Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W kraju opanowanym przez zombie nic już nie jest takie jak wcześniej.
Wystarczyło zaledwie kilka dni, by Warszawa zamieniła się w martwe, pogrążone w chaosie miasto. Nieliczni opuszczają stolicę, desperacko szukając schronienia i nadziei na ratunek.
Zombie nie są jednak jedynym problemem.
Od tej chwili zagrożenie czai się wszędzie — nawet wśród tych, którym jeszcze wczoraj ufali, i na których pomoc tak bardzo liczyli. Presja, stres i narastające konflikty wystawiają zaufanie na próbę.
Jaką cenę za przeżycie będą musieli zapłacić bohaterowie, w świecie, w którym przestały obowiązywać dawne zasady?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 481
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Wardziak
Infekcja - Exodus
Wszelkie prawa zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki, całości bądź fragmentów niniejszego dzieła, bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
Redakcja: Dominika Świątkowska
Korekta: Łukasz Radecki
Okładka: Kinga Mędrzycka
Skład: Kinga Mędrzycka
Korekta po składzie: Sylwia Gudyka
Przygotowanie wersji e-book: Agata i Paweł Jackiewicz
ISBN E-BOOK: 978-83-983734-0-1
– Gówno prawda – skwitował krótko Marek, wbijając tępy wzrok w telewizor. Od południa na wszystkich kanałach leciały te same informacje oraz konsekwentnie powtarzane, surrealistyczne obrazy: krwawiącej, konającej Warszawy. Bezlitośnie obnażały chaos, dezorganizację i panikę na każdym poziomie struktury społecznej. Nikt nie był w stanie wytłumaczyć tego, co aktualnie działo się w stolicy, a jak donosili dziennikarze – nie tylko tam, ale również w innych dużych miastach Polski. Wyglądało na to, że cały kraj padł ofiarą nieznanej wcześniej zarazy. Wypowiadali się eksperci cywilni i wojskowi, naturalnie głos zabrało również paru wieszczów apokalipsy z ramienia kleru, lecz tak naprawdę nikt nie rzucił chociażby odrobiny światła na nierozwiązaną dotychczas sprawę.
Zniesmaczony Marek otworzył kolejną tego wieczoru puszkę piwa i od razu wypił połowę.
– Jak myślisz, co teraz będzie? – zapytała nieśmiało żona siedząca na kanapie obok męża. Z przejęciem śledziła wiadomości.
– Nic. Serio, wierzysz w to? – zapytał po sekundzie tonem pełnym wyrzutu. – Przecież to bzdury, farmazony same. Co, niby nagle ludzie zaczęli się nagle atakować i tak po prostu zjadać? Takie tam pieprzenie. To pewnie jakaś nowa akcja marketingowa albo reklama jakaś może. A jak nie, to tak jak to coś szybko przyszło, tak samo szybko pójdzie. – Zrobił przerwę i opróżnił puszkę do końca. Poczekał, aż mu się odbije, po czym zadowolony, ciągnął swoją tyradę: – Poza tym wojsko się wszystkim zajmie. Widziałaś, ile czołgów dziś jechało do miasta? – Ponownie beknął. – Jesteśmy bezpieczni. O nic się nie bój.
Dwie godziny później Marek był zbyt pijany, by słyszeć krzyki walczącej o życie żony, i tak samo zbyt pijany, by zrozumieć, że wściekle atakujący go sąsiedzi nie byli tylko złym snem.
Keep out the intruders, put the drawbridge up!
The enemy ransacked what we had just rebuilt!
Alissa White-Gluz, The Agonist, Panaphobia
Kamil podszedł na miękkich nogach do okna. Wytarł swoje szczupłe, mokre od potu dłonie w luźne spodenki dżinsowe i wziął kilka oddechów, starając się odnaleźć w sobie gdzieś głęboko schowane pokłady odwagi. Następnie, najdelikatniej jak potrafił, odsunął zasłonę i zerknął na ulicę.
Pomimo późnej pory nie musiał się specjalnie wysilać, żeby widzieć w ciemności – łuna pożaru oświetlała wszystko ciepłym, pomarańczowym blaskiem. Płomienie trawiły samochód leżący na dachu w poprzek jezdni oraz piętrowy dom naprzeciwko szeregowca, w którym aktualnie chłopak wynajmował pokój. Dodatkowe oświetlenie zapewniały ciągle działające latarnie. Ogień strzelał wysoko w niebo, ale straż pożarna mimo to nie przyjechała. I coś mu mówiło, że prędko nie przyjedzie.
