Jestem innym TY - Anna Partyka - Judge - ebook

Jestem innym TY ebook

Anna Partyka-Judge

4,3

Opis

Powieść dotyka wiele społecznych problemów wynikających z transpłciowości.
Porusza zagadnienie dojrzewania emocjonalnego, ale także rodzinnych oraz
indywidualnych zmagań z tym, co przynosi nam życie.
 
Przecież pod każdym dachem znajdziemy mnóstwo zgrzytów, niedopowiedzeń i osobistych tragedii.
Kto naprawdę jest bohaterem powieści: Stefka czy Natalka? Która z nich
zmaga się z transpłciowością, a która dojrzewa emocjonalnie i w
ekstremalnych warunkach życiowych buduje osobowość dojrzałej kobiety? Kto
kim się opiekuje? Kto kogo wspiera podczas życiowych zawirowań?
 
Tolerancja i jej brak, miłość, ale i zło, niepewność oraz wiara to tylko niektóre z
ważnych czynników kierujących naszym postępowaniem. Dowiedz się, jaki mają
wpływ na życie bohaterów „Jestem innym TY".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 243

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (4 oceny)
2
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
akaniuk85

Nie oderwiesz się od lektury

Cena za ocalenie własnego „ja”. O psychologicznej głębi powieści „Jestem innym TY” Anny Partyki-Judge. Dom w swoich pierwotnych założeniach ma być bezpiecznym portem. To przestrzeń, w której człowiek uczy się swojego imienia, swoich granic i prawa do istnienia w świecie dokładnie takim, jakim stworzyła go natura. Rzeczywistość bywa jednak znacznie bardziej skomplikowana, a rodzina – zamiast schronieniem – staje się czasem pierwszym i najtrudniejszym polem bitwy o własną tożsamość. Najgłębsze dramaty rozgrywają się w ciszy czterech ścian. To tam rodzicielska miłość zostaje poddana próbie w obliczu opinii społecznej, a głęboka ludzka potrzeba szczerości zderza się z murem cudzych oczekiwań, zakorzenionych stereotypów i paraliżującego wstydu. Często to, co w drugim człowieku nieznane i wymykające się prostym definicjom, budzi w nas pierwotny opór – obawę, że przyjęcie prawdy naruszy misternie budowany ład codzienności. Wówczas miłość, zamiast wyzwalać, zaczyna żądać dopasowania się do ...
00
BetiCzyta

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ważna książka. Dotyczy jeszcze nadal tematu tabu czyli transpłciowości. Autorka bardzo neutralnie podeszła do tematu. Mamy tu pokazane uczucia z różnych perspektyw, kilku osób. Polecam!
00
Ewelina2611

Dobrze spędzony czas

"Cza­sem trze­ba upaść, aby wie­dzieć, gdzie się stoi..." „Jestem innym TY” to powieść, która w niezwykle poruszający sposób podejmuje temat transpłciowości, ale nie ogranicza się tylko do tego wątku. To opowieść o dojrzewaniu, samotności, miłości i sile relacji rodzinnych tych, które wspierają a czasami  ranią. To właśnie w momentach największego kryzysu rodzina powinna być naszym schronieniem.Wtedy nie musimy udawać i wiemy,że  jesteśmy kochani tacy, jacy jesteśmy. Każdy z nas potrzebuje akceptacji i oparcia, a nie odrzucenia – szczególnie wtedy, gdy świat na zewnątrz okazuje się brutalny i pełen mroku. Często brak wiedzy lub strach przed innością budzi w ludziach te gorsze instynkty. "Bo ego­izm nie za­wsze jest zły. Cza­sem jest ko­niecz­ny, po­nie­waż tyl­ko wte­dy, gdy trosz­czy­my się o sie­bie, po­tra­fi­my za­trosz­czyć się o po­trze­by in­nych lu­dzi". Czytając książkę zastanawiamy się ,kto jest najważniejszą postacią. Dla mnie była nią  właśnie Stefka, która bardzo szy...
00



Każ­dy jest za­ję­ty uda­wa­niem ko­goś,

kim wca­le nie jest.

Moż­li­we, że dzie­je się tak dla­te­go,

iż nikt nie wie, kim na­praw­dę jest.

– Au­tor nie­zna­ny

Dziś mam szczę­ście, że żyję,

mam cen­ne ludz­kie ży­cie,

nie za­mie­rzam tego mar­no­wać.

– Da­laj­la­ma

Prolog

Czy kie­dy­kol­wiek za­sta­na­wia­łeś się nad wła­snym cia­łem? Od­czu­wa­łeś wów­czas jego har­mo­nię z du­szą? Mia­łeś świa­do­mość oso­by, któ­rą je­steś?

Je­śli two­je wła­sne cia­ło ko­mu­ni­ku­je się z tobą i nie od­czu­wasz dys­kom­for­tu, wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Co jed­nak, je­śli jest ina­czej? Co, je­śli kod kre­sko­wy za­pro­gra­mo­wa­ny w mó­zgu po­ka­zu­je er­ror? To błąd, z któ­rym zwy­kle trud­no so­bie po­ra­dzić.

Po­szu­ki­wa­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie kim je­stem? – ko­bie­tą czy męż­czy­zną, dziew­czy­ną czy chło­pa­kiem? – do­star­cza in­for­ma­cji o wła­snej płcio­wo­ści. Iden­ty­fi­ka­cja płcio­wa jest ele­men­tem toż­sa­mo­ści płcio­wej. To o niej chcę opo­wie­dzieć.

Kim je­stem? Ja­kim je­stem czło­wie­kiem?– ta­kie py­ta­nia za­da­je so­bie wie­lu lu­dzi.

Płeć dziec­ka usta­la się już w mo­men­cie po­czę­cia, a więc wte­dy, gdy ko­mór­ka ja­jo­wa po­łą­czy się z plem­ni­kiem. Oko­ło dzie­wią­te­go ty­go­dnia cią­ży za­czy­na­ją po­wsta­wać na­rzą­dy mę­skie, żeń­skie kształ­tu­ją się oko­ło dzie­sią­te­go ty­go­dnia. W tak wcze­snym sta­dium roz­wo­ju ze­wnętrz­ne na­rzą­dy płcio­we są do sie­bie bar­dzo po­dob­ne. Je­śli ro­dzi­ce chcą się do­wie­dzieć z dużą dozą praw­do­po­do­bień­stwa, czy uro­dzi się chło­piec, czy dziew­czyn­ka, mu­szą z tym po­cze­kać do dwu­dzie­ste­go ty­go­dnia. Wte­dy uwi­docz­nia­ją się war­gi sro­mo­we u dziew­czyn­ki oraz pe­nis i mosz­na u chłop­ca. To wszyst­ko de­ter­mi­nu­je bio­lo­gia. Dziec­ko nie ma na to żad­ne­go wpły­wu, to pro­ce­sy bio­lo­gicz­ne de­cy­du­ją o tym, czy bę­dzie mia­ło ce­chy fi­zycz­ne chłop­ca, czy dziew­czyn­ki.

Dużo bar­dziej zło­żo­nym za­gad­nie­niem jest toż­sa­mość płcio­wa. W mą­drej ga­ze­cie prze­czy­ta­łam, że kształ­to­wa­nie toż­sa­mo­ści płcio­wej za­czy­na się oko­ło dru­gie­go roku ży­cia i wią­że się z roz­wo­jem psy­cho­lo­gicz­nym dziec­ka. Jest to po­czą­tek pro­ce­su po­znaw­cze­go, w któ­rym dzie­ci uświa­da­mia­ją so­bie, czy są chłop­ca­mi, czy dziew­czyn­ka­mi. Pierw­szy etap to iden­ty­fi­ko­wa­nie się z ro­dzi­ca­mi, ko­lej­ny to przyj­mo­wa­nie mo­de­li za­cho­wań cha­rak­te­ry­stycz­nych dla da­nej płci. Za­kła­da się, że dziec­ko na­by­wa umie­jęt­ność okre­śle­nia przy­na­leż­no­ści do kon­kret­nej gru­py do siód­me­go roku ży­cia. Zda­rza się jed­nak, że po­strze­ga­nie wła­snej toż­sa­mo­ści płcio­wej jest u dziec­ka za­bu­rzo­ne.

