Honezeński dziwak - Staroń Barbara - ebook

Honezeński dziwak ebook

Staroń Barbara

0,0

Opis

Ukarany za odmienność. Strącona w otchłań bez próby zrozumienia. Nie zasługiwali na takie cierpienie…

Szesnastoletnia Cadence przez wiele lat dorastała w krzywdzie, skryta w cieniu rodziców. Przyzwyczaiła się do samotności i zdystansowała wobec ludzi, bo nie potrafiła poradzić sobie z bliskością. Gdy okrutny los po raz kolejny wystawia ją na próbę, nastolatka zostaje zmuszona do spędzenia wakacji u dziadków, we Francji.

W malowniczym Honeze niespodziewanie poznaje Larry’ego – mądrego, uczuciowego, a przede wszystkim niezwykle wrażliwego młodego mężczyznę. Fascynujący i delikatny na zewnątrz okazuje się jednak okaleczony w głębi. Odrzucony za odmienność, od lat skrywający się przy urwisku nad brzegiem morza.

Nieoczekiwane spotkanie splata ich kruche historie i w świecie pełnym uprzedzeń odnajdują coś, co wydaje się niemal niemożliwe: zrozumienie.

Honezeński dziwak to historia opowiadająca o pragnieniu bycia prawdziwie zauważonym, zaufaniu, subtelnej miłości i tęsknocie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 416

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszyst­kim tym, któ­rzy do­zna­li w ży­ciu cier­pie­nia.

Ból jest bez­mier­ny.

Ból jest od­wiecz­ną za­gad­ką.

Choć trud­no go zro­zu­mieć, praw­dą jest to, że kszta­łtu­je czło­wie­ka.

Przedmowa

Dro­gi czy­tel­ni­ku,

trzy­masz w dło­niach po­wie­ść po­ru­sza­jącą naj­bo­le­śniej­szy te­mat, ja­kie­go przed­sta­wie­nia do­tych­czas się pod­jęłam. Od­da­ję Ci hi­sto­rię, któ­rej opo­wie­dze­nie nie było pro­ste. Przy­zna­nie się do cier­pie­nia ni­g­dy nie jest pro­ste. Na kar­tach tego wo­lu­mi­nu fik­cja łączy się z praw­dzi­wy­mi wy­da­rze­nia­mi. Wy­da­rze­nia­mi po­cho­dzący­mi z mo­je­go ży­cia.

Nie­sza­blo­no­wa hi­sto­ria Ca­den­ce i Lar­ry’ego doj­rze­wa­ła we mnie przez wie­le dłu­gich lat, lecz fi­nal­nie nad­sze­dł czas, w któ­rym po­czu­łam, że po­win­nam ją spi­sać. Tak więc spi­sa­łam, a te­raz po­wie­rzam ją To­bie.

Prolog

Kwiecień 2021 Cerbère, Francja

Wo­dzę ostro­żnie pal­ca­mi po płót­nie. Z na­my­słem mu­skam opusz­ka­mi wy­pu­kło­ść czar­nej pa­sty ma­lar­skiej. Sunę nie­śpiesz­nie w dół, ku po­chy­łej sza­rej li­nii. Frag­ment pig­men­tu wdzie­ra się pod moje za­dba­ne pa­znok­cie, a po­wie­trze prze­ci­na spe­cy­ficz­ny za­pach ole­ju ro­ślin­ne­go. Przy­my­kam ci­ężkie po­wie­ki i bez­wstyd­nie na­pa­wam się wo­nią nio­sącą ze sobą falę po­ry­wa­jących wspo­mnień, wy­ry­tych głębo­ko w moim ser­cu.

Wra­cam my­śla­mi do pierw­szych wa­ka­cji spędzo­nych we Fran­cji. Z ra­do­ścią roz­pa­mi­ętu­ję spa­ce­ry po stro­mym urwi­sku. Źdźbła po­lnej tra­wy ła­sko­czące po­licz­ki. Do­sko­na­le pa­mi­ętam orze­źwia­jący aro­mat mor­skiej bry­zy, jak rów­nież chłod­ne fale pod­my­wa­jące­go sto­py Mo­rza Ba­le­ar­skie­go. Prze­cho­wu­ję w pa­mi­ęci brzmie­nie szar­pa­nych przez wi­cher dzwon­ków wietrz­nych i iry­tu­jące skrzy­pie­nia wie­ko­wej szta­lu­gi ma­lar­skiej. Ni­g­dy nie za­pom­nę sub­tel­nych po­ci­ągni­ęć mi­ęk­kie­go wło­sia pędz­la wo­kół li­nii ust oraz de­li­kat­ne­go do­ty­ku cie­płej dło­ni uj­mu­jącej moją.

Za­trzy­mu­ję pal­ce w pra­wym dol­nym rogu płót­na i otwie­ram oczy.

– Lar­ry… – szep­czę. – Mój wo­jow­ni­ku. Mój ho­ne­ze­ński szu­mie fal. Je­steś tu dziś dla mnie, a ja je­stem tu dla cie­bie.

Od­ry­wam rękę od ob­ra­zu i opie­sza­le przy­kła­dam dwie opusz­ki do drżących i wil­got­nych od łez warg. Po krót­kiej chwi­li po­now­nie zbli­żam je do atra­men­to­wych li­ter, roz­pły­wa­jąc się w uśmie­chu.

– Ca­den­ce, już czas!

W mil­cze­niu pod­ry­wam się z par­kie­tu, na któ­rym przy­kuc­nęłam. Wierz­chem dło­ni osu­szam mo­kre po­licz­ki, fleg­ma­tycz­nie prze­cze­su­ję pal­ca­mi pod­kręco­ne, ob­fi­cie spry­ska­ne la­kie­rem wło­sy i wy­gła­dzam za­gnie­ce­nia na ma­te­ria­le bla­do­ró­żo­wej su­kien­ki z mo­ty­wem wy­szy­wa­nych, drob­nych, bia­łych ró­ży­czek. Ostat­ni raz obej­mu­ję spoj­rze­niem płót­no, a wkrót­ce po­tem pod­no­szę je i podążam w stro­nę drzwi.

Po­ko­nu­ję ko­ry­tarz prze­pe­łnio­na szczęściem, zza któ­re­go mo­men­ta­mi wy­chy­la się stres.

Przy­sta­ję u szczy­tu be­to­no­wych scho­dów. Z dozą lek­kiej nie­pew­no­ści spo­glądam w dół. W kie­run­ku tych wszyst­kich lu­dzi wy­cze­ku­jących mo­jej obec­no­ści. Prze­su­wam nie­śmia­ło wzro­kiem po nie­zna­jo­mych i zna­jo­mych twa­rzach do cza­su, aż go do­strze­gę. Jest tam i cze­ka na mnie. Mój Lar­ry tam jest. Mój ho­ne­ze­ński dzi­wak jest tam…

Rozdział 1

Wy­star­czy nie­obec­no­ść jed­nej bli­skiej oso­by, aby cały świat wy­da­wał się wy­lud­nio­ny.

Al­phon­se de La­mar­ti­ne

Dziewięć miesięcy wcześniej Castle Vale, Birmingham

Naj­po­tężniej­szym z cier­pień, ja­kich za­znać może dziec­ko, jest nie­na­wi­ść okrut­nie wy­zie­ra­jąca z oczu osób, któ­re za­przy­si­ęgły mu mi­ło­ść.

Prze­ni­kli­wy ło­skot od­bi­ja­jące­go się od ce­ra­micz­nych ka­fli czer­wo­ne­go nie­kap­ka prze­ry­wa pa­nu­jącą wo­kół ci­szę.

– Za­do­wo­lo­na z sie­bie je­steś?!

Te­atral­nie wzno­szę oczy ku su­fi­to­wi w dia­bel­nie cia­snej kuch­ni.

– Mó­wię do cie­bie! Ca­den­ce! – bur­czy z sil­nie fran­cu­skim ak­cen­tem ro­ze­źlo­na mama, schy­la­jąc się po ku­be­czek.

– Prze­cież sły­szę…

– Za­do­wo­lo­na z sie­bie je­steś? – po­na­wia py­ta­nie, od­sta­wia­jąc ostro­żnie nie­ka­pek na stos pi­ętrzących się w zle­wie brud­nych na­czyń.

– Nie ro­zu­miem, o co tyle ha­ła­su – od­war­ku­ję nie­ele­ganc­ko, do­ci­ska­jąc bio­dro do bia­łej ścia­ny po­gry­zmo­lo­nej kred­ka­mi.

– Jak to o co? Jak to o co? O to! – Wska­zu­je drżącym, cher­la­wym pal­cem na stół. – O two­je świa­dec­two! O te mar­ne oce­ny! O wy­nik eg­za­mi­nu! – pod­no­si głos, sta­ra­jąc się prze­krzy­czeć wrzesz­czące­go skrze­kli­wie Vic­to­ra, jed­ne­go z dwu­let­nich bli­źnia­ków, któ­ry pró­bu­je wy­do­stać się z krze­se­łka do kar­mie­nia. Bie­rze go na ręce i umie­jęt­nie sa­dza na bio­drze, kła­dąc kres prze­ra­ża­jącej ka­ko­fo­nii dźwi­ęków od­bi­ja­jących się od drew­nia­nej tac­ki, ma­le­ńkich pi­ąstek i pla­sti­ko­wej mi­secz­ki.

– My­śla­łam, że naj­wa­żniej­sze jest to, abym zda­ła – mó­wię po­śpiesz­nie. Nie­co zbyt po­śpiesz­nie, jed­no­cze­śnie wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w jej mi­zer­ny pro­fil.

Na­ci­ągam rękaw czar­ne­go kar­di­ga­nu aż po knyk­cie i im­pul­syw­nie przy­gry­za­jąc pa­zno­kieć, wo­dzę wzro­kiem za wol­ną dło­nią mamy. Le­ni­wie ście­ra wil­got­ną gąb­ką po­zo­sta­ło­ści jo­gur­tu ja­go­do­we­go z tac­ki krze­se­łka.

– Zda­łam, to nie wy­star­czy? – py­tam przez zęby, w dal­szym ci­ągu mia­żdżąc nimi wierzch pa­znok­cia.

– Nie, nie wy­star­czy – od­pa­ro­wu­je, ze zło­ścią od­rzu­ca­jąc gąb­kę obok zle­wu. Z dozą zbyt prze­sad­nej ostro­żno­ści sta­wia Vic­to­ra na podło­dze i wzdy­cha­jąc prze­ci­ągle, ob­ra­ca się w moją stro­nę. – Z ta­ki­mi oce­na­mi nie masz szans na do­bre stu­dia. Jak tak da­lej pój­dzie, praw­do­po­dob­nie w ogó­le nie do­sta­niesz się na żad­ną uczel­nię.

– Nie chcę stu­dio­wać, mó­wi­łam ci już o tym – przy­po­mi­nam, od­pro­wa­dza­jąc wzro­kiem bra­ta nie­zdar­nie prze­bie­ga­jące­go przez drzwi.

– Do­bry Boże, Ca­den­ce! – fur­czy, pod­cho­dząc do sto­łu z płó­cien­ną ścier­ką w dło­ni. Ci­ska ją na le­żące na pod­nisz­czo­nym bla­cie moje świa­dec­two uko­ńcze­nia se­con­da­ry scho­ol. Za­ci­ska dło­nie na opar­ciu po­bli­skie­go krze­sła i prze­chy­la się przez nie. Jej pi­ęk­ne, choć nie­co za­czer­wie­nio­ne sar­nie oczy, pod któ­ry­mi ma­lu­ją się prze­ra­ża­jące cie­nie, kie­ru­ją się na mnie. – Co­dzien­nie wa­łku­je­my ten te­mat. Ile razy mam ci po­wta­rzać to samo? Ile razy?

Wy­ci­ągam z ust kciuk i opusz­czam wzrok, nie mo­gąc znie­ść roz­cza­ro­wa­nia ma­lu­jące­go się na jej bla­dej twa­rzy.

Za­wie­szam spoj­rze­nie na pro­stej ob­rącz­ce na le­wym pal­cu ser­decz­nym mamy. Pod nią znaj­du­je się skrom­ny zło­ty pie­rścio­nek z ma­le­ńką błękit­ną cyr­ko­nią. Sku­piam uwa­gę na czy­mś bła­hym, po raz ko­lej­ny w swo­im ży­ciu pusz­cza­jąc mimo uszu ka­za­nie, któ­rym mnie ra­czy.

An­to­nia Clar­ke Holt, moja mama, jest wście­kła. Ma do tego pe­łne pra­wo. Znów za­wa­li­łam. Ko­lej­ny raz ją za­wio­dłam.

– Prze­cież wiesz, że bez uko­ńcze­nia wy­ższej szko­ły w Ca­stle Vale, a tym bar­dziej w Bir­ming­ham, nie masz szans na zna­le­zie­nie do­brze płat­nej pra­cy. Nie ro­zu­miesz tego?

– Nie, to ty nie ro­zu­miesz! – po­krzy­ku­ję, nie wy­trzy­mu­jąc. Od­py­cham się od ścia­ny. – Nie chcę stu­dio­wać! Nie chcę spędzić resz­ty ży­cia w Bir­ming­ham! To two­je pla­ny, nie moje!

– Wy­star­czy… – uci­na, po­chy­la­jąc gło­wę. Za­ci­ska po­wie­ki i po­cie­ra ryt­micz­nie skroń.

– Ja się tu du­szę, mamo! – prze­ciw­sta­wiam się za­cie­kle. – Du­szę, ro­zu­miesz?! Chcę wy­je­chać do Wor­ce­ster! Chcę pi­sać i wy­da­wać po­wie­ści, a do tego nie jest mi po­trzeb­ny ża­den dy­plom!

Nie­chęt­nie na mnie spo­gląda. Po­trząsa wol­no gło­wą, nie­ocze­ki­wa­nie roz­ci­ąga­jąc wy­dat­ne war­gi w sar­ka­stycz­nym uśmie­chu.

– My­ślisz, że tym skro­ba­niem dla za­ba­wy w ze­szy­cie zdo­łasz za­ro­bić na chleb? – sta­wia py­ta­nie, nie kry­jąc kąśli­wo­ści. Kpi­na w jej gło­sie za ka­żdym ra­zem boli tak samo. Nie­opi­sa­nie.

Jej drwi­na kru­szy moje uczu­cia. Mia­żdży na­szą re­la­cję i rów­na jest krzyw­dzie. Mama, szy­dząc ze mnie, pra­gnie do­wie­ść, jak znacz­ną ma prze­wa­gę.

Ro­bi­ąc coś ta­kie­go, pra­gnie­my je­dy­nie po­ka­zać wy­ższo­ść, lecz je­śli po­krzyw­dzo­ny jest pew­ny swo­ich za­let i wad, ma rów­nież wy­so­kie po­czu­cie war­to­ści i nie lęka się szy­kan.

Pew­no­ść sie­bie to do­świad­cze­nie ak­cep­ta­cji i mi­ło­ści, któ­rych nie za­sma­ko­wa­łam. Świat bru­tal­nie ode­brał mi ra­do­ść i dzie­ci­ństwo. Ska­zał mnie na trwa­nie w osa­mot­nie­niu. Bez pew­no­ści sie­bie za­ła­mał się fun­da­ment mo­je­go ży­cia. Za­częłam się roz­sy­py­wać.

Prze­ły­kam śli­nę, sta­ra­jąc się prze­pchnąć ci­ążącą w prze­ły­ku gulę. Usi­łu­ję wy­zbyć się za­wo­du za­ci­ska­jące­go ogrom­ne, lep­kie łap­ska na mo­jej szyi.

– Dla­cze­go nie? – wy­du­szam przez ści­śni­ęte gar­dło. – Je­śli po­wie­ść oka­że się do­bra…

– Je­śli się taka oka­że – wtrąca, nie po­zwa­la­jąc mi do­ko­ńczyć. – A w to trze­ba wło­żyć dużo ci­ężkiej pra­cy, co nie­ste­ty to­bie, jak wi­dać, przy­cho­dzi z ogrom­nym tru­dem – stwier­dza już nie­co spo­koj­niej. Si­ęga po ścier­kę i nie­śpiesz­nie zgar­nia nią okrusz­ki chle­ba ze sto­łu.

– Skąd mo­żesz to wie­dzieć? Jak mo­żesz oce­niać moje umie­jęt­no­ści, sko­ro ni­g­dy nie prze­czy­ta­łaś ani jed­ne­go zda­nia, któ­re na­pi­sa­łam? – ci­ągnę ją za język. W moim gło­sie dźwi­ęczy prze­ra­ża­jąca nuta żalu. Za­ci­skam do­tkli­wie usta, nie chcąc po­ka­zać, jak bar­dzo do­tknęła mnie ta uwa­ga.

– A wi­dzisz, że­bym mia­ła na to czas? – Roz­kła­da sze­ro­ko ręce i roz­gląda się po kuch­ni. – Bo ja nie.

– Ni­g­dy go dla mnie nie masz – wy­ty­kam nie­co gło­śniej niż szep­tem. – Prze­czy­ta­nie jed­ne­go zda­nia nie za­jęło­by ci na­wet mi­nu­ty. Nie mo­żesz po­świ­ęcić mi choć tyle?

– Po­świ­ęci­łam ci nie­mal po­ło­wę swo­je­go ży­cia, Ca­den­ce. – Te­raz to ona czy­ni mi wy­mów­ki, zgrab­nie od­bi­ja­jąc pi­łecz­kę. – Spędzi­łam po­ło­wę swo­je­go ży­cia na… – Ury­wa, gdy nie­ocze­ki­wa­nie po miesz­ka­niu roz­cho­dzi się do­no­śny od­głos dzwon­ka do drzwi.

Jesz­cze przez krót­ką chwi­lę świ­dru­je mnie roz­gnie­wa­nym spoj­rze­niem. Przy­gląda mi się w taki spo­sób, w jaki zwy­kła to ro­bić w sto­sun­ku do nie­zna­jo­mych. Z jaw­ną wro­go­ścią. Wkrót­ce po­tem rzu­ca ścier­kę na blat ku­chen­ny i z oci­ąga­niem opusz­cza po­miesz­cze­nie w akom­pa­nia­men­cie wrza­sków bie­ga­jących po sa­lo­nie bli­źnia­ków.

Bez­sil­na opa­dam ci­ężko na krze­sło. Przy­ci­skam tył gło­wy do ścia­ny, przy­my­kam po­wie­ki i wy­pusz­czam gło­śno po­wie­trze przez usta. Sta­ram się nie­co opa­no­wać nie­usta­jący, prze­szy­wa­jący do głębi za­wód. Za­nim jed­nak do tego doj­dzie, dusz­ne po­wie­trze w kuch­ni prze­ci­na woń wody ko­lo­ńskiej i ostry stu­kot po­de­szw męskich pan­to­fli. Otwie­ram nie­chęt­nie oczy i spo­glądam wprost na prze­cho­dzącą obok mamę.

– Zresz­tą, sam zo­bacz – zwra­ca się z pro­śbą, wska­zu­jąc dło­nią w stro­nę sto­łu.

Zza jej ple­ców wy­ła­nia się Si­mon Clar­ke. Mój oj­ciec, któ­ry nie mar­nu­jąc cza­su na po­wi­ta­nie, pod­cho­dzi do me­bla i pod­ry­wa z nie­go świa­dec­two szkol­ne. Ta nie­ocze­ki­wa­na wi­zy­ta wpro­wa­dza mnie w kon­ster­na­cję. Nie­spo­koj­nie po­pra­wiam się na krze­śle i wtór­nie wsu­wam kciuk w usta.

Przy­gry­za­jąc pa­zno­kieć, ob­ser­wu­ję z nad­mier­ną uwa­gą mężczy­znę. Prze­bie­ga po­śpiesz­nie wzro­kiem po mo­ich oce­nach ko­ńco­wych. Z ka­żdą ko­lej­ną prze­czy­ta­ną li­nij­ką jego twarz wy­krzy­wia się w nie­przy­jem­nym gry­ma­sie. Wąskie usta za­ci­ska­ją się tak moc­no, że aż bie­le­ją.

– Sam wi­dzisz, Si­mo­nie… – szep­cze mama, prze­ry­wa­jąc pa­nu­jącą mi­ędzy nami nie­zno­śną ci­szę. – Ja już nie mam do niej siły. Po pro­stu nie mam… – uty­sku­je.

Prze­no­szę wzrok z nie­wy­cze­ki­wa­ne­go go­ścia w czar­nym, per­fek­cyj­nie do­pa­so­wa­nym do szczu­płej syl­wet­ki gar­ni­tu­rze na mamę. Wy­gląda przy nim mi­zer­nie w swo­im ulu­bio­nym, po­wy­ci­ąga­nym sza­rym dre­sie i z kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi zwi­ąza­ny­mi w nie­chluj­ne­go koka na czub­ku gło­wy. Mama raz jesz­cze się po­chy­la i po­cie­ra skroń. Na jej twa­rzy kła­dzie się kosz­mar­ny cień zmęcze­nia – efekt ci­ężkiej pra­cy i zbyt ma­łej ilo­ści snu. Nie­rzad­kie ci­ągni­ęcie po­dwój­nych zmian i bu­dzące się po kil­ka razy w nocy bli­źnia­ki to jed­ne z wie­lu zmar­twień, z ja­ki­mi przy­szło jej się ostat­nio zma­gać. Przez chwi­lę tar­ga­ją mną okrop­ne wy­rzu­ty su­mie­nia spo­wo­do­wa­ne wła­snym za­cho­wa­niem, z któ­rym ta­kże musi się bo­ry­kać.

