Jeden dzień z tobą - Shari Low - ebook + książka

Jeden dzień z tobą ebook

Shari Low

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.



Dowiedz się więcej.
Opis

Poruszający romans z serii Czułe Strony – książka na dobry czas

Jeden dzień. Pięcioro ludzi. Czyje serce zostanie złamane, nim zapadnie noc?

W malowniczym Weirbridge zaczyna się dzień jak co dzień. Tress Walker żegna rano ukochanego męża, nie wiedząc, że za kilka godzin zacznie rodzić ich pierwsze dziecko. Kiedy jednak próbuje odnaleźć Maxa, odkrywa, że nie ma go tam, gdzie miał rzekomo być. Tymczasem Noah Clark, najlepszy przyjaciel Maxa, dowiaduje się, że Anya, kobieta, której bezgranicznie ufał, od lat go okłamuje. Owdowiała niedawno Nancy Jenkins szykuje się zaś na spotkanie z Eddiem, swoją pierwszą miłością, której nie widziała od czasów szkolnych. Czy los da im drugą szansę? A może tego dnia ktoś inny będzie potrzebował Nancy bardziej?

Dwa pożegnania, dwa niespodziewane powitania i zaledwie dwadzieścia cztery godziny, które zmienią wszystko.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: One Day With You

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Shari Low, 2023 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Agata Olszak, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68921-84-7

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dla Caro­line Rid­ding, naj­lep­szej redak­torki i przy­ja­ciółki, jaką pisarz może sobie wyma­rzyć.

Dla Jade Crad­dock i Rose Fox, które robią znacz­nie wię­cej, niż można by od nich ocze­ki­wać, by zamie­nić moje słowa w książki.

I dla Johna oraz naszej gro­madki, któ­rzy są – jak zawsze – wszyst­kim. Xx

W dniu, w którym się poznajemy…

Tress Wal­ker, 42 lata – pro­jek­tantka wnętrz, pocho­dzi z New­ca­stle. W dniu, w któ­rym poznała swo­jego męża, Maxa, pra­co­wała w Glas­gow. Obec­nie spo­dziewa się ich pierw­szego, długo wycze­ki­wa­nego dziecka.

Max Wal­ker, 35 lat – dyrek­tor finan­sowy w Bra­la­tech. Wycho­wał się w Weir­bridge, dokąd wró­cił, by zamiesz­kać z żoną, Tress.

Noah Clark, 35 lat – pedia­tra w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Maxa od dzie­ciń­stwa. Nie­dawno świę­to­wał jede­na­stą rocz­nicę ślubu z żoną, Anyą.

Anya Clark, 34 lata – dyrek­torka sprze­daży w Bra­la­tech. Córka Ame­ry­ka­nina i Szkotki. Poznała Noaha i Maxa pierw­szego dnia stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie w Glas­gow i od tam­tej pory jest z Noahem.

Nancy Jen­kins, 66 lat – wdowa; jej mąż, Peter, z któ­rym prze­żyła ponad czter­dzie­ści lat, zmarł na raka. Pra­cow­nica szkol­nej sto­łówki, prze­wod­ni­cząca pro­gramu Straży Sąsiedz­kiej, kobieta żywioł.

Eddie Mac­kie, 66 lat – chło­pak Nancy z cza­sów nasto­let­nich.

Val Mur­ray, 66 lat – przy­ja­ciółka Nancy od chwili, gdy poznały się w szkole pod­sta­wo­wej w Weir­bridge, całe wieki temu. Żona Dona, miło­ści swo­jego życia, ze zła­ma­nym ser­cem patrząca, jak jej uko­chany zmaga się z demen­cją.

Big Angie, 50 lat – kolejna przy­ja­ciółka i sąsiadka Nancy. Kie­row­czyni auto­busu, która uwiel­bia opo­wia­dać całemu światu o swo­ich dole­gli­wo­ściach zwią­za­nych z meno­pauzą.

Johnny Roberts, 66 lat – dawny szkolny kolega Val i Nancy.

Dr Che­ska Ayton, 35 lat – ordy­na­torka oddziału ratun­ko­wego w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal i przy­ja­ciółka Noaha jesz­cze z cza­sów stu­diów medycz­nych.

Dr Richard Camp­bell, 44 lata – ordy­na­tor oddziału inten­syw­nej tera­pii w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal.

Geo­r­gina i Colin Wal­ke­ro­wie, oboje 66 lat – pełni fan­ta­zji rodzice Maxa. Miesz­kają na Cyprze i uwiel­biają dobrą zabawę.

9 lutego 2023

8.00-10.00

Rozdział 1. Tress

Roz­dział 1

Tress

Dwie pio­nowe zmarszczki mię­dzy brwiami męża, wyżło­bione przez stres, wywo­łały u Tress uśmiech. Jeśli dalej będzie się tak zamar­twiał, Max Wal­ker zdąży się posta­rzeć o dzie­sięć lat, zanim ich dziecko przyj­dzie na świat.

Odsta­wił nie­wielką torbę podróżną na pod­łogę w przed­po­koju i wycią­gnął do niej ręce. W jego gło­sie pobrzmie­wał ten sam nie­po­kój, który malo­wał się na jego przy­stoj­nej twa­rzy.

– Cho­lera, nie chcę cię zosta­wiać. To naprawdę bez­na­dziejny moment. Ale jutro wie­czo­rem wra­cam, więc pil­nuj, żeby ten mały gość sie­dział tam bez­piecz­nie i w cie­pełku, i powiedz mu, żeby się nie spie­szył.

Dźwięk klak­sonu cze­ka­ją­cej na zewnątrz tak­sówki wymu­sił pauzę, zanim zdo­łała odpo­wie­dzieć. Odru­chowo poło­żyła dłoń na swoim brzu­chu, okrą­głym jak piłka do ska­ka­nia.

– Prze­stań się mar­twić. Zostały nam jesz­cze trzy tygo­dnie, a jeśli jest choć tro­chę podobny do mnie, to i tak się spóźni, bo teraz pew­nie tylko dry­fuje sobie tam w środku i błogo się relak­suje.

Wypo­wia­da­nie słowa „on” wciąż spra­wiało jej dreszcz rado­ści. Przez jakieś pięć minut zasta­na­wiali się, czy nie pocze­kać z pozna­niem płci dziecka do porodu, ale szybko porzu­cili ten pomysł. Max roz­pacz­li­wie chciał wie­dzieć, bo nie zno­sił nie­pew­no­ści, a drze­miąca w Tress pro­jek­tantka wnętrz chciała wie­dzieć wcze­śniej, by móc już zacząć pla­no­wać ide­alny pokoik dzie­cięcy.

– A teraz idź. Baw się dobrze. Prze­stań się zamar­twiać. Pokaż, jaki jesteś genialny. A jutro wie­czo­rem wróć do domu i wyści­skaj swoją żonę – zażar­to­wała, pochy­la­jąc się nad brzu­chem, żeby poca­ło­wać go w usta.

Poło­żył dłoń na jej karku, obej­mu­jąc go deli­kat­nie, a kciu­kiem musnął jej poli­czek.

– Masz poję­cie, jak bar­dzo cię kocham, Tress Wal­ker? – wymru­czał, pozo­sta­jąc tak bli­sko, że czuła jesz­cze mię­towy zapach jego pasty do zębów.

– Na tyle, żeby zro­bić mi dziecko i ska­zać się na mnie do końca życia.

Uśmiech­nął się sze­roko, po czym znów ją poca­ło­wał.

– Wła­śnie tak. To twoje roman­tyczne podej­ście do życia i te czułe wyzna­nia miło­ści tak mnie urze­kły.

Z zewnątrz ponow­nie roz­legł się klak­son.

Par­sk­nęła śmie­chem i lekko go ode­pchnęła.

– Cóż, wygląda na to, że twój tak­sów­karz nie podziela tego miło­snego nastroju, więc rusz ten swój wyjąt­kowo jędrny tyłek, żeby prze­stał wresz­cie trą­bić. Nancy z sąsiedz­twa zaraz go zno­kau­tuje pra­wym pro­stym, jeśli będzie tak dalej hała­so­wał.

Nie prze­sa­dzała. Nie bez powodu od chwili, gdy Nancy Jen­kins została sze­fową Straży Sąsiedz­kiej w tej czę­ści Weir­bridge, na ich ulicy prak­tycz­nie nie zda­rzały się prze­stęp­stwa. Daw­niej Weir­bridge było uro­czą wio­ską pod Glas­gow, ale z cza­sem roz­ro­sło się do roz­mia­rów nie­wiel­kiego mia­steczka, a wraz z tym poja­wiła się także spo­ra­dyczna prze­stęp­czość. Nancy, kobieta o naj­więk­szym sercu pod słoń­cem – dopóki ktoś nie wszedł jej w drogę – znała w oko­licy każ­dego. Choć for­mal­nie przy­słu­gi­wała jej już eme­ry­tura, dar­mowe prze­jazdy auto­bu­sem i spo­kojne życie, zgło­siła się na ochot­nika, by pil­no­wać bez­pie­czeń­stwa na uli­cach. Nawet miej­scowe łobuzy bały się kobiety, która kie­dyś przy­ła­pała zło­dzieja pró­bu­ją­cego wła­mać się do jej domu i zagro­ziła, że jeśli jesz­cze raz go zoba­czy, prze­bije mu nerki dru­tami do robó­tek. Kiedy poli­cja zabrała go do aresztu, ode­tchnął z ulgą.

Klak­son zabrzmiał po raz kolejny.

– Dobra, dobra! – krzyk­nął Max, wychy­la­jąc głowę przez otwarte drzwi wej­ściowe.

Na widok jego wciąż zmarsz­czo­nego czoła serce Tress zmię­kło. Ta kon­fe­ren­cja nie mogła przy­paść w gor­szym momen­cie. Jako dyrek­tor finan­sowy sto­sun­kowo mło­dego tech­no­lo­gicz­nego start-upu na co dzień pra­co­wał w biu­rze w Glas­gow, a do cen­trali w Lon­dy­nie jeź­dził zwy­kle raz lub dwa razy w mie­siącu. Dzi­siej­szy wyjazd był dodat­kową podróżą na połu­dnie z oka­zji dorocz­nej kon­fe­ren­cji firmy, ale oboje uzgod­nili już wcze­śniej, że będzie to jego ostat­nia podróż przed naro­dzi­nami dziecka.

Tress wciąż nie mogła się nadzi­wić, że tak sek­sowny facet wyko­nuje tak mało sek­sowny zawód. Naj­bar­dziej nie­zwy­kłe było jed­nak to, że czło­wiek, który z powo­dze­niem mógłby dora­biać jako model do kata­lo­gów, nie miał w sobie ani odro­biny zaro­zu­mia­ło­ści czy roz­dę­tego ego. Jego auten­tyczna ser­decz­ność i zaraź­liwy śmiech były pierw­szymi rze­czami, jakie w nim zauwa­żyła – zaraz po dobrych oczach i uśmie­chu, od któ­rego aż krę­ciło jej się w gło­wie – kiedy kilka lat wcze­śniej dosłow­nie na niego wpa­dła w Greggs w cen­trum Glas­gow. Przy­je­chała wtedy do Szko­cji szu­kać twe­edu dla firmy zaj­mu­ją­cej się pro­jek­to­wa­niem komer­cyj­nych wnętrz, w któ­rej pra­co­wała. Wyszła na krótki spa­cer po Geo­rge Squ­are z biura dostawcy znaj­du­ją­cego się w cen­trum mia­sta, a potem wstą­piła do pie­karni, żeby coś prze­ką­sić. To był naj­bar­dziej okle­pany banał świata. Oboje jed­no­cze­śnie się­gnęli po bagietkę z pastą z tuń­czyka i chru­piącą sałatką, a potem przez dobrą minutę prze­rzu­cali się uprzej­mo­ściami:

– Weź ją.

– Nie, ty weź.

W końcu ustą­piła jego rycer­sko­ści. Tego dnia zdo­była jed­no­cze­śnie bagietkę z tuń­czy­kiem i faceta. Pozna­nie miło­ści swo­jego życia, ślub w ciągu nie­spełna roku i prze­pro­wadzka do Szko­cji nie znaj­do­wały się w życio­wym bingo, a jed­nak wła­śnie tutaj była. I ani przez sekundę tego nie żało­wała.

Opie­rała się ramie­niem o fra­mugę drzwi i patrzyła, jak jej mąż scho­dzi ścieżką. Zanim wsiadł do Skody kombi, by udać się w pięt­na­sto­mi­nu­tową drogę na lot­ni­sko w Glas­gow, poma­chał jej i posłał całusa. Tak­sówka ruszyła ulicą, a Tress wes­tchnęła i wró­ciła do kuchni. Się­gnęła po tele­fon komór­kowy, żeby zadzwo­nić do zastęp­czyni swo­jego męża w cza­sie jego nie­obec­no­ści.

Nancy ode­brała po pierw­szym sygnale.

– Zaczęło się? Dziecko się rodzi?

– To pierw­sze, o co pytasz za każ­dym razem, kiedy od trzech mie­sięcy odbie­rasz tele­fon. Nie, jesz­cze się nie rodzi.

– Och, dzięki Bogu. – W gło­sie Nancy zabrzmiała szczera ulga. – Wła­śnie nało­ży­łam płyn do trwa­łej i gdy­bym teraz musiała go zmyć, wyglą­da­ła­bym tak, jakby pora­ził mnie prąd pod­czas wymiany wtyczki w łado­warce do mojego Dysona. Wspo­mi­na­łam już, że mam nowego Dysona? – dodała swoim naj­lep­szym, uda­wa­nie wytwor­nym tonem.

– Raz czy dwa. Albo wła­ści­wie za każ­dym razem, kiedy od tam­tej pory ze sobą roz­ma­wiamy – odparła z uśmie­chem Tress.

Bez trudu wyobra­ziła sobie, co dzieje się w kuchni Nancy, w sąsied­nim domku. Ten obraz przy­po­mi­nał jej kuch­nię rodzin­nego domu w New­ca­stle. Prze­pro­wa­dzili się tam na nowo wybu­do­wane osie­dle, kiedy była jesz­cze mała, razem z innymi rodzi­nami, które od lat cze­kały na miesz­ka­nia komu­nalne. Jej mama, Julie, miesz­kała tam aż do swo­jej śmierci kilka lat wcze­śniej. Przez całe życie ota­czali ją ci sami sąsie­dzi – rodziny, które wspól­nie wycho­wy­wały dzieci, matki, które stały się dla sie­bie przy­ja­ciół­kami i opar­ciem pod­czas wzlo­tów i upad­ków, roz­wo­dów, ponow­nych mał­żeństw, łez, świę­to­wa­nia, bólu, szczę­ścia, strat i miło­ści. Wiele z nich, podob­nie jak Julie, samot­nie wycho­wy­wało dzieci. Więk­szość pra­co­wała przy­naj­mniej na jed­nym eta­cie, a cza­sem nawet na dwóch lub trzech. Wszyst­kie poma­gały sobie nawza­jem. Nie było ide­al­nie, ale Tress była wdzięczna każ­dej z tych kobiet. Współ­two­rzyły jej dzie­ciń­stwo, zro­biły wszystko, by było szczę­śliwe, i trosz­czyły się o jej mamę aż do dnia, gdy rak piersi ode­brał ją światu w zde­cy­do­wa­nie zbyt mło­dym wieku pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat.

Nancy miała podobną paczkę przy­ja­ció­łek. Tress była wręcz pewna, że jej kole­żanka Angie sie­dzi wła­śnie przy kuchen­nym stole, poda­jąc papierki do trwa­łej ondu­la­cji dru­giej przy­ja­ciółce, Val, która nawija wałki na siwie­jące włosy Nancy. Nancy ni­gdy nie zastąpi mamy, ale od chwili, gdy Tress prze­pro­wa­dziła się do Weir­bridge, oto­czyła ją opieką. Tress była jej ogrom­nie wdzięczna za tro­skę, za śmiech i za nie­po­skro­mioną miłość do ręcz­nie robio­nych ubra­nek dla nie­mow­ląt.

– Wła­śnie mówi­łam Val i Angie, że przez ostat­nie tygo­dnie dzier­gam ze stresu jak sza­lona. Mam nadzieję, że lato będzie bez­na­dziejne, bo to dziecko ma już czter­na­ście swe­ter­ków, dwa­dzie­ścia dwie cza­peczki i tyle ręka­wi­czek, że mogłoby bez pro­blemu prze­trwać dzie­ciń­stwo na Sybe­rii.

Tress par­sk­nęła śmie­chem, aż zakuło ją z boku. Skrzy­wiła się.

– Co? Co to było? – natych­miast zapy­tała Nancy.

– Nic! – zapew­niła szybko Tress.

– Coś było. Zmie­nił ci się oddech.

– Nancy, mar­nu­jesz się w szkol­nej sto­łówce. Nie jest jesz­cze za późno, żebyś została poli­cyjną śled­czą?

– Pew­nie nie, ale bra­ko­wa­łoby mi cia­sta kar­me­lo­wego. A tak w ogóle, kocha­nie, na pewno wszystko w porządku?

– Tak, wszystko dobrze. Dzwo­nię tylko powie­dzieć, że Max już poje­chał na lot­ni­sko, więc teraz ty dowo­dzisz.

Nancy nawet nie pró­bo­wała ukryć dez­apro­baty.

– Na­dal nie mogę uwie­rzyć, że zosta­wia cię w takim momen­cie.

– Nic się nie sta­nie! Do ter­minu zostały jesz­cze trzy tygo­dnie, a nie będzie go tylko do jutrzej­szego wie­czora. Będzie dobrze.

– Wiem, ale to nie zna­czy, że przez resztę dnia nie będę narze­kać na tego two­jego przy­stoj­nego dry­blasa razem z Val i Angie.

– Nie spo­dzie­wa­ła­bym się po tobie niczego innego…

– Cho­ciaż Angie twier­dzi, że jeśli kie­dy­kol­wiek ci się znu­dzi, to chęt­nie go od cie­bie przej­mie.

To znowu roz­ba­wiło Tress. Angie była pięć­dzie­się­cio­let­nią kie­row­czy­nią auto­busu, która nie dawała sobie wejść na głowę i wszę­dzie cho­dziła z dwoma wachla­rzami, narze­ka­jąc każ­demu, kto chciał słu­chać, na „to całe prze­kwi­ta­nie”. Łagodny i uprzejmy Max nie wytrzy­małby z nią nawet do obiadu – po pro­stu by go prze­żuła i wypluła.

– Powiedz jej, że dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale na razie go sobie zatrzy­mam.

– Przy­kro mi, Angie, zostaje z nią – oznaj­miła Nancy jed­nej ze swo­ich samo­zwań­czych fry­zje­rek, po czym wró­ciła do roz­mowy z Tress. – A teraz słu­chaj. Dzwoń do mnie co dwie godziny i nie waż się robić niczego męczą­cego. Dziś wie­czo­rem wycho­dzę, ale przed­tem zaj­rzę do cie­bie. A jutro przy­niosę obiad i urzą­dzimy sobie mara­ton Net­flixa i chill, jak to wy, mło­dzi, mówi­cie.

– Nancy, to zna­czy coś zupeł­nie innego, niż ci się wydaje…

Nancy już jej nie słu­chała.

– Val mówiła, że poja­wił się tam jakiś nowy film z tym Pierce’em Bro­sna­nem. Och, powiem ci, nie wyrzu­ci­ła­bym go z łóżka za to, że nakru­szył her­bat­ni­kami.

Tress usły­szała w tle wybuch śmie­chu.

– Jeste­ście nie­re­for­mo­walne. Koń­czę już, bo jesz­cze moje dziecko sły­szy przez brzuch to, co wyga­du­je­cie, i wła­śnie się demo­ra­li­zuje. Dzięki, Nancy.

– Zawsze do usług, kocha­nie. Do zoba­cze­nia póź­niej. I nie zapo­mnij powie­dzieć, jaka piękna wyszła mi trwała. Dodat­kowe punkty dosta­niesz, jeśli stwier­dzisz, że wyglą­dam jak Madonna. Jeste­śmy pra­wie w tym samym wieku i myślę, że gdyby zdjąć z niej cały ten wypeł­niacz i skó­rzane gacie, wyglą­da­ły­by­śmy jak bliź­niaczki. Trzy­maj się.

Po tym kolej­nym, wypo­wie­dzia­nym z kamienną twa­rzą życio­wym afo­ry­zmie Nancy się roz­łą­czyła, zosta­wia­jąc Tress jak zwy­kle roz­ba­wioną.

Po śmierci mamy bywały chwile, kiedy Tress była prze­ko­nana, że już ni­gdy wię­cej nie poczuje, że gdzieś naprawdę przy­na­leży. Julie była jedy­naczką. Tress rów­nież. Nie miały nikogo poza sobą, więc przez całe życie były tylko we dwie. Wszystko zmie­niło się, kiedy poznała Maxa. Od rodzin­nego mia­sta dzie­liły ją setki kilo­me­trów, ale teraz miała męża, jego przy­ja­ciele przy­jęli ją z otwar­tymi ramio­nami, a kobiety z mia­steczka stały się jej przy­ja­ciół­kami. To był świat Maxa, lecz z cza­sem stał się także jej świa­tem.

Tress odło­żyła tele­fon na kuchenny stół i zapa­rzyła sobie her­batę. Dużo mleka. Bez cukru. Była dopiero ósma rano, ale nie spała już od godziny i czuła się wykoń­czona. Zmę­czona, ale szczę­śliwa – tak naj­kró­cej można było pod­su­mo­wać całą jej ciążę. Z kub­kiem z napi­sem Nie jestem w ciąży, po pro­stu zja­dłam wszyst­kie ciastka – oczy­wi­ście pre­zen­tem od Nancy – prze­szła do biurka, które urzą­dziła w oran­że­rii z wido­kiem na ogród. Na bla­cie sta­rego maho­nio­wego biurka – jej ulu­bio­nego zna­le­zi­ska z wyprawy po skle­pach cha­ry­ta­tyw­nych przy głów­nej ulicy Weir­bridge – leżały poroz­kła­dane pro­jekty wnętrz.

Maxowi ani tro­chę nie prze­szka­dzało, że chciała urzą­dzić dom po swo­jemu. Kupił go od rodzi­ców za bez­cen, kiedy kilka mie­sięcy przed ich pozna­niem prze­nie­śli się na eme­ry­turę na Cypr. Ide­alny moment. On wró­cił z miesz­ka­nia w cen­trum Glas­gow do domu, w któ­rym dora­stał, a Tress rzu­ciła pracę i prze­pro­wa­dziła się z New­ca­stle do Szko­cji.

Kiedy zamiesz­kała w Weir­bridge, Max na­dal pra­co­wał, a ona, wyko­rzy­stu­jąc swój talent do pro­jek­to­wa­nia wnętrz, zajęła się domem. Prze­kształ­ciła zwy­czajny, wolno sto­jący dom z trzema sypial­niami w prze­piękne, otwarte wnę­trze w stylu nowo­cze­snej sto­doły. Więk­szość prac wyko­nała sama – tape­to­wała, ukła­dała płytki, malo­wała ściany, remon­to­wała starą kuch­nię i łazienki, odna­wiała tapi­cerkę i przy­wra­cała świet­ność pięk­nym sta­rym meblom wyszu­ka­nym w anty­kwa­ria­tach i skle­pach z uży­wa­nymi rze­czami. Jeśli cze­goś nie umiała, po pro­stu się tego uczyła. Pra­co­wała nawet fizycz­nie razem z ekipą budow­laną, kiedy zdzie­rali stropy, burzyli ściany, ukła­dali w całym domu pod­łogi z orze­cha wło­skiego i odsła­niali ory­gi­nalną cegłę. Efekt koń­cowy zachwy­cał. Cza­sem wciąż nie mogła uwie­rzyć, że naprawdę tu mieszka. Ani że zain­spi­ro­wana domem, który stwo­rzyła, i wie­lo­let­nim doświad­cze­niem zdo­by­tym przy pro­jek­to­wa­niu prze­strzeni biu­ro­wych oraz hoteli, ode­szła z firmy, w któ­rej pra­co­wała jesz­cze w dniu Wiel­kiej Walki o Bagietkę z Tuń­czy­kiem, i zało­żyła wła­sną pra­cow­nię pro­jek­to­wa­nia wnętrz.

Na początku miała tylko jed­nego klienta, ale dzięki pole­ce­niom firma z roku na rok się roz­wi­jała. Teraz miała stałą bazę klien­tów i zle­ce­nia roz­pi­sane na kilka kolej­nych mie­sięcy. Spe­cja­li­zo­wała się w kre­atyw­nych roz­wią­za­niach przy nie­wiel­kich budże­tach. Pro­jek­to­wała wszystko – od nowych deko­ra­cji okien po kom­plek­sowe aran­ża­cje całych domów. Co prawda jesz­cze nie zara­biała tyle, ile w poprzed­niej pracy, ale razem z docho­dami Maxa żyli bar­dzo kom­for­towo. Poja­wie­nie się dziecka miało wiele zmie­nić, jed­nak pla­no­wali, że będzie pra­co­wała z domu, dopa­so­wu­jąc obo­wiązki do rytmu dnia malu­cha. Nancy zgło­siła się na ochot­nika do opieki nad dziec­kiem pod­czas spo­tkań z klien­tami, pod warun­kiem że będą odby­wały się po połu­dniu, kiedy skoń­czy pracę jako kucharka w liceum w Weir­bridge.

Tress wła­śnie miała naszki­co­wać kilka nowych pomy­słów na aran­ża­cję wyku­sza w domku pani Gal­bra­ith, Clo­ver­leaf Cot­tage, kiedy kolejne ziew­nię­cie wywo­łało kłu­cie w boku. Potarła bolące miej­sce, a chwilę póź­niej poczuła mocne kop­nię­cie w brzuch. Pro­jekt wyku­sza pani Gal­bra­ith mógł pocze­kać. Naj­wy­raź­niej jej mały loka­tor doma­gał się krót­kiej drzemki, zanim pozwoli mamie zabrać się do pracy.

Na kuchen­nym stole tele­fon zapisz­czał, infor­mu­jąc, że bate­ria jest już na wyczer­pa­niu. Tress pod­nio­sła go, pod­łą­czyła do łado­warki przy biurku, po czym ostroż­nie poło­żyła się na kre­mo­wej, lnia­nej sofie (pięć­dzie­siąt fun­tów za sofę z dru­giej ręki i kolejne pięć­dzie­siąt za mate­riał, któ­rym wła­sno­ręcz­nie ją obiła) i zamknęła oczy…

Nie była pewna, czy obu­dził ją ostry ból, czy dzwo­nek tele­fonu sta­cjo­nar­nego, bo w pół­śnie oba te zda­rze­nia wyda­wały się nastą­pić dokład­nie w tej samej chwili.

Tress mimo­wol­nie krzyk­nęła, gwał­tow­nie pod­ry­wa­jąc się do pozy­cji sie­dzą­cej. W tej samej chwili ode­szły jej wody. O Jezu. Nie. Jesz­cze nie. To nie był czas. Do ter­minu zostały jesz­cze trzy tygo­dnie. Za wcze­śnie. Za wcze­śnie. CHO­LER­NIE ZA WCZE­ŚNIE. Serce waliło jej jak osza­lałe. Strach spa­ra­li­żo­wał reak­cje, unie­ru­cho­mił ciało i wyczy­ścił umysł. To nie mogło się dziać. Nie teraz. Potrze­bo­wała pomocy.

– Max!

Imię wyrwało się z jej ust, zanim przy­po­mniała sobie, że Maxa tu nie ma. Był w dro­dze do Lon­dynu. I dla­czego ten prze­klęty tele­fon wciąż dzwo­nił?

Głę­boki oddech. Głę­boki oddech. Uspo­kój się. Oddy­chaj. Zmuś płuca do pracy. Wdech. Wydech. Będzie dobrze. To na pewno Max dzwo­nił przed wej­ściem do samo­lotu. Powie mu, żeby wra­cał, że dziecko już się rodzi. Dobrze. Da radę. Nie miała prze­cież wyboru.

Z całej siły ode­pchnęła się rękami od sofy i zdo­łała wstać. Zro­biła zale­d­wie dwa kroki, kiedy tele­fon prze­stał dzwo­nić, a włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka.

– Dzień dobry. Z tej strony Agnes Wel­ling­ton ze Sto­ny­bridge Place. Nancy Jen­kins dała mi pani numer, bo chcia­ła­bym odno­wić salon i dodać mu odro­biny bla­sku. Była­bym wdzięczna za tele­fon pod ten numer. To jest…

Tress nie usły­szała reszty wia­do­mo­ści, bo dokład­nie w tej chwili kolejna fala lęku nie­mal ode­brała jej wła­dzę w nogach. Chwy­ciła się kra­wę­dzi biurka i spoj­rzała na zegar wiszący nad nim.

9.50.

Dzięki Bogu. Samo­lot Maxa odla­ty­wał dopiero o 10.40. Na­dal był na lot­ni­sku.

Się­gnęła po tele­fon komór­kowy i… Cho­lera. Ekran był cał­ko­wi­cie czarny. Prze­su­nęła dło­nią wzdłuż prze­wodu i zoba­czyła, że kabel wysu­nął się z gniazda USB w ścia­nie. Ta cała nowo­cze­sna tech­no­lo­gia zde­cy­do­wa­nie nie była jej sprzy­mie­rzeń­cem.

Porwała tele­fon sta­cjo­narny i… Szlag. Jaki był jego numer? Miała go zapi­sa­nego w komórce, ale mie­siąc wcze­śniej firma, w któ­rej pra­co­wał, zmie­niła ope­ra­tora tele­fonicznego i nie zdą­żyła jesz­cze zapa­mię­tać nowego numeru.

Drżą­cymi rękami zaczęła gorącz­kowo szu­kać kartki, na któ­rej go zapi­sała, gdy prze­szył ją kolejny ostry ból.

O jasna cho­lera.

To nie wyglą­dało dobrze.

Zaci­snęła zęby i pró­bo­wała oddy­chać zgod­nie z zale­ce­niami, ale doszła do wnio­sku, że kto­kol­wiek twier­dził, iż to pomaga, naj­wy­raź­niej ni­gdy nie pró­bo­wał oddy­chać z kulą do krę­gli zakli­no­waną mię­dzy narzą­dami wewnętrz­nymi.

Kiedy naj­gor­szy ból minął, się­gnęła po notat­nik i zdo­łała wystu­kać numer z pierw­szej strony na tele­fo­nie sta­cjo­nar­nym.

– Cześć – ode­brał natych­miast, zanim u niej zdą­żył zabrzmieć pierw­szy sygnał.

– Max, to ja! Chyba zaczyna się poród…

Prze­rwał jej głos męża.

– Tu Max Wal­ker z Bra­la­tech. Przy­kro mi, że nie mogę teraz ode­brać tele­fonu. Zostaw wia­do­mość, a oddzwo­nię naj­szyb­ciej, jak to będzie moż­liwe.

Nieee!

Roz­pacz­li­wie wal­cząc z paniką ści­ska­jącą gar­dło, Tress już miała powtó­rzyć swoją pilną wia­do­mość, kiedy roz­legł się dzwo­nek do drzwi. To może być on. Może cze­goś zapo­mniał. Albo po pro­stu coś prze­czuł i zawró­cił. Odło­żyła słu­chawkę. W tej samej chwili coś z głu­chym stu­kiem spa­dło na pod­łogę w przed­po­koju. Poczta. To był tylko listo­nosz.

Ostroż­nie opa­dła z powro­tem na sofę i jęk­nęła, powstrzy­mu­jąc łzy, gdy pró­bo­wała uspo­koić oddech.

To. Nie. Mogło. Się. Dziać.

Gdzie był Max? Dla­czego nie odbie­rał tele­fonu? Jak miała się z nim skon­tak­to­wać? Potrze­bo­wała go tutaj. Natych­miast. Bo była nie­mal pewna, że wła­śnie dziś przyj­dzie na świat ich dziecko.

Rozdział 2. Noah

Roz­dział 2

Noah

Żadna ilość kawy nie mogła dziś popra­wić samo­po­czu­cia Noaha Clarka, ale i tak zamie­rzał spró­bo­wać. Posta­wił kubek na chro­mo­wa­nej pod­stawce eks­presu, wło­żył kap­sułkę z espresso i naci­snął przy­cisk. Zaci­snął zęby, a od dźwięku pra­cu­ją­cego urzą­dze­nia nie­mal zatęt­niło mu w skro­niach.

O ósmej rano zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się do funk­cjo­no­wa­nia, a przy­czyn tego stanu było wiele. Wszystko zaczęło się od tygo­dnia noc­nych dyżu­rów na oddziale pedia­trycz­nym Szpi­tala Cen­tral­nego w Glas­gow, a potem doszło jesz­cze o kilka piw za dużo wypi­tych wczo­raj, pod­czas pierw­szego wol­nego dnia. Sam kac dałoby się jesz­cze prze­żyć, gdyby poprzed­niego wie­czoru, po potęż­nej kłótni z Anyą, nie zasnął na kana­pie. Sam był sobie winien. Naro­bił sobie nadziei. Myślał, że wresz­cie dowie się, co dzieje się z jego żoną. Że uda im się napra­wić dystans, który wyrósł mię­dzy nimi. Sądząc po tym, że całą noc pró­bo­wał uło­żyć swoje sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu na dwu­oso­bo­wej sofie, naj­wy­raź­niej nic z tego nie wyszło.

Opu­ścił czoło na chłodny mar­mur wyspy kuchen­nej, lecz natych­miast pode­rwał głowę, gdy do kuchni wkro­czyła Anya. Wyso­kie obcasy wystu­ki­wały o gra­ni­tową posadzkę ostre klik, klik, brzmiące niczym seria z kara­binu sztur­mo­wego. A może tylko jego ska­co­wany mózg odbie­rał to wła­śnie w ten spo­sób.

Dopiero po chwili zorien­to­wał się, skąd bie­rze się drugi dźwięk. Zmru­żył oczy i spoj­rzał w jej stronę. To kółka bia­łej kabi­no­wej walizki Sam­so­nite tur­ko­tały po pod­ło­dze. Na walizce spo­czy­wała dopa­so­wana kolo­ry­stycz­nie torba podróżna, na wysu­wa­nej rączce wisiała torebka, a obok stała jesz­cze torba na lap­topa.

No tak.

Dziś wyjeż­dżała… na… na…

Nie.

Nic.

Kom­plet­nie nic nie przy­cho­dziło mu do głowy.

Jakiś wyjazd służ­bowy.

Był nie­mal pewien, że wid­niał w kalen­da­rzu, a skoro tak, był też stu­pro­cen­towo pewien, że nie zamie­rza o niego pytać. To tylko otwo­rzy­łoby kolejny roz­dział nie­koń­czą­cej się kłótni pod tytu­łem: „Ni­gdy nie inte­re­su­jesz się moją karierą”.

Ostat­nio wra­cali do niej nie­mal rów­nie czę­sto jak do jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cego tematu zało­że­nia rodziny. Ta dys­ku­sja rów­nież poja­wiała się zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto, a wczo­raj skoń­czyła się kolejną wer­sją dobrze zna­nego:

– To jest mój czas i nie zamie­rzam rezy­gno­wać ze swo­jego życia tylko po to, żeby przez następne dwa lata sie­dzieć w domu, naba­wić się hemo­ro­idów i być wiecz­nie oble­pioną mar­chew­ko­wym purée.

Tak.

Znowu wypły­nął ten sam stary argu­ment.

Noah nie miał poję­cia, jak w ogóle do tego doszło. Zresztą nie miało to już zna­cze­nia. Ostat­nio potra­fili zamie­nić zwy­kłe „dzień dobry” w apo­ka­lip­tyczną bitwę na śmierć i życie.

Dla­tego zaczął pojed­naw­czo, łagod­nym tonem:

– Cześć.

– Cześć – odpo­wie­działa chłodno, rów­nie ostro, jak stu­kały jej obcasy.

– Posłu­chaj, możemy poroz­ma­wiać? Naprawdę prze­pra­szam za wczo­raj.

I naprawdę prze­pra­szał.

Wie­czór zaczął się prze­cież tak dobrze. Przy­go­to­wał kola­cję z oka­zji rocz­nicy ślubu. Zapa­lił świece. W tle grał John Legend. Wszystko, co Anya uwiel­biała. Ugo­to­wał swoje popi­sowe danie – fan­ta­styczny gulasz rybny, któ­rego nauczyła go ghań­ska bab­cia i który Anya wręcz uwiel­biała. Wszystko było gotowe na ósmą, bo uznał, że do tej godziny na pewno wróci do domu. Ich rocz­nica rów­nież wid­niała w kalen­da­rzu. Jede­na­ście lat mał­żeń­stwa. Pra­wie pięt­na­ście lat od dnia, kiedy poznali się pod­czas pierw­szego dnia Anyi na Uni­wer­sy­te­cie w Glas­gow. Noah był wtedy na dru­gim roku medy­cyny, a Max koń­czył drugi rok finan­sów, gdy nowa stu­dentka biz­nesu weszła na spo­tka­nie dla pierw­szo­rocz­nych z nie­ukry­waną cie­ka­wo­ścią wyma­lo­waną na swo­jej pięk­nej twa­rzy. W tam­tych cza­sach nosiła dłu­gie aż do pasa war­ko­czyki, a w jej sze­roko otwar­tych oczach malo­wało się nie­do­wie­rza­nie, że naprawdę tam jest.

Max Wal­ker, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel od dzie­ciń­stwa, zauwa­żył ją pierw­szy i szturch­nął Noaha łok­ciem w żebra.

– Chyba wła­śnie się zako­cha­łem – zagwiz­dał, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z kaca po Jaeger Bom­bach, kiedy dziew­czyna zbli­żała się do ich sto­lika.

Obaj nale­żeli do uni­wer­sy­tec­kiej dru­żyny koszy­kar­skiej i tra­fili na dwu­go­dzinny dyżur przy sta­no­wi­sku rekru­tu­ją­cym nowych zawod­ni­ków do sek­cji spor­to­wych.

– Tak, już chyba dzie­siąty raz od rana – odparł Noah z uśmie­chem, odsu­wa­jąc Maxa za sie­bie i posy­ła­jąc dziew­czy­nie swój naj­bar­dziej ujmu­jący uśmiech.

Była olśnie­wa­jąca.

Miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Poru­szała się z natu­ralną swo­bodą spor­t­smenki. Dłu­gie rzęsy oka­lały brą­zowe oczy, w które Noah mógłby patrzeć co naj­mniej przez następną godzinę.

Oczy­wi­ście Max natych­miast uru­cho­mił cały swój urok oso­bi­sty i prze­szedł do flirtu na pozio­mie kwa­li­fi­ka­cji olim­pij­skich. Tak było od zawsze. We wszyst­kim był pierw­szy. Naj­pierw dzia­łał, dopiero potem myślał. To on pierw­szy zapra­szał dziew­czyny na randki, pierw­szy zapi­sy­wał ich na skoki spa­do­chro­nowe, pierw­szy orga­ni­zo­wał spon­ta­niczne imprezy, a Noah zwy­kle dowia­dy­wał się o wszyst­kim dopiero wtedy, gdy pod drzwi ich wspól­nego miesz­ka­nia zja­wiało się dwa­dzie­ścia osób z boom­bok­sem.

Tym razem jed­nak Anya nie dała się uwieść jego uro­dzie ani całym pokła­dom uroku oso­bi­stego. Zamiast tego spoj­rzała na Noaha z zacie­ka­wie­niem.

– A co z tobą? – zapy­tała z roz­ba­wie­niem pobrzmie­wa­ją­cym w gło­sie. – Uwa­żasz, że powin­nam poświę­cić całe swoje życie spor­towi?

Jej sek­sowny ame­ry­kań­ski akcent prze­są­dził sprawę.

Póź­niej dowie­dział się, że jej ojciec był Ame­ry­ka­ni­nem, a matka Szkotką. Poznali się, gdy ojciec Anyi przy­je­chał do Szko­cji pra­co­wać przy wspól­nym pro­jek­cie z RAF-em w bazie Leu­chars nie­da­leko St Andrews. Zako­chali się w sobie, pobrali i zostali w Szko­cji tak długo, jak długo trwało jego odde­le­go­wa­nie. Kiedy Anya miała trzy lata, wró­cili do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale kilka razy w roku przy­la­ty­wali do Szko­cji, by odwie­dzić rodzinę jej mamy w Fife. Jej rodzice na­dal miesz­kali w Ame­ryce, jed­nak gdy przy­szło do wyboru stu­diów, Anya posta­no­wiła wró­cić do korzeni swo­jej matki. Noah już wtedy wie­dział, że do końca życia będzie wdzięczny za tę decy­zję.

Ni­gdy nie flir­to­wał z kobie­tami, które dopiero co poznał. A już na pewno nie z kimś, kim wyraź­nie zain­te­re­so­wał się Max. Ale tej kobie­cie po pro­stu nie spo­sób było się oprzeć.

– Abso­lut­nie nie – odpo­wie­dział Noah, pod­czas gdy Max patrzył na niego z otwar­tymi ustami. – Uwa­żam, że powin­naś zosta­wić sobie przy­naj­mniej jeden wie­czór w tygo­dniu, żeby gdzieś wyjść ze mną.

Max teatral­nie roz­ło­żył ręce.

– To był naj­gor­szy tekst na pod­ryw, jaki w życiu sły­sza­łem. Nie daj się nabrać – ostrzegł Anyę. – Bo potem będziesz musiała słu­chać jego bez­na­dziej­nych gadek. Ostat­nia kobieta, z którą się spo­ty­kał, umarła z nudów. Naprawdę. Tra­giczna histo­ria. Nawet napi­sali o tym arty­kuły medyczne.

– Cóż… – Anya prze­cią­gnęła słowo, trzy­ma­jąc ich obu w nie­pew­no­ści. – Mam cał­kiem wysoki próg bólu, więc chyba zary­zy­kuję.

Przy­wo­łu­jąc w pamięci całe dwa tygo­dnie, które kie­dyś wytrzy­mał na zaję­ciach teatral­nych, Max dosłow­nie spadł z krze­sła, uda­jąc omdle­nie, pod­czas gdy Noah pode­rwał się na nogi i trium­fal­nie wyrzu­cił pięść w górę. Anya wybuch­nęła śmie­chem.

– Wy zawsze tacy jeste­ście?

Noah nie potra­fił prze­stać się uśmie­chać.

– Nie. Prze­waż­nie spła­wiam go, kiedy tra­fia mi się coś lep­szego. Napi­jesz się ze mną cze­goś w barze?

Porzu­cili Maxa, a pod koniec popo­łu­dnia Noah zapy­tał Anyę, czy może ją poca­ło­wać.

Nie odmó­wiła.

I tak wła­śnie się zaczęło.

Noah.

Anya.

Razem od tam­tej pory.

Mimo całego tego przed­sta­wie­nia Max naprawdę cie­szył się ich szczę­ściem, a przez następ­nych pięt­na­ście lat Noah każ­dego dnia był wdzięczny, że tam­tego ranka wybrała wła­śnie jego.

Poprzed­niego wie­czoru, gdy zegar wybił dwu­dzie­stą, wra­cał myślami do tam­tego pierw­szego dnia. O wpół do dzie­wią­tej pró­bo­wał jesz­cze ura­to­wać gulasz rybny. O dzie­wią­tej otwo­rzył piwo i wyrzu­cił całą potrawę do kosza, docho­dząc do wnio­sku, że Anya raczej nie zamie­rza wpaść do domu na rocz­ni­cową kola­cję. Przez chwilę zasta­na­wiał się, czy nie zadzwo­nić do Maxa i nie spraw­dzić, czy jest na siłowni, żeby do niego dołą­czyć na ich codzien­nym tre­ningu, ale po raz pierw­szy od dawna nie miał na to naj­mniej­szej ochoty. Nawet prze­mknęło mu przez myśl, żeby wpaść do Tress, zjeść z nią cia­sto i obej­rzeć kilka odcin­ków pro­gra­mów o urzą­dza­niu wnętrz, ale nie chciał swoim roz­go­ry­cze­niem i zawo­dem prze­bi­jać bańki szczę­ścia, w któ­rej żyła pod­czas ciąży. Zamiast tego wró­cił do diety z cza­sów stu­diów medycz­nych – wrzu­cił pizzę do pie­kar­nika, prze­łą­czał kanały w tele­wi­zji i osta­tecz­nie zatrzy­mał się na sta­rym fil­mie wojen­nym. Wszystko było lep­sze niż wła­sne życie, które przy nim wyda­wało się jesz­cze bar­dziej do bani.

Kiedy Anya wró­ciła do domu o dwu­dzie­stej dru­giej, led­wie potra­fił na nią spoj­rzeć.

Zatrzy­mała się w progu, ogar­nia­jąc wzro­kiem to, co zoba­czyła.

Opusz­czony roman­tyczny stół.

Brudne garnki i tale­rze przy zle­wie.

Wypa­lone świece.

– Noah… Prze­pra­szam, powi­nie­neś mnie uprze­dzić…

– Nie sądzi­łem, że muszę. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji rocz­nicy – odparł, nie­na­wi­dząc chłodu, który zabrzmiał w jego gło­sie.

To nie był on.

Ni­gdy nie zacho­wy­wał się w taki małost­kowy spo­sób.

Max przez całe życie powta­rzał mu, że jest aż nazbyt wylu­zo­wany.

Ale nie tego wie­czoru.

Anya wciąż przyj­mo­wała postawę obronną.

– Musia­łam zostać dłu­żej w pracy. W przy­szłym tygo­dniu mamy ważną pre­zen­ta­cję, a jutro jadę na kon­fe­ren­cję, więc…

Prze­stał jej słu­chać.

Po nara­sta­ją­cym zde­ner­wo­wa­niu w jej gło­sie wie­dział już, że wysia­dła z pociągu pod nazwą „prze­pro­siny” i wła­śnie wsia­dła do eks­presu „obrona za wszelką cenę”.

– Anya… Ty w ogóle jesz­cze tego chcesz?

Schy­liła się i zdjęła swoje czarne lakie­ro­wane szpilki, jedną po dru­giej, tra­cąc przy tym dobre dzie­sięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Obci­sła spód­nica kostiumu krę­po­wała jej ruchy, gdy pode­szła do stołu i nalała do kie­liszka resztkę czer­wo­nego wina z butelki. Odkąd objęła sta­no­wi­sko dyrek­torki sprze­daży i mar­ke­tingu w Bra­la­te­chu, jej styl ubie­ra­nia zde­cy­do­wa­nie wszedł na wyż­szy poziom. To Max uprze­dził ją, że zwolni się tam takie sta­no­wi­sko, a ona sama zgło­siła się do zarządu i zdo­była tę pracę, zanim jesz­cze ogło­sze­nie o rekru­ta­cji zdą­żyło się uka­zać.

Noah widział, że zwleka z odpo­wie­dzią, więc cztery piwa, które zdą­żył już wypić, prze­jęły nad nim kon­trolę i popchnęły go do dal­szych pytań.

– Na­dal chcesz nas? Mał­żeń­stwa? Dzieci? Wspól­nego życia? Zesta­rzeć się razem?

– Oczy­wi­ście, że chcę – odpo­wie­działa znu­żo­nym gło­sem, led­wie na niego patrząc, gdy przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku kanapy. – Po pro­stu ta praca wiele dla mnie zna­czy. Jestem w niej dobra, Noah. Kocham ją. I na razie pochła­nia mnie bez reszty.

– A nasza rodzina?

Wie­dział, że zabrzmiał dzie­cin­nie, ale od dwóch lat cze­kał, aż do niego wróci. Od dwóch lat odkła­dali swoje życie na póź­niej przez pracę, która zabie­rała jej cały czas.

– Noah, nie mogę teraz o tym roz­ma­wiać. Jestem zbyt zmę­czona. Tak, chcę być z tobą w mał­żeń­stwie. Nie, na­dal nie jestem gotowa na dzieci.

– A jeśli ja jestem? Prze­cież usta­li­li­śmy, że zaczniemy się sta­rać już w zeszłym roku, a ty od tam­tej pory cią­gle to odkła­dasz. Jeśli naprawdę tego chcesz, pocze­kam. Tylko… nie jestem już pewien, czy ty na­dal tego chcesz. Teraz. Albo kie­dy­kol­wiek.

Ile razy w ciągu ostat­niego roku odbyli tę samą roz­mowę? Za każ­dym razem odpo­wia­dała tak samo: Tak, na­dal chcę zało­żyć z tobą rodzinę. Nie, jesz­cze nie teraz, ale wkrótce. Każ­dego dnia w pracy ota­czały go dzieci i ich rodziny i każ­dego dnia coraz moc­niej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że wła­śnie tego pra­gnie. Zawsze mówili, że założą rodzinę tuż po trzy­dzie­stce. Oboje mieli już trzy­dzie­ści pięć lat, a on był na to gotowy od dawna. Naj­wy­raź­niej Anya wciąż nie.

– W takim razie może powin­ni­śmy poroz­ma­wiać o tym, czy w ogóle mamy jesz­cze wspólną przy­szłość – wypa­liła.

Zamarł.

Szok spra­wił, że gwał­tow­nie uniósł głowę.

– Co?

– Sama już nie wiem, czy w ogóle chcę mieć dzieci. Po pro­stu… nie jestem pewna, czy widzę sie­bie w tej roli. A jeśli dla cie­bie to waru­nek nie do nego­cja­cji…

Urwała, ale reszta wybrzmiała aż nadto wyraź­nie. Mimo że piwo szu­miało mu w gło­wie ugryzł się w język. Za wszelką cenę nie chciał powie­dzieć cze­goś, czego póź­niej będzie żało­wał. Z jed­nej strony przy­naj­mniej była szczera. I to przy­nio­sło mu ulgę…

…dopóki nie zaczęła się wyco­fy­wać.

– Prze­pra­szam, nie to mia­łam na myśli. Posłu­chaj, nie mogę teraz o tym roz­ma­wiać. Jestem zmę­czona.

Wstała z kanapy. Jej wyspor­to­wane, smu­kłe ciało poru­szało się z taką natu­ralną gra­cją, że aż ści­snęło go w sercu.

Boże, jak bar­dzo ją kochał.

– Nie odchodź, Anya. Zostań. Poroz­ma­wiaj ze mną.

Szła dalej. Po chwili usły­szał tylko ciche kroki na scho­dach pro­wa­dzą­cych do ich sypialni. Nie poszedł za nią.

Zamiast tego wycią­gnął z lodówki pierw­szą z kilku kolej­nych puszek piwa i wpa­try­wał się w tele­wi­zor, nawet nie reje­stru­jąc, co leci na ekra­nie. Potrze­bo­wał tylko jakie­goś dźwięku. Cze­go­kol­wiek, co nie pozwoli mu roz­sy­pać się na kawałki.

Tele­wi­zor wciąż grał osiem godzin póź­niej, kiedy obu­dził się z jękiem po nocy spę­dzo­nej na kana­pie.

W myślach raz po raz odtwa­rzał ich roz­mowę. Od początku do końca. Potem od końca do początku. Ana­li­zo­wał każde słowo, roz­pacz­li­wie pra­gnąc do niej wró­cić i wszystko wyja­śnić.

Ale widok Anyi z walizką mówił jasno, że ta roz­mowa jesz­cze długo się nie odbę­dzie.

Teraz, mimo pul­su­ją­cego bólu głowy i obo­la­łego ciała, musiał spró­bo­wać.

Kiedy pod­nio­sła z wyspy kuchen­nej klu­czyki do samo­chodu, zro­bił ostat­nią próbę zna­le­zie­nia choć odro­biny poro­zu­mie­nia.

– Anya, zacze­kaj… Prze­pra­szam. Możemy poroz­ma­wiać? Pięć minut…

– Nie. Muszę zdą­żyć na samo­lot i nie zamie­rzam go prze­ga­pić. Jadę swoim samo­cho­dem i zosta­wię go na lot­ni­sku. Poroz­ma­wiamy, kiedy wrócę.

I to było wszystko. Jesz­cze raz stu­kot jej szpi­lek roz­legł się po kafel­kach niczym seria z kara­binu maszy­no­wego. Ode­szła. Znik­nęła.

Cho­lera.

Noah nalał sobie kolejną kawę i wyszedł z kub­kiem na zewnątrz. Chłodne lutowe powie­trze przy­nio­sło ulgę jego pul­su­ją­cej gło­wie. Dopiero gdy wró­cił do kuchni po następną dolewkę, zauwa­żył sto­jącą na pod­ło­dze torbę na lap­topa. Anya musiała ją prze­oczyć, gdy chwy­ciła pozo­stałe bagaże i wybie­gła z domu. Natych­miast do niej zadzwo­nił, żeby dać jej znać, ale połą­cze­nie od razu prze­kie­ro­wało go na pocztę gło­sową. Nie zosta­wił wia­do­mo­ści. Jeśli była na niego zła, ist­niała spora szansa, że nawet by jej nie odsłu­chała.

Spró­bo­wał innego spo­sobu.

Anya ni­gdy nie wsia­dała do samo­lotu, nie roz­ma­wia­jąc tuż przed odlo­tem i zaraz po lądo­wa­niu ze swoją asy­stentką, Carą. Praca była dla niej zbyt ważna, żeby zary­zy­ko­wać prze­ocze­nie wia­do­mo­ści od klienta.

Noah odszu­kał numer Cary w kon­tak­tach i wybrał połą­cze­nie.

– Dzień dobry, dział sprze­daży Bra­la­tech, z tej strony Cara, asy­stentka Anyi Clark. W czym mogę pomóc?

Rany, biedna kobieta musiała wypo­wia­dać tę for­mułkę przy każ­dym ode­bra­nym tele­fo­nie.

– Cześć, Cara, tu Noah.

Przez lata kilka razy spo­tkali się na fir­mo­wych impre­zach. Roz­ma­wiał z nią też dość regu­lar­nie – zwy­kle wtedy, gdy dzwo­niła poin­for­mo­wać go, że Anya znowu wróci późno albo nie dotrze na coś, co wcze­śniej zapla­no­wali, bo utknęła w pracy. Naj­wy­raź­niej łatwiej było jej zle­cać komuś innemu prze­ka­zy­wa­nie takich wia­do­mo­ści. Cara o tym wie­działa. On też. A jasną stroną było to, że z cza­sem stwo­rzyli coś w rodzaju cichego poro­zu­mie­nia.

– Cześć, Noah. Jak się masz?

Naj­chęt­niej odpo­wie­działby, że ma kaca, jest wście­kły i ma poważne podej­rze­nia, że wła­śnie roz­pada mu się życie, ale zamiast tego powie­dział:

– Świet­nie. Tak, wszystko dobrze. A ty?

– Ach, sam wiesz. Za dużo pracy, za mało pie­nię­dzy. Tylko nie mów tego swo­jej żonie.

Mimo pul­su­ją­cego bólu głowy kąciki jego ust lekko się unio­sły.

– Tra­fi­łaś pod wła­ściwy adres. Słu­chaj, możesz prze­ka­zać Anyi wia­do­mość?

Zapa­dła chwila ciszy i domy­ślił się, że Cara zasta­na­wia się, dla­czego nie zadzwoni po pro­stu do wła­snej żony.

– Po pro­stu… eee… jej tele­fon od razu prze­łą­cza na pocztę gło­sową, a ja zaraz wycho­dzę pobie­gać, więc pomy­śla­łem, że pew­nie poroz­ma­wiasz z nią wcze­śniej niż ja.

Kła­mał jak z nut, ale pozo­sta­wało mu tylko mieć nadzieję, że Cara nie posiada zdol­no­ści tele­pa­tycz­nych.

– Eee… tak, tylko… rzecz w tym, że nie będę mogła prze­ka­zać jej wia­do­mo­ści, dopóki w ponie­dzia­łek nie wróci do pracy.

Nie dało się nie usły­szeć w jej gło­sie waha­nia. To był ton czło­wieka, który wła­śnie mówi coś, co nie­uchron­nie wywoła pro­blemy, ale nie ma innego wyj­ścia.

– Tak, wiem, że dziś jej nie ma.

– Och, całe szczę­ście! – wyrwało się Carze z wyraźną ulgą. – Prze­pra­szam. Przez moment myśla­łam, że wła­śnie mamy jedną z tych fil­mo­wych scen, w któ­rych przy­pad­kiem mówię mężowi, że jego żona wcale nie jest tam, gdzie on myśli, i wybu­cha wielka afera. Już widzia­łam się na bez­ro­bo­ciu w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Noah zmu­sił się do śmie­chu.

– Nie, jesteś bez­pieczna. Wie­dzia­łem, że dziś nie będzie jej w biu­rze. Po pro­stu pomy­śla­łem, że pew­nie będzie do cie­bie dzwo­nić.

To zaczy­nało robić się znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż przy­pusz­czał, i coraz mniej rozu­miał dla­czego.

– Raczej nie. Mówiła, że w spa, do któ­rego jadą, nie ma zasięgu, więc nie będzie się odzy­wać. Bar­dzo się cie­szę, że wresz­cie może tro­chę odpo­cząć z sio­strą. Mam wra­że­nie, że ona ni­gdy nie wycho­dzi z pracy, więc ten wyjazd naprawdę dobrze jej zrobi. A tak w ogóle… jaką wia­do­mość mam jej prze­ka­zać?

Zapa­dła cisza. Trwała pełne pięć sekund. Potem roz­le­gło się spa­ni­ko­wane:

– To było…

Zastygł. Znów zapa­dła cisza. Jego mózg odma­wiał współ­pracy, a on roz­pacz­li­wie pró­bo­wał zro­zu­mieć, co wła­śnie usły­szał. Cara była nie­zwy­kle kom­pe­tentna i ni­gdy niczego nie myliła. To ozna­czało, że prze­ka­zała mu praw­dziwe infor­ma­cje. Był tylko jeden pro­blem. Żona powie­działa mu, że leci do Lon­dynu na kon­fe­ren­cję służ­bową.

Jego żona nie­na­wi­dziła spa.

Jego żona nie miała sio­stry.

A skoro nie była na kon­fe­ren­cji ani w miej­scu, któ­rego nie zno­siła, z fik­cyjną człon­ki­nią rodziny, to gdzie, do cho­lery, była?

– Masz rację! Zupeł­nie o tym zapo­mnia­łem. Nie ma sprawy, ale jeśli będzie się odzy­wać, poproś ją, żeby do mnie zadzwo­niła.

Noah zakoń­czył połą­cze­nie i opu­ścił głowę, aż ponow­nie oparła się o blat kuchen­nej wyspy.

A więc to miał być wła­śnie ten dzień. Dzień, w któ­rym wresz­cie dowie się, co naprawdę dzieje się z jego żoną.

Rozdział 3. Nancy

Roz­dział 3

Nancy

– Tress to naprawdę wspa­niała dziew­czyna. Znam Maxa Wal­kera od dziecka. Bie­gał po tym ogródku i wspi­nał się na tamte drzewa. – Nancy ski­nęła głową w stronę dębów, któ­rych gałę­zie wysta­wały ponad płot za kuchen­nym oknem. – Tak się cie­szę, że oże­nił się z kimś takim. Ugh, od tych opa­rów można tu paść.

Zapach amo­niaku uno­szący się w kuchni wystar­czyłby, żeby posta­wić na nogi psy z oddziału sape­rów, więc Nancy psik­nęła odro­biną koko­so­wego odświe­ża­cza Glade, żeby jakoś to zrów­no­wa­żyć. To był jej ulu­biony zapach. Zawsze przy­po­mi­nał jej waka­cje z Pete­rem na Costa del Cho­ler­nie Dro­gie w latach osiem­dzie­sią­tych. Sma­ro­wali się koko­so­wym olej­kiem do opa­la­nia i sma­żyli po cztery godziny z każ­dej strony, sztur­cha­jąc się nawza­jem, kiedy trzeba było się obró­cić niczym kur­czaki na roż­nie. Potem wra­cali do domu, czu­jąc się naja­trak­cyj­niej­szymi ludźmi na świe­cie… aż zaczy­nała scho­dzić skóra i znów lądo­wali w weł­nia­nych swe­trach, pach­nący alo­esem, odkła­da­jąc co tydzień dychę na kolejne waka­cje. To były piękne czasy. Tylko wtedy nie wie­dzieli, jak strasz­liwą cenę przyj­dzie im kie­dyś zapła­cić za te wszyst­kie tygo­dnie spę­dzone na słońcu. Rak skóry. Ode­brał jej Petera, zanim zdą­żył przejść na eme­ry­turę i zoba­czyć wszyst­kie miej­sca, które pla­no­wali jesz­cze razem odwie­dzić.

– Ała! Jezu, Val, szarp­nę­łaś tym wał­kiem jak gumką od maj­tek! – zawo­łała Nancy, wywo­łu­jąc u przy­ja­ciółki salwę śmie­chu.

– Kocha­nie, gdyby gumka od moich maj­tek miała strze­lić, uwierz mi, echo nio­słoby się po całym kory­ta­rzu. – Val zatrzę­sła swo­imi krą­gło­ściami, nakła­da­jąc Nancy prze­zro­czy­sty foliowy cze­pek. – No, gotowe. Trzy­dzie­ści minut i wyj­dziesz, wyglą­da­jąc tak. – Unio­sła pudełko z farbą, na któ­rym wid­niała piękna trzy­dzie­sto­latka o buj­nych rudych lokach oka­la­ją­cych ide­alną twarz z wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi i napom­po­wa­nymi ustami.

Nancy wstała i pode­szła do czaj­nika.

– Taa, chyba tylko jeśli przy oka­zji przy­pniesz mi z tyłu głowy żabkę do wło­sów, bo ostatni raz widzia­łam swoje kości policz­kowe w latach osiem­dzie­sią­tych.

– Da się zała­twić. – Angie wzru­szyła ramio­nami. – Myślę też o uru­cho­mie­niu domo­wej lipo­suk­cji odku­rza­czem. Ludzie dadzą się nabrać na wszystko.

Chi­cho­cząc, Nancy włą­czyła czaj­nik i się­gnęła do szafki po puszkę z her­bat­ni­kami. Nie była jesz­cze nawet dzie­siąta, ale wstała o pią­tej, więc według jej zegara bio­lo­gicz­nego zbli­żała się już pora obiadu. Zdjęła pokrywkę z puszki i posta­wiła ją na środku stołu, po czym usta­wiła obok czaj­nika trzy kubki. Dla niej i Val her­bata, ale Angie zawsze przy­no­siła wła­sne ziółka – jakiś zie­lony wywar, który podobno poma­gał na ude­rze­nia gorąca. Nancy uwa­żała to za kom­pletne bzdury, ale jeśli napój pach­nący szpi­na­kiem popra­wiał Angie samo­po­czu­cie, to nie miała nic prze­ciwko. Spoj­rzała na przy­ja­ciółkę i od razu zna­la­zła źró­dło prze­ciągu, który wychła­dzał kuch­nię. Ta kobieta i jej meno­pauza sta­no­wiły zagro­że­nie dla spo­łe­czeń­stwa.

– Angie, kocham cię, ale jeśli nie zamkniesz tego okna, to nie dożyję wie­czora. Tra­fię do Glas­gow Cen­tral z hipo­ter­mią. I będziesz miała to na sumie­niu. Będziesz leżeć po nocach i myśleć: „Nancy Jen­kins stra­ciła ostat­nią szansę na odro­binę roman­ty­zmu, bo ja od świtu wyma­chi­wa­łam rękami przy jej otwar­tym oknie”.

Angie z wyraźną nie­chę­cią zamknęła białe prze­suwne okno i się­gnęła po swoje wachla­rze.

– Mogło być gorzej. Moja sio­stra Joanie mówiła, że przez kilka mie­sięcy miała wra­że­nie, jakby jej cipka pło­nęła. Nie wiem tylko, jak mia­ła­bym ją wysta­wić przez twoje kuchenne okno, żeby tro­chę ją ochło­dzić.

Val pokrę­ciła głową z kamienną twa­rzą.

– Chyba nie bez nacią­gnię­cia jakie­goś mię­śnia.

Nancy dodała z równą powagą:

– Albo bez zafun­do­wa­nia listo­no­szowi traumy.

To znów dopro­wa­dziło całą trójkę do wybu­chu śmie­chu.

Kiedy Nancy zro­biła her­batę i napoje, wszyst­kie usia­dły przy stole. Motyle w jej brzu­chu jed­nak wcale nie zamie­rzały odpo­cząć. Co jej w ogóle strze­liło do głowy, żeby wybie­rać się dziś na to spo­tka­nie? Pięć­dzie­się­cio­le­cie ukoń­cze­nia szkoły śred­niej w Weir­bridge. W tam­tych cza­sach więk­szość koń­czyła naukę po czwar­tej kla­sie, mając szes­na­ście lat, więc cho­dziło o rocz­nik 1973. Mogła rów­nie dobrze zało­żyć tablicę rekla­mową z napi­sem: „Matko jedyna, ale jestem stara” z przodu i „Żało­sna baba pró­bu­jąca odzy­skać mło­dość” z tyłu. Miała sześć­dzie­siąt sześć lat, od czte­rech lat była wdową, a jeśli naprawdę tam pój­dzie, spo­tka ludzi, któ­rych nie widziała od cza­sów, gdy po ziemi cho­dziły dino­zaury. W tym Eddiego Tyra­no­zau­rusa Mac­kiego. Jej pierw­szą miłość. Ostatni raz widzieli się na szkol­nej potań­cówce w czerwcu 1973 roku. Ale im mniej mówiło się o tam­tym wie­czo­rze, tym lepiej.

– Jesteś pewna, że nie zmie­nisz zda­nia i nie pój­dziesz dziś ze mną, kocha­nie? – zapy­tała Nancy Val chyba po raz setny.

I po raz setny Val pokrę­ciła głową.

– Kochana, cie­szę się z two­jego szczę­ścia, prze­cież wiesz. I bar­dzo mnie raduje, że zanosi się u cie­bie na mały flirt. Ale prę­dzej wydłu­ba­ła­bym sobie oczy kijem, niż poszła na taki zjazd. I to moje osta­teczne słowo.

Nancy wie­działa, że nie ma sensu naci­skać, ale jesz­cze się nie pod­da­wała. Doszła do wnio­sku, że jeśli uda jej się wcią­gnąć Val w jak naj­wię­cej przy­go­to­wań do wie­czoru, to w końcu prze­ła­mie upór przy­ja­ciółki i ta pój­dzie z nią choćby z czy­stej cie­ka­wo­ści.

Nie­świa­doma, że Nancy wciąż pla­no­wała zwer­bo­wać ją na swoją skrzy­dłową, Val się­gnęła do sto­ją­cej na środku stołu puszki z her­bat­ni­kami, wyjęła kar­me­lowy wafe­lek, roz­pa­ko­wała go i zmie­niła temat.

– Wiesz, kochana, w tym tygo­dniu lep­szym pomy­słem byłaby chyba wizyta u fry­zjera. Nikomu nie robi­łam trwa­łej ondu­la­cji w domu od cza­sów, gdy wszyst­kie nasze kole­żanki chciały wyglą­dać jak Oli­via New­ton-John śpie­wa­jąca You’re the One That I Want.

– Wiem, ale to była decy­zja pod­jęta w panice dziś rano o szó­stej w ASDA. Nie mogłam spać, więc wysko­czy­łam po boche­nek chleba. Wró­ci­łam z zesta­wem do trwa­łej, kosme­ty­kami, któ­rych nie umiem uży­wać, i trzy­pa­kiem maj­tek, które oka­zały się strin­gami. Oddam je. Jesz­cze zro­bi­ła­bym sobie nimi krzywdę. A chleba oczy­wi­ście zapo­mnia­łam kupić. – Nancy wes­tchnęła. – Ale dzię­kuję wam obu, że przy­szły­ście mi z pomocą. Nie­wiele osób mogę obu­dzić o siód­mej rano, spa­ni­ko­wana jak kura bez głowy. Po pro­stu… cóż… kiedy Eddie widział mnie ostatni raz, mia­łam dłu­gie loki i wyglą­da­łam jak sur­ferka potar­gana mor­skim wia­trem. Teraz wyglą­dam raczej tak, jak­bym przez pół­tora tygo­dnia stała w ule­wie pod­czas mon­sunu. Ura­to­wa­ły­ście mnie, dziew­czyny.

Val prze­łknęła spory kęs wafelka, zanim odpo­wie­działa.

– Nie ma za co. Mark spę­dza dziś dzień z ojcem, więc tra­fi­łaś na dobry moment. Szcze­rze mówiąc, miło było choć na chwilę wyjść z domu.

– Jak się trzyma Don, Val? – zapy­tała Angie.

Nancy regu­lar­nie odwie­dzała dom Val, odda­lony o jakieś dzie­sięć minut drogi, więc znała odpo­wiedź. Cho­dziły razem do szkoły i przy­jaź­niły się od tam­tej pory, choć nie spę­dzały ze sobą każ­dej wol­nej chwili. Przez te wszyst­kie lata zali­czyli nie­zli­czone wspólne imprezy we czwórkę – Val z mężem Donem oraz Nancy z Pete­rem – i zawsze świet­nie się bawiły. Ponie­waż ona i Peter nie mieli dzieci, z oka­zji świąt, Nowego Roku czy uro­dzin czę­sto wyjeż­dżali do cie­płych kra­jów. A kiedy zosta­wali w domu, uwiel­biali spo­ty­kać się z Val i Donem oraz ich dziećmi.

Nancy była przy Val, gdy kilka lat wcze­śniej jej córkę Dee zabił kie­rowca odu­rzony nar­ko­ty­kami. Val z kolei jako pierw­sza zapu­kała do drzwi Nancy po dia­gno­zie Petera. A kiedy zmarła naj­lep­sza przy­ja­ciółka Val, Josie – ach, tej kobiety nie dało się zastą­pić – Nancy także była przy niej. Miały nadzieję, że to już koniec nie­szczęść, ale potem u Dona, tego sil­nego, dobrego, cudow­nego czło­wieka, zdia­gno­zo­wano demen­cję. Boże święty, to było okrutne. Aż trudno było uwie­rzyć, jak zale­d­wie kilka lat tej cho­roby potra­fiło zmie­nić zdro­wego, aktyw­nego, peł­nego życia męż­czy­znę w zagu­bio­nego i zdez­o­rien­to­wa­nego czło­wieka. Dla Val rów­nież było to nie­zwy­kle trudne. Nie ozna­czało to jed­nak, by choć przez sekundę się zawa­hała. Nancy patrzyła z podzi­wem, jak przy­ja­ciółka po pro­stu chwy­ciła ten pro­blem za rogi i sta­wiła mu czoła. W ciągu ostat­nich dwóch lat obie stały się dla sie­bie praw­dzi­wym opar­ciem i teraz widy­wały się nie­mal codzien­nie.

Nancy przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, gdy Val odpo­wia­dała Angie.

– Wiesz, Angie, to okropna cho­roba. – Val wes­tchnęła. – Jed­nego dnia nie pamięta nawet mojego imie­nia, a następ­nego znów jest moim daw­nym Donem i śmie­jemy się razem jak kie­dyś. Takich dni jest coraz mniej, ale to one dodają mi sił. No i Mark. To praw­dziwy skarb. Naprawdę. Zagląda do nas co drugi dzień, a raz w tygo­dniu spę­dza z ojcem cały swój dzień wolny. Nie wiem, co bym bez niego zro­biła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki