Wydawca: Sine Qua Non Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 506 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Kamienne niebo - N.K. Jemisin

Księżyc wkrótce powróci. Czy przyniesie ze sobą zagładę?

Essun przejęła moc Alabastra Dziesięciopierściennika. Dzięki niej zamierza odnaleźć swoją córkę Nassun i sprawić, by świat stał się przyjazny młodym górotworom.

Dla Nassun jest już jednak za późno. Widziała zło świata i przyjmuje to, w co jej matka nigdy nie chciała uwierzyć: że pewnych rzeczy nie da się naprawić. Można je tylko ostatecznie zniszczyć.

Kontynuacja trylogii rozpoczętej „Piątą Porą Roku”:

- dwukrotnie uhonorowaną nagrodą Hugo
- nominowaną do nagród Nebula, Audie i Locus
- będącą pierwszą książką wyróżnioną przez Wired.com
- nagrodzoną tytułem Notable Book of 2015 magazynu „New York Times”

***

Kamienne niebo” jest nie tylko wstrząsającym zakończeniem trylogii, ale też niesamowitym dowodem na to, że Jemisin potrafi zaskoczyć nawet tak zatwardziałego sceptyka jak ja. Gorąco polecam. 
Weronika Załucka, Book Emperor

„Piąta Pora Roku” i „Wrota Obelisków” zapewniły N.K. Jemisin miejsce pośród największych współczesnych mistrzów fantasy. Kamienne niebo utwierdza w przekonaniu, że nie trafiła do tego grona przypadkiem. Skrupulatnie prowadzona od pierwszego tomu fabuła znalazła zwieńczenie w porywającym finale serii, pozostawiając czytelnika usatysfakcjonowanym i zaskoczonym. Ale tak to już jest z powieściami wysokiej próby. 
Adrian Turzański, Bestiariusz

„Trylogia Pękniętej Ziemi” przypomina puzzle z dużą liczbą elementów. Złożenie układanki jest trudne, aczkolwiek daje wiele satysfakcji. N.K. Jemisin nie prowadzi czytelnika za rękę, wręcz rzuca go na głęboką wodę. W końcu tylko najsilniejsi przetrwają Piątą Porę Roku…
Wiktoria Mierzwińska, Ostatnia Tawerna

„Trylogia Pękniętej Ziemi” to dzieło pełne alegorii i aluzji. Prawdziwa uczta czytelnicza.
„The New York Times”

Żywe postacie, misternie skonstruowana fabuła i oryginalne przesłanie. Wielka, ponadczasowa powieść. 
„Publishers Weekly”

BIOGRAM

N.K. Jemisin

Mieszka w Nowym Jorku, za powieści Piąta Pora Roku oraz Wrota Obelisków została uhonorowana nagrodą Hugo. Za swoją pierwszą książkę, Sto tysięcy królestw, otrzymała nagrodę Locus, jej prace były też wielokrotnie nominowane do World Fantasy Award, Nebuli i RT Reviewers’ Choice, znalazły się także w finale nagród Crawforda i Jamesa Tiptree Jr. N.K. Jemisin jest recenzentką książek fantasy i science fiction w „New York Timesie”.

Zapraszamy na stronę autorki: nkjemisin.com.

Opinie o ebooku Kamienne niebo - N.K. Jemisin

Fragment ebooka Kamienne niebo - N.K. Jemisin

Dla ‌tych, ‌którzy przetrwali: oddychajcie. ‌Właśnie tak. Jeszcze raz. ‌Dobrze. Idzie wam dobrze. ‌A nawet jeśli nie, ‌przynajmniej ‌żyjecie. To już ‌sukces.

prologkiedy byłem sobą

Czas ucieka, ‌moja ‌mała. ‌Zakończmy początkiem ‌świata, ‌dobrze? Tak. ‌Zakończmy właśnie ‌tym.

To ‌dziwne. Moje wspomnienia ‌są jak owady zatopione ‌w bursztynie. ‌Te ‌nieruchome, od dawna ‌zapomniane istnienia nie zachowały ‌się w dobrym ‌stanie. Po większości ‌pozostała ‌tylko ‌jakaś noga, jakiś kawałek ‌skrzydła albo część ‌tułowia – całość można odwzorować ‌tylko na ‌podstawie fragmentów, przysłoniętych ‌na dodatek licznymi, nieregularnymi ‌pęknięciami. Kiedy skupiam się ‌na tych wspomnieniach, ‌widzę twarze ‌i zdarzenia, które powinny coś ‌dla mnie ‌znaczyć… ale nic nie ‌znaczą. ‌Osobą, która widziała te ‌twarze i brała udział ‌w tych wydarzeniach, jestem ja, ‌a jednocześnie wcale nie ‌ja.

Byłem ‌wtedy kimś innym, tak ‌samo jak Bezruch ‌był czymś innym. ‌Wtedy i teraz. ‌Ty i ja.

Wtedy. Wtedy ‌ląd był ‌trzema lądami, znajdującymi się ‌w tym samym ‌miejscu, w którym kiedyś ‌pojawi się Bezruch. Na ‌skutek kolejnych Sezonów powstanie ‌więcej lodu na ‌biegunach, zmniejszając ‌morza i powiększając wasze „Arktykę” ‌i „Antarktydę”, które ‌będą ‌się stawać ‌zarazem coraz zimniejsze. ‌Ale później… to znaczy ‌teraz, bo ‌wspomnienie tamtych czasów ‌wydaje się teraźniejszością… ‌właśnie ‌to mam na ‌myśli, mówiąc, że ‌to dziwne…

Teraz, w czasach ‌przed ‌Bezruchem, daleka ‌północ i dalekie południe ‌to przyjazne tereny uprawne. ‌To, co znacie dziś ‌pod ‌nazwą Zachodniego Wybrzeża, to ‌głównie bagna i lasy deszczowe, które wyginą w przyszłym stuleciu. Część Nomidlatów w ogóle jeszcze nie istnieje; tereny te powstaną z lawy wulkanicznej stygnącej tam przez tysiące lat erupcji. A obszar, który stanie się Palelą? Również go jeszcze nie ma. Na dobrą sprawę nie są to wielkie zmiany, ale przecież jeśli spojrzeć na to pod kątem tektoniki, od tego teraz nic nas właściwie nie dzieli. Pamiętaj, że kiedy mówimy, że „świat się skończył”, zazwyczaj kłamiemy. Planeta ma się dobrze.

Jak zatem nazywamy ten utracony świat, to teraz?

Pozwól, że najpierw opowiem ci o pewnym mieście.

Według waszych standardów miasto to zbudowane jest nieprawidłowo. Rozrasta się w sposób, na jaki żadna nowoczesna wspólnota by nie pozwoliła, ponieważ wymagałoby to budowy zbyt wielu kilometrów muru. Odnogi tego miasta ciągną się wzdłuż rzek i innych życiodajnych akwenów, dając początek innym miastom, niczym pleśń biegnąca wzdłuż żył zdrowego gospodarza. Uznalibyście, że te miejscowości znajdują się zbyt blisko siebie. Że te płodne miasta i ich wijące się potomstwo są ze sobą zbyt silnie powiązane, a ich tereny za bardzo na siebie nachodzą. Lecz każda z tych wspólnot, odcięta od reszty, nie zdołałaby przetrwać.

Czasami miasta-dzieci noszą różne lokalne nazwy, zwłaszcza jeśli osiągają takie rozmiary, że same mogą dawać początek kolejnym miejscowościom, ale jest to trochę sztuczne. Słusznie postrzegasz ich powiązania: mają tę samą infrastrukturę, tę samą kulturę, te same pragnienia i obawy. Wszystkie miasta są do siebie podobne. Stanowią całość. Ten świat zawiera się we własnej nazwie: Syl Anagist.

Czy jako dziecko Bezruchu potrafisz zrozumieć, do czego zdolny jest kraj? Całe Stare Sanze, pozszywane wreszcie z setek „cywilizacji”, które żyją i wymierają pomiędzy „teraz” a „wtedy”, będzie przy tym naprawdę niczym – zbieraniną ogarniętych paranoją państw-miast i wspólnot, które zdecydują się na współpracę, czasami wyłącznie po to, aby przetrwać. Ach, Piąte Pory Roku ograniczą świat do tak marnych marzeń.

Tu i teraz pragnienia nie mają granic. Mieszkańcy Syl Anagist opanowali siły natury, dostosowali życie do własnych kaprysów i zgłębili tajemnice nieba do tego stopnia, że znudzili się nimi i skierowali swoją uwagę ku ziemi. Syl Anagist żyje, ach, jak bardzo żyje! Ulice są ruchliwe, handel kwitnie, a konstrukcja budynków wymykałaby się waszemu pojmowaniu. To budynki o ścianach z wzorzystych błon, które ledwie widać pod warstwami liści, mchu, trawy oraz kiści rozmaitych bulw i owoców. Ponad niektórymi dachami łopoczą żagle, które w rzeczywistości są olbrzymimi grzybiastymi kwiatami. Ulice pełne są obiektów, w których nie rozpoznalibyście pojazdów, ale które rzeczywiście służą do przemieszczania się i transportu. Niektóre poruszają się na kończynach niczym masywne stawonogi. Inne stanowią otwarte platformy sunące na dywanie rezonansowego potencjału. Ech, przecież tego nie zrozumiesz… Niech ci zatem wystarczy, że te pojazdy unoszą się kilka centymetrów nad ziemią. Nie ciągną ich żadne zwierzęta. Nie napędza ich para ani żadne związki chemiczne. Gdyby jakieś zwierzę albo dziecko znalazło się pod takim pojazdem, na chwilę przestałoby istnieć, ale po drugiej stronie pojawiłoby się z powrotem. Nikt nie uważa czegoś takiego za śmierć.

W samym sercu miasta jest jednak coś, co mogłabyś rozpoznać. Jest to najwyższy i najjaśniejszy obiekt w promieniu wielu kilometrów – w ten czy inny sposób prowadzi do niego każda droga i każde torowisko. To twój stary przyjaciel: ametystowy obelisk. Nie unosi się w powietrzu – jeszcze nie. Tkwi, niezupełnie nieruchomy, w swoim gnieździe. Co jakiś czas pulsuje w sposób, który po wydarzeniach z Allia powinien być ci znajomy. Jest to jednak zdrowszy puls; ametyst nie jest jeszcze tym zniszczonym, umierającym głazem, który widziałaś. Jeśli jednak podobieństwo przyprawia cię o dreszcz, to wiedz, że nie bez powodu.

W centrum każdego większego węzła Syl Anagist na wszystkich trzech kontynentach znajduje się obelisk. Powierzchnia ziemi usiana jest tymi dwustoma pięćdziesięcioma sześcioma pająkami w ich dwustu pięćdziesięciu sześciu pajęczynach – karmią one wszystkie większe miasta i same się nimi posilają.

Możesz myśleć o nich jak o sieciach życia. Bo życie w Syl Anagist jest święte.