– Co to ma być, Ca­den­ce? – sy­czy wzbu­rzo­ny oj­ciec, rzu­ca­jąc świa­dec­two na stół.

– Oce­ny? – mam­ro­czę z pal­cem w ustach.

– Nie po­gry­waj so­bie ze mną, dziew­czy­no! Do­sko­na­le wiesz, o co py­tam – ce­dzi przez zęby, pa­trząc na mnie z góry. Sta­ra się pod­sy­cić we mnie lęk. Nie wie jed­nak, że jego lo­do­wa­te spoj­rze­nie la­zu­ro­wych oczu już od bar­dzo daw­na nie wzbu­dza we mnie na­wet krzty­ny stra­chu. Za­czy­nam wąt­pić, czy kie­dy­kol­wiek wzbu­dza­ło.

Choć jed­nak tak – gdy mia­łam za­le­d­wie kil­ka lat i by­łam ma­łym, ni­cze­go nie­świa­do­mym dziec­kiem. Kie­dy by­li­śmy ro­dzi­ną. Lecz te­raz, po roz­wo­dzie ro­dzi­ców, oj­ciec jest dla mnie prak­tycz­nie ob­cym czło­wie­kiem. Łączy nas nie­wie­le. Po­kre­wie­ństwo, ko­lor oczu i na­zwi­sko. Nic poza tym.

– Za­py­ta­łeś, a ja od­po­wie­dzia­łam. W czym pro­blem? – od­szcze­ku­ję śmia­ło, po­pra­wia­jąc się na sie­dze­niu.

Śmie­je się ci­cho. Pa­skud­nie. Nie­mal drwi­ąco.

– W czym pro­blem? – Z nie­spo­ty­ka­nym u nie­go w ta­kich mo­men­tach opa­no­wa­niem prze­cze­su­je ręką gęste, krót­kie, czar­ne wło­sy przy­pró­szo­ne si­wi­zną przy skro­niach. – Py­tasz, w czym pro­blem, tak? – kon­ty­nu­uje, opie­ra­jąc dło­nie na tym sa­mym krze­śle, na któ­rym kil­ka mi­nut temu mama za­ci­ska­ła pal­ce. – Może w tym, że two­im je­dy­nym, cho­ler­nym obo­wi­ąz­kiem jest na­uka, a na­wet do tego nie po­tra­fisz się po­rząd­nie przy­ło­żyć? Prze­dzie­ram się w go­dzi­nach szczy­tu przez nie­mal po­ło­wę mia­sta tyl­ko po to, żeby oglądać tak ża­ło­sne świa­dec­two?

– Prze­pra­szam, że mu­sia­łeś po­świ­ęcić na mnie swój cen­ny czas…

– Licz się ze sło­wa­mi! – ostrze­ga mama, ce­lu­jąc we mnie pal­cem.

– Dla­cze­go? Dla­cze­go, sko­ro taka jest wła­śnie praw­da?! – wy­rzu­cam z sie­bie i gwa­łtow­nie się pod­no­sząc, kie­ru­ję spoj­rze­nie w jej stro­nę. – Ni­g­dy go przy mnie nie było! Ni­g­dy! Za­wsze za­jęty! Za­wsze za­pra­co­wa­ny! Zja­wia się tu co ja­kiś czas i my­śli, że ma pra­wo mnie oce­niać?!

– Ca­den­ce, na Boga! – fur­czy mama, przy­kła­da­jąc drżącą dłoń do klat­ki pier­sio­wej.

– Ow­szem, mam do tego pra­wo. Je­stem two­im oj­cem – ko­mu­ni­ku­je, pa­trząc na mnie spod rzęs. – I do­pó­ki je­steś na utrzy­ma­niu moim i mat­ki, będę brał udział w two­im wy­cho­wa­niu.

Tym ra­zem to z mo­ich ust wy­ry­wa się śmiech, czym zwra­cam na sie­bie uwa­gę ich oboj­ga. Gło­śny. Nie­mal wa­riac­ki.

– Wy­cho­wa­niu?! – Znów re­cho­czę, na­ci­ąga­jąc ręka­wy kar­di­ga­nu. Skry­wam pod nimi trzęsące dło­nie. Nie chcę, by od­kry­li, jak bar­dzo po­ru­sza mnie ta wy­mia­na zdań. – Mó­wi­ąc to, masz na my­śli co­mie­si­ęcz­ne prze­le­wy na kon­to ban­ko­we mamy?

– Sam wi­dzisz, Si­mo­nie… Ja już dłu­żej tego nie wy­trzy­mam. Nie wiem, co się z nią sta­ło… – Re­agu­je zre­zy­gno­wa­na mama. Ob­ra­ca się na pi­ęcie, pod­cho­dzi do sza­fek ku­chen­nych i chwy­ta­jąc brzeg bia­łe­go bla­tu, po­chy­la gło­wę. Jej gło­śne wes­tchnie­nie mie­sza się z od­gło­sem sza­le­nie bi­jące­go w mo­jej pier­si ser­ca.

– Co się z tobą dzie­je, dziew­czy­no? – ma­glu­je mnie oj­ciec, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z twa­rzy. – Wa­ga­ru­jesz. Nie uczysz się – za­czy­na wy­li­czać – pa­lisz pa­pie­ro­sy. Włó­czysz się po oko­li­cy z szem­ra­nym to­wa­rzy­stwem, a te­raz jesz­cze te gów­nia­ne oce­ny. Nie wspom­nę o wy­ni­ku eg­za­mi­nu… Masz do­pie­ro szes­na­ście lat, Ca­den­ce. Szes­na­ście lat, a już za­czy­nasz się sta­czać. Chcesz, żeby resz­ta two­je­go ży­cia wy­gląda­ła tak, jak te­raz? Co się z tobą, do cho­le­ry, dzie­je?!

Już roz­wie­ram war­gi go­to­wa wy­znać praw­dę – po­wód, któ­ry od po­cząt­ku skła­niał mnie do ta­kie­go za­cho­wa­nia, ale nie ze­zwa­la mi na to po­now­nie za­bie­ra­jąca głos mama:

– Może po­win­ni­śmy raz jesz­cze za­pi­sać ją na se­sje do dok­to­ra Go­od­ma­na?

Oj­ciec ły­pie na nią nie­chęt­nie przez ra­mię.

– Roz­wa­ża­łem to, An­to­nio.

– Nie je­stem cho­ra! – pro­te­stu­ję bez­zwłocz­nie. Nie chcę wie­rzyć w to, co sły­szę. – Nie po­trze­bu­ję psy­cho­lo­ga! Nie pój­dę na se­sje! Nie zmu­si­cie mnie do tego! – Zdzie­ram ze zgro­zą gar­dło, ma­jąc w tym mo­men­cie gdzieś sąsia­dów i ba­wi­ących się za ścia­ną bra­ci. Li­czy się tyl­ko jed­no. Dok­tor Go­od­man, któ­ry za na­mo­wą ro­dzi­ców znów za­cznie grze­bać mi w gło­wie.

– Uspo­kój się! – na­ka­zu­je mama, ob­ra­ca­jąc się gwa­łtow­nie w moją stro­nę.

– Je­śli uzna­my, że tak będzie dla cie­bie naj­le­piej, wró­cisz na tę cho­ler­ną te­ra­pię, czy ci się to po­do­ba, czy nie! – de­cy­du­je oj­ciec.

– Nie pój­dę!

– Dość! – uci­na, ude­rza­jąc pi­ęścią w stół tak sil­nie, że aż się wzdry­gam.

Gar­bię się, czu­jąc na­pły­wa­jące do oczu zły. Mru­gam po­śpiesz­nie, za wszel­ką cenę sta­ra­jąc się ich nie uro­nić. Łzy to do­wód sła­bo­ści, a ja nie mogę so­bie na nią po­zwo­lić. Nie te­raz.

– Ko­niec te­ma­tu! Nie mam ocho­ty wda­wać się z tobą w dys­ku­sję, dziew­czy­no!

– Mamo… – mam­ro­czę przez ści­śni­ęte gar­dło, po­sy­ła­jąc jej bła­gal­ne spoj­rze­nie. Nie­mą pro­śbę o wspar­cie, ja­kie­go, na­tu­ral­nie, nie otrzy­mu­ję.

To było do prze­wi­dze­nia. Choć tego wła­śnie się spo­dzie­wa­łam, tli­ła się we mnie na­dzie­ja, że jed­nak tym ra­zem sta­nie po mo­jej stro­nie. My­li­łam się. My­li­łam. Nie pierw­szy już raz…

– Ro­bi­my to dla two­je­go do­bra, Ca­den­ce…

– Nie­na­wi­dzę was – wy­krztu­szam chra­pli­wie. – Nie­na­wi­dzę… – Nie cze­ka­jąc na re­ak­cję, zry­wam się z miej­sca.

Nie­udol­nie wy­cie­ram ręka­wem swe­tra ciur­kiem spły­wa­jące po po­licz­kach łzy i wbie­gam do sa­lo­nu. Mi­jam nie­re­agu­jących, o dzi­wo, na krzy­ki chłop­ców, wpa­dam do swo­je­go po­ko­ju i z ca­łej siły za­trza­sku­ję za sobą drzwi.

Rzu­cam się na nie­za­ście­lo­ne łó­żko ze spa­zma­tycz­nym pła­czem, któ­re­go nie je­stem w sta­nie po­wstrzy­mać. Wci­skam twarz w po­dusz­kę, da­jąc upust emo­cjom. Ro­bię to, co za­wsze, gdy so­bie z czy­mś nie ra­dzę. Ro­nię łzy, skry­cie wie­rząc, że płacz bywa oczysz­cza­jący. Praw­da jest jed­nak bar­dziej bru­tal­na. Pła­czę, po­nie­waż tyl­ko tyle mogę zro­bić. Nie stać mnie na nic wi­ęcej. Na nic wi­ęcej…

Rozdział 2

Wie­le trze­ba mocy, by umieć żyć, wie­dząc, jak bar­dzo ży­cie i nie­spra­wie­dli­wo­ść są z sobą złączo­ne.