Chłopak przeniósł wzrok na dwa ciała leżące na zimnym asfalcie. Jedno z nich, należące do młodej kobiety, miało głowę skierowaną w jego stronę. Ta spoglądała na niego pełnym pretensji spojrzeniem niewidzących już oczu, w których odbijała się łuna pożaru.
Cofnął się pamięcią do chwili, gdy ofiary wypadku wyczołgiwały się z wraku samochodu. Przypomniał sobie strach, jaki mu towarzyszył, gdy toczył wewnętrzną walkę, czy iść i im pomóc, czy też pozostać w bezpiecznej kryjówce. Wiedział, że powinien był pomóc. Wiedział, że powinien był zachować się odważnie, powinien był być bohaterem – takim, jak widział na filmach, takim, o których tyle czytał. Postacią, w którą się wcielał, grając w gry komputerowe. Ale nie potrafił. Mógł wybiec z domu, złapać jedną z leżących na ziemi kobiet i uratować ją przed… nimi. Nie chciał ich nazywać. Nie chciał ponownie przypominać sobie tego, czego i tak nigdy nie będzie mu dane zapomnieć. Nie rozumiał, dlaczego ludzie stali się wobec siebie tak okrutni, co za diabeł ich opętał i zmuszał do rzucania się sobie do gardeł. Nie chciał tego zrozumieć, ale i nie potrafił przestać o tym myśleć. I właśnie to ciągłe rozmyślanie pozbawiło go wtedy możliwości aktywnego działania. Więc tylko stał w oknie i zza minimalne uchylonej żaluzji obserwował, jak bezbronne kobiety wołały o pomoc, podczas gdy wydzierane były im wnętrzności. Nie mógł się z tym pogodzić, więc wymazał to wspomnienie, które teraz powróciło ze zdwojoną siłą. Tak samo jak wymazał wspomnienie tego, że zlał się w gacie, gdy miał dziewięć lat i pies ugryzł jego siostrę, a on nie ruszył jej na ratunek, tylko stał i patrzył, pozwalając by ciepły mocz spłynął po jego kostce i wsiąknął w brudny piasek podwórka.
A skoro wymazał to wspomnienie, to teraz tylko patrzył na ulicę i udawał, że martwe kobiety widzi po raz pierwszy.
– Widzisz coś? – zapytała Kasia. Chłopak odwrócił się i zobaczył, jak jego dziewczyna siedzi na kanapie z kolanami podciągniętymi pod samą brodę. Była blada, oddychała z trudem i tylko co chwilę pytała, czy Kamil widzi coś nowego. Przez ostatnie kilka godzin zmieniła się nie do poznania – z pewnej siebie, młodej studentki kochającej życie przeistoczyła się w osobę totalnie zamkniętą w sobie, w wystraszone pisklę.
– Nie, nic. Cały czas to samo – powiedział zgodnie z prawdą. W tonie jego głosu dominowały smutek i niepewność, których chłopak nawet nie starał się ukrywać.
Nie wiedział, co robić. Czy czekać na ratunek, czy wybiec i szukać u kogoś pomocy? Telefony przestały działać, w sieci niczego konkretnego nie znalazł. Nikt nigdy mu nie powiedział, jak ma się zachować w przypadku apokalipsy, która zapuka do jego drzwi zupełnie bez ostrzeżenia. Mógł tylko biernie czekać na rozwój wypadków i przyjmować to, co przygotował mu los. Odwrócił się ponownie w stronę ulicy, wypatrując czegoś, jakiejkolwiek wskazówki, która podpowie mu, co ma robić.
Wszystko zaczęło się parę godzin wcześniej. Wrócili z Kasią do domu po normalnym dniu pracy, rozmawiali, przygotowali obiad, zasiedli przed telewizorem. I właśnie wtedy trafili na specjalny program relacjonujący wydarzenia zachodzące mniej niż dwadzieścia kilometrów od ich miejsca zamieszkania. Nierealne obrazy pokazywały płonącą Warszawę, po ulicach której spływała krew, a ludzie strzelali i wzajemnie się atakowali. Nawet dziennikarze padali ofiarą agresji podczas zdawania relacji, które były nieskładne i chaotyczne. W tle wiadomości słychać było wystrzały z karabinów maszynowych i wybuchy. Nietrudno było zauważyć, że ewidentnie wojsko nie panowało nad sytuacją. Nikt nie wiedział co, dlaczego, skąd, gdzie i dokąd to sięga oraz – a może przede wszystkim – jak to powstrzymać. Niemniej z perspektywy kanapy sytuacja wydawała się Kamilowi i Kasi całkiem niegroźna. To znaczy owszem, tragedie i w ogóle smutek… ale wszystko działo się daleko, ich bezpośrednio nie dotyczyło, więc w sumie nie było się czym przejmować, prawda?
