KARACZUN - Anna Kusiak - ebook + książka
NOWOŚĆ

KARACZUN ebook

Anna Kusiak

0,0

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Grudzień, tuż przed świętami. W niewielkiej wsi na Pogórzu po mroźnej, ciemnej nocy miejscowi odkrywają przy drodze zwłoki nastoletniej dziewczynki. Obrażenia wskazują, że zmarła w wypadku samochodowym, jednak nikt nic nie widział, ani nie słyszał. Dlaczego?
Czy to ta słynna zmowa milczenia? I dlaczego druga dziewczynka znika?
Czy ma to związek z tym, co dzieje się w lesie? Czy pozostawione truchła zwierząt są sprawką myśliwych? I czy mają jakiś związek z kreślonymi na śniegu znakami? Pożary, które ogarniają pustostany, nie mogą być przypadkowe, tak samo jak zakonnica, która popełnia samobójstwo, skacząc z kościelnej wieży. Pojawiające się wcześniej akty wandalizmu utwierdzają mieszkańców w przekonaniu, że w ich wsi dzieje się coś bardzo, bardzo złego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 289

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



RedakcjaBarbara Kaszubowska

KorektaRobert Ratajczak

Projekt okładki, skład i łamanieNatalia Jargieło

Przygotowanie e-bookaArtur Kaczor, KompART

© Copyright by Anna Kusiak © Copyright by Wydawnictwo Vectra

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawcy.

 

Wydanie I

ISBN 978-83-68293-74-6

 

WydawcaWydawnictwo VectraCzerwionka-Leszczyny 2026www.arw-vectra.pl

WEDŁUG DAWNYCH WIERZEŃ WSCHODNICH SŁOWIAN KARACZUN TO NAJCIEMNIEJSZA NOC W ROKU, KIEDY DZIEŃ JEST NAJKRÓTSZY, A SŁOŃCE NAJSŁABSZE. UTOŻSAMIANY BYWAŁ RÓWNIEŻ Z NAGŁĄ ŚMIERCIĄ

CZĘŚĆ PIERWSZA

LAS MA SWOJE TAJEMNICE

Ślady na śniegu były świeże, jakby dopiero co krew wypłynęła z rany. W pierwszej chwili Anna pomyślała, że to z pewnością bezdomne psy, zmorzone głodem, połakomiły się na leśne zwierzę. Wałęsające się bezpańskie czworonogi wraz z pierwszymi przymrozkami zbiły się w wielką watahę i zaczęły terroryzować wieś w poszukiwaniu pożywienia. Stały się też postrachem spacerowiczów, a nieco wcześniej i grzybiarzy, którzy najczęściej zapuszczali się w okolice lasu, gdzie mieszkała Anna.

Grzyby jednak dawno zamarzły – tak jak cała ziemia i las. Teraz były tylko śnieg i krew.

Czerwonych plam widziała coraz więcej, przechodziły w smugę prowadzącą w stronę leśnego wąwozu, który tutaj miał swój początek. Wiedziona niezdrową ciekawością, Anna ruszyła więc jej śladem, jakby znalezienie odpowiedzi mogło w jakikolwiek sposób dać jej ukojenie.

Leżał ledwie kilka metrów dalej, w płytkiej fosie. Tuż obok niemrawo szemrał potok, tylko miejscami, gdzie nurt był spokojniejszy, pokrywała go cienka warstwa lodu. Z plątaniny futra, mięsa i wnętrzności wystawały zakrwawione kopyta, jedyna część ciała, po której można było rozpoznać, że martwe zwierzę było kiedyś dzikiem.

– Wilki – szepnęła do siebie.

Przykucnęła, nie spuszczając wzroku z bielejących kości. Złamany kikut był prosty, aż nadto prosty; wyglądał jak przecięty ostrym nożem, a nie rozszarpany zębami.

Przez las przetoczył się głuchy odgłos strzału, zwielokrotniony echem. Wiedziała już, że te wilki miały strzelby i noże, kamerki na podczerwień i piersiówki. Własne biznesy i mięso w sklepie. Mimo to i tak musieli strzelać, strzelanie było najdoskonalszą formą panowania nad zwierzyną. W ten sposób mówili: „Tak, to nasz las. My tu rządzimy”.

Ona jednak rozumiała, że to tylko ich czcze marzenie. W rzeczywistości nie panowali nad niczym, nawet nad własnym życiem.

Drobne białe płatki zaczęły osiadać na burej szczecinie. Ciało stygło. Z każdą minutą śniegu będzie coraz więcej, a pod wieczór być może całkiem je zasypie. Dzieci się cieszyły, że w tym roku szykowały się białe święta. Słyszała ich radosne piski w sklepie.

– Patrz! Znowu sypie! Pójdziemy na sanki? Pójdziemy?

Ciągnęły za rękaw młodą kobietę, pewnie matkę. Śnieg, kolorowe lampki, choinki, mikołaje, cukierki.

I góra mięsa. Szynki, boczki, pieczenie – pomyślała odruchowo, patrząc na zakrwawione resztki, wyrzucone jak śmieć. Jak święta, to mięso, jak mięso, to polowanie. Ktoś musiał umrzeć, by świętować mógł ktoś.

Nie była pewna, jak długo kucała przy truchle. Gdy wstała, nogi miała zdrętwiałe. Echa kolejnych wystrzałów, które przetoczyły się w tym czasie w głębi lasu, wskazywały, że stoły w tym roku nie będą puste.

*

Terkot dzwonka poniósł się po szkole, odbijał się od pustych korytarzy i wypełnionych sal lekcyjnych. Przenikliwy odgłos, choć wyjątkowo nieprzyjemny w swoim brzmieniu, wywołał ulgę na wszystkich obliczach. Koniec na dziś. Można się rozejść.

– Jako pracę domową przygotujecie rozdział o planie Marshalla. Będę pytać na ocenę, nie myślcie sobie. Dziękuję i do zobaczenia jutro na godzinie wychowawczej. – Nauczyciel ostentacyjnie zamknął dziennik i zaczął porządkować notatki.

Nastolatkom nie trzeba było wyraźniejszego sygnału: zeszyty i książki zaczęły wędrować do plecaków, w klasie rozległy się rozmowy, przerywane śmiechem i wzajemnymi poszturchiwaniami, a pierwsi niecierpliwi znaleźli się już za drzwiami klasy.

Historyk jeszcze raz wyrównał plik kartek.

– Bocheńska i Nowak, możecie chwilę zostać? – zwrócił się do dwóch nastolatek, które właśnie przechodziły obok jego biurka.

Dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i posłusznie zatrzymały się przy blacie. Koleżanki i koledzy, mijając je, obrzucali współczującymi spojrzeniami, ale i krzywymi uśmieszkami.

– Dobrze – zaczął nauczyciel, gdy sala w końcu opustoszała. – Zapytam prosto z mostu: co to znowu miało znaczyć?

Dziewczyny milczały, słusznie uznając pytanie za retoryczne.

– Mówiłem już poprzednim razem: nie będę tolerować w mojej klasie żadnej przemocy, czy to fizycznej, czy słownej. Co wam zawiniła ta mała Krupska, że tak się nad nią znęcacie? Co ona takiego zrobiła?! – Podniósł nieznacznie głos, zaraz jednak wyraźnie przywołał się w duchu do porządku. – Bocheńska?

Wysoka, patykowata blondynka drgnęła.

– Tak, psze pana? – spytała przestraszona.

– Odpowiedz: co wam zrobiła Krupska, że tak jej dokuczacie?

Dziewczyna nie odpowiedziała.

– Raczej czego nie zrobiła – mruknęła druga.

Historyk błyskawicznie przeniósł na nią wzrok.

– Co powiedziałaś, Łucja?

Piegowata szatynka uniosła zadarty nos.

– Powiedziałam, że gdyby Karolina zachowywała się jak koleżanka, to my też byśmy ją tak traktowały – powiedziała hardo.

Blondynka poruszyła się niespokojnie.

– Jak koleżanka, czyli jak? Nie dała wam odpisać zadania? Ściągnąć na sprawdzianie? Jak zachowuje się koleżanka? – dopytywał nauczyciel, a z każdym kolejnym słowem słychać było rosnącą w jego głosie irytację.

Zapadła cisza. Piegowata Łucja patrzyła w ścianę, druga dziewczyna wbiła wzrok w czubki swoich tenisówek.

Historyk westchnął ciężko i zaraz z ulgą pomyślał, jakie to szczęście, że ten dzień się już kończył. Przynajmniej w szkole.

– Nie chcecie gadać, to nie. Jutro obie na lekcji wychowawczej odwiedzicie pana Bratka. Razem z Krupską. Tam sobie wszystko wyjaśnicie. W końcu to on, jako szkolny psycholog, najlepiej powinien wiedzieć, co wam w tych głupich nastoletnich głowach siedzi.

*

Las nie lubił myśliwych, choć oni sądzili inaczej. Anna słyszała to po pustym echu wystrzałów, które odbijały się od drzew. Nie lubił także quadów, traktorów, leśników z piłami i wielu, wielu innych rzeczy. Bo las, tak jak i człowiek, miał swoje kaprysy i własne zdanie na każdy temat. Mieszkając nieopodal, przez cały ten czas nauczyła się już rozpoznawać jego nastroje i słyszeć płynące pomiędzy gałęziami słowa. Może właśnie dlatego widziała, że ten wieczór jest inny niż wszystkie.

Dziś las milczał.

Anna zamknęła szczelnie drzwi i przy progu rzuciła gruby, zwinięty w rulon chodnik, by ciepło nie uciekało z domu na zewnątrz. Zapowiadała się wyjątkowo mroźna noc. Przeszła do pierwszego pokoju, gdzie ogień wesoło buzował pod kaflową kuchnią. Jak typowy mieszczuch, zafascynowany wiejskością, nie pozwoliła jej rozebrać przy remoncie, tak samo jak pieca kaflowego w drugim pokoju. Tutejsi zapewne już dawno przerobiliby wszystko w duchu skandynawskiego instagramowego minimalizmu, wyburzyli piece, zasłonili belki regipsami. Człowieka zawsze ciągnie do tego, czego nie ma – i nie było w tym nic dziwnego. Anna jednak pozostawiła te wnętrza właściwie bez żadnej zmiany, nie licząc tych, które były naprawdę konieczne: odmalowania oraz wymiany drewnianej, spróchniałej podłogi na panele i skucia zagrzybiałych tynków w tak zwanej komorze, która mieściła się od północnej strony, a po przeprowadzce została zamieniona na łazienkę. Ten niewielki remont i tak pochłonął praktycznie cały jej budżet, więc wiele domowych sprzętów zostało w nowym domu nie tyle ze względu na ich piękno i wiejski styl, ile z musu. Tak jak stół pod oknem z jedną krótszą nogą, pod którą podłożyła drewnianą deszczułkę, żeby się nie kiwał.

Usiadła przy nim ciężko i odsunęła leżącą na kraciastej ceracie książkę. Śnieg za szybą skrzył się w księżycowym świetle. Przez chwilę miała wrażenie, że słyszy, jak skrzypi pod ciężarem czyichś stóp. Wbiła wzrok w ciemność za oknem, jednak nie było tam nic prócz błyszczącego śniegu i kilku łysych drzew osypanych szronem. I las. Ciemny, gęsty las, który czaił się za nimi, jakby tylko czekał, by je pożreć, a potem pochłonąć też drewniany domek.

Nocami las bywał przerażający, tak jakby chowało się w nim zło, które tylko czekało na okazję, by rozprzestrzenić się na całą wieś. Zło, które w długie, ciemne noce wypełzało z ukrycia po cichu, by sączyć jad, kąsać i niszczyć.

Wróciła wzrokiem do ciepłego, jasnego pokoju i zamieszała energicznie łyżeczką herbatę. Swojski, codzienny brzęk metalu stukającego o porcelit wydał jej się teraz wyjątkowo nie na miejscu. Ścisnęła palcami ucho kubka.

Pomyślała o dziku, którego szczątki znalazła rano pod lasem. Rzeczywiście, odbyło się dziś polowanie. Rozmawiała z sąsiadką, która widziała żółte tabliczki ostrzegawcze, jednak później ktoś je usunął, informacja pojawiła się również na lokalnym portalu internetowym. Anna sprawdziła kolejne terminy – w najbliższym czasie miało odbyć się ich jeszcze kilka. Skurwysyny. Będą strzelać, płoszyć, zabijać. A na koniec nawet nie chce im się posprzątać po sobie.

Upiła łyk gorącego napoju. Podniebienie zapiekło, jednak ciepło, które rozlało się po jej wnętrzu, zdecydowanie było tego warte. Dopiła herbaciany napar, po czym umyła się i położyła spać.

