Kadawer, czyli ciszej nad tą trumną - Marcin Kołodziejczyk - ebook + książka

Kadawer, czyli ciszej nad tą trumną ebook

Marcin Kołodziejczyk

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

ŚWIAT ZSZEDŁ NA PSY.

A człowiek jest na sprzedaż.

Bohater Leon Siermięga nie ma w sobie nic z bohatera. Jest emerytowanym nauczycielem i mieszka w kamienicznej ruderze przy ulicy Niecałej 44.

Z biegiem lat coraz mniej rozumiał świat i teraz nie rozumie go już zupełnie.

Cywilizacja chyli się ku upadkowi, biodro boli, szczęka wypada, pieluchomajtki drożeją – czas umierać.

A jednak nic tak nie pobudza życia jak kilka trupów. I tajemnica.

Dlatego gdy w miejskim prosektorium odkryte zostają okaleczone i zbezczeszczone zwłoki, stary belfer próbuje rozwikłać ich makabryczną zagadkę.

Tymczasem ciał w chłodniach przybywa.

Spieszmy się cenić ludzi, tak szybko przestają nimi być.

Mistrz prozy nieoczywistej Marcin Kołodziejczyk w swojej pierwszej odsłonie kryminalnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 341

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Mar­cin Koło­dziej­czyk, 2026 Copy­ri­ght © by TIME S.A., 2026

Redak­cja: Michał Zarzycki, mza­rzycki@gru­pazpr.pl Korekta: Kata­rzyna Pikosz Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Piotr Tara­siuk

Wydawca: TIME S.A., ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-810-8

Proza Mar­cina Koło­dziej­czyka rzą­dzi się wła­snymi zasa­dami inter­punk­cji.

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach: face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Kada­wer – od łaciń­skiego słowa cada­ver (trup); medyczna nazwa zwłok prze­zna­czo­nych do celów nauko­wych, badaw­czych i dydak­tycz­nych.

Ciała

Była już noc, ciemna i bez­k­się­ży­cowa. Deszcz bęb­nił w szyby i para­pety; nad­cho­dził przy­pły­wami, ata­ko­wał i odstę­po­wał. Wiatr jęczał upior­nie, śpie­wał nie­znaną żałobną pieśń pie­kieł. W tele­wi­zji mówili, że zbliża się powódź, jakiej nie pamię­tają naj­starsi Polacy. I że jesień zda­rzy się latem.

W zakra­to­wane okno kost­nicy szpi­tal­nej zaglą­dała tylko jedna latar­nia sta­rego typu: beto­nowy słup z nie­osło­nię­tym klo­szem na szczy­cie. Deli­kat­nie wypeł­niała ste­rylne i pozba­wione wszel­kich ozdób pomiesz­cze­nie żół­tym i cie­płym, peł­nym cieni świa­tłem.

Kost­nica zda­wała się ist­nieć poza cza­sem. Powie­trze było tu cięż­kie od chłodu i zapa­chu środ­ków dezyn­fe­ku­ją­cych, które – mimo całej swej che­micz­nej mocy – nie potra­fiły zagłu­szyć mdlą­cej woni śmierci. Pach­niało słodko-kwa­śno, a wiatr – szar­piący się na łań­cu­chu pies – nie miał tu dostępu, choć sztur­mo­wał upar­cie. W środku szu­miała kli­ma­ty­za­cja. Cza­sem też żeliwne rury umo­co­wane w rogach pod sufi­tem wyda­wały z sie­bie gło­śne czknię­cie – jakby masy pły­ną­cych nimi cie­czy usi­ło­wały prze­tkać jakiś zator. Ale to było nor­malne – cała dziel­nica cier­piała z powodu prze­sta­rza­łej przed­wo­jen­nej kana­li­za­cji.

* * *

Jedna osza­lała jarze­niówka migała z nie­zdrową nie­re­gu­lar­no­ścią w kącie za prze­pie­rze­niem z gru­bego płótna – nale­żąca do świata przed­mio­tów mar­twych wariatka, która widziała zbyt dużo, żeby móc kie­dy­kol­wiek zasnąć.

Ściany miały kolor posza­rza­łych kości, ich nie­ska­zi­telna czy­stość była jedy­nie cienką błoną zasnu­wa­jącą nie­po­jętą liczbę ludz­kich przy­pad­ków medycz­nych i opo­wie­ści życia, które defi­ni­tyw­nie – po wypa­le­niu się – odsta­wiano tutaj na boczny tor. Każdy cen­ty­metr ściany wie­dział wię­cej, niż zdo­łał zapa­mię­tać.

Meta­lowy stół z nie­rdzew­nej stali, rzeź­biony regu­lar­nymi row­kami odpro­wa­dza­ją­cymi w razie potrzeby krew i płyny ustro­jowe, łyskał smut­nym świa­teł­kiem, odbi­jał blask latarni. Kładł się na niego wiel­kim, przy­tła­cza­ją­cym kon­tu­rem kształt okien­nych krat – kutych w ozdobne sece­syjne kwiaty. Stół przy­po­mi­nał pogań­ski ołta­rzyk ku czci mil­cze­nia.

Nic tu nie było wido­wi­skowe, ani nagłe. Jeśli czymś prze­ra­żało, to spo­ko­jem – obo­jęt­nym i meto­dycz­nym spo­ko­jem pro­ce­dur insty­tu­cji, dla któ­rej umarli to codzien­ność. Cisza nie była gościem, tylko peł­no­praw­nym, zamel­do­wa­nym loka­to­rem. Przy­le­gała do ciał jak naoli­wiony całun i tak pozo­sta­wała – bez odde­chu, bo tutaj się nie oddy­chało. Każdy nie­oswo­jony dźwięk, jaki by się poja­wił – nawet poje­dyn­cza kro­pla roz­bi­ja­jąca się o beton pod­łogi – urósłby do rangi zło­wro­giej wie­ści dobi­ja­ją­cej się skądś głę­boko w pod­ło­dze. Dźwięk byłby bar­dzo nie­po­żą­dany, mógłby obu­dzić coś, co powinno pozo­stać nie­ru­chome i poku­to­wać tu po kres świata.

Ale od kilku dni w tele­wi­zji poka­zy­wali pro­roka Porwaja, który dowo­dził, że świat wła­śnie się koń­czy. Temat chwy­cił i pasjo­no­wał publikę.

* * *

Coś za oknem prze­szyło powie­trze, prze­le­ciało po prze­kąt­nej z dołu w górę, wtedy dopiero wal­nęło głu­cho, bla­sza­nie. Syk­nęło, bły­snęło i zapa­no­wała ciem­ność. Potem roz­legł się cichy, krótki gwizd.

Bez­głos w kost­nicy zgęst­niał i przy­czaił się. Ale w powie­trzu dało się wyczuć, że tak nie zosta­nie – że to jedy­nie cze­ka­nie na sto­sowny czas. Takich rze­czy ni­gdy nie wie się na pewno, nie są wyświe­tlane na żad­nej tablicy ogło­szeń, ani na ekra­nach tele­fo­nów – to raczej natę­że­nie trwogi, zwie­rzęcy instynkt pier­wotny.

Po minu­cie czy dwóch nad kotarą oddzie­la­jącą węż­szą część pokoju uka­zała się stara, poobi­jana, drew­niana pro­teza ręki. Nadziana na kij od szczotki wyło­niła się, powo­lutku powę­dro­wała w górę, pod sufit, na chwilę tam zatrzy­mała, a następ­nie jed­nym małym ruchem przed­ra­mie­nia zbiła sza­mo­cącą się jarze­niówkę. Posy­pało się drobne szkło. Ciem­ność nie ma jakie­goś wła­snego zapa­chu albo kształtu – przej­muje te cechy z oto­cze­nia, w któ­rym panuje, oraz z wyobraźni ludzi żywych.

Ale ta ciem­ność była obez­wład­nia­jąca wła­śnie dla­tego, że dokoła nie było nic żywego. Można było naj­wy­żej spo­dzie­wać się, że krążą gdzieś pod sufi­tem doga­sa­jące myśli tych, któ­rych przy­wie­ziono tu poprzed­niego dnia i nie zdą­żyli jesz­cze wysty­gnąć z nie­po­trzeb­nych już emo­cji. Ciała astralne, mówiły o takich z prze­ką­sem szpi­talne łapi­du­chy. Jed­nak na razie nic się nie działo, zda­wało się, że samo che­miczne powie­trze nasłu­chuje.

Nagle roz­warła się kur­tyna prze­pie­rze­nia i na główną salę tej pocze­kalni śmierci wyto­czył się miękko i bez­sze­lest­nie podłużny wózek do prze­wozu towa­rów. Za nim podą­żyły dwa wózki inwa­lidz­kie. Cała ta upiorna kara­wana na gumo­wych kołach zatrzy­mała się przy stole do sek­cji, wyda­jąc jedy­nie cichutki szczęk zde­rze­nia bla­chy z bla­chą. A potem – niech­że zamilkną śmie­chy nie­do­wiar­ków, a bło­go­sła­wieni niech będą ci, co nie widzieli, a uwie­rzyli – w cał­ko­wi­tej czerni zaszu­miały dobrze naoli­wione szyny umiesz­czo­nych w ścia­nach szu­flad chłod­ni­czych. Odgłosy suwa­nia dobie­gały nie­mal jed­no­cze­śnie z wielu miejsc tej upior­nej szu­flan­dii. Pomiesz­cze­nie zaro­iło się od szep­tów.

Bez­twa­rze, bez­mó­zgie i kaprawe postaci – ale też te cał­kiem młode i przy­stojne, z roz­prutą pier­sią – powsta­wały z pozy­cji leżą­cych. Nie były w sta­nie usiąść, dla­tego chwiały się bez­rad­nie sztyw­nymi kor­pu­sami nad brze­giem szu­flad. Gdzie?, gdzie? – dało się sły­szeć cich­sze od desz­czu szepty.

