Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
78 osób interesuje się tą książką
PIERWSZA CZĘŚĆ NOWEJ, KUSZĄCEJ SERII ROMANTASY PIÓRA SCARLETT ST. CLAIR, AUTORKI NR 1 NA LIŚCIE BESTSELLERÓW „NEW YORK TIMESA”.
Jest początkiem i końcem.
Jest pokojem i chaosem.
Jest grozą pukającą do bram.
Odseparowana od swojego potężnego rodu, Lilith Leviathan znajduje schronienie w Niniwie – grzesznym dystrykcie miasta Eden. Zarabia na życie, kradnąc. Wykorzystuje do tego swoją magię, czym przyciąga uwagę pięciu rządzących rodów, a także Kościoła, oczekującego od kobiet świątobliwości i milczenia. Kiedy Lilith zdobywa piękny sztylet, sądzi, że wszystkie jej problemy dobiegły końca… do czasu aż jej stały klient nie umiera podczas oględzin artefaktu.
Spanikowana dziewczyna zwraca się do jedynego mężczyzny zdolnego jej pomóc: Zaharieva, głowy rodu Zareth i władcy Niniwy. Jego walutą jest informacja, a siłą – szantaż, choć zawsze miał do Lilith słabość. Kiedy jednak się dowiaduje, że w grę wchodzi sztylet, mężczyzna nie ma pewności, czy zdoła ochronić ją przed tym, co nadchodzi.
Razem wyruszają na misję, by odkryć prawdziwą siłę rządzącą światem. Im mocniej ich losy się splatają, tym bardziej Lilith sobie uświadamia, że Zahariev jest kimś więcej niż tylko przyjacielem. Niestety ich oddanie wobec siebie stanowi zagrożenie – dla prawdy, dla Kościoła i dla tych, którzy chcą wszystko zniszczyć.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 516
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Terror at the Gates
Copyright © Scarlett St. Clair 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Anna Łakuta-Rudzka, Martyna Góralewska, Magdalena Kłodowska
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projekt okładki: Nicole Lecht/Sourcebooks
Ilustracja na wyklejce: Maksymilian Rogaliński
ISBN 978-83-8418-806-4 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Trauma religijna, napaść seksualna dokonana przez osobę sprawującą władzę w Kościele (bez bezpośredniego opisu napaści, ale wspomniana w rozdziale 6 na stronie 148 oraz w rozdziale 16 na stronie 353 ), przemoc wobec dziecka oraz przemoc emocjonalna ze strony rodzica i osoby duchownej.
WYMOWA
Elohim – EL-o-heem
Elohai – EL-o-hi
Lilith – LIL-ith
Zahariev – ZA-har-reev
Lucius – LOO-shuhs
Analisia – ANA-leese
Cassius Zareth – KAS-seeus ZA-reth
Gabriel De Santis – GAY-bree-l De SAN-tis
Esther Pomeroy – EST-er POM-a-roy
Colette “Coco” D’Arsay – CALL-let “COCO” DAR-say
Macarius Caiaphas – ma-KAR-e-us KAI-uh-fuhs
Eryx – EAR-ix
Ashur – AH-shur
RODZINY
Zareth – ZAR-eth
Leviathan – La-VI-a-thin
Viridian – ver-ID-de-un
Sanctius – SANK-tus
Asahel – AH-sha-el
MIEJSCA
Nineveh – NIN-a-vah (Niniwa)
Akkadia – a-CAID-dia
Galant – GAL-ant
Hiram – HI-rim
Gomorrah – ga-MORE-uh (Gomora)
Sumer – SUE-mur
Kurari (Sea, Canal, Islands) – qu-RAR-ee
Nara-Sin Desert – NA-ra-sin Des-ert (Pustynia Nara-Sin)
Mount Seine – Mount Sin (Góra Seine)
ARCHANIOŁOWIE
Zerachiel – zer-AK-e-el
Raziel – RAZ-e-el
Uriel – UR-e-el
Menadel – MEN-a-del
Arakiel – ARA-key-el
Sariel – SAR-e-el
Metatron – MED-a-tron
Rytuał tętnił życiem. Przy błyszczących stołach i na miękkich kanapach zgromadziło się już zbyt wiele osób, przez co ludzie musieli stać jeden przy drugim pod pulsującymi, niebiesko-fioletowymi światłami. Czekali, aż rozpocznie się przedstawienie.
Z góry mieli spłynąć akrobaci, których czerwone jedwabie rozwijały się w ciemności niczym wstęgi ognia, hipnotyzujący widownię swoimi siłą i wdziękiem, gdy szybowali, zawieszeni w zadymionej przestrzeni. To popularna atrakcja w Niniwie. Przybywający tutaj z czterech pozostałych dystryktów musieli przekonać Kościół, że planowali oglądać tylko ten niewinny występ – lecz prawda wyglądała inaczej i wszyscy o tym wiedzieliśmy.
Ich zjazd rozpoczynał się jak w zegarku. W piątek o trzeciej Ulica Procesji, jedyna ulica w Edenie łącząca wszystkie pięć dystryktów, zapełniała się samochodami stojącymi zderzak w zderzak. Najpierw nacierali finansiści z Hiramu, następnie przemysłowcy z Miasta Świątyń, handlarze z Galantu oraz, na koniec, artyści z Akkadii. W momencie przekroczenia granicy Niniwy pochodzenie traciło na znaczeniu. Wszyscy i tak byli hipokrytami.
Krytycy– tak zwali ich lokalni mieszkańcy.
Większość spędzała weekend na szlajaniu się z klubu do klubu na Ulicy Grzeszników, by następnie wrócić do swojego dystryktu i w niedzielę rano udać się do świątyni, by tam oddać się czczeniu wiary. Do poniedziałku stawali się już w pełni oczyszczeni z grzechu i mogli wieść dalej pobożne życie – aż do kolejnego weekendu.
Przebaczenie stanowi zaproszenie do grzechu. Okaże się naszą zgubą.
Zacisnęłam zęby, gdy nieproszone słowa matki odżyły mi w głowie. Jej doktryna wryła mi się w pamięć do tego stopnia, że wypływała na wierzch za każdym razem, gdy wchodziłam w kontakt z czymś przeczącym naukom rodzicielki – z tym jednym się jednak nawet zgadzałam.
Przebaczenie BYŁO zaproszeniem do grzechu. Obserwowałam to każdego tygodnia i właśnie dlatego już dawno temu postanowiłam, że mi na nim nie zależy.
Wolałam być grzesznicą niż hipokrytką.
Przedzierałam się przez tłum, ubrana w czerwień równie żywą jak jedwabie akrobatów, ale, w przeciwieństwie do nich, przemykałam niepostrzeżenie. Tak właśnie wolałam; mogłam zwrócić na siebie uwagę, gdybym tylko tego chciała, lecz wśród zebranych nie wyśledziłam jeszcze niczego, co wydałoby się tego warte.
A dzisiejszego wieczoru potrzebowałam czegoś kosztownego.
Kończył mi się czas na spłatę czynszu, a najemca znów podniósł cenę.
Moja współlokatorka Coco – zdrobnienie od Colette – poszła do pracy w Praise, lokalu na drugim końcu ulicy. Zajmowała się tam tańcem. Poprosiła, żebym została w domu, ale zrobiła to wyłącznie dlatego, że nie lubiła mojego sposobu na wiązanie końca z końcem.
Zajmowałam się zdobywaniem towarów – zazwyczaj o charakterze religijnym, ale nie byłam wybredna. Za dobrą cenę sprzedałabym wszystko. Problem polegał na tym, że taka praca technicznie pozostawała nielegalna – Kościół zakazał bowiem sprzedaży przedmiotów sakralnych.
Coco nazywała moje metody kradzieżą, ale ja zwałam je wykorzystywaniem własnych zasobów, co w tym wypadku oznaczało magię.
Szczerze mówiąc, nie musiałabym się do tego uciekać, gdyby Zahariev, głowa rodu Zareth i dystryktu Niniwy, pozwolił mi tańczyć w jednym z wielu należących do niego klubów, ale odmawiał.
Rozpoczęłabyś wojnę, Lilith– mawiał.
Przewracałam oczami.
Dramatyzujesz, Zaharievie. Nikt nie musi wiedzieć, że to ja.
Jesteś córką Domu Leviathan– oświadczał, jakby to wszystko tłumaczyło. –Poza tym lubię swoje jaja, a twój ojciec by mi je urwał i nimi nakarmił, gdybym pozwolił ci tańczyć.
Pozwól mi.
Zaharievie.
Zaharievie.
Zaharievie.
Był atrakcyjnym i frustrującym mężczyzną. Znałam go przez całe życie. Starszy ode mnie o osiem lat, objął pozycję głowy rodu po tym, jak pięć lat temu zmarł jego ojciec. Zawsze cichy i opanowany, niemal nigdy nie okazywał emocji – tak jak wszyscy Elohai. Tak brzmiała nazwa linii krwi, która każdemu rodowi nadawała magiczne zdolności, a tym samym prawo rządzenia.
Tyle że to wszystko gówno prawda. Krew Elohai – krew Boga – dawała magię tylko kobietom. To nas czyniła potężnymi – a my nawet nie mogłyśmy wykorzystać tej władzy, bo zostałyśmy podporządkowane mężczyznom.
Tylko na to zasługujemy po tym, jak skusiłyśmy Pierwszego Mężczyznę – mawiała matka.
Lubiła cytować Księgę Chwały, czyli religijną doktrynę rządzącą naszym społeczeństwem. Według niej mężczyźni powinni zachowywać ostrożność wobec kobiet.
Znaczyło to również, że – w przeciwieństwie do Zaharieva, którego szkolono do objęcia roli głowy rodu – mnie przygotowywano do roli żony. A jako że pozostawałam jedynym dzieckiem w domu, to ojciec miał wybrać mi męża, kolejną głowę Domu Leviathan.
Cholera, jak ja tego nienawidziłam… i właśnie dlatego uciekłam.
I mimo że Zahariev nie pozwalał mi tańczyć, to udzielił mi schronienia na swoim terytorium.
Poczułam dotyk czyjejś ręki w pasie; jakiś stary facet przyciągnął mnie do siebie. Oparłam dłonie płasko na jego piersi. Miał na sobie zapinaną na guziki koszulę, choć pokryty potem kołnierzyk zostawił rozchylony. Czoło mu lśniło, łysiał. Zaśmiał się, przyciągając mnie bliżej.
– Dokąd idziesz, ślicznotko? – zagadał.
Zmrużyłam oczy, by uważniej mu się przyjrzeć. Na krześle wisiała marynarka – kaszmirowa, starannie uszyta, wykończona guzikami z autentycznego zwierzęcego rogu. Ten mężczyzna pochodził z Hiramu, dystryktu finansowego. Znałam to miejsce jak własną kieszeń, bo to tam się urodziłam i wychowałam.
I to tam mój ojciec, Lucius, rządził jako głowa rodu Leviathan.
Mężczyzna obrzucił mnie spojrzeniem z góry do dołu, aż w końcu utkwił wzrok w piersiach. Może i nie były zbyt duże, ale ładnie zaokrąglały się w dekolcie sukienki na ramiączkach.
– Takich jak ty już dzisiaj nie robią – stwierdził.
Uniosłam brew.
– Powtórz to – rozkazałam. – W twarz.
Facet podniósł spojrzenie. Od chwili, gdy mnie przyciągnął, czułam jego żądzę, gwałtowną i mroczną, ale teraz dodatkowo ją widziałam. Źrenice miał rozszerzone, tak że tęczówki znikły, twarz mu poczerwieniała, a twardy kutas napierał na materiał ciemnych spodni.
– Opór – mruknął, uśmiechając się drwiąco. – Podoba mi się, ale tak nigdy nie znajdziesz męża.
Nie odrywałam rąk od jego klatki piersiowej – żeby zachować między nami nie tylko dystans, choć próbował mnie do siebie przycisnąć, lecz także kontrolę nad jego pożądaniem.
– Pozwól, że cię okiełznam, cukiereczku – rzucił. – Okażę ci dobroć.
Przeszedł mnie gwałtowny dreszcz i podejrzewałam, że niewielu kobietom udało się wyrwać ze szponów tego mężczyzny żywcem.
Jedną dłoń opuściłam na jego udo, drugą pozostawiłam pośrodku piersi. Facet odsłonił zęby w triumfalnym uśmiechu, ale ja tylko sięgałam do jego energii, by odnaleźć te części podsycające pożądanie. Wyczuwałam ich oszałamiającą, mdlącą siłę. Wciągnęłam ją w przestrzeń między nami, a gdy moc znalazła się poza jego ciałem, straciła cel – stała się już tylko paliwem. Mogłam nim zdusić jego popęd seksualny.
– Puść – rozkazałam, nasycając rozkaz magią.
Zwiesił rękę, a w tym samym czasie jego kutas zmiękł jak przebity igłą. Zrzedła mu ta obleśna mina, a źrenice się skurczyły tak, że mogłam zobaczyć kolor oczu – nijaki, szarawy. Teraz, gdy facet zbladł, wyglądał na dużo starszego, niemal kruchego.
To zdawało się sprawiedliwą karą.
Bez słowa wmieszałam się w tłum, pragnąc znaleźć się daleko, zanim efekty mojej magii ustąpią. To, jak długo się utrzymywały, różniło się wśród mężczyzn w zależności od ich stanu emocjonalnego, witalności i wieku – tylko tyle udało mi się zaobserwować. W każdym razie niektórzy dochodzili do siebie szybciej, inni wolniej. Podejrzewałam, że ten gość mógł mieć problemy z odzyskaniem równowagi, co wypełniło mnie błogą radością.
Uśmiechnęłam się pomimo dreszczy wywołanych wspomnieniem jego dłoni na moim ciele, lepkich i szorstkich. Pewnie myślał, że mu się należałam. Sama się o to prosiła, powiedziałby pewnie, a dowód stanowiłaby moja odsłonięta skóra. Ciekawe, czy Zahariev albo Cassius, jego brat, zorientowali się, że doszło do tej wymiany. Jeśli tak, to działanie mojej magii nie wydawało się najgorszym, co mogło spotkać faceta tej nocy.
Nawet jeśli gardziłam mężczyznami jego pokroju, powinnam zachować większą ostrożność. Zawsze pojawiał się taki, którego surowe i niekontrolowane pożądanie przebijało się przez moją tarczę. Jeszcze nie odkryłam, jak naprawić tę skazę. Zakładałam, że nie pozostawałam na to wystarczająco silna, co oznaczało, że miałam przerąbane.
Przegoniłam te myśli i skupiłam się na klienteli.
Choć nie brakowało tu kobiet, to większość stanowili mężczyźni. Dzięki ubiorowi potrafiłam ocenić, skąd przybywali. Ludzie z Hiramu, pracownicy biurowi, nosili wełniane garnitury, a ci z Miasta Świątyń – poliester. Pochodzący z Akkadii ubierali się bardziej zwyczajnie: w bawełnę, len lub mieszankę włókien, podczas gdy mieszkańcy Galantu jako robotnicy woleli trwalsze, ciemniejsze tkaniny. Wizualnie nietrudno przychodziło określić, do którego szczebla hierarchii należeliśmy, lecz tutaj, w Mieście Grzechu, wszyscy stawaliśmy się sobie równi, jeśli chodziło o tę konkretną sprawę –pożądanie.
W tej chwili pożądałam czegoś o wielkiej wartości, co mogłabym sprzedać na Ulicy Przemytników i dzięki czemu zapłaciłabym czynsz… i istniała możliwość, że coś takiego wpadło mi w oko.
Sztylet. Zauważyłam go dzięki zatopionym w rękojeści i pochwie klejnotom, migoczącym i odbijającym rozproszone światło przy najmniejszym ruchu właściciela. Noszenie ostrzy to nic niezwykłego dla ludzi pracujących w świątyniach lub strzegących bram, ale te zazwyczaj pozostawały gładkie. Ten za to, przytwierdzony do paska Hirańczyka w średnim wieku, wyglądał na drogi.
Wybrawszy cel, obserwowałam go z pewnej odległości.
Był przystojnym mężczyzną o krótkich, siwych włosach i idealnie przystrzyżonym zaroście. Wyglądał na wysportowanego i odprężonego; opierał się łokciem o bar, a drugim o krzesło, w palcach trzymał szklankę z bursztynowym płynem. Nie nosił obrączki, co oznaczało, że albo nie był żonaty, albo po prostu ją zdjął.
Problem stanowiło to, że nie przyszedł tu sam. Obok niego siedzieli dwaj faceci, zapewne koledzy z pracy. Nie słyszałam, o czym rozmawiali, ale chyba o czymś zabawnym, ponieważ co jakiś czas wybuchali śmiechem niosącym się nad gwarem tłumu.
Rozważałam, czy znajomi celu mogli przeszkodzić mi w zadaniu. Mogłam spróbować oczarować ich wszystkich, ale to wymagałoby zużycia dużej ilości magii, a wiele magii oznaczało ogrom energii, co powiadomiłoby ochronę o mojej obecności, a nie chciałam zostać wyprowadzona stąd przed przechwyceniem ostrza.
Jakby wyczuwając moje spojrzenie, mężczyzna skupił na mnie wzrok, a następnie przejechał nim po ciele. Wzięłam to za zaproszenie i podeszłam do baru, po czym wślizgnęłam się pomiędzy niego a kolegów. Nie obdarzyłam go od razu uwagą, tylko wpierw zawołałam barmana. Minusem pojawiania się w miejscach, gdzie mnie znano, pozostawała łatwa rozpoznawalność.
Eli, barman, uniósł grubą brew w geście dezaprobaty, zerkając na nieznajomego u mojego boku.
– Cześć, Lils – przywitał się. – Co dla ciebie?
– To co zwykle – rzuciłam.
„To co zwykle” oznaczało truskawkowe daiquiri. Nie wiedziałam nawet, dlaczego je zamawiałam – chyba po prostu lubiłam słodycz drinka, a Eli za każdym razem zaczepiał o brzeg kieliszka całą truskawkę.
– Robi się.
– Dziękuję – zaszczebiotałam.
Próbując się nie uśmiechnąć, spuścił głowę i skupił na robocie.
Dopiero po chwili obdarzyłam spojrzeniem kolegów celu.
– Proszę, piękna. – Ten najbliższy wskazał krzesło, z którego wstał. – Usiądź.
Nie protestowałam, tylko zajęłam miejsce.
– Jesteś kochany – rzekłam. – Dziękuję.
Siedzenia przy barze się zapełniły, więc mężczyzna został zmuszony stać. Jego kolega mrugnął do mnie, po czym zsunął się ze stołka i wspólnie wmieszali się w tłum, pozostawiając mnie sam na sam z ich przyjacielem.
Odwróciłam się do niego. Jego oczy wyglądały identycznie jak te poprzedniego faceta: źrenice miał tak rozszerzone, że pochłonęły tęczówki. Nie potrzebowałam jednak fizycznych wskazówek do rozpoznania, jak bardzo się podniecił – wystarczyło otaczające nas naelektryzowane powietrze.
Uśmiechnął się, ukazując rząd prostych, perłowobiałych licówek.
– Cześć – przywitał się. Brzmiał jak ktoś, kto musiał się postarać, by jego głos stał się głębszy.
– Cześć – odparłam najbardziej zmysłowo, jak umiałam z siebie wykrzesać, i jednocześnie wspięłam się na palce, by wsunąć na stołek barowy.
Znów powiódł wzrokiem w dół po konturach mojego ciała, co jeszcze podkręciło jego pożądanie.
Miałam go w garści.
Eli przesunął ku mnie drinka, a dźwięk szkła trącego o granit wywołał nieprzyjemny dreszcz wzdłuż mojego kręgosłupa.
– Dodaj to do mojego rachunku – polecił mężczyzna.
– Och, ależ nie musisz…
– Nalegam.
Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam dłoń.
– Lilith.
– Ephraim – przedstawił się.
– Miło mi cię poznać, Ephraimie. – Nie odrywałam od niego wzroku i pociągnęłam łyk drinka przez słomkę.
– Co cię tu dziś sprowadza? – zaciekawił się.
– Ach, chciałam się nieco zabawić – oznajmiłam. – A ciebie?
– Potrafię być zabawny – zripostował.
Pożądanie gościa stale rosło, a każda jego fala była silniejsza od poprzedniej. Czułam wyraźne pulsowanie; zakotwiczyłam magię w jego energii. Kręciło mi się od niej w głowie, ale nie robiło mi się niedobrze – nie tak, jak przy tamtym facecie.
Odkąd w wieku osiemnastu lat moje moce się rozwinęły, całe to doświadczenie przyprawiało mnie o gwałtowne mdłości. Czasami nadal tak się zdarzało, jeśli mężczyźni mieli ochotę na przemoc.
Magia stała się upadkiem mojego posłuszeństwa. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że to, co Kościół wmawiał nam na temat kobiet, stanowiło kłamstwo. Nie ponosiłyśmy odpowiedzialności za żądzę mężczyzn. My istniałyśmy, a oni pożądali.
Czasami to pragnienie okazywało się obustronne, czasem nie, ale często to faceci nie potrafili myśleć głową zamiast kutasem i zrozumieć znaczenia słowa „nie”, a ponieważ nasz świat cenił ich bardziej niż nas, to my na tym cierpiałyśmy.
– Przepiękny naszyjnik – zauważył Ephraim.
– Dziękuję – odparłam, łapiąc wisiorek w palce.
Przedstawiał złoty krzyż, a jego ostre zakończenie sprawiało, że przypominał sztylet. Ojciec podarował mi go na szesnaste urodziny. Nazywał go amuletem i twierdził, że wykuto go ze złota znalezionego na Pustyni Nara-Sin i nasycono ochronnymi właściwościami.
Czy coś z tego było prawdą? Trudno powiedzieć, ale się tym nie przejmowałam. Liczyło się, że to prezent od ojca. Od tamtej pory go nie zdejmowałam.
Mężczyźni zawsze go komentowali, choć raczej nie dlatego, że doceniali piękno biżuterii, lecz używali go jako wymówki, by zajrzeć mi w dekolt.
– Pochodzisz z Hiramu – stwierdziłam, nadal trzymając wisiorek. Dzięki temu umiałam się skupić. – Czym się tam zajmujesz?
– Inwestycjami – poinformował.
Przechyliłam głowę, delikatnie marszcząc brwi.
– A co to właściwie oznacza? – spytałam, udając niewiedzę.
Nie osiągnęłabym wiele w kontaktach z mężczyznami z Hiramu, gdybym nie sprawiała, że czuli się ważni.
– Zarabiam pieniądze dla innych ludzi.
– Wiele pieniędzy? – dociekałam.
Parsknął śmiechem.
– Więcej niż jesteś w stanie sobie wyobrazić.
Zignorowałam zniewagę. Nie mogłam niczego udowodnić temu mężczyźnie, który założył, że wszystko o mnie wie, ale prawda wyglądała tak, że niewiele wiedział na temat bogactwa.
– Musisz być NAPRAWDĘ dobry w tym, co robisz – zagadnęłam, zbliżając się nieco i pozwalając swojemu spojrzeniu powędrować w stronę jego paska. Sapnęłam cicho. – Cóż za piękny sztylet.
Ephraim również opuścił wzrok, jakby zupełnie zapomniał o broni.
– Ach, tak. – Odchrząknął. – Piękny.
– Mogę go dotknąć? – spytałam, podnosząc wzrok na nieznajomego i starając się nie skrzywić, zniesmaczona własnym zachowaniem.
Nie cierpiałam tego, co robiłam dla pieniędzy, równie mocno jak Coco, ale dzięki temu miałyśmy dach nad głową i co włożyć do garnka.
– Skarbie – przeciągnął – możesz dotykać wszystkiego, co do mnie należy.
Powoli rozciągnęłam usta w uśmiechu, choć jedyne, czego chciałam, to przewrócić oczami. Nie mogłam natomiast przepuścić okazji przyjrzenia się sztyletowi z bliska.
Mężczyzna wyjął broń zza paska, by mi ją podać. Ostrze okazało się cięższe, niż się spodziewałam, a gdy wyjęłam je ze złotej pochwy, poczułam na języku nietypowy, metaliczny posmak.
Dziwne, pomyślałam, ale zrzuciłam to na alkohol.
– Przepiękny – oświadczyłam, spoglądając towarzyszowi głęboko w oczy. – Skąd go masz?
– Dokonałem wymiany – wyznał.
Przymknęłam nieco oczy i z uśmiechem na ustach nasyciłam głos zmysłowym urokiem, zarezerwowanym tylko na chwile, gdy chciałam wyciągnąć informacje.
– Okłamujesz mnie, Ephraimie?
– Tak – wyznał, mrugając, wyraźnie przestraszony ujawnieniem prawdy.
– Powiedz mi, Ephraimie – ciągnęłam – skąd wziąłeś ten nóż?
Potrzebowałam tych informacji z różnych powodów, w tym dla zachowania przewagi.
– Ukradłem go mężczyźnie z ulicy – wyjawił jak robot, bo nie potrafił powstrzymać działania magii nakazującej mu przeczesywać splątane myśli i ujawniać gorzkie prawdy.
– Oj, Ephraimie – zrugałam go z udawanym zawodem w głosie. – Kim był ten mężczyzna?
– Nie znam go – wyznał, ściągnąwszy brwi. Miał nieobecne spojrzenie, jakby odtwarzał wspomnienia z wieczoru, kiedy zdobył sztylet. – Chyba pracował dla Kościoła. Nie był biskupem ani księdzem. Miał zbyt zwyczajne szaty.
– I gdzie jest teraz ten mężczyzna, Ephraimie?
– Nie żyje – zdradził szeptem. – Zabiłem go.
Poczułam wzdłuż kręgosłupa dreszcz strachu. Nie spodziewałam się przyznania do morderstwa. Nie przerywałam jednak przepytywania – dopóki poziom podniecenia się utrzymywał, pozostawałam bezpieczna.
– Opowiedz mi więcej, Ephraimie.
– Ten sztylet do niego nie należał. Tylko na niego spójrz. Jest zbyt cudowny, by posiadał go członek Kościoła – zauważył. – Dlatego za nim poszedłem. Nie zamierzałem go zabijać, ale się stawiał. Broniłem się.
– Zabójstwo członka Kościoła stanowi zbrodnię karaną śmiercią, Ephraimie.
– Proszę, nie wydaj mnie – wykrztusił z otwartymi ze strachu oczami.
Przycisnęłam ostre zakończenie pochwy do opuszki palca, jakbym się nad tym zastanawiała.
– A co mi dasz, bym dochowała twojej tajemnicy? – spytałam.
– Wszystko – stwierdził.
– Ten sztylet?
– Cokolwiek zechcesz – przyrzekł.
Tak bardzo został związany moim czarem, że z kącika ust pociekła mu ślina.
Nachyliłam się i ucałowałam go w policzek.
– Dziękuję, Ephraimie.
Zostawiwszy za sobą bar i drinka, wsunęłam sztylet między piersi i wmieszałam się w tłum. Zostało mi niewiele czasu zanim działanie magii ustąpi – wtedy cel miał się ocknąć z transu. Nie wiedziałam, czy miałby świadomość swojego wyznania, ale z pewnością by mnie pamiętał i oskarżyłby o kradzież.
Nie uciekałam dlatego, że chciałam uniknąć wpadnięcia w kłopoty. Chodziło o to, że musiałabym oddać sztylet – Zahariev z pewnością by tego zażądał.
Nie odrywałam wzroku od neonowego znaku wyjścia, z każdym krokiem czując coraz większą ulgę, ale gdy wyrwałam się z tłumu, drogę zagrodził mi mężczyzna w garniturze. Zobaczywszy go, zawróciłam na pięcie, żeby zniknąć między ludźmi, ale obstawili mnie dwaj kolejni faceci w czarnych koszulach i bojówkach.
Szlag.
– Tędy – polecił ten w garniturze.
Odwróciłam się do niego; wskazywał, bym ruszyła przed nim.
Nie oponowałam, tylko podążyłam ciemnym korytarzem w stronę windy.
W środku dwaj mężczyźni w ciemnych koszulach stanęli po moich bokach. Zlustrowałam obydwu. Przypominali tych zatrudnianych przez ojca: aspirujących gangsterów zgrywających twardzieli, krzyżując na piersiach grube, muskularne ramiona.
Nazywałam ich aspirantami, choć oni woleli, by zwracać się do nich partnerzy – to brzmiało jednak zbyt oficjalnie. Ci faceci desperacko pragnęli stałej pozycji w szeregach pięciu rodów i zrobiliby dla niej wszystko, nawet jeśli oznaczałoby to ich zgubę.
Nie zazdrościłam im pracy. Spośród pięciu bossów, prócz mojego ojca to właśnie Zaharieva obawiano się najbardziej. Stanowiło to niezły wyczyn, wziąwszy pod uwagę, że nie miał żony – a to oznaczało brak bezpośredniego dostępu do magii. Rządził poprzez strach, bo jego walutą pozostawała informacja. Zebrał wystarczająco brudów, by zniszczyć każdego człowieka, nawet mojego ojca.
Czasami się zastanawiałam, jakim cudem nadal żył.
Winda zatrzymała się gwałtownie, aż podskoczyło mi w żołądku. Drzwi się otworzyły; mężczyzna w garniturze wyszedł, następnie ja, a za mną podążyli aspiranci. Zagonili mnie do pokoju na końcu korytarza, gdzie znajdował się jedynie metalowy stół. Odwróciłam się, gdy trzasnęły drzwi, i odkryłam, że zostałam sama z kolesiem w garniaku.
– Musisz być nowy – rzuciłam.
Nigdy wcześniej go nie widziałam – zresztą tamtych dwóch też nie. Co się stało z ich poprzednikami? Zwykle istniały dwie opcje: albo awansowali, albo nie żyli.
– Dlaczego tak sądzisz? – zapytał.
– Facet, który pracował przed tobą, zawsze mnie wypuszczał – poinformowałam.
– Może właśnie dlatego już tu nie pracuje.
– Nie sądzę.
Przechylił głowę, przyglądając mi się uważnie.
– Czy to znaczy, że nie zamierzasz współpracować?
– Zdefiniuj współpracę – poprosiłam.
– Czy oddasz mi to, co ukradłaś? Czy muszę cię przeszukać?
– Jeśli oskarżasz mnie o kradzież, to owszem, musisz mnie przeszukać – oświadczyłam.
– Widzieliśmy, jak pozyskałaś nóż od jednego z gości – poinformował, jakby próbował mnie przekonać do kooperacji, ale nie byłam w nastroju.
Wzruszyłam ramionami.
– Powiedział, że mogę go sobie wziąć.
– Odczytaliśmy sygnatury. Użyłaś magii.
Tak podejrzewałam. W końcu czekali na mnie przy drzwiach. Nie zdziwiłam się. Niemal każda firma w Edenie używała technologii do namierzania sygnatur cieplnych mocy. To, czego dopuściłam się dziś w nocy, było nielegalne. Nie wolno mi używać magii bez męskiego nadzoru, a ponieważ pozostawałam niezamężna, to ojciec decydował, kiedy i jak korzystałam z mocy, aczkolwiek nawet jeszcze kiedy mieszkałam w domu, ignorował moją magię.
Niezbyt go za to winiłam. Mogłam sobie wyobrazić, jak niezręcznie się czuł z faktem, że w wieku osiemnastu lat jego córka rozwinęła magię seksu.
– Odmawiasz wykonania polecenia? – spytał mężczyzna.
– Rzadko zmieniam zdanie – odparłam.
– Dobra – mruknął i zrobił krok w moją stronę, wyciągając nóż. – Rozbierz się albo ci w tym pomogę.
Uniosłam brwi. Rozbawiło mnie to. Oto właśnie problem aspirantów – lubili się popisywać, udowadniać swoją rację głupimi metodami. To pewnie ostatnia noc jego pracy dla Zaharieva.
Zerknęłam na ostrze, a potem na niego.
– Obawiam się, że musisz mi pomóc.
Nawet z nim nie flirtowałam. Chciałam jedynie, żeby się zbliżył.
Gdy tylko mnie dotknął, uderzyłam: jedną ręką w łokieć, a drugą w twarz. Zatoczył się i upuścił nóż, unosząc dłonie do krwawiącego nosa.
Wtedy kopnęłam go w jaja, a on upadł na podłogę.
Istniały plusy bycia córką jednego z pięciu rodów. Ojciec chciał, bym potrafiła się bronić. Choć sam stanowił część tego zindoktrynowanego świata, uzmysławiał sobie, że religia rodziła wrogość, szczególnie wobec kobiet.
Zwinęłam ostrze z podłogi i usiadłam okrakiem na mężczyźnie. Złapawszy go za włosy, przytknęłam mu metal do gardła.
Zaskomlał.
– Powiedziałam, żebyś mnie wypuścił – parsknęłam.
Otwarły się drzwi.
Spodziewałam się ochroniarzy, ale głębokie westchnienie zdradziło, że to ktoś inny dołączył do spotkania.
Podniosłam wzrok na mężczyznę. Był tym typem przystojniaka, który doprowadzał mnie do szału – pewnie dlatego, że znałam go zbyt dobrze i nie chciałam uważać za atrakcyjnego, co jednak okazywało się niemożliwe. Jak dla mnie miał idealną twarz: piękną linię żuchwy, miękkie usta, niebieskie oczy i grube, ciemne, wysoko wygolone po bokach włosy. Przeczesywał je za każdym razem, gdy coś go frustrowało, co oznaczało, że w moim towarzystwie robił to cały czas.
Ubrał się jak biznesman: w skrojony na miarę czarny garnitur. Przejechałam wzrokiem z twarzy na szyję, gdzie widniały wytatuowane, ubywające księżyce. Łączyły się z kłębiącymi na piersi chmurami i przezierającymi przez nie promieniami światła. Co prawda spod rozpiętego kołnierzyka czerwonej koszuli wystawało niewiele, ale miałam już okazję ujrzeć całość i wiedziałam, że na mostku i brzuchu znajdowały się walczące anioły. Tatuaż przedstawiał Armagedon – koniec świata.
– Lilith – odezwał się głębokim barytonem.
Sprawiał wrażenie znudzonego i nieco podirytowanego, jakbym była kłopotem.
A to nie wydawało się nie fair. Byłam kłopotem.
– Zahariev – rzuciłam, prostując się i upuszczając nóż. – Co tak długo?
Pochłonął mnie spojrzeniem. Niemal pod nim zadrżałam, ale zacisnęłam zęby, żeby do tego nie dopuścić. Zastanawiałam się, czy znał siłę swojego wzroku. Pewnie tak. Czułam się nim przygwożdżona i nienawidziłam faktu, że obchodzi mnie, czy go zawiodłam.
Mężczyzna leżący u moich stóp jęknął, więc Zahariev przeniósł uwagę na niego. Zalała mnie ulga, ale nie pozwoliłam ramionom opaść.
– Isiah – mruknął, a facet z trudem podniósł się na nogi, trzymając się za nos. Krew wypływała mu spomiędzy palców. – Powiedz mi, dlaczego zamknąłeś się w pokoju z córką Domu Leviathan?
Ochroniarz spojrzał na mnie szeroko otwartymi przepełnionymi przerażeniem oczami. Niemal się do niego wyszczerzyłam.
– Ukradła coś! – wycedził.
– Udowodnij to – syknęłam.
– Właśnie próbowałem!
– Poprzez zdjęcie moich ubrań? – spytałam.
Zahariev rzadko okazywał emocje, ale na te słowa zmrużył nieco oczy.
– Dałem ci WYBÓR!
– Groziłeś mi – zauważyłam.
– Wystarczy! – Rozkaz Zaharieva przypominał policzek.
Obydwoje zamilkliśmy i skupiliśmy na nim.
– Do mojego gabinetu, Isiah – zakomenderował.
– Sir…
Zahariev tylko na niego popatrzył, a mężczyzna natychmiast zamilkł, zacisnąwszy usta. Kiwnął głową i wyszedł.
– Dlaczego sądzisz, że cię posłucha? – dociekałam. – Ja na jego miejscu bym uciekła.
– Bo niektórzy, pomimo własnej głupoty, mają poczucie lojalności – zauważył.
– Czy to miało zranić moje uczucia?
– A masz uczucia?
– Pieprz się.
Uśmiechnął się i zbliżył – jego wypolerowane buty stukały o podłogę. Energia tego faceta przypominała błyskawicę – przeszyła mnie od stóp do głów, prostując kręgosłup i sprawiając, że zamrowiła mnie skóra. Nie to zwykle wyczuwałam od mężczyzn – w nim nie dostrzegłam ani kropli pożądania, tylko czystą moc.
Nie lubiłam się do tego przed sobą przyznawać, ale nieco mnie to onieśmielało.
Zatrzymał się kilka cali ode mnie, patrząc mi prosto w oczy. Pięknie pachniał: wanilią i drzewem sandałowym.
– Oddaj – rozkazał.
– Weź sobie – odparłam wyzywająco.
Wbijał we mnie wzrok. Wiedziałam, że by się do tego nie posunął. Podpuszczałam go od wielu lat i nigdy się nie ugiął, ani razu mnie nie dotknął.
To drażniło, dlatego tak bardzo naciskałam.
Przewróciłam oczami i westchnęłam.
– Nienawidzę cię.
Wyjęłam mały sztylet ze stanika sukienki, zawiedziona, że Zahariev nawet nie zerknął na piersi.
Ten cholerny facet, pomyślałam.
Chociaż raz chciałabym poczuć, że miałam nad nim jakąś władzę.
Wyciągnęłam nóż pomiędzy nas, a on go odebrał, unosząc brwi.
– Zwykle nie uwodzisz mężczyzn dla ślicznych, lecz bezużytecznych rzeczy – wytknął.
Zdziwiło mnie, że nazwał sztylet bezużytecznym. Był ciężki od klejnotów wyraźnie mających jakąś wartość. Wtedy jednak sobie uświadomiłam, że prawdopodobnie inaczej postrzegaliśmy to, co miało potencjał pieniężny. Obudziła się we mnie nadzieja, że może pozwoliłby mi go zatrzymać.
– Powinieneś już się zorientować, że lubię ten dreszczyk – szepnęłam.
Choć w mojej pracy dało się znaleźć coś praktycznego – o ile można to tak nazwać – musiałam przyznać, że pociągały mnie wyzwania.
– Są inne sposoby, żeby się zabawić, Lilith.
– Jakieś sugestie? – spytam, rozluźniając ramiona. – Robię się niespokojna.
– Może powinienem dać ci listę – rzekł. – W końcu i tak mnie nie słuchasz. Może dzięki niej trzymałabyś się z dala od kłopotów.
– Przecież nie mam kłopotów – wytknęłam, zerkając na niego spod rzęs. – Prawda, Zaharievie?
Chciałam, żeby zrobił coś innego tymi ustami, niż tylko je do mnie wykrzywiał, ale on nie ruszył się ani o cal.
– Wystarczy jeden raz, Lilith. Zły cel, nieodpowiednie terytorium.
Przewróciłam oczami. Jego słowa rozbudziły moją złość, więc przepchnęłam się koło niego.
– Boże, mógłbyś dać sobie spokój? Nie jestem dzieckiem.
– To nie ma nic wspólnego z twoim wiekiem. Chodzi o twoją magię.
– Na wszystkie cholerne świętości! – Zwróciłam się twarzą do niego. – Rozmawiałeś z moją matką? Czyżby podzieliła się z tobą, jaka to czuje się zawiedziona moją mocą i że ma nadzieję, że w przyszłym roku uda jej się wydać mnie za mąż, żeby móc trzymać ją pod kontrolą?
Milczał, chowając ręce w kieszeniach. Moja wściekłość, tak jak i ciało, nie miała na niego żadnego wpływu.
– Nie obchodzi mnie, w jaki sposób używasz magii, ale ludzie gadają. Rada też.
Na radę składały się głowy każdego z rodów: oczywiście Zahariev, mój ojciec, Lucius; Victor Viridian nadzorujący Miasto Świątyń, Serafin Sanctius z Galantu i Absalom Ahahel z Akkadii. Ich celem było zachowanie pokoju między rodami i rozwiązywanie sporów przed ich eskalacją. Egzekwowali również prawa obywatelskie odnoszące się zwykle do kobiet – jak wskazywała Księga Chwały.
Wiedziałam, co rada mówiła na mój temat. Matka o to zadbała. Byłam głupiutka i w gorącej wodzie kąpana – przynosiłam wstyd. Często mi to powtarzano, więc postanowiłam się z tym pogodzić, mimo że wiedziałam, iż pewnego dnia moja decyzja przyniesie konsekwencje.
– Od kiedy obchodzi cię to, co ma do powiedzenia rada?
Słyszałam, że się zbliżył, ale nie chciałam na niego spojrzeć. Zdziwiłam się więc, gdy dotknął palcami mojego podbródka.
Z ociąganiem podniosłam na niego wzrok.
Nie potrafiłam tego wyjaśnić: jego oczy miały głębię, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam, a jednocześnie wydawały się zupełnie puste.
– Obchodzi mnie to, bo mylą się co do ciebie – oświadczył.
– Niby w jaki sposób?
Zapytałam o to tylko dlatego, że chciałam poznać jego zdanie; nie dbałam o zdanie rady.
Świdrował mnie hipnotyzującymi błękitnymi oczami. Niepokoiło mnie, jak łatwo potrafił czytać z mojej twarzy. Ciekawiło, co widział, albo, co gorsza, czego nie udało mi się ukryć.
– Ich osądem jest strach, Lilith – oświadczył. – A strach daje władzę.
Przełknęłam ślinę, a wzrok zsunęłam na jego usta. Zahariev uznał to za znak, by przestać mnie dotykać, bo opuścił dłoń.
– Idź do domu, Lilith. Albo cię do tego zmuszę.
Zmuś mnie więc, chciałam powiedzieć, bo pewna cząstka mojej duszy pragnęła zobaczyć, co by zrobił. Z drugiej strony widziałam to doskonale: wsadziłby mnie do jednego ze swoich SUV- ów i kazał Felixowi, swojemu kierowcy, zawieźć do domu i odprowadzić prosto pod drzwi.
Postanowiłam więc go nie prowokować.
– Mężczyzna, który miał tamten nóż, wyznał, że zabił dla niego księdza – poinformowałam.
Zahariev zatrzymał się przy drzwiach. Nie spojrzał w moją stronę, ale odwrócił lekko głowę, nasłuchując.
– Prawdopodobnie powinieneś go zatrzymać.
Skinął i wyszedł.
Zaczekałam kilka minut, po czym rozluźniłam trzymane za plecami ręce. W jednej dzierżyłam sztylet wysunięty z kieszeni Zaharieva. Powinnam czuć triumf, ale nie byłam głupia.
On pozwolił mi go wyjąć.
ZAHARIEV
– Traktuje twoje terytorium, jakby należało do niej – zauważył Cassius, kiedy wyszedłem z sali przetrzymań.
– W ten sposób Lilith traktuje świat – odparłem.