Fry­de­ryk Nie­tz­sche

Nic nie jest w sta­nie tak bar­dzo od­da­lić od sie­bie lu­dzi, jak brak zro­zu­mie­nia. Bez zro­zu­mie­nia, po­czu­cia bez­pie­cze­ństwa i ak­cep­ta­cji sta­je­my się nie­wi­dzial­ni. Z cza­sem na­wet za­po­mnia­ni. Nikt nie do­strze­ga na­sze­go cier­pie­nia, nie za­uwa­ża łez i praw­dzi­we­go ich źró­dła. Prze­ra­dza­my się w ko­lej­ny po­wód do zmar­twień. Bunt, któ­ry po­wi­nien zo­stać in­ter­pre­to­wa­ny jako wo­ła­nie o po­moc, prze­ista­cza się w de­mon­stra­cję ne­ga­tyw­nych cech. Cech nie­rzad­ko nie­słusz­nie nam przy­pi­sy­wa­nych. Bunt – krót­kie, bła­he sło­wo nio­sące ze sobą ból i nie­usta­jącą wal­kę. Naj­ci­ęższą, jaką po­dej­mu­ję ka­żde­go dnia. Nie­rów­ną wal­kę z co­dzien­no­ścią. Nie­jed­no­krot­nie z samą sobą.

Po­ci­ągam nie­ele­ganc­ko no­sem, a wkrót­ce po­tem wci­skam twarz w po­dusz­kę, gdy ktoś szar­pie za klam­kę. Nim usły­szę ci­chu­sie­ńki tu­pot dzie­ci­ęcych bo­sych stó­pek, już wiem, że to bli­źnia­ki, a wła­ści­wie Leo. Tyl­ko on z tej pe­łnej tem­pe­ra­men­tu dwój­ki na chwi­lę obec­ną zdo­łał opa­no­wać otwie­ra­nie drzwi.

– Caś. – Prze­sy­co­ne bez­sil­no­ścią po­miesz­cze­nie prze­ci­na sła­by, a jed­no­cze­śnie pe­łen sta­now­czo­ści gło­sik.

Nie re­agu­ję. Ce­lo­wo.

– Caś!

W moje uszy wdzie­ra­ją się po­stęki­wa­nia Leo to­wa­rzy­szące mu pod­czas nie­po­rad­ne­go wdra­py­wa­nia się na łó­żko. Po­śpiesz­nie od­su­wam po­dusz­kę od buzi i ście­ram ręka­wem kar­di­ga­nu łzy z po­licz­ków. Po­mi­mo prze­ra­ża­jące­go przy­gnębie­nia uśmie­cham się pod no­sem, zręcz­nie na­ci­ąga­jąc ko­łdrę na gło­wę.

– Caś!

– Buuu! – wy­krzy­ku­ję, od­rzu­ca­jąc gwa­łtow­nie okry­cie na bok. Chwy­tam za­sko­czo­ne­go Leo pod pa­chy i w akom­pa­nia­men­cie pi­sków eks­cy­ta­cji uno­szę go, a wkrót­ce po­tem opa­dam na ple­cy. – Mam cię, po­twor­ku! – Śmie­ję się, pod­rzu­ca­jąc go kil­ka­krot­nie.

Do za­ba­wy, za­chęco­ny re­cho­ta­niem bli­źnia­ka, do­łącza Vic­tor. Po chwi­li obaj po mnie ska­czą. Ka­ska­da nie­po­ha­mo­wa­ne­go śmie­chu otu­la roz­pacz wy­pe­łnia­jącą prze­strzeń.

– A co wy tu ro­bi­cie, pa­sku­dy? – zwra­cam się z py­ta­niem, gdy wy­czer­pa­ni wy­głu­pa­mi skła­da­ją gło­wy na moim brzu­chu.

W ra­mach od­po­wie­dzi Vic­tor be­łko­cze coś pod no­sem w so­bie tyl­ko zna­nym języ­ku. Uno­si rącz­kę, pre­zen­tu­jąc czer­wo­ny drew­nia­ny klo­cek przy­nie­sio­ny z sa­lo­nu. Wkrót­ce po­tem wy­ma­chu­je nim przed no­sem bra­ta, a ten z ko­lei sta­ra się ode­brać mu za­baw­kę ści­ska­ną kur­czo­wo w pa­lusz­kach, w efek­cie cze­go mi­ędzy nimi do­cho­dzi do sprzecz­ki.

– Hola, hola, pa­no­wie! – wtrącam się i roz­dzie­lam ich, gdy po­wie­trze przed moim no­sem za­czy­na­ją prze­ci­nać drob­ne pi­ąst­ki. Chwy­tam bra­ci, zsu­wam ich z sie­bie i sia­dam. – Co ja mó­wi­łam o bi­ja­ty­kach? – do­py­tu­ję, ce­lu­jąc pal­cem w ka­żde­go z chłop­ców po ko­lei. Mru­żę oczy. Wy­gi­nam wy­dat­ne usta w te­atral­nym gry­ma­sie nie­za­do­wo­le­nia i prze­no­szę wzrok z jed­nej py­za­tej buzi na dru­gą. Z prze­sad­ną uwa­gą ob­ser­wu­ję ich re­ak­cje.

Za­pa­da ci­sza. Dłu­ga. Prze­ni­kli­wa. Dwie pary du­żych, brązo­wych oczu wpa­tru­ją się we mnie czuj­nie. Bez mru­gni­ęcia. Jed­nak po krót­kiej chwi­li bun­tow­ni­cza na­tu­ra Vic­to­ra zwy­ci­ęża.

– Nie! – pisz­czy prze­ni­kli­wie. Wy­gi­na­jąc wąskie, drżące ustecz­ka w pod­ków­kę, bie­rze za­mach i za­nim zdo­łam za­re­ago­wać, ci­ska kloc­kiem przez po­kój. Za­le­wa się łza­mi i za­bie­ra do ze­jścia z łó­żka.

Po­wstrzy­mu­ję go w porę, chwy­ta­jąc za ło­kieć. Przy­ci­ągam go do sie­bie i za­my­kam w ra­mio­nach, nie mo­gąc znie­ść tego okrop­ne­go łka­nia.

Sza­mo­cze się. Bun­tu­je, do­tkli­wie szar­pi­ąc mnie za roz­pusz­czo­ne wło­sy. Fi­nal­nie jed­nak ka­pi­tu­lu­je, wcze­pia się we mnie i cho­wa twa­rzycz­kę w czar­ny T-shirt. Leo, nie­zno­szący pła­czu bra­ta, stan­dar­do­wo rów­nież za­czy­na łkać. Osta­tecz­nie obaj, po­chli­pu­jąc ci­cho, tra­fia­ją na moje ko­la­na.

Wzdy­cham prze­ci­ągle, opie­ra­jąc tył gło­wy o me­ta­lo­we we­zgło­wie łó­żka. Kie­ru­ję wzrok na dwie małe, drżące głów­ki o gęstych, zło­ci­stych pu­klach. Kła­dę na nich dło­nie. Gła­dząc je de­li­kat­nie, za­czy­nam nu­cić pod no­sem sło­wa utwo­ru Baby Shark, jed­nej z pio­se­nek, na punk­cie któ­rej chłop­cy mają bzi­ka.

Po kil­ku mi­nu­tach i trzy­krot­nym odśpie­wa­niu utwo­ru bli­źnia­ki od­zy­sku­ją rów­no­wa­gę du­cha. Od­dy­cha­jąc mia­ro­wo, wci­ska­ją za­dar­te no­ski w moją klat­kę pier­sio­wą. Po­grąża­ją się we śnie, za­ci­ska­jąc pa­lusz­ki na gru­bych po­łach kar­di­ga­nu.

Roz­wie­ram war­gi w de­li­kat­nym uśmie­chu i skła­dam sub­tel­ny, pe­łen czu­ło­ści po­ca­łu­nek na czub­ku gło­wy ka­żde­go z nich.

Chłop­cy są moim przy­rod­nim ro­dze­ństwem. Łączy nas wspól­na mama, a dzie­li ko­lo­sal­na ró­żni­ca wie­ku. Dość często ule­gam ich szan­ta­żom, co nie­ustan­nie wy­ko­rzy­stu­ją. Nie po­tępiam ich za to. Jak mo­gła­bym ka­rać za uczu­cia tak nie­win­ne isto­ty? Jak mo­żna uka­rać za uczu­cia ko­goś, kto do­pie­ro się ich uczy? Pra­gnę nie­ść im po­moc, nie osądzać. Po­win­nam wspie­rać bra­ci. Moje ra­mio­na win­ny przy­no­sić im uko­je­nie. Pra­gnę dać im wszyst­ko to, cze­go sama nie do­świad­czy­łam. Ofia­ro­wać mi­ło­ść, któ­rej nie za­zna­łam.

Dru­ga ci­ąża mamy była nie­pla­no­wa­na. Za­sko­czy­ła nas wszyst­kich. Mnie, mamę i Oli­ve­ra Hol­ta, jej obec­ne­go męża. Mia­łam wte­dy nie­ca­łe czter­na­ście lat. Dwa i pół roku wcze­śniej moi ro­dzi­ce się roz­wie­dli, a ja w dal­szym ci­ągu nie ra­dzi­łam so­bie z od­rzu­ce­niem. Po roz­wo­dzie zmie­ni­ło się nie­mal wszyst­ko. Miej­sce za­miesz­ka­nia, stan­dard ży­cia, szko­ła. Nie by­łam w sta­nie zro­zu­mieć, jak do tego do­szło, że na­sza ro­dzi­na tak na­gle ule­gła roz­pa­do­wi. Co zro­bi­łam nie tak? Może nie­świa­do­mie do­pu­ści­łam się cze­goś okrut­ne­go? Cze­goś tak strasz­ne­go, przez co oj­ciec po­sta­no­wił zu­pe­łnie od­su­nąć mnie od sie­bie.

Nie ra­do­wa­ła mnie myśl o po­sia­da­niu ro­dze­ństwa. Nie umia­łam się cie­szyć z tej no­wi­ny tak, jak tego ode mnie ocze­ki­wa­no. By­łam wte­dy je­dy­nie zlęk­nio­nym, zbłąka­nym dziec­kiem za­bie­ga­jącym o odro­bi­nę uwa­gi, któ­rą od za­wsze daw­ko­wa­no mi w skąpych ilo­ściach.

Pew­ne­go dnia wła­śnie to dziec­ko do­wie­dzia­ło się, że nie będzie już samo. Uzmy­sło­wi­ło so­bie, że ko­niecz­ne sta­nie się dzie­le­nie mamą. Ro­dzi­cem, któ­re­mu wte­dy za­czy­na­ło ufać na nowo.