Kółka jeź­dziły po szy­nach. Dużo wzdy­chano pełną pier­sią, zasta­łym powie­trzem. Ktoś prze­li­czył się w ruchach i gło­śno opadł całym sobą na bla­chę-kwa­sówkę. Wol­ność tego nie­spo­dzie­wa­nego dru­giego życia, już nie tak wygod­nego jak to praw­dziwe, ale jed­nak życia – o dziwo – nie pro­wo­ko­wała do strze­li­stych modlitw, już raczej do pomsto­wa­nia. Bo nic nie było takie samo jak kie­dyś. Wszystko było obrzy­dliwe, zimne i ośli­złe jak udko kur­czaka świeżo wydo­byte ze skle­po­wej folii. Ludzie kle­ili się do rąk. Starsi stu­kali o sie­bie jak drew­niane klocki. Ktoś wymio­to­wał stłu­mio­nymi spa­zmami nad wielką umy­walką, w któ­rej mógłby zmie­ścić się byk.

Wtem, na mgnie­nie, w czarno-sza­ro­ści, do któ­rej już przy­zwy­cza­iło się oko, powstał wysoko ponad inne kobiecy kada­wer bez głowy i rąk. Deszcz aku­rat odstą­pił od okien, jakby z sza­cun­kiem dla tej znę­ka­nej osoby. Kada­wer chwilkę żeglo­wał przez zaduch, poru­sza­jąc się mia­rowo w górę i w dół. Opadł na któ­ryś z foteli inwa­lidz­kich. Za nim poszły jesz­cze dwa inne. Stuk­nęły o bla­chę, pla­snęły o dermę sie­dzisk i ktoś rzu­cił szep­tem: „Bedzie tego, kurwa!”

Do ogar­nię­tego bez­kr­wawą rewo­lu­cją pomiesz­cze­nia wdarł się szary kwa­drat świa­tła. Uka­zał pobo­jo­wi­sko. Potem posze­rzył się nieco z lek­kim skrzy­pie­niem, a przez otwarte drzwi kost­nicy wypry­snęły w pod­ziemne kory­ta­rze szpi­tala dwa wózki inwa­lidz­kie i podłużny wózek z nie­rdzewki.

Sie­działy lub leżały na nich byłe osoby ludz­kie; zwłoki.

Drzwi do świata ciszy zamknęły się z nie­od­gad­nioną lek­ko­ścią. Odbite przez ciem­ność wnę­trze znów pogrą­żyło się w tajem­nicy. Była to ostat­nia przy­goda życia dla kilku bez­i­mien­nych osób.

To

Leon Sier­mięga nic nikomu nie był winien. Z tego faktu czer­pał drobne ele­menty zado­wo­le­nia, ale o rado­ści nie mogło już być mowy. Nie w jego wieku, nie w jego sytu­acji i nie w tym kraju – zwykł narze­kać.

Był paty­ko­waty wzdłuż, pękaty w tyłku, nie­po­go­dzony z łysie­niem i fla­cze­niem skóry. Męż­czy­zna bez urody – po ojcu. Nie­pi­jący – to zna­czy pijący tylko cza­sami. Uty­kał po nie­uda­nej ope­ra­cji bio­dra i były dni, kiedy musiał pod­pie­rać się laską. Stare i wyszmel­co­wane spodnie gar­ni­tu­rowe wyglą­dały na nim tak, jakby wyho­do­wał sobie na sta­rość dru­gie kolana.

Przed paru laty szczęka pękła Leonowi wzdłuż pod­nie­bie­nia i, jeśli się nie pil­no­wał, opa­dała. Żaden domo­wego wyrobu klej, żadna wymu­szana na sobie mimika twa­rzy nie były w sta­nie temu zara­dzić. Jeśli przy­trzy­my­wał pro­tezę języ­kiem przy pod­nie­bie­niu albo celowo wydłu­żał obli­cze tak, by wewnętrzne czę­ści policz­ków objęły zęby w mię­sne klesz­cze, uzy­ski­wał co naj­wy­żej zmianę wyrazu twa­rzy z wynio­słego na przy­ćmiony umy­słowo. Była to więc najczę­ściej twarz nie­ja­sna, nie tyle nawet nie­wiele mówiąca o nastroju wła­ści­ciela, co mówiąca wszystko naraz. Zna­jomi ludzie, spo­ty­ka­jący go na ulicy, prze­waż­nie nie wie­dzieli, czy stary jest dziś bar­dziej za, czy prze­ciw światu. To wywo­ły­wało nie­kiedy drobne akty popło­chu, takie jak bły­ska­wiczne zni­ka­nie sąsia­dów w bra­mach, uda­wa­nie dłu­giego i sta­ran­nego wią­za­nia sznu­ró­wek lub też gapie­nie się w niebo, na gołę­bie.

Szczęka opa­dała zawsze, gdy TO nad­cho­dziło. Leon wie­dział, że TO się zbliża, nauczył się wie­dzieć. Zawsze zaczy­nało się od jakiejś przy­pad­ko­wej złej myśli, w pierw­szej chwili zupeł­nie nie­groź­nej. Z tą myślą cho­dził następ­nie tu i tam, do Lidla na zakupy, na spa­cer z psem, na baza­rek do Wiet­nam­czy­ków po nowe skar­petki i majtki, do urzę­dów, za nasyp kole­jowy, na działki pod wynio­słymi komi­nami elek­tro­cie­płowni, do Celiny na her­batę i chleb z dże­mem, z wędką nad wyschłe gli­nianki – posie­dzieć tam w łopia­nach i słod­kim zapa­chu nawłoci. To był świat Sier­mięgi.

Zła myśl tym­cza­sem rosła w Leonie bez­wied­nie, zata­czała coraz szer­sze kręgi w mózgo­wiu, wra­cała, wra­stała, cze­pliwa jak pną­cze wino­blusz­czu pię­cio­list­ko­wego. I podob­nie jak wino­bluszcz eks­tre­mal­nie odporna na rze­czy­wi­stość i pozo­sta­wia­jąca trwały nalot na pod­łożu.

Leon Sier­mięga nawet lubił te stany, przy­no­siły mu zła­go­dze­nie wszel­kich cech cha­rak­teru, nie wyłą­cza­jąc zabu­rzeń i natręctw. Czuł się jak spra­wie­dliwy wśród naro­dów świata, w tym świec­kim i pozba­wio­nym poli­tycz­nych nale­cia­ło­ści zna­cze­niu.

– Mię­dzy byciem a wyda­wa­niem – mawiał łagod­nie pogo­dzony. – Ja chmura, ty chmura. Duże, łagodne zachmu­rze­nie.

Łagod­ność chmur mogła trwać i kilka dni, zanim Leon nie prze­szedł do roz­wi­kły­wa­nia nie­roz­wią­zy­wal­nych pro­ble­mów, które TO zawsze ze sobą nio­sło. Wtedy nagle poja­wiali się ludzie. Widziani kątem oka, oku­panci skraw­ków chod­ni­ków i czar­nych, otwar­tych jap bram. Ich pomiot przy­cza­jony z paty­kami nad kratką ście­kową – to z braku pia­skow­nic. Gapie z ulicy Nie­ca­łej, zda­niem Leona naj­gor­szy rodzaj ludzi. Coraz wię­cej ludzi.

– Wariat wariuje – mówili.

– Gada sam do sie­bie.

– For­ma­tuje se twardy dysk.

– On z 44. Tam się cyrki dzieją, strach cho­dzić.

– Kie­dyś był bar­dzo porządny czło­wiek, nie można powie­dzieć.

– No. Pro­fe­so­rem był, moją Eurekę uczył.

– Mojego Pla­tonka tak samo.

– Co tu gadać, sta­rość – wzdy­chał ktoś ze zro­zu­mie­niem.

– Midasa też uczył – dorzu­cał ktoś inny z zadumą, bo Midas został szew­cem po przy­ucze­niu w popraw­czaku, a tym­cza­sem nie­oglą­da­jąca się na nic cywi­li­za­cja ska­so­wała zawód szewca i Midas próż­no­wał.

(Nawia­sem mówiąc: Kreon, jego brat, też się obi­jał bez­pro­duk­tyw­nie po życiu, zanim nie zna­lazł zaję­cia w wydziale komu­ni­ka­cji urzędu dziel­nicy).

– Ten Pro­fe­sor to wrak. Narobi se krzywdy, zoba­czy­cie.

– Dzwo­nić?

– Co dzwo­nić? Gdzie? Przy­jadą i go jesz­cze obiją. On nasz.

– Pomóc nie pomo­żesz. On jest ostatni her­bat­nik.

A gdy dzie­ciaki zaczy­nały krzy­czeć „wam­pir, kryj się!” i bie­gały za Leonem po ulicy jak roz­sy­pane ziem­niaki, Sier­mięga osią­gał apo­geum swej chmury i spa­dał na zie­mię z gło­śnym pla­śnię­ciem zamie­ra­ją­cych tka­nek, splą­tany i bez­radny, cał­kiem nagi umy­słowo.

Bez żartu: stary, śli­niący się czło­wiek, psy­cho­nie­ru­chawy, roz­czo­chrany, z opa­dłymi policz­kami i pogry­zio­nymi war­gami, z któ­rych ster­czała na bakier sztuczna szczęka. Ze smy­czą Meli, dawno zmar­łego psa, owi­niętą wokół dłoni. Pośrodku jezdni. W piękny, sło­neczny dzień, w śpie­wie pta­ków i dusz­nym zapa­chu dzi­kich jabło­nek. Z tram­wa­jem cier­pli­wie cze­ka­ją­cym, aż stary zej­dzie z torów. Suche gałązki wplą­tane w jego swe­ter na ple­cach. Wstyd! Pała! Sia­dać!

Po paru takich razach Leon zorien­to­wał się, że praw­do­po­dob­nie cho­dzi o wyso­kie dźwięki. Dzie­ciaki się drą – on wraca na zie­mię. Zbie­rał się wtedy, roz­glą­dał, jak obu­dzony z cięż­kiego snu, przy­cze­sy­wał pal­cami, wci­skał koszulę w spodnie. Potem ktoś z sąsia­dów bez słowa poda­wał mu jego grze­bień, klu­cze od miesz­ka­nia, scy­zo­ryk – zawsze te same rze­czy przy­na­le­żące do czło­wieka za życia. Poza tym wypa­dłe gdzieś za rogiem papiery urzę­dowe, jakieś rachunki za prąd i tele­fon. Po paru dniach ktoś inny przy­no­sił mu pod drzwi zgu­biony w nawło­ciach za torami zega­rek marki Casio, nic nie­wart. Raz nawet odna­le­ziono jego buty – san­dały ze skaju.

