Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Warszawa, tętniące życiem miasto, w jednej chwili popada w ruinę. Tajemnicza infekcja rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie, przemieniając ludzi w zombie.
Ci, którym udało się zachować życie różni wszystko, lecz łączy jedno – konieczność przetrwania. Zasady, jakie panują w opanowanym przez nieumarłych mieście, zaczynają definiować nowe pojęcie człowieczeństwa. Pojawia się więc pytanie: czy bohaterom uda się przeżyć na tyle długo, aby sprostać nowej rzeczywistości?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 491
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Wardziak
Infekcja - Genesis
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki, całości bądź fragmentów niniejszego dzieła, bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
Redakcja: Dominika Świątkowska
Korekta: Sylwia Gudyka
Okładka: Kinga Mędrzycka
Skład: Kinga Mędrzycka
Korekta po składzie: Sylwia Gudyka
Przygotowanie wersji e-book: Agata i Paweł Jackiewicz
ISBN E-BOOK: 978-83-973089-6-1
– Tato, a… – zaczął niepewnie chłopak.
– Tak? – zapytał ojciec.
– Nie, nic… tylko… wiesz… – Dzieciak wyraźnie się zmieszał. Mężczyzna zdecydował się nie naciskać i poczekać, aż ten sam powie, co mu leży na sercu. „Niech się uczy, później mu się to przyda” – pomyślał.
– Nic już. – Pięciolatek równie szybko zakończył, co rozpoczął dyskusję. Uniósł głowę i uśmiechnął się do ojca. Ten odwzajemnił uśmiech, zmierzwił mu włosy i spojrzał na sygnalizację dla pieszych.
Był ciepły, letni wieczór. Obaj nie mieli żadnych planów poza powrotnym spacerem do domu, dlatego po prostu stali i czekali na zmianę świateł, rozkoszując się wspólnie spędzaną chwilą. Gdy zaświecił się zielony ludzik, ruszyli. Naraz malec poczuł, jak ojciec gwałtownie go łapie i odciąga na bezpieczny chodnik. Sekundę później przez pasy pędem przejechała karetka, zawodząc żałośnie i błyskając na wszystkie strony dwukolorowymi światłami.
– Kto tam pojechał? – zapytał zdezorientowany i wystraszony maluch.
– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą ojciec, zastanawiając się, jakim cudem wcześniej nie usłyszał nadjeżdżającego ambulansu.
– Aha – kiwnął głową chłopczyk.
Mężczyzna rozejrzał się kilkakrotnie w obie strony, zanim ponownie zdecydował się ruszyć przez jezdnię.
– Tętno? – zapytał medyk, dezynfekując przedramię pacjenta przed wbiciem igły.
– Siedemdziesiąt na czterdzieści – odpowiedziała koleżanka.
– Cholera. Stasiu, bądź tak miły i nie zabij nas po drodze. Ale nie zwalniaj – zwrócił się mężczyzna do kierowcy, walcząc o utrzymanie równowagi.
– Nie widziałem ich, stali za słupem – odpowiedział Stanisław przepraszającym tonem, nie odrywając wzroku od jezdni. Pracował w pogotowiu najdłużej z całej trójki, co pozwalało mu w podobnych sytuacjach zachować zimną krew.
– Dobra, nie tłumacz się – rzucił lekarz nieco żartobliwie. – Daleko jeszcze?
– Jakieś trzy minuty. Chyba że przykorkujemy się przy budowie.
– Lepiej nie, bo nasz pacjent ma niewiele czasu.
Karetka pędziła ulicą Pułkową. Kierowca zamierzał zjechać w Marymoncką i dojechać nią prosto do Szpitala Bielańskiego. Nagle urządzenie monitorujące funkcje życiowe pacjenta, trzydziestoletniego mężczyzny, który niespodziewanie zemdlał na środku ulicy, zaczęło wydawać jednostajny, ciągły sygnał. Młody ratownik spojrzał na jasnozieloną linię biegnącą przez monitor i zaklął. Koleżanka popatrzyła mu z niepokojem w oczy, jednak po sekundzie przeniosła wzrok, zerkając nad jego ramieniem. Chłopak zdążył tylko zauważyć, jak jej źrenice rozszerzają się z przerażenia.
I była to ostatnia rzecz, jaką zarejestrował w swoim życiu.
Karetka wbiła się w cysternę wyjeżdżającą z ulicy Heroldów. Poduszka powietrzna zadziałała, jednak w starciu z taką ilością metalu nie miała najmniejszych szans – musiała ustąpić kierownicy oraz desce rozdzielczej, które zatrzymały się kilka centymetrów od oparcia fotela, więżąc kierowcę w śmiertelnym uścisku. Medycy jadący obok niego, niczym szmaciane kukły wrzucone do wirującej pralki, wypełnionej gwoźdźmi i żyletkami, zostali potwornie połamani i porozrywani przez wirujące fragmenty ambulansu i sprzętu medycznego. Samochód uderzył tak mocno w kilkudziesięciotonową ciężarówkę, że ta przechyliła się i przewróciła, co spowodowało uszkodzenie zbiornika i wyciek przewożonych toksycznych substancji. Na skutek wypadku zwłoki całej czwórki wylądowały w rozlewającej się błyskawicznie po ulicy radioaktywnej kałuży.
Kilka osób stojących w bezpiecznej odległości bało się wejść w kontakt z niepokojąco fosforyzującym płynem. Wiedzieli, że i tak nie pomogą tym, którzy w nim leżą – nie trzeba było fachowej wiedzy medycznej, żeby stwierdzić, iż wszyscy nie żyją. Zgodnie z podstawami pierwszej pomocy, resuscytacji krążeniowo-oddechowej nie wykonuje się, gdy klatka piersiowa i głowa poszkodowanego leżą oddzielnie. A to skutecznie dyskwalifikowało zmaltretowaną ratowniczkę przed wszelkimi próbami ocalenia jej życia.
Minęło kilkanaście minut, zanim nadjechała kolejna karetka. Straż pożarna pojawiła się chwilę po niej, mozolnie przebijając się przez tłum zebranych gapiów. Jej załoga natychmiast zabrała się za zabezpieczanie toksycznej substancji. Gdy potwierdzono zgon załogi ambulansu oraz pacjenta, zwłoki zostały zapakowane w eleganckie czarne worki i przewiezione do pierwotnego celu – Szpitala Bielańskiego.
Tomek wychylił głowę zza rogu starego bloku. Przez kilka sekund uważnie obserwował okolicę, po czym wyszedł na chodnik i żwawo ruszył przed siebie. Mimo środka lata noc była chłodna, więc schował dłonie w obszerną kieszeń bluzy.
Lubił nocne spacery. Miasto było ciche i spokojne, jakby chciało się odprężyć po ciężkim dniu. Czasami niewzruszone wody śpiącej metropolii mącili inni spacerowicze, zwłaszcza ci zbyt troskliwi, pytający każdego, czy może ma jakiś problem i czy mogliby służyć pomocą. Ostatnim razem tak się o niego zatroszczyli, że odechciało mu się spacerowania na cały miesiąc. Szkoda, bo pogoda przemijała i było czego żałować. Z drugiej strony zima też miała swoje uroki – mniej się tego ciepłolubnego, trzypaskowego hultajstwa szwendało po ulicach.
Chłopak miał szczerą nadzieję, że tym razem nic złego się nie wydarzy. Oczywiście mógł wracać do domu autobusem. Koledzy powiedzieli, że go odprowadzą, ale podziękował – robili to przez ostatni miesiąc i ich ciągłe brzęczenie nad głową zaczynało go, delikatnie ujmując, irytować. Poza tym czuł się przez to jak baba.
Szedł ulicą Słowackiego w kierunku Placu Wilsona. Widział, jak po przystankach błąkają się zadowoleni z życia ludzie, przeważnie pod wpływem najrozmaitszych substancji rozweselających lub po prostu ogarnięci gorączką letniej nocy. Uśmiechnął się na ten widok i skręcił w ulicę Suzina, chcąc ominąć wesołe grupki, a tym samym do minimum ograniczyć możliwość potencjalnej zaczepki. Po drodze zamierzał przejść obok kościoła Stanisława Kostki, którego majestat zawsze go fascynował. Zwłaszcza nocą.
W pewnym momencie zza rogu wyszedł chłopak ubrany na sportowo, ale Tomek mógłby się założyć o dziewictwo swojej siostry, że tamten nie wracał z siłowni. Przełknął ślinę i wsunął ręce głębiej w kieszenie, jednak zdecydował, że nie może się teraz wycofać. Na to było już za późno. Nie może pokazać strachu i po prostu uciec. Starał się iść pewnie, chociaż miał wrażenie, że zaraz się potknie i wywróci. Wspomnienie ostatniej kradzieży i pobicia powróciło ze zdwojoną siłą, skutecznie odbierając trzeźwość myśli. „Bądź twardy” – nakazywał sobie w duchu. Szukał w pamięci filmowych herosów i zastanawiał się, jak ci zachowaliby się na jego miejscu. To jednak nie pomogło. Poczuł, jak w gardle rośnie mu wielka, trudna do przełknięcia gula. Od chłopaka dzieliło go już mniej niż dwadzieścia metrów; nawiązali kontakt wzrokowy, ale po sekundzie Tomek odwrócił spojrzenie. Mijając nieznajomego, napiął mięśnie, gotowy do uniku. Nic jednak się nie wydarzyło – po prostu przeszli obok siebie. Kamień z serca. W tym samym momencie Tomek usłyszał ryk silnika, podniósł wzrok i zobaczył pędzące ulicą białe BMW. Samochód przemknął obok nich przy akompaniamencie dudniących basów rodem z berlińskiej parady techno, z tą tylko różnicą, że na dachu fury raczej nikt by się nie utrzymał. Tomek śledził tor jazdy samochodu i nagle przerażony stwierdził, że na środku jezdni, dokładnie na drodze pędzącego pojazdu, ktoś stoi. Mężczyzna był bosy i odziany w szpitalne ubranie.
BMW nie zdążyło go ominąć. Do ryku silnika i odgłosów muzyki doszedł pisk zdzieranych opon i dźwięk żałosnego jak na taki samochód klaksonu. Tomka zmroził fakt, że człowiek stojący na środku ulicy, przodem do nadjeżdżającego pojazdu, w żaden sposób nie zareagował na niebezpieczeństwo. Może był pijany, może wszystko działo się po prostu zbyt szybko. Może jedno i drugie. Auto zdążyło delikatnie, lecz niewystarczająco odbić w prawo – siła uderzenia była tak wielka, że pieszy został odrzucony na kilka metrów, uderzył plecami w ściankę przystanku autobusowego i bezwładnie opadł na zimny chodnik. W tym samym czasie samochód uderzył w słup po drugiej stronie ulicy.
Nastała przejmująca cisza. Tomek miał wrażenie, że mimo to przez cały czas słyszy pisk zdzieranych opon. Obejrzał się za siebie i stwierdził, że nieznajomy, którego dopiero co minął, również wszystko widział. Ich spojrzenia ponownie się spotkały. Nagle dresiarz ruszył biegiem w kierunku poszkodowanych, klepnął Tomka mocno w ramię i wypowiedział tylko jedno słowo:
– Dawaj.
Tomek instynktownie pobiegł za chłopakiem. Zobaczył, jak ten pędzi w stronę przechodnia leżącego na chodniku, więc sam zdecydował, że pobiegnie sprawdzić, jak wygląda sytuacja pasażerów samochodu. Nie miał czasu na zastanawianie się nad tym, co robi – po prostu działał. Parę metrów przed pojazdem jego buty zaczęły rozgniatać potłuczone szkło. Kierowca siedział nieprzytomny, na jego kolanach spoczywała zakrwawiona poduszka powietrzna. Z nosa i ucha mężczyzny płynęła krew. Chłopak zajrzał do środka samochodu i z ulgą zorientował się, że mężczyzna jechał sam. Położył mu rękę na szyi, szukając pulsu. Człowiek żył, ale Tomek nie wiedział, co ma robić dalej. Klepnął kierowcę delikatnie parę razy w policzek i zapytał:
– Słyszy mnie pan?
Kierowca nie raczył odpowiedzieć. Co teraz?
Karetka.
Telefon.
Szybko.
Niczym automat sięgnął do kieszeni spodni, ale nie znalazł w niej komórki. Od ostatniej kradzieży nie zdołał kupić sobie nowej. Z nadzieją, że kierowca BMW ma telefon, Tomek zaczął przeszukiwać jego kieszenie. Nic. Wycofał się, odwrócił w stronę przystanku autobusowego i ku własnemu zaskoczeniu zobaczył, jak chłopak pomaga poszkodowanemu przechodniowi wstać. Nie wyobrażał sobie, jakim cudem ktokolwiek mógłby przeżyć tak silne uderzenie oraz grzmotnięcie plecami w przystanek. „Jezu, przecież on pofrunął jak szmaciana lalka” – pomyślał. Zobaczył, jak ofiara wypadku wyciąga ręce w stronę dresiarza, jakby chciała go objąć. Przytulili się. Tomek stwierdził, że może to znajomi albo rodzina, lub po prostu człowiek w ten sposób dziękuje za ocalenie życia. Nagle dresiarz zgiął się wpół, odpychając od siebie mężczyznę, po czym zaczął przeraźliwie krzyczeć. Przyłożył obie ręce do szyi. Pomimo dzielącej ich odległości Tomek wyraźnie widział zaskoczenie malujące się na jego twarzy oraz krew wokół ust mężczyzny, który przed chwilą powinien był zginąć, a już na pewno leżeć połamany. Dresiarz spojrzał na swoje dłonie, całe pokryte krwią. Z perspektywy Tomka wyglądało po prostu na to, że mężczyzna pobrudził dresiarza swoją krwią, ale nie rozumiał, dlaczego chłopak tak gwałtownie odskoczył i zaczął krzyczeć. Może się wkurzył, że nie da rady sprać krwi ze swojego ulubionego dresu?
Mężczyzna z pokrwawioną twarzą powoli ruszył z powrotem w stronę swego wybawcy. Dresiarz spojrzał pytającym wzrokiem na Tomka, a ten odpowiedział takim samym spojrzeniem. Chłopak ledwo zdążył się odwrócić w stronę obcego, gdy ten złapał go za szyję i dosłownie wgryzł mu się w twarz. Tomek poczuł, jak każdy, najmniejszy nawet włosek na jego ciele staje dęba, a plecy oblewa zimny pot. Dresiarz szarpał się i kopał, jednak obcy najwyraźniej nie zamierzał odpuścić. Nagle odwrócił głowę, wyszarpując kawałek skóry z twarzy ofiary. Gdy chłopak padł na ziemię, zakrwawiony mężczyzna spojrzał wprost w oczy Tomka. Z jego brody skapywała krew, a z ust zwisał kawałek bladej skóry. Zanim Tomek zdążył się zorientować, co robi, był już jakieś dwadzieścia metrów od miejsca wypadku i pędził co sił w kierunku najbliższego skrzyżowania.
Andrzej Wardziak – z wykształcenia tłumacz języka angielskiego oraz scenopisarz. Debiutował w 2013 roku „Infekcją”, zasypując stolicę Polski hordami nieumarłych. Wyszarpywane dobie resztki czasu poświęca na wspinanie, gry fabularne i planszowe oraz wędrówki po lasach z żoną i wiernym kompaktowym burkiem. Pasjonat tatuażu i ciężkiej muzyki, która towarzyszy mu praktycznie zawsze podczas pisania.