Przy­szło mi to za­ak­cep­to­wać. Wbrew woli. We­dle ocze­ki­wań. Uła­mek oka­zy­wa­ne­go mi wte­dy przez mamę za­in­te­re­so­wa­nia zo­stał uszczu­plo­ny jesz­cze bar­dziej. Po nie­krót­kim cza­sie, po­dob­nie jak oj­ciec, zu­pe­łnie od­sta­wi­ła mnie na bok. Prze­sta­ła do­strze­gać. Sta­łam się dla niej nie­wi­dzial­na.

Za­nim chłop­cy po­ja­wi­li się na świe­cie, nie­na­wi­dzi­łam ich. Nie­na­wi­dzi­łam z ca­łe­go ser­ca. Obec­nie nie wy­obra­żam so­bie bez nich ży­cia. Dla tych ma­łych po­twor­ków je­stem w sta­nie zro­bić wszyst­ko. Wszyst­ko. Bez nich mój świat by­łby do ko­ńca po­zba­wio­ny barw. To oni spra­wia­ją, że mimo przy­gnębie­nia na mo­ich ustach ka­żde­go dnia po­ja­wia się uśmiech. To dzi­ęki nim jesz­cze od­naj­du­ję w so­bie siłę, by wstać rano z łó­żka. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że są je­dy­ny­mi oso­ba­mi, dla któ­rych co­kol­wiek zna­czę.

Prze­ły­kam ci­ężko śli­nę i mru­ga­jąc kil­ka­krot­nie, roz­ga­niam na nowo wzbie­ra­jące pod opuch­ni­ęty­mi po­wie­ka­mi łzy. Ostro­żnie od­kła­dam na łó­żko spo­koj­nie śpi­ących chłop­ców i sta­ra­jąc się ich nie zbu­dzić, scho­dzę z nie­go. Na­kry­wam ko­cem krągłe cia­łka w nie­bie­skich kom­ple­ci­kach dre­so­wych. Jesz­cze przez chwi­lę na­pa­wam się roz­kosz­nym wi­do­kiem śpi­ących bra­ci, a na­stęp­nie, czu­jąc prze­ra­źli­we ssa­nie w żo­łąd­ku, de­cy­du­ję się wró­cić do kuch­ni. Opusz­czam po­kój z na­dzie­ją, że nie za­sta­nę tam żad­ne­go z ro­dzi­ców. Nie­ste­ty, rze­czy­wi­sto­ść po raz ko­lej­ny po­sta­na­wia przy­gnie­ść mnie do zie­mi.

– Wej­dź – od­zy­wa się ze spo­ko­jem mama, gdy przy­sta­ję gwa­łtow­nie w drzwiach. Sie­dzi przy sto­le obok ojca, dzie­rżąc w dło­niach ulu­bio­ny, błękit­ny ku­bek.

Za­pach świe­żo pa­rzo­nej kawy wdzie­ra się agre­syw­nie w moje noz­drza i po­bu­dza kub­ki sma­ko­we, w efek­cie cze­go co­raz sil­niej bur­czy mi w brzu­chu. Nie ru­sza­jąc się z miej­sca, ob­ser­wu­ję, jak pod­no­si na­czy­nie. Roz­dmu­chu­je uno­szące się nad nim wstążki pary, a na­stęp­nie upi­ja odro­bi­nę go­rące­go na­po­ju.

Prze­no­szę wzrok na ojca, któ­ry su­nie pal­cem po wy­świe­tla­czu smart­fo­na, igno­ru­jąc oto­cze­nie. Po­śpiesz­nie wy­stu­ku­je wia­do­mo­ść. Je­stem pew­na, że pi­sze do Elie, swo­jej dru­giej żony. Snu­je nie­przy­jem­ną opo­wie­ść o wy­rod­nej dziew­czy­nie, któ­ra znów nie spe­łni­ła jego ocze­ki­wań. Żali się, że prze­je­chał po­ło­wę mia­sta tyl­ko po to, żeby zo­ba­czyć tak mar­ne świa­dec­two. Ża­łu­je, że nie spędził tego po­po­łud­nia z nią i ich rocz­ną có­recz­ką. Za­pew­ne prze­pra­sza i obie­cu­je, że w za­mian wy­bio­rą się gdzieś wspól­nie pod­czas zbli­ża­jące­go się week­en­du.

Jego przedłu­ża­jąca się obec­no­ść wzbu­dza we mnie kon­ster­na­cję. Zwy­kł ogra­ni­czać wi­zy­ty do kil­ku mi­nut. Od­wie­dza nas tyl­ko wte­dy, kie­dy za­wa­lę. Raz w mie­si­ącu. Cza­sem raz na kil­ka mie­si­ęcy. Po­ja­wia się, wy­ra­ża nie­za­do­wo­le­nie i zni­ka. Nie po­tra­fię przy­po­mnieć so­bie, kie­dy spędzi­łam w to­wa­rzy­stwie ojca cho­ćby go­dzi­nę. Bez wy­słu­chi­wa­nia ka­zań i kry­ty­ki. Już jako mała dziew­czyn­ka prze­sta­łam za­bie­gać o jego względy. Nie pa­mi­ętam, czy kie­dy­kol­wiek roz­ma­wia­łam z nim w taki spo­sób, w jaki dziec­ko zwy­kło ga­wędzić z ro­dzi­cem. Na­sze kon­wer­sa­cje opie­ra­ją się na krzy­ku. Nie je­stem có­recz­ką ta­tu­sia. Ni­g­dy nią nie by­łam. Rze­czy­wi­sto­ść udo­wod­ni­ła mi, że nie mam ojca. Dla Si­mo­na Clar­ke’a mo­gła­bym nie ist­nieć.

Nie pa­mi­ęta o mo­ich uro­dzi­nach. Ni­g­dy nie zło­żył mi ży­czeń. Nie po­da­ro­wał pre­zen­tu. Nie od­wie­dza mnie w świ­ęta. Nie za­pra­sza do sie­bie. Nie do­strze­ga suk­ce­sów. Sta­rań. Si­mon Clar­ke mnie po­rzu­cił. Po­rzu­cił jesz­cze przed za­ło­że­niem no­wej ro­dzi­ny, a te­raz do­dat­ko­wo za­stąpił kimś in­nym. Kimś, kto, mam na­dzie­ję, w przy­szło­ści spe­łni jego wy­ma­ga­nia.

– Usi­ądź – pro­si mama, od­sta­wia­jąc ku­bek. – Mu­si­my po­roz­ma­wiać – do­da­je, nie pa­trząc na mnie.

Nie ma­jąc sił na ko­lej­ną awan­tu­rę i nie chcąc zbu­dzić bli­źnia­ków krzy­ka­mi, na­ci­ągam ręka­wy kar­di­ga­nu aż po knyk­cie i opa­dam ci­ężko na je­dy­ne wol­ne krze­sło obok ojca, na­wet na chwi­lę nie­odry­wa­jące­go wzro­ku od ekra­nu te­le­fo­nu.

Czu­ję na­ra­sta­jącą pa­ni­kę. Nie wiem, cze­go tym ra­zem mogę się spo­dzie­wać. Nie chcę wra­cać na se­sje do dok­to­ra Go­od­ma­na. Nie chcę, żeby mie­szał mi w gło­wie i wy­ci­ągał na wierzch to, do cze­go wo­la­ła­bym już nie wra­cać. Po spo­tka­niach z nim za ka­żdym ra­zem czu­ję się fa­tal­nie. Wręcz od­wrot­nie, niż obie­cy­wał. Nie je­stem cho­ra, pro­blem nie tkwi we mnie, lecz w lu­dziach, któ­rych wła­śnie w tym mo­men­cie mam obok. Do­brze jed­nak wiem, że je­śli ro­dzi­ce się uprą, nie po­zo­sta­nie mi nic in­ne­go, jak po­go­dze­nie się z ich de­cy­zją i po­wrót na sza­ry szez­long te­ra­peu­ty.

– Zde­cy­do­wa­łam – za­czy­na mama. W jej gło­sie wy­czu­wam nut­kę nie­pew­no­ści, co mnie za­ska­ku­je. – Zde­cy­do­wa­li­śmy… – po­pra­wia się, ły­pi­ąc na ojca w dal­szym ci­ągu po­chło­ni­ęte­go pi­sa­niem. – Nie je­ste­śmy już dłu­żej w sta­nie to­le­ro­wać two­je­go za­cho­wa­nia, Ca­den­ce – wy­du­sza z sie­bie w ko­ńcu. – Spra­wiasz co­raz wi­ęcej pro­ble­mów. Dłu­żej już tego nie znio­sę – wy­zna­je, pod­no­sząc na mnie wzrok. Ła­pię jej zre­zy­gno­wa­ne spoj­rze­nie, czu­jąc gulę na­ra­sta­jącą w gar­dle. – Dla­te­go zde­cy­do­wa­li­śmy…

– Zde­cy­do­wa­li­śmy, że spędzisz mie­si­ąc w Ho­ne­ze1 – do­ka­ńcza za nią z opa­no­wa­niem oj­ciec.

Otwie­ram sze­ro­ko oczy i wstrzy­mu­ję gwa­łtow­nie po­wie­trze. Nie wie­rzę w to, co wła­śnie usły­sza­łam. Nie chcę w to wie­rzyć!

Oj­ciec blo­ku­je te­le­fon i wsu­wa­jąc go w przed­nią kie­szeń gar­ni­tu­ro­wych spodni, do­da­je:

– Może je­śli spędzisz wa­ka­cje na wsi u dziad­ków, z da­le­ka od tok­sycz­nych zna­jo­mych i Bir­ming­ham, zro­zu­miesz, gdzie po­pe­łniasz błąd. Zro­zu­miesz, jak wie­le rze­czy nie do­ce­niasz.

– Chce­cie mnie wy­słać w obce miej­sce? Do Ho­ne­ze? – py­tam roz­e­mo­cjo­no­wa­na. Za­ci­skam drżące dło­nie na brze­gu sto­łu i po­chy­lam się ku ojcu. – Chce­cie mnie wy­słać do Fran­cji?

– Wła­ści­wie de­cy­zja o two­im wy­je­ździe za­pa­dła już daw­no temu – ci­ągnie, pa­trząc na mnie bez­na­mi­ęt­nie. – Wy­la­tu­jesz w so­bo­tę rano.

– Za dwa dni? – Spa­ni­ko­wa­na prze­no­szę wzrok z ojca na mamę. – Mamo, to praw­da? – upew­niam się, że to, co pa­dło przed chwi­lą, nie jest ja­ki­mś kiep­skim żar­tem z jego stro­ny.

– Tak – szep­cze, obej­mu­jąc moc­niej ku­bek.