Wszy­scy na ulicy Nie­ca­łej wie­dzieli, że Leona nie stać na życie, ale nie daje tego po sobie poznać i tylko unosi się na powierzchni, jak prze­peł­niony dumą spła­wik z korka. Rozu­mieli, bo w ogóle cała ta ulica była zdzia­działa. Leon budził wzru­sze­nie. Ale w związku z tym, że niczym nie gar­dził bar­dziej niż czu­ło­ścią, zwłasz­cza taką, któ­rej sam jest boha­te­rem, natych­miast ata­ko­wał.

– Jak mi który przy­nie­sie pie­nią­dze albo jedze­nie, ubiję! – darł się na całą ulicę, mio­ta­jąc pio­runy z oczu i wyma­chu­jąc pię­ścią.

Głos mu się łamał, wpa­dał w dysz­kant. W takich sta­nach wszystko go mier­ziło, a naj­bar­dziej sam sie­bie mier­ził, oso­bi­ście.

A Nie­cała sie­działa cicho, tylko się przy­glą­dała i cze­kała, aż Leon pój­dzie spać. Leniwy i zgo­dliwy spo­kój ulicy dawał pew­ność, że w tym dniu sprawy już dalej nie zajdą.

* * *

Leon ruszył ulicą w kie­runku kamie­nicy numer 44. Wzbie­rał w nim smu­tek, jak zawsze kiedy TO się koń­czyło. Głowę miał ciężką, słuch przy­tę­piony i bar­dzo się mar­twił z powodu rodzin­nych skłon­no­ści do zmar­twień. Jego matka i dwie ciotki, niech leżą w spo­koju, zmarły na melan­cho­lię. Za to ojciec – skała; wal­czył w Bata­lio­nach Chłop­skich i dostał medal za odwagę. Cała nadzieja Leona w zmar­łym ojcu i jego genach. Chciało mu się pić.

Nie­zmienne oto­cze­nie tego naj­dal­szego przed­mie­ścia, przez któ­rego gorąc Sier­mięga pły­nął jak rybka bez płe­twy, tro­chę koiło, ale nie za bar­dzo. Tutaj nic nie mogło go zasko­czyć, tu wszystko zasty­gło w cza­sie przed wie­loma laty. Trwało. Niby bez zarzutu, na niskim pozio­mie bytu, a wyso­kim pozio­mie sprytu, ale trwało. Cho­ciaż była w tym, ma się rozu­mieć, jakaś pod­po­wierzch­niowa wada. Bar­dziej ete­ryczna – uwa­żał Leon – niż widoma. Ulotny zapach butwy, pleśń, co ze ścian prze­rzuca się na ludzi i zwie­rzęta. Stadna pustka myślowa. Cze­ka­nie na dzia­nie. Raz Sier­mięga chciałby mieć wła­dzę, żeby potrzą­snąć, napra­wić tych ludzi, spo­łe­czeń­stwo! Raz uwa­żał, że ludzie są ska­zani na świec­kie pie­kło i szkoda na nich czasu. Chciało mu się bić.

* * *

Minął zamknięty na zawsze zakład fry­zjer­ski trze­ciej kate­go­rii Karol. W środku, za zacią­gniętą kratą, wszystko pozo­stało w goto­wo­ści – stare i srebrne sto­jące suszarki przy­po­mi­na­jące hełmy kosmo­nau­tów, lustra odbi­ja­jące głowy poroz­wie­sza­nych na ścia­nach pla­ka­tów z ele­ganc­kimi oso­bami. Fotele fry­zjer­skie usta­wione fron­tem do drzwi. Na ścia­nie kartka z cza­sów epi­de­mii kowidu: „każdy klient ma prawo żądać ponow­nej dezyn­fek­cji narzę­dzi”.

Karol fry­zjer był sta­rym, zgryź­li­wym sukin­sy­nem i może dla­tego Leon czuł się kie­dyś dobrze w jego zakła­dzie. Fry­zjer witał go zawsze tak samo: witam z ogra­ni­czoną uprzej­mo­ścią. A że, będąc nomi­nal­nie fry­zjerem męskim, strzygł rów­nież kobiety i dzieci, Leon nama­wiał go, żeby sobie na szyl­dzie napi­sał „fry­zjer męski, żeń­ski i nijaki”. Pro­po­no­wał mu także slo­gan: „trze­cia kate­go­ria, ale pierw­sza klasa”.

Fry­zjer umarł na kowid. Leon był bli­sko śmierci z tego samego powodu, ale się wyli­zał. Stra­cił tylko węch, ale – docho­dząc sam ze sobą do poro­zu­mie­nia w tym tema­cie – uznał, że węch już dawno nie był mu potrzebny na tym śmier­dzą­cym świe­cie.

Minął bar Sió­demka, od któ­rego osten­ta­cyj­nie stro­nił, ale zda­rzało się, że bywał. Dziwne to były wizyty, ponie­waż im czę­ściej Leon sie­dział w Sió­demce, tym bar­dziej uda­wał, że go tam wcale nie ma. Wia­domo: prawo Kubu­sia Puchatka. Obec­nie sine twa­rze z baru gapiły się na Leona przez szybę w przy­cza­je­niu. Przy­spie­szył kroku.

Krok miał teraz zadzier­ży­sty, z furią zarzu­cał sztywną nogą. Nie odwra­cał się. Ple­cami czuł, że na niego patrzą – ale obo­jęt­nie, bez namięt­no­ści. Można powie­dzieć: filo­zo­fo­wie sto­icy. Nawet ich psy gry­zły się z rzadka, głów­nie odda­wały się patrze­niu w dal, zie­wa­niu i liza­niu jąder.

Upał ope­ro­wał, świersz­cze w chasz­czach grały, zawył tram­waj wyjeż­dża­jący z zajezdni, gołę­bie hodow­lane Janóża krą­żyły w błę­ki­cie nad ulicą, jak cekiny – za wysoko, żeby było sły­chać łopot skrzy­deł. I żaden wiatr nie roz­wie­wał tej mono­to­nii.

Tutaj po pro­stu musiało się coś wyda­rzyć.

* * *

Otwo­rzyło się okno na pierw­szym pię­trze kamie­nicy, dwa pię­tra pod miesz­ka­niem Sier­mięgi. Wychy­liła się kudłata głowa Celiny Urniarz. Oczy­wi­ście uliczny głu­chy tele­fon z Nie­ca­łej już podał dalej wia­do­mość, że Leon znów nie ten tego. Że wario­wał.

Celinę Leon lubił, choć nie­zbyt powa­żał – dziwne, poczciwe uczu­cie. „Ufam jej sercu, ale nie ufam roz­sąd­kowi” – zacy­to­wał kie­dyś Celi­nie takie zda­nie z Chan­dlera, ale nie pojęła, że to o niej. Była na trójkę, góra trzy plus. Pro­za­iczna dziew­czyna.

Jej pięty przy­po­mi­nały pumeks, a deli­katny ciemny wąs suge­ro­wał bujne owło­sie­nie także w innych miej­scach ciała. W dłuż­szych zda­niach wyraź­nie bra­ko­wało jej słów, a porów­na­nia i meta­fory dla niej nie ist­niały, a jeśli w ogóle coś czy­tała, to kartki z kalen­da­rza. Cza­sem zapra­szała go do sie­bie, nawet dość czę­sto, pochle­biało mu to. Taka była Celina Urniarz: pro­stota, uczci­wość i nieco roman­sowe oczy.

– Leon, her­baty zro­bi­łam – zawo­łała. – Chodź no, bo mam sprawę.

Celina

Sie­dział przy stole w kuchni i sku­bał brzegi gumo­wa­nej ceraty w kratkę. Krą­żek cytryny tonął w her­ba­cie. Radio, nasta­wione na pań­stwową jedynkę, cicho nada­wało porady ogrod­ni­cze. Nie mówili „czło­wiek”, tylko „osoba”. Nie „kie­rowca”, tylko „osoba kie­ru­jąca pojaz­dem”. Leon Sier­mięga to wychwy­cił i skrzy­wił usta z obrzy­dze­niem. Nie zno­sił współ­cze­snej nowo­mowy.

Szczęka natych­miast wymknęła się spod kon­troli. Odwró­cił głowę do ściany, żeby Celina nie widziała. Popra­wił zęby obu­rącz. Wsa­dził ręce do kie­szeni spodni, żeby osu­szyć palce.

Jego wzrok padł na wiszące nad sto­łem dzieło pacy­ka­rza. Scenka rodza­jowa przed­sta­wia­jąca zagry­za­nie jelonka przez psy myśliw­skie. Sier­mięga znał tego pacy­ka­rza. Nazy­wał się Porwaj. Latem two­rzył w jed­nej z alta­nek na dział­kach robot­ni­czych z wido­kiem na kominy elek­tro­cie­płowni, zimą pił za zaro­bione. Nie rozu­miał per­spek­tywy i za nic miał kom­po­zy­cję. Aż pew­nego dnia jakiś głąb w inter­ne­cie zakrzyk­nął, że Porwaj jest nowy Niki­for. Inni uro­dzeni w cza­sach inter­netu ludzie usta­wili się w kolejce po jego prace. Poza tym pytali pacy­ka­rza, jak żyć.

Głód prze­wod­ni­ków ducho­wych był w spo­łe­czeń­stwie pol­skim ogromny.

– No wiesz – szep­nął Leon. – Wie­szać na ścia­nie takie boho­mazy.

– Mi tam się podoba – Celina wzru­szyła ramio­nami.

– Nie mówi się „mi się podoba”, tylko „mnie się podoba” – jak zwy­kle nie umiał się powstrzy­mać od podob­nych uwag.

W kie­sze­niach nama­cał dwie monety, na czu­cie – dwu­zło­tówki. Uża­lił się nad sobą w cichej skar­dze byłego huma­ni­sty, bez łez. Czuł się jak każdy po stu­diach, kto patrzy na zwy­cię­stwa nie­uków. TO pozo­sta­wiało go zawsze w plu­szo­wym nastroju. TO miało coś wspól­nego z nie­zgodą na upływ czasu. Z żałobą po samym sobie. Wszyst­kie miej­sca dookoła Leona nabrzmie­wały prze­wraż­li­wie­niem.

– Popatrz, Celina, jaki ze mnie strzę­pek – wes­tchnął.