Dwie godziny później obudziła się, zdjęta nagłym lękiem. Było cicho, aż nadto cicho, nie skrzypiała żadna belka, nie stękał dach i prawie słyszała mróz trzaskający na zewnątrz. Słyszała też las, który w końcu przemówił, choć w gruncie rzeczy chyba wolała jego wcześniejsze milczenie.

Las mówił, że wydarzy się coś bardzo, bardzo złego.

*

Sznur aut sunie powoli po drodze, korkując wjazd pod szkołę oraz niewielką zatoczkę. Samochody jeden po drugim zwalniają, otwierają się drzwi, ze środka tarabanią się uczniowie ze swoimi ciężkimi plecakami. Trzask drzwi, samochód odjeżdża. Następny, następny, następny. Jedynie jeszcze kilkoro pierwszaków maszeruje pod czujnym okiem opiekunów. Ci zazwyczaj parkowali na bocznym parkingu, choć byli i tacy, którzy nie przejmując się niczym, stawali w zatoczce, potęgując i tak olbrzymi zator na drodze. Dzisiaj było to samo.

To samo, choć nie tak jak zwykle. Nikt nie trąbi. Dwójka dorosłych przystaje przed budynkiem, gestykulując nadmiernie. Ktoś wysiada z samochodu, nie bacząc na korki, podchodzi do nich, pyta o coś. Nikt nie trąbi, jakby wszyscy zamarzli na swoich miejscach.

W nocy termometry pokazywały minus dwadzieścia pięć stopni.

Wszyscy już wiedzą, a ci, co nie wiedzą, domyślają się i snują przerażające scenariusze w głowach.

Jakieś sto metrów dalej, na niewielkim wzniesieniu, jest skrzyżowanie. Za nim chodnik dla pieszych, a właściwie jego fragment, ponieważ urywa się w połowie. Chodnik donikąd. Stoi tam kilka samochodów, zaparkowanych w sposób całkowicie niedozwolony. Nikt jednak nie dostanie mandatu – na każdym z dachów miga bowiem niebieski kogut.

Ludzie gromadzą się w pobliżu i zbijają w grupki jak zmarznięte kury. Szepczą.

*

Szept odbija od ścian pustych korytarzy, ale w salach wrze z pełną mocą, szept zmienia się w krzyk.

Wypełnia usta uczniów i uczennic, wznieca zgiełk i tumult. Milknie, gdy spóźniony nauczyciel wchodzi do sali.

– Przepraszam was najmocniej za spóźnienie. W związku z tym, że już zbyt wiele cennych minut nam dziś uciekło, przełożymy test z rozdziału drugiego na przyszły tydzień – mówi, ale w jego głosie nie ma cienia przeprosin.

Dobrze wie, że nikt z tego powodu nie będzie się smucił.

Zaczyna lekcje, lecz nieuważnie, jakby od niechcenia. W końcu każe jednej z uczennic przeczytać na głos rozdział z podręcznika. Dziewczyna zaczyna czytać, jednak co chwila się myli, zacina, duka, połyka częściowo słowa. Czyta machinalnie, automatycznie, bez skupienia. Nikt jej jednak nie poprawia ani nie przerywa. Wszyscy myślami odpłynęli daleko, a dokładniej – sto metrów dalej.

Sto metrów dalej szept wciąż się niesie: w tłumie ludzi, w sklepie, w aptece, w gminie i na stacji benzynowej; w lokalnej piekarni, na skupie złomu i w salonie piękności. Między budynkami i w ich wnętrzu, rozdzwania się telefonami i pika w komunikatorach. Jest wszędzie. W całej okolicy.

*

Niebieskie, pulsujące światło migało raz po raz, gdy prokurator Justyna Świątek dotarła na miejsce zdarzenia. Komunikat przekazany jej przez dyżurnego był treściwy: znalezione na poboczu drogi ciało, prawdopodobny wypadek samochodowy, sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Chcąc nie chcąc, z koszmarnym bólem głowy musiała udać się na miejsce zdarzenia, mając nadzieję, że albo dzięki zeznaniom świadków szybko ruszą z kopyta i znajdą sprawcę, albo w tym czasie ból głowy odpuści. To drugie wydawało jej się w tej chwili mniej prawdopodobne.

Z hukiem zatrzasnęła drzwi ciemnej Kii i w tej samej chwili łupnęło ją w czaszce. Auć. Trzeba było jednak wcześniej położyć się spać. Albo nie pić tyle.

– Możecie to wyłączyć? – jęknęła, wkładając ręce do kieszeni, po czym znacząco kiwnęła głową w stronę niebieskich świateł. – Do Bożego Narodzenia jeszcze sporo czasu, za wcześnie na choinkę.

– Ale… – zająknął się jakiś młodziak, którego widziała po raz pierwszy.

Rzuciła mu niechętne spojrzenie.

– Po prostu to wyłącz.

– Nie słuchaj jej, róbcie swoje. – Mężczyzna ubrany po cywilnemu machnął ręką.

Miał krótką, kozią bródkę i pucołowate policzki, nadające mu wyjątkowo poczciwy wygląd. Na pierwszy rzut oka policjant byłby ostatnią profesją, która przyszłaby na myśl postronnemu obserwatorowi na jego widok.

– Widzę, pani prokurator, że impreza się wczoraj udała. Dziwne, że nie wzięłaś wolnego.

Justyna uniosła nieznacznie brwi.

– Komisarz Kamil Sochacki? Od kiedy to do wypadków drogowych wzywają najlepszych ludzi z wydziału zabójstw? Kogo my tam mamy? Dziecko posła? Syna jakiegoś prezesa? A może to dzieciak komendanta? – Przy ostatnim nie zdążyła się ugryźć w język.

Młody policjant zerknął na nią z nieukrywaną antypatią. Zanotowała w pamięci, by rozpytać, co to za jeden i skąd się tu wziął.

– A co do dorocznego zjazdu absolwentów, dziękuję, nie narzekam. Zapewne by mnie tu dziś jednak nie było, gdyby Agnieszce nie rozchorowało się dziecko – wyjaśniła niechętnie.

– Widzisz, czyli jednak nie tylko mnie miało tu nie być.

– Ale jesteś. Masz za mało pracy przed świętami? – spytała zaczepnie.

– Nie, na brak obowiązków nie narzekam. Przejeżdżałem przypadkiem.

– Przypadkiem – zaakcentowała mocno słowo i nie pokazała w powietrzu cudzysłowu tylko dlatego, że było zimno, a ona jak zwykle zostawiła rękawiczki w prokuraturze. – Czyżbyś to ty wpadł w dziewczynę swoim gratem, a teraz próbował to za wszelką cenę ukryć? Jak to mówią? Najciemniej zawsze pod latarnią? – spytała niewinnie.