A teraz wyobraź sobie ośmiokątny kompleks budynków, który otacza ametyst. Cokolwiek wymyślisz, będzie znacznie odbiegać od stanu faktycznego, ale wyobraź sobie coś ładnego i to wystarczy. Przyjrzyj się ścianie budynku położonego na pochyłym zboczu pagórka – tej za południowo-zachodnią krawędzią obelisku. W kryształowych oknach nie ma poprzeczek ani słupków, ale pomyśl o biegnących po nich ciemniejszych niciach materiału. To efekt parzydełkowania, popularnej metody wzmacniania okien; zabezpieczenia te znajdują się jednak tylko na zewnętrznej stronie szyb i mają na celu powstrzymywanie potencjalnych intruzów. Gdy się ich dotknie, wywołują ból, ale nie zabijają (życie w Syl Anagist jest święte). Wewnątrz nie ma straży. Strażnicy są zbędni. Fulcrum nie jest pierwszą instytucją, która poznała odwieczną prawdę na temat ludzkości: nie warto ustawiać straży jeśli można przekonać ludzi, aby sami pilnowali murów swojego więzienia.

A to jest właśnie cela w pięknym więzieniu.

Wiem, wcale tak nie wygląda. Znajduje się tu piękny mebel, który mogłabyś nazwać kanapą, choć nie ma oparcia i składa się z kilku osobnych, połączonych ze sobą części. Pozostałe meble na pewno byś rozpoznała: w każdym społeczeństwie ludzie potrzebują stołów i krzeseł. Widok z okna rozciąga się na ogród położony na dachu jednego z sąsiednich budynków. O tej porze dnia ogród chwyta promienie słońca przenikające przez wielki kryształ, a rosnące tu kwiaty posadzono specjalnie z myślą o tym zjawisku. Fioletowe światło barwi ścieżki i rabaty, a kwiaty wydają się lekko lśnić. Niektóre z tych drobnych kwiatowych światełek co jakiś czas przygasają, co sprawia, że cały ogród wydaje się migotać niczym nocne niebo.

A oto chłopiec obserwujący to migotanie przez okno.

Właściwie to już młody mężczyzna. Dojrzały w jakiś nieokreślony sposób. Nie do końca krępy w swojej formie, raczej „nabity”. Ma szeroką twarz o wydatnych kościach policzkowych i drobnych ustach. Wszystko w nim jest białe: skóra, włosy, oczy i całe elegancko udrapowane ubranie. W pokoju też wszystko jest białe: meble, dywany i podłoga pod nimi. Ściany wykonane są z bielonej błony i nic na nich nie rośnie. Kolory znajdują się tylko za oknem. W tym sterylnym pomieszczeniu tylko chłopiec widoczny we fioletowym świetle zza szyby przejawia oznaki życia.

Tak, ten chłopiec to ja. Nie pamiętam jego imienia, ale przypominam sobie, że składa się ono ze zbyt wielu zardzewiałych liter. Przyjmijmy więc, że brzmi ono Houwha – wypowiada się je tak samo, ale zawiera w sobie kilka dodatkowych, niemych głosek i ukrytych znaczeń. Jest bardzo podobne, a jednocześnie odpowiednio symbolizuje…

Ach, jestem bardziej rozzłoszczony, niż powinienem. Fascynujące. Zmieńmy więc temat na mniej drażliwy. Powróćmy do teraz, które nadejdzie, i do zupełnie innego tutaj.

To teraz jest czasem Bezruchu, na którym wciąż pobrzmiewa echo Pęknięcia. To tutaj nie jest samym Bezruchem, ale grotą położoną tuż nad zbiornikiem lawy olbrzymiego wulkanu. Jest sercem wulkanu, jeśli lubisz i rozumiesz metafory – jeśli nie, przyjmijmy, że jest głębokim, ciemnym i niestabilnym pęcherzem pośród skał, które nie ostygły zbytnio przez tysiące lat, od czasu, kiedy Ojciec Ziemia poruszył je po raz pierwszy. Wewnątrz tej groty stoję ja, częściowo połączony z bryłą skały, aby móc lepiej wyczuwać drobne poruszenia ziemi i poważniejsze zmiany poprzedzające kataklizm. Nie muszę tego robić. To, co zacząłem, jest jednym z najmniej możliwych do powstrzymania procesów, jakie można sobie wyobrazić. Mimo wszystko rozumiem, jak to jest być samotnym w momencie zagubienia, strachu i niepewności co do przyszłych wydarzeń.

Nie jesteś sama. Nigdy nie będziesz, chyba że tak postanowisz. Wiem, co tak naprawdę liczy się tutaj, podczas końca świata.

Ach, moja kochana. Apokalipsa to rzecz względna, nieprawdaż? Kiedy ziemia drży, dla zamieszkującego ją życia oznacza to zagładę, natomiast Ojca Ziemi nie dotyka w ogóle. Śmierć mężczyzny jest katastrofą dla dziewczynki nazywającej go kiedyś ojcem, ale przestaje mieć znaczenie, jeśli dziewczynka ta nazywała go potworem tyle razy, że określenie to trwale do niego przylgnęło. Bunt niewolnika jest niczym dla ludzi, którzy o nim czytają. To tylko drobne słowa na cienkim papierze, niszczonym powoli przez tryby historii. („A więc byliście niewolnikami. No i co z tego?”, szepczą. Jakby to nic nie znaczyło). Jednak dla ludzi, którzy żyją podczas buntu niewolników – zarówno dla tych, którzy traktują swoją dominację jako coś oczywistego, jak i dla tych, którzy wolą zobaczyć, jak płonie świat, niż pozostać choćby chwilę dłużej na „swoim miejscu”…

To nie jest metafora, Essun. To nie hiperbola. Ja naprawdę widziałem, jak płonie świat. Nie mów mi o niewinnych ofiarach, o niezasłużonym cierpieniu i o zemście. Jeśli siedziba wspólnoty mieści się ponad linią uskoku, to czy winisz jej mury, kiedy w końcu zgniatają mieszkających tam ludzi? Nie, winisz tych, którzy byli na tyle głupi, by sądzić, że mogą wiecznie przeciwstawiać się siłom natury. Cóż, niektóre światy zbudowane są na wulkanach. Nie płacz, kiedy upadają. Reaguj wściekłością na fakt, że w ogóle je tam wzniesiono.

Teraz opowiem ci więc, jak zakończył się tamten świat, Syl Anagist. Opowiem ci, jak ja go zakończyłem, a przynajmniej na tyle dużą jego część, że musiał się odbudować.

Opowiem ci, jak otworzyłem Wrota i odesłałem Księżyc w dal, uśmiechając się przy tym.

Opowiem ci też, jak później, w ciszy nadchodzącego zniszczenia, wyszeptałem:

Teraz.

Teraz.

A Ziemia odpowiedział szeptem:

Płoń.

1Ty, na jawie i we śnie

Dobrze. Przypomnijmy to sobie.

Jesteś Essun, jedyny górotwór na całym świecie, który otworzył Wrota Obelisków. Nikt nie spodziewał się po tobie czegoś tak doniosłego. Należałaś kiedyś do Fulcrum, ale nie byłaś tam wschodzącą gwiazdą tak jak Alabaster. Byłaś dzikuską znalezioną w dziczy, wyjątkową tylko dlatego, że miałaś większy talent niż przeciętny rogga. Zaczęłaś dobrze, a jednak szybko przestałaś robić postępy – bez żadnego wyraźnego powodu. Brakowało ci chęci zdobywania kolejnych osiągnięć, a przynajmniej tak właśnie seniorzy lamentowali za zamkniętymi drzwiami. Rozwijałaś się zbyt szybko jak na sztywne ramy Fulcrum. One cię ograniczały.

Ale to dobrze, bo w przeciwnym razie nie poluzowaliby ci tak smyczy, wysyłając cię na misję z Alabastrem. On zardzewiale ich przerażał. Ty jednak… uważali, że jesteś jednym z bezpiecznych, odpowiednio złamanych i wyszkolonych do posłuszeństwa górotworów, którym nie zdarza się przypadkowo obracać w pył całych miast. A to dobre! Ile miast do tej pory obróciłaś w pył? Jedno po części celowo, trzy inne przypadkiem, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Na pewno nie dla zmarłych.

Czasami wyobrażasz sobie, że to wszystko się nie dzieje. Że nie wpadasz w granatowy obelisk w Allia, a zamiast tego obserwujesz radosne ciemnoskóre dzieci bawiące się na czarnej plaży i jednocześnie się wykrwawiasz, bo czarny nóż Stróża śmiertelnie cię zranił. Wyobrażasz sobie, że nie zostajesz zabrana do Meov przez Antymonę, lecz wracasz do Fulcrum, aby urodzić tam Korunda. Straciłabyś go po urodzeniu i nigdy nie miałabyś Innona, ale prawdopodobnie obaj by teraz żyli. (Pytanie tylko, czy życie Koru w węźle w ogóle można byłoby nazwać życiem). W ten sposób nigdy jednak nie trafiłabyś do Tirimo, nigdy nie urodziłabyś Uchego, aby później umarł pod ciosami ojca, nigdy nie wychowałabyś Nassun, aby później została przez tego ojca porwana, i nigdy nie zniszczyłabyś swoich sąsiadów, którzy próbowali cię zabić. Gdybyś tylko pozostała w swojej klatce, ocaliłabyś tak wiele istnień. Albo gdybyś posłusznie umarła.

A teraz i tutaj, wolna od uporządkowanych, niezmiennych reguł Fulcrum, mogłabyś stać się wielka. Ocaliłaś mieszkańców Castrimy kosztem samej Castrimy; była to niewielka cena w porównaniu z ceną krwi, którą wyegzekwowałaby wroga armia, gdyby udało jej się wygrać. Odniosłaś zwycięstwo, uwalniając skoncentrowaną moc tajemnego mechanizmu starszego niż cała pisana historia (twojego) świata – a ponieważ jesteś tym, kim jesteś, zdobywając tę wiedzę, zabiłaś Alabastra Dziesięciopierściennika. Nie chciałaś tego. Tak naprawdę podejrzewasz, że to on chciał, abyś to zrobiła. W każdym razie Alabaster nie żyje, a cała ta sekwencja wydarzeń sprawiła, że zostałaś najpotężniejszym górotworem na tej planecie.

Oznacza to również, że twoja nowa pozycja opatrzona została datą ważności, ponieważ dzieje się z tobą to samo, co działo się z Alabastrem: zamieniasz się w kamień. Na razie przemiana objęła tylko twoją prawą rękę. Mogło być gorzej. I będzie gorzej, kiedy następnym razem otworzysz Wrota albo kiedy użyjesz więcej tego dziwnego, srebrnego niegórotwórstwa, które Alabaster nazywał magią. Nie pozostawiono ci jednak wyboru. Masz do wykonania zadanie, co zawdzięczasz Alabastraowi oraz tajemniczej frakcji zjadaczy kamieni, usiłującej po cichu zakończyć pradawną wojnę pomiędzy życiem a Ojcem Ziemią. Zadanie, które musisz wykonać, jest łatwiejszym z dwóch, które cię czekają. Wystarczy złapać Księżyc. Załatać Pęknięcie w Yumenes. Skrócić przewidywany obecnie czas trwania Sezonu z kilku miliardów lat do jakiegoś sensownego okresu, który rasa ludzka miałaby szansę przetrwać. A oprócz tego raz na zawsze zakończyć wszystkie Piąte Pory Roku.