Waliła tale­rzami w zle­wo­zmy­waku, odwró­cona do niego tyłem. Za nic sobie miała glo­balną suszę. Stare rury jęczały i popier­dy­wały w ścia­nach, wysy­sa­jąc Wisłę z brze­gów.

– Jesz­cze tak źle to z tobą nie jest, Leonku – powie­działa, co wie­działa.

Wie­działa, co mówić doga­sa­ją­cemu męż­czyź­nie doma­ga­ją­cemu się uwagi w momen­tach sła­bo­ści nar­cy­stycz­nej, choć pew­nie nie potra­fi­łaby tego nazwać tak pre­cy­zyj­nie.

– Jesz­cze będziesz bry­kał, zoba­czysz – dodała od sie­bie. – Jak młody cie­lak po zie­lo­nym.

Leon mach­nął ręką i skrzy­wił się. Te jej hiper­bole! Wia­domo, że nie ma sta­rych cie­la­ków. I na jakim zie­lo­nym? Na świe­tle? Zresztą co mnie to obcho­dzi?, pomy­ślał. Wycho­wa­nie, poprawna pol­sz­czy­zna, dobry gust? Nie warto wal­czyć z tłu­mem.

* * *

Celina Urniarz była praw­dziwą, zawo­dową, kucharką weselną. Zwy­kle obsłu­gi­wała poła­cie na wschód od mia­sta, w kie­runku Woło­mina. Cza­sem jakieś eks­tra fuchy kuchenne w odle­głych krań­cach kraju. Mówiła o nich „występy”. Z wystę­pów wra­cała ze spuch­nię­tymi nogami i rękami, cza­sem zapła­kana. Jak wtedy, gdy goto­wała na weselu syna pew­nego posła. Nazy­wał się Nie­ro­bisz i trząsł całą Kie­lec­czy­zną. Ale, jak ostat­nio mówili w tele­wi­zji, kole­dzy z par­tii dobrali się Nie­ro­biszowi do dupy i tak skoń­czyła się jego wiel­kość.

Celina nie była ani młoda, ani stara. Jej wiek oscy­lo­wał pomię­dzy trzy­dzie­ści a pięć­dzie­siąt. Są takie ciężko pra­cu­jące kobiety.

– Wesela są naj­nie­bez­piecz­niej­sze ze wszyst­kiego – mawiała.

A kiedy indziej, oparta o kuchenny para­pet i zaga­piona w podwó­rze kamie­nicy:

– Ludzie myślą, że kucharka nic nie widzi, tylko nosi gar­nek.

Była nisko osa­dzona, bli­sko ziemi cie­le­śnie i men­tal­nie, zaradna. Pro­dukt regio­nalny. Sło­wem, jak myślał Leon, Pyza na pol­skich dróż­kach. Zdaje się, że nikogo nie miała. Naj­wy­żej doska­ki­wa­cza, nic na stałe. Ina­czej, myślał Leon, w ogóle by nie gadała z takim dzia­dem jak on. Pocho­dziła ze wsi. Wymie­niła kie­dyś jej nazwę – zapi­sał ją w swoim zeszy­cie z notat­kami.

Celina miała swoje bran­żowe powie­dzonka:

– Cia­sto-pie­niądz – mówiła na przy­kład, a potem przy­glą­dała się Leonowi, son­du­jąc, czy wychwy­cił żart i stop­niowo poka­zy­wała w uśmie­chu coraz dal­sze zęby, aż do bra­ku­ją­cych gór­nych pią­tek. – Ty to łapiesz? Nor­mal­nie mówi się „czas to pie­niądz”, a ja…

Sier­mięga prze­ry­wał jej, macha­jąc ręką znie­cier­pli­wiony.

– Bez wąt­pie­nia masz umysł – mru­czał nad her­batą z cytryną i kromką chleba z dże­mem śliw­ko­wym pro­duk­cji Celiny.

Bywał zło­śliwy i uwa­żał to za prze­jaw żywej inte­li­gen­cji. Inni nie zawsze tak to odbie­rali. Ale jedy­nie umac­niali go w prze­ko­na­niu, że gene­ral­nie ludzie są głupi. Był zda­nia, że kie­dyś wszystko było lep­sze, a ludzie bar­dziej się sta­rali.

Sto­jąc przy zle­wo­zmy­waku, odwró­cona tyłem do gościa, kobieta poru­szała miłymi par­tiami postaci. Leon spo­glą­dał jed­nym okiem, skry­cie. Dru­gim sku­piał się na her­ba­cie. Dla nie­po­znaki mie­szał łyżeczką, gło­śno podźwię­ku­jąc o szklankę. Nauczył się tej sztuczki lata temu, przy­da­wała się w pracy nauczy­ciela. Widział wszystko, co działo się w kla­sie, i wycią­gał wnio­ski, a w razie potrzeby mógł się wszyst­kiego zaprzeć.

– Nie­wąt­pli­wie masz umysł – powtó­rzył gło­śniej.

Drżące ciało Celiny pach­niało pły­nem Ludwik i cebulą. Ręce miała silne, pewny chwyt. Budziła zaufa­nie. Zmy­wa­nie nie miało dla niej tajem­nic. Było jak żon­glerka. Jeśli Leon Sier­mięga czuł do Celiny Urniarz coś głęb­szego, to była to poten­cjal­ność, nie poten­cja. Niczego sobie uczu­cie w jego wieku, jeśli się nad tym zasta­no­wić.

Rury wodo­cią­gowe stę­kały ostat­kiem sił.

– Nic cię nie sły­szę, bo woda leci – krzyk­nęła Celina, uda­jąc, że nic nie sły­szy, bo woda za gło­śno leci.

Leon

Sie­dział już u Celiny Urniarz za długo, nad­uży­wał gościny. Czuł, że wspólne tematy, któ­rych ni­gdy nie mieli za wiele, zupeł­nie się wyczer­pały. Rów­nie dobrze mógłby teraz recy­to­wać z pamięci Juliu­sza Sło­wac­kiego – nic by to nie zmie­niło.

Żółte świa­tło wie­czoru wpa­dało przez uchy­lone kuchenne okno, na para­pe­cie pogru­chi­wały gołę­bie. Firanka uno­siła się łagod­nie, nio­sło się głu­che dud­nie­nie.

– Mia­ła­byś poży­czyć z pięć­dzie­siąt zło­tych? – spy­tał chył­kiem.

Nie usły­szała. Gdzieś w dole, na dnie stu­dzien­nego podwó­rza kamie­nicy, gów­nia­rze­ria grała w piłkę. Albo w kurwę, bo tego słowa naj­czę­ściej tam uży­wano.

– Finan­sowo jestem w sta­dium prze­trwal­nika – powie­dział.

– Co? – spy­tała.

Leon poczuł meta­liczny posmak w ustach. Nerw powra­cał. Pogła­dził języ­kiem górne zęby, a ręką czoło. Naj­wy­raź­niej TO zbli­żało się znów, nic nie mógł pora­dzić. Uchwy­cił rękami kra­wędź stołu. Stary odruch pchał go do okna. Wychy­lić się, zwró­cić uwagę, wezwać rodzi­ców na roz­mowę. Powie­dzieć im, że dzieci klną jak szewcy i że to świad­czy o domu, w któ­rym dora­stają. Sam się musiał zwal­czać, żeby tego nie robić. Wycho­wa­nie mło­dzieży odpu­ścił dawno temu. Niech cha­mieją! Niech nie dekli­nują i nie koniu­gują! Co mu tam?! Niech sobie gniją bez kin­dersz­tuby! Znał ich wszyst­kich co do jed­nego, tych pił­ka­rzy z podwórka. I ich rodzi­ców też.

„Groza, groza”, jak roz­sąd­nie mawiał puł­kow­nik Kurtz z naj­wyż­szego pię­tra kamie­nicy. Cały ten dom to galeon-widmo, myślał Leon. Prze­pływa daleko na hory­zon­cie w upalny dzień, ma roz­myte w słońcu kon­tury. Z brzegu usi­łują tra­fić go z nowo­cze­snych armat, jed­nak widać tylko poje­dyn­cze dymki. Nic nie sły­chać, mil­cze­nie jest cał­ko­wite, a morze spo­kojne jak gli­nianka. Ponie­waż to jest galeon sprzed wie­ków, jego tak naprawdę już nie ma, pły­nie tylko przez czas, do jądra ciem­no­ści.

Piłka tra­fiła Matkę Boską w głowę. Potem w kubeł na śmieci – prze­wró­cił się z bla­sza­nym łosko­tem. Wrza­snął prze­ra­żony kot. Pił­ka­rze zawyli uni­sono. Zawył też pociąg oso­bowy prze­jeż­dża­jący pobli­skim nasy­pem i szyby zadrżały od łoskotu torów. Wybiło to Sier­mięgę z tech­niki wewnętrz­nego pej­za­żo­wa­nia. Do dupy z tymi wizu­ali­za­cjami! Do dupy z całą tą psy­cho­lo­gią dla ubo­gich! Celem psy­cho­lo­gii jest zmniej­sza­nie roz­pa­czy, podobny cel ma zwy­kła wódka! Skutki są podob­nie chwi­lowe. Marni ludzie, pomsto­wał w myślach na sąsia­dów. Nie­wdzięczne, mer­kan­tylne kana­lie! Psi pomiot, debile, ośle łąki, kurwa ich mać!

* * *

Aż się wzdry­gnął z obrzy­dze­nia. Zebrany do skoku, z zamknię­tymi oczami, usi­ło­wał sobie przy­po­mnieć to słowo. Żeby tylko zająć czymś głowę, odwró­cić uwagę. Nie szło. Jesz­cze moc­niej zaci­snął powieki. Pamięć coraz czę­ściej zawo­dziła, za mało w mło­do­ści jadł orze­chów. Cza­sem nawet przez dłu­gie tygo­dnie zapo­mi­nał się umyć. Mózg nie­do­tle­niony i dla­tego. Czło­wiek nie rusza się za mia­sto, nie widzi hory­zontu i dla­tego wszystko.

Teraz, u Celiny za sto­łem, sku­piał się cały na wnę­trzu, żeby się odciąć od zewnę­trza. W środku też była pustka, aż pra­wie wpadł w panikę. Słowo, któ­rego szu­kał, nie wyświe­tlało się na zgru­cho­ta­nym tele­bi­mie przo­do­mó­zgo­wia.

– Co z tobą, Leon? – spy­tała czuj­nie kucharka weselna.

Już jakiś czas temu zakoń­czyła zmy­wa­nie. Stała oparta o szafki, wycie­rała ręce w ścierkę. Bły­skały jej pewne sie­bie, umię­śnione, wymo­czone we wrzątku przed­ra­miona. Patrzyła z tro­ską, ale przy­tom­nie, gotowa nieść pomoc.

– Przy­uspo­kój się tro­chę – pora­dziła po swo­jemu, łagod­nie.

Leon Sier­mięga otwo­rzył oczy. Czuł wstyd, a to jesz­cze bar­dziej go dener­wo­wało. Jeśli cze­goś naprawdę nie­na­wi­dził u Celiny, to tego jej zaafe­ro­wa­nia. Gminna, pomy­ślał, wyba­łu­szona. Na kra­wę­dzi zawo­ła­nia łola­boga! Nie potrze­bo­wał jej pomocy. Na to nie mógł sobie pozwo­lić, żeby potrze­bo­wać. Całe życie radził sobie sam i teraz też tak będzie! Nie da się zapę­dzić do przy­tułku.

Zerwał się od stołu, pra­wie zawył z bólu. Fala sztyw­no­ści prze­szła od bio­dra przez krę­go­słup, aż po jakiś nie­znany punk­cik pod czaszką. Dalej nie poszła, zagnieź­dziła się. Jezus Maria, udar? Spo­cił się cały, twarz też. Posta­no­wił nic po sobie nie poka­zy­wać, drew­nia­nym kro­kiem, wio­słu­jąc nogą, ruszył do wyj­ścia.

Celina bie­gła za nim, zastę­pu­jąc drogę. Cze­piała się ramion, ale strzą­sał ją. Zaglą­dała mu w twarz to z jed­nej, to z dru­giej strony. Te jej prze­jęte stra­chem gminne oczy, ręce zło­żone jak do modli­twy. Palce zaci­śnięte w podwójną pięść.

– Leon? – szep­tała. – W imię Ojca i Syna, co ci? Mam dzwo­nić?

Już wypadł na schody, zła­pał się porę­czy. Sapał, pcha­jąc się na pię­tro, do sie­bie, byle do sie­bie. Na par­te­rze roz­ja­zgo­tała się łysa i histe­ryczna suczka Żało­bo­wej. Jej pani – dawna woźna szkolna – nie miała już sił na spa­cery z psem, pies wypro­wa­dzał się sam i obszcze­ki­wał ludzi. Suczka zapo­wie­trzyła się widocz­nie, bo szcze­kała teraz, jakby bekała. Ponio­sło się w górę z dosko­nałą aku­styką. Z powodu jej psa Leon nie odzy­wał się do pani Żało­bo­wej, choć pra­co­wali kie­dyś w tej samej szkole.

Klatka scho­dowa śmier­działa takimi rze­czami jak: prze­tra­wione piwo, mocz, dym papie­ro­sowy, nie­myte ciała i kadzi­dło kościelne. Okna były aż mleczne od zasta­rza­łego brudu. Tynk odpa­dał ze ścian powy­żej lam­pe­rii, odsła­niał gołe cegły. Na wyso­ko­ści czło­wieka łusz­czyło się w lisza­jach i zacie­kach kil­ka­na­ście kolo­rów farby olej­nej. Cała histo­ria tej spi­sa­nej na straty kamie­nicy. Która już dawno powinna zapaść się pod zie­mię i zostać zaorana! Razem z jej gówno war­tymi loka­to­rami!

Tak myślał Leon, ale oka­zało się, że krzy­czy na całe gar­dło. Aż spod czwórki wychy­liła się skoł­tu­niona głowa Mene­lizy. Sina twarz zdjęta osta­tecz­nym, alko­ho­licz­nym prze­stra­chem. Połą burego szla­froka Mene­liza przy­sła­niała wsty­dli­wie kibić. To była jesz­cze cał­kiem nie­stara kobieta, jeśli nie liczyć zmę­cze­nia. Natych­miast roz­po­znała Leona, szur­nęła nogą i ukło­niła się grzecz­nie.

– Dzień dobry, Pso­rze – powie­działa.

A on piął się i piął w górę po scho­dach, szu­ka­jąc słowa, któ­rego zapo­mniał. Byle dalej od tej Celiny. Która nie odstę­po­wała go, bie­gła wciąż obok i zaglą­dała mu w twarz. I jęczała: Matko Bosko Jedyno! I zała­my­wała te swoje ogromne, zahar­to­wane w ogniu pal­ni­ków gazo­wych łap­ska, wytra­wione w zupie pię­ści – aż do sino­ści pal­ców. Tą poboż­no­ścią tylko Leona roz­ju­szała. Uwstecz­niała go, jak sądził. Bo pomi­ja­jąc napady kli­nicz­nej mizan­tro­pii – jak ten, w któ­rym wła­śnie uczest­ni­czymy – pomi­ja­jąc rwę kul­szową, oste­opo­rozę, ewi­dent­nego Alzhe­imera, zwy­kłą sta­rość, star­czą nie­zad­ba­ność i ataki znacz­nie więk­szego niż prze­ciętne wśród Pola­ków prze­ko­na­nia o wła­snej wyż­szo­ści nad innymi ludźmi, Sier­mięga był w dodatku upar­cie nie­wie­rzący.

* * *

Klu­cze wypa­dły mu z rąk. Wes­tchnął, czyli zawył. Pod­niósł klu­cze, umie­ścił w zamku, z wiel­kim i strasz­nym spo­ko­jem. Prze­krę­cił. Wpadł do swo­jego miesz­ka­nia. Zatrza­snął meta­lowe drzwi przed wiej­skim okiem Celiny.

Trzask był potężny. Znad futryny opadł przed­wieczny kurz i osia­dał leni­wie w kędzie­rza­wych wło­sach Celiny Urniarz. Aż pię­tro wyżej sąsiad Janusz Kowal­ski, sze­rzej znany na ulicy Nie­ca­łej jako Janóż, wysko­czył na schody, wysta­wił złą gębę przez wybite szcze­belki w balu­stra­dzie i krzyk­nął ochry­ple, kon­kret­nie:

– Co jest, kurwa wasza nie­myta?!

Ale Leon Sier­mięga już był cał­kiem spo­kojny. Zapa­lał gaz pod czaj­ni­kiem. Chciało mu się her­baty, bo tej u Celiny nie dopił. Nie lubił nie koń­czyć raz roz­po­czę­tych rze­czy, tak zawsze tłu­ma­czył to uczniom: rzecz każdą należy dopro­wa­dzić do końca, bo jedy­nie wów­czas czło­wiek zasłu­guje na miano czło­wieka.

Czaj­nik zagwiz­dał i plu­nął gwizd­kiem pod ścianę. W tej sekun­dzie przy­po­mniało się Leonowi to cho­lerne słowo. Abu­lia, czyli uwiąd woli. To wtedy, jak już nie możesz nic. Ale nie fizycz­nie, z braku siły, tylko dla­tego, że już nie chcesz móc.

Się­gnął na półkę prze­szklo­nej szafki po stary zeszyt szkolny zawie­ra­jący cytaty z wiel­kich ludzi, notatki oso­bi­ste i złote myśli, i wpi­sał kolejną: możesz, ale nie chcesz móc.

Na półce trzy heba­nowe małpy zaty­kały sobie uszy, usta i oczy.

– Na czym to ja sta­ną­łem? – zasta­na­wiał się Leon.

Wpa­try­wał się w nie­wi­dzącą małpę, a ona powoli odsła­niała oczy.

* * *

– Znowu? – zapy­tała Mene­liza scho­dzącą z góry Celinę Urniarz.

Głos miała piasz­czy­sty, jak pia­sek. Suche oczy świe­ciły wła­snym świa­tłem. Zbo­lała twarz poru­szała się na boki deli­kat­niut­kim waha­dło­wym ruchem, wyra­ża­jąc głę­boko huma­ni­styczny fra­su­nek i zro­zu­mie­nie dla stanu Leona. Zale­żało jej widocz­nie na poka­za­niu ducho­wego powi­no­wac­twa.

Mene­liza rozu­miała deli­rium jak nikt. A gdy czło­wiek raz to zro­zu­mie, to potem myśli, że wszy­scy są deli­ry­kami.

– Sio! – rzu­ciła jej Celina.

Mene­liza deli­kat­niutko zamknęła swoje drzwi, noszące ślady pożaru.

Niecała

Ulica Nie­cała w pełni zasłu­guje na swoją nazwę. Zato­pione w przed­wo­jenny bruk tory tram­wa­jowe ury­wają się tu nie­odwo­łal­nie, zalane byle jak asfal­tem. Zresztą i tak dal­sza podróż ulicą ni­gdy nie była moż­liwa. Sta­wał jej na prze­szko­dzie wysoki nasyp kole­jowy linii wschod­niej, mał­kiń­skiej, i zamy­kał hory­zont w poprzek.

Pół wieku temu na Nie­całą zbłą­dził papież. Był to jeden z tych wysoko posta­wio­nych sług bożych, któ­rzy od czasu do czasu upie­rają się skon­tak­to­wać na żywo z praw­dzi­wym czło­wie­czeń­stwem. Obej­rzeć byt, jakim w isto­cie jest, poob­co­wać wzro­kowo i poma­chać mu ręką. Meta­fo­rycz­nie przy­gar­nąć ubo­gich do serca. Gdyby sam Pan Jezus żył, rów­nież nie­wąt­pli­wie uko­chałby Nie­całą całym ogro­mem swej miło­ści, więc co się dzi­wić papie­żowi?

Aby ojciec święty nie wytrząsł się zbyt­nio na kocich łbach, ulicę Nie­całą zalano asfal­tem. W ten spo­sób ziścił się świecki cud. Bo wcze­śniej, gdy miesz­kali tu jesz­cze porządni ludzie, rze­mieśl­nicy, wła­dza kon­se­kwent­nie im asfaltu odma­wiała. Były bar­dziej palące potrzeby gdzieś w głębi mia­sta, wciąż bra­ko­wało środ­ków.

Sąsie­dzi z domu numer 44 przy­cho­dzili do Leona Sier­mięgi, wów­czas mło­dego, rzut­kiego nauczy­ciela pol­skiego i wuefu w pod­sta­wówce, pytać, jak należy rozu­mieć słowo „środki”. Tłu­ma­czył, że cho­dzi o pie­nią­dze. I że „środki” pisze się wtedy, kiedy chce się wyjść na waż­niaka i zamy­dlić ludziom oczy, a pie­nię­dzy nie dać.

