44,99 zł
ŚWIAT ZSZEDŁ NA PSY.
A człowiek jest na sprzedaż.
Bohater Leon Siermięga nie ma w sobie nic z bohatera. Jest emerytowanym nauczycielem i mieszka w kamienicznej ruderze przy ulicy Niecałej 44.
Z biegiem lat coraz mniej rozumiał świat i teraz nie rozumie go już zupełnie.
Cywilizacja chyli się ku upadkowi, biodro boli, szczęka wypada, pieluchomajtki drożeją – czas umierać.
A jednak nic tak nie pobudza życia jak kilka trupów. I tajemnica.
Dlatego gdy w miejskim prosektorium odkryte zostają okaleczone i zbezczeszczone zwłoki, stary belfer próbuje rozwikłać ich makabryczną zagadkę.
Tymczasem ciał w chłodniach przybywa.
Spieszmy się cenić ludzi, tak szybko przestają nimi być.
Mistrz prozy nieoczywistej Marcin Kołodziejczyk w swojej pierwszej odsłonie kryminalnej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 341
Copyright © by Marcin Kołodziejczyk, 2026 Copyright © by TIME S.A., 2026
Redakcja: Michał Zarzycki, mzarzycki@grupazpr.pl Korekta: Katarzyna Pikosz Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Tarasiuk
Wydawca: TIME S.A., ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
Warszawa 2026 Wydanie pierwsze ISBN 978-83-8343-810-8
Proza Marcina Kołodziejczyka rządzi się własnymi zasadami interpunkcji.
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Kadawer – od łacińskiego słowa cadaver (trup); medyczna nazwa zwłok przeznaczonych do celów naukowych, badawczych i dydaktycznych.
Była już noc, ciemna i bezksiężycowa. Deszcz bębnił w szyby i parapety; nadchodził przypływami, atakował i odstępował. Wiatr jęczał upiornie, śpiewał nieznaną żałobną pieśń piekieł. W telewizji mówili, że zbliża się powódź, jakiej nie pamiętają najstarsi Polacy. I że jesień zdarzy się latem.
W zakratowane okno kostnicy szpitalnej zaglądała tylko jedna latarnia starego typu: betonowy słup z nieosłoniętym kloszem na szczycie. Delikatnie wypełniała sterylne i pozbawione wszelkich ozdób pomieszczenie żółtym i ciepłym, pełnym cieni światłem.
Kostnica zdawała się istnieć poza czasem. Powietrze było tu ciężkie od chłodu i zapachu środków dezynfekujących, które – mimo całej swej chemicznej mocy – nie potrafiły zagłuszyć mdlącej woni śmierci. Pachniało słodko-kwaśno, a wiatr – szarpiący się na łańcuchu pies – nie miał tu dostępu, choć szturmował uparcie. W środku szumiała klimatyzacja. Czasem też żeliwne rury umocowane w rogach pod sufitem wydawały z siebie głośne czknięcie – jakby masy płynących nimi cieczy usiłowały przetkać jakiś zator. Ale to było normalne – cała dzielnica cierpiała z powodu przestarzałej przedwojennej kanalizacji.
Jedna oszalała jarzeniówka migała z niezdrową nieregularnością w kącie za przepierzeniem z grubego płótna – należąca do świata przedmiotów martwych wariatka, która widziała zbyt dużo, żeby móc kiedykolwiek zasnąć.
Ściany miały kolor poszarzałych kości, ich nieskazitelna czystość była jedynie cienką błoną zasnuwającą niepojętą liczbę ludzkich przypadków medycznych i opowieści życia, które definitywnie – po wypaleniu się – odstawiano tutaj na boczny tor. Każdy centymetr ściany wiedział więcej, niż zdołał zapamiętać.
Metalowy stół z nierdzewnej stali, rzeźbiony regularnymi rowkami odprowadzającymi w razie potrzeby krew i płyny ustrojowe, łyskał smutnym światełkiem, odbijał blask latarni. Kładł się na niego wielkim, przytłaczającym konturem kształt okiennych krat – kutych w ozdobne secesyjne kwiaty. Stół przypominał pogański ołtarzyk ku czci milczenia.
Nic tu nie było widowiskowe, ani nagłe. Jeśli czymś przerażało, to spokojem – obojętnym i metodycznym spokojem procedur instytucji, dla której umarli to codzienność. Cisza nie była gościem, tylko pełnoprawnym, zameldowanym lokatorem. Przylegała do ciał jak naoliwiony całun i tak pozostawała – bez oddechu, bo tutaj się nie oddychało. Każdy nieoswojony dźwięk, jaki by się pojawił – nawet pojedyncza kropla rozbijająca się o beton podłogi – urósłby do rangi złowrogiej wieści dobijającej się skądś głęboko w podłodze. Dźwięk byłby bardzo niepożądany, mógłby obudzić coś, co powinno pozostać nieruchome i pokutować tu po kres świata.
Ale od kilku dni w telewizji pokazywali proroka Porwaja, który dowodził, że świat właśnie się kończy. Temat chwycił i pasjonował publikę.
Coś za oknem przeszyło powietrze, przeleciało po przekątnej z dołu w górę, wtedy dopiero walnęło głucho, blaszanie. Syknęło, błysnęło i zapanowała ciemność. Potem rozległ się cichy, krótki gwizd.
Bezgłos w kostnicy zgęstniał i przyczaił się. Ale w powietrzu dało się wyczuć, że tak nie zostanie – że to jedynie czekanie na stosowny czas. Takich rzeczy nigdy nie wie się na pewno, nie są wyświetlane na żadnej tablicy ogłoszeń, ani na ekranach telefonów – to raczej natężenie trwogi, zwierzęcy instynkt pierwotny.
Po minucie czy dwóch nad kotarą oddzielającą węższą część pokoju ukazała się stara, poobijana, drewniana proteza ręki. Nadziana na kij od szczotki wyłoniła się, powolutku powędrowała w górę, pod sufit, na chwilę tam zatrzymała, a następnie jednym małym ruchem przedramienia zbiła szamocącą się jarzeniówkę. Posypało się drobne szkło. Ciemność nie ma jakiegoś własnego zapachu albo kształtu – przejmuje te cechy z otoczenia, w którym panuje, oraz z wyobraźni ludzi żywych.
Ale ta ciemność była obezwładniająca właśnie dlatego, że dokoła nie było nic żywego. Można było najwyżej spodziewać się, że krążą gdzieś pod sufitem dogasające myśli tych, których przywieziono tu poprzedniego dnia i nie zdążyli jeszcze wystygnąć z niepotrzebnych już emocji. Ciała astralne, mówiły o takich z przekąsem szpitalne łapiduchy. Jednak na razie nic się nie działo, zdawało się, że samo chemiczne powietrze nasłuchuje.
Nagle rozwarła się kurtyna przepierzenia i na główną salę tej poczekalni śmierci wytoczył się miękko i bezszelestnie podłużny wózek do przewozu towarów. Za nim podążyły dwa wózki inwalidzkie. Cała ta upiorna karawana na gumowych kołach zatrzymała się przy stole do sekcji, wydając jedynie cichutki szczęk zderzenia blachy z blachą. A potem – niechże zamilkną śmiechy niedowiarków, a błogosławieni niech będą ci, co nie widzieli, a uwierzyli – w całkowitej czerni zaszumiały dobrze naoliwione szyny umieszczonych w ścianach szuflad chłodniczych. Odgłosy suwania dobiegały niemal jednocześnie z wielu miejsc tej upiornej szuflandii. Pomieszczenie zaroiło się od szeptów.
Beztwarze, bezmózgie i kaprawe postaci – ale też te całkiem młode i przystojne, z rozprutą piersią – powstawały z pozycji leżących. Nie były w stanie usiąść, dlatego chwiały się bezradnie sztywnymi korpusami nad brzegiem szuflad. Gdzie?, gdzie? – dało się słyszeć cichsze od deszczu szepty.
