwiążemy, to nas zaciuka. Ja tam mu w ogóle nie ufam.

Kliknęłam w symbol słuchawki i wystukałam sto dwanaście. Przyłożyłam aparat do ucha, ale nie usłyszałam sygnału wybierania połączenia. Co jest? Spojrzałam na wyświetlacz, który radośnie informował mnie o braku zasięgu.

Uniosłam rękę z telefonem, lecz nic to nie dało. Nadal nie było ani jednej kreski.

Znowu poczułam ukłucie niepokoju.

Dziwna sprawa. W Dusibabie był doskonały zasięg, bo na farmie kukurydzy, kawałek stąd, stał wysoki nadajnik telefonii komórkowej. Dzięki niemu mogłam oglądać tu namiętnie seriale na Netfliksie i plotkować przez telefon z przyjaciółką Ewą z Warszawy. Poza tym z tego, co wiedziałam, nawet gdy mój operator nie miał zasięgu, to połączenia alarmowe powinny zostać obsłużone przez tego, którego wieża znajduje się najbliżej.

Spojrzałam na związanego mężczyznę, posądzając go o maczanie w tym palców.

– Nie ma zasięgu – zdziwiłam się.

– Spróbuj ze stacjonarnego – zaproponował dziadek.

– Nie chcę zostawiać cię z nim samego – zaprotestowałam.

– Przecież jest związany. Nic mi nie zrobi.

Niby tak, ale miał w tych swoich niebieskich oczach coś takiego… sama nie wiem. Wyraźnie coś knuł i mnie się to nie podobało. Chciałam jednak jak najszybciej wezwać służby, pozbyć się tego oszołoma z naszego ogródka i zrobić sobie kolejną kawę. Nie mogłam się doczekać, aż znalezienie gołego faceta stanie się tylko zabawną anegdotą. W żadnym razie nie zdradzałam zadatków na bohaterkę filmów sensacyjnych.

– Dobra, zaraz wracam – uległam.

Przynajmniej miałam teraz dobry argument do dalszych rozmów z dziadkiem. Nie mógł mieszkać tu sam. A co, jeśli w jego ogródku pojawi się kolejny golas? Statystycznie było to co prawda raczej niemożliwe. Ale nigdy nie wiadomo.

Telefon stacjonarny z niegdyś białą, a obecnie pożółkłą ze starości obudową stał na komodzie w dużym pokoju, który był jednocześnie jadalnią. Ominęłam dębowy stół, zbudowany przed dziesięcioleciami przez dziadka Waldka, i sięgnęłam po słuchawkę wiszącą na zakręconym kablu.

Cud, że ten zabytek nie rozsypał mi się w ręku. Obstawiałam, że dziadkowie kupili go, zanim się urodziłam. Cyferblat przypominał przerośnięty kalkulator. Uniosłam słuchawkę do ucha, oczekując, że usłyszę dźwięk sygnału.

Głośnik był jednak cichy. Zdenerwowana potrząsnęłam słuchawką, a następnie kliknęłam kilka razy w klawisz, na który się ją odkłada, żeby rozłączyć rozmowę. Nic to jednak nie dało.

– Co jest?! – zaczęłam panikować.

Nie rozumiałam, dlaczego telefon jest głuchy. Przecież matka regularnie opłacała operatora. Dziadek nie był w stanie nauczyć się obsługi komórki i stary stacjonarny aparat był jedynym sposobem na codzienną komunikację.

Wybrałam numer alarmowy, ale w słuchawce nadal panowała głucha cisza. Szlag by to trafił.

Trudno. Postanowiłam, że pobiegnę do sąsiadów. Mieszkali przecież niedaleko. Co prawda działka dziadka stała ostatnia, już na uboczu Dusibaby, ale widać stąd było dach najbliższego budynku. Pięć minut szybkim marszem i będę na miejscu.

Doszłam do wniosku, że być może nocna burza uszkodziła kabel od telefonu stacjonarnego i wieżę nadawczą telefonii komórkowej. To było jedyne logiczne wytłumaczenie.

Miałam nadzieję, że sąsiedzi wpadną na dobry pomysł, co w takim wypadku zrobić, jeśli u nich też będzie głucho.

Ja całe życie mieszkałam w Warszawie. Byłam uzależniona od technologii, sąsiadów za ścianą i komunikacji miejskiej, która zatrzymywała się niemalże pod moimi drzwiami. Zdecydowanie nie podobało mi się odosobnienie domu dziadka.

Jak już mówiłam, za dużo paradokumentów true crime!

Gdybym miała samochód, to sama bym pojechała na posterunek policji w Różanie. To kilkanaście minut jazdy. Niestety nie byłam zmotoryzowana. Mama mnie tu przywiozła i miała za tydzień odebrać, razem z dziadkiem przekonanym o konieczności przeprowadzki do Jesiennego Listeczka.

Odłożyłam niedziałającą słuchawkę i już miałam się odwrócić, kiedy na moich ustach i ramionach zacisnęły się silne ręce.

– Nie krzycz – nakazał mi znaleziony mężczyzna.

3

Ręce miałam związane na plecach plastikową linką do prania. Węzły oplatały drewniane pałąki oparcia krzesła tak ściśle, że nie mogłam marzyć nawet o drobnym ruchu nadgarstków. Dodatkowo linka krępowała moje nogi i brzuch. W przeciwieństwie do mnie tajemniczy mężczyzna tytułujący się księciem świetnie umiał wiązać ludzi.

Przy stole obok mnie siedział dziadek. Był skrępowany podobnie, ale chyba znacznie lżej niż ja. Nie wiem, czy wynikało to ze szczątkowych ludzkich odruchów, które miał nasz oprawca, czy po prostu skończyła mu się linka.

– Dziadku, możesz się ruszyć? – syknęłam, kiedy zostaliśmy sami.

– Nie bardzo, wnusiu – odparł.

– Co teraz? Co teraz? Co teraz? – panikowałam.

– Będzie dobrze, wnusiu – próbował mnie pocieszyć.

– Nie wiesz tego – zaprotestowałam. – To jakiś psychopata. Zabije nas, a nasze zwłoki zakopie w ogródku. Jakbyś miał jeszcze kury, to pewnie rzuciłby im nas na pożarcie.

– Kury nie jedzą ludzi – zaprotestował.

– Widziałam w internecie, że dalekimi przodkami kur były tyranozaury. Odezwałaby im się jakaś pamięć genowa czy coś i by nas zeżarły.

– Oj, wnusiu… nie panikuj.

– Zabije nas. Zginiemy! Nie jestem w stanie przestać panikować!

– Nie zabije nas. On ucieka. Nie są mu potrzebne dodatkowe kłopoty – zaoponował ze znawstwem dziadek.

– Świadkowie też nie są mu potrzebni – zauważyłam.

– Hm… – mruknął tylko.

Byłam zrozpaczona. Nie tak to miało wyglądać. Nie powinnam umierać w wieku trzydziestu czterech lat. Jestem zdecydowanie za młoda! Nawet nie obejrzałam do końca wszystkich seriali! Nie zdążyłam kupić kota! Już nawet nie mówiąc o znalezieniu mężczyzny, który chciałby stanąć ze mną na ślubnym kobiercu. Nie pojechałam do Japonii. Ba! Ciągle nie zrobiłam do końca tego nudnego kursu szczepień, żeby rzucić pracę w szpitalu i iść pracować w jakiejś miłej przychodni.

Moje życie nie może się skończyć w tym momencie. Ja się nie zgadzam!

– Wszystko będzie dobrze – zapewnił mnie dziadek.

Najgorsze było to, że on naprawdę tak myślał. Był spokojny, nawet podsypiał. Naszą przygodę traktował jako ciekawą rozrywkę, a nie sytuację zagrożenia zdrowia i życia.

– Jak to się stało, że on się uwolnił? – zapytałam dziadka. – Przecież tej linki nie da się rozerwać ani przegryźć. O ile nie miał ukrytego między pośladkami noża, to nie dałby rady zdjąć więzów.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo do jadalni wkroczył mężczyzna, który nas porwał. Zapinał właśnie flanelową koszulę w kratę, którą ukradł z szafy dziadka. Tak samo pożyczył sobie jego spodnie i buty. Spodnie były przykrótkie, ale reszta nawet dobrze pasowała.

Zmierzył nas nieprzychylnym spojrzeniem.

– Uwolnij nas – zażądałam. – Nic ci nie zrobiliśmy. Nie znamy cię.

Mężczyzna uśmiechnął się drwiąco. Zimne lazurowe oczy ciskały w moją stronę gromy.

– Jak to powiedziałaś wcześniej? Przypuszczam, że wątpię – prychnął. – Macie jakąś broń?

Zaczął przetrząsać szafki w salonie, wyrzucając na podłogę ich zawartość. Dziadek sapnął oburzony, ale się nie odezwał. Ja ani myślałam się powstrzymywać:

– Nie mamy żadnej broni – odparłam. – Tu nie ma niebezpiecznych przedmiotów. W tym domu mieszka mój schorowany dziadek z alzheimerem.

– Kto to jest Alzheimer? – Mężczyzna odwrócił się szybko i napiął mięśnie ramion, jakby spodziewał się ataku.

Dłuższą chwilę zbierałam szczękę z podłogi. Zerknęłam na dziadka, czy też ogarnia skalę absurdalności tej sytuacji… ale spał. Głowa zwieszała mu się do przodu, a z uchylonych ust ciągnęła się strużka śliny.

Jakim cudem zdołał zasnąć…?

Odwróciłam się z powrotem do naszego porywacza. Wyprostował się dumnie i zmrużył lekko oczy, zupełnie jakby chciał przyłapać mnie na kłamstwie.

– To choroba. Dziadek cierpi na chorobę Alzheimera. Zapomina, co się działo w ostatnim czasie, potrafi zgubić się na prostej drodze. Jest otępiony – wyjaśniłam gorzko. – Za miesiąc nie będzie cię już pamiętał. Jego głowa przestaje działać.

Nie zwracałam się już do oprawcy per pan. Nie zasługiwał nawet na formy grzecznościowe.

– Rozumiem – odpowiedział krótko. – Przykro mi, że jest chory.

Wrócił do przetrząsania szafek. Obserwowałam go, przygryzając wargę. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio się tak bałam. W głowie kotłowało mi się milion pomysłów na to, co powinnam zrobić czy jak zareagować. Zastanawiałam się, czy mogłam postąpić inaczej. Czy była jakakolwiek szansa na to, żebym nie skończyła jako ofiara.

– Przestań – nakazał tak niespodziewanie, że aż lekko krzyknęłam.

– Co? – zdziwiłam się.

– Stukasz stopą o podłogę – oznajmił.

Zerknęłam na ziemię. Nawet nie zauważyłam.

– Denerwuję się – mruknęłam.

Mężczyzna podszedł do kredensu i zaczął przeszukiwać szuflady. Patrzyłam na jego szerokie ramiona, które rozpychały koszulę dziadka. Nieznajomy wyglądał, jakby codziennie intensywnie ćwiczył, ale nie miał sylwetki napakowanego smakosza białka i kreatyny stale odwiedzającego siłownię. Był znacznie smuklejszy i na oko zwinniejszy.

– Jeśli będziecie współpracować, to nic złego wam się nie stanie – powiedział. – Odejdę w swoją stronę.

– Nie ufam ci.

– I słusznie. – Zerknął na mnie przez ramię. – Jak masz na imię?

– A po co chcesz wiedzieć?! – pisnęłam.

Wydawało mi się, że nie powinniśmy wymieniać się danymi personalnymi. Nie chciałam, żeby mnie potem znalazł, a on na pewno nie chciałby, żebym później wyjawiła policji, jak się nazywa.

– Nie chcę wiedzieć – parsknął ze złośliwym śmiechem. – Myślałem, że przestaniesz się denerwować, kiedy będziemy rozmawiać. Nie to nie.

A to cham. Ja też nie chciałam wiedzieć, jak on ma na imię!

Zamknął szuflady kredensu z głośnym trzaskiem i poszedł do kuchni. Ja tymczasem zaczęłam się szarpać. Spróbowałam unieść na stopach ciężar krzesła przywiązanego do mojego tyłka, żeby zobaczyć, czy mogę tak przejść kilka kroków. Nie było szans, żebym w ten sposób uciekła, ale jeśli rozwaliłabym krzesło? W końcu ważyłam trochę ponad sześćdziesiąt pięć kilo. To nie byle co, niewykluczone, że poradziłabym sobie z cienkimi nóżkami mebla.

Od stołu dzieliło mnie mniej więcej pół metra. Majtnęłam się do tyłu, a następnie do przodu. Podeszwy adidasów zetknęły się z podłogą, ja zaś stanęłam w dziwacznej pozycji, zgięta wpół.

Ha! Byłam geniuszem. Teraz jeszcze hops, do tyłu, i krzesło pójdzie w drzazgi.

– Skąd to macie?! – ryknął rzekomy książę.

Skamieniałam w tej cudacznej pozycji. Czułam, że środek ciężkości powoli przeważa mnie do przodu. Wytrzeszczyłam oczy, widząc zbliżający się kant stołu, z którym zaraz miało spotkać się moje czoło.

O nie, o nie, o nie! Krawędź zbliżała się coraz bardziej! Jeszcze chwila!

Ręka mężczyzny złapała mnie za ramię i szarpnęła do tyłu. Krzesło opadło na ziemię z trzaskiem i takim impetem, że aż mi zęby zadzwoniły.

Jednak nie raczyło przy tym pójść w drzazgi.

Twarz porywacza wreszcie nabrała kolorów. Na jego policzkach pojawiły się gniewne rumieńce w kolorze bordo. Przysunął mi do oczu kulę śnieżną, którą znalazłam wczoraj wieczorem w piwnicy.

– Skąd to masz? – wycedził.

– Znalazłam w piwnicy – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Pochylił się do mnie, jego twarz znalazła się na wysokości mojej. Chłodne oczy uparcie próbowały dostrzec we mnie jakikolwiek ślad kłamstwa.

– Gdzie? – warknął.

– Kula należy do mojego dziadka lub należała do babci. Robię teraz porządki w piwnicy i znalazłam ją w jednym z pudeł razem z innymi dziwnymi rzeczami – wyjaśniłam.

Mężczyzna spojrzał na śpiącego dziadka, a potem na mnie.

– To nie jest wasze. Ukradliście to – oświadczył z mocą.

Teraz to ja poczerwieniałam ze złości.

– Niczego nie ukradliśmy! To stara rodzinna pamiątka! – szłam w zaparte.

Tak naprawdę to wcale nie byłam tego taka pewna. Kula śnieżna stanowiła moje najnowsze znalezisko, o które jeszcze nie zdążyłam zapytać dziadka. Być może za jej pochodzeniem kryła się jakaś rodzinna legenda, której po prostu nie znałam.

Wyglądała jak gadżet ze starych filmów. Miała okrągłą, drewnianą podstawę z trójkątnym wgłębieniem pod spodem. Zupełnie jakby można ją było na coś nasadzić. Nie zauważyłam żadnych rzeźbień ani napisów. Ciemne drewno było poznaczone siateczką rys, ale nie układały się one w żaden wzór.

Na podstawie stała połówka kuli z grubego szkła pozbawionego skaz. W środku, w przezroczystym płynie, zawieszone były białe okruchy udające śnieg. Spomiędzy nich wyglądało drzewo o pomarańczowych liściach i skręconym spiralnie pniu. Korzenie, wijące się niczym węże, opadały na drewnianą podstawę; w rezultacie wyglądały, jakby wyrzeźbiono je z tego samego kawałka drewna.

Ładna błyskotka, precyzyjna robota, przyznaję. Ale żeby się o nią tak ciskać?

– To nie należy do was – upierał się mężczyzna.

– To sobie to weź. Kula leżała pewnie w piwnicy przez ostatnie dwadzieścia lat. Mówię serio, zabierz ją, tylko nas uwolnij – odparłam.

Ponownie podsunął mi kulę pod nos.

– Widzisz złotą gwiazdę? – zapytał z napięciem w głosie.

Zamrugałam i zogniskowałam wzrok na wirujących w szaleństwie białych płatkach. Mógł tak tym nie machać, jeśli chciał, żebym coś zobaczyła…

Suche drzewo, płatki śniegu, i tyle. Żadnych gwiazdek.

– Nie mam zielonego pojęcia, co ty do mnie mówisz – powiedziałam i uniosłam wzrok na jego ponownie bladą twarz.

Westchnął zrezygnowany i pokręcił głową.

– Czyli jesteś nikim – skomentował sucho.

– Że co proszę? – Od razu się zirytowałam. – Jak to nikim?! Wypraszam sobie!

Nie zareagował. Odłożył kulę na stół i po prostu wyszedł z pokoju. Po chwili usłyszałam, że trzasnęły drzwi od piwnicy. Kroki mężczyzny zadudniły po starych, drewnianych schodach, a potem zapadła cisza.

– Nienormalny jakiś! – mruknęłam ze zgrozą.

Byłam jeszcze bardziej przekonana, że w końcu nas zabije. W jakim innym celu by nas przetrzymywał? Jeśli byłby zbiegłym przestępcą, jak podejrzewał dziadek Waldek, to przecież zjadłby coś, ukradł ubrania i pieniądze, a potem uciekał dalej.

A ten mężczyzna zachowywał się zupełnie irracjonalnie, z tym przetrząsaniem domu i fiksacją na starych bibelotach.

Poza tym jaki zbieg leżałby nieprzytomny, i to na golasa? Całkowicie nieprofesjonalne zachowanie.

– Dziadku! – syknęłam. – Dziadku, obudź się!

Zmęczony emeryt ani myślał otworzyć oczu. Chrapnął tylko głośniej. Przygryzłam wargę, ledwie powstrzymując łzy. To jakaś masakra. Już po nas!

Nagle zstąpiło na mnie objawienie. Mieliśmy szansę na przeżycie. Przecież dzisiaj był chyba wtorek! Tak, dzisiaj był wtorek!

Z podniecenia aż szarpnęłam się na krześle, przez co więzy na moich nadgarstkach zacisnęły się jeszcze mocniej. Jęknęłam, ale nie przestałam się cieszyć.

Umówiłam się dziś na rozmowę z Michałem Stryjeckim. Miał przyjechać do domu dziadka, żeby po raz ostatni rozejrzeć się po terenie i być może podpisać dokumenty sprzedaży.

Stryjecki był rolnikiem, który miał najwięcej ziemi w okolicy. Przez lata powoli wykupywał działki sąsiadów, aż niespodziewanie okazało się, że należy do niego jakieś siedemdziesiąt procent ziemi w Dusibabie i okolicach.

Nieliczni sąsiedzi, w tym mój dziadek, opierali się jego zakusom. Nie chcieli, żeby miał monopol w okolicy.

Działka nalężąca do naszej rodziny była całkiem niezła. Miała prawie pięć hektarów, z czego mniej więcej dwie trzecie powierzchni stanowiły łąki, a jedną trzecią – puszcza.

Ziemia należała do rodziny dziadka od pokoleń. Hodowali tu mleczne krowy, a łąki były ich pastwiskami. Z biegiem lat liczba krów malała, aż zostały tylko dwie, na użytek domowników. Gdy byłam dzieckiem i przyjeżdżałam tu na wakacje, nie mieli już ani jednej. Babcia i dziadek uprawiali głównie ziemniaki na sprzedaż. Resztę warzyw sadzili na swój użytek.

Z tyłu, za domem, stały budynki gospodarcze: stodoła przerobiona na garaż i warsztat oraz obórka, w której przed laty wydzielono część na kurnik i gołębnik. Z jej drugiej strony trzymano klatki z królikami.

Jeszcze do niedawna dziadek miał trzy wiekowe nioski, które i tak od dawna nie dawały mu jajek. Podejrzewałam, że ze starości. Gołębi od lat nie hodował, bo nie miał już siły sprzątać gołębnika.

Zerknęłam na drewniany zegar z kukułką, który wisiał naprzeciwko stołu, oczko w głowie dziadka. Wskazywał dziesięć minut po trzynastej. Stryjecki miał przyjść o szesnastej, więc musiałam jeszcze chwilę poczekać na ewentualny ratunek.

Majętny rolnik nie był już młodym mężczyzną. Z ciekawości wyszukałam w internecie artykuły na jego temat, żeby rozeznać się, czy to człowiek, z którym da się negocjować. Co prawda warunki sprzedaży działki omówiła już z nim moja mama, ale bałam się, że po wizji lokalnej będzie chciał nam urwać trochę z obiecanej kwoty.

Na zdjęciach w sieci zobaczyłam zażywnego siedemdziesięciolatka ze stalowym błyskiem w oku. Wyprostowana sylwetka i blada skóra odrobinę przeczyły historii o tym, jak to podobno od dziecka uprawia rolę.

Na żadnej fotografii nie było na jego twarzy cienia uśmiechu. Nawet przy artykułach chwalących jego kukurydzę. Zawsze miał na sobie brązową marynarkę i białą, płócienną koszulę ze stójką. Kojarzył mi się przez to z bohaterami filmów kostiumowych.

Sprawiał wrażenie całkowitego przeciwieństwa mojego serdecznego dziadka, który wiecznie trzymał w zanadrzu dobre słowo, a na co dzień chodził w rozciągniętej flaneli i niemożliwie brudnych kroksach. Dostał je od nas na sześćdziesiąte ósme urodziny. Kto by się spodziewał, że to obuwie jest takie wytrzymałe?

Na pewno nie ja i nie moja mama. Nie mogłyśmy już na nie patrzeć, a dziadek Waldek ani myślał wymienić je na nowszy model.

Odetchnęłam i nakazałam sobie spokój. Musimy tylko wytrzymać do szesnastej. Stryjecki na pewno nie przyjedzie sam. Założę się, że zabierze jakiegoś geodetę, rzeczoznawcę czy chociaż pomocnika. Ktoś musi przecież z nim łazić po działce. Sam nie będzie wywijał z miarką.

A kiedy przyjadą, odkryją obecność intruza i z całą pewnością kogoś zaalarmują. Być może telefony będą już wtedy działać, więc szybko przyjedzie policja i zamknie tego książęcego oszołoma.

Bardzo podobała mi się ta wizja.

Spojrzałam na szklaną kulę, którą postawił przede mną na stole tajemniczy mężczyzna. Wirujące białe płatki opadły na dno, odsłaniając zamkniętą w środku figurkę. Skupiłam wzrok na misternym drzewie. Koronkowa robota. Powykręcane gałęzie miały grubość wykałaczki. Rzemieślnik musiał bardzo długo przy tym dłubać, by wydobyć suche drzewo z kawałka drewna. Mnie by na pewno nie wystarczyło cierpliwości.

Kula bardzo mi się spodobała, gdy tylko ją znalazłam. Jeszcze nie widziałam tak pięknego egzemplarza. Miałam zamiar zapytać o nią dziadka, a jeśli by się zgodził, chciałam zabrać ją do Warszawy, do swojego mieszkania.

Niespodziewanie we wnętrzu coś zalśniło. Zbliżyłam się do szklanej powierzchni, niemalże dotykając jej czubkiem nosa.

– Ożeż ty… – mruknęłam.

Ten oprych miał rację! Tu się coś ewidentnie błyszczało na złoto. Jakby mały kamyk ukryty pomiędzy korzeniami drzewa. Płatki śniegu ułożyły się w taki sposób, że mogłam go dostrzec.

– Idziesz ze mną! – warknął mężczyzna, wchodząc ponownie do jadalni.

Uniosłam spłoszona głowę. Spojrzał na mnie, a następnie na kulę. Starałam się wyglądać jak uosobienie niewinności, które w życiu żadnego złota na oczy nie widziało. Doszłam do wniosku, że lepiej być w mniemaniu porywacza nikim niż kimś.

To chyba bezpieczniejsze.

4

Tym razem księciunio skrępował mi ręce z przodu. Nogi miałam wolne, bo musiałam ich używać. Nie wiedzieć po co oprych postanowił zabrać mnie ze sobą do piwnicy. Z duszą na ramieniu schodziłam po krzywych stopniach, przekonana, że to ostatnia czynność, którą robię w życiu.

Piwnica pod leśniczówką była murowana i bardzo głęboka. Ciągnęła się pod całym domem. Gdy byłam dzieckiem, panicznie bałam się do niej schodzić. Wyobrażałam sobie, że w ciemnych kątach czają się potwory. Złe bestie, które wciągną mnie w mrok i pożrą. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że teraz jedna z nich wyszła z ciemności i prowadzi mnie do swojego podziemnego świata.

Pod sufitem ciągnął się kabel, od którego w równych odstępach odchodziły zwieszające się żarówki. U góry schodów można było zapalić tylko pierwszą. Oświetlenie dalszych części pomieszczenia wymagało każdorazowo zbliżenia się do granicy ciemności i pociągnięcia za kolejny wiszący sznurek. Przerażało mnie to kiedyś do granic możliwości.

Smaczku dodawało to, że piwnica była okrutnie zabałaganiona. Wysokie regały stały bezsensownie ustawione na środku zamiast pod ścianami, wieże z pudeł wiecznie groziły zawaleniem, a stary manekin krawiecki z narzuconym płaszczem, który niemalże do cna zżarły mole, niezmiennie udawał ducha.

Teraz zapalona była każda żarówka, ale ja bałam się jeszcze bardziej. Tuż za mną po schodach szedł milczący mężczyzna. Głowa podsuwała mi najgorsze scenariusze. W każdym z nich nie wytrzymywałam dwóch godzin do przyjazdu potencjalnego ratunku.

– Czego ode mnie chcesz? – zapytałam głuchym głosem.

– Masz mi pomóc.

Stanęliśmy na betonowej podłodze. Rozejrzałam się po piwnicy. Od dwóch tygodni starałam się przejrzeć zalegające w niej graty. Próbowałam posegregować ubrania i książki. Nie zliczę, ile słoików z niezidentyfikowanymi dżemami sprzed przeszło dwudziestu lat wyniosłam do kontenera stojącego z boku domu. Nie rozumiałam, czemu dziadek ich nie zjadał. Zrobiła je przecież moja świętej pamięci babcia, którą kochał nad życie. A może chciał je zostawić na pamiątkę?

– W czym mam ci pomóc? – spytałam. Uniosłam dumnie głowę i spojrzałam mu w oczy. Jeśli postanowił mnie zabić, to niech chociaż zobaczy, że nie zamierzam kulić się w kącie.

Podrzucił kulę śnieżną i nią zamachał.

– Pokaż mi, gdzie to dokładnie znalazłaś – rozkazał.

– To zwykła zabawka. Durnostojka na półkę. Czemu jest dla ciebie taka ważna? – zapytałam.

– Została skradziona mojej rodzinie.

– Nikt jej nie ukradł – odparłam, ale trochę mniej pewnie.

W sumie to nie wiadomo, co kiedyś dziadkowi strzeliło do głowy. Może wskutek choroby Alzheimera i otępienia wszedł komuś do domu i opuścił go z bibelotem pod pachą?

Było to możliwe.

– Gdzie dokładnie leżała? – powtórzył pytanie. – Tu jest taki bajzel, że sam nie mogę nic znaleźć.

– Mieszkasz w Dusibabie? Jesteś sąsiadem mojego dziadka? – Poprowadziłam mężczyznę w głąb piwnicy.

– Nie – odparł krótko.

Doszliśmy na koniec pomieszczenia. Stały tu najstarsze pudła. Niektóre rozpadały się w dłoniach od wilgoci. Nie wiem, dlaczego poprzedniego dnia tu podeszłam. Dwa tygodnie zajmowałam się regałami spod pierwszej i drugiej żarówki.

A wczoraj? Niespodziewanie naszła mnie ochota na zwiedzenie najciemniejszych kątów piwnicy. Ruszyłam w ciemność pełną pajęczyn i trucheł ich dawno zdechłych z głodu właścicieli, by znaleźć kartony, o których wszyscy już zapomnieli.

Pokazałam skrępowanymi dłońmi na kupkę rozpadającej się tektury.

– Kula była w jednym z nich – powiedziałam. – Znalazłam ją przypadkiem wśród starych ubrań.

Mężczyzna minął mnie bez słowa i przykucnął obok zawilgotniałej tektury. Delikatnie odstawił szklane cacko na beton i zaczął przeglądać znajdujące się tam przedmioty. Głównie były to spleśniałe ubrania. Nawet mole nie chciały ich już jeść.

Kula jako jedyna wyglądała na coś wartościowego. Być może nawet antyk. Wzięłam ją ze sobą na górę pod wpływem chwili, kaprysu. Tak po głębszym zastanowieniu to nawet nie wiedziałam dlaczego. Owszem, była ładna, ale ja nie lubiłam bibelotów, które trzeba by później wycierać z kurzu. Niepotrzebnie wydłużałoby to proces sprzątania, którego nienawidziłam z całego serca.

Mężczyzna wyjął z pudła czarne skórzane rękawice, które jakimś cudem przetrwały dziesięciolecia leżakowania w mokrym kartonie, i gwizdnął cicho. Obejrzał je pod światło, a następnie wsunął na dłonie. Szwy zabłyszczały na srebrno, odbijając blask żarówek. Wykręcił się do mnie plecami i z jeszcze większą werwą wrócił do grzebania w starych pudłach.

Porywacz najwyraźniej zupełnie stracił zainteresowanie moją osobą. Zrozumiałam, że to zdecydowanie dobry moment na ewakuowanie się bądź odzyskanie panowania nad sytuacją. Rozejrzałam się uważnie dookoła. Bingo! Zauważyłam kolekcję metalowych pogrzebaczy o finezyjnie powykręcanych drewnianych rączkach udających gdaczące kury. Zamrugałam. Byłam przekonana, że kupił je dziadek, miłośnik drobiu.

Nic dziwnego, że babcia Ela eksmitowała je do piwnicy. Były straszne. Niemniej jednak wydawały się idealne do tego, co planowałam.

Skoro drewniany wałek do ciasta zadziałał, to metalowy drąg tym bardziej powinien pozbawić tego gościa świadomości. Po cichutku przesunęłam się bliżej wiadra, z którego sterczały krzywe, zardzewiałe pałąki.

Na szczęście skrępowane z przodu ręce zupełnie nie przeszkadzały mi w mocnym złapaniu za drewnianą rękojeść jednego z pogrzebaczy. Spocone dłonie ślizgały się trochę na trzonku. Zacisnęłam mocno palce i wbiłam spojrzenie w plecy kucającego mężczyzny. Nie przestawał grzebać w starych ciuchach, dokładnie oglądając każdą część garderoby.

Czułam, jak serce mocno obija mi się o żebra. Byle tylko niczego nie usłyszał!

Powoli zaczęłam wysuwać pogrzebacz z wiadra. Modliłam się, żeby pozostałe nie zagrzechotały o siebie. Centymetr po centymetrze wyciągałam pręt, grając sama ze sobą w upiorne bierki. Krople potu spływały mi po czole i skroniach, mimo że w piwnicy było zimno i mokro.

Ściany pomieszczenia zawilgotniały i lekko zapleśniały. Jezioro o ciemnej wodzie, do którego nie wolno mi było podchodzić, znajdowało się kilkaset metrów stąd, w lesie. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie próbuje zdradziecko podtopić całej okolicy.

Dziadek nigdy się do niego nie zbliżał. Twierdził, że to złe miejsce. Z kolei babcia Ela lubiła tam spacerować. Zawsze, gdy wybierałyśmy się na grzybobranie, obowiązkowo zatrzymywałyśmy się przy brzegu, by popatrzeć na nieruchomą taflę.

Uniosłam pogrzebacz. Zagiętą metalową końcówkę pokrywał zastygły na kamień popiół.

Niczego niepodejrzewający łotr ciągle buszował w rzeczach moich dziadków. Metalowy drąg ciążył mi coraz bardziej, równie mocno jak sumienie. Przecież mogłam mu zrobić krzywdę. Taką bronią to i dziurę w potylicy pewnie da się wyrwać.

Przełknęłam ślinę. A co, jeśli sąd nie potraktuje tego później jako obrony koniecznej? Nie uśmiechało mi się trafić do więzienia.

Nie miałam też jednak ochoty zostać zamordowana przez księcia, gdy znudzi mu się grzebanie w nagromadzonych w piwnicy śmieciach.

Bardzo żałowałam, że nie ma nikogo, kto mógłby wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co właśnie chciałam zrobić. Kogoś, kto by mnie poklepał po plecach i zapewnił, że dobrze robię.

Nabrałam płytko powietrza i wprawiłam pogrzebacz w ruch. Metalowy koniec świsnął i runął w dół.

Nawet nie zdążyłam mrugnąć. Porywacz w jednej chwili się odwrócił i odskoczył na bok. Złapał za metalowy pręt, jednocześnie podrywając się do góry. Zanim się spostrzegłam, drewniana rączka wysunęła mi się z rąk, a ja zostałam z pustymi rękami.

Na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz zacięcia i mrok, od którego w żołądku zaciążył mi kamień strachu. Byłam przekonana, że teraz mnie zabije. Od razu, bez zastanowienia. To koniec!

Rzucił pogrzebacz w kąt, doskoczył do mnie i przyparł mnie do regału ze słoikami. Wiekowe korniszony zabulgotały, kiedy cała konstrukcja przechyliła się pod naszym ciężarem.

Złapał mnie za skrępowane dłonie i uniósł je ponad moją głowę. Poczułam ból w ramionach.

– Co ty sobie wyobrażasz?! – wycedził.

Przełknęłam ślinę. Przysunął się tak blisko, że mogłam dokładnie przyjrzeć się jego tęczówkom. Niesamowity lazurowy błękit usiany był na obwodzie brązowymi i złotymi kropeczkami. Jeszcze nigdy nie widziałam nikogo o tak obłędnych oczach.

Szkoda tylko, że ich właściciel to szaleniec.

Zmarszczył czarne brwi i skrzywił się, obnażając zęby, zupełnie jakby miał zaraz wgryźć mi się w szyję niczym wampir z amerykańskich seriali dla nastolatek, które niegdyś pasjami oglądałam.

– Ja… – bąknęłam. – Tak jakoś korciło mnie, żeby ci przywalić?

No zaciuka mnie zaraz! Jak matkę kocham, to już mój koniec! Zamknęłam oczy, oczekując ostatecznego ciosu, który pozbawi mnie głowy.

Czekałam i czekałam, a uderzenie nie nadchodziło.

– Głupia baba – skwitował.

Otworzyłam oczy i teraz to ja zmierzyłam go wściekłym spojrzeniem. Od razu uruchomiła mi się wewnętrzna furia. Ja jestem głupia? Ja?

Spróbowałam go kopnąć między nogi, ale drugą ręką złapał mnie za kolano, a następnie zmusił do stanięcia okrakiem. Przysunął się tak blisko, że nie miałam pola manewru.

– Ja przynajmniej wiem, co to policja – wytknęłam mu.

Pokręcił głową i zmrużył oczy, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

– Nie jestem stąd – mruknął.

– W każdym kraju jest policja.

– Ja nie jestem z twojego świata, kobieto. Nie nadążam za wszystkim. Powierzchnia zmienia się bardzo dynamicznie. Przez to, że nasze światy zostały rozdzielone, różnica czasu tylko się zwiększa, a to utrudnia śledzenie waszego rozwoju.

Zamrugałam. No wariat. Tego już było dla mnie za wiele. Zbyt dużo stresu, palący żołądek głód i pełny pęcherz na dodatek robiły swoje.

Mama od zawsze mi powtarzała, że mam niewyparzoną gębę i kiedyś się doigram. Najwyraźniej teraz nadeszła ta wiekopomna chwila.

– To najbardziej niedorzeczna rzecz, jaką słyszałam! A co, spadłeś ze statku kosmicznego? To dlatego byłeś goły? Skafander kosmiczny spalił ci się podczas lotu przez atmosferę? – zakpiłam.

Cała złość mężczyzny wyparowała. Nadal trzymał mnie w niewygodnym uścisku, ale już nie wykrzywiał się, udając groźnego typa. Przechylił lekko głowę i przyjrzał mi się z nowym zainteresowaniem. Zupełnie jakbym była psem, który nagle zaczął gadać.

– Jestem ze świata pod – odparł.

– Pod?

– Pod – potwierdził. – Jestem księciem aes sídhe, ludu z kurhanów.

Nic nie zrozumiałam. Wymamrotał coś i myśli, że usłyszałam.

– Ej si? – powtórzyłam dziwaczne dźwięki, które z siebie wydobył. – Czy w tych słowach jest jakieś nieme „h”?

– Jest. I wymawiaj aes sídhe.

– A co to niby znaczy?! Ludzie z nagrobków?

– Z kurhanów – wycedził. – Wy chyba częściej używacie nazw „ukryci ludzie”, „Tylwyth Teg”, „fae” lub… „elfy”, tfu.

Wychyliłam lekko głowę i zlustrowałam wzrokiem jego idealnie ludzką małżowinę uszną, która zgrabnie przylegała do czaszki i była poznaczona dziurkami od niegdyś noszonych kolczyków.

– Nie masz spiczastych uszu – wytknęłam, czym zbiłam go z tropu.

– Czemu miałbym mieć spiczaste uszy? – zdziwił się.

– To oczywiste, że elfy mają spiczaste uszy. To ich cecha gatunkowa. Widziałam Władcę Pierścieni, więc wiem.

W jego oczach nie dostrzegłam nawet cienia zrozumienia.

– Jesteś dziwaczna – skwitował.

– A ty masz urojenia – odparłam.

Na szczęście nie podzieliłam się z nim informacją, że przeczytałam też kilka wielotomowych serii romantasy, w których bohaterami męskimi byli mroczni, totalnie seksowni, pełni zwierzęcego magnetyzmu władcy fae, czyli wróżek. Nigdy do końca nie ogarniałam podziału na wróżki, elfy, gnomy, krasnoludy i całą resztę magicznych istot z zagranicznego folkloru. Grunt, że byli zgrabni jak długouchy Legolas i seksowni jak mroczny Rhysand.

– Nie mam urojeń. Ty po prostu nie znasz prawdy o świecie, tak jak większość ludzi – oznajmił i westchnął znużony.

Uścisk jego rąk odrobinę zelżał.

– Zostaw nas. Weź sobie kulę, weź sobie te rękawiczki ze srebrną nitką i zostaw nas w spokoju – poprosiłam, próbując skorzystać z chwili jego dobrego humoru.

– Najpierw musisz mi wyjaśnić, skąd to wszystko macie. Te przedmioty należą do mojego ludu. Nie zrobili ich ludzie.

– Już ci mówiłam, że nie wiem. To rzeczy mojego dziadka i zmarłej babci. Gromadzili te graty przez dziesięciolecia. Mogę się założyć, że dziadek Waldek nie ma pojęcia o istnieniu tych rękawiczek. Jakby wiedział, to pewnie by ich używał w zimie, bo wyglądają na całkiem niezniszczone. W sam raz do zdrapywania ptasich kup w kurniku.

Mężczyzna zerknął z rozbawieniem na swoje dłonie. Pokręcił głową.

– To nie są zwykłe rękawice, w których możesz pracować fizycznie – oznajmił. – Wzmacniają moc. To magiczny artefakt. Nie wiem, kto je wykonał. Moja matka… moja matka miała dar, który pozwalał jej wzmacniać przedmioty. Być może te rękawice są jednym z jej dzieł.

– Co wzmacniają? – Byłam pewna, że się przesłyszałam.

– Moc.

– Moc?

– Czyli magię – sprecyzował.

– Twierdzisz teraz, że oprócz tego, że jesteś elfem, to jeszcze umiesz czarować? To w takim razie chyba ci bliżej do fae, czyli wróżki… – mruknęłam zrezygnowana.

– Jestem aes sídhe. Zapamiętaj.

– Dobrze, ej szi. Jesteś ej szi – zgodziłam się. – A masz jakieś imię? Czy jak mi je zdradzisz, to będziesz musiał mnie zabić? Bo jeśli tak, to się wypchaj, nie chcę go znać.

Nie sądziłam, że odpowie, a on to zrobił:

– Darragh.

– Darła – powtórzyłam.

– Darragh – poprawił mnie, wymawiając ostrzej, ale jednocześnie delikatniej wszystkie dźwięki.

– No mówię, że Darła.

– Nie Darła, tylko Darragh. Powtórz.

Ale się uparł. Charczy do mnie w jakimś irlandzko-celtyckim i myśli, że go skopiuję… Ja nawet z angielskiego byłam noga stołowa w liceum.

– A może będę ci mówiła Darek? – zaproponowałam.

– Nie.

– Okej, to może Darra? – Mocno zaakcentowałam „r”.

– Lepiej. Może być.

– W twoim imieniu też jest co najmniej jedno „h” nieme, prawda? – zapytałam, ale nie raczył potwierdzić ani zaprzeczyć.

– A ty jak się nazywasz? – odpowiedział pytaniem.

Zmrużyłam oczy.

– Chcesz wiedzieć czy pytasz z grzeczności?

Zaśmiał się cicho. W jego oczach zobaczyłam jednak przebiegły błysk, który w ogóle mi się nie spodobał.

– Z grzeczności. Nic mnie nie obchodzi twoje imię – oznajmił lekko.

– Słuchaj, Dareczku, jakbym tylko miała ten pogrzebacz, to…!

Mocniej ścisnął moje ręce i zbliżył swoją twarz do mojej tak, że nasze nosy się zetknęły. Niespodziewanie zaschło mi w gardle. Przystojny był, a ja byłam wolna i dawno żaden facet nie stał tak blisko mnie… No co ja poradzę?!

Za dużo patoromantasy, za dużo – wiem.

– To co? – wycedził.

– Gdybym miała pogrzebacz, to bym ci go wbiła w dupę – oznajmiłam buńczucznie. – Może przy okazji wypchnęłabym kij, który kiedyś połknąłeś.

Często zdarzało mi się mówić to, co myślę, ale odkąd spotkałam dzisiaj gołego księcia, zdecydowanie przekraczałam swoje normy. Poza tym zwykle miałam na tyle oleju w głowie, żeby nie pyskować osobom wyżej w hierarchii, choćby oddziałowej czy pielęgniarkom z dłuższym stażem. Wyjątkiem była tu moja mama, z którą się kłóciłam, a potem i tak robiłam to, czego ode mnie chciała. Najwyraźniej nową osobą, przed którą przestałam się hamować, był książę z kurhanu.

Zaśmiał się, szczerze ubawiony.

– Interesująca jesteś… jak na człowieka – powiedział.

– Ty też jesteś człowiekiem, tylko masz urojenia. Na dodatek właśnie popełniasz przestępstwo. Porwanie to przestępstwo, jakbyś nie wiedział, książę Darragh – syknęłam rozwścieczona.

– Słuchaj. Muszę odnaleźć pewien artefakt. Długi kij, jakby laskę, który pasuje do tej kuli. – Zupełnie zignorował moje słowa. – Razem stworzą berło.

Przypomniałam sobie dziwne wgłębienie w podstawie błyskotki, które faktycznie wyglądało, jakby można tam było coś wsunąć.

– Pierwsze słyszę o czymś takim.

– A nie widziałaś tego w graciarni swoich dziadków? –Skinął głową, wskazując na piwnicę.

– Nie, niestety nie – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Ta piwnica jest bardzo duża. Być może laska gdzieś tu stoi.

Zacisnął wargi, a na jego czole znowu pojawił się mars.

– Ręce mi zdrętwiały – poinformowałam porywacza.

– Obiecasz, że nie będziesz próbowała żadnych numerów? – zapytał.

– Oczywiście, że będę próbowała. Przecież mnie porwałeś! Chcę uciec! – palnęłam prawdomównie.

Jego pełne wargi rozciągnęły się w pobłażliwym uśmiechu.

– Nie jesteś zbyt mądra, co? – rzucił.

– Ty też – odparłam.

Podczas naszej, zdawałoby się, przyjacielskiej rozmowy wyraźnie się rozluźnił. Przestał mnie dociskać do regału ze słoikami, a jego chwyt nie był już taki mocny, więc zyskałam odrobinę pola manewru. Na tyle dużo, by móc niby przypadkiem złączyć kolana.

Szarpnęłam naszymi rękami do dołu, jednocześnie kopiąc mężczyznę między nogi. Darragh zgiął się wpół z głuchym jękiem. Niestety nie przewidziałam jednego. Całym swoim ciężarem poleciał prosto na mnie. A to było za dużo dla wiekowego regału, już wcześniej obciążonego słoikami.

Mebel z głośnym jękiem przechylił się i runął do tyłu, miażdżąc pakunki i stare meble na swojej drodze, a my polecieliśmy za nim. Grzmotnęłam plecami o półki i znowu zostałam przygnieciona przez tego umięśnionego olbrzyma.

Cholera by to wzięła! Nie mógł się przewrócić w drugą stronę?!

– Moje plecy! – jęknęłam mu prosto do ucha.

Darragh leżał na mnie, cicho stękając. Spróbowałam go z siebie zepchnąć, ale nie dałam rady. Był za ciężki, piorun jeden.

– Złaź ze mnie! – wydusiłam, ledwo oddychając.

Miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a moje żebra, które opierały się o półki, popękają jak zapałki pod naporem góry mięcha o rzekomo szlacheckich korzeniach.

– Ty głupia…! – syknął.

Uniósł się na łokciach, ale jedna z półek pękła, więc znowu na mnie wylądował, do reszty nadwerężając moje plecy. Aż się popłakałam z bólu.

Powoli wstał, klnąc na czym świat stoi, i przez chwilę patrzył na mnie bez słowa. Domyślałam się, że wyglądam jak kupka nieszczęścia, leżąc na roztrzaskanym meblu i resztkach słoików z przetworami. Pochylił się i złapał mnie za ręce. Jednym ruchem dźwignął mnie do pionu.

Nogi się pode mną ugięły, kiedy zakłuło mnie w plecach. Miałam nadzieję, że kręgosłup i wszystkie dyski są w dobrym stanie, a ból wynika jedynie ze stłuczenia. Jeśli nie, to będę go potem ciągać po sądach dla odszkodowania!

Objął mnie, żebym nie wywaliła się na ziemię, i delikatnie przytulił.

– Chyba jednak ty jesteś głupsza ode mnie – podsumował. – Wszystko dobrze?

– A wygląda, jakby było dobrze? – odpowiedziałam płaczliwie. – Najpierw porywa mnie jakiś psychopata ekshibicjonista, a na koniec ląduję tyłkiem w ogórkach!

Spojrzał na ciemnozieloną breję z kiszonkami, która rozlewała się po betonowej podłodze. Zapach, który się nad tym unosił, wyraźnie sugerował, że przetwory popsuły się jakieś piętnaście lat temu.

Odepchnęłam go i stanęłam o własnych siłach. Czym prędzej otarłam policzki, żeby nie patrzył na moje łzy. Nie chciałam okazywać przy nim słabości.

– Jak masz na imię? – zapytał.

– Anka, bez żadnego niemego „h” – odparłam. – Pełnym imieniem zwraca się do mnie tylko matka, więc mów, proszę, po prostu Anka.

– Anka? – powtórzył i lekko zmrużył oczy.

– Co ci się znowu nie podoba?

– Nic. To po prostu dziwne imię. Nie pasuje do ciebie. Jesteś pewna, że jest… twoje?

– Wiem już, że jesteś walnięty, ale nie przesadzaj.

– Nie powiem, Anko, żeby było miło cię poznać – skwitował.

– I nawzajem, książęcy bucu Darragh.

W jego oczach znowu zobaczyłam rozbawienie. Najwyraźniej nic tak nie łączy jak mała bijatyka i kopniak w jaja.

– Pomóż mi zdobyć laskę, a zniknę z twojego życia – zaproponował z szerokim, odrobinę wilczym uśmiechem, który nijak nie wzbudzał zaufania.

– Nie wiem, gdzie ona może być – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Niby jak mam ci pomóc?

– Podejrzewam, że jest gdzieś w tej piwnicy, skoro była tu kula z gwiazdą – odparł i rozejrzał się z rezygnacją po zabałaganionym wnętrzu.

Faktycznie istniała taka szansa. Próbowałam ogarnąć tę graciarnię od dwóch tygodni i nie przejrzałam nawet jednej trzeciej kartonów. Tajemnicza laska spokojnie mogła sobie stać zapomniana w jakimś kącie.

– Czym są ta kula, laska i berło? – spytałam.

– Nie musisz tego wiedzieć.

– I nie chcę! – prychnęłam.

Kłamałam. Bardzo chciałam. Powoli zaczynałam się wkręcać w to całe szaleństwo. Tu nic do siebie nie pasowało. Prawdziwa zagadka!

Zaczęłam razem z nim przerzucać pudła. Laska powinna być łatwiejsza do znalezienia niż kula, bo jest nieforemna. Na pewno stała gdzieś oparta o ścianę lub regał.

Piwnica nie miała okien. Była całkiem nieźle odizolowana od świata zewnętrznego. Ale zostawiliśmy otwarte drzwi. Tylko dzięki temu dobiegł do nas cichutki dźwięk dzwonka.

– Co to? – zapytał czujnie Darragh.

Przypomniałam sobie o wizycie rolnika. Czyżbym aż tak straciła poczucie czasu? Właśnie przyjechał z nami porozmawiać? Z jednej strony poczułam ulgę, że ta zakręcona historia zaraz się skończy, a z drugiej…

W moim życiu nigdy nie działo się nic aż tak ekscytującego. Owszem, praca w szpitalu dostarczała adrenaliny, ale nie tyle co szamotanie się z oprawcą w piwnicy.

Chociaż jak już o tym pomyślałam, to chyba odrobinę źle o mnie świadczyło, że mi się to podoba.

– Ktoś dzwoni do drzwi. Mamy gościa – wyjaśniłam.

No to teraz zacznie się zabawa.

A może raczej skończy?

Redakcja: Adrianna Hess

Korekta: Katarzyna Skwark, Dominika Synowiec

 

Projekt okładki i stron tytułowych: Urszula Gireń

 

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-65-6