– Bardzo śmieszne – odpowiedział ponuro Sochacki. – Jak zaraz ją zobaczysz, przestanie ci być wesoło.

Weszli za czerwone płachty namiotów, zasłaniające miejsce wypadku przed wścibskimi spojrzeniami.

Chodnik pokryty był cienką warstwą zmrożonego śniegu oraz lodu. Od strony niewysokiej, ale stromej skarpy odgradzały go barierki, niżej znajdował się rząd bezlistnych krzewów, a za nimi niewielki plac z kopcami żwiru i piasku, gdzie na blaszanym baraku widniał wyklejony wielkimi literami napis: BUDMAT SKLEP BUDOWLANY.

Początkowo nie zauważyła ciała, a to, co leżało poniżej barierek, prawie wciśnięte w krzaki, wzięła za stertę szmat. Dopiero po chwili dostrzegła jasne włosy, wystające spod ciemnej czapki.

– Siła uderzenia musiała być tak duża, że zepchnęła ciało z nasypu. Ten, kto to zrobił, z pewnością nie jechał pięćdziesiąt na godzinę. – Sochacki przystanął i wyciągnął z kieszeni papierosy. – Chcesz?

– Dzięki, nie dzisiaj – odpowiedziała szybko, choć czuła, jak zaczyna ssać ją w żołądku.

Jednocześnie na samą myśl o papierosie poczuła, że chce jej się wymiotować.

– Naprawdę? Co ci się stało?

– Powiedzmy, że właśnie rzuciłam.

– Serio? – Popatrzył na nią sceptycznie.

– Serio, serio – mruknęła, wbijając wzrok w leżące zwłoki.

Jak dziwnie wygląda ciało, gdy ujdzie z niego życie. Staje się kolejną rzeczą, przedmiotem, który aż nadto szybko rozkłada się na organiczne części.

Ostry zapach dymu doleciał do jej nozdrzy i nasilił mdłości. Z trudem przełknęła ślinę i sięgnęła do kieszeni po gumę do żucia; w przeciwieństwie do rękawiczek, była na miejscu. Rozgryzła drażetkę. Owocowo-miętowy smak na chwilę pozwolił uspokoić żołądek. Nigdy nie paliła nałogowo, choć czasem jej się zdarzało sięgnąć po papierosa, szczególnie podczas oględzin. Był jednak ostatnim, czego potrzebowała na kaca. Zawsze w takich momentach odnosiła wrażenie, że ma w żołądku popielniczkę.

Rozejrzała się wokół.

– Z której strony gość jechał i gdzie są świadkowie?

– Rozsądek nakazywałby założyć, że stamtąd. – Komisarz machnął ręką w stronę, z której przyjechała Justyna. – Dziewczyna szła chodnikiem, a gość z niewyjaśnionych przyczyn zjechał z ulicy i w nią uderzył. Ciało pod wpływem impetu uderzenia przekoziołkowało przez barierki i zsunęło się ze skarpy. Mogło być też tak, że zjawił się od strony wsi i uderzył w ofiarę, gdy podjeżdżał pod górkę. Ale to oznaczałoby, że gość poruszał się lewym pasem.

– Jest jeszcze trzecia opcja: że ktoś zepchnął ciało. Na przykład sprawca, by opóźnić jej znalezienie – mruknęła.

– Tak, jest taka możliwość – przytaknął Sochacki ostrożnie.

Rozejrzała się wokół. Byli praktycznie w centrum wsi, niedaleko kościoła.

– Ślady?

– Dużo śladów opon, jedne na drugich, ale raczej stare. Świeżych brak, przy chodniku mocno zgnieciony śnieg, widać, że z pewnością coś tam stało, ale bez wyraźnie odciśniętych protektorów. Gość miał szczęście, był mróz, od wczorajszego popołudnia nie sypał śnieg. Na świeżym wszystko mielibyśmy jak na dłoni. Oprócz tego połamany kołpak, leżący niedaleko dziewczyny. Musiał odpaść podczas uderzenia. Jest też kawałek zderzaka, nienadający się oczywiście do identyfikacji.

– Świadkowie? Ktoś go widział?

Sochacki zaciągnął się papierosem i wypuścił z ust kłąb dymu.

– I w tym właśnie problem. Świadków brak. Tak na dobrą sprawę nawet nie jesteśmy na razie w stanie ustalić godziny zdarzenia. O siódmej dwadzieścia ciało zauważyła kobieta odprowadzająca dziecko do szkoły. W pierwszym odruchu pomyślała, że to jakiś miejscowy pijak, lecz chwała Bogu, znieczulica nie zwyciężyła. Kobieta podeszła, by spróbować go obudzić. Gdyby nie to, nie wiadomo, kiedy w ogóle ktoś by tę dziewczynę zauważył.

Justyna z niedowierzaniem pokręciła głową i wsunęła do ust kolejną gumę.

– Jak to możliwe? Przecież tu wszędzie są domy. Nie słyszeli huku uderzenia?

Sochacki rozłożył bezradnie ręce, wypuszczając z płuc ostatni kłąb dymu, i wyrzucił peta pod nogi.

– Dziwne to wszystko, sama zresztą zobaczysz.

Ruszyli wzdłuż chodnika, by podejść na miejsce od strony sklepu budowlanego. Na skarpie wciąż uwijali się technicy, próbujący zabezpieczyć jakiekolwiek ślady.

– Ciekawa myśl architektoniczna – powiedziała Justyna, gdy doszli do skrzyżowania, a chodnik nagle zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. – Kto to w ogóle zatwierdził? To droga gminna?

– Powiatowa.

– Na tyle dostali funduszy? Nie mogli już pociągnąć kawałek dalej w stronę centrum? Przecież tu przechodzień nagle staje i nie wie, co zrobić. Chyba tylko wpakować się wprost pod nadjeżdżający samochód.

– Raczej chodziło o jakieś techniczne szczegóły. Ale masz rację z tym wpakowaniem się pod samochód. Jak skończyli budowę, to ludzie też wszczęli raban, ale nic się nie dało zrobić. Przynajmniej na razie.

– No tak, jak któryś prominent będzie stąd, to się nagle da – podsumowała kąśliwie. – Albo jak to jego córka zostanie rozpaćkana, bo chodnika brak. Jesteście pewni, że dziewczyna nie szła poboczem? Statystycznie rajdy chodnikiem są w mniejszości.

– Kierujesz to pytanie do złej osoby. Ale rozmawiałem z Kluskiem i naszym zdaniem jest to mało prawdopodobne. Gdyby jechał stamtąd – Sochacki się odwrócił i wskazał ręką na prawą stronę skrzyżowania – to ciało wylądowałoby w okolicach blaszaka. Stamtąd z kolei – pokazał lewą stronę skrzyżowania – znalazłoby się niżej, po drugiej stronie ulicy lub pod płotem tamtego domu. Nie ma śladów wskazujących na to, by ktoś taki kawał ciągnął ciało, żeby wrzucić je w krzaki, to mało realne. Chyba że podjechałby od dołu, ale wtedy nie dość, że musiałby jechać lewym pasem, to i solidnie grzać, żeby dziewczyna przeleciała taki kawał, w dodatku pod górkę. A teraz popatrz na drogę: tam jest zakręt i ledwie fragment prostej. Gdzie kierowca miał się tutaj rozpędzić?

Zerknęła we wskazaną stronę.

– Faktycznie, ciężko.

– To samo stwierdziliśmy z Kluskiem. W ogóle nie podoba mi się ten wypadek – powiedział, skręcając w stronę hałd piasku.

– Mnie się żadne wypadki nie podobają, nie tylko ten – mruknęła Justyna. – A gdy sprawca ucieka, to już w ogóle. – Umilkła.

Przez chwilę słychać było tylko ich kroki depczące zmrożony śnieg oraz poruszone głosy dobiegające z boku, z tłumu gapiów.

– Ty to będziesz prowadzić? – spytał w końcu komisarz.

– Nie sądzę. – Justyna skrzywiła się lekko. – Wypadki drogowe to domena Pawlika. Nie wiem jednak, co stary wymyśli. A co, szykujesz się, by to przejąć od drogówki? Przecież sam mówiłeś, że masz wystarczająco roboty przed świętami.

– Ktoś od nas będzie musiał to wziąć. Nie bardzo mi to pasuje, ale skoro już jestem na miejscu…

– Wyślij kogoś z młodych, to będzie prosta sprawa. Musimy tylko znaleźć uszkodzony samochód.

Sochacki z trudem zdusił westchnienie.

– Oby.

Justyna wsadziła zmarznięte ręce do kieszeni. Zimno. Byli już praktycznie na wysokości blaszanej budy hurtowni.

– Ty jesteś stąd, prawda? To dlatego?

– Prawda. Tu się urodziłem i wychowałem, a teraz mieszkam wieś dalej. Powiedzmy, że znam te okolice jak własną kieszeń.

Uznała, że znajomość terenu to zdecydowana przewaga w śledztwie. Zaraz jednak przypomniała sobie mnóstwo przypadków, kiedy również taka wiedza okazywała się przekleństwem.

– Znałeś ją?

– Nie, nie znałem. Kojarzę jej matkę, chodziłem z nią do podstawówki przez jakiś czas. Mam córkę mniej więcej w wieku tej dziewczyny – dodał ponuro.

Przy zwłokach stał wysoki patykowaty mężczyzna. Drobna kobieta obok niego ściągała właśnie z dłoni gumowe rękawiczki. Bartosz Pyzik z wydziału drogowego, zwany przez wszystkich Kluskiem, oraz doktor Haneczka, miejscowa lekarka, którą najczęściej wzywali na miejsce przestępstwa. Prowincja, gdzie brakowało specjalistów medycyny sądowej, rządziła się swoimi prawami.

– Cześć i czołem, kluski z rosołem – mruknęła zaczepnie do starego kolegi. – I co tam? Bo że nic miłego, to już wiem.

– Cześć – odpowiedział Klusek obojętnie. – A nic, co ma być, tak sobie stoimy z nudów. Przecież wiesz, że nic się nie dzieje. Ludzie jeżdżą przepisowo, nikogo nie rozjeżdżają, a przed świętami to już w ogóle.

Doktor Haneczka uśmiechnęła się blado.

– Liczne siniaki, otarcia i zadrapania, zapewne urazy wtórne. Rozległy uraz okolicy potylicznej, ciężko określić, czym spowodowany. Być może uderzyła głową o barierkę lub jakiś kamień, gdy spadała – powiedziała bez zbędnych wstępów.

– To w takim razie jaka była przyczyna zgonu? – spytała nieufnie Justyna. – Krwotok wewnętrzny?

– Być może. Być może również wyziębienie. Ten uraz potylicy też nie wygląda ładnie, mógł doprowadzić do obrzęku mózgu. Nie feruje się wyroków, nie mając danych. Tylko sekcja da pewne odpowiedzi. – Lekarka uśmiechnęła się przepraszająco.

Justyna milczała przez chwilę, trawiąc informację.

– Chcesz powiedzieć, że dziewczyna mogła jeszcze żyć, a ten skurwysyn po prostu sobie odjechał? – upewniła się w końcu.

– To prawdopodobne. Zewnętrzne urazy nie wydają się duże, nie mam jednak rentgena w oczach. Jest jednak bardzo możliwe, że gdyby ktoś udzielił jej pomocy, przeżyłaby.

Justyna poczuła, że mdłości się nasilają i żadna guma już nie może. Z trudem przełknęła ślinę.

– Jakim trzeba być chujem, by zostawić dziewczynę na pewną śmierć?

– A jeszcze być może zepchnąć ją w krzaki, by nikt jej nie znalazł – dodał Sochacki.

*

Anna stała wśród zebranych przy sklepie budowlanym i obserwowała uwijających się wyżej funkcjonariuszy. Ludzie wyciągali szyje, przepychali się, wysuwali głowy, byleby zobaczyć, jak najwięcej, byleby nic nie uronić. Gdyby mogli, podeszliby bliżej, na samo miejsce tragedii, stanęli nad trupem, westchnęli: „Cóż za ogromna tragedia”, pokiwali głowami z dezaprobatą. Nie mogli, bo policjant bronił dostępu do strefy przed ciekawskim tłumem.

Anna potrafiła zrozumieć tę ciekawość. Co więcej, wiedziała, że właśnie teraz, tutaj, w obliczu nieszczęścia, wszyscy stali się sobie bliżsi niż zazwyczaj. Wywiązała się między nimi dziwna więź, którą i ona czuła. Więź wspólnych wydarzeń i współodczuwania. Było to dla niej dziwne uczucie, bo od momentu, gdy sprowadziła się do tej dziwnej miejscowości, wciąż czuła się obca. Nietutejsza. Nie swoja, jak to mówili ludzie. Może gdyby jeszcze była z okolicy, bliższej, dalszej, byłaby bardziej ich. Będąc z drugiego końca Polski, było to jednak prawie niemożliwe.

Zmrużyła oczy, przyglądając się, jak szczupła, wysoka kobieta w czarnym płaszczu podchodzi do zwłok. Była mniej więcej w jej wieku, może ciut starsza. Towarzyszyło jej dwóch mężczyzn, z czego jeden policjant. Kobieta miała w sobie jakąś elegancję widoczną w ruchach, w odchyleniu poły płaszcza, gdy przykucnęła przy ciele, w odgarnięciu ciemnych włosów związanych w luźny kucyk, w ruchu, jakim obróciła ciało i w gestykulacji, gdy rozmawiała z towarzyszami. Anna pomyślała, że chętnie by ją poznała.

Tłum za jej plecami zaszumiał.

– Gdzie ona jest? Gdzie ona jest?! – Zwierzęcy wrzask rozdarł powietrze.

Anna patrzyła, jak ludzie się rozstępują. Wyglądało to, jakby tworzyli korytarz życia, choć tak naprawdę był to korytarz śmierci.

– Gdzie moja córka?!

Rozczochrana trzydziestolatka w spodniach dresowych i cienkiej bluzie wypadła na plac koło blaszaka i nie zważając na policjanta pilnującego porządku, rzuciła się w stronę hałd piasku i dalej, do krzaków, do dziewczyny, która wbijała martwy wzrok w szare niebo. Elegancka pani się odwróciła i bez słowa patrzyła, jak oszalała kobieta dopada ciała.

Pomiędzy głośnymi szlochami gdzieś z tłumu dało się słyszeć szept:

– Bocheńska. To młoda Bocheńska.

Elegancka pani w czarnym płaszczu w końcu podeszła do matki i ponownie przykucnęła. Położyła dłoń na jej ramieniu i coś mówiła cicho. Poły jej płaszcza znów się rozchyliły, ukazując czarny strój pod spodem. Anna stwierdziła, że kobieta wygląda jak czarna madonna. Albo anioł śmierci.

Kobiety powoli wstały i zaczęły iść w stronę radiowozów. Wtem wzrok Bocheńskiej padł na kogoś w tłumie. Kobieta wciągnęła gwałtownie powietrze i poczerwieniała.

– Ty suko… To na pewno twoja wina!

Szept zamarł na ustach ludzi, gdy rzuciła się między nich i zaczęła okładać kogoś pięściami. Dwóch mężczyzn towarzyszących kobiecie w czarnym płaszczu chwyciło pod pachy oszalałą matkę i odciągnęło.

– Ty suko! – Bocheńska splunęła.

Krople jej śliny spadły na niską, tęgawą kobietę, która zasłaniała się rękami. Anna kojarzyła ją z widzenia. Nie potrafiła jednak w tej chwili przypomnieć sobie jej nazwiska.

Mężczyźni ruszyli dalej, przytrzymując mocno Bocheńską. Nie wyrywała się już, jakby sama uznała, że to bezcelowe.

– Ja nic nie zrobiłam! – krzyknęła zaatakowana kobieta, nieszczęsna matka jednak nawet się nie odwróciła.

– Ona myśli, że to Nowaczka. Bocheńska myśli, że to ona jest wszystkiemu winna – poniósł się cichy głos.

– Dlaczego ona? Co mogła mieć z tym wszystkim wspólnego? Przecież nie przejechała dziewczyny.

– Nerwy. Nie dziwcie się, to wszystko nerwy… A one ze sobą skłócone od lat.

Szepty nie milkły i było pewne, że nie umilkną jeszcze przez wiele godzin. Anna ostatni raz omiotła wzrokiem plac przed sklepem budowlanym. Kobieta w czerni wraz z policjantami i Bocheńską zniknęli pomiędzy zaparkowanymi samochodami. Koguty wciąż migały, jakby mrugały do gromadzących się ludzi. Nie pozostawało jej nic innego jak odejść; nie miała już tutaj nic do roboty.

POCZĄTEK

Jesteś tu, bo lubisz rozwiązywać zagadki. Lubisz, gdy klocki się ze sobą łączą, a ty odkrywasz kolejne powiązania między bohaterami, za pomocą dedukcji się domyślasz, kto może być odpowiedzialny za zbrodnię i jaki właściwie miał motyw. A może czytasz kryminały, bo inne historie wydają ci się zbyt nudne? Są zwłoki – jest impreza, nutka niepewności, jakieś emocje. Chcesz być na siłę zaskakiwany i nieważne, że coś tam się nie trzyma kupy. Suspens przede wszystkim.

Nie wiem, czy cię zaskoczę. Nie wiem, czy się nie domyślisz, kto jest za wszystko odpowiedzialny: teraz, w połowie, pod koniec tej historii. Pamiętaj jednak: zawsze najlepiej wytypować najmniej spodziewanego sprawcę; wtedy szansa, że odgadniesz, będzie duża. W tej historii może to być Nowaczka, może Anna, a może woźny ze szkoły, który jeszcze nie pojawił się na scenie. Może komisarz Sochacki? Może sprawca ukrywa się wśród tych „dobrych”? A może w ogóle był to przypadkowy człowiek, który na skutek złych decyzji spowodował tragedię?

Za wcześnie, by typować, choć oczywiście, jeśli chcesz, możesz, nikt ci tego nie zabroni.

Jeżeli jednak spodziewasz się kolejnej opowieści o dobrych, choć sponiewieranych przez życie i los stróżach prawa, którzy dzięki swej przenikliwości łapią okrutnych złoczyńców, to odpuść. To nie ta bajka. Odpuść też, jeżeli chcesz wnętrzności, krwi i łamiących się kości. Owszem będzie strasznie, ale nie w tym wymiarze.

Jesteś gotowy, by czytać dalej?

 

*

Podczas gdy jeden z policjantów relacjonował rozmowę z mieszkańcami budynków sąsiadujących z feralnym skrzyżowaniem, Justyna zerkała kątem oka w stronę karetki, w której siedziała matka ofiary. Zmarznięta kobieta, owinięta w folię termiczną, wydawała się całkowicie pogodzona z losem, lecz prokuratorka dobrze wiedziała, że to po prostu działanie środka uspokajającego. Mogłoby się teraz walić i palić, mogliby torturować jej rodzinę, podłożyć ogień pod jej dom – ona wciąż byłaby jak wyłączona. Z jednej strony cudo farmakologii, z drugiej – przerażający środek, który sprawiał, że człowiek stawał się zombie. Czasami jednak to było jedyne wyjście.

– Czyli dalej nic nie mamy – podsumował zwięźle Sochacki, odpalając kolejnego papierosa.

Justyna pomyślała, że w prezencie gwiazdkowym chyba kupi mu plastry Nicorette.

– Naprawdę nikt nic nie widział? Nikt się nie obudził? Nikomu nie chciało się sikać? Nikt nie wstawał na rano do roboty? – nie dowierzała.

– To emeryci, wszyscy spali.

– Tym bardziej, w podeszłym wieku ludzie częściej cierpią się na bezsenność – zauważyła.

Policjant nieznacznie wzruszył ramionami.

– W jednym domu niby słyszeli w nocy odgłos jakby zamykanych drzwi od aut, ale nie są pewni, o której godzinie i czy w ogóle, bo to ruchliwa droga i może po prostu im się wydawało. Inni spali, jakaś pani mówi, że zażyła tabletkę, bo inaczej nie zaśnie. Tylko w tamtym domu mieszka młode małżeństwo z dzieckiem. Kobieta pracuje w supermarkecie, miała wieczorną zmianę. Mówi, że wracała do domu po dwudziestej trzeciej i nic nie zauważyła. Od razu przepytaliśmy jej koleżanki: mówiły to samo. Jedna tylko, taka młoda, powiedziała, że neon sklepowy przestał świecić. Nie wiem jednak, jaki mogłoby mieć to związek z wypadkiem.

Justyna się skrzywiła.

– Pewnie żaden. Czyli należy zakładać, że wypadek nastąpił w środku nocy. Wcześniej ktoś coś by słyszał, jedenasta to nie jest późna godzina. Ludzie oglądają telewizję, siedzą w necie, z telefonami nieraz do późna. Rano znowu idą do pracy i by ktoś zauważył – podsumowała. – Podstawowe pytanie brzmi: co ta dziewczynka robiła tutaj o tej porze?

Sochacki łypnął okiem na karetkę, w której siedziała otępiała Monika Bocheńska.

– Od matki raczej się teraz niczego nie dowiesz.

– No raczej nie. – Westchnęła lekko. – Pewnie dopiero pod wieczór zacznie do niej docierać, co jest grane, o ile w ogóle. Podrzucę ją do domu, nie ma sensu, by tu siedziała.

– Poprosić kogoś, by to zrobił?

Justyna zawahała się przez moment.

– Nie, ja ją zawiozę. Słyszałam, jak mówiła, że teściowa z nimi mieszka. Może od niej się czegoś dowiem. A jak nie, to przynajmniej powiem, żeby zadzwoniła, jak już matka ofiary oprzytomnieje. W końcu powinno im zależeć, by znaleźć sprawcę.

Sochacki kiwnął głową, ale myślami był wyraźnie gdzieś daleko.

– Wrócisz tu jeszcze? Czy jedziesz do prokuratury?

– Jadę, nic tu po mnie. Może zajrzę jeszcze, wracając. Choć pewnie wy i tak będziecie lada moment kończyć. Co tu macie więcej do roboty?

– Właściwie to nic – zgodził się. – Chyba że jeszcze coś wyjdzie w praniu.

– A co mogłoby wyjść? – zdziwiła się.

*

Anna postanowiła pójść do sklepu, by wysłuchać najnowszych plotek, tak samo zresztą, jak mnóstwo innych osób. Wiadomo przecież było, że to właśnie w sklepie można się najwięcej dowiedzieć – i nie było w tym cienia przesady. Bo jeżeli ludzie chodzili tutaj głównie do sklepu, do kościoła i po dzieci do szkoły, to gdzie mogli się czegoś ciekawego dowiedzieć?

Czerwony neon sklepu wyraźnie odcinał się od wszechobecnej bieli. Czerwień i śnieg sprawiły, że Anna znów pomyślała o świętach, a zaraz po tym o krwi dzika pod lasem. Czerwień i biel, święty mikołaj i świąteczne ozdoby, krew ofiary i zmrożony lód. Te same kolory, a zupełnie przeciwstawne skojarzenia.

Automatyczne drzwi rozsunęły się przed nią i uderzył ją podmuch ciepłego powietrza z wnętrza sklepu, pachnącego piernikami i pomarańczami. Z głośników leciało Last Christmas. Anna wzięła koszyk i ruszyła między regały.

Pierwszy szept usłyszała już w okolicach stoiska z owocami i warzywami.

– Biedna Bocheńska. Na początku roku matka, świeć Panie nad jej duszą, umarła na raka, później choroba siostry, co już jedną nogą na tamtym świecie była, a teraz córka. Jak ona, biedaczka, to udźwignie, ja nie wiem. Ja bym nie dała rady.

Anna zatrzymała się przy skrzynce, udając, że maca cytryny.

– Ja też sobie tego nie wyobrażam. To okropne. I dalej nie wiedzą, kto to? Nikt nikogo nie widział?

– Nikt a nikt. Ktoś podobno pod kościołem słyszał jakieś hałasy w nocy, ale nie wiem, na ile to prawda, a na ile plotka. To straszne, żeby tak uciec z miejsca wypadku. A jeżeli można jej jeszcze było pomóc?

– Kogoś i tak sumienie będzie gryzło do końca życia, czy go znajdą, czy nie.

– Znajdą, znajdą, prędzej czy później. Najpierw trzeba patrzeć, kto ma samochód uszkodzony we wsi. Oni już mają swoje sposoby. Nawet po ubezpieczycielach dojdą.

– Żeby tylko im się chciało. Bocheńska chyba nie ma żadnych znajomości, więc oby nie rozeszło się po kościach.

– A ten jej wujek? Brat ojca? On dawniej w milicji pracował, jeszcze za poprzedniego ustroju. Szychą jakąś tam był, na wysokim stołku siedział.

– Eeee, pani, to już nie te czasy. Kto go tam pamięta.

Cytryny były miękkie, miały pomarszczoną, wysuszoną skórkę i zapewne mało soku. Anna nie zamierzała ich kupować. Przeniosła się dalej: wędliny, przetwory, chemia. Szepty wypełniały sklep, a każdy z nich mówił o wypadku, który miał miejsce tej nocy.

– Taka tragedia, takie nieszczęście… A winnego brak. Kto to mógł być? Jak jakiś przejezdny, to szukaj wiatru w polu.

– Dawno już mówiłam, że te rajdy to się źle skończą, i co? Zgłaszaliśmy na mapie zagrożeń i nic. Jak szaleli, tak szaleją.

– W zimie też?

– Teraz trochę mniej, ale skoro coś się wydarzyło…

Przy pieczywie usłyszała:

– Podobno Bocheńska naskoczyła na tę od Nowaka. Że to niby jej wina.

– Głupstwa, przecież Nowaczka nawet prawa jazdy nie ma. Wiem, bo zdawała ze mną, dziesięć razy podchodziła do egzaminu i w końcu się poddała. A jej mąż za granicą siedzi, na święta ma dopiero zjechać.

– Nie wiem, czy to nie chodzi bardziej o jej córkę, one chyba razem się trzymały, znaczy się córka Bocheńskiej i Nowak.

– Niemożliwe. Przecież one też się nienawidzą, od kiedy ta sprawa sądowa wyszła o las. Nie wierzę, że pozwalały się swoim córkom spotykać.

Przy półkach z dżemami, sałatkami, przecierami szepty rozbrzmiewały nadal.

– Podobno Bocheńscy chcieli się wyprowadzić, jeszcze w lecie. Nawet dom na sprzedaż był wystawiony. Ale zrezygnowali. Teraz pewnie znów będą o tym myśleć. Ja nie potrafiłabym zostać w domu po takiej tragedii.

– Przecież dziewczyna na ulicy umarła, nie w domu.

– Ja wiem, ale mimo wszystko…

– Jakoś będzie musiała się pozbierać, w końcu jeszcze ma drugie dziecko, chyba czteroletnie. Z naszą Polą do przedszkola chodzi, choć nie do jednej grupy.

– Okropność. Takie coś zostawia piętno na całe życie. Stracić siostrę w tym wieku…

– Nawet sobie nie wyobrażam.

Nad lodówką z mrożonkami dało się usłyszeć:

– Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby jakiś młodziak ją przejechał z zemsty, z zazdrości, w afekcie. Ta Natalka to niezłe ziółko było. Podobno ze starszymi chłopakami się prowadzała.

– Myślisz, że to prawda? Przecież ona ledwie czternaście lat skończyła.

– Na jakim świecie ty żyjesz? Teraz młodzież szybciej się rozwija. Popatrz na dziewczyny w ósmej klasie i pomyśl sama, jak my wyglądałyśmy w tym wieku. Jak zakonnice stojące przy prostytutkach.

Anna przeszła wolno do kasy.

– Cztery sześćdziesiąt pięć – powiedziała ekspedientka, gdy skasowała niewielki bochenek chleba z ziarnami.

Cztery sześćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt minut w sklepie i morze wiadomości. Uznała, że w sumie było warto.

*

Drzwi klasy się zamknęły. Uczniowie umilkli w jednej chwili, co nie zdarzało się im często na godzinie wychowawczej. Zawsze gdzieś jeszcze pomiędzy ławkami niósł się szmer ostatniej rozmowy. Nie dziś.

Historyk, Piotr Bogusz, podszedł do biurka i ciężko położył dziennik na drewnianym blacie. Nie usiadł.

– Jak zapewne już wiecie, we wsi zdarzył się tragiczny wypadek… – zaczął ciężko.

Czuł, że zaczyna boleć go serce. Zdecydowanie był już za stary do tej roboty. Jeszcze w takich okolicznościach.

– W tym właśnie tragicznym wypadku zginęła wasza koleżanka z klasy, nieodżałowana Natalia Bocheńska. – Urwał, gdy zdał sobie sprawę z tego, że zaczyna brzmieć jak ksiądz na pogrzebie. – Wszyscy powinniśmy być razem i wspierać się w tym trudnym momencie. Jeżeli będziecie chcieli z kimś porozmawiać, szkolny psycholog, pan Karol Bratek, jest oczywiście do waszej dyspozycji. Możecie znaleźć go w jego gabinecie w godzinach…

Jakby na zawołanie drzwi od klasy się otworzyły i stanął w nich młody, postawny mężczyzna. Miał jasną, blond czuprynę i okulary w czarnych oprawkach na nosie.

– Dzień dobry – powiedział szybko i powiódł uważnym wzrokiem po klasie, jakby już samym spojrzeniem chciał wyciągnąć wszystkie nastoletnie tajemnice. – Prosił mnie pan, bym zajrzał do pana na drugiej lekcji.

Historyk wydawał się lekko zaskoczony.

– A tak, tak… rzeczywiście – zreflektował się. – Tylko wie pan, że tak powiem… Natalka Bocheńska… Nie słyszał pan jeszcze?

– Dopiero co przyjechałem – powiedział psycholog. – Ale widziałem jakieś zamieszanie przy krzyżówce. Myślałem, że wypadek.

– Bo właśnie wypadek – odpowiedział grobowo historyk. – Ale lepiej porozmawiajmy na korytarzu, bo tak jak mówiłem, sprawa z Bocheńską i Nowak jest nieco, hmm… nieaktualna. Chyba że Łucja chciałaby z panem porozmawiać. W końcu to jej przyjaciółka. Łucja? – Odwrócił się w stronę klasy.

Odpowiedziała mu tylko cisza. Historyk zmarszczył brwi.

– Gdzie jest Łucja Nowak? – spytał, lekko zaniepokojony.

Uczniowie wciąż milczeli, patrząc jeden na drugiego.

– Nie ma jej od rana – pisnęła w końcu jakaś niska dziewczyna.

Karolina Krupska – pomyślał odruchowo. Ona musiała od razu zauważyć, że Łucji Nowak nie ma w szkole.

– W ogóle nie przyszła?

Odpowiedziało mu kręcenie głowami i wzruszenia ramionami.

– Nikt jej nie widział – bąknął jakiś wyrostek.

Historyk oparł się ręką o biurko. Miał nadzieję, że dziewczyna została w domu. Że się rozchorowała. Dostała gorączki. Sraczki. Albo po prostu wykorzystała okazję i poszła na wagary.

– Dobrze, moi drodzy. W takim razie ma ktoś może do niej numer telefonu?

*

– To tutaj – powiedziała Monika Bocheńska głosem całkowicie wypranym z emocji.

Justyna Świątek przechyliła się nieznacznie w stronę przedniej szyby.

– Za tym drzewem?

– Tak.

Prokuratorka skręciła w wąską, asfaltową drogę dojazdową, wijącą się wśród domów, i zwolniła, oczekując na dalsze instrukcje.

– Do końca. Do samego końca – powiedziała Bocheńska tonem, jakby miała zaraz zasnąć.