Kółka jeździły po szynach. Dużo wzdychano pełną piersią, zastałym powietrzem. Ktoś przeliczył się w ruchach i głośno opadł całym sobą na blachę-kwasówkę. Wolność tego niespodziewanego drugiego życia, już nie tak wygodnego jak to prawdziwe, ale jednak życia – o dziwo – nie prowokowała do strzelistych modlitw, już raczej do pomstowania. Bo nic nie było takie samo jak kiedyś. Wszystko było obrzydliwe, zimne i oślizłe jak udko kurczaka świeżo wydobyte ze sklepowej folii. Ludzie kleili się do rąk. Starsi stukali o siebie jak drewniane klocki. Ktoś wymiotował stłumionymi spazmami nad wielką umywalką, w której mógłby zmieścić się byk.
Wtem, na mgnienie, w czarno-szarości, do której już przyzwyczaiło się oko, powstał wysoko ponad inne kobiecy kadawer bez głowy i rąk. Deszcz akurat odstąpił od okien, jakby z szacunkiem dla tej znękanej osoby. Kadawer chwilkę żeglował przez zaduch, poruszając się miarowo w górę i w dół. Opadł na któryś z foteli inwalidzkich. Za nim poszły jeszcze dwa inne. Stuknęły o blachę, plasnęły o dermę siedzisk i ktoś rzucił szeptem: „Bedzie tego, kurwa!”
Do ogarniętego bezkrwawą rewolucją pomieszczenia wdarł się szary kwadrat światła. Ukazał pobojowisko. Potem poszerzył się nieco z lekkim skrzypieniem, a przez otwarte drzwi kostnicy wyprysnęły w podziemne korytarze szpitala dwa wózki inwalidzkie i podłużny wózek z nierdzewki.
Siedziały lub leżały na nich byłe osoby ludzkie; zwłoki.
Drzwi do świata ciszy zamknęły się z nieodgadnioną lekkością. Odbite przez ciemność wnętrze znów pogrążyło się w tajemnicy. Była to ostatnia przygoda życia dla kilku bezimiennych osób.
Leon Siermięga nic nikomu nie był winien. Z tego faktu czerpał drobne elementy zadowolenia, ale o radości nie mogło już być mowy. Nie w jego wieku, nie w jego sytuacji i nie w tym kraju – zwykł narzekać.
Był patykowaty wzdłuż, pękaty w tyłku, niepogodzony z łysieniem i flaczeniem skóry. Mężczyzna bez urody – po ojcu. Niepijący – to znaczy pijący tylko czasami. Utykał po nieudanej operacji biodra i były dni, kiedy musiał podpierać się laską. Stare i wyszmelcowane spodnie garniturowe wyglądały na nim tak, jakby wyhodował sobie na starość drugie kolana.
Przed paru laty szczęka pękła Leonowi wzdłuż podniebienia i, jeśli się nie pilnował, opadała. Żaden domowego wyrobu klej, żadna wymuszana na sobie mimika twarzy nie były w stanie temu zaradzić. Jeśli przytrzymywał protezę językiem przy podniebieniu albo celowo wydłużał oblicze tak, by wewnętrzne części policzków objęły zęby w mięsne kleszcze, uzyskiwał co najwyżej zmianę wyrazu twarzy z wyniosłego na przyćmiony umysłowo. Była to więc najczęściej twarz niejasna, nie tyle nawet niewiele mówiąca o nastroju właściciela, co mówiąca wszystko naraz. Znajomi ludzie, spotykający go na ulicy, przeważnie nie wiedzieli, czy stary jest dziś bardziej za, czy przeciw światu. To wywoływało niekiedy drobne akty popłochu, takie jak błyskawiczne znikanie sąsiadów w bramach, udawanie długiego i starannego wiązania sznurówek lub też gapienie się w niebo, na gołębie.
Szczęka opadała zawsze, gdy TO nadchodziło. Leon wiedział, że TO się zbliża, nauczył się wiedzieć. Zawsze zaczynało się od jakiejś przypadkowej złej myśli, w pierwszej chwili zupełnie niegroźnej. Z tą myślą chodził następnie tu i tam, do Lidla na zakupy, na spacer z psem, na bazarek do Wietnamczyków po nowe skarpetki i majtki, do urzędów, za nasyp kolejowy, na działki pod wyniosłymi kominami elektrociepłowni, do Celiny na herbatę i chleb z dżemem, z wędką nad wyschłe glinianki – posiedzieć tam w łopianach i słodkim zapachu nawłoci. To był świat Siermięgi.
Zła myśl tymczasem rosła w Leonie bezwiednie, zataczała coraz szersze kręgi w mózgowiu, wracała, wrastała, czepliwa jak pnącze winobluszczu pięciolistkowego. I podobnie jak winobluszcz ekstremalnie odporna na rzeczywistość i pozostawiająca trwały nalot na podłożu.
Leon Siermięga nawet lubił te stany, przynosiły mu złagodzenie wszelkich cech charakteru, nie wyłączając zaburzeń i natręctw. Czuł się jak sprawiedliwy wśród narodów świata, w tym świeckim i pozbawionym politycznych naleciałości znaczeniu.
– Między byciem a wydawaniem – mawiał łagodnie pogodzony. – Ja chmura, ty chmura. Duże, łagodne zachmurzenie.
Łagodność chmur mogła trwać i kilka dni, zanim Leon nie przeszedł do rozwikływania nierozwiązywalnych problemów, które TO zawsze ze sobą niosło. Wtedy nagle pojawiali się ludzie. Widziani kątem oka, okupanci skrawków chodników i czarnych, otwartych jap bram. Ich pomiot przyczajony z patykami nad kratką ściekową – to z braku piaskownic. Gapie z ulicy Niecałej, zdaniem Leona najgorszy rodzaj ludzi. Coraz więcej ludzi.
– Wariat wariuje – mówili.
– Gada sam do siebie.
– Formatuje se twardy dysk.
– On z 44. Tam się cyrki dzieją, strach chodzić.
– Kiedyś był bardzo porządny człowiek, nie można powiedzieć.
– No. Profesorem był, moją Eurekę uczył.
– Mojego Platonka tak samo.
– Co tu gadać, starość – wzdychał ktoś ze zrozumieniem.
– Midasa też uczył – dorzucał ktoś inny z zadumą, bo Midas został szewcem po przyuczeniu w poprawczaku, a tymczasem nieoglądająca się na nic cywilizacja skasowała zawód szewca i Midas próżnował.
(Nawiasem mówiąc: Kreon, jego brat, też się obijał bezproduktywnie po życiu, zanim nie znalazł zajęcia w wydziale komunikacji urzędu dzielnicy).
– Ten Profesor to wrak. Narobi se krzywdy, zobaczycie.
– Dzwonić?
– Co dzwonić? Gdzie? Przyjadą i go jeszcze obiją. On nasz.
– Pomóc nie pomożesz. On jest ostatni herbatnik.
A gdy dzieciaki zaczynały krzyczeć „wampir, kryj się!” i biegały za Leonem po ulicy jak rozsypane ziemniaki, Siermięga osiągał apogeum swej chmury i spadał na ziemię z głośnym plaśnięciem zamierających tkanek, splątany i bezradny, całkiem nagi umysłowo.
Bez żartu: stary, śliniący się człowiek, psychonieruchawy, rozczochrany, z opadłymi policzkami i pogryzionymi wargami, z których sterczała na bakier sztuczna szczęka. Ze smyczą Meli, dawno zmarłego psa, owiniętą wokół dłoni. Pośrodku jezdni. W piękny, słoneczny dzień, w śpiewie ptaków i dusznym zapachu dzikich jabłonek. Z tramwajem cierpliwie czekającym, aż stary zejdzie z torów. Suche gałązki wplątane w jego sweter na plecach. Wstyd! Pała! Siadać!
Po paru takich razach Leon zorientował się, że prawdopodobnie chodzi o wysokie dźwięki. Dzieciaki się drą – on wraca na ziemię. Zbierał się wtedy, rozglądał, jak obudzony z ciężkiego snu, przyczesywał palcami, wciskał koszulę w spodnie. Potem ktoś z sąsiadów bez słowa podawał mu jego grzebień, klucze od mieszkania, scyzoryk – zawsze te same rzeczy przynależące do człowieka za życia. Poza tym wypadłe gdzieś za rogiem papiery urzędowe, jakieś rachunki za prąd i telefon. Po paru dniach ktoś inny przynosił mu pod drzwi zgubiony w nawłociach za torami zegarek marki Casio, nic niewart. Raz nawet odnaleziono jego buty – sandały ze skaju.
Wszyscy na ulicy Niecałej wiedzieli, że Leona nie stać na życie, ale nie daje tego po sobie poznać i tylko unosi się na powierzchni, jak przepełniony dumą spławik z korka. Rozumieli, bo w ogóle cała ta ulica była zdziadziała. Leon budził wzruszenie. Ale w związku z tym, że niczym nie gardził bardziej niż czułością, zwłaszcza taką, której sam jest bohaterem, natychmiast atakował.
– Jak mi który przyniesie pieniądze albo jedzenie, ubiję! – darł się na całą ulicę, miotając pioruny z oczu i wymachując pięścią.
Głos mu się łamał, wpadał w dyszkant. W takich stanach wszystko go mierziło, a najbardziej sam siebie mierził, osobiście.
A Niecała siedziała cicho, tylko się przyglądała i czekała, aż Leon pójdzie spać. Leniwy i zgodliwy spokój ulicy dawał pewność, że w tym dniu sprawy już dalej nie zajdą.
Leon ruszył ulicą w kierunku kamienicy numer 44. Wzbierał w nim smutek, jak zawsze kiedy TO się kończyło. Głowę miał ciężką, słuch przytępiony i bardzo się martwił z powodu rodzinnych skłonności do zmartwień. Jego matka i dwie ciotki, niech leżą w spokoju, zmarły na melancholię. Za to ojciec – skała; walczył w Batalionach Chłopskich i dostał medal za odwagę. Cała nadzieja Leona w zmarłym ojcu i jego genach. Chciało mu się pić.
Niezmienne otoczenie tego najdalszego przedmieścia, przez którego gorąc Siermięga płynął jak rybka bez płetwy, trochę koiło, ale nie za bardzo. Tutaj nic nie mogło go zaskoczyć, tu wszystko zastygło w czasie przed wieloma laty. Trwało. Niby bez zarzutu, na niskim poziomie bytu, a wysokim poziomie sprytu, ale trwało. Chociaż była w tym, ma się rozumieć, jakaś podpowierzchniowa wada. Bardziej eteryczna – uważał Leon – niż widoma. Ulotny zapach butwy, pleśń, co ze ścian przerzuca się na ludzi i zwierzęta. Stadna pustka myślowa. Czekanie na dzianie. Raz Siermięga chciałby mieć władzę, żeby potrząsnąć, naprawić tych ludzi, społeczeństwo! Raz uważał, że ludzie są skazani na świeckie piekło i szkoda na nich czasu. Chciało mu się bić.
Minął zamknięty na zawsze zakład fryzjerski trzeciej kategorii Karol. W środku, za zaciągniętą kratą, wszystko pozostało w gotowości – stare i srebrne stojące suszarki przypominające hełmy kosmonautów, lustra odbijające głowy porozwieszanych na ścianach plakatów z eleganckimi osobami. Fotele fryzjerskie ustawione frontem do drzwi. Na ścianie kartka z czasów epidemii kowidu: „każdy klient ma prawo żądać ponownej dezynfekcji narzędzi”.
Karol fryzjer był starym, zgryźliwym sukinsynem i może dlatego Leon czuł się kiedyś dobrze w jego zakładzie. Fryzjer witał go zawsze tak samo: witam z ograniczoną uprzejmością. A że, będąc nominalnie fryzjerem męskim, strzygł również kobiety i dzieci, Leon namawiał go, żeby sobie na szyldzie napisał „fryzjer męski, żeński i nijaki”. Proponował mu także slogan: „trzecia kategoria, ale pierwsza klasa”.
Fryzjer umarł na kowid. Leon był blisko śmierci z tego samego powodu, ale się wylizał. Stracił tylko węch, ale – dochodząc sam ze sobą do porozumienia w tym temacie – uznał, że węch już dawno nie był mu potrzebny na tym śmierdzącym świecie.
Minął bar Siódemka, od którego ostentacyjnie stronił, ale zdarzało się, że bywał. Dziwne to były wizyty, ponieważ im częściej Leon siedział w Siódemce, tym bardziej udawał, że go tam wcale nie ma. Wiadomo: prawo Kubusia Puchatka. Obecnie sine twarze z baru gapiły się na Leona przez szybę w przyczajeniu. Przyspieszył kroku.
Krok miał teraz zadzierżysty, z furią zarzucał sztywną nogą. Nie odwracał się. Plecami czuł, że na niego patrzą – ale obojętnie, bez namiętności. Można powiedzieć: filozofowie stoicy. Nawet ich psy gryzły się z rzadka, głównie oddawały się patrzeniu w dal, ziewaniu i lizaniu jąder.
Upał operował, świerszcze w chaszczach grały, zawył tramwaj wyjeżdżający z zajezdni, gołębie hodowlane Janóża krążyły w błękicie nad ulicą, jak cekiny – za wysoko, żeby było słychać łopot skrzydeł. I żaden wiatr nie rozwiewał tej monotonii.
Tutaj po prostu musiało się coś wydarzyć.
Otworzyło się okno na pierwszym piętrze kamienicy, dwa piętra pod mieszkaniem Siermięgi. Wychyliła się kudłata głowa Celiny Urniarz. Oczywiście uliczny głuchy telefon z Niecałej już podał dalej wiadomość, że Leon znów nie ten tego. Że wariował.
Celinę Leon lubił, choć niezbyt poważał – dziwne, poczciwe uczucie. „Ufam jej sercu, ale nie ufam rozsądkowi” – zacytował kiedyś Celinie takie zdanie z Chandlera, ale nie pojęła, że to o niej. Była na trójkę, góra trzy plus. Prozaiczna dziewczyna.
Jej pięty przypominały pumeks, a delikatny ciemny wąs sugerował bujne owłosienie także w innych miejscach ciała. W dłuższych zdaniach wyraźnie brakowało jej słów, a porównania i metafory dla niej nie istniały, a jeśli w ogóle coś czytała, to kartki z kalendarza. Czasem zapraszała go do siebie, nawet dość często, pochlebiało mu to. Taka była Celina Urniarz: prostota, uczciwość i nieco romansowe oczy.
– Leon, herbaty zrobiłam – zawołała. – Chodź no, bo mam sprawę.
Siedział przy stole w kuchni i skubał brzegi gumowanej ceraty w kratkę. Krążek cytryny tonął w herbacie. Radio, nastawione na państwową jedynkę, cicho nadawało porady ogrodnicze. Nie mówili „człowiek”, tylko „osoba”. Nie „kierowca”, tylko „osoba kierująca pojazdem”. Leon Siermięga to wychwycił i skrzywił usta z obrzydzeniem. Nie znosił współczesnej nowomowy.
Szczęka natychmiast wymknęła się spod kontroli. Odwrócił głowę do ściany, żeby Celina nie widziała. Poprawił zęby oburącz. Wsadził ręce do kieszeni spodni, żeby osuszyć palce.
Jego wzrok padł na wiszące nad stołem dzieło pacykarza. Scenka rodzajowa przedstawiająca zagryzanie jelonka przez psy myśliwskie. Siermięga znał tego pacykarza. Nazywał się Porwaj. Latem tworzył w jednej z altanek na działkach robotniczych z widokiem na kominy elektrociepłowni, zimą pił za zarobione. Nie rozumiał perspektywy i za nic miał kompozycję. Aż pewnego dnia jakiś głąb w internecie zakrzyknął, że Porwaj jest nowy Nikifor. Inni urodzeni w czasach internetu ludzie ustawili się w kolejce po jego prace. Poza tym pytali pacykarza, jak żyć.
Głód przewodników duchowych był w społeczeństwie polskim ogromny.
– No wiesz – szepnął Leon. – Wieszać na ścianie takie bohomazy.
– Mi tam się podoba – Celina wzruszyła ramionami.
– Nie mówi się „mi się podoba”, tylko „mnie się podoba” – jak zwykle nie umiał się powstrzymać od podobnych uwag.
W kieszeniach namacał dwie monety, na czucie – dwuzłotówki. Użalił się nad sobą w cichej skardze byłego humanisty, bez łez. Czuł się jak każdy po studiach, kto patrzy na zwycięstwa nieuków. TO pozostawiało go zawsze w pluszowym nastroju. TO miało coś wspólnego z niezgodą na upływ czasu. Z żałobą po samym sobie. Wszystkie miejsca dookoła Leona nabrzmiewały przewrażliwieniem.
– Popatrz, Celina, jaki ze mnie strzępek – westchnął.
Waliła talerzami w zlewozmywaku, odwrócona do niego tyłem. Za nic sobie miała globalną suszę. Stare rury jęczały i popierdywały w ścianach, wysysając Wisłę z brzegów.
– Jeszcze tak źle to z tobą nie jest, Leonku – powiedziała, co wiedziała.
Wiedziała, co mówić dogasającemu mężczyźnie domagającemu się uwagi w momentach słabości narcystycznej, choć pewnie nie potrafiłaby tego nazwać tak precyzyjnie.
– Jeszcze będziesz brykał, zobaczysz – dodała od siebie. – Jak młody cielak po zielonym.
Leon machnął ręką i skrzywił się. Te jej hiperbole! Wiadomo, że nie ma starych cielaków. I na jakim zielonym? Na świetle? Zresztą co mnie to obchodzi?, pomyślał. Wychowanie, poprawna polszczyzna, dobry gust? Nie warto walczyć z tłumem.
Celina Urniarz była prawdziwą, zawodową, kucharką weselną. Zwykle obsługiwała połacie na wschód od miasta, w kierunku Wołomina. Czasem jakieś ekstra fuchy kuchenne w odległych krańcach kraju. Mówiła o nich „występy”. Z występów wracała ze spuchniętymi nogami i rękami, czasem zapłakana. Jak wtedy, gdy gotowała na weselu syna pewnego posła. Nazywał się Nierobisz i trząsł całą Kielecczyzną. Ale, jak ostatnio mówili w telewizji, koledzy z partii dobrali się Nierobiszowi do dupy i tak skończyła się jego wielkość.
Celina nie była ani młoda, ani stara. Jej wiek oscylował pomiędzy trzydzieści a pięćdziesiąt. Są takie ciężko pracujące kobiety.
– Wesela są najniebezpieczniejsze ze wszystkiego – mawiała.
A kiedy indziej, oparta o kuchenny parapet i zagapiona w podwórze kamienicy:
– Ludzie myślą, że kucharka nic nie widzi, tylko nosi garnek.
Była nisko osadzona, blisko ziemi cieleśnie i mentalnie, zaradna. Produkt regionalny. Słowem, jak myślał Leon, Pyza na polskich dróżkach. Zdaje się, że nikogo nie miała. Najwyżej doskakiwacza, nic na stałe. Inaczej, myślał Leon, w ogóle by nie gadała z takim dziadem jak on. Pochodziła ze wsi. Wymieniła kiedyś jej nazwę – zapisał ją w swoim zeszycie z notatkami.
Celina miała swoje branżowe powiedzonka:
– Ciasto-pieniądz – mówiła na przykład, a potem przyglądała się Leonowi, sondując, czy wychwycił żart i stopniowo pokazywała w uśmiechu coraz dalsze zęby, aż do brakujących górnych piątek. – Ty to łapiesz? Normalnie mówi się „czas to pieniądz”, a ja…
Siermięga przerywał jej, machając ręką zniecierpliwiony.
– Bez wątpienia masz umysł – mruczał nad herbatą z cytryną i kromką chleba z dżemem śliwkowym produkcji Celiny.
Bywał złośliwy i uważał to za przejaw żywej inteligencji. Inni nie zawsze tak to odbierali. Ale jedynie umacniali go w przekonaniu, że generalnie ludzie są głupi. Był zdania, że kiedyś wszystko było lepsze, a ludzie bardziej się starali.
Stojąc przy zlewozmywaku, odwrócona tyłem do gościa, kobieta poruszała miłymi partiami postaci. Leon spoglądał jednym okiem, skrycie. Drugim skupiał się na herbacie. Dla niepoznaki mieszał łyżeczką, głośno podźwiękując o szklankę. Nauczył się tej sztuczki lata temu, przydawała się w pracy nauczyciela. Widział wszystko, co działo się w klasie, i wyciągał wnioski, a w razie potrzeby mógł się wszystkiego zaprzeć.
– Niewątpliwie masz umysł – powtórzył głośniej.
Drżące ciało Celiny pachniało płynem Ludwik i cebulą. Ręce miała silne, pewny chwyt. Budziła zaufanie. Zmywanie nie miało dla niej tajemnic. Było jak żonglerka. Jeśli Leon Siermięga czuł do Celiny Urniarz coś głębszego, to była to potencjalność, nie potencja. Niczego sobie uczucie w jego wieku, jeśli się nad tym zastanowić.
Rury wodociągowe stękały ostatkiem sił.
– Nic cię nie słyszę, bo woda leci – krzyknęła Celina, udając, że nic nie słyszy, bo woda za głośno leci.
Siedział już u Celiny Urniarz za długo, nadużywał gościny. Czuł, że wspólne tematy, których nigdy nie mieli za wiele, zupełnie się wyczerpały. Równie dobrze mógłby teraz recytować z pamięci Juliusza Słowackiego – nic by to nie zmieniło.
Żółte światło wieczoru wpadało przez uchylone kuchenne okno, na parapecie pogruchiwały gołębie. Firanka unosiła się łagodnie, niosło się głuche dudnienie.
– Miałabyś pożyczyć z pięćdziesiąt złotych? – spytał chyłkiem.
Nie usłyszała. Gdzieś w dole, na dnie studziennego podwórza kamienicy, gówniarzeria grała w piłkę. Albo w kurwę, bo tego słowa najczęściej tam używano.
– Finansowo jestem w stadium przetrwalnika – powiedział.
– Co? – spytała.
Leon poczuł metaliczny posmak w ustach. Nerw powracał. Pogładził językiem górne zęby, a ręką czoło. Najwyraźniej TO zbliżało się znów, nic nie mógł poradzić. Uchwycił rękami krawędź stołu. Stary odruch pchał go do okna. Wychylić się, zwrócić uwagę, wezwać rodziców na rozmowę. Powiedzieć im, że dzieci klną jak szewcy i że to świadczy o domu, w którym dorastają. Sam się musiał zwalczać, żeby tego nie robić. Wychowanie młodzieży odpuścił dawno temu. Niech chamieją! Niech nie deklinują i nie koniugują! Co mu tam?! Niech sobie gniją bez kindersztuby! Znał ich wszystkich co do jednego, tych piłkarzy z podwórka. I ich rodziców też.
„Groza, groza”, jak rozsądnie mawiał pułkownik Kurtz z najwyższego piętra kamienicy. Cały ten dom to galeon-widmo, myślał Leon. Przepływa daleko na horyzoncie w upalny dzień, ma rozmyte w słońcu kontury. Z brzegu usiłują trafić go z nowoczesnych armat, jednak widać tylko pojedyncze dymki. Nic nie słychać, milczenie jest całkowite, a morze spokojne jak glinianka. Ponieważ to jest galeon sprzed wieków, jego tak naprawdę już nie ma, płynie tylko przez czas, do jądra ciemności.
Piłka trafiła Matkę Boską w głowę. Potem w kubeł na śmieci – przewrócił się z blaszanym łoskotem. Wrzasnął przerażony kot. Piłkarze zawyli unisono. Zawył też pociąg osobowy przejeżdżający pobliskim nasypem i szyby zadrżały od łoskotu torów. Wybiło to Siermięgę z techniki wewnętrznego pejzażowania. Do dupy z tymi wizualizacjami! Do dupy z całą tą psychologią dla ubogich! Celem psychologii jest zmniejszanie rozpaczy, podobny cel ma zwykła wódka! Skutki są podobnie chwilowe. Marni ludzie, pomstował w myślach na sąsiadów. Niewdzięczne, merkantylne kanalie! Psi pomiot, debile, ośle łąki, kurwa ich mać!
Aż się wzdrygnął z obrzydzenia. Zebrany do skoku, z zamkniętymi oczami, usiłował sobie przypomnieć to słowo. Żeby tylko zająć czymś głowę, odwrócić uwagę. Nie szło. Jeszcze mocniej zacisnął powieki. Pamięć coraz częściej zawodziła, za mało w młodości jadł orzechów. Czasem nawet przez długie tygodnie zapominał się umyć. Mózg niedotleniony i dlatego. Człowiek nie rusza się za miasto, nie widzi horyzontu i dlatego wszystko.
Teraz, u Celiny za stołem, skupiał się cały na wnętrzu, żeby się odciąć od zewnętrza. W środku też była pustka, aż prawie wpadł w panikę. Słowo, którego szukał, nie wyświetlało się na zgruchotanym telebimie przodomózgowia.
– Co z tobą, Leon? – spytała czujnie kucharka weselna.
Już jakiś czas temu zakończyła zmywanie. Stała oparta o szafki, wycierała ręce w ścierkę. Błyskały jej pewne siebie, umięśnione, wymoczone we wrzątku przedramiona. Patrzyła z troską, ale przytomnie, gotowa nieść pomoc.
– Przyuspokój się trochę – poradziła po swojemu, łagodnie.
Leon Siermięga otworzył oczy. Czuł wstyd, a to jeszcze bardziej go denerwowało. Jeśli czegoś naprawdę nienawidził u Celiny, to tego jej zaaferowania. Gminna, pomyślał, wybałuszona. Na krawędzi zawołania łolaboga! Nie potrzebował jej pomocy. Na to nie mógł sobie pozwolić, żeby potrzebować. Całe życie radził sobie sam i teraz też tak będzie! Nie da się zapędzić do przytułku.
Zerwał się od stołu, prawie zawył z bólu. Fala sztywności przeszła od biodra przez kręgosłup, aż po jakiś nieznany punkcik pod czaszką. Dalej nie poszła, zagnieździła się. Jezus Maria, udar? Spocił się cały, twarz też. Postanowił nic po sobie nie pokazywać, drewnianym krokiem, wiosłując nogą, ruszył do wyjścia.
Celina biegła za nim, zastępując drogę. Czepiała się ramion, ale strząsał ją. Zaglądała mu w twarz to z jednej, to z drugiej strony. Te jej przejęte strachem gminne oczy, ręce złożone jak do modlitwy. Palce zaciśnięte w podwójną pięść.
– Leon? – szeptała. – W imię Ojca i Syna, co ci? Mam dzwonić?
Już wypadł na schody, złapał się poręczy. Sapał, pchając się na piętro, do siebie, byle do siebie. Na parterze rozjazgotała się łysa i histeryczna suczka Żałobowej. Jej pani – dawna woźna szkolna – nie miała już sił na spacery z psem, pies wyprowadzał się sam i obszczekiwał ludzi. Suczka zapowietrzyła się widocznie, bo szczekała teraz, jakby bekała. Poniosło się w górę z doskonałą akustyką. Z powodu jej psa Leon nie odzywał się do pani Żałobowej, choć pracowali kiedyś w tej samej szkole.
Klatka schodowa śmierdziała takimi rzeczami jak: przetrawione piwo, mocz, dym papierosowy, niemyte ciała i kadzidło kościelne. Okna były aż mleczne od zastarzałego brudu. Tynk odpadał ze ścian powyżej lamperii, odsłaniał gołe cegły. Na wysokości człowieka łuszczyło się w liszajach i zaciekach kilkanaście kolorów farby olejnej. Cała historia tej spisanej na straty kamienicy. Która już dawno powinna zapaść się pod ziemię i zostać zaorana! Razem z jej gówno wartymi lokatorami!
Tak myślał Leon, ale okazało się, że krzyczy na całe gardło. Aż spod czwórki wychyliła się skołtuniona głowa Menelizy. Sina twarz zdjęta ostatecznym, alkoholicznym przestrachem. Połą burego szlafroka Meneliza przysłaniała wstydliwie kibić. To była jeszcze całkiem niestara kobieta, jeśli nie liczyć zmęczenia. Natychmiast rozpoznała Leona, szurnęła nogą i ukłoniła się grzecznie.
– Dzień dobry, Psorze – powiedziała.
A on piął się i piął w górę po schodach, szukając słowa, którego zapomniał. Byle dalej od tej Celiny. Która nie odstępowała go, biegła wciąż obok i zaglądała mu w twarz. I jęczała: Matko Bosko Jedyno! I załamywała te swoje ogromne, zahartowane w ogniu palników gazowych łapska, wytrawione w zupie pięści – aż do siności palców. Tą pobożnością tylko Leona rozjuszała. Uwsteczniała go, jak sądził. Bo pomijając napady klinicznej mizantropii – jak ten, w którym właśnie uczestniczymy – pomijając rwę kulszową, osteoporozę, ewidentnego Alzheimera, zwykłą starość, starczą niezadbaność i ataki znacznie większego niż przeciętne wśród Polaków przekonania o własnej wyższości nad innymi ludźmi, Siermięga był w dodatku uparcie niewierzący.
Klucze wypadły mu z rąk. Westchnął, czyli zawył. Podniósł klucze, umieścił w zamku, z wielkim i strasznym spokojem. Przekręcił. Wpadł do swojego mieszkania. Zatrzasnął metalowe drzwi przed wiejskim okiem Celiny.
Trzask był potężny. Znad futryny opadł przedwieczny kurz i osiadał leniwie w kędzierzawych włosach Celiny Urniarz. Aż piętro wyżej sąsiad Janusz Kowalski, szerzej znany na ulicy Niecałej jako Janóż, wyskoczył na schody, wystawił złą gębę przez wybite szczebelki w balustradzie i krzyknął ochryple, konkretnie:
– Co jest, kurwa wasza niemyta?!
Ale Leon Siermięga już był całkiem spokojny. Zapalał gaz pod czajnikiem. Chciało mu się herbaty, bo tej u Celiny nie dopił. Nie lubił nie kończyć raz rozpoczętych rzeczy, tak zawsze tłumaczył to uczniom: rzecz każdą należy doprowadzić do końca, bo jedynie wówczas człowiek zasługuje na miano człowieka.
Czajnik zagwizdał i plunął gwizdkiem pod ścianę. W tej sekundzie przypomniało się Leonowi to cholerne słowo. Abulia, czyli uwiąd woli. To wtedy, jak już nie możesz nic. Ale nie fizycznie, z braku siły, tylko dlatego, że już nie chcesz móc.
Sięgnął na półkę przeszklonej szafki po stary zeszyt szkolny zawierający cytaty z wielkich ludzi, notatki osobiste i złote myśli, i wpisał kolejną: możesz, ale nie chcesz móc.
Na półce trzy hebanowe małpy zatykały sobie uszy, usta i oczy.
– Na czym to ja stanąłem? – zastanawiał się Leon.
Wpatrywał się w niewidzącą małpę, a ona powoli odsłaniała oczy.
– Znowu? – zapytała Meneliza schodzącą z góry Celinę Urniarz.
Głos miała piaszczysty, jak piasek. Suche oczy świeciły własnym światłem. Zbolała twarz poruszała się na boki delikatniutkim wahadłowym ruchem, wyrażając głęboko humanistyczny frasunek i zrozumienie dla stanu Leona. Zależało jej widocznie na pokazaniu duchowego powinowactwa.
Meneliza rozumiała delirium jak nikt. A gdy człowiek raz to zrozumie, to potem myśli, że wszyscy są delirykami.
– Sio! – rzuciła jej Celina.
Meneliza delikatniutko zamknęła swoje drzwi, noszące ślady pożaru.
Ulica Niecała w pełni zasługuje na swoją nazwę. Zatopione w przedwojenny bruk tory tramwajowe urywają się tu nieodwołalnie, zalane byle jak asfaltem. Zresztą i tak dalsza podróż ulicą nigdy nie była możliwa. Stawał jej na przeszkodzie wysoki nasyp kolejowy linii wschodniej, małkińskiej, i zamykał horyzont w poprzek.
Pół wieku temu na Niecałą zbłądził papież. Był to jeden z tych wysoko postawionych sług bożych, którzy od czasu do czasu upierają się skontaktować na żywo z prawdziwym człowieczeństwem. Obejrzeć byt, jakim w istocie jest, poobcować wzrokowo i pomachać mu ręką. Metaforycznie przygarnąć ubogich do serca. Gdyby sam Pan Jezus żył, również niewątpliwie ukochałby Niecałą całym ogromem swej miłości, więc co się dziwić papieżowi?
Aby ojciec święty nie wytrząsł się zbytnio na kocich łbach, ulicę Niecałą zalano asfaltem. W ten sposób ziścił się świecki cud. Bo wcześniej, gdy mieszkali tu jeszcze porządni ludzie, rzemieślnicy, władza konsekwentnie im asfaltu odmawiała. Były bardziej palące potrzeby gdzieś w głębi miasta, wciąż brakowało środków.
Sąsiedzi z domu numer 44 przychodzili do Leona Siermięgi, wówczas młodego, rzutkiego nauczyciela polskiego i wuefu w podstawówce, pytać, jak należy rozumieć słowo „środki”. Tłumaczył, że chodzi o pieniądze. I że „środki” pisze się wtedy, kiedy chce się wyjść na ważniaka i zamydlić ludziom oczy, a pieniędzy nie dać.
Podobnie, tłumaczył, jak mówi się „ojciec święty”, kiedy tak naprawdę chodzi o zwykłego księdza diecezji rzymskiej, ubranego na biało. Jednak od wizyty papieża, przez kilka kolejnych lat, dopóki sięgnęła pamięć tego wzniosłego wydarzenia, kamienica 44 mówiła z uszanowaniem, że ojciec święty załatwił środki na asfaltowanie.
Bo też nie mieszkali tu żadni niewierzący cynicy, prócz Siermięgi. Każdej niedzieli odświętnie ubrani sąsiedzi odbywali rytuał wypraw modlitewnych do parafialnej bazyliki. A Leon, zwany Profesorem, z wędką na ramieniu, udawał się ostentacyjnie w przeciwną stronę, na glinianki za torami. Wierzącym wypominał głośno i z prześmiechem plemienne zdyscyplinowanie.
– Życie parafiańskie – rzucał i podkreślał, że to słowa Czechowa.
A oni do niego milczeli z taką wyższością, jak to tylko prosty człowiek potrafi. Nazywali go po cichu komunistą. Kamienica nigdy tak naprawdę nie lubiła Leona, jedynie szanowała go ze strachu i z przyzwyczajenia.
I jakoś wcale nie przeszkadzało wtedy ludziom, że asfalt nie sięgnął ich kamienicy. Kończył się ze sto metrów wcześniej, gdzie papieski samochód mógł bezpiecznie zawrócić do centrum miasta właściwego. Dalej Niecała zwężała się, bo już nigdzie się stąd nie spieszyła. Między kamienicę pod numerem 44 a nasyp kolejowy zdołał wcisnąć się jeszcze tylko mały zakład kamieniarski. Za siatką oddzielającą go od ulicy prezentował swój ostateczny asortyment z lastriko i żelazobetonu. Nosił nazwę Eden. I to był już koniec – tak czy inaczej. Godna zawrotka papieska byłaby w tym miejscu i niewykonalna, i mało atrakcyjna propagandowo.
Papież przyjechał i odjechał, a Niecała pozostała samiutka na nowe zawsze. Mijały dziesięciolecia. Zmieniały się ustroje polityczne, lokatorzy kamienicy, papieże w Rzymie, prezesi spółdzielni mieszkaniowych, świat, biznes, całe to miasto. I wydawało się, że tylko numer 44 z Leonem, jako ostatnim z dawnych lokatorów, stoi nietknięty. Jednak to nie była prawda. Nawet ludzie i domy, które budowano, żeby przetrwały wojny, potrzebują miłości.
Cała Niecała, przepraszam za rym, się sypała. A kamienica numer 44 najbardziej. Od czasu do czasu jakieś milczące komisje budowlane przychodziły ją oglądać, ale nic z tego nie wynikało dla ludzi.
Jeśli podziwiacie stare domy, weźcie pod uwagę, czy opierają się czasowi z dumą, czy już tylko z pokorą. Różnica jest merytoryczna.
Codziennie po przebudzeniu – a już zwłaszcza kiedy przesypiał w malignie kilka dób z rzędu – Leon Siermięga spędzał dłuższą część poranka na dochodzeniu do porozumienia sam ze sobą. Strasznie nie chciało się żyć. Wpierw pracował nad głową, w której niepowiązane myśli goniły się jak wiejskie burki w rui. Wyglądało na to, że wszystko, co Profesor kiedykolwiek w życiu usłyszał, obejrzał lub przeczytał, spadło z półek jednocześnie. Zawalona biblioteka.
Teraz był koniec maja, upalnie. Zza okna dochodziły metaliczne szczekania megafonu. Coś się zbliżało, przeszkadzało myśleć. Trzy możliwości wchodziły w grę.
Pierwsza: samochód z wodociągów, z wieścią, że z powodu nieplanowanej awarii rur znowu wyłączają wodę na tydzień. Sformułowanie „nieplanowana awaria” zawsze wyprowadzało z równowagi polonistę w Leonie.
Druga: lodziarz, czyli młody facet przebrany za przedwojennego lodziarza, obowiązkowo w kaszkiecie i kraciastej marynarce. Idiota – według Leona. Chociaż sam lodziarz wolał, kiedy nazywano go „kolorytem”.
I wreszcie trzecia możliwość: te cholerne, nowoczesne grupy spacerowe. Skrzykiwali się przez internet i chodzili po Niecałej, podziwiając jej niegdysiejsze rozwiązania planistyczne. Ale głównie, jak mówił Leon sąsiadom, ludzie ci, chodząc, poprawiali sobie dobrostan. Czerpali morze radości z prostego faktu, że sami nie muszą tu mieszkać.
Raz nawet, gdy znajdował się w wyjątkowo podłym usposobieniu, Leon zagadnął Janóża z ostatniego piętra kamienicy, czy nie dałoby się nauczyć tych spacerowiczów moresu.
– Czego? – zainteresował się Janóż, który akurat ssał zapałkę.
– Dyscypliny – uściślił Siermięga.
– Czyli że nakłaść po mordzie? – doprecyzowywał sąsiad.
Leon lekko przechylił głowę, był to ruch nieokreślony. Janóż pojął w czym rzecz i zapytał, za ile. Stary, przekonany, że wciąż świetnie orientuje się w pajęczych niuansach dzielnicy, w której spędził przytłaczającą większość życia, zaoferował jako zapłatę za fatygę pół litra wódki. Janóż odrzekł honorowo, że to mu nic nie mówi, ponieważ osobiście od dawna nie spożywa alkoholu.
W przyszłości już nie kontynuowali tej rozmowy. Po prostu stanęło na tym, że Janóż patrzył na Leona z taką jakby wyższością. A Profesor boleśnie zdał sobie sprawę z głębi zmian obyczajowych, jakie targnęły światem w ostatnich latach. Rozumiał mniej i mniej, i mniej każdego dnia.
Leon Siermięga i upływ czasu to były dwie całkowicie różne bajki. Choć oczywiście każdy wie, że była to ta sama bajka, ze smutnym dla wszystkich starych ludzi morałem.
Ponownie, jak co rano, przegrawszy z tłumem myśli, Leon pozostał przy wstydzie jako dominującym uczuciu. Niepotrzebnie zagadywał wtedy Janóża. Ten chłopak, podstarzały już syn dwojga jego dawnych uczniów, z wyglądu drobniutki cielęcy blondyn, od dzieciaka był podręcznikowym przykładem czegoś, co w pokoju nauczycielskim szkoły, w której pracował Leon, określano „zaniechaniem rodzicielskim”. Profesor, cytując starego dobrego Boya, mawiał o Januszu Kowalskim, że jest „niezbyt pochopny do mózgowego wysiłku”. Natomiast, co miało się wkrótce okazać i co zaważyło na całym jego życiu, Janóż posiadał czułe i zwinne dłonie pianisty-wirtuoza.
Opuszki jego palców zdradzały jakieś zupełnie nieopisywalne w tamtych czasach połączenie neuronowe ze słuchem i ogólniej, z wyczuwaniem nastrojów otoczenia. Chłopak był sensorem, zanim jeszcze powstała elektronika. Potrafił wstrzymać oddech na tak długo, że sum prędzej wypływał na powierzchnię niż on. Jak huragan przeszedł więc całą dostępną w dzielnicy drogę rozwoju: od piwnic, przez samochody i mieszkania, po instytucje państwowe i prywatne. Yale’owski zamek potrafił otworzyć spinaczem do papieru w mniej niż minutę.
Potem oczywiście Janóż się popsuł. Towarzystwo, w którym się obracał, straciło klasę i doniosło na niego, a po więzieniu Janóż poszedł w taką codzienną drobnicę złodziejską, że szkoda gadać. Na przystanku tramwajowym pod bazyliką, uzbrojony w nóż kuchenny, wyrywał staruszkom torebki. Stąd wzięła się jego obecna ksywa. A pomyśleć, że kiedyś wołali na niego Mefisto. Każdy wie, co może zrobić wódka wrażliwemu człowiekowi.
– Proponować takiemu indywiduum pół litra, idiota! – głośno zżymał się na siebie Leon Siermięga w trakcie zwlekania lewej nogi, tej kulejącej, z łóżka.
W ogóle nie chciała dziś złapać mocy.
– Trzeba było od razu zacząć od litra, może wtedy byśmy do czegoś doszli – łajał się stary Profesor.
Bo też ci internetowi spacerowicze naprawdę byli denerwujący. Sami dobrze odżywieni czterdziestolatkowie, finezyjnie przystrzyżone siwiejące brody. Dziadkowe kardigany noszone z dumą. Albo z fikuśnym zdziwieniem, że już do takich kardiganów doszło. Zaś ich kobiety w dresowych spodniach pod drogimi płaszczami.
Wyglądało to Leonowi na pierwsze zawirowanie smugi cienia w życiu tych ludzi. Przyszłości się bali, więc chętnie zwracali się ku przeszłości. Każdy wie, że przeszłość jest lepsza, ponieważ ma raz na zawsze zakończoną możliwość permutacji losowych. Przeszłość niesie ukojenie, nic się już w niej nie dozdarzy. To bardzo atrakcyjna oferta na dzisiejsze czasy. Ci spacerowicze oglądali Niecałą jak wzruszający okaz osobliwy, dlatego należałoby ich stąd wypędzić nogą w pośladki.
Hałas za oknem przydał się o tyle, że wypchnął Leona z łóżka. Wkurw bywa siłą, każdy to powie. Siermięga wyjrzał zza firanki.
– Zwróćcie, proszę, uwagę, kochani, że na ulicy Niecałej funkcjonują aż dwa zakłady kamieniarskie, oba jakże zasłużone dla obywateli dzielnicy, w której się aktualnie znajdujemy – darł się megafon.
Młodziak tuż przed pięćdziesiątką nadużywał słowa „kochani”, jednak kochani nie mieli mu za złe tej nachalnej familiarności. Rzucało się w oczy, że jedzą przewodnikowi z ręki, bo reagowali śmiechem niemal na każde jego zdanie. On natomiast pasł się tym. Dosłownie wzrastał i przybywał na osobowości.
– A teraz, kochani, mam dla was taką malutką zagadkę – kontynuował ten zapiewajło. – Po jednej stronie Niecałą zamyka zakład Eden, a po drugiej Syjon. Z czymś nam się to kojarzy?
Leon się zainteresował; był ciekaw, czy odpowiedzą logicznie. Ale oni z podśmiewania przeszli prosto w ciszę. Szukali odpowiednich słów, czy nie wiedzieli? W końcu jeden gość w skórzanych klapkach zaciągnął się głęboko e-papierosem i zaryzykował:
– Konkurencja? – spytał wiedząco.
– No niedokładnie, kochani – przewodnik cmoknął.
Leon Siermięga natychmiast stracił zainteresowanie tą grupą bęcwałów. Od paru miesięcy niemal co niedziela padało pod jego oknem to samo pytanie o stosunki międzyludzkie w przedwojennej Polsce, a może ze dwa razy zdarzyło się, że padła właściwa odpowiedź. Machnął ręką, poszukał okularów.
Zasiadł przy stole i otworzył okładki etui, w którym przechowywał telefon. Ze skupieniem, długo i pieczołowicie przepisywał palcem wskazującym hasła dostępu z wyświechtanej kartki papieru. Był bardzo ciekaw, czy politycy zrewaloryzowali mu emeryturę, tak jak zapowiadali w telewizji. Gdyby tak się stało w istocie, mógłby jutro pójść kupić sobie krakowskiej, zamiast pasztetowej.
Leon Siermięga wykonał ostatni, dobijający sztych palcem w ekran telefonu. Szkła jego okularów odbijały elektroniczną poświatę, a odblask tła zawahał się na zwykłej czerwieni oznaczającej debet.
Potem nagle iluminowało. Było teraz zielone, jak łagodność wiosny za oknami.
Leon doznał wstrząsu.
Na jego koncie bankowym figurowała suma dziesięciu tysięcy złotych. Przelano ją nad ranem z nieznanego numeru konta. To było dla niego za wiele. Mimo że dopiero wstał z łóżka, poczuł się nagle bardzo zmęczony i położył się z powrotem.
Później, przez te dwa gorące miesiące, które miały stać się dla niego początkiem całkiem nowego życia, Leon wielokrotnie zastanawiał się nad swoją reakcją z tamtego poranka. Wahał się między słowami kuriozalna a surrealistyczna.
Tamtą chwilę obracał w myślach jak chińskie pudełeczko z ukrytą zapadką. Miał takie na półce, wśród bibelotów. Ze czterdzieści pięć lat temu dostał je od uczniów. W sumie większość zupełnie niepotrzebnych rzeczy, które Leon przechowywał na półkach, dostał kiedyś od uczniów z okazji różnych świąt i jubileuszów. Pudełeczko było darem na Dzień Nauczyciela.
Był to piękny, ręcznie wykonany z laki podłużny przedmiot wielkości pułapki na myszy. Na wieczku znajdowało się kilkadziesiąt ponumerowanych pierścieni. Obracając nimi, należało w każdym z piętnastu rzędów, pionowo i poziomo, uzyskać sumę sto. Wówczas właśnie miała przeskoczyć zapadka i wieczko powinno się otworzyć. A w środku powinna znajdować się zapewne jakaś taoistyczna mądrość dotycząca sekretu długiego życia albo smacznego obiadu. To znaczy, tak uważał Leon, bo uczniowie, którzy podarowali mu pudełko, na pewno nie mieli pojęcia, co to tao. Przyznali się, że kupili to cacko w sklepie z zabawkami.
Siermięga nigdy nie otworzył chińskiego puzderka. Na przecięciach piątego i siódmego rzędu cyfr był jakiś fabryczny błąd, który to uniemożliwiał. Bubel – felerne rzędy nie sumowały się do stu. Jednak wewnątrz z pewnością coś było. Postukiwało, gdy potrząsał. Pewnie coś tam oderwało się w środku ze starości, bo wcześniej tak nie grzechotało.
Słowem: całkiem niepotrzebna rzecz nadająca się do zapomnienia.
Teraz, pod koniec lata, gdy Leon siedzi w wiklinowym fotelu na balkoniku niezbyt drogiego, ale schludnego pensjonatu nad morzem i słyszy, jak fale liżą piach, pudełeczko znów przychodzi mu na myśl. Jest już tylko pozostałością, należy do rozbudowanego toku myśli patrzących wstecz. Stanowi wspomnienie miłej zagadki, której nigdy nie udało się rozwiązać metodycznie.
Ale może nie wszystko trzeba rozumieć i posiąść? Być może to, co pozostaje tajemnicą, tworzy człowieka na równi z tym, co zdobyte i przyszpilone intelektem? Leon jest pogodzony z taką możliwością i zachowuje się bardzo spokojnie.
Swoim zwyczajem wygrzebuje odpowiedni cytat z czytanej akurat książki i zapisuje w swoim zeszycie. Po prostu jakoś tak pewniej się czuje, jeżeli wesprze swoje mniemania autorytetem, zawsze tak miał. „Tam, gdzie wszystko wiadomo, nie ma nadziei, S. Mrożek”.
Leon sięga po kubek z poranną kawą zbożową, którą zawsze podają tu nieco lurowatą. Jest odprężony.
Z dołu dobiega szczękanie talerzy i zapach parówek – stołówka rozstawia śniadanie. Kończy się wrzesień, zieleń drzew jest już zmęczona, światło słońca robi się coraz ostrzejsze, ale nadal jest ciepło i miło.
Pies wczasowiczów z parteru znów, jak co rano, wyszedł się wysikać w niedozwolonym miejscu – na placu zabaw dla dzieci. Zdaje się, że psy są w pełni akceptowane przez dyrekcję pensjonatu, i to również jest dla Leona bardzo piękne. Fale morskie szumią, dlatego że przyciąga je pełny księżyc. I pomyśleć, że jest na świecie mnóstwo takich ludzi, którzy wariują w czasie pełni.
Tamtego majowego ranka, gdy odkrył, że jest bogaty, Leon struchlał i zmartwiał. A mówiąc między nami, prywatnie i zwyczajnie: dostał rozwolnienia we śnie.
Niedługo później, albo może było to rankiem następnego dnia, albo któregoś z kolejnych dni – nie potrafiłby powiedzieć dokładnie, bo za oknem wciąż świeciło słońce – zwlókł się z łóżka i w poczuciu winy, trzymając się ścian, poczłapał tam, gdzie trzeba. Oczywiście na wszystko było za późno, ale czas w życiu Siermięgi od dawna już nie miał formy linii prostej. Pętlił się. Podobnie rzecz miała się z samopoczuciem. Falowało.
Z ubikacji Leon wyszedł już jako nowy człowiek. Wpierw w odgłosach siklawy spuszczanej wody, potem w charczeniu walczących z treścią ludzką starych rur, nagi, szurając kapciami przemierzył pokój.
Po drodze rzucił przelotne spojrzenie w lustro, by sprawdzić, czy wygląda tak, jak się czuje. Tak, wyprostowany, prawie nieutykający. Twarz z ostro zarysowaną kością brody, cień zarostu. Takiej twarzy nie widywał u siebie od lat. Zapomniał, że kiedyś w ogóle ją miał. Dobra twarz; męska twarz.
Leon podszedł do okna kuchennego i, uważając, żeby nie poruszyć firanki, wyjrzał na podwórko kamienicy.
Nic, tylko furkot skrzydeł i pióra. Meneliza stała w szlafroku pod kapliczką Matki Boskiej Podwórkowskiej i karmiła bułką gołębie.
Biedna, umęczona. Wyglądała, jakby wszystko wewnątrz niej upadło do nóg. Kiedyś najładniejsza w klasie. I właśnie ta uroda, jak kłoda, legła jej pod nogami od razu na starcie świadomego życia. Mała potknęła się i już nigdy nie złapała równowagi, runęła.
Urodziła troje dzieci, zanim jeszcze skończyła dwudziestkę. Jedno zmarło śmiercią łóżeczkową w noc po chrzcie. Drugie, córka, dawno dorosłe, nie chciało mieć z mamusią żadnych wspólnych wspomnień. A trzecie, Adonis, oficjalnie dobiegający pełnoletności w rodzinie zastępczej w nieznanym mieście – ale raczej chyba w więzieniu, jak się mówiło na Niecałej – był podobno głębokim autystykiem.
Leon obrzucił kobietę zimnym okiem. Meneliza przypominała postać z posągu za swoimi plecami i dobrze o tym wiedziała. Numer z karmieniem ptactwa należał od jakiegoś czasu do jej żelaznego repertuaru. Zwracała na siebie uwagę. Ale wołała nie wiadomo o co, chyba o guza.
– Stylizowane emocje – szepnął stary, wzruszając ramionami.
Przeszedł przez pokój do przeciwległego okna, od ulicy.
Po drodze lustro w przedpokoju znów ujawniło jego oczom wspaniałego samca, wcale nie tę jakąś codzienną resztkę mężczyzny. Siermięga przystanął. Wciągnął brzuch. Objął dłońmi biodra w taki sposób, że kciuki wystawały na zewnątrz, wskazując przyrodzenie.
Język ciała, w tym – jak mu się zdawało – był kiedyś mistrzem. Uśmiechnął się śmiało. Sztuczna szczęka pozostała jakimś cudem na miejscu. Zęby zalśniły żółcią klawiszy starego fortepianu. Nieźle.
Zrzucił kapcie podomowe, stanął boso. Haluksy, no i co z tego? Da się z tym żyć! I Leon przepełnił się nagle taką śmiałością, taką niedorzeczną wiarą w siebie, że aż się przeraził. Zmitygował postać w lustrze. Brzuch znowu wylazł i rozpłynął na boki. Ale figlarny nastrój nie ustępował.
– No i proszę – powiedział do siebie Profesor, a oko błysnęło mu łobuzersko. – Wystarczyło wysrać się szczegółowo.
Ale to nie była cała prawda, wiedział o tym. Teraz trzeba było uważać, żeby nie popełnić jakiegoś głupstwa. Mimo to Leon odważnie otworzył drzwi balkonowe na całą szerokość i wyjrzał na Niecałą. Stał oparty brzuchem o drewniane zabezpieczenie balkonu, który dawno temu odpadł, pozostawiając po sobie jedynie dwa betonowe, wbite w mur pod kątem prostym dźwigary.
Leon rozejrzał się. Po prawej nic, po lewej nic. Pusto. Pod nim, u Celiny Urniarz, suszyło się na słońcu pranie. Na chodniku, w cieniu wielkiej donicy, w której zamiast roślin tkwiły pety, wylegiwała się, dysząc ciężko, suczka pani Żałobowej. Nad Leonem jeszcze dwa piętra i już niebo.
– Zawsze jest jeszcze wszechświat – szepnął Profesor.
Był to ulubiony jego cytat, klejnot z zeszytu z cytatami, notatkami i bazgrołami Leona Siermięgi. Niestety nie wiedział, kto tak powiedział, ale na pewno nie on sam.
Na wprost okna, na skraju bruku z kocich łbów, stał zapatrzony przed siebie Waldemar Kurtz z najwyższego piętra, były pułkownik, i wahadłowo przenosił ciężar ciała z palców na pięty i na odwrót.
Ręce miał skrzyżowane za plecami, od czasu do czasu rytmicznie poruszał palcami. Ciekawe, na co tak patrzył, skoro po drugiej stronie ulicy Niecałej, dokładnie naprzeciwko kamienicy 44, biegł wysoki mur z czerwonej cegły, który urywał się nagle bliżej torów kolejowych, przy zakładzie pogrzebowym Eden, i odsłaniał coś, co kiedyś było skwerkiem, ale zmieniło się w puszczę z jedną ławką i jedną zjeżdżalnią dla dzieciaków – Plac Osiemset Plus.
Pułkownik musiał patrzeć na coś choćby z tego powodu, że trudno było wyobrazić sobie, że taka persona jak Kurtz nie patrzy na nic. Łysy, potężny, ubrany w koszulkę na ramiączka, spod której – na plecach – wystawały zmechacone siwe włosy.
Ten Kurtz to była zagadka. Otaczała go aura chytrego węża niejasno umocowanego w sferach władzy. Po pierwsze, nie wiadomo, jakich służb był pułkownikiem. Owszem, starsi i trzeźwiejsi lokatorzy kamienicy, czyli Leon, pamiętali jeszcze, jak za socjalizmu przywoził go z pracy granatowy polonez. Albo jak czekał na Kurtza pod kamienicą enigmatyczny kierowca z twarzą pozbawioną mimiki. A pułkownik wychodził w sztywno odprasowanym garniturze i pod krawatem, wygolony do ciemnej siności, pozostawiając po sobie na klatce schodowej duszny zapach dezodorantu marki Derby. Jeśli chodzi o Derby, to był to wtedy najbardziej pożądany dezodorant wśród alkoholików, ponieważ swoją niebywałą mocą zapachową doskonale maskował wódczane wapory ciała.
Nagle, nie odwracając się, Waldemar Kurtz uniósł rękę jak do pozdrowienia i powolutku pogmerał palcami w powietrzu.
Leon cofnął się w głąb pokoju. Wystarczyła jedna chwila, ten jeden gest, żeby stracił całą pewność siebie. Teraz, przyglądając się sąsiadowi zza firanki, z irytacją wypominał sobie te kilkanaście minut euforii. Obejrzał się, pościel leżała na łóżku skołtuniona i poznaczona odcieniami brązu. Dobrze, że nie miał węchu.
Stary i głupi – oto, jaki jest! Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że cofnie się w czasie? Będzie młody i bogaty? Idiota! Był, jest i zawsze będzie z niego tylko człowiek o imponująco zerowej wartości – łajał się. Jak się mówi inaczej na trupa? Pstrykał palcami, ale nie mógł sobie przypomnieć. Takie krótkie słowo na „k”. Do półki ze słownikiem wyrazów obcych bał się podejść. W ogóle bał się drgnąć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