A zadanie, które chcesz wykonać? To odnalezienie Nassun, twojej córki. Odebranie jej człowiekowi, który zamordował twojego syna, a ją przeciągnął przez pół ogarniętego apokalipsą świata.

Tu mam dobrą i złą wiadomość. Ale do Jiji jeszcze dojdziemy.

Tak naprawdę nie jesteś w śpiączce. Stanowisz kluczowy element skomplikowanego układu, który potężna siła wprawiła właśnie w ruch i który awaryjnie zamknięto, nie dając mu odpowiedniego czasu na schłodzenie, to bowiem wymagałoby właściwego tajemnochemicznego stanu oporu i mutagennego sprzężenia zwrotnego. Potrzebujesz czasu, aby… uruchomić się ponownie.

Oznacza to, że nie jesteś nieprzytomna. To bardziej stan pół jawy, pół snu, jeśli w ogóle ma to sens. Jakimś sposobem jesteś świadoma pewnych rzeczy, jak choćby kołysania i okazjonalnych szarpnięć. Ktoś wkłada ci do ust jedzenie i wlewa tam wodę. Na szczęście zachowujesz na tyle przytomności umysłu, by gryźć i przełykać, bowiem koniec świata na pokrytej popiołem drodze to niezbyt dogodny czas na szukanie rurki do karmienia. Jakieś dłonie zakładają na ciebie ubranie, a na biodrach wisi ci coś miękkiego – pielucha. Na to również nie jest najlepsza pora i miejsce, ale najwyraźniej ktoś chce zapewniać ci taką opiekę, a dla ciebie to bez znaczenia. Ledwie to zauważasz. Nie odczuwasz głodu ani pragnienia, a wypróżnianie się nie przynosi ci ulgi. Życie trwa. Nie musi towarzyszyć temu entuzjazm.

W końcu okresy jawy i snu stają się łatwiej rozróżnialne. Aż pewnego dnia otwierasz oczy i widzisz niebo nad głową. Kołyszesz się w przód i w tył. Co jakiś czas widok przesłaniają ci szkieletowate gałęzie. Za chmurami majaczy niewyraźny cień obelisku. Podejrzewasz, że to spinel. Po śmierci Alabastra, na powrót przyjąwszy swoją zwykłą, olbrzymią postać, podąża za tobą niczym wierne szczenię.

Po chwili obserwowanie nieba staje się nudne, obracasz więc głowę i próbujesz zrozumieć, co się dzieje. Poruszają się wokół ciebie sylwetki jak ze snu, obleczone w coś biało-szarego… nie. Nie, mają na sobie zwyczajne ubrania, tyle że pokrywa je popiół. Ludzie noszą po kilka warstw odzienia, ponieważ jest zimno – nie na tyle, by zamarzała woda, ale prawie. Od początku Sezonu upłynęły prawie dwa lata – dwa lata bez słońca. Pęknięcie wyrzuca na tereny wokół równika duże masy ciepła, ale nie rekompensuje to braku olbrzymiej kuli ognia na niebie. Mimo wszystko bez Pęknięcia temperatura byłaby znacznie niższa – poniżej temperatury zamarzania. Dobre więc i to.

W każdym razie jedna z pokrytych popiołem postaci zauważyła chyba, że się ocknęłaś, a może wyczuła ruch twojego ciała. Twarz osłonięta maską i goglami zwraca się na chwilę w twoją stronę. Pomiędzy dwoma idącymi przed tobą osobami padają słowa, których nie rozumiesz. Nie należą do obcego języka – jesteś po prostu ledwie przytomna, a rozmowę zagłusza padający wokół ciebie popiół.

Za tobą również ktoś się odzywa. Odwracasz się i dostrzegasz kolejną zamaskowaną twarz w goglach. Kim są ci ludzie? (Nie przychodzi ci do głowy, że mogłabyś się bać. Tego typu pierwotne odruchy, podobnie jak głód i pragnienie, są w tobie całkowicie stłumione). Następnie coś zaskakuje ci w głowie i nagle rozumiesz: leżysz na noszach, niesionych przez cztery osoby i wykonanych z dwóch kijów oraz rozciągniętej między nimi płachty skóry. Jedna z tych osób woła kogoś, a z pewnej odległości dobiegają inne głosy. Wiele głosów. Wielu ludzi.

Kolejny okrzyk gdzieś z oddali i cztery osoby przystają. Spoglądają po sobie i odkładają cię na ziemię – robią to z taką swobodą i wprawą, że musieli wykonywać ten manewr wiele razy. Czujesz, jak nosze łagodnie osiadają na miękkiej warstwie popiołu, pokrywającej grubszą i twardszą warstwę popiołu, pokrywającą coś, co może być drogą. Następnie cała czwórka oddala się i otwiera jakieś sakwy, rozpoczynając rytuał, który dobrze znasz z miesięcy spędzonych na drodze. Przerwa.

Wiesz, jak to wszystko się odbywa. Powinnaś wstać. Zjeść coś. Sprawdzić, czy w butach nie ma dziur ani kamieni, czy na stopach nie pojawiły się pęcherze, czy twoja maska… Chwila, czy masz na sobie maskę? Skoro wszyscy inni je mają… Trzymałaś maskę w swoim ratujworku, prawda? Gdzie jest twój ratujworek?

Ktoś wyłania się z mroku i popiołu. To wysoka postać o szerokich ramionach i kędzierzawej burzy popiołowych włosów. Kuca obok twojej głowy.

– Hmm. A jednak nie umarła. Wygląda na to, że przegram zakład z Tonkee.

– Hjarka – mówisz. Twój głos jest jeszcze bardziej ochrypły niż jej.

Widząc napinający się materiał jej maski, domyślasz się, że się uśmiecha. Dziwnie jest obserwować ten uśmiech bez towarzyszącego mu złowrogiego błysku zaostrzonych zębów.

– Twój mózg jest prawdopodobnie w porządku. A więc przynajmniej wygram zakład z Ykką – rozgląda się wokół siebie i krzyczy: – Lerna!

Usiłujesz podnieść dłoń i chwycić Hjarkę za spodnie. Przypomina to próbę poruszenia góry. Powinnaś móc poruszać góry, dlatego skupiasz się i unosisz rękę na niewielką wysokość – ale nagle zapominasz, co chciałaś powiedzieć Hjarce. Na szczęście ona odwraca się do ciebie i dostrzega twoją uniesioną dłoń. Drżącą z wysiłku. Po chwili zastanowienia wzdycha i chwyta cię za nią, a potem odwraca wzrok, jakby ją to zawstydzało.

– Dzieje… – wykrztuszasz z siebie.

– Niech mnie rdza, jeśli wiem. Nie potrzebowaliśmy jeszcze przerwy.

Nie o to ci chodziło, ale wypowiedzenie reszty wymagałoby zbyt dużego wysiłku. Leżysz więc z dłonią trzymaną przez kobietę, która ewidentnie wolałaby robić coś innego, ale postanowiła okazać ci współczucie, bo uważa, że tego potrzebujesz. To nieprawda, jednak cieszysz się, że przynajmniej się stara.

Z szarości wyłaniają się dwie kolejne postaci, które rozpoznajesz po ich charakterystycznej budowie. Jedna jest szczupłym mężczyzną, a druga przysadzistą kobietą. Ten szczupły zajmuje miejsce Hjarki przy twojej głowie i pochyla się, żeby zdjąć gogle, o których nie wiedziałaś nawet, że masz na twarzy.

– Podajcie mi odłamek – mówi. To Lerna, ale jego słowa nie mają sensu.

– Co? – pytasz.

Ignoruje cię. Druga osoba, czyli Tonkee, uderza Hjarkę łokciem, a ta wzdycha i przebiera w swojej torbie, aż w końcu znajduje jakiś niewielki przedmiot. Podaje go Lernie.

Lerna kładzie ci dłoń na policzku, jednocześnie podnosząc otrzymany przedmiot. Ten zaczyna lśnić znajomym białym blaskiem. Domyślasz się, że to odłamek kryształu z podziemnej Castrimy, który świeci, ponieważ taką właśnie reakcję wywołują w kryształach górotwory, a ten połączony jest z tobą za pośrednictwem Lerny. Sprytne. Używając tego światła, Lerna pochyla się bliżej i patrzy ci w oczy.

– Źrenice zwężają się prawidłowo – szepcze do siebie. Jego dłoń przesuwa się po twoim policzku. – Brak gorączki.

– Czuję się ociężała – mówisz.

– Żyjesz – stwierdza Lerna, jakby to była oczywista odpowiedź na twoją uwagę. Wszyscy mówią dzisiaj językiem, którego nie rozumiesz. – Zdolności ruchowe kiepskie. Świadomość…?

Tonkee pochyla się nad tobą.

– Co ci się śniło?

Brzmi to mniej więcej tak logicznie jak: „Podajcie mi odłamek”, ale próbujesz odpowiedzieć, bo jesteś zbyt nieprzytomna, by uświadomić sobie, że nie powinnaś.

– Miasto – szepczesz. Krzywisz się, kiedy płatek popiołu spada ci na powiekę. Lerna z powrotem nakłada ci gogle na twarz. – I był nad nim obelisk. – Nad nim? – A może w środku. Chyba.

Tonkee kiwa głową.

– Obeliski rzadko unoszą się ponad ludzkimi osadami. Jeden mój kolega z Siódmego miał kilka teorii na ten temat. Opowiedzieć ci o nich?

W końcu dociera do ciebie, że zrobiłaś coś głupiego: zachęciłaś Tonkee do mówienia. Nadludzkim wysiłkiem woli posyłasz jej groźne spojrzenie.

– Nie.

Tonkee spogląda na Lernę.

– Jej oznaki życiowe wydają się w porządku. Może jest trochę ociężała, ale przecież u niej to normalka.

– Tak, dziękuję za potwierdzenie tego faktu. – Lerna kończy robić to, co robił, i siada w kucki. – Spróbujesz się przejść, Essun?

– Czy to nie za szybko? – pyta Tonkee. Marszczy czoło, co widać nawet przez maskę. – Po śpiączce i tym wszystkim?

– Wiesz tak samo jak ja, że Ykka nie da jej dużo więcej czasu na dojście do siebie. Może nawet dobrze jej to zrobi.

Tonkee wzdycha. Ale to ona pomaga Lernie, kiedy ten wsuwa ci rękę pod plecy, żebyś mogła usiąść. Zajmuje wam to całe wieki. W końcu siadasz i natychmiast dostajesz zawrotów głowy, które szybko mijają. Coś jednak jest nie w porządku. Być może to wynik tego, że tak wiele przeszłaś, ale wydaje ci się, że twoja sylwetka jest dziwnie przygarbiona, a prawe ramię zwisa, nienaturalnie ciężkie, jakby…

…zrobione było z…

Och. Och…!

W chwili, kiedy dociera do ciebie, co się stało, wszyscy nagle milkną. Obserwują, jak w miarę możliwości unosisz bark, żeby lepiej móc się przyjrzeć swojemu ramieniu. Jest ciężkie. Bark boli cię podczas wykonywania tego ruchu, mimo że twoja ręka to nadal w większości ciało – może właśnie dlatego odczuwasz ból, że ciężar wisi na tym ciele. Niektóre ścięgna już się przekształciły, ale nadal przyczepione są do zdrowej kości. W panewce stawowej chrzęszczą jakieś szorstkie drobinki. Nie boli to jednak aż tak bardzo, jak byś się spodziewała, wiedząc, co przechodził Alabaster. To już coś.

Pozostała część ramienia, z którego ktoś zerwał rękawy koszuli i kurtki, zmieniła się nie do poznania. Nie masz jednak wątpliwości, że to twoje ramię. Poza tym, że nadal przytwierdzone jest do twojego ciała, ma też dobrze znany ci kształt. Nie jest tak smukłe jak w czasach twojej młodości. Później zrobiłaś się korpulentna, co nadal można poznać po masywności przedramienia i odrobinie tłuszczyku powyżej łokcia. Lecz teraz biceps jest bardziej wyrzeźbiony, niż powinien – to kwestia dwóch lat walki o życie. Dłoń jest zaciśnięta w pięść, a cała ręka lekko zgięta w łokciu. Wykonując co trudniejsze czynności górotwórcze, zawsze miałaś w zwyczaju zaciskać pięści.

Pieprzyk, który kiedyś tkwił na środku twojego przedramienia niczym mały czarny cel, zniknął. Nie możesz obrócić ręki, żeby spojrzeć na swój łokieć, a więc tylko go dotykasz. Pozostałej po dawnym upadku wypukłej blizny nie sposób już wyczuć – tego typu detale zniknęły w zbitej, żwirowatej powierzchni przypominającej niewygładzony piaskowiec. Ulegając być może pokusie autodestrukcji, pocierasz ją, ale na palcach nie zostają ci żadne drobinki – kamień jest twardszy, niż się wydaje. Ma jednolitą szarą barwę, która w niczym nie przypomina twojej skóry.

– To już tak wyglądało, kiedy Hoa przyniósł cię z powrotem – to Lerna, który milczał, kiedy badałaś swoje ciało. Jego głos jest spokojny. – Twierdzi, że potrzebuje twojej zgody, żeby…

Przestajesz pocierać swoją kamienną skórę. Może to szok, może strach pozbawił cię zdolności odczuwania szoku, a może nic tak naprawdę nie czujesz.

– A więc powiedz mi – zwracasz się do Lerny. Wysiłek związany z podniesieniem się i ujrzeniem swojej ręki pozwolił ci trochę dojść do siebie. – Co, jako… ekhm, specjalista, doradziłbyś, żebym z tym zrobiła?

– Myślę, że powinnaś dać do Hoi do zjedzenia albo pozwolić komuś z nas potraktować to młotem kowalskim.

Krzywisz się.

– To trochę drastyczne, nie uważasz?

– Nie sądzę, by cokolwiek mniej drastycznego niż młot kowalski zdołało choćby zarysować to coś. Zapominasz, że miałem dużo czasu na badanie Alabastra, kiedy działo się z nim to samo.

Nagle przypominasz sobie, jak trzeba było wmuszać w Alabastra jedzenie, bo nie czuł już głodu. Ta myśl nie ma związku z tematem, ale po prostu pojawia ci się w głowie.

– Pozwolił ci?

– Nie dałem mu wyboru. Musiałem wiedzieć, czy to jest zaraźliwe, ponieważ wydawało się rozprzestrzeniać po jego ciele. Wziąłem kiedyś próbkę, a on zażartował, że Antymona, ta zjadaczka kamieni, będzie ją chciała z powrotem.

Prawdopodobnie wcale nie był to żart. Alabaster zawsze uśmiechał się w chwilach brutalnej szczerości.

– I oddałeś ją?

– Przyjmijmy, że tak. – Lerna przesuwa sobie dłonią po włosach i otrzepuje je z popiołu. – Posłuchaj, musimy owinąć ci ramię na noc, żeby chłód kamienia nie wyziębił reszty ciała. Skórę w okolicach barku masz mocno naciągniętą. Podejrzewam, że to coś deformuje kości i napina ścięgna; staw nie jest skonstruowany do dźwigania takiego ciężaru. – Waha się przez chwilę. – Możemy usunąć to i dać Hoi później, jeśli chcesz. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy… robić to po jego myśli.

Podejrzewasz, że Hoa znajduje się gdzieś pod waszymi stopami i słucha. Lerna jest jednak dziwnie drażliwy na tym punkcie. Dlaczego? Zgadnij.

– Nie przeszkadza mi, że Hoa to zje – odpowiadasz. Mówisz to nie tylko ze względu na Hoę. Naprawdę tak uważasz. – Jeśli na tym skorzysta, a ja pozbędę się tego czegoś, to dlaczego nie?

W wyrazie twarzy Lerny coś się zmienia. Jego pozbawiona emocji maska nagle się zsuwa, a ty zdajesz sobie sprawę, że obrzydza go wyobrażenie Hoi pożerającego twoje ramię. Właściwie, jeśli tak to ująć, rzeczywiście jest to obrzydliwe. Ale myślenie o tym w ten sposób jest zbyt proste. Zbyt prymitywne. Po wielu godzinach wędrowania pomiędzy komórkami zmieniającego się ciała Alabastra wiesz już, co dzieje się w twoim ramieniu. Patrząc na nie, widzisz srebrzyste nici magii przekształcające twoje nieskończenie małe komórki i twoją energię, ustawiające poszczególne cząstki tak, aby znajdowały się na tej samej linii co inne, i misternie splatające je ze sobą. Czemukolwiek służy ten proces, z pewnością jest zbyt precyzyjny i zbyt potężny, żeby można było uważać go za przypadkowy – albo żeby trawienie tej materii przez Hoę można było rozpatrywać tylko w kategoriach ponurej groteski, co najwyraźniej robi Lerna. Nie wiesz jednak, jak mu to wyjaśnić, a nawet gdybyś wiedziała, nie masz na to siły.

– Pomóż mi wstać – mówisz.

Tonkee delikatnie chwyta twoje kamienne ramię, podtrzymując je, żeby nie wyrwało ci barku. Rzuca Lernie wściekłe spojrzenie, a ten w końcu przełamuje swój opór i znowu wsuwa ci rękę pod plecy. Z pomocą ich dwojga udaje ci się stanąć na nogach, ale nie jest to proste. Dyszysz ciężko, kolana masz jak z waty. Twój krwiobieg nie jest nastawiony do tego wszystkiego zbyt entuzjastycznie, i zaczynasz się chwiać, czując zawroty głowy.

– Dobra, połóżmy ją z powrotem – mówi natychmiast Lerna. Chwilę później znowu siedzisz i brakuje ci tchu, a ramię dziwnie ciągnie w dół cały bark, aż w końcu Tonkee odpowiednio je układa. To coś jest naprawdę ciężkie.

(Twoje ramię. Nie żadne „coś”. To twoje prawe ramię. Straciłaś swoje prawe ramię. Jesteś tego świadoma i wkrótce będziesz je opłakiwać, ale na razie łatwiej ci jest myśleć o nim jako o czymś osobnym. O wyjątkowo bezużytecznej protezie. O niegroźnej narośli, którą trzeba usunąć. To wszystko prawda. Ale równocześnie to twoje zardzewiałe ramię).

Siedzisz tak, dysząc, i pragniesz, żeby świat przestał wirować, a wtedy słyszysz, że ktoś się do was zbliża. Nawołuje, że pora się pakować, że postój dobiegł końca i że przed zmierzchem trzeba pokonać jeszcze osiem kilometrów. To Ykka. Kiedy podchodzi, unosisz głowę i w tej samej chwili uświadamiasz sobie, że uważasz ją za przyjaciółkę. Uświadamiasz to sobie, bo z przyjemnością słuchasz jej głosu i patrzysz, jak wyłania się z wirującego popiołu. Ostatnim razem, kiedy ją widziałaś, znajdowała się w śmiertelnym niebezpieczeństwie – groziło jej pożarcie przez wrogich zjadaczy kamieni, którzy zaatakowali podziemną Castrimę. Był to jeden z powodów, dla których podjęłaś walkę, unieruchamiając napastników za pomocą kryształów – chciałaś, żeby Ykka, wszystkie inne górotwory z Castrimy, a także wszyscy uzależnieni od nich ludzie przeżyli.

Uśmiechasz się więc. To słaby uśmiech. Być może dlatego właśnie boli, kiedy Ykka odwraca się do ciebie, a na jej ustach maluje się ewidentny wyraz obrzydzenia.

Ściągnęła z głowy tkaninę przysłaniającą dolną połowę twarzy. Widzisz tylko szaroczarny makijaż, który nakłada nawet po końcu świata, choć oczy skrywa za prowizorycznymi goglami – to okulary szczelnie owinięte szmatą.

– Kurwa – mówi do Hjarki – nigdy nie pozwolisz mi posłuchać końcówki, co?

Hjarka wzrusza ramionami.

– Chyba że zapłacisz.

Patrzysz na Ykkę, a twój niepewny uśmiech gaśnie.

– Najprawdopodobniej całkowicie wyzdrowieje – stwierdza Lerna. Spokój w jego głosie natychmiast odczytujesz jako przejaw ostrożności. Ostrożności człowieka stąpającego po czynnym wulkanie. – Choć minie jeszcze kilka dni, zanim będzie mogła stanąć na nogi.

Ykka wzdycha, opierając rękę na biodrze i najwyraźniej rozważając całe mnóstwo rzeczy, które chce powiedzieć. Ostatecznie decyduje się na coś równie neutralnego.

– W porządku. Zwiększę rotację osób przy noszach. Ale zadbaj o to, żeby jak najszybciej zaczęła chodzić. W tej wspólnocie każdy sam nosi swój ciężar albo zostaje z tyłu.

Odwraca się i odchodzi.

– No i tak – odzywa się Tonkee szeptem, kiedy Ykka znajduje się już wystarczająco daleko. – Jest lekko wkurwiona za to, że zniszczyłaś geodę.

– Zniszczyłam… – Ach. Zamknięcie zjadaczy kamieni w kryształach. Zamierzałaś wszystkich ocalić, ale Castrima była mechanizmem: bardzo starym i bardzo delikatnym mechanizmem, którego działania nie rozumiałaś. A teraz jesteście na powierzchni i brniecie przez popiół… – Na zardzewiałą Ziemię, tak, zrobiłam to.

– To ty nie wiedziałaś? – Hjarka chichocze. Za tym śmiechem coś się jednak kryje. – Myślałaś, że cała nasza wspólnota wyszła na powierzchnię i maszeruje na północ w zimnie i w popiele dla zabawy? – Odchodzi, kręcąc głową. Nie tylko Ykka jest na ciebie wkurzona.

– Ja nie… – chcesz powiedzieć „Ja nie chciałam”, ale nie robisz tego. Ponieważ nigdy nie chcesz, ale ostatecznie nie ma to żadnego znaczenia.

Lerna spogląda na twoją twarz i wzdycha.

– To Rennisi zniszczyli wspólnotę, Essun. Nie ty. – Pomaga ci usiąść, ale nie patrzy ci w oczy. – Przegraliśmy w chwili, kiedy postanowiliśmy sprowadzić do podziemnej Castrimy wrzątaki, założywszy, że to nas ocali. One nie poszłyby sobie ani nie zostawiłyby tam niczego, co dałoby się zjeść. Zostając w geodzie, bylibyśmy zgubieni tak czy inaczej.

To logiczne. A jednak reakcja Ykki to dowód na to, że logika nie zawsze jest najważniejsza. Nie można odebrać ludziom domów i poczucia bezpieczeństwa w tak nagły, dramatyczny sposób i oczekiwać, że zamiast wpaść we wściekłość, zaczną analizować powody, które to tego doprowadziły.

– Przejdzie im. – W spojrzeniu Lerny dostrzegasz czystość i szczerość. – Skoro ja sobie z tym poradziłem, to oni też sobie poradzą. Trzeba tylko dać im czas.

Nie wiedziałaś, że zdołał poradzić sobie z tym, co stało się w Tirimo.

Lerna ignoruje twój wzrok, a potem daje znać czterem osobom, które zgromadziły się w pobliżu. Leżysz już, dlatego tylko układa kamienne ramię przy twoim ciele i nakrywa je kocami. Noszowi podejmują swoje zadanie, a ty musisz tłumić w sobie górotwórstwo, które teraz, kiedy się obudziłaś, nakłania cię do reakcji przy każdym poruszeniu noszy, jakby to był wstrząs. Kiedy ruszacie przed siebie, w zasięgu twojego pola widzenia pojawia się głowa Tonkee.

– Hej, wszystko będzie dobrze. Mnie też wiele osób nienawidzi.

W ogóle cię to nie pociesza. Frustrujące jest również to, że przejmujesz się tym, co zrobiłaś, i że inni to widzą. Kiedyś byłaś taka nieczuła.

Wiesz jednak, dlaczego już taka nie jesteś.

– Nassun – mówisz do Tonkee.

– Co?

– Nassun. Wiem, gdzie ona jest, Tonkee. – Próbujesz chwycić jej rękę prawą dłonią, a w twoim barku odzywa się miarowe pulsowanie. Słyszysz jakieś dzwonienie. Nie boli, ale przeklinasz samą siebie za ten odruch. – Muszę ją znaleźć.

Tonkee zerka na noszowych, a potem w stronę, gdzie udała się Ykka.

– Mów ciszej.

– Co? – Ykka doskonale wie, że zamierzasz odnaleźć swoją córkę. Była to pierwsza rzecz, którą jej powiedziałaś.

– Jeśli chcesz być zostawiona na poboczu tej zasypanej drogi, to mów dalej.

To, jak również coraz większy wysiłek, którego wymaga powstrzymywanie twojego górotwórstwa, każe ci się zamknąć. Ojej. A więc Ykka jest skrajnie wkurzona.

Popiół dalej pada i w końcu pokrywa twoje gogle, bo nie masz siły ich przetrzeć. W szarości, która nastała, zwycięża potrzeba odpoczynku i znowu zasypiasz. Budzisz się i ocierasz popiół z twarzy, dopiero kiedy noszowi kładą cię na ziemi, a jakiś kamień albo gałąź wbija ci się w plecy. Unosisz się na łokciu i jest trochę lepiej, choć nadal nie stać cię na wiele więcej.

Zapadła noc. Kilkadziesiąt osób rozbija obóz na odsłoniętej skalnej platformie wśród wymizerowanych pozostałości lasu. To miejsce wydaje ci się znajome z czasów twoich górotwórczych badań okolic Castrimy, co pomaga ci się rozeznać w terenie: ten skrawek tektonicznego wzniesienia znajduje się jakieś dwieście siedemdziesiąt kilometrów od geody Castrimy. Wnioskujesz z tego, że wasza podróż musiała się rozpocząć zaledwie kilka dni wcześniej, ponieważ tak duża grupa ludzi może się poruszać w określonym tempie, jak również że jest tylko jedno miejsce, do którego możecie zmierzać, skoro wyruszyliście na północ. Rennanis. Jakimś sposobem mieszkańcy Castrimy musieli się dowiedzieć, że to miasto jest puste i zdatne do zamieszkania. A może po prostu mają tylko taką nadzieję, a na nic innego nie mogą już liczyć. No cóż, przynajmniej w tej kwestii możesz ich upewnić… jeśli zechcą cię słuchać.

Ludzie wokół ciebie przygotowują latryny, okrągłe paleniska i rożny. Rozstawione w kilku miejscach małe, nędzne fragmenty kryształów z Castrimy zapewniają dodatkowe światło; dobrze wiedzieć, że jest tu wystarczająco dużo górotworów, aby je zasilać. Część prac wykonuje się tu mało efektywnie, bo ludzie nie są do pewnych rzeczy przyzwyczajeni, ale większość zadań realizowana jest sprawnie. Zbawienne okazuje się to, że tak wielu mieszkańców Castrimy potrafi radzić sobie w drodze. Twoi noszowi zostawili cię samą i jeśli ktokolwiek zamierza rozpalić ci ogień albo przynieść ci jedzenie, to jeszcze się nie pojawił. Lerna kuca obok niewielkiej grupki leżących ludzi i zaczyna się nimi zajmować. No tak, po tym, jak żołnierze Rennanis wkroczyli do geody, na pewno jest tu wielu rannych.

Nie potrzebujesz ognia i nie jesteś głodna, dlatego bycie lekceważoną na razie ci nie przeszkadza – co najwyżej emocjonalnie. Przeszkadza ci natomiast brak ratujworka. Niosłaś go przez połowę Bezruchu, trzymałaś w nim swoje stare pierścienie, a nawet ocaliłaś go przed spopieleniem, kiedy zjadacz kamieni przechodził metamorfozę w twoim mieszkaniu. Nie trzymałaś tam wielu rzeczy, na których by ci zależało, ale sam worek miał dla ciebie wartość sentymentalną.

No cóż. Każdy coś stracił.

Nagle wyczuwasz obok siebie olbrzymi ciężar materializującej się góry. Pomimo wszystko się uśmiechasz.

– Zastanawiałam się, kiedy się pojawisz.

Hoa stoi nad tobą. Nadal odczuwasz szok, widząc go w takiej postaci: to już bardziej dorosły niż dziecko, a białe ciało zastąpił czarny, żyłkowany marmur. Z drugiej jednak strony łatwo jest postrzegać go jako tę samą osobę – ma te same rysy twarzy, te same obłędne, lodowobiałe oczy, tę samą dziwną postawę i to samo czujne spojrzenie co Hoa, którego znałaś przez ostatni rok. Co takiego się zmieniło, że ten zjadacz kamieni nie wydaje ci się już obcy? U niego zmiany zaszły tylko powierzchownie. U ciebie zmieniło się wszystko.

– Jak się czujesz? – pyta.

– Lepiej – Ramię ciąży ci, kiedy zmieniasz pozycję, żeby na niego spojrzeć, niczym przypomnienie o niepisanej umowie pomiędzy wami. – Czy to ty powiedziałeś im o Rennanis?

– Tak. I ja ich tam prowadzę.

– Ty?

– Na tyle, na ile Ykka mnie słucha. Myślę, że woli, kiedy zjadacze kamieni są jej milczącymi wrogami niż aktywnymi sojusznikami.

Reagujesz na to zmęczonym śmiechem. Ale…

– Czy naprawdę jesteś sojusznikiem, Hoa?

– Nie dla nich. Ykka rozumie jednak również to.

Tak. Prawdopodobnie właśnie dlatego wciąż żyjesz. Dopóki Ykka będzie cię chronić i karmić, Hoa będzie jej pomagał. Jesteś z powrotem w drodze i znowu wszystko jest tylko przedmiotem transakcji. Wspólnota, która kiedyś była Castrimą, nadal istnieje, ale z prawdziwej społeczności zmieniła się w grupę podobnie myślących wędrowców, którzy współpracują ze sobą, aby przetrwać. Być może za jakiś czas, mając nowy dom, którego będzie mogła bronić, znowu stanie się prawdziwą wspólnotą, ale na razie rozumiesz, dlaczego Ykka jest wściekła. Ci ludzie utracili coś pięknego i kompletnego.

Cóż. Spoglądasz na siebie. Nie jesteś już kompletna, ale to, co pozostało, da się naprawić; wkrótce będziesz mogła wyruszyć na poszukiwania Nassun. Jednak po kolei.

– Zrobimy to?

Hoa milczy przez chwilę.

– Jesteś pewna?

– W takiej postaci moje ramię i tak tylko mi przeszkadza.

Rozlega się bardzo cichy dźwięk. Odgłos kamienia, wolno i nieubłagalnie ocierającego się o inny kamień. Potwornie ciężka dłoń spoczywa na twoim w połowie przekształconym ramieniu. Masz świadomość, że mimo ciężaru jest to niezwykle subtelny dotyk, jak na standardy zjadaczy kamieni. Hoa zachowuje się wobec ciebie bardzo delikatnie.

– Nie tutaj – mówi i wciąga cię w głąb ziemi.

Tylko na chwilę. Zawsze dba o to, aby te podróże do wnętrza ziemi były krótkie, prawdopodobnie dlatego, że podczas dłuższego pobytu trudniej byłoby ci oddychać i… nie oszaleć. Tym razem jest to tylko rozmazane wrażenie ruchu, błysk ciemności i bogaty zapach gleby, tak różnej od woni zwałów gryzącego popiołu na górze. Zaraz potem leżysz na innym wzniesieniu skalnym – a może tym samym, na którym rozbijają obóz mieszkańcy Castrimy, ale trochę dalej. Nie widać tu światła ognisk, jest tylko czerwonawy blask Pęknięcia odbijający się w gęstych chmurach. Twoje oczy szybko przyzwyczajają się do półmroku, choć wokół widać jedynie skały i cienie pobliskich drzew. A także ludzką sylwetkę, która kuca teraz obok ciebie.

Hoa delikatnie, niemal z nabożną czcią, ujmuje w dłonie twoje kamienne ramię. Wbrew sobie odczuwasz powagę chwili. Ale dlaczego nie miałaby być poważna? To ofiara wymagana przez obeliski. Bezwzględnie egzekwowana należność, którą musisz uiścić za krwawy dług swojej córki.

– Błędnie to sobie wyobrażasz – mówi Hoa, a ty przez chwilę się martwisz, że czyta ci w myślach. Raczej chodzi jednak o to, że jest stary niczym góry i widzi wszystko na twojej twarzy. – Dostrzegasz tylko to, co utracone, ale coś również zyskaliśmy. To nie taka brzydka rzecz, jak ci się wydaje.

Wygląda na to, że zaraz weźmie się do rzeczy. Pogodziłaś się z tym, ale chcesz zrozumieć.

– W takim razie co to jest? Dlaczego…

Kręcisz głową, nie wiedząc nawet, jakie właściwie powinnaś zadać pytanie. Być może „dlaczego” jest bez znaczenia. Może nie potrafisz tego zrozumieć. Może to nie dla ciebie.

– To nie jest pożywienie. Aby żyć, potrzebujemy tylko życia.

Drugie zdanie jest bezsensowne, dlatego uczepiasz się pierwszego.

– Skoro nie jest to pożywienie, to…?

Hoa znowu powoli się porusza. Zjadacze kamieni nie robią tego zbyt często. Ruch jest czymś, co podkreśla ich przedziwną naturę, podobnie jak w przypadku ludzi, a zarazem bardzo odmiennie. Byłoby łatwiej, gdyby byli bardziej obcy. Kiedy poruszają się w ten sposób, widzisz to, czym byli kiedyś, a ta wiedza stanowi zagrożenie i ostrzeżenie dla wszystkiego, co w tobie ludzkie.

„Dostrzegasz tylko to, co utracone, ale coś również zyskaliśmy”.

Podnosi twoje ramię oburącz, jedną dłoń umieszczając pod twoim łokciem, a palcami drugiej obejmując zaciśniętą, popękaną pięść. Powoli, powoli. W takiej pozycji nie boli cię bark. W połowie drogi do ust przesuwa dłoń przy twoim łokciu, tak aby znajdowała się wyżej. Kamień jego ciała z cichym chrzęstem ociera się o twój. To zadziwiająco zmysłowe, choć przecież niczego nie czujesz.

Następnie twoja pięść dotyka jego ust. Wargi Hoi nie poruszają się, kiedy mówi gdzieś z głębi klatki piersiowej:

– Boisz się?

Zastanawiasz się nad tym przez chwilę. Powinnaś? Ale…

– Nie.

– To dobrze – odpowiada. – Robię to dla ciebie, Essun. Wszystko jest dla ciebie. Wierzysz mi?

Z początku nie jesteś pewna. Pod wpływem impulsu unosisz zdrową rękę i przesuwasz palcami po jego twardym, chłodnym, gładkim policzku. Słabo go widzisz – to czerń na tle ciemności – ale odnajdujesz kciukiem jego brwi i nos, który teraz jest dłuższy niż kiedyś. Hoa powiedział ci kiedyś, że pomimo swojego dziwnego ciała uważa się za człowieka. Dopiero teraz uświadamiasz sobie, że ty również postanowiłaś tak go postrzegać. To sprawia, że cały ten akt jest czymś więcej niż tylko pożywianiem się. Nie jesteś pewna, czym, ale… sprawia wrażenie pewnego daru.

– Tak – odpowiadasz. – Wierzę ci.

Hoa otwiera usta. Coraz szerzej i szerzej, szerzej, niż mogą otworzyć się jakiekolwiek ludzkie usta. Kiedyś się martwiłaś, że są zbyt małe; teraz widzisz, że mogą pomieścić pięść. Ma drobne, równe i diamentowo czyste zęby, które lśnią pięknie w czerwonawym blasku wieczoru. Za tymi zębami jest już tylko ciemność.

Zamykasz oczy.

***

Była w złym nastroju. To z powodu wieku, wyjaśniło mi jedno z dzieci. Ona powiedziała z kolei, że to po prostu kwestia stresu związanego z próbami ostrzeżenia ludzi, którzy nie chcieli jej słuchać, że nadchodzą ponure czasy. Nie chodziło o zły nastrój, ale o zyskany z wiekiem przywilej trzymania się z dala od uprzejmych kłamstw.

„W tej historii nie ma żadnego złoczyńcy”, powiedziała. Siedzieliśmy pod kopułą ogrodu, która na jej życzenie była właśnie tylko kopułą. Sylsceptycy nadal twierdzą, że nie ma żadnego dowodu, by wydarzenia miały się potoczyć zgodnie z jej przewidywaniami, ale ona nigdy wcześniej się nie myliła, a poza tym jest Syl bardziej niż oni. Piła bez, jakby chciała w ten sposób odcisnąć prawdę w związkach chemicznych.

„Nie ma konkretnego zła, które dałoby się wskazać, ani konkretnej chwili, kiedy wszystko się zmieniło – ciągnęła. – Było źle, potem jeszcze gorzej, a potem strasznie, następnie lepiej, a później znowu źle, i wszystko to działo się wciąż od nowa, bo nikt tego nie zatrzymał. A pewne rzeczy można… dostosowywać. Wydłużyć okresy dobre, przewidzieć i skrócić te okropne. Czasami zapobiec tym najgorszym, skupiając się na po prostu złych. Przestałam próbować was powstrzymywać. Nauczyłam swoje dzieci sztuki pamięci, przyswajania wiedzy i przetrwania… żeby mogły doczekać momentu, kiedy ktoś w końcu przełamie ten cykl na dobre”.

Byłam zbita z tropu.

„Ma pani na myśli Pożogę?”

Bo to w końcu o tym przyszłam porozmawiać. Sto lat, jak przewidziała pół wieku temu. Co innego miało teraz znaczenie?

Tylko się uśmiechnęła.

Transkrypcja wywiadu przetłumaczonego z Budowniczego Obelisków typu C, znalezionego w Ruinach Płaskowyżu Tapita nr 723 przez Shinash Innowatorkę Dibars. Data nieznana, autor transkrypcji nieznany. Spekulacja: pierwsza mędrczyni? Notatka osobista: Baster, powinieneś zobaczyć to miejsce. Na każdym kroku skarby historii, większość zbyt zniszczona, by można je odczytać, ale mimo wszystko… Szkoda, że cię tu nie ma.

2Nassun na granicy cierpliwości

Nassun stoi nad ciałem swojego ojca – jeśli w ogóle można nazwać ciałem tę stertę połamanych klejnotów. Chwieje się lekko i czuje zawroty głowy, bo rana w ramieniu – tam, gdzie ojciec ją dźgnął – krwawi obficie. Ugodzenie nożem to konsekwencja żądania ojca: miała się zdecydować, czy chce być jego córką czy górotworem. Nie potrafiła tego zrobić. Odmówiła popełnienia egzystencjalnego samobójstwa. On uznał, że nie pozwoli, aby górotwór dalej cierpiał, żyjąc. W tamtej ostatecznej chwili żadne z nich nie kierowało się złą wolą – było w tym wszystkim jedynie ponure okrucieństwo nieuchronności.

Po jednej stronie Nassun stoi Schaffa, jej Stróż, który spogląda na szczątki Jiji Obrońcy Jekity z mieszaniną zdumienia i chłodnej satysfakcji. Po drugiej stronie znajduje się Stal, jej zjadacz kamieni. Można już nazywać go „jej” zjadaczem, ponieważ przybył do niej w chwili, kiedy go potrzebowała – nie po to, aby jej pomóc, nie, tego nigdy nie robią, ale coś jednak jej podarował. Tym, co jej ofiarował, i czego, jak w końcu sobie uświadomiła, bardzo potrzebowała, jest cel. Nawet Schaffa jej tego nie dał, ale to dlatego, że kocha ją bezwarunkowo. Nassun potrzebuje również miłości, ach, jak bardzo jej potrzebuje, ale w tym momencie, kiedy jej serce jest złamane, a umysł nie potrafi się skupić, pragnie czegoś bardziej… konkretnego.

Dostanie to, czego pragnie. Będzie o to walczyć i zabijać, ponieważ musi to robić – to już nałóg, a jeśli jej się uda, będzie mogła za to umrzeć. W końcu jest córką swojej matki, a poza tym śmierci boją się tylko ci, którzy sądzą, że mają jakąś przyszłość.

W zdrowej ręce Nassun pulsuje ostry, metrowy odłamek kryształu o barwie głębokiego błękitu; jest idealnie gładki, ale przy podstawie jego kształt wydaje się lekko zaburzony i tworzy coś w rodzaju rękojeści. Co jakiś czas ten dziwny długonóż przyjmuje przezroczystą, nieuchwytną i wątpliwie rzeczywistą formę. Jest bardzo rzeczywisty; tylko koncentracja Nassun sprawia, że w jej dłoniach nie zamienia ją w kolorowy kamień, tak jak zrobił z jej ojcem. Dziewczyna boi się, co by się stało, gdyby zemdlała pod wpływem upływu krwi, dlatego bardzo chciałaby wysłać szafir z powrotem w powietrze, gdzie mógłby przyjąć swoją normalną, olbrzymią formę – ale nie może. Jeszcze nie teraz.

W budynku sypialnym znajdują się dwa powody: Umber i Nida, pozostali dwaj Stróże z Odnalezionego Księżyca. Obserwują ją, a kiedy Nassun spogląda w ich stronę, łączące ich srebrne nici nagle zaczynają lśnić. Żadnych słów ani spojrzeń, tylko to milczące porozumienie, które byłoby niedostrzegalne, gdyby Nassun nie była tym, kim jest. Wszystkich Stróżów łączą z ziemią delikatne srebrne wiązki, które przenikają ich ciała wzdłuż nerwów i żył, zespalając się z maleńkimi odłamkami żelaza umieszczonymi w ich mózgach. Te przypominające korzenie nici zawsze tam były, ale być może dopiero dramatyzm chwili sprawia, że Nassun spostrzega, jak bardzo są grube w porównaniu z wiązkami Schaffy. W końcu rozumie też, co to oznacza: Umber i Nida to tylko marionetki w rękach kogoś potężniejszego. Nassun próbowała wierzyć w ich dobre intencje i w to, że ci dwoje są ich sprzymierzeńcami, ale tutaj i teraz, z szafirem w dłoniach i ojcem martwym u swych stóp… Tak, czasami dojrzewanie nie może czekać na bardziej odpowiedni moment.

Nassun zakorzenia więc swój torus głęboko w ziemi, ponieważ wie, że Umber i Nida to wyczują. To tylko odwrócenie uwagi; nie potrzebuje mocy ziemi i podejrzewa, że oni o tym wiedzą. A mimo wszystko reagują: Umber rozkłada ręce, a Nida, która opierała się o balustradę ganku, nagle się prostuje. Schaffa również reaguje: przenosi wzrok na Nassun. Umber i Nida z pewnością to dostrzegą, ale nie da się nic na to poradzić; Nassun nie ma w mózgu kawałka Złej Ziemi, dzięki któremu mogłaby się porozumiewać z innymi. Tam, gdzie zawodzi materia, sprawdza się jednak troskliwość.

– Nida – mówi Schaffa, i to jej wystarczy.

Umber i Nida poruszają się. Robią to szybko – bardzo szybko – ponieważ znajdujące się w nich srebrne kratownice wzmocniły ich kości i mięśnie, dzięki czemu ich ciała zdolne są do wyczynów przekraczających możliwości ludzkiego organizmu. Fala negacji płynie przed nimi z siłą huraganu, natychmiast paraliżując główne płaty sejsod Nassun, ale Nassun jest już w ofensywie. Nie fizycznej; nie może mierzyć się z nimi w tego rodzaju walce, a poza tym ledwie stoi. Wola i srebro to wszystko, co jej zostało.

Dlatego Nassun – jej ciało nieruchome, jej umysł wypełniony przemocą – chwyta srebrne nici wokół niej i splata je w prymitywną, ale skuteczną sieć. (Nigdy wcześniej tego nie robiła, ale nikt też nie powiedział jej, że to niemożliwe). Częścią tej sieci oplata Nidę, ignorując Umbera, bo tak nakazał jej Schaffa. Chwilę później rozumie, dlaczego kazał jej się skupić tylko na jednym z wrogich Stróżów. Srebro, którym oplotła Nidę, powinno unieruchomić ją niczym pajęczyna owada. Nida jednak tylko się zatrzymuje, a potem wybucha śmiechem, podczas gdy coś innego wypływa z niej i tnie powietrze dookoła, rozrywając krępującą ją sieć. Znowu rzuca się w stronę Nassun, ale ona – uchyliwszy się błyskawicznie – chwyta tkwiący w ziemi kamień, aby przebić stopę Nidy. Wstrzymuje ją to tylko na moment. Nida prze naprzód, łamiąc unieruchamiający ją kamień, i biegnie dalej, z odłamkami wystającymi jej z butów. Jedną dłoń trzyma przed sobą niczym szpon, druga jest płaska, jakby utwardzona w ostrze. Od tego, która z nich jako pierwsza dosięgnie Nassun, zależy, jak rozpocznie się rozrywanie ciała dziewczyny gołymi rękoma.

Nassun ogarnia panika. Nie całkowicie, ponieważ w przeciwnym razie straciłaby kontrolę nad szafirem, ale jednak. Czuje surowe, głodne i chaotyczne pulsowanie srebrnych nici wokół Nidy, tak jak jeszcze niczego nigdy nie czuła, i w pewien sposób jest to przerażające. Nie wie, co to dziwne pulsowanie mogłoby jej zrobić, gdyby Nida dotknęła jej odsłoniętej skóry. (Wie za to jej mama). Wykonuje krok do tyłu, w nadziei, że szafirowy długonóż wsunie się pomiędzy nią a Nidę. Zdrową dłoń wciąż zaciska na rękojeści szafiru, ale wygląda, jakby władała nim zbyt wolno i niepewnie. Nida znowu wybucha piskliwym i radosnym śmiechem, ponieważ obie widzą, że nawet szafir nie wystarczy, aby ją zatrzymać. Szponiasta dłoń Nidy wystrzela do przodu, a palce dosięgają policzka Nassun, mimo że dziewczyna robi rozpaczliwe uniki.

Nassun upuszcza szafir i krzyczy, a jej otępiałe sejsody napinają się do granic możliwości. Na próżno.

Tyle że wszyscy Stróże zapomnieli o innym stróżu Nassun.

Stal wydaje się nie poruszać. W jednej chwili stoi, tak jak stał przez dwadzieścia minut, zwrócony plecami do pozostałości po Jiji i wpatrzony w północny horyzont. W następnej chwili znajduje się bliżej, tuż przy Nassun – przemieścił się tak szybko, że dziewczyna słyszy gwałtowne klaśnięcie wypełniającego pustkę powietrza. Rozpędzona Nida zatrzymuje się nagle, z gardłem zamkniętym w uniesionej dłoni Stali.

Wrzeszczy. Nassun godzinami słuchała jej gderania i być może właśnie z powodu tego jej charakterystycznego, przyjemnego głosu zawsze wyobrażała ją sobie jako sympatycznego, ćwierkającego i nieszkodliwego ptaka. Ten wrzask jest jednak wrzaskiem drapieżnika, to brutalność zmieniająca się w furię w chwili nagłego odgrodzenia od ofiary. Nida próbuje się wyswobodzić, ryzykując, że skręci sobie kark, ale uścisk Stali jest silny. Stróżka jest w potrzasku.

Jakiś dźwięk za plecami Nassun każe jej gwałtownie się obrócić. Trzy metry od niej Umber i Schaffa toczą walkę wręcz. Nassun nie widzi, co się tam dzieje. Obaj poruszają się zbyt szybko; ich ciosy są błyskawiczne, okrutne. Kiedy jej uszy wyłapują odgłos ciosu, walczący są już na zupełnie innych pozycjach. Nie potrafi nawet powiedzieć, co dokładnie robią – ale się boi, bardzo się boi o Schaffę. Srebro w Umberze płynie niczym rzeka i nieustannie dodaje mu mocy. Cieńsze strumienie w Schaffie tworzą natomiast dziką plątaninę prądów i wirów, szarpiąc za jego nerwy i mięśnie, rozpalając się nieoczekiwanie w próbach pozbawienia go kontroli. Po skupieniu na jego twarzy Nassun widzi, że Schaffa wciąż nad nimi panuje i że właśnie to go ocaliło: jego ruchy są nieprzewidywalne, strategiczne, przemyślane. A jednak sam fakt, że daje radę walczyć, jest zdumiewający.

To, w jaki sposób kończy pojedynek, wbijając od dołu rękę aż po nadgarstek w szczękę Umbera, jest przerażające.

Umber wydaje z siebie okropny dźwięk i zastyga w bezruchu – chwilę później jego dłoń ponownie sięga do gardła Schaffy; ruch jest tak szybki, że ramię się rozmazuje. Zaskoczony Schaffa wciąga powietrze – tak szybko, że mógłby to być zwykły wdech, ale Nassun słyszy w tym zaniepokojenie – i odparowuje cios, ale Umber nadal atakuje, choć oczy wywróciły mu się białkami do góry, a jego ruchy są rwane, niezdarne. Nassun nagle rozumie: Umbera nie ma już w jego ciele. Jest tam coś innego, co kieruje jego kończynami i odruchami dzięki temu, że główne połączenia nerwowe pozostają sprawne. I tak: w następnym ułamku chwili Schaffa przyciska Umbera do ziemi, wyswobadza rękę i miażdży głowę swojego rywala.

Nassun nie może na to patrzeć. Słyszy trzask – to jej wystarczy. Słyszy, że Umber dalej wierzga, coraz słabiej, ale uparcie, słyszy też cichy szelest ubrania Schaffy, kiedy ten się pochyla. Jeszcze później słyszy coś, co jej matka słyszała po raz ostatni w niewielkim pokoju w należącym do Stróżów skrzydle Fulcrum jakieś trzydzieści lat wcześniej: pękającą kość i rozrywane chrząstki, kiedy Schaffa wciska palce w podstawę strzaskanej czaszki Umbera.

Nassun nie potrafi odciąć się od tych dźwięków, dlatego skupia się na Nidzie, która wciąż próbuje się uwolnić z niewzruszonego uchwytu Stali.

– Ja… ja… – zaczyna. Jej serce zwolniło tylko odrobinę. Szafir mocniej drży jej w dłoniach. Nida nadal chce ją zabić. Wystarczy, aby Stal, który przedstawił się jako możliwy, ale niepewny sojusznik, rozluźnił palce, a wtedy Nassun zginie. Mimo to dziewczynka mówi: – Ja nie chcę cię zabijać – To prawda.

Nida nagle nieruchomieje i milknie. Wściekłość na jej twarzy zmienia się w pustkę.

– Zrobiłam, co musiałam zrobić, po raz ostatni – mówi.

Nassun czuje ciarki na myśl, że wydarzyło się właśnie coś niezrozumiałego. Nie jest pewna co, ale wydaje jej się, że to już nie jest Nida. Przełyka ślinę.

– Ale co zrobiłaś? Kim jesteś?

Wzrok Nidy pada na Stala. Usta zjadacza kamieni z cichym chrzęstem wyginają się w wyszczerzony uśmiech. Zaraz później, zanim Nassun zdąży wymyślić kolejne pytanie, palce Stali zmieniają położenie. Nie rozluźniają się, ale obracają w ten nienaturalnie powolny sposób, który prawdopodobnie ma imitować ruchy ludzi. (Albo je parodiować). Przyciąga dłoń do siebie i obraca nadgarstek tak, żeby Nida stała zwrócona do niego plecami. Podstawa jej czaszki znajduje się teraz przy jego ustach.

– Jest wściekłe – ciągnie Nida spokojnie, choć Nassun nie widzi już jej twarzy – a mimo wszystko być może nawet teraz byłoby skłonne do kompromisu i przebaczenia. Pragnie sprawiedliwości, ale…

– Dostało swoją sprawiedliwość po stokroć – odpowiada Stal. – Nic mu nie jestem winien.

Po tych słowach szeroko otwiera usta.

Nassun znowu się odwraca. Tego ranka, kiedy roztrzaskała własnego ojca na kawałki, pewne rzeczy nadal pozostają zbyt obrzydliwe dla jej dziecięcych oczu. Przynajmniej Nida już się nie porusza, kiedy Stal upuszcza jej ciało na ziemię.

– Nie możemy tu zostać – mówi Schaffa. Nassun z trudem przełyka ślinę i obserwuje, jak stojąc nad zwłokami Umbera opiekun ukrywa coś w zakrwawionej dłoni. Schaffa patrzy na przedmiot z takim samym chłodem, jakim obrzuca tych, których zamierza zabić. – Pojawią się inni.

Dzięki jasności myśli uzyskanej za sprawą wywołanego śmiertelnym niebezpieczeństwem skoku adrenaliny, Nassun wie, że Schaffa ma na myśli innych zanieczyszczonych Stróżów – zanieczyszczonych nie tylko w części, jak sam Schaffa, który jakimś sposobem zdołał zachować odrobinę wolnej woli. Nassun kiwa głową. Czuje się znacznie spokojniejsza, kiedy nikt aktywnie nie próbuje jej zabić.

– A c-co z pozostałymi dziećmi?

Niektóre ze wspomnianych dzieci stoją na ganku budynku sypialnego, obudzone wstrząsem szafira w momencie, kiedy Nassun wezwała go, aby przyjął formę długonoża. Nassun zdaje sobie sprawę, że były świadkami całej tej sceny. Niektóre płaczą na widok swoich martwych Stróżów, ale większość tylko wpatruje się w Schaffę, zszokowana. Jedno z młodszych dzieci wymiotuje obok schodów.

Schaffa mierzy je wzrokiem, a potem zerka na Nassun. Odrobina chłodu nadal bije z jego oczu i można wyczytać z nich to, czego nie wypowiadają jego usta.

– Muszą szybko opuścić Jekity. Bez Stróżów mieszkańcy wspólnoty raczej nie będą tolerować ich obecności.

Albo sam Schaffa ich zabije. Zrobił tak ze wszystkimi napotkanymi górotworami, które nie poddały się jego kontroli. Jeśli górotwór nie jest mu posłuszny, staje się jego wrogiem.

– Nie – wypala Nassun. Odpowiada nie na słowa Stróża, ale właśnie na ten cichy chłód. Na chłód, który teraz się nasila. Schaffa nie lubi, kiedy mówi mu „nie”. Nassun bierze głęboki wdech i poprawia się, próbując zachować spokój:

– Proszę, Schaffa. Ja po prostu… ja więcej nie zniosę.

To czysta hipokryzja. Słowom Nassun zaprzecza milcząca decyzja, którą podjęła przed chwilą, stojąc nad ciałem ojca. Schaffa nie może wiedzieć, co takiego postanowiła, ale kątem oka Nassun dostrzega delikatny, zakrwawiony uśmiech Stali.

Zaciska mocniej usta. Wierzy w to, co powiedziała. To nie jest kłamstwo – nie może znieść okrucieństwa i nieustannych cierpień, o to właśnie chodzi. To, co zamierza zrobić, będzie przynajmniej szybkie i miłosierne.

Schaffa przygląda jej się, a następnie nieznacznie się krzywi; w ciągu ostatnich kilku tygodni Nassun często widziała u niego ten grymas. Po chwili uśmiecha się i podchodzi do niej, ale najpierw zaciska pięść wokół metalowego przedmiotu, który wyjął z Umbera.

– Jak twoje ramię?

Nassun unosi dłoń, żeby go dotknąć. Materiał koszuli nocnej jest mokry od krwi, ale nie przesiąknięty nią zupełnie, a ona może poruszać ręką.

– Boli.

– I jeszcze przez jakiś czas, obawiam się, będzie boleć. – Rozgląda się i podchodzi do zwłok Umbera. Odrywa jeden rękaw jego koszuli (Nassun z nieznaczną ulgą dostrzega, że nie jest on tak zakrwawiony jak drugi), a potem wraca do niej i pomaga jej zawiązać prowizoryczną opaskę wokół ramienia. Mocno ją zaciska. Nassun wie, że tak trzeba i że opaska prawdopodobnie pomoże jej uniknąć szycia rany, ale kiedy ból się nasila, mimowolnie opiera się o niego. Schaffa jej na to pozwala i gładzi ją po włosach wolną dłonią. Druga, zakrwawiona, nadal mocno zaciska się na kawałku metalu.

– Co z tym zrobisz? – pyta Nassun, wpatrując się w jego zaciśniętą pięść. Nie potrafi się powstrzymać i wyobraża sobie coś wrogiego, wysuwającego swoje macki w poszukiwaniu kolejnej ofiary, którą mogłoby zarazić wolą Złej Ziemi.

– Nie wiem – odpowiada Schaffa z ciężkim westchnieniem. – Nie stanowi dla mnie niebezpieczeństwa, ale pamiętam, że w… – Marszczy czoło, wyraźnie próbując przywołać jakieś wspomnienie, które mu umknęło. – Że kiedyś, daleko stąd, przywracaliśmy je do użytku. Podejrzewam, że tutaj będę musiał znaleźć jakieś odizolowane miejsce i tam to porzucić w nadziei, że nikt szybko się na to nie natknie. A co ty zrobisz z tym?

Nassun podąża za jego spojrzeniem utkwionym w szafirowym długonożu, który, niepilnowany, wzbił się za jej plecami w powietrze i teraz unosi się w odległości dokładnie jednej stopy od jej ciała. Porusza się razem z nią, szumiąc cicho. Nassun nie rozumie, dlaczego to robi, choć jego spokojna siła daje jej pewną pociechę.

– Chyba powinnam to odłożyć.

– Jak ty…?

– Po prostu go potrzebowałam. A on wiedział, czego potrzebuję, i zmienił się dla mnie. – Nassun wzrusza ramionami. Bardzo trudno jest opisywać te rzeczy słowami. Chwilę później zdrową ręką chwyta koszulę opiekuna, ponieważ wie, że jeśli Schaffa tak długo milczy, nie oznacza to niczego dobrego. – Co z innymi, Schaffa?

Stróż w końcu wzdycha.

– Pomogę im się przygotować. Możesz chodzić?

Ogarnia ją taka ulga, że przez chwilę czuje się, jakby mogła latać.

– Tak. Dziękuję. Dziękuję, Schaffa.

Opiekun kręci głową, wyraźnie niezadowolony, a jednak znowu się uśmiecha.

– Idź do domu swojego ojca i spakuj wszystko, co może się okazać przydatne, maleńka. Spotkamy się tam.

Nassun się waha. A co, jeśli Schaffa postanowi zabić pozostałe dzieci z Odnalezionego Księżyca…? Ale nie zrobi tego, prawda? Powiedział, że nie.

Schaffa unosi brew, patrząc na nią badawczo, ale spokojnie. To tylko złudzenie. Srebro nadal wije się wokół niego niczym bicz, próbując nakłonić go do zabicia jej. Schaffa musi doświadczać niesamowitego bólu, jednak opiera się temu naporowi od tygodni. Nie zabija jej, bo ją kocha. A jeśli komukolwiek Nassun może ufać, to właśnie jemu.

– Okej – odpowiada mu. – Widzimy się w domu tatusia.

Odsuwając się od niego, spogląda na Stala, który też odwrócił się do Schaffy. W ciągu ostatnich kilku oddechów zjadacz kamieni oczyścił usta z krwi. Nassun nie wie, jak to zrobił. Wyciągnął w ich stronę swoją szarą rękę… Nie – wyciągnął ją w stronę Schaffy. Widząc to, Stróż przechyla głowę, a potem kładzie na dłoni Stali metalowy odłamek. Palce Stali zaciskają się w pięść i powoli wracają do poprzedniej pozycji, tak jakby wykonywał jakąś magiczną sztuczkę. Metalowy odłamek rzeczywiście znika. Schaffa kiwa głową w uprzejmym geście podziękowania.

Jej dwaj potworni opiekunowie, którzy muszą współpracować ze sobą dla jej dobra. A jednak czy Nassun też nie jest potworem? Ponieważ to, co wyczuła, zanim Jija podszedł, aby ją zabić – ten przypływ nieprawdopodobnej mocy, skupiony i nasilony dzięki dziesiątkom zaprzęgniętych do wspólnej pracy obelisków… Stal nazwał to Wrotami Obelisków: potężnym i złożonym mechanizmem stworzonym przez wymarłą cywilizację, która z niewiadomych przyczyn zbudowała również same obeliski. Stal wspomniał też o tak zwanym Księżycu. Nassun słyszała kiedyś historie o tym, że dawno, dawno temu Ojciec Ziemia miał dziecko. To właśnie utrata tego dziecka rozwścieczyła go i sprowadziła na świat Piąte Pory Roku.

Były to opowieści o niemożliwej do spełnienia nadziei, którymi mędrcy próbowali zaintrygować znudzonych słuchaczy. „Pewnego dnia, kiedy dziecko Ziemi powróci…” Zawierała się w tych słowach sugestia, że Ojciec Ziemia może kiedyś zostać udobruchany. Że pewnego dnia Sezony dobiegną końca, a na świecie wreszcie zapanuje spokój.

Tyle tylko, że ojcowie nadal będą próbowali zabijać swoje dzieci--górotwory, zgadza się? Nawet jeśli Księżyc powróci. Nic nigdy tego nie powstrzyma.

„Sprowadź Księżyc z powrotem”, powiedział Stal. Zakończ ból świata.

Niektóre wybory wcale nie są wyborami.

Nassun przywołuje szafir przed siebie. Nie sejszy żadnych konsekwencji likwidacji Umbera i Nidy, ale istnieją inne sposoby na postrzeganie świata. I wśród wodnistych rozbłysków szafiru, który na zmianę zanika i odtwarza się z powodzi srebrnego światła zgromadzonego w sieci krystalicznej, tkwi ledwie dostrzegalna wiadomość, zapisana w postaci równań siły i równowagi, które Nassun rozwiązuje instynktownie za pomocą czegoś innego niż matematyka.

Daleko. Za nieznanym morzem. Jej matka może trzymać klucz do Wrót Obelisków, ale na pokrytych popiołem drogach Nassun nauczyła się, że każdą bramę pokonać można na wiele sposobów – można wyrwać jej zawiasy, przeskoczyć ją albo podkopać. Daleko stąd, po drugiej stronie świata, znajduje się miejsce, gdzie można odebrać Essun kontrolę nad Wrotami Obelisków.

– Wiem, dokąd musimy się udać – mówi Nassun.

Schaffa mierzy ją wzrokiem, a potem zerka to na Stala, to na nią.

– Wiesz?

– Tak. Ale to bardzo daleko – przygryza wargę. – Pójdziesz ze mną?

Schaffa podnosi głowę, uśmiechając się szeroko i życzliwie.

– Gdzie tylko chcesz, maleńka.

Nassun wzdycha z ulgą i również niepewnie się do niego uśmiecha. Następnie odwraca się plecami do Odnalezionego Księżyca oraz jego trupów i schodzi ze wzgórza, ani razu nie oglądając się za siebie.

***

2729 rok imperialny: naoczni świadkowie ze wspólnoty Amand (kwardon Dibba, zachodnie Nomidlaty) donoszą o niezidentyfikowanym rogdze płci żeńskiej, która otworzyła kieszeń gazową w pobliżu miasta. Nie jest jasne, jaki był to gaz. Zabijał na miejscu czy tylko zabarwiał język? Dusił czy zatruwał? A może jedno i drugie? Inny rogga płci żeńskiej rzekomo powstrzymał tę pierwszą i jakoś zatkał ujście gazu. Mieszkańcy Amand zastrzelili je obie, aby zapobiec dalszym incydentom. Kieszeń gazowa została oceniona przez Fulcrum jako istotna – zawarty w niej gaz wystarczyłby do zabicia większości mieszkańców zachodniej części Nomidlatów, a także do zanieczyszczenia gleby. Wiek sprawczyni: około siedemnastu lat. Prawdopodobnie zamierzała się zemścić na rzekomym gwałcicielu swojej młodszej siostry. Wiek dziewczynki, która zasklepiła otwartą kieszeń: około siedmiu lat, siostra tej pierwszej.

Notatki Yaetr Innowatorki Dibars