Podob­nie, tłu­ma­czył, jak mówi się „ojciec święty”, kiedy tak naprawdę cho­dzi o zwy­kłego księ­dza die­ce­zji rzym­skiej, ubra­nego na biało. Jed­nak od wizyty papieża, przez kilka kolej­nych lat, dopóki się­gnęła pamięć tego wznio­słego wyda­rze­nia, kamie­nica 44 mówiła z usza­no­wa­niem, że ojciec święty zała­twił środki na asfal­to­wa­nie.

Bo też nie miesz­kali tu żadni nie­wie­rzący cynicy, prócz Sier­mięgi. Każ­dej nie­dzieli odświęt­nie ubrani sąsie­dzi odby­wali rytuał wypraw modli­tew­nych do para­fial­nej bazy­liki. A Leon, zwany Pro­fe­so­rem, z wędką na ramie­niu, uda­wał się osten­ta­cyj­nie w prze­ciwną stronę, na gli­nianki za torami. Wie­rzą­cym wypo­mi­nał gło­śno i z prze­śmie­chem ple­mienne zdy­scy­pli­no­wa­nie.

– Życie para­fiań­skie – rzu­cał i pod­kre­ślał, że to słowa Cze­chowa.

A oni do niego mil­czeli z taką wyż­szo­ścią, jak to tylko pro­sty czło­wiek potrafi. Nazy­wali go po cichu komu­ni­stą. Kamie­nica ni­gdy tak naprawdę nie lubiła Leona, jedy­nie sza­no­wała go ze stra­chu i z przy­zwy­cza­je­nia.

* * *

I jakoś wcale nie prze­szka­dzało wtedy ludziom, że asfalt nie się­gnął ich kamie­nicy. Koń­czył się ze sto metrów wcze­śniej, gdzie papie­ski samo­chód mógł bez­piecz­nie zawró­cić do cen­trum mia­sta wła­ści­wego. Dalej Nie­cała zwę­żała się, bo już ni­gdzie się stąd nie spie­szyła. Mię­dzy kamie­nicę pod nume­rem 44 a nasyp kole­jowy zdo­łał wci­snąć się jesz­cze tylko mały zakład kamie­niar­ski. Za siatką oddzie­la­jącą go od ulicy pre­zen­to­wał swój osta­teczny asor­ty­ment z lastriko i żela­zo­be­tonu. Nosił nazwę Eden. I to był już koniec – tak czy ina­czej. Godna zawrotka papie­ska byłaby w tym miej­scu i nie­wy­ko­nalna, i mało atrak­cyjna pro­pa­gan­dowo.

Papież przy­je­chał i odje­chał, a Nie­cała pozo­stała samiutka na nowe zawsze. Mijały dzie­się­cio­le­cia. Zmie­niały się ustroje poli­tyczne, loka­to­rzy kamie­nicy, papieże w Rzy­mie, pre­zesi spół­dzielni miesz­ka­nio­wych, świat, biz­nes, całe to mia­sto. I wyda­wało się, że tylko numer 44 z Leonem, jako ostat­nim z daw­nych loka­to­rów, stoi nie­tknięty. Jed­nak to nie była prawda. Nawet ludzie i domy, które budo­wano, żeby prze­trwały wojny, potrze­bują miło­ści.

Cała Nie­cała, prze­pra­szam za rym, się sypała. A kamie­nica numer 44 naj­bar­dziej. Od czasu do czasu jakieś mil­czące komi­sje budow­lane przy­cho­dziły ją oglą­dać, ale nic z tego nie wyni­kało dla ludzi.

Jeśli podzi­wia­cie stare domy, weź­cie pod uwagę, czy opie­rają się cza­sowi z dumą, czy już tylko z pokorą. Róż­nica jest mery­to­ryczna.

Janóż

Codzien­nie po prze­bu­dze­niu – a już zwłasz­cza kiedy prze­sy­piał w mali­gnie kilka dób z rzędu – Leon Sier­mięga spę­dzał dłuż­szą część poranka na docho­dze­niu do poro­zu­mie­nia sam ze sobą. Strasz­nie nie chciało się żyć. Wpierw pra­co­wał nad głową, w któ­rej nie­po­wią­zane myśli goniły się jak wiej­skie burki w rui. Wyglą­dało na to, że wszystko, co Pro­fe­sor kie­dy­kol­wiek w życiu usły­szał, obej­rzał lub prze­czy­tał, spa­dło z pó­łek jed­no­cze­śnie. Zawa­lona biblio­teka.

Teraz był koniec maja, upal­nie. Zza okna docho­dziły meta­liczne szcze­ka­nia mega­fonu. Coś się zbli­żało, prze­szka­dzało myśleć. Trzy moż­li­wo­ści wcho­dziły w grę.

Pierw­sza: samo­chód z wodo­cią­gów, z wie­ścią, że z powodu nie­pla­no­wa­nej awa­rii rur znowu wyłą­czają wodę na tydzień. Sfor­mu­ło­wa­nie „nie­pla­no­wana awa­ria” zawsze wypro­wa­dzało z rów­no­wagi polo­ni­stę w Leonie.

Druga: lodziarz, czyli młody facet prze­brany za przed­wo­jen­nego lodzia­rza, obo­wiąz­kowo w kasz­kie­cie i kra­cia­stej mary­narce. Idiota – według Leona. Cho­ciaż sam lodziarz wolał, kiedy nazy­wano go „kolo­ry­tem”.

I wresz­cie trze­cia moż­li­wość: te cho­lerne, nowo­cze­sne grupy spa­ce­rowe. Skrzy­ki­wali się przez inter­net i cho­dzili po Nie­ca­łej, podzi­wia­jąc jej nie­gdy­siej­sze roz­wią­za­nia pla­ni­styczne. Ale głów­nie, jak mówił Leon sąsia­dom, ludzie ci, cho­dząc, popra­wiali sobie dobro­stan. Czer­pali morze rado­ści z pro­stego faktu, że sami nie muszą tu miesz­kać.

Raz nawet, gdy znaj­do­wał się w wyjąt­kowo pod­łym uspo­so­bie­niu, Leon zagad­nął Janóża z ostat­niego pię­tra kamie­nicy, czy nie dałoby się nauczyć tych spa­ce­ro­wi­czów moresu.

– Czego? – zain­te­re­so­wał się Janóż, który aku­rat ssał zapałkę.

– Dys­cy­pliny – uści­ślił Sier­mięga.

– Czyli że nakłaść po mor­dzie? – dopre­cy­zo­wy­wał sąsiad.

Leon lekko prze­chy­lił głowę, był to ruch nie­okre­ślony. Janóż pojął w czym rzecz i zapy­tał, za ile. Stary, prze­ko­nany, że wciąż świet­nie orien­tuje się w paję­czych niu­an­sach dziel­nicy, w któ­rej spę­dził przy­tła­cza­jącą więk­szość życia, zaofe­ro­wał jako zapłatę za fatygę pół litra wódki. Janóż odrzekł hono­rowo, że to mu nic nie mówi, ponie­waż oso­bi­ście od dawna nie spo­żywa alko­holu.

W przy­szło­ści już nie kon­ty­nu­owali tej roz­mowy. Po pro­stu sta­nęło na tym, że Janóż patrzył na Leona z taką jakby wyż­szo­ścią. A Pro­fe­sor bole­śnie zdał sobie sprawę z głębi zmian oby­cza­jo­wych, jakie tar­gnęły świa­tem w ostat­nich latach. Rozu­miał mniej i mniej, i mniej każ­dego dnia.

Leon Sier­mięga i upływ czasu to były dwie cał­ko­wi­cie różne bajki. Choć oczy­wi­ście każdy wie, że była to ta sama bajka, ze smut­nym dla wszyst­kich sta­rych ludzi mora­łem.

* * *

Ponow­nie, jak co rano, prze­graw­szy z tłu­mem myśli, Leon pozo­stał przy wsty­dzie jako domi­nu­ją­cym uczu­ciu. Nie­po­trzeb­nie zaga­dy­wał wtedy Janóża. Ten chło­pak, pod­sta­rzały już syn dwojga jego daw­nych uczniów, z wyglądu drob­niutki cie­lęcy blon­dyn, od dzie­ciaka był pod­ręcz­ni­ko­wym przy­kła­dem cze­goś, co w pokoju nauczy­ciel­skim szkoły, w któ­rej pra­co­wał Leon, okre­ślano „zanie­cha­niem rodzi­ciel­skim”. Pro­fe­sor, cytu­jąc sta­rego dobrego Boya, mawiał o Janu­szu Kowal­skim, że jest „nie­zbyt pochopny do mózgo­wego wysiłku”. Nato­miast, co miało się wkrótce oka­zać i co zawa­żyło na całym jego życiu, Janóż posia­dał czułe i zwinne dło­nie pia­ni­sty-wir­tu­oza.

Opuszki jego pal­ców zdra­dzały jakieś zupeł­nie nie­opi­sy­walne w tam­tych cza­sach połą­cze­nie neu­ro­nowe ze słu­chem i ogól­niej, z wyczu­wa­niem nastro­jów oto­cze­nia. Chło­pak był sen­so­rem, zanim jesz­cze powstała elek­tro­nika. Potra­fił wstrzy­mać oddech na tak długo, że sum prę­dzej wypły­wał na powierzch­nię niż on. Jak hura­gan prze­szedł więc całą dostępną w dziel­nicy drogę roz­woju: od piw­nic, przez samo­chody i miesz­ka­nia, po insty­tu­cje pań­stwowe i pry­watne. Yale’owski zamek potra­fił otwo­rzyć spi­na­czem do papieru w mniej niż minutę.

Potem oczy­wi­ście Janóż się popsuł. Towa­rzy­stwo, w któ­rym się obra­cał, stra­ciło klasę i donio­sło na niego, a po wię­zie­niu Janóż poszedł w taką codzienną drob­nicę zło­dziej­ską, że szkoda gadać. Na przy­stanku tram­wa­jo­wym pod bazy­liką, uzbro­jony w nóż kuchenny, wyry­wał sta­rusz­kom torebki. Stąd wzięła się jego obecna ksywa. A pomy­śleć, że kie­dyś wołali na niego Mefi­sto. Każdy wie, co może zro­bić wódka wraż­li­wemu czło­wie­kowi.