– Prze­cież ja na­wet nie znam tych dziad­ków. Ja na­wet nie znam tych lu­dzi – za­czy­nam pa­ni­ko­wać. – Po­zwo­lisz mu mnie tam wy­słać? W miej­sce, któ­re­go sama nie chcesz od­wie­dzać? – za­sy­pu­ję ją py­ta­nia­mi. – Pro­szę, nie po­zwól na to. Mamo, pro­szę! – bła­gam prze­ra­żo­na.

Wsta­je gwa­łtow­nie od sto­łu i pod­cho­dzi do zle­wu, w dal­szym ci­ągu prze­pe­łnio­ne­go brud­ny­mi na­czy­nia­mi. Sta­je do mnie ple­ca­mi i opie­ra dło­nie na ku­chen­nym bla­cie. Wzdy­cha prze­ci­ągle, opusz­cza­jąc gło­wę.

– De­cy­zja za­pa­dła – po­wta­rza sło­wa ojca.

Nie po­tra­fi­ąc opa­no­wać bo­le­śnie prze­szy­wa­jące­go do głębi nie­po­ko­ju, zry­wam się rap­tow­nie z miej­sca i pod­bie­gam do niej.

– Mamo, pro­szę! – pod­no­szę głos, za­ci­ska­jąc pal­ce wo­kół jej łok­cia, na co się krzy­wi. – Pro­szę, nie po­zwól na to! Od­bierz mi te­le­fon! Daj szla­ban na wy­jścia z domu! Z po­ko­ju! Co­kol­wiek! Co­kol­wiek, tyl­ko nie wy­sy­łaj mnie tam, bła­gam! Bła­gam! – Mi­mo­wol­nie za­le­wam się łza­mi, wpa­da­jąc przy tym w hi­ste­rię.

Wy­szar­pu­je się z mo­je­go uści­sku i wra­ca do sto­łu. Wio­dę za nią wzro­kiem, od­czu­wa­jąc zna­jo­me, prze­ra­źli­we drże­nie ca­łe­go cia­ła.

– Ro­bi­my to dla two­je­go do­bra, Ca­den­ce… – mam­ro­cze, nie pa­trząc na mnie.

– Od­wio­zę cię w so­bo­tę na lot­ni­sko – oświad­cza oj­ciec, wsta­jąc. – Za­dzwo­nię w pi­ątek wie­czo­rem.

Igno­ru­ję go i nie spusz­czam wzro­ku z ple­ców mamy. Pra­gnę do niej pod­biec, ale nie mogę. Spa­ra­li­żo­wa­ło mnie. Czu­ję się tak, jak­bym wro­sła w podło­gę. Po raz ko­lej­ny je­stem bez­sil­na…

– Do tego cza­su się spa­kuj i do­pro­wa­dź do po­rząd­ku – na­ka­zu­je, podąża­jąc w stro­nę wy­jścia.

– M-a-a-mo! – za­czy­nam się jąkać. Wdy­cham gwa­łtow­nie po­wie­trze, prze­cie­ra­jąc ręka­wem oczy za­mglo­ne od łez. Łkam prze­ra­źli­wie, jak kil­ku­let­nie dziec­ko nie­po­tra­fi­ące po­ra­dzić so­bie w ża­den inny spo­sób z za­ist­nia­łą sy­tu­acją.

– To naj­lep­sze wy­jście – rzu­ca oj­ciec, po czym opusz­cza kuch­nię, a za­raz po­tem miesz­ka­nie.

Mama wy­cho­dzi do­słow­nie kil­ka se­kund po nim, gdy tyl­ko po wnętrzach roz­cho­dzi się prze­ni­kli­wy płacz bli­źnia­ków zbu­dzo­nych krzy­ka­mi.

Nie­spo­dzie­wa­nie opa­dam z sił. Osu­wam się po szaf­kach ku­chen­nych na ka­fle. Pod­kur­czam ko­la­na pod bro­dę, cho­wam mi­ędzy nie gło­wę, a tę na­kry­wam dło­ńmi.

Wcze­piam pal­ce we wło­sy i szar­pię za nie moc­no, ko­lej­ny raz od­czu­wa­jąc przy­kry po­smak go­ry­czy. Po­smak po­ra­żki. Do­sko­na­le wiem, że w ta­kich sy­tu­acjach nie mam na kogo li­czyć. Nikt mi nie po­mo­że.

Od­sy­ła­ją mnie. Ko­lej­ny raz ska­zu­ją na sa­mot­no­ść. Po­zby­wa­ją się mnie w okrut­ny, nie­go­dzi­wy spo­sób, jak nic nie­zna­czące­go przed­mio­tu. Wła­śnie tym dla nich je­stem. Nie­po­trzeb­nym przed­mio­tem. Pro­ble­mem, któ­ry musi znik­nąć. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas.

Rozdział 3

Nie­szczęśli­wy czło­wiek ra­tu­je się na­dzie­ją.

Me­nan­der

– Nic tym nie wskó­rasz, prze­cież wiesz.

– Wiem, ale za­wsze trze­ba mieć na­dzie­ję… – mam­ro­czę w gru­by rękaw czar­nej blu­zy, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z bli­źnia­ków bio­rących wie­czor­ną kąpiel. Z ich ma­le­ńkich pa­lusz­ków ener­gicz­nie roz­ma­zu­jących ró­żo­wą pia­nę po bia­łych ścian­kach na­ro­żnej wan­ny.

Oli­ver Holt kiwa gło­wą.

– Tak, masz ra­cję – przy­zna­je otwar­cie, nie­dba­le pod­wi­ja­jąc do łok­ci ręka­wy błękit­nej ko­szu­li w czar­ną, drob­ną krat­kę. – Sam ci to często po­wta­rzam, ale wiesz, jak jest z mamą. Je­śli się uprze, na­wet ja nie będę w sta­nie prze­ko­nać jej do zmia­ny zda­nia – nad­mie­nia. Wkrót­ce po­tem uśmie­cha się z czu­ło­ścią do Leo, ha­ła­śli­wie do­ma­ga­jące­go się czer­wo­nej, pla­sti­ko­wej łód­ki za­gu­bio­nej przed kil­ko­ma se­kun­da­mi pod spo­rą ilo­ścią pia­ny.

Oli­ver kuca na nie­wiel­kim dy­wa­ni­ku ła­zien­ko­wym, za­nu­rza rękę w wo­dzie i spod jej po­wierzch­ni wy­ci­ąga sta­tek. Po­da­je go za­do­wo­lo­ne­mu sy­no­wi.

– Wiem… – du­kam i im­pul­syw­nie przy­gry­za­jąc pa­zno­kieć, wier­cę się na za­mkni­ętej kla­pie se­de­su. – Ale po­roz­ma­wiasz z nią, tak?

– Tak – po­twier­dza, ły­pi­ąc na mnie przez ra­mię. Wsta­je nie­śpiesz­nie, przy­trzy­mu­jąc się brze­gu wan­ny. – Przy­naj­mniej się po­sta­ram.

Do­sko­na­le wiem, jak po­to­czy się ta roz­mo­wa. Mam świa­do­mo­ść, że mama nie zmie­ni zda­nia, a ja ko­lej­ny raz zo­sta­nę zmu­szo­na do po­go­dze­nia się z de­cy­zją pod­jętą przez ro­dzi­ców. Będę mu­sia­ła wy­je­chać. Mimo wszyst­ko je­stem ogrom­nie wdzi­ęcz­na oj­czy­mo­wi za po­moc. Za chęć jej nie­sie­nia.

– Dzi­ęki – mó­wię ci­cho.

– Wiesz, że za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć, Ca­den­ce. – Wy­cie­ra mo­kre dło­nie w zie­lo­ny, pu­cha­ty ręcz­nik. Jego kwa­dra­to­wą twarz o pro­stym no­sie, sza­rych oczach, de­li­kat­nie za­dar­tej bro­dzie po­ro­śni­ętej kil­ku­dnio­wym za­ro­stem i ustach o pe­łniej­szej gór­nej war­dze zdo­bi po­cie­sza­jący uśmiech. – Zer­k­niesz na nich? Zaj­mę się ko­la­cją.

– Ja­sne – zga­dzam się z czy­stą przy­jem­no­ścią. Bez­zwłocz­nie sia­dam po tu­rec­ku na dy­wa­ni­ku, jak oj­czym opusz­cza ła­zien­kę.

Ści­ągam blu­zę, od­rzu­cam ją na umy­wal­kę i za­chęco­na do za­ba­wy przez bra­ci za­nu­rzam ręce w wo­dzie. Na­pe­łnia­my ko­lo­ro­we pla­sti­ko­we ku­becz­ki wodą, a tę z po­wro­tem wy­le­wa­my do wan­ny. Po­wta­rzam czyn­no­ść w kó­łko i w kó­łko, po­mi­mo podłe­go na­stro­ju, ra­du­jąc się ze szczęścia chłop­ców.

Praw­dą jest to, że choć nie­często ko­rzy­stam z tej for­my po­mo­cy, za­wsze mogę li­czyć na wspar­cie Oli­ve­ra, na­wet mimo że po­cząt­ko­wo otwar­cie wy­ra­ża­łam nie­chęć w sto­sun­ku do nie­go. Utrud­nia­łam mu ży­cie od chwi­li na­sze­go pierw­sze­go spo­tka­nia. Drwi­łam z nie­go, od­kąd za­miesz­ka­li­śmy ra­zem. Ob­rzu­ca­łam obe­lga­mi. Upo­ka­rza­łam. Nie­za­le­żnie od stop­nia przy­kro­ści – ni­g­dy mnie nie skar­cił. Nie oce­niał. Wręcz nie­jed­no­krot­nie krył przed mamą, kie­dy wra­ca­łam do domu za­mro­czo­na al­ko­ho­lem albo prze­si­ąk­ni­ęta dy­mem ty­to­nio­wym. Oli­ver Holt wła­ści­wie przez wi­ęk­szo­ść cza­su jest jak­by nie­obec­ny. Nie cho­dzi tu je­dy­nie o nie­obec­no­ść zwi­ąza­ną z pra­cą, pro­fe­sją den­ty­sty, a o moje wy­cho­wa­nie. Już na sa­mym po­cząt­ku, gdy tyl­ko mama za­częła się z nim spo­ty­kać, oświad­czył, że nie będzie się w nie wtrącał. Uznał, że nie ma do tego pra­wa. Nie jest moim oj­cem i ni­g­dy nie będzie się sta­rał go za­stąpić.

Wie­lo­krot­nie, kie­dy pa­trzę na bra­ci i na to, jak wspa­nia­łym Oli­ver jest dla nich tatą, prze­okrop­nie ża­łu­ję, że nie je­stem jego bio­lo­gicz­ną cór­ką. Za­zdrosz­czę im tej cu­dow­nej wi­ęzi. Wi­ęzi dziec­ka z ro­dzi­cem. Uwa­gi, jaką, mimo okrop­nie ogra­ni­czo­ne­go cza­su, po­świ­ęca­ją bli­źnia­kom mama i oj­czym. Ob­ser­wu­ję w ukry­ciu, jak wy­głu­pia­ją się na dy­wa­nie. Z roz­ko­szą wsłu­chu­ję się w cu­dow­ne dźwi­ęki szcze­rych śmie­chów. Łap­czy­wie chło­nę szczęście chłop­ców. Szczęście, któ­re­go nie do­świad­czy­łam w ich wie­ku ani ni­g­dy pó­źniej.

Moi ro­dzi­ce by­wa­li w domu oka­zjo­nal­nie. Po­chła­nia­ła ich ka­rie­ra. Ojca wła­sna kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka, a mamę po­sa­da w agen­cji nie­ru­cho­mo­ści. Zaj­mo­wa­ło ich kon­se­kwent­ne pi­ęcie się po szcze­blach fa­chu. Wy­cho­wy­wa­ły mnie opie­kun­ki. Nie­rzad­ko mat­ka ojca, Emi­ly Clar­ke, za­miesz­ku­jąca w Sut­ton Cold­field. Obec­nie sie­dem­dzie­si­ęciocz­te­ro­let­nia ko­bie­ta, któ­ra nie za­słu­gu­je na mia­no bab­ci. Be­stia w ludz­kiej skó­rze, mal­tre­tu­jąca mnie i znęca­jąca się nade mną psy­chicz­nie przez wie­le dłu­gich lat. Bez po­wo­du. We­dle ka­pry­su. Nie­zmier­nie się cie­szę, że po roz­wo­dzie ro­dzi­ców nasz kon­takt się urwał.

Mia­łam wszyst­ko. Wspa­nia­ły po­kój, kosz­tow­ne me­ble, za­baw­ki i mar­ko­we ubra­nia. Cho­dzi­łam do pry­wat­nych szkół. Po­sia­da­łam wie­le, ale wy­star­czy­ło przyj­rzeć mi się z bli­ska, by do­strzec, że w rze­czy­wi­sto­ści prócz tych dóbr ma­te­rial­nych nie mia­łam ni­cze­go. Bra­ko­wa­ło mi naj­wa­żniej­sze­go. Ro­dzi­ców. Ich mi­ło­ści.

Dziew­czyn­ki, z któ­ry­mi ba­wi­łam się na pla­cach za­baw, pra­gnęły no­wych la­lek. Ja mia­łam ich tyle, że nie mie­ści­ły się na pó­łkach. Fan­ta­zjo­wa­ły o ba­śniach z ko­lo­ro­wy­mi ilu­stra­cja­mi. Ja po­sia­da­łam oso­bi­stą bi­blio­tecz­kę. Ma­rzy­ły o la­taw­cu. No­co­wa­niu w na­mio­cie. No­wej ska­kan­ce. Ja chcia­łam tyl­ko jed­ne­go – kil­ku go­dzin spędzo­nych w to­wa­rzy­stwie ro­dzi­ców. Ma­rzy­łam o odro­bi­nie uwa­gi.

Nie oka­zy­wa­no mi nie­wąt­pli­wych czu­ło­ści. Nie za­chwa­la­no. Nie na­ucza­no, jak ra­dzić so­bie z emo­cja­mi. Nikt nie przy­cho­dził na moje przed­sta­wie­nia szkol­ne. Nikt nie cie­szył się z suk­ce­sów. Jak ka­żde dziec­ko by­łam tyl­ko pu­stym, kru­chym na­czy­niem, któ­re na­le­ża­ło wy­pe­łniać uczu­cia­mi. Daw­ko­wa­no mi je w skąpych ilo­ściach. Pod pu­bli­kę, z uzna­niem, że to wy­star­czy. Nie wy­star­czy­ło, a od­czu­cie pust­ki z bie­giem cza­su na­ra­sta­ło co­raz sil­niej. Od za­wsze sama. Zmu­sza­na do ra­dze­nia so­bie w eks­tre­mal­nych oko­licz­no­ściach. Od po­cząt­ku oswa­ja­na z sa­mot­no­ścią, obec­nie ka­ra­na za czy­nie­nie z niej użyt­ku.

– Caś! Caś!

Przej­mu­jący pisk Leo i roz­chla­pu­jąca się wo­kół woda wy­ry­wa­ją mnie z za­my­śle­nia i spro­wa­dza­ją na zie­mię. Do ła­zien­ki. Do nie­mal ca­łko­wi­cie za­la­nej ła­zien­ki.

– No nie! – Pod­ry­wam się na nogi i spa­ni­ko­wa­na wy­ci­ągam przed sie­bie ręce w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym Vic­tor robi za­mach ku­becz­kiem wy­pe­łnio­nym wodą. – Nie! Nie, cze­kaj! – na­ka­zu­ję i otwie­ra­jąc sze­ro­ko oczy, rzu­cam się w jego kie­run­ku z za­mia­rem prze­chwy­ce­nia przed­mio­tu.

Nie­ste­ty Vic­tor jest spryt­niej­szy, w efek­cie cze­go za­war­to­ść za­baw­ki lądu­je na mo­jej ko­szul­ce. Leo, za­chęco­ny przez śmiech bra­ta, idzie w jego kro­ki, ro­bi­ąc do­kład­nie to samo.

Po­ko­na­na opusz­czam ręce wzdłuż cia­ła. Wy­pusz­czam gło­śno po­wie­trze przez usta, kręcąc z nie­za­do­wo­le­niem gło­wą.

– Mama, jak wró­ci z pra­cy, wszyst­kich nas za­bi­je…

– A co tam się dzie­je?! – woła z kuch­ni Oli­ver.

– Nic! Wszyst­ko w po­rząd­ku! Już wy­cho­dzi­my! – od­krzy­ku­ję i podśmie­chu­jąc się pod no­sem, wyj­mu­ję po­śpiesz­nie chłop­ców z wan­ny.

Okry­wam ich ręcz­ni­ka­mi, sa­dzam na kla­pie se­de­so­wej; dla odro­bi­ny świ­ęte­go spo­ko­ju wręczam szczo­tecz­ki do zębów i za­bie­ram się za do­pro­wa­dze­nie po­miesz­cze­nia do po­rząd­ku.

– Pa­sku­dy – mam­ro­czę pod no­sem, chwy­ta­jąc mop sto­jący za drzwia­mi. W ra­mach od­po­wie­dzi po­miesz­cze­nie prze­ci­na­ją przy­ci­szo­ne dzie­ci­ęce chi­cho­ty. – Wstręt­ne, pa­skud­ne pa­sku­dy… – po­wta­rzam, czu­jąc drżące w roz­ba­wie­niu kąci­ki ust.

Pod­ci­ągam ko­la­na pod bro­dę i le­ni­wie obej­mu­ję je ręko­ma. Wbi­jam zmęczo­ne spoj­rze­nie w zbyt roz­ja­śnio­ny ekran te­le­wi­zo­ra.

Jest już spo­ro po dzie­si­ątej. Bli­źnia­ki już daw­no śpią, a ja sie­dzę w mi­ęk­kim fo­te­lu w sa­lo­nie i oglądam tan­det­ne bab­skie te­le­no­we­le, za któ­ry­mi, w od­ró­żnie­niu od oj­czy­ma, nie prze­pa­dam. Mimo nie­chęci do tego typu bzdur­nych pro­gra­mów po­sta­no­wi­łam zmie­nić wie­czor­ny ry­tu­ał i po­sie­dzieć z Oli­ve­rem. Po­rzu­ci­łam prze­by­wa­nie w ciem­nym po­ko­ju na rzecz odro­bi­ny to­wa­rzy­stwa. Sa­mot­no­ść dziś do­skwie­ra mi wy­jąt­ko­wo do­tkli­wie.

Choć nie przy­zna­li­śmy tego otwar­cie, do­sko­na­le wie­my, że oby­dwo­je cze­ka­my na po­wrót mamy z dru­giej zmia­ny. Nie­gdyś była wzi­ętą agent­ką nie­ru­cho­mo­ści, dziś po­dej­mu­je sta­no­wi­sko kel­ner­ki w re­stau­ra­cji Fol­lium; uzna­ła, że nie chce wra­cać do prze­szło­ści. Sta­ła się nie­ustan­nie zmęczo­ną ży­ciem ko­bie­tą – tak samo jak jej obec­ny mąż – od­kła­da­jącą ka­żdy do­dat­ko­wo za­ro­bio­ny funt. Oszczędza­ją pie­ni­ądze, by za kil­ka lat, po spła­cie kre­dy­tu za­ci­ągni­ęte­go na za­kup obec­ne­go miesz­ka­nia, móc na­być wi­ęk­szy lo­kal. Może na­wet dom. Ma­mie ma­rzy się mały, bia­ły do­mek na obrze­żach Bir­ming­ham, po­dob­ny do tego, któ­ry wy­naj­mo­wa­ły­śmy przez ja­kiś czas po jej roz­wo­dzie z oj­cem. Przed dru­gą ci­ążą, ślu­bem i za­miesz­ka­niem z Oli­ve­rem. Po roz­pa­dzie na­szej ro­dzi­ny nie tyl­ko moje ży­cie ule­gło zmia­nie. My­ślę jed­nak, że ta zmia­na wy­szła ma­mie na do­bre. Mimo spo­rej ilo­ści zmar­twień uśmiech na jej ustach go­ści częściej niż pod­czas po­przed­nie­go ma­łże­ństwa.

– Ale z tej Scar­let fran­ca – od­zy­wa się oj­czym, obu­rzo­ny za­cho­wa­niem ak­tor­ki.

Po­trząsa z od­ra­zą gło­wą, po­śpiesz­nie wy­grze­bu­jąc z nie­wiel­kiej pacz­ki kil­ka Skit­tle­sów. Spraw­nie wrzu­ca cu­kier­ki do ust, zu­pe­łnie nie przej­mu­jąc się cu­krem mo­gącym uszko­dzić szkli­wo. To jego je­dy­ne uza­le­żnie­nie. Nie po­tra­fi się obe­jść bez Skit­tle­sów. Oli­ver Holt, któ­ry na co dzień na­ucza, jak pra­wi­dło­wo dbać o uzębie­nie w ka­żdym wie­ku, na­ło­go­wo po­chła­nia sło­dy­cze. Ten mężczy­zna pe­łen jest nie­spo­ty­ka­nych, nie­rzad­ko za­baw­nych za­cho­wań.