Myśleli tak aż do momentu, w którym usłyszeli pierwszy krzyk dobiegający zza okna.
Wrzask był tak przejmujący, że Kamil i Kasia dostali gęsiej skórki na całym ciele. Spojrzeli po sobie, w pierwszej chwili zupełnie nie wiedząc, co myśleć ani co robić.
– Co to było? – zapytała drżącym głosem Kasia.
Kamil patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, następnie przeniósł wzrok na ekran telewizora. Obrazy pokazywały sceny niczym z amerykańskiego horroru. Jednak krzyk, który usłyszeli, był bardzo prawdziwy i z całą pewnością nie dobiegał z głośników odbiornika.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu chłopak. Zebrał się w sobie i podszedł ostrożnie do okna. Wcale nie chciał tego robić, ale coś mu mówiło, że powinien. Błyskawicznie do jego pleców przykleiła się Kasia, szukająca oparcia w jego drobnym ciele.
Podeszli do okna i wyjrzeli na ulicę, a to, co zobaczyli, sprawiło, że doświadczyli jednego z tych rzadkich momentów, po których nasze życie już nigdy nie jest takie, jakie było wcześniej.
Sceny, które widzieli w wiadomościach, rozgrywały się teraz przed ich domem. Zobaczyli, jak dwie brudne, zakrwawione osoby podbiegają do samotnie spacerującego staruszka, powalają go na ziemię i zaczynają rozszarpywać. Mężczyzna krzyknął kilka razy, desperacko zamachał rękami, starając się odpędzić prześladowców, jednak nie miał szans w starciu z tak agresywnym i bezwzględnym przeciwnikiem. Po chwili szamotaniny starzec znieruchomiał. Kamil patrzył, jak napastnicy wydzierają fragmenty ciała zamordowanego człowieka i wkładają je sobie do ust. Całe zajście oświetlało ciepłe światło zachodzącego słońca, przebijające się przez biernie przyglądające się wysokie dęby rosnące po obu stronach drogi. To tylko potęgowało efekt groteski i surrealizmu sytuacji.
„To jest po prostu niemożliwe” – pomyślał Kamil.
Nie zauważył żadnych rurek ze sztuczną krwią, więc zaczął się rozglądać w poszukiwaniu ukrytej kamery, statystów czy jakichkolwiek oznak, że to, co widzi, to część planu filmowego. Stwierdził, że charakteryzacja napastników była idealna: obaj mieli poszarpane i zakrwawione ubrania, młodszemu mężczyźnie z twarzy zwisał płat naderwanej skóry, który – trzeba to przyznać – wyglądał cholernie prawdziwie. Drugi, starszy mężczyzna nie miał lewej dłoni, ręka kończyła się krwawiącym kikutem, z którego wystawała śnieżnobiała kość. Jednak największe wrażenie zrobiły na Kamilu szkła kontaktowe – ciemne, niemalże czarne oczy przywodziły na myśl piekielne demony, które znalazły się na ziemi, aby zebrać swe śmiertelne żniwo. Naprawdę ekipa się nieźle postarała.
Widząc to samo co on, Kasia krzyknęła. Oprawcy odwrócili głowy i spojrzeli prosto na dwoje ludzi stojących w oknie. Starszy mężczyzna, ten z kikutem ręki, powstał z ziemi i ruszył biegiem w stronę Kamila i Kasi, którzy stali jak sparaliżowani i tylko patrzyli. Nie wrzeszczał, nie warczał, nie odgrażał się. Po prostu biegł z furią w oczach, ale jego intencje były idealnie jasne. A jeżeli to wcale nie żart? Jeżeli to prawda, jeżeli ten mężczyzna jest… Nagle Kamil ze zgrozą uświadomił sobie, że zostawił bramę wjazdową otwartą na całą szerokość – zawsze ją tak zostawiał, czekając, aż pozostali domownicy wrócą z pracy. To oznaczało, że obcy wedrą się na posesję bez najmniejszego problemu. Kamil i Kasia nie rozumieli, że cienkie szkło, które odgradza ich od intruza, pójdzie w drobny mak w wyniku zderzenia z szarżującym szaleńcem, a oni tym samym znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Jednak na ich szczęście mężczyźnie nie było dane dobiec do okna. Został potrącony przez oliwkowe Audi, które nadjechało od strony lasu. Wypadki w tym miejscu zdarzały się często – kilka łagodnych zakrętów w lesie sprzyjało brawurowej jeździe, podczas gdy niewielu kierowców przejmowało się tym, że wjeżdżają właśnie na teren zabudowany. Uderzenie odrzuciło mężczyznę na chodnik. Równocześnie w wypadku ucierpiał sam samochód. Kierująca nim kobieta w ostatniej chwili próbowała odbić w lewo, ale było na to stanowczo za późno – najpierw uderzyła w faceta, potem odbiła gwałtownie kierownicą, w efekcie czego auto dachowało.
Ciszę, która zapanowała po wypadku, przerywał tylko piskliwy klakson, najwyraźniej uszkodzony w wyniku uderzenia. Dwoje młodych ludzi w domu zastanawiało się, czy powinni iść i pomóc, w głębi swoich małych, wystraszonych dusz liczyli jednak na to, że znajdzie się ktoś odważniejszy, ktoś, kto też widział wypadek. On pójdzie pomóc, a wtedy oni już nie będą musieli. Niestety bohatera nie było, a ranna kobieta już zaczęła wyczołgiwać się z wraku.
Nagle młodszy z napastników, który do tej pory był pochłonięty konsumpcją starca, podniósł się z ziemi i ruszył w stronę przewróconego pojazdu. Wcześniej zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi ani na jadący samochód, ani na prawdopodobną śmierć swojego towarzysza. Szyba od strony pasażera była roztrzaskana w drobny mak, więc tylko schylił się, złapał nieprzytomną kobietę za rękę i wywlókł na ulicę. Gdyby miała zapięte pasy, nie zrobiłby tego z taką łatwością, jednak teraz to nie miało znaczenia. Patrzący na tę scenę Kamil zastanawiał się, skąd taka nagła zmiana w zachowaniu: najpierw atakują bezbronnego starca, następnie ewidentnie zamierzają zaatakować jego i Kasię, a teraz ratują ranną w wypadku kobietę.
– O Jezu… – wyszeptała Kasia, nagle blednąc.
Napastnik pochylił się nad nieprzytomną ofiarą i po prostu wgryzł się jej w szyję. Trysnęła krew. Morderca odchylił głowę, trzymając w zębach ścięgna ofiary. Przełknął i wydał z siebie zwierzęcy ryk tryumfu.
„Oby już nie żyła, oby zginęła w wypadku” – prosiła w duchu Kasia.
Naraz drugi facet wstał z betonu i ruszył w stronę samochodu. Kasia poczuła, jak po raz kolejny tego wieczoru przez jej plecy przebiega dreszcz przerażenia. Czuła się, jakby ktoś podłączył ją pod stały prąd, delikatnie przepływający przez ciało i powodujący co i raz delikatne drżenia. Przecież ten facet nie miał do tego prawa! Po takim uderzeniu nie mógł tak po prostu wstać. Powinien mieć połamane wszystkie kości, wstrząs mózgu, a przede wszystkim awersję do przechodzenia przez ulicę nie po pasach.
W tym momencie Kamil był już przy drzwiach i sprawdzał, czy są dobrze zamknięte. Następnie, z bladą od strachu twarzą, pobiegł do kuchni i złapał największy nóż. Potem wrócił do okna i odciągnął od niego sparaliżowaną strachem Kasię, wcześniej zasłaniając szczelnie zasłony. Podczas tych czynności cały czas drżał z przerażenia i nadmiaru adrenaliny buzującej w organizmie.
Usiedli w milczeniu na kanapie. Chłopak sięgnął trzęsącymi się dłońmi po telefon z zamiarem wykręcenia numeru 997, ale zamarł i po prostu siedział, słuchając odgłosów dobiegających z ulicy. Był zbyt sparaliżowany strachem, aby wykonać jakikolwiek ruch.
Andrzej Wardziak
IG: @andrzejwardziak
FB: @infekcja
Z wykształcenia tłumacz języka angielskiego oraz scenopisarz. Debiutował w 2013 roku „Infekcją”, zasypując stolicę Polski hordami nieumarłych. Wyszarpywane dobie resztki czasu poświęca na wspinanie, gry fabularne i planszowe oraz wędrówki po lasach z żoną i wiernym kompaktowym burkiem. Pasjonat tatuażu i ciężkiej muzyki, która towarzyszy mu praktycznie zawsze podczas pisania.