Mam na imię Stef­ka. Opo­wiem ci, jak to było w mo­jej ro­dzi­nie, gdy mój kil­ku­let­ni brat oka­zał się sio­strą.

Dzień katastrofy

Dzień, któ­ry po­sta­wił trwa­łą gra­ni­cę mię­dzy ży­ciem przed a ży­ciem po,przy­padł na po­czą­tek wio­sny, już po świę­tach wiel­ka­noc­nych, do­kład­nie 12 kwiet­nia 2015 roku. To data, któ­ra wry­ła się w moją pa­mięć i świa­do­mość. Nie ma siły, mo­gą­cej ją wy­ma­zać lub choć­by lek­ko za­trzeć.

Tego dnia moja sio­stra Na­ta­lia wraz ze swo­ją przy­ja­ciół­ką Han­ką po­bie­gły do par­ku Ka­spro­wi­cza. I nie było w tym nic dziw­ne­go, bo zwy­kle tam cho­dzi­ły. Wcze­śniej tego roku wła­śnie tam to­pi­ły ma­rzan­nę z dzie­cia­ka­mi z kla­sy, a póź­niej – ale jesz­cze przed 12 kwiet­nia – też od­wie­dza­ły ów park kil­ka­krot­nie. Jak zwy­kle. Uwiel­bia­ły prze­cież to miej­sce, wciąż o nim opo­wia­da­ły, cza­sa­mi aż do znu­dze­nia, jak­bym sama tam nie cho­dzi­ła! Sze­ro­kie par­ko­we alej­ki za­pra­sza­ły do bie­ga­nia i róż­nych za­baw.

Dla mnie było to miej­sce ro­man­tycz­nych spa­ce­rów z Łu­ka­szem. Lu­bi­li­śmy cho­dzić po par­ko­wych alej­kach, gdy tra­wa po bo­kach do­pie­ro za­czy­na­ła wy­chy­lać się do słoń­ca, ale już wy­ma­ga­ła uważ­ne­go strzy­że­nia. Wio­sna roz­kwi­ta­ła w Ka­spro­wi­czu buj­nie i so­czy­ście. Uwiel­bia­łam alej­kę z per­go­la­mi. O tej po­rze roku po­wo­je do­pie­ro za­czy­na­ły się piąć ku gó­rze po drew­nia­nych krat­kach. Byle jak naj­szyb­ciej do słoń­ca. Kto pierw­szy? Byle szyb­ciej, buj­niej, gę­ściej! Każ­de­go roku ob­ser­wo­wa­łam ten pro­ces z za­chwy­tem.

Tam­te­go dnia, po wyj­ściu Na­ta­lii i Han­ki, zo­sta­łam w domu sama. Mama była na dy­żu­rze w szpi­ta­lu, oj­ciec w ko­men­dzie. Było pu­sto i prze­raź­li­wie ci­cho. W ta­kich chwi­lach ża­ło­wa­łam, że nie mamy żad­ne­go zwie­rza­ka. Nie­spo­dzie­wa­nie dla sa­mej sie­bie na­gle zna­la­złam się pod drzwia­mi po­ko­ju sio­stry. Jak­bym chcia­ła coś spraw­dzić. Ale co? Nie mia­łam wte­dy po­ję­cia. Coś cią­gnę­ło mnie tam jak ni­g­dy przed­tem. In­stynkt? In­tu­icja? Pod­szept pod­świa­do­mo­ści? W każ­dym ra­zie coś mnie ku­si­ło, żeby tam zaj­rzeć.

Klam­ka skrzyp­nę­ła pod na­po­rem mo­jej dło­ni. Wcią­gnę­łam po­wie­trze, w któ­rym wciąż czuć było odro­bi­nę per­fum lub dez­odo­ran­tu, choć uchy­lo­ne okno wpusz­cza­ło świe­ży za­pach bu­dzą­cej się wio­sny. Lek­ki po­wiew wia­tru po­ru­szał fi­ran­ką. Ener­gia i kru­chość. Taka myśl przy­szła mi do gło­wy, kie­dy otwo­rzy­łam te cho­ler­ne drzwi. W środ­ku rów­no po­ukła­da­ne plu­sza­ki na pół­kach. Tak! Na­ta­lia czę­sto się nimi ba­wi­ła i przy­tu­la­ła. Urzą­dza­ły z Han­ką przed­sta­wie­nia, jak w te­atrzy­ku. Cza­sa­mi za­pra­sza­ły mnie do wspól­nej za­ba­wy. Chy­ba ja sama ją za­po­cząt­ko­wa­łam, kie­dy Na­tal­ka, zwa­na przez wszyst­kich w domu Kró­licz­kiem, była jesz­cze mała. Łóż­ko przy­kry­wa­ła kapa bez żad­nej zmarszcz­ki, a na biur­ku ze­szy­ty i książ­ki le­ża­ły uło­żo­ne pod li­nij­kę, przy­go­to­wa­ne do pra­cy. Już daw­no nie wi­dzia­łam sa­mo­cho­dów wśród za­ba­wek Kró­licz­ka. Cza­sem bu­do­wał ja­kieś z kloc­ków Lego, bo po­trze­bo­wał ich do zo­bra­zo­wa­nia ru­chu ulicz­ne­go. Ro­dzi­ce po­cząt­ko­wo ku­po­wa­li dla swo­je­go młod­sze­go dziec­ka re­so­ra­ki, cię­ża­rów­ki i wozy stra­żac­kie, ale w koń­cu zre­zy­gno­wa­li. Mama wrzu­ci­ła je do pu­dła. Wciąż tam tkwi­ły, nie do­cze­kaw­szy się za­in­te­re­so­wa­nia. W tam­tym cza­sie my­śle­li­śmy jesz­cze, że mamy w domu chłop­ca, Be­nia­mi­na. Do­pie­ro po la­tach ro­dzi­ce i ja do­pu­ści­li­śmy do świa­do­mo­ści, że nasz mały Be­nio tak na­praw­dę jest małą Na­ta­lią.

Tam­te­go dnia w upo­rząd­ko­wa­nym po­ko­ju Na­tal­ki je­den ele­ment nie pa­so­wał do ob­ra­zu. Kłuł w oczy. Coś wy­sta­wa­ło z sza­fy. Pew­nie Na­ta­lia za­my­ka­ła ją w po­śpie­chu, jak nie ona. Nie­wiel­ki ka­wa­łek czer­wo­ne­go ma­te­ria­łu krzy­czał, jak­by ostrze­gał. Roz­dzie­rał bia­ło­be­żo­wą oazę ła­god­no­ści nie tyl­ko ko­lo­rem, ale rów­nież ostrą kra­wę­dzią. Kró­li­czek nie wło­żył swo­jej ulu­bio­nej, czer­wo­nej kurt­ki!

Wy­stra­szy­łam się. Trza­snę­łam drzwia­mi. Ucie­kłam do swo­je­go po­ko­ju. Coś nie po­zwa­la­ło mi za­ak­cep­to­wać tego krzy­czą­ce­go skraw­ka skó­rza­nej ma­te­rii. Ir­ra­cjo­nal­ny i lep­ki strach. Usia­dłam na fo­te­lu, pod­kur­cza­jąc nogi. Nie wiem, jak dłu­go tak sie­dzia­łam. Po ja­kimś cza­sie do­tar­ło do mnie, że moje oba­wy są nie­do­rzecz­ne. Prych­nę­łam, drwiąc ze swo­jej wy­bu­ja­łej wy­obraź­ni, i po­sta­no­wi­łam wziąć się za na­ukę. Mu­sia­łam się przy­go­to­wać do ko­lo­kwium z pra­wa kon­sty­tu­cyj­ne­go. Ob­ło­ży­łam się książ­ka­mi. Prze­kła­da­łam me­cha­nicz­nie stro­ny, nie mo­gąc się na ni­czym sku­pić. Po ko­lei zmie­nia­łam miej­sce z fo­te­la na łóż­ko i z łóż­ka na fo­tel. Skoń­czy­ło się na tym, że zi­gno­ro­wa­łam pod­ręcz­ni­ki, za­tem­pe­ro­wa­ny, go­to­wy do pra­cy ołó­wek i ko­lo­ro­we sa­mo­przy­lep­ne kar­tecz­ki, a w za­mian otu­li­łam się ko­cem i za­czę­łam czy­tać w łóż­ku Wi­chro­we wzgó­rza. Od lek­tu­ry ode­rwał mnie nie­spo­dzie­wa­ny ha­łas na dole.

– Po­mo­cy! Halo! Jest tu kto? – wrzesz­cza­ła Han­ka roz­pacz­li­wie. – Szyb­ko!

Jak się do­sta­ła do domu, nie mia­łam po­ję­cia. Czyż­bym zo­sta­wi­ła otwar­te drzwi?

– Ha­niu, tu­taj! Co się sta­ło? – krzyk­nę­łam ze swo­je­go łóż­ka, my­śla­mi prze­by­wa­jąc wciąż w świe­cie mrocz­ne­go He­athc­lif­fa.

Scho­dy za­dud­ni­ły, a w na­stęp­nej chwi­li w pro­gu po­ja­wi­ła się za­sa­pa­na, czer­wo­na na twa­rzy Han­ka.

– Stef­ka… po­mo­cy! Wsta­waj! – mó­wi­ła go­rącz­ko­wo, zdzie­ra­jąc ze mnie koc. – Nie ma chwi­li do stra­ce­nia! Mu­si­my… Szyb­ko!

– Spo­koj­nie, gdzie się pali? – pró­bo­wa­łam żar­to­wać, ale znów za­czę­ło mnie ogar­niać to samo drże­nie, któ­re­go do­zna­łam wcze­śniej w po­ko­ju Na­tal­ki. Po­czu­łam je wy­raź­nie w brzu­chu i no­gach.

– Trze­ba ra­to­wać Na­tal­kę! Oni zro­bią jej krzyw­dę! – Han­ka roz­glą­da­ła się roz­pacz­li­wie po po­ko­ju, jak­by cze­goś szu­ka­ła. Wzrok mia­ła roz­bie­ga­ny, usta jej drga­ły, a z oczu ciur­kiem le­cia­ły łzy. – Stef­ka, gdzie masz buty? Szyb­ko, mu­si­my jej po­móc!

Zda­łam so­bie spra­wę z po­wa­gi sy­tu­acji. Na­tal­ka w nie­bez­pie­czeń­stwie. Wy­sko­czy­łam z łóż­ka i chwy­ci­łam wi­szą­cą na opar­ciu krze­sła kurt­kę. Wkła­da­łam ją, zbie­ga­jąc po scho­dach. W my­ślach, jak świa­tło alar­mu, ja­skra­wił się frag­ment czer­wo­nej kurt­ki mo­je­go ma­łe­go Kró­licz­ka. W sie­ni po­spiesz­nie wsu­nę­łam na sto­py adi­da­sy. Upew­niw­szy się, że mam w kie­sze­ni klucz od domu, wy­bie­głam za Han­ką na rześ­kie, wio­sen­ne po­wie­trze.

Życie przed

Stefka, październik 2010 roku

– Je­steś głod­ny? – za­py­ta­łam Be­nia­mi­na nie­uważ­nie, bo moje my­śli ula­ty­wa­ły w zu­peł­nie in­nym kie­run­ku.

Wspo­mi­na­łam wczo­raj­sze spo­tka­nie z Łu­ka­szem. To była na­sza trze­cia rand­ka. W brzu­chu fru­wa­ły mi mo­ty­le, mrów­ki gry­zły w pię­ty, a ptasz­ki ćwier­ka­ły wo­kół gło­wy. Za­uro­cze­nie przy­pię­ło mi skrzy­dła do ra­mion.

– Pew­nie, że je­stem głod­na! – Be­nio za­ak­cen­to­wał ostat­nie sło­wo, ale po­cząt­ko­wo nie zwró­ci­łam na to uwa­gi. – Ugo­tu­jesz mi jaj­ko na mięk­ko? To żół­te roz­le­wa się na ję­zy­ku i jest ta­kie cie­płe. Mmm… – Przy­mknął oczy i po­gła­dził się ręką po brzu­chu. – A do tego buł­kę z ma­słem, do­brze? – Prze­chy­lił gło­wę i o mały włos nie spadł ze stoł­ka przy ku­chen­nej wy­spie.

– Uwa­żaj! – krzyk­nę­łam i sko­czy­łam, aby go ła­pać, ale on się tyl­ko ro­ze­śmiał per­li­ście.

– No co ty, sio­stra! – Pu­ścił do mnie oczko, opa­da­jąc te­atral­nie na opar­cie ho­ke­ra.

Ser­ce pod­sko­czy­ło mi do gar­dła ze stra­chu, że upad­nie i roz­bi­je so­bie gło­wę. A on się śmiał. Wku­rzy­ło mnie to!

– Be­niu… – za­czę­łam kar­cą­cym to­nem, ale mi prze­rwał:

– Na­ta­lio… pro­szę.

– Be­niu, gdy­by coś ci się sta­ło… – nie da­wa­łam za wy­gra­ną.

– Na­ta­lio. Pro­szę, po­wiedz tak do mnie – mó­wił spo­koj­nie, twarz miał po­waż­ną.

Sied­mio­let­ni chło­pak w tej chwi­li wy­glą­dał jak do­ro­sły, po­waż­ny fa­cet! Bły­ski roz­ba­wie­nia cał­kiem znik­nę­ły z jego oczu. Spoj­rza­łam na nie­go uważ­niej. Zo­ba­czy­łam coś, co za­trzy­ma­ło moje dło­nie w po­wie­trzu. Prze­sta­łam sma­ro­wać chleb. Na kil­ka se­kund za­mar­łam. Utkwi­li­śmy w so­bie wzrok. Be­nia­mi­no­wi drgnę­ła gór­na war­ga, a oczy wy­peł­nia­ła tak roz­pacz­li­wa proś­ba, że za­kłu­ło mnie w ser­cu.

– Oczy­wi­ście, Na­tal­ko – wy­szep­ta­łam mięk­ko. – Mój ty dziu­ba­sku – do­da­łam, pró­bu­jąc wy­krze­sać z sie­bie choć­by cień uśmie­chu, ale kiep­sko to wy­pa­dło.

Wró­ci­łam do przy­go­to­wy­wa­nia chle­ba dla sie­bie i buł­ki dla Kró­licz­ka. Jaj­ko już bul­go­ta­ło w nie­wiel­kim ron­dlu. W za­sa­dzie trzy jaj­ka, bo i mnie na­szła ocho­ta na ten pro­sty sma­ko­łyk. Mamy nie było, mia­ła dy­żur w szpi­ta­lu, tato zaś od­sy­piał wczo­raj­szą służ­bę. W ta­kie dni opie­ko­wa­łam się Be­niem… to zna­czy Na­ta­lią. Dzie­li­łam czas na nas dwo­je… dwie… i nie spra­wia­ło mi to żad­ne­go pro­ble­mu.

– Nie­ee – za­pro­te­sto­wał mój brat. – Dziu­ba­skiem na­zy­wa mnie mama i niech tak zo­sta­nie.

– Okej, dziu­ba­sku, zo­staw­my to ma­mie – zgo­dzi­łam się prze­wrot­nie.

– Ty, sio­stra, na­zy­waj mnie po pro­stu Na­ta­lią. Cza­sem mo­żesz też mó­wić do mnie: Kró­licz­ku. Do­bra?

– Ale tak też mama do cie­bie mówi… więc?

– Kró­licz­kiem mo­żesz się po­dzie­lić z mamą. – Po­ru­szył śmiesz­nie no­sem, cze­mu zresz­tą za­wdzię­czał swój uro­czy przy­do­mek, i w koń­cu się uśmiech­nął.

Ulży­ło mi. Ten dzie­ciak był tak kon­kret­ny w swo­ich ży­cze­niach, że nie mo­głam tego igno­ro­wać. To­wa­rzy­szą­ca mi od po­przed­nie­go dnia wi­zja ro­man­tycz­nie po­chy­lo­nej nade mną twa­rzy Łu­ka­sza znik­nę­ła z my­śli. Pę­kła jak bań­ka my­dla­na.

– No do­bra, już do­bra… Na­ta­lio. – Po­de­szłam do bra­ta i szturch­nę­łam go przy­jaź­nie ra­mie­niem. Ob­jął mnie w ta­lii i moc­no się przy­tu­lił.

– Uwa­żaj… Na­ta­lio, bo ma­sło przy­klei się do two­ich wło­sów! – Śmia­łam się, ale w brzu­chu po­czu­łam ukłu­cie i nie­okre­ślo­ne dra­pa­nie. Gar­dło się za­ci­snę­ło.

Po­ło­ży­łam po­sma­ro­wa­ną krom­kę na ta­le­rzu i głasz­cząc Kró­licz­ka po ple­cach, cmok­nę­łam go w gło­wę. Ko­cha­łam tego chłop­ca, ale wie­dzia­łam, że nie bę­dzie nam ła­two. Szcze­gól­nie jemu. Ak­cep­to­wa­łam jego ży­cze­nia, a zda­rza­ło mi się o nich za­po­mi­nać. Sko­ro ro­bi­łam to ja, to co z jego ko­le­ga­mi? Han­ka trak­to­wa­ła go tak, jak tego chciał. Przy­cho­dzi­ło jej to na­tu­ral­nie jak od­dy­cha­nie. Ale co z resz­tą?

Je­dli­śmy w mil­cze­niu, je­śli nie li­czyć za­do­wo­lo­nych po­mru­ki­wań i po­chrzą­ki­wań mo­je­go ko­cha­ne­go Kró­licz­ka. Łu­kasz, któ­ry w ostat­nim cza­sie za­przą­tał więk­szość mo­ich my­śli, od­su­nął się w cień. Te­raz mu­sia­łam się sku­pić na swo­im ma­łym bra­cisz­ku, któ­ry tak bar­dzo czuł się dziew­czyn­ką.

Życie przed

Natalka, grudzień 2011 roku

Zmio­tłam pu­szy­stą cza­pę śnie­gu z mur­ku oka­la­ją­ce­go park i usia­dłam. Nie czu­łam zim­na ani wil­go­ci. Wci­snę­łam zmar­z­nię­tą dłoń do kie­sze­ni. Przy­mknę­łam lek­ko po­wie­ki. Na tyle, aby pro­mie­nie zi­mo­we­go za­cho­du słoń­ca mo­gły igrać z mo­imi dłu­gi­mi rzę­sa­mi.

Lu­bi­łam tak się kon­cen­tro­wać. Lu­bi­łam czuć cie­pło sło­necz­ne. W kie­sze­ni otu­la­łam pal­ca­mi czte­ry pię­cio­zło­tów­ki. De­li­kat­nie po­ru­sza­łam mo­ne­ta­mi. Dzwo­ni­ły i brzę­cza­ły. Roz­grze­wa­łam je do śpie­wu. Ko­niecz­nie chcia­łam usły­szeć tę mu­zy­kę. Wo­kół pa­no­wa­ła to­tal­na zi­mo­wa ci­sza. Czad! Ge­nial­ny mo­ment. Bia­ły puch przy­krył szczel­nie wszyst­ko do­ko­ła. Spo­wił mil­cze­niem. Żad­ne buty nie skrzy­pia­ły na ścież­ce, ża­den pies nie za­szcze­kał, pta­ki też dziw­nie uci­chły, jak­by szy­ko­wa­ły się już do snu. Nad­cho­dził wie­czór, fakt, ale mimo wszyst­ko moż­na by się spo­dzie­wać ja­kichś dźwię­ków. Park to­nął w skrzą­cym się mi­lio­na­mi iskier bla­sku ostat­nich pro­mie­ni. Ci­szę prze­ry­wał je­dy­nie ni­kły śpiew mo­net w mo­jej kie­sze­ni. Ser­ce pod­ska­ki­wa­ło mi z ra­do­ści, a ciar­ki bie­ga­ły swo­bod­nie i ra­do­śnie po cie­le. Uśmie­cha­łam się, bo wy­obra­ża­łam so­bie mo­ment, któ­ry za­raz miał na­stą­pić: gdy będę sta­ła w ko­lej­ce do kasy w dro­ge­rii, aby za­pła­cić za gra­na­to­wy tusz do rzęs.

– Co się tak cie­szysz? – rzu­ci­ła przez ra­mię Stef­ka, kie­dy po go­dzi­nie wkro­czy­łam pod­eks­cy­to­wa­na do jej po­ko­ju.

Dło­nie trzy­ma­łam non­sza­lanc­ko w kie­sze­niach, ale moja twarz wy­ra­ża­ła wszyst­ko.

– No, co tak szcze­rzysz zęby? – po­wtó­rzy­ła py­ta­nie, a ja nie mo­głam zła­pać tchu z emo­cji. Coś ści­ska­ło gar­dło i żo­łą­dek.

– Mu­szę ci coś po­ka­zać – wy­du­si­łam w koń­cu. – Ale… nie bę­dziesz się ze mnie śmia­ła?

W tym mo­men­cie po­czu­łam ukłu­cie w klat­ce pier­sio­wej i się skrzy­wi­łam.

– Da­waj! Po­ka­zuj bez obaw – po­wie­dzia­ła Stef­ka szyb­ko, po czym do­da­ła: – I się tak nie krzyw jak po cy­try­nie! No już, Na­tal­ko! Chcesz mi to coś po­ka­zać czy nie?

Po­wie­dzia­ła do mnie „Na­tal­ko”, tak jak lu­bi­łam! Gdy ja sama mó­wi­łam o so­bie jako o dziew­czyn­ce, czu­łam się do­brze, na­tu­ral­nie. Wie­dzia­łam jed­nak, że gdy to ro­bię, wpra­wiam do­ro­słych w osłu­pie­nie, a ko­le­dzy ze szko­ły ze mnie kpią. Wy­śmie­wa­ją się ze mnie, po­sztur­chu­ją, prze­zy­wa­ją… Dla­te­go sta­ra­łam się ja­koś przy­zwy­cza­ić do swo­je­go praw­dzi­we­go imie­nia i mó­wie­nia o so­bie jako o chłop­cu. Zmu­sza­łam się, by my­śleć o so­bie jako o chłop­cu, po pro­stu tak było ła­twiej. Mia­łam do­pie­ro osiem lat, ale już to zro­zu­mia­łam. Nie za­wsze mo­głam być sobą. Przy Stef­ce jed­nak nic mi nie gro­zi­ło, tak samo jak przy ma­mie czy Han­ce.

Wy­cią­gnę­łam przed sie­bie otwar­tą dłoń, a na niej gra­na­to­wy tusz. Sło­wa za­mar­ły mi w gar­dle. Mo­głam tyl­ko trzy­mać przed sio­strą tę otwar­tą, drżą­cą dłoń. W skro­niach mi szu­mia­ło, a żo­łą­dek fi­kał z emo­cji. Mimo wszyst­ko uśmie­cha­łam się. Prze­cież Stef­ka zro­zu­mie.

– Świet­ny! – wy­krzyk­nę­ła z en­tu­zja­zmem, się­ga­jąc po opa­ko­wa­nie. Otwo­rzy­ła, spraw­dzi­ła dłu­gość wło­sków szczo­tecz­ki. Ma­znę­ła tu­szem wierzch dło­ni, a po­tem zbli­ży­ła ją do świe­cą­cej na biur­ku lamp­ki. – Na­praw­dę pięk­ny ko­lor! – oce­ni­ła z uzna­niem, a moje ser­ce fik­nę­ło ko­lej­ne­go ko­zioł­ka.

– Po­ka­żesz mi, jak się tego uży­wa?– spy­ta­łam drżą­cym z prze­ję­cia gło­sem. Ku­pić ten cho­ler­ny tusz to była pest­ka w po­rów­na­niu z tą proś­bą.

– Oczy­wi­ście! Cho­ciaż ob­ser­wo­wa­łeś mnie tyle razy, Kró­licz­ku… po­wi­nie­neś już wie­dzieć, jak to się robi. – Mru­gnę­ła za­wa­diac­ko, po czym chwy­ci­ła mnie za rękę i po­cią­gnę­ła do ła­zien­ki.

Szłam za nią na ugię­tych ko­la­nach, cięż­ka i lek­ka jed­no­cze­śnie.

Zakład karny

Dzień 2

W celi mia­łam to­wa­rzy­stwo. Do­mi­no, bo tak się ka­za­ła na­zy­wać, do­łą­czy­ła do mnie na­stęp­ne­go dnia po moim za­kwa­te­ro­wa­niu. Po­cząt­ko­wo uzna­łam to za po­myśl­ne zrzą­dze­nie losu. Sa­mot­na noc w wię­zien­nej celi w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła sa­mot­nej nocy w ro­dzin­nym domu, choć prze­cież i tam nie dzie­li­łam z ni­kim po­ko­ju. Wie­dzia­łam jed­nak, że do­mow­ni­cy są tuż obok, to da­wa­ło mi po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i przy­na­leż­no­ści. Tym­cza­sem tam­tej pierw­szej wię­zien­nej nocy roz­pacz­li­wie pra­gnę­łam to­wa­rzy­stwa, ma­rzy­łam o tym, by usły­szeć obok czyjś mia­ro­wy od­dech.

Do­mi­no wkro­czy­ła w moje ży­cie wraz z cięż­kim zgrzy­tem otwie­ra­ne­go zam­ka. Mia­ła ład­ną twarz o re­gu­lar­nych ry­sach, nie­wiel­kie usta i mig­da­ło­we oczy, któ­re błysz­cza­ły pod ide­al­ny­mi łu­ka­mi brwi. Ze swo­imi lśnią­cy­mi, kasz­ta­no­wy­mi lo­ka­mi, od­rzu­ca­ny­mi na ple­cy nie­dba­łym ge­stem, spra­wia­ła wra­że­nie oso­by, któ­ra przy­pad­kiem zna­la­zła się w nie­wła­ści­wym miej­scu. Na pierw­szy rzut oka oce­ni­łam ją jako star­szą, ale wkrót­ce oka­za­ło się, że jest młod­sza ode mnie. Wy­glą­da­ła jak wcie­le­nie nie­win­no­ści, od pierw­szej chwi­li wzbu­dzi­ła moje za­ufa­nie. By­łam go­to­wa od razu po­wie­rzyć jej wszyst­kie swo­je se­kre­ty. Tym­cza­sem ona wpro­wa­dzi­ła w moje ży­cie to­tal­ny roz­gar­diasz emo­cjo­nal­ny, wy­wo­łu­jąc lęki, ja­kich ni­g­dy wcze­śniej nie do­świad­czy­łam.

Trud­no mó­wić o szczę­ściu, za­czy­na­jąc od­siad­kę za nie­umyśl­ne spo­wo­do­wa­nie śmier­ci, ale z ja­kichś wzglę­dów by­łam uprzy­wi­le­jo­wa­na, po­nie­waż pra­wie od razu przy­dzie­lo­no mnie do pra­cy w kuch­ni. Być może było to po­myśl­ne zrzą­dze­nie losu, a może in­ter­wen­cja ojca, po­li­cjan­ta, któ­re­go roz­le­głe zna­jo­mo­ści się­ga­ły tak­że służ­by wię­zien­nej. Na wy­rok ocze­ki­wa­łam w domu pod do­zo­rem po­li­cyj­nym, mel­du­jąc się re­gu­lar­nie w ko­mi­sa­ria­cie. Nie wy­obra­żam so­bie, jak za­że­no­wa­ny był wte­dy oj­ciec, w koń­cu wszy­scy go zna­li. Dla mnie było to kosz­mar­ne prze­ży­cie, zże­ra­ły mnie wstyd i po­czu­cie winy. W dniu ogło­sze­nia wy­ro­ku wszy­scy na sali zdzi­wi­li się, że sę­dzia zde­cy­do­wał się na mak­sy­mal­ny wy­miar kary. Na­wet mój pe­sy­mi­stycz­ny ad­wo­kat uznał, że pięć lat po­zba­wie­nia wol­no­ści to zbyt su­ro­wy wy­rok i od razu zło­żył ape­la­cję. Aż do tam­te­go fe­ral­ne­go dnia w par­ku by­łam prze­cież po­rząd­ną dziew­czy­ną z do­brej ro­dzi­ny, stu­dent­ką pra­wa i wzo­ro­wą oby­wa­tel­ką. Sąd jed­nak utrzy­mał w mocy wy­rok pierw­szej in­stan­cji, a ja nie mia­łam po­czu­cia nie­spra­wie­dli­wo­ści. Wręcz prze­ciw­nie: uwa­ża­łam, że za­słu­ży­łam na do­tkli­wą karę.

W wię­zien­nej kuch­ni po­zna­łam Pau­li­nę. Ona tak­że od­by­wa­ła karę po­zba­wie­nia wol­no­ści za nie­umyśl­ne spo­wo­do­wa­nie śmier­ci, ale wcze­śniej była już ka­ra­na, chy­ba cho­dzi­ło o nar­ko­ty­ki. Pod­czas na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia by­łam onie­śmie­lo­na, a na­wet prze­stra­szo­na, po­nie­waż Pau­li­na wy­glą­da­ła jak agre­syw­na więź­niar­ka z fil­mów: mia­ła spo­ro ta­tu­aży, a nad lewą brwią wid­nia­ły trzy świe­że szwy, któ­re świad­czy­ły o nie­daw­nej bój­ce. Poza tym była but­na, wy­lu­zo­wa­na i pew­na sie­bie. Od razu za­py­ta­ła, z kim ki­blu­ję, a kie­dy jej od­po­wie­dzia­łam, syk­nę­ła prze­cią­gle. Wkrót­ce zdra­dzi­ła mi kil­ka in­for­ma­cji o Do­mi­no. Mó­wi­ła wte­dy szep­tem, ner­wo­wo, krót­ki­mi zda­nia­mi. Obie prze­sie­dzia­ły spo­ro cza­su i zdą­ży­ły na sie­bie kil­ka razy „wpaść”, jak to uję­ła. Z każ­dym ko­lej­nym sło­wem Pau­li­ny ogar­niał mnie więk­szy lęk. Cza­sem wło­sy sta­wa­ły mi dęba. Jesz­cze wię­cej do­wie­dzia­łam się dzię­ki wię­zien­nej po­czcie pan­to­flo­wej.

Przy­pa­dek Do­mi­no oka­zał się wy­jąt­ko­wo barw­ny. Na­zy­wa­no ją Be­styj­ką. Mia­ła na kon­cie kil­ka ofiar. Mó­wio­no, że po­tra­fi­ła pa­stwić się nad nimi w nie­skoń­czo­ność. Jej słod­ka, nie­win­na twarz przy­cią­ga­ła męż­czyzn żąd­nych cie­le­snych uciech. Roz­pra­wia­ła się z nimi bez mi­ło­sier­dzia. Ska­za­no ją za dwa mor­der­stwa i po­bi­cie ze skut­kiem śmier­tel­nym. Trud­no było mi to so­bie wy­obra­zić. Pa­trząc na Do­mi­no, za­sta­na­wia­łam się, jak to moż­li­we, by w ko­bie­cie o tak olśnie­wa­ją­cej po­wierz­chow­no­ści miesz­ka­ła be­stia. Cóż, mia­łam się o tym wkrót­ce do­wie­dzieć.

Z per­spek­ty­wy cza­su wiem, że trud­no by­ło­by mi prze­trwać za kra­ta­mi, gdy­by nie star­sza wie­kiem i sta­żem Pau­li­na. Z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów roz­po­star­ła nade mną opie­kuń­cze skrzy­dła. To dzię­ki jej szep­ta­nym ukrad­kiem ko­men­ta­rzom szyb­ko po­zna­łam nie­pi­sa­ne re­gu­ły ży­cia na od­siad­ce. Co waż­niej­sze: Pau­li­na po­sta­wi­ła ba­rie­rę mię­dzy mną a Do­mi­no. Dzię­ki niej na­sze ko­eg­zy­sto­wa­nie w jed­nej celi oka­za­ło się… hm, do znie­sie­nia.

W od­osob­nie­niu nie mówi się o przy­jaź­ni, przy­naj­mniej nie mówi się o tym gło­śno. Ale w in­nym świe­cie pew­nie wła­śnie tak na­zwa­ła­bym to, co po­łą­czy­ło mnie z Pau­li­ną.

Życie po

Stefka

W aresz­cie śled­czym prze­by­wa­łam bar­dzo krót­ko. Mo­głam ocze­ki­wać na pro­ces w domu, w wa­run­kach względ­nej wol­no­ści.

Każ­de­go dnia mama z za­pa­mię­ta­niem wy­pie­ka­ła ba­becz­ki. To był jej spo­sób na spę­dza­nie cza­su poza szpi­ta­lem. Tak re­ago­wa­ła na stres zwią­za­ny ze sta­nem Na­ta­lii i ocze­ki­wa­niem na mój wy­rok. Pie­kła, go­to­wa­ła i sprzą­ta­ła. Nie da­wa­ła so­bie chwi­li na my­śle­nie o czym­kol­wiek in­nym.

Przy­pa­try­wa­łam się jej z pod­nie­sio­ny­mi brwia­mi, sku­biąc ner­wo­wo skór­ki przy pa­znok­ciach. Mało roz­ma­wia­ły­śmy. Za­wsze ofe­ro­wa­łam ma­mie po­moc w pie­cze­niu, ale nie do­pusz­cza­ła mnie do tego za­ję­cia. Sie­dzia­łam więc z nią w kuch­ni, ob­ser­wu­jąc jej zręcz­ne ru­chy, od­po­wia­da­jąc na nie­istot­ne py­ta­nia i wy­ko­nu­jąc po­le­ce­nia. Przy­sta­łam na to, bo bar­dzo chcia­łam czuć jej obec­ność, choć­by ta bli­skość mia­ła się prze­ja­wiać tyl­ko prze­by­wa­niem w tym sa­mym po­miesz­cze­niu.

– Po­daj mi wię­cej mąki. Nie wiesz, gdzie jest? Jak to nie wiesz? – mó­wi­ła, sku­pio­na na mie­sza­niu masy. – Otwórz gór­ną szaf­kę. Mam na­dzie­ję, że tam ją wło­ży­łam…

Nie pa­trzy­ła mi w oczy. Cały czas wpa­try­wa­ła się upar­cie w mi­skę. A ja tak bar­dzo po­trze­bo­wa­łam z nią po­roz­ma­wiać! Nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­cze­go mama o nic mnie nie py­ta­ła, dla­cze­go nie oce­nia­ła, nie ana­li­zo­wa­ła tego, co się sta­ło. Nie uni­ka­ła mnie, a jed­nak od­czu­wa­łam jej brak. Asy­sto­wa­nie pod­czas pie­cze­nia ba­be­czek da­wa­ło mi moż­li­wość kon­tak­tu i choć­by szcząt­ko­wej ko­mu­ni­ka­cji.

– Mamo…

– Stef­ciu, po­patrz… To cia­sto jest chy­ba zbyt rzad­kie, nie są­dzisz? – I da­lej ucie­ra­ła, do­sy­py­wa­ła, mie­sza­ła. Za­wsze ko­rzy­sta­ła z tego sa­me­go wy­pró­bo­wa­ne­go prze­pi­su, a jed­nak coś jej wciąż nie pa­so­wa­ło.

– Mamo, ja chcia­ła­bym… Czy wszyst­ko w po­rząd­ku? – Jed­nak za­da­łam to idio­tycz­ne py­ta­nie, a prze­cież zda­wa­łam so­bie spra­wę, że nic, ale to zu­peł­nie nic nie jest w po­rząd­ku.

– Có­reń­ko, ja na­praw­dę nic nie czu­ję. – Po­wie­dzia­ła to tak ci­cho, że gdy­bym nie ob­ser­wo­wa­ła ru­chu jej warg, po­my­śla­ła­bym, że to szmer prze­sie­wa­nej mąki.

– Bo so­bie na to nie po­zwa­lasz! – Pró­bo­wa­łam się do niej zbli­żyć i ją ob­jąć, ale się od­su­nę­ła, niby prze­su­wa­jąc mi­skę z cia­stem. – Ma­mu­siu, ja cię po­trze­bu­ję. Mamy już chy­ba do­syć ba­be­czek, nie uwa­żasz? – mó­wi­łam za­ła­mu­ją­cym się gło­sem.

– No i?… – Wzru­szy­ła lek­ko ra­mio­na­mi, na chwi­lę prze­ry­wa­jąc mie­sza­nie. Na­dal jed­nak nie za­szczy­ci­ła mnie spoj­rze­niem.

– Prze­stań je w koń­cu piec, bo i tak nie ma komu ich jeść. Na­tal­ki… już… nie ma… – ce­dzi­łam z bó­lem sło­wa, wal­cząc ze łza­mi. – Oj­ciec za­my­ka się w ga­bi­ne­cie, ty nie ja­dłaś od daw­na po­rząd­ne­go po­sił­ku, a ja… ja też już nie daję rady!

Mat­ka za­ma­szy­ście prze­su­nę­ła mi­skę po bla­cie, a po­tem za­to­pi­ła we mnie lo­do­wa­te spoj­rze­nie. Wwier­ca­ła tę szpi­lę, za­gry­za­jąc war­gę tak moc­no, że wkrót­ce zo­ba­czy­łam spły­wa­ją­cą z niej kro­plę szkar­ła­tu. Nie mo­głam się ru­szyć. Jak­by mnie spa­ra­li­żo­wa­ło. Trwa­ły­śmy tak kil­ka se­kund, a może mi­nut. Sły­sza­łam głu­che dud­nie­nie w skro­niach. Ci­sza na ze­wnątrz za­ci­ska­ła się wo­kół mnie co­raz cia­śniej­szą pę­tlą, na­pie­ra­ła na gło­wę, oczy i uszy, jak­by ktoś wy­ssał cien­ką słom­ką wszyst­kie dźwię­ki.

– Jak to nie ma Na­ta­lii?! – To mat­ka pierw­sza prze­rwa­ła mil­cze­nie. – Stef­ka, co ty bre­dzisz?! Na­tal­ka jest. Prze­cież żyje! Na­wet nie waż się my­śleć, że ona… – krzy­cza­ła mi pro­sto w twarz. – Czy ty my­ślisz, że ja tego nie wiem, że nie czu­ję cię­ża­ru…? Chy­ba wszy­scy w tym domu mamy wra­że­nie, jak­by ktoś przy­cze­pił nam oło­wia­ne od­waż­ni­ki u rąk i nóg. – Zwie­si­ła osten­ta­cyj­nie ręce. – My­ślisz, że nie czu­ję pust­ki?! Od­osob­nie­nia? – Po­stu­ka­ła się w pier­si. – Dla­cze­go pie­kę te cho­ler­ne ba­becz­ki, jak są­dzisz?

Te­raz mama wy­cie­ra­ła czy­ste dło­nie w far­tuch. Nie mo­gła opa­no­wać drże­nia. Na­gle jej wzrok zła­god­niał. Ra­mio­na­mi wstrzą­snął dreszcz, za chwi­lę dru­gi i trze­ci… Opar­ła dło­nie o blat i się roz­pła­ka­ła. Naj­pierw ci­cho, po­tem co­raz gło­śniej, ni­czym uwię­zio­ne w klat­ce zwie­rzę. Kuch­nię wy­peł­ni­ły od­gło­sy rzę­że­nia i ury­wa­nych, płyt­kich od­de­chów.

Przy­tu­li­łam się do wstrzą­sa­nych bó­lem mat­czy­nych ple­ców i do­łą­czy­łam do tego aktu żalu i cier­pie­nia. Obie po­trze­bo­wa­ły­śmy łez. Wy­le­wa­ły­śmy je, wtu­la­jąc się w sie­bie. Tym wy­bu­chem oczysz­cza­ły­śmy at­mos­fe­rę. Nasz płacz miał uga­sić roz­pacz, ale czy go­rą­ca lawa wy­pły­wa­ją­ca z kra­te­ru wul­ka­nu jest w sta­nie co­kol­wiek uga­sić? Nie­mniej nam po­mo­gło. Przy­wró­ci­ły­śmy po­rzą­dek w na­szej re­la­cji, prze­tar­ły­śmy dro­gę do sie­bie na­wza­jem. Przy­naj­mniej na ten je­den dzień.

Życie przed

Stefka, wiosna 2010 roku

– Kró­licz­ku, chodź, coś ci po­ka­żę. – Po­cią­gnę­łam bra­ta za rę­kaw swe­tra, a że tro­chę zwle­kał, chwy­ci­łam go za dłoń i po­pro­wa­dzi­łam do swo­je­go po­ko­ju.

Wcze­śniej tego dnia wy­bra­łam się z ko­le­żan­ką Goś­ką do cen­trum han­dlo­we­go. Do­sta­łam od ro­dzi­ców sto zło­tych na uro­dzi­ny. Do­ło­ży­łam pięć dy­szek za­osz­czę­dzo­nych z drob­ne­go kie­szon­ko­we­go i ku­pi­łam so­bie dwie cien­kie bluz­ki z krót­ki­mi rę­ka­wa­mi: jed­na była gład­ka i ob­szy­ta ko­ron­ką, a dru­ga kwie­ci­sta, we wszel­kich od­cie­niach różu. Do tego nowy sta­nik, któ­re­go gi­piu­ra za­lot­nie wy­sta­wa­ła z de­kol­tu kwie­ci­stej bluz­ki. Chcia­łam te pe­reł­ki po­ka­zać Kró­licz­ko­wi. Spo­dzie­wa­łam się, że ze­chce je po­dzi­wiać, do­ty­kać i po pro­stu cie­szyć się ze mną. Bluz­ki cze­ka­ły roz­ło­żo­ne na łóż­ku.

W tej chwi­li nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, że mam do czy­nie­nia z Na­ta­lią. Kie­dy we­szły­śmy do po­ko­ju, Na­tal­ka od razu wie­dzia­ła, o co mi cho­dzi­ło. Pu­ści­ła moją rękę i rzu­ci­ła się w stro­nę łóż­ka. Jej roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie prze­ska­ki­wa­ło od jed­nej do dru­giej bluz­ki. Pal­ce nie wie­dzia­ły, cze­go do­ty­kać naj­pierw. Za­gry­za­ła war­gi, pod­no­si­ła brwi, za­sła­nia­ła dło­nią usta, a i tak trud­no było jej ukryć od­gło­sy za­chwy­tu. Wy­da­wa­ła z sie­bie ja­kieś śmiesz­nie brzmią­ce chrząk­nię­cia, jęki i pi­ski. Cała gama pod­eks­cy­to­wa­nia. Spra­wi­ło mi to ogrom­ną przy­jem­ność.

– Mmm… Uch… Stef­ciu? – Pod­nio­sła na mnie ogrom­ne oczy.

– Tak, mo­żesz – przy­zwo­li­łam z uśmie­chem.

Na­ta­lia ścią­gnę­ła swe­ter w mgnie­niu oka, nie prze­wró­ci­ła go na­wet na pra­wą stro­nę, tyl­ko od­rzu­ci­ła od sie­bie, nie pa­trząc, do­kąd leci. Tak drża­ły jej ręce, że nie mo­gła so­bie po­ra­dzić z wło­że­niem bluz­ki. Na pierw­szą przy­miar­kę wy­bra­ła tę w kwia­ty. Jej mło­dziut­kie, kan­cia­ste jesz­cze cia­ło wy­ko­na­ło kil­ka mięk­kich ob­ro­tów do­ko­ła wła­snej osi.

– I jak? Jak wy­glą­dam? Po­pra­wisz mi wło­sy?

Na­ta­lia wy­gi­na­ła cia­ło, po­pra­wia­ła ra­miącz­ka bluz­ki, któ­re jej zjeż­dża­ły, od­sła­nia­jąc gu­zicz­ki chło­pię­cych pier­si. Wkła­da­ła tam swo­je dło­nie, wy­py­cha­jąc ma­te­riał. Po­licz­ki mia­ła za­czer­wie­nio­ne, oczy roz­iskrzo­ne, a na ustach nie­zwy­kły uśmiech. Dla ta­kich mo­men­tów chcia­ło się żyć! Mój mały brat Be­nio prze­isto­czył się chwi­lo­wo w ra­do­sną Na­ta­lię. Lu­bi­łam pa­trzeć na nie­go w tym wy­da­niu. Nie wiem, czy sama zda­wa­łam so­bie spra­wę z po­wa­gi sy­tu­acji, czy w na­tu­ral­ny spo­sób ak­cep­to­wa­łam to, co się w tym chłop­cu dzia­ło. Nie za­chę­ca­łam go do uze­wnętrz­nia­nia dziew­czę­cej na­tu­ry. Wszyst­ko od­by­wa­ło się tak, jak po­win­no: na­tu­ral­nie i nie­win­nie.

Czy ro­bi­łam coś złe­go? Wy­da­je mi się, że nie. Nie czu­łam się win­na wte­dy i nie czu­ję się win­na te­raz, z dzi­siej­sze­go, bar­dziej doj­rza­łe­go punk­tu wi­dze­nia. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ak­cep­to­wa­łam bra­ta z jego dziew­czę­cy­mi za­cho­wa­nia­mi i pra­gnie­nia­mi. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, lu­bi­łam go w tym nie­skrę­po­wa­nym wcie­le­niu. Może pod­świa­do­mie chcia­łam mieć sio­strę?

Życie przed

Stefka, luty 2012 roku

– Do ja­snej cho­le­ry, Be­niu! Znów grze­ba­łeś w mo­ich rze­czach?! – wrzesz­cza­łam ze­złosz­czo­na do gra­nic moż­li­wo­ści. – Ile razy mam ci mó­wić, że­byś nie ru­szał mo­ich rze­czy?!

By­łam wście­kła, ale na wi­dok jego trzę­są­cej się bro­dy za­czy­na­łam mięk­nąć.

– Tyl­ko mi się tu nie roz­becz – do­da­łam ła­god­niej. – Pro­szę cię i pro­szę. – Wzię­łam głę­bo­ki od­dech i do­da­łam: – Pa­mię­taj, je­śli chcesz wziąć coś z mo­jej sza­fy, to naj­zwy­czaj­niej mi o tym po­wiedz. Prze­cież nie cho­wam rze­czy przed tobą – prze­ko­ny­wa­łam jego i sie­bie.

– Kie­dy, kie­dy… no wiesz, zwy­kle cie­bie nie ma i… nie mam jak cię za­py­tać – od­po­wie­dział szcze­rze, roz­kła­da­jąc ręce. – Ostat­nio, gdy bra­łam te skar­pet­ki… – Pod­niósł po­ka­zo­wo sto­pę, a ja do­pie­ro te­raz za­uwa­ży­łam, że ma na so­bie mój świą­tecz­ny pre­zent, czy­li gra­na­to­wo-po­ma­rań­czo­we skar­pet­ki, ło­sie. Nie w ło­sie, ale ło­sie. Coś na kształt kap­ci. Z czer­wo­nym no­sem, czar­ny­mi ocza­mi i od­sta­ją­cy­mi usza­mi i ro­ga­mi. Lu­bi­łam je wkła­dać, kie­dy się uczy­łam, sie­dząc na ka­na­pie lub w fo­te­lu. Były cie­płe i miłe w do­ty­ku.

– No więc gdy je bra­łam, to cie­bie też nie było. Skąd mia­łam wie­dzieć, że tak szyb­ko wró­cisz i że bę­dziesz chcia­ła wło­żyć aku­rat te skar­pet­ki? – do­rzu­cił Be­nio z wy­rzu­tem, sia­da­jąc na łóż­ku. – Też je lu­bię – do­dał po chwi­li, maj­ta­jąc sto­pa­mi w po­wie­trzu i przy­pa­tru­jąc się z uśmie­chem pod­ska­ku­ją­cym uszom i ro­gom ło­sia. – Nie złość się na mnie, pro­szę! – do­rzu­cił bła­gal­nym gło­sem. – Bo kie­dy się zło­ścisz, to od razu na­zy­wasz mnie „Be­niem”, a prze­cież wiesz…

– Wiem, wiem, Na­tal­ko, mój Kró­licz­ku! – Nie mo­głam się na nie­go zło­ścić. – To nie do wia­ry, jak po­tra­fisz mnie roz­bro­ić tymi mi­na­mi…

I już się do nie­go śmia­łam, skra­da­jąc się z roz­ca­pie­rzo­ny­mi pal­ca­mi i zło­wiesz­czą miną, by ze­rwać z jego stóp zbyt duże skar­pet­ki. Usko­czył z pi­skiem. Go­ni­li­śmy się po po­ko­ju, ta­rza­li­śmy po pod­ło­dze i na łóż­ku, za­śmie­wa­jąc do łez. W koń­cu uda­ło mi się ścią­gnąć z Kró­licz­ka te ło­sio­we skar­pe­ty i we­tknę­łam mu je pod nos.

– No i co? Te­raz będą mi śmier­dzia­ły – po­skar­ży­łam się.

Be­nio od­py­chał moje ręce, śmie­jąc się per­li­ście. To­tal­na, nie­skrę­po­wa­na ra­do­cha. Po­tem obo­je za­le­gli­śmy na łóż­ku, le­żąc na ple­cach i cięż­ko od­dy­cha­jąc. Zmę­czy­li­śmy się tro­chę tą go­ni­twą.

– Je­steś naj­lep­szą sio­strą świa­ta, wiesz? – po­wie­dział Kró­li­czek i wtu­lił się we mnie.

Przy­gar­nę­łam go i zmierz­wi­łam mu wło­sy. Nie opo­no­wał. Lu­bił, kie­dy czo­chra­łam jego czu­pry­nę.

– Pew­nie! Naj­lep­szą, bo je­dy­ną! – zgo­dzi­łam się. – Pa­mię­taj o tym!

– A co to za za­pach? – Po­cią­gnął no­sem i po­now­nie wtu­lił się w moje ra­mię.

Zro­bi­ło mi się go­rą­co. Za­nim wró­ci­łam do domu, wi­dzia­łam się z Łu­ka­szem i ca­ło­wa­li­śmy się jak wa­ria­ci. Jego ce­dro­wy za­pach mu­siał wsiąk­nąć w moją fla­ne­lo­wą ko­szu­lę. Roz­ma­rzy­łam się na mo­ment, wspo­mi­na­jąc chwi­le spę­dzo­ne z moim chło­pa­kiem.

– Co cię tak za­tka­ło? – Py­ta­nie Na­tal­ki ostu­dzi­ło wspo­mnie­nie go­rą­cych chwil.

– Do­bra, ko­niec za­ba­wy, Kró­licz­ku! Mu­szę się brać do na­uki. – To mó­wiąc, pod­nio­słam się z łóż­ka i od­wró­ci­łam ty­łem do Be­nia, bo czu­łam, jak ru­mień­ce roz­pa­la­ją mi po­licz­ki. I to wca­le nie z po­wo­du wcze­śniej­szej go­ni­twy.

– Dam ci spo­kój, je­śli mi obie­casz, że po­oglą­da­my póź­niej sta­re zdję­cia ro­dzi­ców, do­brze? – To był wy­pró­bo­wa­ny chwyt mą­dre­go, młod­sze­go bra­ta. Wie­dział, że lu­bię oglą­dać al­bu­my. – I że mi po­wiesz, co to za za­pach, bo ład­ny jest!

Od­sko­czył ode mnie, za­śmie­wa­jąc się z mo­jej miny. Prze­bie­gły smar­kacz!, po­my­śla­łam, ale uśmiech­nę­łam się pod no­sem.

– Obej­rzy­my al­bu­my i opo­wiem ci o ce­dro­wym za­pa­chu. Obie­cu­ję! – Pod­nio­słam dwa pal­ce jak skaut do przy­się­gi.

Kró­li­czek ski­nął gło­wą i udo­bru­cha­ny wy­szedł z po­ko­ju. Wte­dy za­nu­rzy­łam nos w ma­te­riał ko­szu­li i wcią­gnę­łam głę­bo­ko za­pach Łu­ka­sza. Roz­ma­rzy­łam się. Pod czasz­ką ko­tło­wa­ły się sło­wa re­pry­men­dy: Dziew­czy­no, ogar­nij się i bierz do ro­bo­ty!

Z ocią­ga­niem się­gnę­łam po książ­ki.

Dzień 21

Nie wiem, jak to się uda­ło moim ro­dzi­com, ale za­ła­twi­li u na­czel­ni­ka za­kła­du kar­ne­go zgo­dę na to, by re­gu­lar­nie od­wie­dza­ła mnie ich zna­jo­ma psy­cho­log. Mia­ła na imię Anna i pod­czas pierw­sze­go wi­dze­nia po­pro­si­ła, bym wła­śnie tak się do niej zwra­ca­ła. Była krą­głą trzy­dzie­sto­pa­ro­lat­ką z miłą apa­ry­cją. Wzbu­dza­ła za­ufa­nie i sym­pa­tię, więc bez sprze­ci­wu pod­da­łam się te­ra­pii, choć nie do koń­ca ro­zu­mia­łam, dla­cze­go nie mogę sko­rzy­stać z usług psy­cho­lo­ga, któ­ry na co dzień pra­cu­je z osa­dzo­ny­mi.

Tego dnia opo­wie­dzia­łam An­nie o pie­cze­niu ba­be­czek. By­łam prze­ko­na­na, że tam­ten pa­mięt­ny dzień w kuch­ni był istot­ny dla zo­bra­zo­wa­nia mo­ich nie­na­tu­ral­nych re­la­cji z mat­ką. Swo­ją dro­gą do tej pory nie wie­dzia­łam, co mama ro­bi­ła z tymi co­dzien­ny­mi sto­sa­mi wy­pie­ków. Być może wy­no­si­ła je do szpi­ta­la i czę­sto­wa­ła pa­cjen­tów.

– Nie moż­na prze­sko­czyć do chwi­li, w któ­rej czu­je­my się już do­brze. Do chwi­li już po prze­pra­co­wa­niu bólu. Tak się nie da – tłu­ma­czy­ła Anna ła­god­nie, a ja słu­cha­łam i ana­li­zo­wa­łam każ­de jej sło­wo. – Każ­dy ma inny spo­sób na to, by się upo­rać z oso­bi­stym dra­ma­tem. Jed­nym zaj­mu­je to mniej, a in­nym wię­cej cza­su.

– Wiem, że nikt nie ma cza­ro­dziej­skiej różdż­ki, aby prze­sko­czyć dany etap. Rany mu­szą mieć czas na za­bliź­nie­nie, zga­dza się? – Niby to wie­dzia­łam, ale mu­sia­łam się upew­nić. Prze­cież, do cho­le­ry, ja ni­g­dy nie mia­łam tego ro­dza­ju pro­ble­mów!

– Tak. – Te­ra­peut­ka ki­wa­ła gło­wą po­ta­ku­ją­co. – A na do­da­tek każ­dy musi so­bie dać na to po­zwo­le­nie.

– Ale… co, je­śli taka chwi­la nie nad­cho­dzi? Co, je­śli ta rana nie chce się za­bliź­nić? Co wów­czas ro­bić? – do­cie­ka­łam.

– Dla każ­de­go z nas jest to inne rów­na­nie. Je­ste­śmy róż­ni i czę­sto po­trze­bu­je­my in­ne­go wy­mia­ru cza­su na uzdro­wie­nie jed­nej lub wie­lu ran. Dla cie­bie i dla two­jej mamy naj­wy­raź­niej jest to nie­jed­na­ko­wy okres.