Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
38 osób interesuje się tą książką
Janka wiedzie całkiem udane życie trzydziestokilkulatki. Mieszka w Katowicach, ma chłopaka, przyjaciółkę z dzieciństwa, pracuje w Empiku. Właśnie zbliża się premiera kolejnej części Wiedźmina i wtedy powraca wspomnienie młodzieńczej miłości: Piotrek. Kiedy poznała go na obozie harcerskim (jako Dżeny, bo nie lubiła swojego imienia), najpierw ją wkurzał, później go spoliczkowała, następnie pocałowała i na tym się skończyło.
I teraz, po latach, pewnego dnia Piotrek staje przed nią. Czy to zwykły przypadek? Co zrobi Janka - która lubi mieć wszystko pod kontrolą - kiedy wszystko jej się spod kontroli wymyka?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 300
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Magdalena Załęcka Copyright © 2026 by Lucky
Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz
Źródło obrazu: Jorge Ferreiro (stock.adobe.com)
Skład i łamanie: Michał Bogdański
Redakcja i korekta: Katarzyna Pastuszka
Wydawnictwo Lucky ul. Żeromskiego 33 26-600 Radom
Dystrybucja: tel. 501 506 203 48 363 83 54
e-mail: [email protected]
Wydanie I
Radom 2026
ISBN 978-83-68684-23-0
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Wszystkim harcerkom i harcerzom,
szczególnie tym z mikołowskiego hufca.
Mam z Wami najlepsze wspomnienia!
Przy innym ogniu, w inną noc,
do zobaczenia znów...
Czapka troszeczkę na bakier,
lecz nie poprawiaj jej.
Polny za uchem masz kwiatek,
duszy rogatej lżej.
Zielony Płomień,Bogusław Choiński, Marek Dagnan
Budzi mnie wibrowanie zegarka. Wyłączam budzik i natychmiast siadam na łóżku. Wiem, że jeśli nacisnę pierwszą drzemkę, będę włączała kolejne, aż w końcu się poddam i wstanę dużo później. A ja nie lubię się poddawać. Jest szósta trzydzieści, na dworze panuje kompletna ciemność, do tego krople deszczu uderzają o parapet. Ach, jak cudownie byłoby wrócić do spania... Mimo wszystko wstaję. Zaścielam swoją połowę łóżka i kieruję się do salonu.
– To co, idziesz ze mną biegać? – Nachylam się nad wystającą spod koca głową przyjaciółki.
– Może jutro... – odpowiada niemal przez sen i zaczyna pochrapywać.
– Od tygodnia tak mówisz. – Cicho się śmieję.
Wiedziałam, że tak będzie. Codziennie pytam Karolę, czy wybierze się ze mną na poranny jogging i codziennie słyszę tę samą odpowiedź. Moja przyjaciółka właśnie rozstała się z facetem. Kolejnym. Nie wiem, czemu trafia na samych dupków, zasługuje na dużo więcej.
– Co jest ze mną nie tak? – wypłakiwała mi się w rękaw, gdy tydzień temu zjawiła się pod moimi drzwiami z walizką.
– To nie z tobą jest coś nie tak, tylko z nimi.
– Racja, faceci są beznadziejni. No, poza tobą, oczywiście – rzuciła od niechcenia do mojego chłopaka, który strategicznie podążał w stronę sypialni. – Ale... skoro ja takich przyciągam, może to jednak moja wina? – spytała płaczliwym głosem.
– No przestań!
– Nie, ale czekaj. Mam wrażenie, że od Kamila zaczęło się moje fatum. Pobawił się mną na obozie, przez rok byliśmy parą, a potem rzucił z dnia na dzień!
– No wiesz... To było dawno i... – zaczęłam, ale Karolina mnie nie słuchała.
– Przez rok po nim cierpiałam! Okrągły rok! Odrzucałam każdego faceta, który się do mnie zbliżył, bo nie byłam gotowa. Cierpiałam jak jakiś pierdzielony Werters...
– Werter chyba.
– Co?
– Werter. Ten, co cierpiał. Cierpienia Młodego Wertera. Werters to były takie cukierki. Werther’s Original.
– Dlaczego mówisz o jakichś cukierkach, jak ja ci tu opowiadam historię swojego życia? – oburzyła się Karolina, a ja pomyślałam, że tę historię to ja znam na pamięć, a teraz to ona odwala co najwyżej histerię. Wolałam się jednak nie odzywać. Powtarzałyśmy ten rytuał po każdym rozstaniu, średnio co kilka, kilkanaście miesięcy.
– A potem pojawił się Robert! – wykrzyknęła, a ja już wiedziałam, że zaczynamy wyliczankę.
– Robert: i chcę i boję się – uzupełniłam.
– A tam! Ciul i pizda po prostu!
– To ciul czy pizda? To się, jakby, no wiesz, wyklucza.
– No nie wiem, w jego wypadku chyba nie. Pół roku! Najlepsze miesiące życia straciłam, czekając, aż coś zrobi.
– Może jednak był gejem?
– Chciałabym – prycha, a potem milknie, wyraźnie próbuje sobie przypomnieć, kto był następny.
– Seba? – podpowiadam.
– Seba! Mogłam się domyślić, że to imię zwiastuje kłopoty!
– Ile on ci kasy ukradł?
– A cholera wie... Codziennie podbierał mi coś z portfela. Zorientowałam się, jak chciałam zapłacić u kosmetyczki i mi zabrakło!
– I zabrał ci telewizor – podpowiadam usłużnie, jednocześnie podając Karoli kolejną chusteczkę.
– Chociaż notatkę zostawił. „Sorry, kiedyś ci zwrócę. Odezwij się, jakbyś potrzebowała ostrego rżnięcia”.
– No Seba orżnął cię elegancko, trzeba przyznać.
– Ale w łóżku szaleństwa nie było – wzdycha Karolina.
– Chyba i tak był lepszy niż...
– Pan Trzy Minuty? – domyśla się i kręci głową z niedowierzaniem.
Skończyłyśmy wyliczankę. Gdzieś pomiędzy był jeszcze jeden mężczyzna. Ten, który miał być na zawsze. To po nim Karolina cierpiała najbardziej. Jego imienia nie wspominamy. Nadal boli.
– No, to powiesz wreszcie, co zrobił Arek? – pytam.
Arek był ostatnim chłopakiem Karoliny. Inteligentny, przystojny, elokwentny, z poczuciem humoru. Ideał – mogłoby się wydawać. Sielanka trwała prawie rok, to całkiem długo, jak na szczęście Karoliny. Mój chłopak nawet chciał obstawiać, kiedy coś jebnie.
– Dymał inne laski na boku!
– Co?! Serio?! Co za dupek! – Prawie krztuszę się herbatą, bo akurat tego zupełnie się nie spodziewałam.
– Żebyś wiedziała! I jeszcze, zdziwiony, oświadczył, że przecież nie obiecywaliśmy sobie wyłączności! A najgorsze, że w jakiś pokrętny sposób miał rację...
– Daj spokój, na związek otwarty też się chyba nie umawialiście, nie?
– No nie... Za to bardzo zachęcał mnie do zamieszkania razem. Mówił, że tak się bardziej opłaca, po co wynajmować dwa mieszkania, jak można jedno, wyjdzie taniej, bardziej eko i nie wiem, co jeszcze. Ale się zdziwił, jak wróciłam i nakryłam go w łóżku z jakąś... wywłoką! Teraz sobie myślę, że on chciał po prostu współlokatorki, którą od czasu do czasu może bzyknąć i która do tego wypierze mu gacie i zrobi obiad!
Wspominam rozmowę sprzed tygodnia, zakładając buty do biegania. Ciekawe, kiedy Karolka znajdzie jakieś lokum. Mnie nie przeszkadza, no ale... Nie mieszkam przecież sama... Spinam włosy i zbiegam po schodach. Gdy wychodzę z klatki schodowej, atakuje mnie chłód. Październik może i jest piękny, i to nie tylko zdaniem Ani Shirley, za to listopad po prostu pizga złem. Zasuwam mocniej polar i ruszam truchtem w stronę Doliny Trzech Stawów, po drodze ustawiając odpowiedni trening w smartwatchu. Jest już po siódmej i blade jesienne słońce wschodzi nad blokami. Lubię ten widok. I lubię biegać. Nic tak nie oczyszcza głowy jak poranna przebieżka. W przyszłym roku mam zamiar wziąć udział w Runmaggedonie, dlatego w ciągu tygodnia nie odpuszczam treningów, nawet jeśli wyjątkowo mi się nie chce. W wolne weekendy celebruję poranki i nie trenuję. Dobrze chociaż, że przestało padać. Niby nie ma złej pogody, ale jeśli mam już wybierać, wolę być mokra od potu niż od deszczu.
Po treningu wskakuję pod prysznic i idę do kuchni. Moja przyjaciółka właśnie szykuje nam śniadanie.
– Miłość twojego życia już poszła – oznajmia, a ja przewracam oczami.
Mam wrażenie, że kiedy Karolinie nie układa się z jakimś facetem, dość uszczypliwie wypowiada się również o moim.
Mówiąc szczerze, nie wiem, czy to miłość mojego życia. Chociaż, zważywszy na nasz staż i niemal kompletny brak innych doświadczeń w tej sferze, chyba mogłabym tak to określić. Jesteśmy ze sobą całe swoje dorosłe życie. Toteż nic dziwnego, że nie zawsze nam się układa. Niestety mam wrażenie, że ostatnio ciągle się mijamy – nie tylko dosłownie.
– Jak tam szukanie mieszkania? – postanawiam zmienić temat.
– A co, masz mnie dość? Nie możecie się bzykać, kiedy macie gościa w salonie? – Karola porusza brwiami i wsuwa do ust łyżeczkę z jogurtem.
– Ty to jednak głupia jesteś. – Rzucam w nią zmiętą serwetką. – To masz coś na oku czy nie?
– A żebyś wiedziała, że mam! I to całkiem niedaleko... Popatrz. – Przysuwa swój telefon tak blisko mojej twarzy, że widzę wyłącznie rozmazaną plamę.
– Na Zawodziu?
– No wiem, że to nie Paderewa, ale nadal blisko i wygląda spoko.
– Cena też nienajgorsza – komentuję.
Muszę przyznać, że Karolina podjęła dobrą decyzję z zainwestowaniem we własne mieszkanie. Odkąd wyprowadziła się od rodziców, zawsze coś wynajmowała – najpierw ze mną, później sama albo z chłopakiem.
– Zadzwonię tam zaraz i spróbuję się umówić na oglądanie. Pójdziesz ze mną, jakby co?
– Jasne, tylko pamiętaj, że nie mam godzinnej przerwy na lunch, więc umów się na popołudnie.
– Dobra, dobra, przecież wiem.
Po jedzeniu ładuję naczynia do zmywarki i wychodzę z domu razem z Karoliną. Jedziemy tym samym busem, Karola wysiada przy KTW, a ja jadę dalej.
Lubię swoją pracę. W miarę. W końcu pracuję z książkami, tak jak chciałam... Co prawda kiedyś wyobrażałam sobie, że zostanę właścicielką własnej księgarnio-kawiarni, albo chociaż zatrudnię się w uroczej małej księgarence, gdzie będę polecała czytelnikom odkryte przez siebie perełki, ale los chciał inaczej. Czy może Wielki Pan Kapitalizm, który sprawił, że lokalne księgarnie nie miały szans z bezdusznymi sieciowymi molochami. Takimi, w których pracowałam. Ale, hej, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zniżki na książki są? Są. Inne benefity pracy w korpo? Powiedzmy. No i nie ukrywam, że to miejsce dobrze mi się kojarzy. W czasach gimnazjum bywałyśmy w Katowicach i w – jeszcze starym – Supersamie kupowałyśmy przypinki ze znaczkami naszych ulubionych zespołów i zabawnymi tekstami. No a Empik... W Empiku zawsze były nowości i zawsze mogłyśmy posiedzieć z wybraną przez siebie książką, nawet jej nie kupując.
Jestem w pracy kilkanaście minut przed czasem. Już od wejścia uśmiecham się do współpracowników. Trafiła mi się super ekipa, a o to w tych czasach niezbyt łatwo. Manager macha mi na powitanie, a potem pokazuje stertę plakatów do powieszenia. Rozkładam jeden z nich.
– Czytałaś Wiedźmina? – pyta.
– Czytałam. Ale już dość dawno... – mówię, przyglądając się plakatowi. – Te okładki to nadal mocny oldschool, nie?
Przypominam sobie, kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po książkę autorstwa Sapkowskiego, i niechciane wspomnienia mnie zalewają. Piotrek Bielicki. Ciekawe, co u niego. Nigdy później nie mieliśmy kontaktu. Pamiętam, że rok po tamtym obozie odbył się Zlot Chorągwi Śląskiej i nawet liczyłam, że go zobaczę. Ale z jego drużyny przyjechało zaledwie kilka osób. Nie było ani jego, ani tego całego Darka. Pewnie, skoro osiągnęli pełnoletność, przestali bawić się w harcerstwo i zaczęli wyjeżdżać sami. Albo z dziewczynami...
Czemu ja w ogóle o tym myślę?
Przeklęty Sapkowski i jego Rozdroże kruków. Przed moimi oczami pojawiają się niechciane obrazy, odkopane z zakamarków pamięci kadry tamtego lata.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