– Pro­po­no­wać takiemu indy­wi­duum pół litra, idiota! – gło­śno zży­mał się na sie­bie Leon Sier­mięga w trak­cie zwle­ka­nia lewej nogi, tej kule­ją­cej, z łóżka.

W ogóle nie chciała dziś zła­pać mocy.

– Trzeba było od razu zacząć od litra, może wtedy byśmy do cze­goś doszli – łajał się stary Pro­fe­sor.

Spacerowicze

Bo też ci inter­ne­towi spa­ce­ro­wi­cze naprawdę byli dener­wu­jący. Sami dobrze odży­wieni czter­dzie­sto­lat­ko­wie, fine­zyj­nie przy­strzy­żone siwie­jące brody. Dziad­kowe kar­di­gany noszone z dumą. Albo z fiku­śnym zdzi­wie­niem, że już do takich kar­di­ga­nów doszło. Zaś ich kobiety w dre­so­wych spodniach pod dro­gimi płasz­czami.

Wyglą­dało to Leonowi na pierw­sze zawi­ro­wa­nie smugi cie­nia w życiu tych ludzi. Przy­szło­ści się bali, więc chęt­nie zwra­cali się ku prze­szło­ści. Każdy wie, że prze­szłość jest lep­sza, ponie­waż ma raz na zawsze zakoń­czoną moż­li­wość per­mu­ta­cji loso­wych. Prze­szłość nie­sie uko­je­nie, nic się już w niej nie dozda­rzy. To bar­dzo atrak­cyjna oferta na dzi­siej­sze czasy. Ci spa­ce­ro­wi­cze oglą­dali Nie­całą jak wzru­sza­jący okaz oso­bliwy, dla­tego nale­ża­łoby ich stąd wypę­dzić nogą w pośladki.

Hałas za oknem przy­dał się o tyle, że wypchnął Leona z łóżka. Wkurw bywa siłą, każdy to powie. Sier­mięga wyj­rzał zza firanki.

– Zwróć­cie, pro­szę, uwagę, kochani, że na ulicy Nie­ca­łej funk­cjo­nują aż dwa zakłady kamie­niar­skie, oba jakże zasłu­żone dla oby­wa­teli dziel­nicy, w któ­rej się aktu­al­nie znaj­du­jemy – darł się mega­fon.

Mło­dziak tuż przed pięć­dzie­siątką nad­uży­wał słowa „kochani”, jed­nak kochani nie mieli mu za złe tej nachal­nej fami­liar­no­ści. Rzu­cało się w oczy, że jedzą prze­wod­ni­kowi z ręki, bo reago­wali śmie­chem nie­mal na każde jego zda­nie. On nato­miast pasł się tym. Dosłow­nie wzra­stał i przy­by­wał na oso­bo­wo­ści.

– A teraz, kochani, mam dla was taką malutką zagadkę – kon­ty­nu­ował ten zapie­wajło. – Po jed­nej stro­nie Nie­całą zamyka zakład Eden, a po dru­giej Syjon. Z czymś nam się to koja­rzy?

Leon się zain­te­re­so­wał; był cie­kaw, czy odpo­wie­dzą logicz­nie. Ale oni z pod­śmie­wa­nia prze­szli pro­sto w ciszę. Szu­kali odpo­wied­nich słów, czy nie wie­dzieli? W końcu jeden gość w skó­rza­nych klap­kach zacią­gnął się głę­boko e-papie­ro­sem i zary­zy­ko­wał:

– Kon­ku­ren­cja? – spy­tał wie­dząco.

– No nie­do­kład­nie, kochani – prze­wod­nik cmok­nął.

Leon Sier­mięga natych­miast stra­cił zain­te­re­so­wa­nie tą grupą bęcwa­łów. Od paru mie­sięcy nie­mal co nie­dziela padało pod jego oknem to samo pyta­nie o sto­sunki mię­dzy­ludz­kie w przed­wo­jen­nej Pol­sce, a może ze dwa razy zda­rzyło się, że padła wła­ściwa odpo­wiedź. Mach­nął ręką, poszu­kał oku­la­rów.

Zasiadł przy stole i otwo­rzył okładki etui, w któ­rym prze­cho­wy­wał tele­fon. Ze sku­pie­niem, długo i pie­czo­ło­wi­cie prze­pi­sy­wał pal­cem wska­zu­ją­cym hasła dostępu z wyświech­ta­nej kartki papieru. Był bar­dzo cie­kaw, czy poli­tycy zre­wa­lo­ry­zo­wali mu eme­ry­turę, tak jak zapo­wia­dali w tele­wi­zji. Gdyby tak się stało w isto­cie, mógłby jutro pójść kupić sobie kra­kow­skiej, zamiast pasz­te­to­wej.

Wielkie zdumienia w życiu, po których nic już nie jest takie samo

Leon Sier­mięga wyko­nał ostatni, dobi­ja­jący sztych pal­cem w ekran tele­fonu. Szkła jego oku­la­rów odbi­jały elek­tro­niczną poświatę, a odblask tła zawa­hał się na zwy­kłej czer­wieni ozna­cza­ją­cej debet.

Potem nagle ilu­mi­no­wało. Było teraz zie­lone, jak łagod­ność wio­sny za oknami.

Leon doznał wstrząsu.

Na jego kon­cie ban­ko­wym figu­ro­wała suma dzie­się­ciu tysięcy zło­tych. Prze­lano ją nad ranem z nie­zna­nego numeru konta. To było dla niego za wiele. Mimo że dopiero wstał z łóżka, poczuł się nagle bar­dzo zmę­czony i poło­żył się z powro­tem.

Pudełko

Póź­niej, przez te dwa gorące mie­siące, które miały stać się dla niego począt­kiem cał­kiem nowego życia, Leon wie­lo­krot­nie zasta­na­wiał się nad swoją reak­cją z tam­tego poranka. Wahał się mię­dzy sło­wami kurio­zalna a sur­re­ali­styczna.

Tamtą chwilę obra­cał w myślach jak chiń­skie pude­łeczko z ukrytą zapadką. Miał takie na półce, wśród bibe­lo­tów. Ze czter­dzie­ści pięć lat temu dostał je od uczniów. W sumie więk­szość zupeł­nie nie­po­trzeb­nych rze­czy, które Leon prze­cho­wy­wał na pół­kach, dostał kie­dyś od uczniów z oka­zji róż­nych świąt i jubi­le­uszów. Pude­łeczko było darem na Dzień Nauczy­ciela.

Był to piękny, ręcz­nie wyko­nany z laki podłużny przed­miot wiel­ko­ści pułapki na myszy. Na wieczku znaj­do­wało się kil­ka­dzie­siąt ponu­me­ro­wa­nych pier­ścieni. Obra­ca­jąc nimi, nale­żało w każ­dym z pięt­na­stu rzę­dów, pio­nowo i poziomo, uzy­skać sumę sto. Wów­czas wła­śnie miała prze­sko­czyć zapadka i wieczko powinno się otwo­rzyć. A w środku powinna znaj­do­wać się zapewne jakaś tao­istyczna mądrość doty­cząca sekretu dłu­giego życia albo smacz­nego obiadu. To zna­czy, tak uwa­żał Leon, bo ucznio­wie, któ­rzy poda­ro­wali mu pudełko, na pewno nie mieli poję­cia, co to tao. Przy­znali się, że kupili to cacko w skle­pie z zabaw­kami.

Sier­mięga ni­gdy nie otwo­rzył chiń­skiego puz­derka. Na prze­cię­ciach pią­tego i siód­mego rzędu cyfr był jakiś fabryczny błąd, który to unie­moż­li­wiał. Bubel – felerne rzędy nie sumo­wały się do stu. Jed­nak wewnątrz z pew­no­ścią coś było. Postu­ki­wało, gdy potrzą­sał. Pew­nie coś tam ode­rwało się w środku ze sta­ro­ści, bo wcze­śniej tak nie grze­cho­tało.

Sło­wem: cał­kiem nie­po­trzebna rzecz nada­jąca się do zapo­mnie­nia.

Morze

Teraz, pod koniec lata, gdy Leon sie­dzi w wikli­no­wym fotelu na bal­ko­niku nie­zbyt dro­giego, ale schlud­nego pen­sjo­natu nad morzem i sły­szy, jak fale liżą piach, pude­łeczko znów przy­cho­dzi mu na myśl. Jest już tylko pozo­sta­ło­ścią, należy do roz­bu­do­wa­nego toku myśli patrzą­cych wstecz. Sta­nowi wspo­mnie­nie miłej zagadki, któ­rej ni­gdy nie udało się roz­wią­zać meto­dycz­nie.

Ale może nie wszystko trzeba rozu­mieć i posiąść? Być może to, co pozo­staje tajem­nicą, two­rzy czło­wieka na równi z tym, co zdo­byte i przy­szpi­lone inte­lek­tem? Leon jest pogo­dzony z taką moż­li­wo­ścią i zacho­wuje się bar­dzo spo­koj­nie.

Swoim zwy­cza­jem wygrze­buje odpo­wiedni cytat z czy­ta­nej aku­rat książki i zapi­suje w swoim zeszy­cie. Po pro­stu jakoś tak pew­niej się czuje, jeżeli wes­prze swoje mnie­ma­nia auto­ry­te­tem, zawsze tak miał. „Tam, gdzie wszystko wia­domo, nie ma nadziei, S. Mro­żek”.

Leon sięga po kubek z poranną kawą zbo­żową, którą zawsze podają tu nieco luro­watą. Jest odprę­żony.

Z dołu dobiega szczę­ka­nie tale­rzy i zapach paró­wek – sto­łówka roz­sta­wia śnia­da­nie. Koń­czy się wrze­sień, zie­leń drzew jest już zmę­czona, świa­tło słońca robi się coraz ostrzej­sze, ale na­dal jest cie­pło i miło.

Pies wcza­so­wi­czów z par­teru znów, jak co rano, wyszedł się wysi­kać w nie­do­zwo­lo­nym miej­scu – na placu zabaw dla dzieci. Zdaje się, że psy są w pełni akcep­to­wane przez dyrek­cję pen­sjo­natu, i to rów­nież jest dla Leona bar­dzo piękne. Fale mor­skie szu­mią, dla­tego że przy­ciąga je pełny księ­życ. I pomy­śleć, że jest na świe­cie mnó­stwo takich ludzi, któ­rzy wariują w cza­sie pełni.

Okna

Tam­tego majo­wego ranka, gdy odkrył, że jest bogaty, Leon stru­chlał i zmar­twiał. A mówiąc mię­dzy nami, pry­wat­nie i zwy­czaj­nie: dostał roz­wol­nie­nia we śnie.

Nie­długo póź­niej, albo może było to ran­kiem następ­nego dnia, albo któ­re­goś z kolej­nych dni – nie potra­fiłby powie­dzieć dokład­nie, bo za oknem wciąż świe­ciło słońce – zwlókł się z łóżka i w poczu­ciu winy, trzy­ma­jąc się ścian, poczła­pał tam, gdzie trzeba. Oczy­wi­ście na wszystko było za późno, ale czas w życiu Sier­mięgi od dawna już nie miał formy linii pro­stej. Pętlił się. Podob­nie rzecz miała się z samo­po­czu­ciem. Falo­wało.

Z ubi­ka­cji Leon wyszedł już jako nowy czło­wiek. Wpierw w odgło­sach siklawy spusz­cza­nej wody, potem w char­cze­niu wal­czą­cych z tre­ścią ludzką sta­rych rur, nagi, szu­ra­jąc kap­ciami prze­mie­rzył pokój.

Po dro­dze rzu­cił prze­lotne spoj­rze­nie w lustro, by spraw­dzić, czy wygląda tak, jak się czuje. Tak, wypro­sto­wany, pra­wie nie­uty­ka­jący. Twarz z ostro zary­so­waną kością brody, cień zaro­stu. Takiej twa­rzy nie widy­wał u sie­bie od lat. Zapo­mniał, że kie­dyś w ogóle ją miał. Dobra twarz; męska twarz.

Leon pod­szedł do okna kuchen­nego i, uwa­ża­jąc, żeby nie poru­szyć firanki, wyj­rzał na podwórko kamie­nicy.

* * *

Nic, tylko fur­kot skrzy­deł i pióra. Mene­liza stała w szla­froku pod kapliczką Matki Boskiej Podwór­kow­skiej i kar­miła bułką gołę­bie.

Biedna, umę­czona. Wyglą­dała, jakby wszystko wewnątrz niej upa­dło do nóg. Kie­dyś naj­ład­niej­sza w kla­sie. I wła­śnie ta uroda, jak kłoda, legła jej pod nogami od razu na star­cie świa­do­mego życia. Mała potknęła się i już ni­gdy nie zła­pała rów­no­wagi, runęła.

Uro­dziła troje dzieci, zanim jesz­cze skoń­czyła dwu­dziestkę. Jedno zmarło śmier­cią łóżecz­kową w noc po chrzcie. Dru­gie, córka, dawno doro­słe, nie chciało mieć z mamu­sią żad­nych wspól­nych wspo­mnień. A trze­cie, Ado­nis, ofi­cjal­nie dobie­ga­jący peł­no­let­no­ści w rodzi­nie zastęp­czej w nie­zna­nym mie­ście – ale raczej chyba w wię­zie­niu, jak się mówiło na Nie­ca­łej – był podobno głę­bo­kim auty­sty­kiem.

Leon obrzu­cił kobietę zim­nym okiem. Mene­liza przy­po­mi­nała postać z posągu za swo­imi ple­cami i dobrze o tym wie­działa. Numer z kar­mie­niem ptac­twa nale­żał od jakie­goś czasu do jej żela­znego reper­tu­aru. Zwra­cała na sie­bie uwagę. Ale wołała nie wia­domo o co, chyba o guza.

– Sty­li­zo­wane emo­cje – szep­nął stary, wzru­sza­jąc ramio­nami.

Prze­szedł przez pokój do prze­ciw­le­głego okna, od ulicy.

Po dro­dze lustro w przed­po­koju znów ujaw­niło jego oczom wspa­nia­łego samca, wcale nie tę jakąś codzienną resztkę męż­czy­zny. Sier­mięga przy­sta­nął. Wcią­gnął brzuch. Objął dłońmi bio­dra w taki spo­sób, że kciuki wysta­wały na zewnątrz, wska­zu­jąc przy­ro­dze­nie.

Język ciała, w tym – jak mu się zda­wało – był kie­dyś mistrzem. Uśmiech­nął się śmiało. Sztuczna szczęka pozo­stała jakimś cudem na miej­scu. Zęby zalśniły żół­cią kla­wi­szy sta­rego for­te­pianu. Nie­źle.

Zrzu­cił kap­cie podo­mowe, sta­nął boso. Haluksy, no i co z tego? Da się z tym żyć! I Leon prze­peł­nił się nagle taką śmia­ło­ścią, taką nie­do­rzeczną wiarą w sie­bie, że aż się prze­ra­ził. Zmi­ty­go­wał postać w lustrze. Brzuch znowu wylazł i roz­pły­nął na boki. Ale figlarny nastrój nie ustę­po­wał.

– No i pro­szę – powie­dział do sie­bie Pro­fe­sor, a oko bły­snęło mu łobu­zer­sko. – Wystar­czyło wysrać się szcze­gó­łowo.

Ale to nie była cała prawda, wie­dział o tym. Teraz trzeba było uwa­żać, żeby nie popeł­nić jakie­goś głup­stwa. Mimo to Leon odważ­nie otwo­rzył drzwi bal­ko­nowe na całą sze­ro­kość i wyj­rzał na Nie­całą. Stał oparty brzu­chem o drew­niane zabez­pie­cze­nie bal­konu, który dawno temu odpadł, pozo­sta­wia­jąc po sobie jedy­nie dwa beto­nowe, wbite w mur pod kątem pro­stym dźwi­gary.

Leon rozej­rzał się. Po pra­wej nic, po lewej nic. Pusto. Pod nim, u Celiny Urniarz, suszyło się na słońcu pra­nie. Na chod­niku, w cie­niu wiel­kiej donicy, w któ­rej zamiast roślin tkwiły pety, wyle­gi­wała się, dysząc ciężko, suczka pani Żało­bo­wej. Nad Leonem jesz­cze dwa pię­tra i już niebo.

– Zawsze jest jesz­cze wszech­świat – szep­nął Pro­fe­sor.

Był to ulu­biony jego cytat, klej­not z zeszytu z cyta­tami, notat­kami i bazgro­łami Leona Sier­mięgi. Nie­stety nie wie­dział, kto tak powie­dział, ale na pewno nie on sam.

* * *

Na wprost okna, na skraju bruku z kocich łbów, stał zapa­trzony przed sie­bie Wal­de­mar Kurtz z naj­wyż­szego pię­tra, były puł­kow­nik, i waha­dłowo prze­no­sił cię­żar ciała z pal­ców na pięty i na odwrót.

Ręce miał skrzy­żo­wane za ple­cami, od czasu do czasu ryt­micz­nie poru­szał pal­cami. Cie­kawe, na co tak patrzył, skoro po dru­giej stro­nie ulicy Nie­ca­łej, dokład­nie naprze­ciwko kamie­nicy 44, biegł wysoki mur z czer­wo­nej cegły, który ury­wał się nagle bli­żej torów kole­jo­wych, przy zakła­dzie pogrze­bo­wym Eden, i odsła­niał coś, co kie­dyś było skwer­kiem, ale zmie­niło się w pusz­czę z jedną ławką i jedną zjeż­dżal­nią dla dzie­cia­ków – Plac Osiem­set Plus.

Puł­kow­nik musiał patrzeć na coś choćby z tego powodu, że trudno było wyobra­zić sobie, że taka per­sona jak Kurtz nie patrzy na nic. Łysy, potężny, ubrany w koszulkę na ramiączka, spod któ­rej – na ple­cach – wysta­wały zme­cha­cone siwe włosy.

Ten Kurtz to była zagadka. Ota­czała go aura chy­trego węża nie­ja­sno umo­co­wa­nego w sfe­rach wła­dzy. Po pierw­sze, nie wia­domo, jakich służb był puł­kow­ni­kiem. Ow­szem, starsi i trzeź­wiejsi loka­to­rzy kamie­nicy, czyli Leon, pamię­tali jesz­cze, jak za socja­li­zmu przy­wo­ził go z pracy gra­na­towy polo­nez. Albo jak cze­kał na Kurtza pod kamie­nicą enig­ma­tyczny kie­rowca z twa­rzą pozba­wioną mimiki. A puł­kow­nik wycho­dził w sztywno odpra­so­wa­nym gar­ni­tu­rze i pod kra­wa­tem, wygo­lony do ciem­nej sino­ści, pozo­sta­wia­jąc po sobie na klatce scho­do­wej duszny zapach dez­odo­rantu marki Derby. Jeśli cho­dzi o Derby, to był to wtedy naj­bar­dziej pożą­dany dez­odo­rant wśród alko­ho­li­ków, ponie­waż swoją nie­by­wałą mocą zapa­chową dosko­nale masko­wał wód­czane wapory ciała.

* * *

Nagle, nie odwra­ca­jąc się, Wal­de­mar Kurtz uniósł rękę jak do pozdro­wie­nia i powo­lutku pogme­rał pal­cami w powie­trzu.

Leon cof­nął się w głąb pokoju. Wystar­czyła jedna chwila, ten jeden gest, żeby stra­cił całą pew­ność sie­bie. Teraz, przy­glą­da­jąc się sąsia­dowi zza firanki, z iry­ta­cją wypo­mi­nał sobie te kil­ka­na­ście minut eufo­rii. Obej­rzał się, pościel leżała na łóżku skoł­tu­niona i pozna­czona odcie­niami brązu. Dobrze, że nie miał węchu.

Stary i głupi – oto, jaki jest! Co on sobie w ogóle wyobra­żał? Że cof­nie się w cza­sie? Będzie młody i bogaty? Idiota! Był, jest i zawsze będzie z niego tylko czło­wiek o impo­nu­jąco zero­wej war­to­ści – łajał się. Jak się mówi ina­czej na trupa? Pstry­kał pal­cami, ale nie mógł sobie przy­po­mnieć. Takie krót­kie słowo na „k”. Do półki ze słow­ni­kiem wyra­zów obcych bał się podejść. W ogóle bał się drgnąć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki