Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
49 osób interesuje się tą książką
Nie każda więź powinna łączyć światy żywych i umarłych.
Florka Kuna, techniczka weterynarii i adeptka nekromancji, w końcu odnajduje swojego famulusa – i szybko przekonuje się, że los potrafi mieć przewrotne poczucie humoru. Bo choć Jafar wygląda niegroźnie, jego zdolności przekraczają wszelkie granice na tym świecie… i poza nim.
W lecznicy doktor Izabeli Pokot pojawiają się nowi pracownicy, a wraz z nimi kolejne wyzwania: od zatrutych kolokolo, przez zaniedbane peteu, po skrzydlatego araleza, którego krew ma bardzo pomocne właściwości. Jednak nawet najbardziej niezwykłe przypadki bledną, gdy w okolicy zaczyna grasować tajemnicza bestia atakująca magiczne stworzenia.
A kiedy granice zostają przekroczone, nie zawsze da się je z powrotem zamknąć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 272
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pamięci JafaraByłeś najlepszy
Seledynowy blask rozżarzył się w żłobieniach kości. Światło bijące z pieczęci odbiło się w mlecznobiałych oczach nekromantki. Uniosła psią czaszkę i wyciągnęła ją w stronę uczennicy.
– Gotowa?
Florka kiwnęła głową. Robiłam to milion razy, uspokajała się w myślach (choć „milion” było sporym wyolbrzymieniem). Nie po to wyryła na pamięć scenariusz rozmowy, którą miała zamiar przeprowadzić po łacinie, żeby teraz stwierdzić, że w sumie to nie, i zrezygnować. Zwłaszcza że to, co chciała osiągnąć…
Bez zbędnego roztrząsania sytuacji położyła dłoń na czole czaszki, dokładnie tam, gdzie znajdowała się magiczna pieczęć.
Zamknęła oko i otworzyła zmysły na drugi świat. Plan niematerialny – ku jej zaskoczeniu – nie wydawał się niepokojący, jak jeszcze niedawno. Czuła się, jakby odwiedzała starego znajomego. Czaszka upiornego psa, na której trzymała rękę, niczym klucz otworzyła drzwi zaświatów, by Florka mogła stanąć u ich progu… i porozmawiać z domownikami.
Nabrała głęboko powietrza. Z mocno bijącym sercem zaczęła recytować swoją łacińską przemowę:
– Mieszkańcy zaświatów… Zwracam się do was jako adeptka sztuk magicznych, która potrzebuje pomocy na tej trudnej drodze. Pokornie proszę o objęcie mnie opieką, abym nie zbłądziła i swoją nieroztropnością nie poczyniła nikomu krzywdy.
Była świadoma obecności krążących wokół bytów. Od niektórych biła ciekawość, od innych ostrożny sceptycyzm. Ciągnęła:
– Przyrzekam używać magii do czynienia dobra i rozwoju. Ofiaruję mojemu opiekunowi troskę i godne życie.
Istoty z zaświatów milczały. Nie potrafiła ich rozróżnić ze stuprocentową pewnością. Niektóre wydawały się większe i silniejsze od innych, ale nie miała pojęcia, czy są duszami, demonami czy jeszcze kimś innym. Cisza się przedłużała, a byty się jej przyglądały. Jedne przychodziły, inne odchodziły, nie zamieniwszy z nią słowa. Zaczęła wpadać w panikę. Co jeszcze mogła powiedzieć, by je do siebie przekonać? Cała znajomość łaciny nagle zupełnie wyparowała z jej mózgu.
Wtedy jedna z istot podeszła bliżej niż pozostałe. Zdawała się uśmiechać, choć nie była widoczna. Stanęła przed Florką, a ona odniosła wrażenie, że czuje dotyk na twarzy – a może bardziej czyjeś tchnienie. Magiczka wstrzymała oddech. Po chwili usłyszała:
– Do zobaczenia.
Byt wyparował bez śladu, nie czekając na odpowiedź.
Pozostali mieszkańcy zaświatów stracili nią zainteresowanie. Otworzyła zatem oko i odjęła dłoń od czaszki.
Wypuściła powietrze, czując się, jakby długo znajdowała się pod wodą i właśnie wychynęła na powierzchnię. Izabela przyglądała się jej beznamiętnie.
– I jak? – spytała.
Florka popatrzyła na wnętrze swojej dłoni.
– Chyba… mi się udało. – Z piersi wyrwał jej się krótki śmiech. – Chyba się udało! Ktoś do mnie podszedł i powiedział: do zobaczenia. To mógł być on? Mój famulus?
– Tak sądzę. Gratulacje.
Nekromantka odłożyła czaszkę na stolik zasłany magicznymi przyborami. Czerep wyglądał niezwykle tajemniczo w otoczeniu kryształów, fiolek z kolorową zawartością, stojaków na kadzidełka, sztyletu z brązu, szkatułki pełnej różdżek i innych bibelotów. Podekscytowana Florka podskoczyła kilkakrotnie na piętach.
– I co teraz? – spytała. – Jak go znaleźć?
– Odnajdziecie się w swoim czasie. W tej chwili przyszedł na świat, może być gdziekolwiek i w jakimkolwiek wcieleniu. Kiedy podrośnie, prędzej czy później wasze drogi się skrzyżują.
Zawiedziona uczennica jęknęła cicho pod nosem. Chciała poznać swojego famulusa już, teraz, zaraz. Dowiedzieć się, w jakie zwierzę wstąpił, i się nim zaopiekować, by później on mógł opiekować się nią. Miała szczerą nadzieję, że nie postanowił narodzić się jako żyrafa gdzieś w środku Afryki, bo los musiałby się mocno nagimnastykować, by rzucić ich sobie w ramiona.
– Ech… Nie wytrzymam do tego czasu. Nie ma jakiegoś sposobu, żeby go przywołać? Albo zlokalizować? Jakieś zaklęcie czy coś?
– Są takie zaklęcia, ale nie zadziałają, póki się nie znacie. To tak, jakbyś próbowała zadzwonić do kogoś, ale nie znała jego numeru telefonu.
– No dobra, ma to sens… – mruknęła Florka, bawiąc się sztylecikiem. Odłożyła go na miejsce. – Może uda mi się do tego czasu nie pęknąć z niecierpliwości.
Pomyślała, że może się to okazać łatwiejsze, niż przypuszcza. W lecznicy dla magicznych zwierząt zawsze coś się działo, nigdy nie było czasu na nudę. Miała wrażenie, że dopiero co zaczęła tu pracować, a tymczasem zdążyło minąć już lato i jesień, zima miała się ku końcowi i wkrótce nastanie wiosna, a wraz z nią nowe wyzwania i nowi pacjenci. Być może więcej i bardziej ciekawych niż do tej pory – nawet jeśli wydawało się to niemożliwe po przygodach z jednorożcami, smokami, parandrusem, taraskiem czy lolmiszo.
W obliczu wszystkich potencjalnych przygód może czekanie na to, aż los skrzyżuje drogi Florki i jej famulusa, nie będzie aż tak frustrujące.
Szybko się okazało, że rzeczywiście nie będzie musiała narzekać na nudę.
W sobotę postanowiła pozwolić sobie na trochę wytchnienia. Spędziła w lecznicy caluteńki poprzedni dzień, a wszystko z powodu dwóch nagłych przypadków, które pojawiły się jeden po drugim, akurat gdy Florka miała skończyć zmianę. Pierwszy był duszący się kot, któremu nie pomagały żadne środki zalecane przy tych objawach. Dopiero po jakichś dwóch godzinach zarzekania się, że to absolutnie niemożliwe, by zjadł coś nieodpowiedniego, opiekunka rzuciła (bardziej w przestrzeń niż do lekarki): „Przecież nie ruszyłby tego nowego kwiatka”. Ten nowy kwiatek okazał się pochodzącą z Półwyspu Indyjskiego rośliną, która miała cudowne magiczne właściwości, jeśli chciało się wzmocnić włosy i paznokcie, ale potencjalnie śmiertelne, jeśli jest się kotem. Mruczusia nie ozdrowiała natychmiast po podaniu odpowiedniejszych leków, ale przynajmniej ustabilizowała się na tyle, że lekarka i technicy mogli odejść od jej klatki bez ryzyka, że wrócą do martwej pacjentki.
Nastąpiło to w samą porę, bo wtedy wpadł spanikowany Edwin, opiekun aitwarasa Rubina. Nie przyniósł jednak drakonida, tylko kwiczącego przenikliwie warchlaka, którego tamten dotkliwie poparzył. „Tatamniezabije, tatamniezabije”, powtarzał w kółko, chodząc od ściany do ściany gabinetu, gdy prosiaczek został zaniesiony do części szpitalnej. Obrażenia nie były rozległe, za to dość silne, nie było więc mowy o zaleczeniu ich tak szybko i dyskretnie, by ukryć ten fakt przed ojcem Edwina.
Piątkowy wieczór wykończył zatem wszystkich. W tej chwili jednak Florka cieszyła się świętym spokojem. Bastian odbębniał sobotni dyżur, więc wstała wyjątkowo późno jak na siebie, bo przed dziesiątą. Nie od razu – z leżącym obok równie rozleniwionym Chojrakiem leżała jeszcze przez kilkanaście minut, patrząc w sufit i pogrążając się w myślach.
Kim mógł być jej famulus? I gdzie się teraz znajdował? Nie ukrywała sama przed sobą, że wyjątkowo ucieszyłoby ją jakieś magiczne zwierzę. Wolpertinger? To by był niezły chichot losu. Lubiła psy i koty, ale miała nadzieję na… ciekawszego towarzysza. Może kruk? Albo żaba? Żabki są przeurocze…
Wspomniała pytanie, jakie zadał jej Bastian, gdy podzieliła się z nim planami nawiązania więzi z famulusem: czemu nie zrobiła tego, kiedy miała problemy z wyzwoleniem swojego magicznego potencjału? Sama początkowo tego nie rozumiała, ale Iza uświadomiła jej, że wtedy nic by nie wskórała. Byty zdolne zostać famulusami słynęły z dużej wybredności i szanse, by chciały udzielić pomocy komuś, kto w ogóle nie umie posługiwać się magią, były równe zeru. Teraz jednak, gdy udowodniła, na co ją stać, mogła poprosić taki byt o wskazanie dalszej drogi… i to też uczyniła.
Zerknęła na telefon i jęknęła boleśnie. Zrobiło się dość późno. Jeśli chciała posprzątać królikom i Jagódce przed powrotem Bastiana, powinna już wstać. Miała potem jechać na konie, a zostawianie go z bałaganem nie byłoby zbyt miłe.
Zaczęła od królików. Po tym jak Ada się wyprowadziła, Puchacz i Tapczan odzyskali swój pokój. Wciąż przebywali w zagrodzie, ale Florka już poczyniła plany urządzenia miejsca tak, by mieli pełną swobodę, wygodę i fajne zakamarki do zwiedzania. Naoglądała się na Instagramie tylu pięknych króliczych wybiegów, że paliła się do działania.
Gdy tylko otworzyła drzwi na zewnątrz, warknęła pod nosem i wcisnęła go głęboko za kołnierz kurtki. Śnieg, który spadł parę dni temu, rozpuścił się, a świat znowu zaczął wyglądać jak z obrzydliwie przygnębiających memów o poprawianiu zdrowia psychicznego spacerem po polskim blokowisku. Cóż, może w stadninie będzie ładniej…
Chojrak wyskoczył na ganek i w powietrzu liznął Florkę w dłoń. Uśmiechnęła się. Przynajmniej jemu aura nie przeszkadzała.
– Sikaj i wracaj, później pójdziemy na spacer – powiedziała.
Kundelek radośnie ją zignorował i podążył za zapachem czegoś, co znajdowało się pod krzakiem przy ogrodzeniu. Marudząc w myślach, Florka okrążyła dom, by wysypać zawartość kuwety do prowizorycznego kompostownika. Miała ambitne plany rozpocząć przydomowy ogródek warzywno-owocowy, kiedy tylko przyjdzie wiosna. A jeśli się rozmyśli, to cóż, ciocia Laura zapewne nie pogardzi nawozem do własnych grządek.
Wracając, podniosła wzrok na otwarte okno na strychu. Zaczęli się zastanawiać z Bastianem, czy wkrótce Jagódka nie zrobi się zbyt duża, by się przez nie przecisnąć. I czy będzie to oznaczało dla niej wyprowadzkę, czy dla nich remont…
Wzdrygnęła się z zimna. Zawołała Chojraka i wróciła z nim do domu. Nie ucieszyła się na zapas – teraz czekało ją marznięcie na strychu.
Dokończyła oporządzanie króliczego wybiegu, po czym uzbroiła się w gumowe rękawice, worek na śmieci i gruby plik makulatury. Westchnęła ciężko nad swoim losem i wspięła się po skrzypiących schodach na górę.
Powiew chłodnego powietrza ze znajdującego się tuż nad poziomem podłogi okienka od razu zirytował Florkę. Strzepnęła workiem, starając się to zrobić jak najciszej, i poczłapała w stronę kuwety. Jej rolę pełniła kupiona za grosze piaskownica w kształcie żółwia. Ten osobnik stracił karapaks, a jego obdrapane oczy wyrażały dogłębną pustkę. Nie było się czemu dziwić – odchody wiwerny śmierdziały przepotwornie. Florka brała płytkie oddechy, by jak najbardziej ograniczyć doznania zapachowe.
Zerknęła w stronę położonego po drugiej stronie pomieszczenia gniazda. Od kiedy zamieszkała tu Jagódka, zaczęli wieszać pranie na suszarce na parterze, bo wiwerna za bardzo lubiła sobie mościć legowisko czystymi ubraniami. Właśnie leżała na stosiku tych, których nie udało się uratować, zwinięta uroczo w kłębek prawie jak kot. Florkę nosiło, by dać jej termofory, by było cieplej, ale Bastian ją uświadomił, że lepiej nie skłaniać smoczycy do zwiększenia aktywności. Radziła sobie dobrze – oszczędzała energię, przesypiając większość doby, i nie sprawiała większych problemów.
Florka ostrożnie zbierała obsraną makulaturę i równie ostrożnie wkładała ją do worka. Nie przejmowała się obecnością wiwerny – znała ją od wyklucia. Nawet mimo tego, że Jagódka miała prawo kojarzyć techników tylko z trzymaniem na siłę i wciskaniem lekarstw, postanowiła zamieszkać w ich domu po śmierci opiekunki. Nie było się czym stresować.
W pewnym momencie rozległ się szelest, a jedna ze sprężyn starego materaca brzęknęła głośno. Florka obróciła się czujnie. Jagódka uniosła się na czubkach skrzydeł, przeciągnęła z łbem zadartym do góry, powoli wyprostowała najpierw jedną, potem drugą łapę. Zauważyła dziewczynę i przez chwilę przyglądały się sobie w bezruchu. Potem wiwerna zaczęła pełznąć w stronę kuwety.
– Czekaj, tylko ci sprzątnę – powiedziała Florka i zaczęła pospiesznie zgarniać gazety. Nagle wydało jej się, że wciąż jest ich bardzo dużo.
Jagódka się nie zatrzymała, a w jej gardle rozległo się niezadowolone burczenie.
Kiedy ona się zrobiła taka wielka?
– No już, już, zaraz!
Ostatni plik makulatury wyślizgnął się jej i rozsypał u stóp. Florka jęknęła z obrzydzenia, schyliła się i drżącymi dłońmi zaczęła wciskać śmieci do worka. Wiwerna przystanęła obok kuwety, rzuciła Florce natarczywe spojrzenie, zasyczała.
– Już sobie idę, moment!
Jagódka wyszczerzyła zęby i nastroszyła wyrostki na łbie. Florka pisnęła, chwyciła naręcze czystych gazet i wrzuciła je do smoczego wychodka. Natychmiast się wycofała, kurczowo ściskając worek…
I wpadła na krzesło, które upadło z hukiem. Zachwiała się, zamachała rękami, siłą impetu wciąż zmierzała do klapy i całą drogę próbowała złapać równowagę i nie porozbijać się o wszystko wokół. Cudem utrzymawszy się na nogach, ruszyła w dół schodów. Gdy zamykała nad sobą klapę, zdążyła zauważyć, jak Jagódka obraca się w kuwecie wokół siebie jak kot szukający odpowiedniego kąta nachylenia do zrzucenia balastu.
Roztrzęsiona Florka pospiesznie zbiegła po schodach. Na samym dole jeden z wielu małych dywaników zdradziecko prześlizgnął się pod jej stopą. Krzyknęła krótko, wywinęła orła, lecz wtem cudem złapała za poręcz. Zastygła w dziwnej, niemal breakdance’owej pozie, dysząc i procesując wydarzenia. Spojrzała na foliowy worek. Wciąż go trzymała, był cały, nic się z niego nie wysypało. Nie została pogryziona przez wiwernę, nie skręciła karku na schodach, nie rozsypała wszędzie smoczego gówna. Sukces?
Drgnęła, gdy zza rogu wyłonił się skonsternowany Bastian. Uniósł brew, rozwijając różowy szalik.
– Co się stało? – spytał.
Ujął jej przedramię i pomógł się wyprostować. Odetchnęła głęboko.
– Nic – odparła. – Na szczęście nic. Jagódka postanowiła skorzystać z kuwety, akurat jak sprzątałam.
– Oj. Nic ci nie zrobiła?
– Nie… ale chyba trzeba będzie umyć podłogę.
– A co, zesrałaś się? – Wyszczerzył zęby.
Zachichotała nerwowo.
– Wszystko przede mną.
Faun pokręcił głową i wziął od niej worek.
– Może powinienem sam się tym zajmować. Tobie już wystarczy urazów odmagicznozwierzęcych.
– Chyba musiałabym się w tym celu przebranżowić na… sama nie wiem co.
– Na pewno nie na wiedźmę. Chojrak, won! – skrzyczał psiaka węszącego ciekawsko w stronę worka.
Poszedł wyrzucić śmieci, a Florka skierowała się do łazienki. Myjąc ręce, przeanalizowała w głowie konfrontację z Jagódką. Od kiedy zamieszkała na strychu, wiwerna nie okazywała przesadnej wrogości – a przynajmniej nie większą od tej, kiedy w lecznicy była zawijana w burrito z koca, by mogli ją spokojnie zbadać. Czy jej zachowanie było powodowane tylko irytacją na zajęty wychodek, czy może zaczęły się odzywać… inne instynkty? Zbliżała się wiosna, a wraz z nią okres lęgowy. Może dla bezpieczeństwa własnego i wszystkich wokół powinni zasugerować Jagódce, żeby poszukała nowego lokum…?
– Jedziesz dzisiaj na te konie? – dobiegł z korytarza głos Bastiana.
Drgnęła i zaalarmowana wytarła pospiesznie ręce.
– Jadę. A która jest?
– Dziesięć po.
– Jak to?! – wykrzyknęła. Wybiegła z łazienki i rzuciła się do szykowania. – Kiedy się zrobiło tak późno?!
– Późno? Masz dwadzieścia minut do pociągu.
– No właśnie! Zaraz będę musiała biec, żeby się nie spóźnić!
Wcisnęła do plecaka czapsy (piękne, z drugiej ręki, ozdobione przez Laurę haftem z muliny, która z każdą jazdą była coraz mniej kolorowa), potem przypadła do szafy, by się przebrać. Po chwili nerwowego grzebania zdała sobie sprawę, że zapomniała wyprać bryczesy i nadal czekają na to w koszu w łazience. Uznawszy, że jedzie do stajni, a nie na bankiet, pobiegła po nie. Bastian patrzył na to z uniesioną brwią.
– Może weźmiesz rower? – zaproponował.
– Hm. Ech… Nie, nie cierpię targać roweru do pociągu – sapnęła, wciągając sztyblety. – Wszyscy patrzą na rowerzystów, jakby im matkę zabili…
– Tylko na tych, co zamiast postawić rower tam, gdzie powinni, rozkładają obóz pośrodku przejścia.
– A to nie zawsze takie proste. Pociąg podjeżdża, okazuje się, że przedział rowerowy jest na drugim końcu, konduktor gwiżdże i pogania, więc wsiadasz, nie masz jak tam się dopchać, a jak jakimś cudem tam dotrzesz, to się okazuje, że na miejscu rowerowym siedzi jakiś babsztyl i gówniarz, który udaje, że cię nie widzi znad telefonu, i ani jedno, ani drugie nie ma zamiaru ruszyć dupy – marudziła. Wcisnęła czapkę na głowę i zarzuciła plecak, zaraz jednak przypomniała sobie o toczku i znowu go zdjęła, by spakować kask. – Dobra, lecę. Rzuć królikom ziółka koło drugiej, dobra?
– Się robi, sarenko. Baw się dobrze.
Zaalarmowany jej nerwowym zachowaniem Chojrak rzucił na pożegnanie stanowcze „buf”. Odebrała to jako „weź się opanuj, kobieto”, zachichotała i wyszła z domu.
Lunatyk był nie w sosie. Reagował na wszystkie sygnały i wykonywał polecenia, ale ciągle miał stulone uszy i rozglądał się, jakby miał po czym na pustej hali, w której codziennie woził jeźdźców. Florka uważnie spoglądała na jego nogi, starała się wyczuć, czy w jego chodzie jest coś niepokojącego, prowadziła go delikatnie, ale nie była w stanie zrozumieć, co się dzieje.
– Ziomuś, o co ci chodzi? – spytała, gdy po którymś przejściu z kłusa do stępu parsknął przeciągle jak smok, puszczając w zimnym powietrzu kłęby pary. – Coś cię boli?
Wyłamała się ze sznureczka jeźdźczyń, zjechała na środek wybiegu i zsiadła. Trzymając wodze w jednej dłoni, zaczęła oglądać konia z każdej strony. Dwie dziewczyny jechały dalej wzdłuż ściany, spoglądając ciekawsko na Lunatyka. Zaraz obok pojawiła się Kasia.
– Wszystkie jakieś są nerwowe od paru dni – powiedziała, pacając się bacikiem po łydce – ale na pastwisku zachowują się jak gdyby nigdy nic.
Jakby na potwierdzenie koń znów parsknął. Florka obmacała kolejno każdą nogę, ale nie reagował. Ogon poruszał się niespokojnie na boki. Kiedy jednak pogłaskała go po ganaszach, postawił uszy do góry i trącił ją przyjaźnie pyskiem.
– Może to jego subtelny sposób powiedzenia nam, że ma dość siedzenia i łażenia w czterech ścianach – zaśmiała się. – Chyba i tak już kończymy, co?
– Ech, symulant – skarciła konia Kasia. – Przejdź się z nim jeszcze, niech ochłonie.
Florka pociągnęła lekko za wodze i zaczęła z ziemi prowadzić go stępem po hali, po mniejszym okręgu niż pozostałe uczennice. Gdy była obok, zachowywał się spokojniej, niż kiedy na nim siedziała. Zaczęła się zastanawiać, czy czasem nie ma jednak jakichś problemów z grzbietem. Zasugerowała to Kasi kilka minut później, kiedy prowadziły już rumaki do stajni.
– Nie sądzę – odparła tamta – ale można rzucić na to okiem. Wy konie też leczycie?
– Ja nie, ale Iza tak. – Florka powiesiła siodło z wilgotną od potu derką na płocie przy stajni. – Myślę, że powinna go sprawdzić. Najwyżej się okaże, że jest zdrowy.
Koń dmuchnął jej z chrapów w kark. Pogłaskała go, wzięła za wodze i wprowadziła do środka. Zauważyła, że zaraz za progiem od razu stulił uszy.
– O, widzisz go? – Kasia wskazała na nie palcem. – Tutaj coś mu nie gra. Sprawdzaliśmy już, czy to nie szczury albo co. Şervan mówi, że mamy dżinna.
Florka zachichotała, ale naraz umilkła, widząc po wyrazie twarzy Kasi, że to nie był żart. Otworzyła drzwi boksu. Lunatyk się zaparł, ale w końcu odpuścił i wszedł do środka. Schylił łeb, węsząc słomę. Może faktycznie problem nie leżał w jego ciele, tylko w jakichś tajemnych mocach, które się zalęgły w stajni?
Florka odpięła mu pasek podgardlany i ściągnęła część ogłowia z uszu.
– Dżinna też damy radę znaleźć. To znaczy Iza, bo to wykracza poza moje…
Wtem, gdy tylko Lunatyk wypuścił wędzidło z zębów, niespodziewanie kwiknął, podrzucił zadem, majtnął nogami. Florka odskoczyła, a w kłębach słomy coś zacharczało świszcząco. Koń natychmiast się stamtąd odsunął i przycisnął Florkę bokiem do ściany, wybijając jej powietrze z płuc jak z balonika. Nim stało się coś gorszego, Kasia wpadła do środka i zmusiła go do cofnięcia się.
– Nastąp się, ty krowo! Co się stało? – spytała już bardziej czułym tonem raczej Lunatyka niż Florkę. Ta wysunęła się spod jego szyi, ściskając w obu dłoniach ogłowie. W słomie coś… rzęziło.
Zbliżyła się tam, spodziewając się szczura, może kota (choć zdecydowanie nie brzmiało ani jak jedno, ani drugie). To jednak, co zobaczyła, sprawiło, że brwi powędrowały jej wysoko w górę.
Nic dziwnego, że przy szukaniu szczurów niczego nie znaleziono. Leżące wśród suchych źdźbeł stworzenie niemal całkiem wśród nich ginęło, jak tygrys w wysokiej trawie. Florka od razu rozpoznała, że to czagrin, zwierzę wyglądające jak krzyżówka jeża z kuną, z żółtym ciałem długim na jakieś pół metra i pokrytym kolcami. Patrzyło na nią z szeroko otwartym zębatym pyskiem jak zestresowany opos – do którego łeb miał całkiem podobny. Kulił się i wydawał z siebie przeciągłe, świszczące powarkiwania.
– Ojej – skomentowała Florka. Adrenalina po byciu przygniecioną do ściany przez konia zaczęła z niej spływać. – Cześć, maluchu. Kopnął cię?
– Co się dzieje, co się dzieje? – spytała Marta, jedna z uczennic, i przypadła do boksu.
– Dajcie jakąś miotłę – zarządziła Kasia.
– I koc. Czy coś – dodała Florka, przypomniawszy sobie, że nie jest w lecznicy i niekoniecznie zawsze ma się tu pod ręką koce. – Chyba Lunatyk zrobił mu kuku.
Zdumiona orczynka wciągnęła powietrze.
– Och! Komu, czemu?
– Właśnie, komu? – zawtórowała Kasia.
– Czagrinowi. Ćśśś, nie bój się – próbowała go uspokoić techniczka. – Cały jesteś? Możesz, no, zmykać?
Zwierzę nie wydawało się chętne ani zdolne do zmykania. Kiedy chwilę później zostało ostrożnie popchnięte miotłą, by zachęcić je do ucieczki, jeszcze bardziej rozchyliło pysk, z wyrazem wskazującym bardziej na przerażenie niż agresję. Uwagę Florki zwróciło to, że leży na boku i w ogóle nie rusza łapami.
Westchnęła smutno. Wręczyła ogłowie Marcie, a zdenerwowanemu Lunatykowi założyła kantar.
– Weźcie go stąd. Zadzwonię po naszych ludzi, trzeba go zabrać do lecznicy. – Wskazała ruchem głowy miejsce, w którym leżał czagrin.
– To narobiłeś – stwierdziła Kasia, wyprowadzając konia. – Cud, że go nie zabił.
Florka przygryzła wargi. Możliwe, że stworzenie nie przeżyje, jeżeli miało złamany kręgosłup. Z nadzieją, że jest inaczej, udała się do siodlarni, gdzie zostawiła swój telefon.
Terenówka zajechała na miejsce. Tomek zgasił silnik i uderzył dłońmi w kierownicę.
– Przystanek końcowy – zameldował. – Dawaj gada. Jak go zaraz wyleczymy, to mu w pięty pójdzie.
– Jeśli to w ogóle poczuje – odpowiedziała Florka. Wysiadła i zamknęła drzwi. – Coś nie dyrda tymi łapami.
– Łeee, jeże nie z takich opałów już ratowaliśmy. Bez jednej nogi sobie poradzi. Bez dwóch… może mieć trudniej. Ale wtedy najwyżej spędzi emeryturę w pensjonacie u Faunastycznych.
Wyciągnął z tylnego siedzenia wielki transporter. Kłąb kocyków wewnątrz wydał świszczący odgłos. Razem skierowali się do budynku. Florka wcisnęła dłonie do kieszeni; przez całą drogę w ciepłym samochodzie zapomniała, jak jest zimno.
– Wydaje mi się, czy ostatnio mówiłeś, że nie macie miejsca?
– Stajenka się zaraz zwolni. Partyzant się wykurował, nie ma co go przetrzymywać.
– O, to fajnie. Tylko nie wypuszczajcie go beze mnie – zagroziła. Czuła się osobiście zaangażowana w dobrobyt lagopusa, którego znaleźli na własnym podwórku.
– Spoko. Niech tylko Iza rzuci na niego okiem i da zielone światło.
Weszli do środka. Po odgłosach krzątania poznali, że Iza już jest gotowa na przyjęcie niespodziewanego pacjenta. W gabinecie Przekręt i Wypłosz unieśli łebki na ich widok. Lekarka zabrała szczury ze stołu diagnostycznego i odniosła na biurko.
– Pokażcie go – poleciła.
Tomasz postawił transporter na blacie, potem odpiął i podniósł górną połowę. Różowy nos wychynął spomiędzy kolorowych koców.
– Nie chciał nas zabić – powiedziała Florka. – Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
– Mówicie, że nie rusza nogami?
– Tak. Ale w stajni trudno było mu się przyjrzeć.
Izabela umiejętnie chwyciła czagrina przez koc i ostrożnie wyjęła na matę antypoślizgową. Był bardzo spięty i wytrzeszczał na wszystkich ogromne, czarne oczy. Z bliska jego stan wyglądał mniej dramatycznie – łapy wydawały się sprawne… nie licząc prawej przedniej, która zwisała bezwładnie.
Zwierzak nie protestował przy badaniu, ale jego zachowanie budziło u Florki zaniepokojenie. Wciąż przewracał się na bok, cały spięty i z otwartym pyskiem, jakby doznał porażenia mięśni. Asekurowała jego łeb z pomocą koca, by nie spróbował gwałtownie się obrócić i ugryźć. Pachniał intensywnie słomą. Kolce na grzbiecie były nie dłuższe od palca wskazującego, żółto-brązowawe, lekko zakrzywione, jakby jego plecy naprawdę porastał łan suchego zboża.
– On… żyje w ogóle? – spytał Tomek.
– Udaje martwego – wyjaśniła Iza.
– Ach. Dobrze mu idzie.
Taktyka obrana przez czagrina znacząco ułatwiła badanie. Pozwolił się osłuchać i obmacać, a chwilę później przetransportować do gabinetu rentgenowskiego i zrobić sobie zdjęcia. Jedyny uraz, jaki znaleźli, to złamanie prawej kości przedramienia.
– Miałeś farta, koleś – stwierdził Tomasz. – Jak usłyszałem o kopnięciu przez konia, to się zastanawiałem, czy jest w ogóle po co jechać.
Florka wzruszyła ramionami.
– W sumie nie wiem, czy koń go kopnął właśnie wtedy. Może uszkodził się gdzieś wcześniej.
– Tak czy inaczej, rokowania są dobre – oceniła Iza, przyglądając się jednemu ze zdjęć na ekranie komputera. – Złożymy mu tę kość i za kilka tygodni będzie można go wypuścić. Florentyno? Pomożesz mi?
Florka pokiwała gorliwie głową.
– Jasne.
Gdy niedługo później grzebała w szufladzie w poszukiwaniu odpowiedniego zestawu narzędzi chirurgicznych, przyszła jej do głowy pewna myśl. Czy byłaby w stanie policzyć na palcach jednej ręki wszystkie dni teoretycznie wolne, których nie spędziła w pracy przy niespodziewanych przypadkach? Mimo całej sympatii i ogólnie do zawodu, i do tego konkretnego miejsca, skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie bywa to męczące.
Może sytuacja się nieco uspokoi, kiedy przyjdą nowy technik i lekarka.
Dźwięk dzwonka do drzwi wyrwał ze snu Chojraka, który w sąsiednim pokoju zerwał się na równe nogi i rzucił zaspanym „buf”. Florka złożyła teleskopową pałeczkę targetu, naciskając nim na dywan. Puchacz i Tapczan natychmiast do niej przykicali. Od kilku dni, kierując się sugestiami Bastiana, uczyła ich przydatnych sztuczek. Puchacz już zaczął rozumieć, że na komendę „zapraszam!” należy wejść do transporterka, bo to oznacza kawałek suszonego buraczka albo marchewki. Miała nadzieję, że ich nastawienie do zabawy nie zmieni się, kiedy odkryją, że to oznacza również podróż do lecznicy.
Wciąż siedząc na podłodze, odłożyła target na stolik i zgarnęła dwa plasterki liofilizowanej truskawki. Głaszcząc kolejno króliki, słuchała tupotu racic i psich łap na korytarzu. W końcu wstała i dołączyła do komitetu powitalnego.
Głosów było za mało – a na pewno mniej, niż się spodziewała. Kiedy wyszła z pokoju, zobaczyła, jak z kurtek rozbierają się dwie osoby: jej tata oraz brat.
– Siema, siora – rzucił wesoło Eryk. – To gdzie ten smok?
– Może ty się tym lepiej nie interesuj – stwierdził ojciec. – Coś nie sądzę, żebyś na żywo radził sobie ze smokami tak dobrze, jak w tych twoich grach.
Florka przywołała uśmiech na twarz.
– Z tą wiwerną lepiej walczyć strzykawkami niż mieczem.
– Tak, na widok igły z Jagódki od razu wychodzi cykor – przytaknął Bastian.
Odwiesił odzież wierzchnią gości, zaproponował standardowo „kawa, herbata?”. W czasie gdy szykował poczęstunek – a Florka czaiła się obok, próbując uchodzić za pożyteczną – rodzinka czekała w progu kuchni. Tata przytrzymywał zasłonę z koralików, ale zaraz obowiązek musiał przejąć Eryk, bo uwagę tamtego zaabsorbował zachwycony uwagą Chojrak.
– Jaki dobry piesek – mówił czule, czochrając uszy uchachanego kundelka. – Jaki grzeczny i kulturalny, nie jak ta łachudra Coco.
– To Coco jeszcze żyje? – zdziwiła się Florka.
Suczka sąsiadki, miks maltańczyka z westem w rodowodzie i maltańczyka z pudlem w rodowodzie, uchodząca za najbardziej rasowego czworonoga w bloku, od urodzenia wyglądała na starą i wiecznie chorą. Coco jazgotała za każdym razem, gdy na klatce rozległo się najmniejsze puknięcie, a nielepsza od niej pańcia wszelkie uwagi traktowała jako osobisty atak. W lecznicy, w której wówczas pracowała Florka, Coco pojawiła się raz, „tylko na pazurki”, co przerodziło się w niemal godzinną wizytę, na koniec której lekarzowi dostało się za sugerowanie, że pies jest zaniedbany, a recepcjonistce za wysoki rachunek. Po tamtej przygodzie pracownicy się śmiali, że należy wprowadzić do systemu usługę „zawracanie dupy”. Za każdym razem, gdy Florka widziała je na klatce, zgrzytała zębami na taki poziom zaniedbania.
– Niestety żyje… – odparł Eryk.
– Och, nie mów tak – przerwała mu siostra.
– Niestety, bo tak by było lepiej dla niej – sprostował z ponurym uśmiechem.
– A jak wasze poszukiwania pieska? – spytał Bastian, nalewając wrzątku do kubków.
– Już bym dawno wziął, ale Fili ciągle coś się nie podoba. – Tata zarechotał i dźwignął się do pionu. – A to żeby wziąć dopiero po remoncie, a to że ma nie być zbyt włochaty, a to że najlepszy by był szczeniak… Chyba liczy na to, że jak będzie mnie tak długo zwodzić, to w końcu mi się odechce i zapomnę.
– Musi poznać Chojraka, wtedy na pewno się zdecyduje. Nie, wariacie? Robisz dobre wrażenie. – Faun podrapał zachwyconego psiaka racicą po boku.
– W sumie czemu nie przyjechała? – zagadnęła Florka.
Rafał westchnął ciężko.
– Dzisiaj msza za wujka Heńka. Babcia mało zawału nie dostała, jak usłyszała, że wyjeżdżamy, więc mama została, żeby ją udobruchać.
Florka pokiwała głową z kwaśną miną. Nawet nie bardzo kojarzyła, kim był wujek Heniek. Przy okazji ugryzło ją sumienie, bo sama dziś nie poszła do kościoła – mszę odprawiał znienawidzony prefekt i wolała go unikać.
– Nie powinniście jej się dawać tak terroryzować – stwierdził Eryk.
– Nie wiesz, jaka potrafi być babcia – mruknął tata.
Przenieśli się z kubkami i talerzem ciastek do salonu. Chojrak próbował zająć swoje miejsce na kanapie, ale został wyproszony, bo mężczyźni z rodziny Kunów byli – cóż, nie można powiedzieć, że szersi niż wyżsi, ale z pewnością szersi od Florki. Rozparli się wygodnie razem z nią. Eryk od razu nachylił się ku niej konspiracyjnie.
– Chyba w końcu znalazłem dobrego sponsora.
– Sponsora? – zapytał Bastian.
– Takiego wiesz, co sypnie hajsem, jak go zareklamuję w filmie. Już od dawna dostaję propozycje – powiedział Eryk, ze średnim skutkiem starając się brzmieć skromnie – ale nie biorę byle czego, nie będę promować jakichś lewych gierek na telefon.
– To co będziesz promować?
– A takich producentów słuchawek, jakaś nowa firma. Przysłali mi parę sztuk i fajne są, więc chyba się zgodzę.
– Chcą mu dać pieniądze za nic, a ten wybrzydza – zaśmiała się Florka.
– Ej, wcale nie za nic, ja tu ryzykuję reputacją. Nie sypią dużą kasą, ale taka współpraca będzie bardziej wymierna, niż jakbym wziął kilkadziesiąt tysi od deweloperów jakiegoś gówna z mikrotransakcjami.
– To kiedy się wyprowadzasz z piwnicy rodziców, panie streamer?
– Razem z nimi, mam nadzieję – wtrącił się tata. – Też chcę mieć dostęp do krytego basenu.
Przekomarzanie się przeszło w rozmowę o wszystkim, co działo się w Zrębkach i wokół nich. Florce udało się odwieść brata od zamiaru popatrzenia na wiwernę; nie był zadowolony, ale trochę udobruchało go oglądanie zdjęć, które Bastian zrobił minionego dnia. Jagódka leżała w swoim grajdołku z ubrań zwinięta jak rozkoszny koteczek.
– Śpi tak słodko, bo wie, że odegrała się za te wszystkie zastrzyki i zrobiła sobie z nas sprzątaczki – stwierdziła Florka.
– Ech, czemu my nie możemy mieć smoka na strychu? – westchnął Eryk.
– Bo mieszkacie w bloku.
– Może adoptujecie jakieś magiczne zwierzątko? – zaproponował Bastian. – Przynajmniej wiecie już, gdzie je leczyć.
Eryk pokiwał głową, sięgając po ciastko.
– Cerbera. Idealny kompromis: jednocześnie jeden pies, tak jak chce mama, i trzy psy, tak jak chce tata.
– A macie jakieś dojścia? – zainteresował się Rafał nie do końca żartobliwie.
– Cerberów jeszcze u nas nie było. – Bastian zapatrzył się marzycielsko w przestrzeń, głaszcząc Chojraka, który rozłożył mu się na kolanach. – Ale był simargł i cadejo… Na marginesie, pojutrze mają być na kontroli.
– Co to jest cadejo?
– Aaa, takie strasznie brzydkie psy. – Faun zachichotał. – Nie polecam. Śmierdzą i mogą wyprowadzić na manowce. Facet opowiadał, że raz zerwały mu się ze smyczy i jak je gonił, to co prawda znalazł stówę na chodniku, ale potem wpadł po kolana w szambo, które ktoś wylał na łąkę.
– Ciebiada? – spytała ponuro Florka.
– Ciebiada – potwierdził Bastian.
Tata parsknął w herbatę.
– Czyli się nie nudzicie. Eryk, wyszedłbyś czasem z domu, patrz, ile rzeczy cię omija.
– Łażenie po kolana w szambie? Spasuję. Dzisiaj wieczorem wleci nowy filmik, kompilacja ze streamów…
– O, będzie ten fragment, jak dzik ci przerwał szarżę i zginąłeś? – spytała Florka.
– À propos dzika – tata się ożywił i wyprostował – jakieś magiczne zoo się u was otwiera!
– Ach, no. – Bastian machnął ręką. – Ale to jakaś mała agroturystyka ma być. Alpaki i pewnie kłobuk albo dwa. Nic, czym warto się podniecać.
Florka pokiwała głową. W przeciwieństwie do niego żywiła spore, acz skrywane zainteresowanie przybytkiem będącym w budowie od minionego lata. Zdarzało im się spacerować nieopodal i minizoo wyglądało coraz bardziej obiecująco. Nie sądziła, że nie dość, że prace mają się ku końcowi, to jeszcze wieści o tym dotarły aż do Warszawy.
– Ooo, nie tylko kłobuki – rzekł tajemniczo tata. – Jakieś magiczne ptaki…
– Czyli kłobuki.
– Nie, nie, jakieś egzotyczne. I magiczne dziki, i coś tam jeszcze. Mają się w marcu otworzyć, może wpadniemy.
– Magiczne dziki – powtórzyła Florka i w myślach przeszukała swoje zasoby wiedzy. – Eskornau?
– No, no, chyba coś takiego. – Rafał wskazał na nią palcem.
– Ooo. To może być ciekawe – zagaiła sugestywnie, zerkając na Bastiana.
Zachichotał.
– No pójdziemy, pójdziemy. Nie zostawimy żadnego magicznego zwierzątka niepogłaskanego. – Sięgnął do niej i pogładził po głowie. Potem zerknął na zegar na ścianie. – Dobra, zbierajmy się, bo zaraz zaczną bez nas.
– Jak się to nazywało? – dopytał tata za Florką, która już pognała na korytarz, by założyć buty.
– Lagopus. Taki zająco-gołąb.
– Czyli zająb – wtrącił Bastian i wywołał u Eryka napad śmiechu.
Florka pokręciła głową, owijając szyję szalikiem.
– Bastian ma swoją klasyfikację gatunkową. Psianiołek, kukurykoń, smokogut… Kogoś pominęłam?
– Hmm. – Pogładził się po brodzie. – Czej, pomyślmy… Bi yi niao: półżant?
– A co to? – spytał tata, zajęty wiązaniem sznurówek.
– Dwie połowy jednego bażanta. Tatezlwurm: kotowąż. Hm, nie, słabe… Długokot? Długot!
– Za bardzo kombinujesz – stwierdziła Florka.
Eryk stanowczo zaprzeczył:
– Nie, nie, to łatwiej zapamiętać. I wymówić też. A jak byś nazwał cerbera?
– Trójpies – odparł faun bez zawahania.
Wyszli z domu. Początek lutego nie zachwycał pogodą. Temperatura utrzymywała się w okolicach zera, a jeśli coś padało (a padało często), to rzadki, lodowaty deszcz, który ciął w twarze i dłonie jak igły. W tej błogosławionej chwili szarawe niebo wstrzymało się z ostrzałem i Florka miała nadzieję, że ten stan rzeczy się utrzyma, przynajmniej dopóki nie wrócą do domu.
– Lawellan to jaszczurka i szczur, więc wychodzi ja… szczurka? – ciągnął swój twórczy szał Bastian w samochodzie.
– To płaz, nie gad – poprawiła go Florka.
Zapięła pas. Faun wciągnął głośno powietrze.
– Wiem: płaszczur!
– Dobra, prowadźcie, którędy do tej waszej lecznicy – poprosił tata, poprawiając lusterko.
– Do Faunastycznych. Tam jest ten nasz gagatek.
– Bo to jeden – zachichotała Florka.
Samochód ruszył w umiarkowanym pośpiechu. Droga nie była długa, więc Bastian nie zdążył wymyślić nowych nazw dla gatunków magicznych stworzeń, uznał za to, że „wrzaskun” jest wystarczająco adekwatna. Przed posesją stał już samochód Izy. Zaparkowali tuż za nim i kolejno wysypali się z auta, jedno bardziej podekscytowane od drugiego (może nie licząc Bastiana, wciąż pogrążonego w rozmyślaniach).
Weszli na podwórko. Sprzed położonej blisko płotu małej stajenki pomachali im Tomasz i Weronika; Iza tylko skinęła głową. Po wymianie uprzejmości Florka zajrzała przez okienko do środka. Partyzant wyglądał, jakby zdążył się tu już całkiem zadomowić – na tyle, na ile mógł. Siedział na skrzynce i był zajęty toaletą skrzydeł. Wciąż miał szatę zimową, poprzetykaną tu i ówdzie ciemniejszymi odcieniami. Gdy obok Florki pojawił się zaciekawiony Eryk, lagopus zastrzygł uchem, na sekundę zamarł w bezruchu z wyciągniętym do góry skrzydłem, potem wyprostował się czujnie.
– Ale jaja – skomentował brat. – On ma królicze łapy? Takie puchate?
– Jak widać. Iza go już oglądała? – zwróciła się do stojącej najbliżej Weroniki.
– Zaraz obejrzy. Wiesz, żeby go nie stresować łapaniem co chwila.
– Zestresujemy go raz, a porządnie – zażartował Tomek.
– Wolałabym w ogóle go nie stresować – powiedziała sucho Iza. Choć wiedziała, że Kunowie przyjadą, by popatrzeć, i starała się tego nie okazywać, wciąż czuć było od niej niechęć. – Bastianie, chodź ze mną.
Uzbrojeni w transporter we dwójkę weszli ostrożnie do stajenki. Florka czekała z boku – bardzo chciała podejrzeć akcję, ale kiedy okienko okupywali Eryk i Rafał, nie było już gdzie stanąć. Słyszała ich ciche wyrazy zachwytu, a ze środka szelest siana i trzepot skrzydeł. Nie minęły nawet trzy minuty, a Iza i Bastian z powrotem stanęli w progu, z zapakowanym Partyzantem. Żółte oczy łypały zza kratek.
– To gdzie z nim jedziemy? – spytała Florka.
– Nie tak daleko, żeby trzeba było jechać – powiedziała Weronika. Wskazała palcem w kierunku ulicy. – Pójdziemy na koniec pola i damy mu wybór, w którym kierunku dać dyla.
– A nie ma ryzyka, że coś go chapnie? – spytał tata. – Jakiś jastrząb czy inny smok?
Tomek wzruszył ramionami.
– Zawsze jest. Ale gdybyśmy się tak trzęśli za każdym razem, to nigdy byśmy żadnego bidoka nie wypuścili. A gdzieś trzeba. Tam jest wystarczająco daleko od domów, żeby nie wpadł pod samochód, i na tyle blisko, że nie kręcą się tam smoki.
Rozejrzeli się na jezdni i ruszyli na znajdującą się po drugiej stronie ogromną łąkę. Kiedyś ta ziemia była uprawiana, o czym świadczyło geometrycznie równe pofałdowanie gleby. Teraz jedyne prace, jakie się tu odbywały, to koszenie na koniec lata przy pomocy ciężkiego sprzętu, co drażniło Faunastycznych i wszystkich z lecznicy. Komu przeszkadzała wysoka trawa, w której schronienie znajdowały niezliczone zwierzęta i owady? Florka starała się nie wyobrażać sobie, co spotyka gryzonie czy zające w obliczu maszyn rolniczych… ale i nie musiała – widziała raz na praktykach sarnę, której kombajn odciął nogi. Wciąż pamiętała to przepełnione niewyobrażalnym bólem i strachem spojrzenie koziołka. Na myśl o tym nagle odezwały się w niej wszelkie możliwe obawy względem tego, co może się przytrafić Partyzantowi… ale przecież nie mogli go trzymać w zamknięciu przez resztę życia. Był zdrowy, musiał wrócić do swojego domu, którym był cały świat.
Idąc po nierównej ziemi, usłyszała, że Bastian coś mamrocze. Zrównała się z nim.
– Co tam mówisz?
– Szadhawar… To bardziej antylopa czy wielbłąd?
– Eee… antylopa? – odparła niepewnie.
– Kurde. Nic mi nie pasuje.
Poklepała go po ramieniu.
– Jeszcze cię dopadnie wena w najmniej spodziewanym momencie. Weź na warsztat inne zwierzątko. Może dard?
– Dard? Hm. Trochę waran, trochę kociak…
Zamyślił się. Skubiąc brodę, mamrotał pod nosem o kotach i gadach. Sama zapatrzyła się na okolicę, która nie wyróżniała się niczym szczególnym, ale gdy zaczęło się patrzeć na każdy element krajobrazu, zamiast klasyfikować go jako „typowa łąka na wsi”, od razu nabierała uroku. Dwa młode drzewa otoczone nagimi krzewami, kamienie lata temu wygrzebane przez pług, przygnieciona niedawnym śniegiem roślinność. Nieopodal po niebie przeleciał spokojnie kruk, którego Florka widywała w tej okolicy. Odetchnęła. Gdyby tak jeszcze zrobiło się ciepło…
Dotarli na skraj lasu. Tam postawili transporter na ziemi, zwrócony połowicznie ku gęstwinie i otwartej przestrzeni. Weronika z szeroko rozłożonymi rękami zagoniła gapiów na tyły jak kwoka swoje kurczęta.
– Okej, teraz cicho – zarządziła. – Otworzymy i zobaczymy, co zrobi. Najlepiej to wszyscy kucnijmy. I bez gwałtownych ruchów.
Florka natychmiast przyczaiła się między Erykiem a Bastianem. Wszyscy w podekscytowanym napięciu patrzyli, jak Iza staje za transporterem i sięga do przodu. Odczepiła drzwiczki tak, by Partyzant jej nie zobaczył. Zabrała je i natychmiast zrobiła krok do tyłu. Nic się nie wydarzyło; przez szpary widać było, że lagopus zastygł w bezruchu. Wszyscy wstrzymali oddechy…
– Łuskicia! – szepnął nagle zdjęty olśnieniem Bastian.
– ĆŚŚŚ! – syknęła Florka.
Transporter się zachybotał. Po chwili mogli z boku zaobserwować, jak wyłania się z niego najpierw nos, a potem postawione czujnie uszy. Lagopus wyskoczył na ziemię, zamachał skrzydłami jakby na próbę, po czym puścił się pędem przed siebie, kicając jak zając, z szeroko rozłożonymi skrzydłami. Nim Florka zdążyła się zmartwić, że nie będzie w stanie latać, Partyzant wzniósł się w powietrze, skręcił między drzewa… i tyle go było widać.
– Hoho, poszedł! – zawołał Eryk. – Ale zajebiście!
– Ekstra – zgodził się tata i wstał, wypatrując ruchu w lesie. – I wy tu tak cały czas? Łapiecie, leczycie, wypuszczacie?
– Nie aż tak często – odpowiedziała Florka, również zapatrzona w miejsce, w którym lagopus zniknął im z oczu – ale nie narzekamy na nudę.
– To może macie wakat? Też bym chciał zawodowo wypuszczać zwierzątka do lasu.
Uśmiechnęła się.
– Za późno. Już ktoś zaklepał.
Poszukiwanie nowych rąk do pracy nie trwało długo, co było okolicznością sprzyjającą w obliczu ruchu, jaki zapanował w interesie – technicy mieli tylko nadzieję, że nie skończy się kolejną Zuzą.
– Lekarkę Iza podobno zna – mówił Bastian. – Pracowały razem czy coś. A technik to jakiś świeżak, ale zrobił na Izie dobre wrażenie.
– Okej, to może uda nam się go wychować. Byleby tylko nie był skończoną sierotą.
– Myślę, że Iza nie zatrudniłaby sieroty.
– Zatrudniła mnie – zwróciła uwagę z pustym uśmiechem.
– No i widzisz, miała nosa. Nie dość, że zyskała techniczkę, to jeszcze adeptkę nekromancji.
Florka zachichotała. Wcisnęła czapkę na głowę i pogłaskała Chojraka.
– Lecę, bo się nie wyrobimy.
– Jest za dwadzieścia – zauważył.
– No właśnie. Trzeba przygotować wszystko na zabiegi.
Pomachała mu i wyszła z domu. Droga do pracy minęła jej niespostrzeżenie, gdy rozmyślała o nowych pracownikach. Mieli przyjść o dwunastej, po zabiegach, żeby na spokojnie zaznajomić ich z lecznicą. Środa zwykle była jednym ze spokojniejszych dni, ale oczywiście zawsze plany mógł pokrzyżować jakiś duszący się szczur, pies z kością kurczaka w gardle albo jedno i drugie. W takim wypadku czekał ich chrzest bojowy.
Weszła do lecznicy. W środku unosił się osobliwy, suchy zapach po bakteriobójczych lampach UV-C. Minionego dnia na wizycie były szczeniaki z parwowirozą, wszystkie pomieszczenia zatem zostały dokładnie odkażone. Florkę strasznie to fascynowało: światło, które zostawia zapach? Nawet zdobycie wiedzy, że to wypalone przez promieniowanie drobinki kurzu i mikroorganizmów, nie uczyniło tego zjawiska mniej magicznym w jej oczach – czy raczej oku.
Kiedy przechodziła przez laboratorium, jej wzrok przyciągnął nowy okaz na półce z preparatami naukowymi. Między zatopioną w akrylu, rozbebeszoną jaszczurką a słojem, w którym pływało serce świni, stał dumnie fluorescencyjny szkielecik tyranozaura.
Uśmiechnęła się.
W szpitalu w pierwszej kolejności zajrzała do klatki, w której czagrin czekał na wyprowadzkę do Faunastycznych. Powiesili na niej zasłonkę z koca, ale pacjent z czasem całkiem się oswoił z lecznicowym kieratem i już nie udawał martwego, jak tylko ktoś na niego krzywo spojrzał. Obojętnie zwrócił szare oczy na Florkę, po czym wrócił do ciamkania kociej karmy. Jak na jeża (dość długiego) przystało, dostał imię Anaszpan.
Wstała i włączyła laptop, by zobaczyć grafik. Nie było zbyt wielu umówionych wizyt. Zauważyła za to nową kolumnę opatrzoną imieniem Kaja Szczygielska. Miała już nawet zapisanego jakiegoś psa na wizytę.
W tej chwili ważniejsze były zabiegi: dwie królice na kastrację, szczur z guzem, który na USG wyglądał, jakby mógł ważyć tyle, co reszta szczura, oraz aleksandretta z zatrzymanym jajem. To ostatnie już zaczęło stresować Florkę – zawsze w takich przypadkach bała się, że jajko pęknie w najgorszym możliwym momencie i skorupka pokaleczy delikatne narządy wewnętrzne.
– Och, jesteś – rozległ się w pomieszczeniu głos Izy. – Tomasz już wam mówił?
Florka uniosła brew.
– O czym?
– Wieczorem zadzwonili do niego ze stadniny. Wygląda na to, że w stajni i stodole zamieszkało więcej czagrinów. Płoszą konie. Jak zostaną odłowione, to przywiozą je do zbadania.
Powstrzymawszy się od zażartowania, czy odłowione zostaną czagriny, czy konie, i które z nich potem przywiozą te drugie, przytaknęła.
– Super. A wiedzą chociaż, ile tam się tego zalęgło?
– Przekonamy się.
Przytaknęła. Anaszpan okazał się w obsłudze nie trudniejszy od zwykłego jeża, nie spodziewała się zatem żadnych katastrof.
Wkrótce przystąpiły do dzieła. Do dziewiątej opiekunowie przynieśli wszystkie zwierzęta, niedługo później zaczęły pierwszy zabieg. Kiedy o dziesiątej przyszedł Bastian, obie królice już się wybudzały w klatkach, a pokłuty strzykawkami szczur siedział pod tlenem. Zgodnie z przewidywaniami operacja papugi wykończyła Florkę nerwowo, wobec czego zaszyła się w socjalu z herbatą, batonikiem zbożowym i jakimś losowym podręcznikiem weterynaryjnym, w którym głównie oglądała zdjęcia.
Bastian wszedł do środka i przeciągnął się, wyrzucając ręce wysoko w górę.
– Już jestem zmęczony – oznajmił. – Co czytasz?
– A nie wiem. – Zerknęła na okładkę. – Coś o patologii. Chcesz zobaczyć wybroczyny na płucach królika z pomorem?
– A TY chcesz?
Wzruszyła ramionami.
– Każdy opiekun królików powinien. Żeby zobaczył, czym się kończy żałowanie kasy na szczepienia. Narzędzia już wyschły?
– Dopiero umyłem. Nowy niech przyjdzie, to się od razu nauczy sterylizować.
Wziął kanapkę i gruchnął na kanapę, aż Florka podskoczyła. Przeglądała podręcznik jeszcze kilka minut, a kiedy zjadła cały batonik, zamknęła się w toalecie. Zauważyła, że pod paznokciami ma rdzawe resztki zakrzepniętej krwi po tym, jak jedna z królic wyrwała sobie wenflon i zachlapała całą głowę (i oczywiście, jak zawsze w takich przypadkach, była to ta o jasnym futrze). Klnąc pod nosem, tak się skupiła na próbach doczyszczenia paznokci, że nie zwróciła uwagi na odgłosy z zewnątrz, póki Bastian nie zapukał.
– Utopiłaś się tam? Chodź, nowy nabytek przyszedł.
– Och! Już, już!
Obrzuciła niezadowolonym spojrzeniem efekty swoich starań, wytarła ręce i potruchtała pospiesznie do szpitala.
Podążyli za dźwiękiem głosów do sali chirurgicznej. Tam zastali Izabelę oprowadzającą po lecznicy nową pracownicę. Na widok postaci wysokiej jak brzoza i z długimi, gęstymi blond włosami Florka poczuła uderzenie gorąca. Lipowska?! Jak to?! Zaraz jednak uświadomiła sobie, jak bardzo jest to niemożliwe, a irracjonalny lęk zupełnie ją opuścił, gdy weterynarka zwróciła się w ich stronę. Nie, z przodu kompletnie nie przypominała Honoraty Lipowskiej ze znienawidzonej tu przychodni w Cnotnicach. Na jej prostokątnej twarzy malował się uprzejmy uśmiech… a z ramienia łypnął ciekawsko gołąb – prześliczna sierpówka.
– Proszę, znalazłem Florkę – powiedział Bastian, wypychając ją do przodu.
– Hej. Kaja, a to Pierzyn.
Florka zerknęła na ptaka, a on przestąpił z łapki na łapkę, jakby rozważał czmychnięcie, i – ku zachwytowi techniczki – odezwał się:
– Nie tykać.
Wciągnęła gwałtownie powietrze.
– Famulus?! Jesteś czarownicą?
– Wiedźmą bardziej – sprostowała Kaja. – Ja to raczej nie czaruję. Robię eliksiry, hoduję roślinki, grzybki… A on mi pomaga.
Poruszyła lekko ramieniem i gołąb się zachwiał. Zahukał cicho z pretensją.
Bastian zaśmiał się krótko.
– Zaczynam się czuć wyobcowany. Wszystkie zaraz będziecie mieć chowańców, a mi kto pomoże zbadać mocz?
– Ja, jak będę pod ręką – zaoferowała się Florka. Zaraz ponownie zwróciła uwagę na gołębia. – Od dawna się znacie? Jak się znaleźliście? Długo musiałaś czekać?
Kątem oka zauważyła wyraz twarzy Izabeli, który zdradzał jednocześnie typową dla niej pustkę, ale też rozbawienie. Zdawała sobie sprawę, że może wydawać się irytująca, ale nie mogła powstrzymać ekscytacji.
Kaja podsunęła gołąbkowi dłoń. Wszedł na nią, spoglądając nieufnie na pozostałych.
– Pracowałam wtedy w ośrodku dla dzikich zwierząt, ciągle trafiały tam różne gołębie. No i jednym takim bidokiem był Piórek, znaczy Pierzyn. Jacyś ludzie go przynieśli, bo wypadł z gniazda, a jeszcze nawet podlotem nie był, no i okazało się, że to mój famulus.
Pierzyn kiwnął poważnie łebkiem.
– A skąd to wiedziałaś? Że to właśnie on?
Tamta wzruszyła ramionami.
– To się czuje.
Florka przytaknęła, procesując w głowie więcej pytań i wątpliwości, którymi jednak chwilowo nie chciała męczyć ani Kai, ani wszystkich wokół.
– Ona właśnie czeka na swojego chowańca – wtrącił Bastian z dumą, której się nie spodziewała. – Niedawno przeprowadziła rytuał.
– O! Fajnie. Słyszysz, będziesz miał kolegę. Albo koleżankę.
Gołąb wyglądał, jakby ta informacja była mu doskonale obojętna, bo zaczął sobie czyścić piórka.
– Czemu Pierzyn? – spytał Bastian.
– Najpierw mówiłam Pidżyn, potem weszło mu w nawyk spanie na mnie w pierzynie, więc Pidżyn, Pierzyn… No i taka ewolucja.
Zaśmiała się nieco niepewnie. Sprawiała bardzo sympatyczne wrażenie – Florka była ciekawa, jak będzie się z nią pracować, i miała szczerą nadzieję, że lepiej niż z Zuzą.
Izabela stanęła obok.
– Możecie zapisywać do Kai ptaki i problemy dermatologiczne.
– Psokoty też – dodała tamta – ale ptaki i grzybice najchętniej.
Bastian parsknął.
– A grzyby leczysz z korzyścią dla grzybów czy otoczenia? Raz mieliśmy inwazję trenti i Iza je potraktowała kwasem – szepnął, teatralnie osłaniając się od niej dłonią.
– Prawidłowo – orzekła Kaja. Wyszczerzyła się porozumiewawczo do nekromantki. – Za mordowanie grzybów mam profity.
Wtedy od strony gabinetu dobiegło nieśmiałe:
– Dzień dobry?
– Oho, kolejna nowa twarz – powiedział Bastian. – Trochę tłoczno się tu robi, co? Zaraz będziemy sobie robotę z rąk wyrywać, żeby się tylko nie nudzić.
– Nie będziemy – zapewniły jednocześnie ponurym tonem Florka i Kaja. Ta pierwsza zachichotała.
– Uwierz mi, więcej ludzi w lecznicy nie oznacza mniej roboty, tylko odkrycie, że jest robota, na którą do tej pory nikt nie miał czasu.
Chwilę później Iza przyprowadziła chłopaka, który wyglądał na najwyżej dwadzieścia lat. Strzecha brązowych włosów i nieco rozmarzony wyraz twarzy nadawały mu włóczykijowaty charakter.
– Och. Dużo was – powiedział, spoglądając po każdym po kolei. Wyciągnął dłoń ku techniczce, która stała najbliżej. – Cześć, jestem Florian.
Bastian parsknął.
– Okej, trzeba będzie was ponumerować, bo będą nam się mylić Florki.
– Tak, druga to ja – wyjaśniła wyżej wymieniona, podnosząc rękę jak uczniak przyznający się do winy.
– Możecie mi mówić po nazwisku, jak wszyscy – zaoferował nowy. – W takim razie: cześć, jestem Łazęga.
– O, no i bomba, wszyscy w swoich szufladkach – ucieszył się Bastian.
Po kolejnej serii przedstawiania się i krótkiej gadce-szmatce nowi dostali kilka minut na przebranie się w medyczne fartuchy. Florka nie mogła oderwać wzroku od Pierzyna, który stale zajmował miejsce na ramieniu Kai. Czarny sierp okalający mu szyję wyglądał jak zawieszony na niej stetoskop, rozczulało ją to do granic możliwości.
Florian również został zaznajomiony ze wszystkimi kątami – trochę pobieżnie, jako że niedługo miały się zacząć wizyty. Bardzo zaciekawiło go pomieszczenie i sala chirurgiczna dla koni. Stanął przed ogromnym stołem i przesunął dłońmi po zielonkawych materacach z nieco popękanym obiciem.
– Przyjmujecie też konie? – spytał zafascynowany.
– Bardziej centaury i mantykory – odpowiedział wyszczerzony Bastian, obserwując w zachwycie reakcję kolegi. – Mieliśmy mantykorę na sanację ryja, ale to była masakra. Pół paszczy wyjebane, sterta zębów była TAKA wielka. – Nakreślił dłońmi rozmiar, w opinii Florki nieco przesadzony.
– To tu żyją mantykory…?
– Nie, raczej nie. Tamta chyba przyleciała z daleka. Średniawo mówiła po polsku, ale może to kwestia bycia trochę lwem. – Wzruszył ramionami.
– A trafiają się jakieś… mniejsze magiczne koty?
Bastian zmrużył oczy w zamyśleniu.
– W sumie mało jakoś. Był Marbas, ale to famulus wiedźmy, więc się nie liczy…
– Powiedz mu to w twarz – zachichotała Florka.
– He, he. O, dard był, to się chyba liczy jako kot?
– Tak średniawo. – Pokołysała dłonią na boki. – Raz wpadłam na matagota, ale nie był w lecznicy.
Florian westchnął ze smutkiem.
– Szkoda. Uwielbiam magiczne koty. Moja babcia ma katszi, ale ona jest piękna… I najsłodsza na świecie, do wszystkich się łasi.
– Wszystko przed nami – rzucił Bastian wesoło. – Jeszcze się trafią takie stworzonka, że wszyscy pożałujemy życiowych wyborów.
– Mhm. A centaur? – dopytywał Łazęga, oglądając metalowy stolik na narzędzia, naznaczony plamami po rozlanej jodynie, którą Florka od dawna nieskutecznie usiłowała zmyć na wszelkie sposoby.
– Centauryda miała ciężki poród – powiedziała – a my razem z nią. W okolicy żyje stado, są niezbyt miłe, więc radzę unikać. Skąd jesteś właściwie?
– Ze Zgierza. Trochę się tu jedzie – stwierdził z krzywym uśmiechem – ale kto by wybrał jakąkolwiek inną lecznicę niż taką, w której są magiczne zwierzęta? Dziwię się, i cieszę, oczywiście, że pani Pokot mnie przyjęła. Bo ja bez doświadczenia i w ogóle… Jedyne co to przez chwilę robiłem w labie, ale szef to był złamas.
Zrobił zakłopotaną minę, gdy zdał sobie sprawę, co powiedział. Bastian zarechotał porozumiewawczo.
– Wszyscy mamy za sobą pracę pod jakimś złamasem. W Cnotnicach, tu obok, jest taka jedna…
Wtedy telefon służbowy zaczął wygrywać swoją irytującą melodyjkę z kieszeni Bastiana. Faun wyjął go i z szelmowskim uśmiechem wręczył koledze.
– Masz, pogadaj sobie.
Florian zrobił minę, jakby dostał do ręki bombę z odliczającymi się sekundami do wybuchu. Florka zlitowała się nad nim i przejęła telefon, rzucając przy tym karcące spojrzenie faunowi.
– Patrz i ucz się – powiedziała. Odebrała i włączyła głośnik. – Lecznica w Zrębkach, słucham?
Dzwoniący nie odezwał się od razu.
– Eee, halo, dzień dobry… – powiedział suchym, cichym głosem mężczyzna. – Dodzwoniłem się do tej lecznicy, tej, no… nekromantycznej?
– Weterynaryjno-nekromantycznej, zgadza się – odparła, kładąc nacisk na pierwsze słowo. W duchu już westchnęła i przygotowała się psychicznie na kolejną rozmowę o możliwości wskrzeszenia zmarłego pupila. Miała ochotę z góry uprzedzić, że nie wykonują takich zabiegów, ale się powstrzymała.
Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza.
– Aha. A czy… rozmawiam z panią I… – cichy szelest, jakby sprawdzał coś na kartce – Izabelą Pokot?
– Z techniczką weterynarii. Czy mogę w czymś pomóc?
– Chciałem zapytać… Czy robicie coś takiego… Czy mogę się umówić na konsultację taką, no, nekromantyczną?
Florka uniosła brew.
– Hm, dotyczącą czego? – Kiedy nie odpowiedział, po chwili spytała: – Chodzi o zmarłe zwierzę?
Po drugiej stronie znowu coś zaszeleściło.
– Tak, tak jakby… To znaczy… Nie, przepraszam.
Sekunda ciszy… i się rozłączył. Zapatrzyła się na numer na ekranie. Miała ochotę oddzwonić, ale szybko porzuciła ten pomysł. Bastian zacmokał.
– Kolejny, co zwierzaka chce ożywiać.
– Eee, serio ludzie z takimi pytaniami dzwonią? – zdumiał się Florian.
Florka pokręciła głową.
– A daj spokój. Średnio trzy razy w miesiącu. Znaczy, wiesz, większość to są po prostu ludzie, którzy nie potrafią sobie poradzić ze śmiercią pupila i nie wiedzą, jak w ogóle działa nekromancja. Wydaje im się, że można zmarłego po prostu ożywić takiego, jaki był. Niektórzy potem przychodzą, żeby skontaktować się z jego duszą i pożegnać.
Uśmiechnęła się lekko na myśl o tym, że Iza szkoli ją do tego, by sama mogła przeprowadzać takie seanse na wizytach – w końcu jest techniczką nekromancji! Co prawda istniało ryzyko, że przy każdym takim seansie będzie ryczeć jak bóbr, ale cóż – nikt nie mówił, że weterynaria to samo głaskanie szczeniaczków.
– Czyli mówisz, że ogarniasz laboratoryjne sprawy? – zmieniła temat.
Florian potrząsnął czupryną, jakby wyrwał się z zamyślenia.
– Tak, bardzo to lubię – odpowiedział. – Dużo robicie na miejscu?
– Takie najbardziej podstawowe rzeczy. Krew, kał, mocz, cytologie, a jakieś bardziej skomplikowane przypadki wysyłamy.
– Czaję… Jakby co, to ja zawsze chętnie coś obejrzę pod mikroskopem. Koleżanka się śmiała, że jak już wszyscy myśleli, że próbka jest czysta i zwierzak zdrowy, to ja usiądę i znajdę jakiś syf. – Zaśmiał się niepewnie.
– Kurde, a ja myślałem, że jak nic nie znajduję, to znaczy, że nic nie ma – powiedział Bastian.
Nim nowy zdążył odpowiedzieć, do pomieszczenia zajrzała Kaja.
– Hej? – zagadnęła. – Jest kłobuk na wizytę, chodźcie.
Florka ochoczo ruszyła przodem, ale po sekundzie pomyślała, że powinni pozwolić na asystę Florianowi. Przejęty Łazęga razem z Kają wszedł do gabinetu, gdzie Izabela właśnie wpisywała dane pacjenta do systemu. Bastian i Florka przyczaili się za uchylonymi drzwiami, by w razie potrzeby faun mógł ruszyć na pomoc.
– Wydają się spoko – powiedziała cicho Florka.
– Tak. Kai się nie trzeba obawiać, skoro Iza ją zna, a młodego się wychowa, jak należy. Uff, wreszcie będzie można brać wolne bez wyrzutów sumienia…
– W sumie jakoś bardzo mi to nie przeszkadzało.
– Od kiedy jesteś taką pracoholiczką? – spytał zaciekawiony Bastian, krzyżując ręce na piersi.
Na to słowo parsknęła ponuro. Fakt, nigdy by siebie o to nie podejrzewała, a na pewno nie kiedy pracowała jeszcze w Warszawie. Ten długi okres, kiedy płakała ze stresu w drodze do lecznicy, wydawał się teraz niesamowicie odległy i abstrakcyjny.
– Wystarczyło trafić na odpowiednie miejsce – stwierdziła.
Dyskretnie zapuściła żurawia do gabinetu. Przy stole diagnostycznym stała roztrzęsiona kobieta. Nie była stara, ale długie siwe włosy zdawały się takie z natury. Opowiadała o tym, jak jej podopiecznej notorycznie wypada kloaka. Z wiklinowego kosza na podłodze wyglądał smętnie kłobuk, ptak podobny ni do kury, ni do gęsi. Florian przyglądał mu się z żywym zainteresowaniem.
– Pójdę po robocie do cioć – ciągnęła Florka. – Potem może się trochę pouczę… Iza zamówiła jakieś ciekawe składniki, będziemy robić leki na niszowe przypadłości.
– Niszowe?
– Wiesz, takie jak to coś, co Iza mi dała na katar po szilali. Rzeczy typowo pod bardzo konkretne schorzenia. Nie wiem, co dokładnie. – Wzruszyła ramionami. – Może właśnie szilali, bo ten facet się ostatnio umawiał na wizytę.
– Och. Hm… Dobrze wiedzieć.
Nie chciała poruszać wprost tego tematu, ale wiedziała, że pierwsze, co zrobi Bastian, gdy Łazęga skończy asystę, to ustawienie grafiku tak, by wizyta opiekuna szilali i lolmiszo wypadła podczas nieobecności fauna.
– Powinienem się w czymś wyspecjalizować? – spytał niespodziewanie.
– Skąd ten pomysł?
Wzruszył ramionami. Miał zamyślony, może trochę zmartwiony wyraz twarzy.
– Nie wiem. Florian się zna na labie, ty na nekromancji… Może też powinienem się skupić na jakiejś jednej rzeczy?
– Iza cię zawsze chwali za szycie.
– Hm. Niby tak – odparł bez przekonania.
– A jest coś, co cię bardzo jara?
Postukał racicą o kafelki w zamyśleniu.
– Nie wiem. Pieski? Ech. Mam wrażenie, że w ogóle nic nie umiem.
– Jak przyszłam tu do pracy, to myślałam, że masz o wiele więcej doświadczenia ode mnie – żachnęła się.
– Umiem udawać, że się na czymś znam – odparł z uśmiechem, który jednak zaraz zrzedł. – Może mógłbym się skupić na… anestezjologii?
– Niezły pomysł – przyznała, choć z pewnym żalem, bo lubiła asystować przy zabiegach i niechętnie by z tego rezygnowała.
Kiedy Bastian tak się zastanawiał nad swoim losem, kłobuk został wyciągnięty z koszyka i wylądował na stole. Ciemnobrązowe pióra lśniły w świetle jak pokryte olejem.
– To już piąty raz, jak jej wypadło, ciągle wypada… – opowiadała kobieta. – Mój lekarz już nie wie, co z tym zrobić… Pani doktor, czy ona będzie żyła?
– Muszę ją zbadać – odparła rzeczowo Izabela. Założyła rękawiczki, nitrylowa guma trzasnęła na skórze. – Czy miała zakładane szwy?
– Nie… Ja byłam z nią najpierw u jednej pani, potem u doktora takiego na wsi, od świń i kur… – Opiekunka była coraz bardziej niespokojna. – Teraz ten doktor założył jej trytytkę, ale od tego czasu ona w ogóle kupy nie robi…
Ukryci za drzwiami technicy wymienili spojrzenia. Trytytkę? Florka próbowała zrozumieć, co kobieta miała przez to na myśli – nieraz właściciele zwierzaków nie umieli odpowiednio nazwać narzędzi czy zabiegów. Czyli jednak szwy?
Uchyliła drzwi nieco bardziej, by lepiej widzieć, co się dzieje w środku. Iza obróciła kłobuczkę kuprem ku sobie, nachyliła się nisko, przesłaniając Florce i Bastianowi widok.
Wtedy zrobiła coś, czego nie zrobiła nigdy do tej pory – wciągnęła z suchym świstem powietrze.
– I co? Dlaczego ona nie robi kupy? – spytała opiekunka łamiącym się głosem. – Pani doktor, czy ona zdechnie?
Techniczkę aż zmroziło, zarówno z oburzenia podobnym słownictwem, jak i na widok prostującej się, kipiącej furią nekromantki.
– Ma kloakę zaciśniętą trytytką – wycedziła – i nie rozumie pani, czemu nie jest w stanie zrobić kupy?
– Ale to jej ciągle wypada, to co innego można zrobić…?
Obok pojawiła się zaalarmowana sytuacją Kaja. Tylko rzuciła okiem na tył ptaka i również wciągnęła gwałtownie powietrze. Florian był poza zasięgiem wzroku pozostałych techników.
– Uważa pani, że ściskanie jakiejkolwiek części ciała trytytką to odpowiednia metoda lecznicza? Ten ptak wyraźnie cierpi – powiedziała Kaja, kładąc nacisk na przedostatnie słowo. – Czy dostawała jakieś leki?
– Tak, na początku, taki płyn do dzioba… ale nie pomagało, ciągle była chora.
– A teraz? Czy miała przepisane leki po ostatniej wizycie?
Kłobuczka zaczęła gęgać i próbowała uciec na skraj stołu. Opiekunka drżącymi dłońmi złapała ją i przyciągnęła z powrotem, potem pogładziła po śliskich piórach.
– Dostała maść – powiedziała – i ja ją smarowałam, wczoraj mi się skończyła i ona przez ten czas w ogóle nie narobiła.
– Nic dziwnego – stwierdziła Kaja nieco kpiącym tonem. Wyraźnie wkładała spory wysiłek w zachowanie profesjonalizmu. Pierzyn na jej ramieniu wcisnął się tak bardzo między włosy, że prawie nie było go widać.
– Ja wiem, jak to wygląda – zaczęła się tłumaczyć opiekunka, załamując ręce – ale ja ją tak kocham, ja nie wiem, co bez niej zrobię… Da się z tym coś zrobić? Trochę było jej lepiej po tym płynie do dzioba, może teraz też by coś pomogło…
– To nie jest sytuacja, którą naprawi lek doustny. Czy jest pani sobie w stanie wyobrazić, jaki to musi być ból? – wycedziła Izabela. – Ma kawał plastiku wbity w żywe ciało. Kiedy ostatnio widział ją lekarz?
– Przedwczoraj byłyśmy u tego doktora, i on jej wtedy schował tę kloakę i zacisnął… Proszę jej pomóc, ona jest dla mnie wszystkim. – W oczach opiekunki zalśniły łzy. – Nie chcę, żeby zdechła.
– Nie życzę sobie takiego języka w moim gabinecie – rzekła nekromantka tonem, który Florkę posłałby piorunem do schronu przeciwatomowego. – W tej chwili najważniejsze to ulżyć jej w bólu. Muszę jej to wyjąć i dokładnie zbadać, by zadecydować, co dalej. Proszę tu zaczekać.
Kobieta znów zaczęła powtarzać, jak bardzo się martwi, ale Iza zignorowała te płacze. Florka i Bastian potruchtali do szpitala, by zrobić przejście. Chwilę później weszli tam pozostali pracownicy z Izabelą na czele, niosącą ostrożnie zmaltretowanego ptaka. Nauczony doświadczeniem faun natychmiast rozłożył na wannostole jednorazowy podkład. Pacjentka stanęła na nim niepewnie, kuliła się i nie mogła się zdecydować, czy usiąść, czy nie. Na widok jej kupra techniczka absolutnie przestała jej się dziwić.
Te pióra, które nie wypadły, były posklejane kałem; smród był okropny. Obrzęknięta skóra wokół kloaki była zaczerwieniona i wilgotna, a…
Bastian zbladł i złapał się za głowę.
– Ożeszkurwa – wyrzucił na jednym wydechu. – Myślałem, że się przesłyszałem.
Nie przesłyszał się. Czarna trytytka została wbita w skórę w kilku miejscach wokół kloaki i zaciśnięta. Florka zasłoniła sobie usta. Wiedziała, że nie widziała jeszcze wszystkiego, nie spodziewała się jednak tak skrajnego przypadku ludzkiego – nie dało się tego ująć inaczej – spierdolenia. Tragikomiczne zachowanie opiekunki dolewało oliwy do ognia. Tak bardzo kocha, tak się trzęsie, tak się boi o życie pupilki, a pozwala komuś tak ją potraktować i pyta, czy „zdechnie”? Jak ogromna głupota za tym stała? Z każdym kolejnym przypadkiem zaniedbania Florka przekonywała się, że nie ma takiego dna, w które ktoś nie zapuka od spodu.
– Co trzeba mieć w głowie, żeby coś takiego zrobić?! – wybuchnęła Kaja. Przypadła do nieszczęsnej pacjentki z naręczem gazików i delikatną pianką do mycia. – Kto wpadł na taki pomysł?! Gdzie się taki debil uchował?!
– W Cnotnicach? – podsunął Bastian ponuro.
– Mówiła, że jakiś „pan” doktor – przypomniała Florka, obserwując akcję z boku. – Chyba nawet Lipowska nie jest aż tak głupia.
– Uj wie, czy w ogóle to był weterynarz – stwierdziła rozemocjonowana Kaja. – Może jakiś debil znachor, co na wsi sprzedaje „gołymbiorzom” permetrynę i uchodzi za speca.
Pacjentka zaczęła rozpaczliwie gruchać, gdy tylko została dotknięta gazikiem w okolicach kupra. Bastian ujął ją ostrożnie i ze zgrozą zerkał na jej podwozie. Trytytka była zaciśnięta tak bardzo, że nic dziwnego, że uniemożliwiała wydalanie. Weterynaria czasem rządziła się swoimi prawami; często brakowało narzędzi dostosowanych do danego gatunku, więc umiejętność improwizacji była wysoko ceniona, szczególnie przy zwierzętach egzotycznych. Wenflon służący za rurkę intubacyjną dla gekona, opatrunek z pociętej strzykawki na złamaną łapkę dla gołębia, gwóźdź śródszpikowy z igły iniekcyjnej dla chomika – nikogo z branży to nie dziwiło. Jednak użycie trytytki – pół biedy, gdyby tylko do złapania kawałka skóry, ale przebijanie jej?! – to była inwencja rodem z postapokaliptycznego filmu, kończąca się gangreną i przemianą w zombie.
– Nie powinno się tego gdzieś zgłosić? – zasugerował Bastian. – Przecież to jest znęcanie się.
– Na razie skupmy się na tym, żeby jej trochę ulżyć. Czekaj, czekaj, czekaj. – Kaja zasłoniła oczy pacjentki, która znów zaczęła się wyrywać i rozpaczliwie gęgać. – Już, już, ptaszyno, zaraz ci będzie lepiej.
Stojąca z boku Izabela zdjęła rękawiczki i zapatrzyła się na ptaka. Wciąż płonęła zimną furią, gdy po jakimś czasie oznajmiła:
– Musimy ją znieczulić, żeby jej to wyjąć. Wezmę od właścicielki zgodę. Zważcie ją, proszę.
Odwróciła się i z wyraźną niechęcią ruszyła do gabinetu.
Bastian przyniósł wagę, położył ją na najbliższym blacie i włączył. Kiedy się uruchamiała, tak on, jak i Florka przypomnieli sobie o istnieniu nowego technika. Stojący pod rzędem metalowych klatek kolega był blady jak ściana i wytrzeszczał oczy na gruchającą boleśnie kłobuczkę.
Bastian wyszczerzył się ponuro.
– Witamy w weterynarii.
Nota odautorska: przypadek z trytytką inspirowany prawdziwym wydarzeniem.
Necrovet. Hodowla istot chimerycznych
Copyright © Joanna W. Gajzler 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja – Magdalena Stonawskaa
Korekta – Kornelia Dąbrowska, Julia Młodzińska
Skład i łamanie – Natalia Patorska
Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja na okładce – Piotr Sokołowski
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384065365
ISBN mobi: 9788384065358
www.przezludzidlaludzi.pl
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Aleksandra Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Strony tytułowe
Spis treści
Dedykacja
Prolog
Rozdział I Maść na ból dupy
Strona redakcyjna
Reklamy
Cover
Spis treści