– Chy­ba od­wie­dzę ju­tro Elie – wy­rzu­cam z sie­bie szep­tem. – Może ona będzie w sta­nie na­kło­nić ojca do zmia­ny zda­nia. Dużo o tym my­śla­łam. Wy­da­je mi się, że ten wy­jazd jest jego po­my­słem, nie mamy – stwier­dzam, obej­mu­jąc sil­niej nogi.

– Je­steś pew­na, że chcesz to zro­bić? – do­py­tu­je i wsu­wa­jąc dłoń do pacz­ki z cu­kier­ka­mi, spo­gląda na mnie przez ra­mię. Jego oświe­tlo­ny cie­płym świa­tłem ze znaj­du­jącej się mi­ędzy fo­te­lem a ka­na­pą pa­pie­ro­wej lam­py pro­fil prze­ci­na cień za­sko­cze­nia. – Wa­sze ostat­nie spo­tka­nie nie sko­ńczy­ło się naj­le­piej… – przy­po­mi­na de­li­kat­nie o mo­jej nie­daw­nej kłót­ni z ma­co­chą i ostrych sło­wach, któ­re do mnie skie­ro­wa­ła.

– Tak, je­stem pew­na – za­pew­niam z nie­co słab­szą nutą od­wa­gi w gło­sie, niż bym chcia­ła. – Z mamą ró­żnie się nam ukła­da, wiesz prze­cież, ale my­ślę, że ona ni­g­dy nie wpa­dła­by na po­my­sł, żeby wy­słać mnie do Ho­ne­ze.

– Wiesz… – za­czy­na nie­pew­nie, prze­rzu­ca­jąc rękę przez opar­cie ka­na­py. Pod­ci­ąga zgi­ętą w ko­la­nie lewą nogę pod po­śla­dek i od­wra­ca się w moją stro­nę. – Po tym, jak mi po­wie­dzia­łaś, że ro­dzi­ce wy­sy­ła­ją cię na mie­si­ąc do Fran­cji… – Nie­ocze­ki­wa­nie za­wie­sza głos. Mo­men­tal­nie od­wra­ca wzrok, prze­cze­su­jąc dło­nią gęste blond pu­kle.

Wy­chwy­tu­ję nie­po­kój wy­sącza­jący się ze słów opusz­cza­jących w po­śpie­chu drżące war­gi, pod któ­re­go wpły­wem spi­na­ją się jego mi­ęśnie. Do­sko­na­le wiem, z ja­kie­go po­wo­du Oli­ve­rem mio­ta po­ru­sze­nie. Ro­zu­miem, że nie czu­je się kom­for­to­wo z za­mia­rem wy­ra­że­nia opi­nii. Boi się. Oba­wia się osądu.

Lu­dzie zwy­kli wy­da­wać wo­bec sie­bie osądy, bez chęci po­zna­nia. Wy­star­czy jed­no krót­kie spoj­rze­nie. Po­je­dyn­cze sło­wo, by wy­ra­zić opi­nię. Bez żad­nych prze­szkód przy­cho­dzi czło­wie­ko­wi gło­sić kry­ty­kę. Pro­ściej jest to zro­bić bez zna­jo­mo­ści fak­tów. To ta­kie po­wszech­ne. Zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­sze niż po­zna­nie oso­by, któ­rą nie­rzad­ko nie­słusz­nie oce­ni­li­śmy. Nie­spra­wie­dli­wy osąd zmie­nia nie­od­wra­cal­nie. Do­wo­dem tego jest Oli­ver, któ­re­go to ja w ten spo­sób osądzi­łam. Oli­ver, któ­re­go ob­wi­nia­łam za roz­pad swo­jej ro­dzi­ny, wa­run­ki ży­cia i ode­bra­nie mamy. Oli­ver, któ­ry przez moje za­cho­wa­nie nie po­tra­fi już swo­bod­nie wy­ra­żać wła­sne­go zda­nia. Nie jest w sta­nie wy­zbyć się nie­pew­no­ści i stra­chu przed tym, jak zo­sta­nie od­czy­ta­ny. Przed tym, jak zo­sta­ną zin­ter­pre­to­wa­ne jego sło­wa.

Prze­ły­kam ci­ężko śli­nę, sta­ra­jąc się prze­pchnąć gulę ci­ążącą w gar­dle. Pa­skud­ne nie­ukon­ten­to­wa­nie spo­wo­do­wa­ne wła­snym za­cho­wa­niem. Choć na język ci­sną mi się sło­wa gor­li­wych prze­pro­sin, nie umiem ich wy­mó­wić. Nie po­tra­fię. Nie znam po­wo­du swo­jej nie­mo­cy. Mogę w tym mo­men­cie je­dy­nie mil­czeć, skry­cie wie­rząc, że ci­szę tę od­bie­rze jako skru­chę. Mil­cząc, jed­no­cze­śnie pro­szę, by do­ko­ńczył roz­po­częte zda­nie. Pro­szę, mimo wie­dzy o tym, jak wie­le go to kosz­tu­je.

– Wiesz… – po­wta­rza, po­now­nie kie­ru­jąc na mnie wzrok. Sza­re oczy na­dal wy­ra­ża­ją drze­mi­ące w cie­le cier­pie­nie. Ból po za­da­nych w prze­szło­ści doj­mu­jących cio­sach. Mimo tego po­sta­na­wia kon­ty­nu­ować: – Mnie rów­nież się wy­da­je, że to nie jest tak do ko­ńca tyl­ko po­my­sł mamy. Nie li­cząc kar­tek wy­sy­ła­nych na świ­ęta, uro­dzi­ny i imie­ni­ny, An­to­nia prak­tycz­nie nie kon­tak­tu­je się ze swo­imi ro­dzi­ca­mi – przy­po­mi­na, po raz ko­lej­ny na krót­ką chwi­lę ucie­ka­jąc spoj­rze­niem w bok. – Nie od­wie­dzi­ła ich, od­kąd opu­ści­ła Fran­cję z Si­mo­nem. Może mama bywa su­ro­wa, ale ona nie jest złym czło­wie­kiem, Ca­den­ce. – Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, pa­trzy mi pro­sto w oczy. – Szcze­rzę wąt­pię, aby chcia­ła wy­słać cię w miej­sce, w któ­rym sama nie chce go­ścić.

– No wła­śnie – przy­ta­ku­ję, od­zy­sku­jąc głos. Po­śpiesz­nie opusz­czam bose sto­py na mi­ęk­ki, choć nie­co już wy­słu­żo­ny, sza­ry dy­wan.

– Ale wiesz… To tyl­ko moje zda­nie, a moje zda­nie nie­wie­le zna­czy… – Wzdy­cha. Ci­ężko. Przy­gnębia­jąco. Dwa ude­rze­nia ser­ca pó­źniej uśmie­cha się lek­ko. Sta­ra się w ten spo­sób za­ła­go­dzić wi­szące mi­ędzy nami nie­zno­śne na­pi­ęcie. Po­śpiesz­nie wrzu­ca do ust ko­lej­ną por­cję cu­kier­ków.

Co­raz trud­niej przy­cho­dzi mi to­le­ro­wa­nie nie­ustan­nie nęka­jące­go po­czu­cia winy i obez­wład­nia­jące­go nie­po­ko­ju. Nie po­win­nam tego zno­sić. Ani przez je­den dzień. Chwi­lę. Ani przez mi­nu­tę wi­ęcej. Wy­pa­da­ło­by prze­pro­sić, lecz nie po­tra­fię. Po pro­stu nie po­tra­fię. Nie je­stem w sta­nie wy­mó­wić sło­wa, któ­re­go nikt mnie nie na­uczył i któ­re­go zna­cze­nia nie znam. Sło­wa ni­g­dy do mnie nie skie­ro­wa­ne­go.

Prze­pro­si­ny wy­ma­ga­ją od­wa­gi. Znacz­nie wi­ęk­szej niż wy­rządze­nie krzyw­dy. Ra­nią zwy­kle lu­dzie tchórz­li­wi. Naj­częściej bli­skie oso­by. Po­wo­dem jest strach, skry­ty pod roz­ma­ity­mi po­sta­cia­mi. Lęk zdol­ny jest wzbu­dzić w czło­wie­ku naj­po­tężniej­szą be­stię. Naj­okrut­niej­sze­go po­two­ra. Prze­pro­si­ny wy­ma­ga­ją po­ko­na­nia tego lęku. Nie­rzad­ko jed­nak już na star­cie wal­ce tej ci­ąży mia­no prze­gra­nej.

Za­ci­skam drżące ręce wo­kół brzu­cha i zu­pe­łnie po­zba­wio­na sił spusz­czam wzrok. Za­wie­szam go na bo­sych sto­pach, usil­nie wal­cząc ze łza­mi wzbie­ra­jący­mi się pod po­wie­ka­mi, na któ­re nie mogę so­bie po­zwo­lić.

– Oli­ver, ja… – Wy­da­ję z sie­bie zdu­szo­ny jęk bez­sil­no­ści. Nie mam po­jęcia, co wła­ści­wie chcia­łam po­wie­dzieć. Ja­kich za­stęp­czych słów mia­ła­bym użyć. Nie wiem, jak po­win­nam się w tym mo­men­cie za­cho­wać. – Ja… ja nie…

– Nie, Ca­den­ce – wtrąca z pe­łny­mi usta­mi. Czu­ję na so­bie jego spoj­rze­nie; z nad­mier­ną uwa­gą ob­ser­wu­je moje roz­bi­cie emo­cjo­nal­ne. – Nie ma sen­su wra­cać do tego, co było. Mu­si­my żyć tym, co jest tu i te­raz – de­cy­du­je. – Ja­sne?

Nie re­agu­ję.

– Ja­sne?

Ki­wam nie­znacz­nie gło­wą. Ręka­wem ba­we­łnia­nej, czar­nej bluz­ki ście­ram po­śpiesz­nie to­czącą się po po­licz­ku sło­ną kro­plę z na­dzie­ją, że po­zo­sta­ła nie­do­strze­żo­na. Nie po­zo­sta­ła. Zdra­dza to ko­lej­ne py­ta­nie pa­da­jące z ust oj­czy­ma:

– W po­rząd­ku?

– Tak – kon­fa­bu­lu­ję, umie­jęt­nie skry­wa­jąc emo­cje za ci­ążącą ma­ską, trzy­ma­jącą w ry­zach to, co jesz­cze ze mnie zo­sta­ło. – Tak… – pod­trzy­mu­ję. Bio­rę dys­kret­ny, płyt­ki wdech i zmie­niam te­mat. Od­ci­ągam od sie­bie uwa­gę Oli­ve­ra. – Mama ni­g­dy nie roz­ma­wia­ła ze mną na te­mat swo­ich ro­dzi­ców. Ni­g­dy o nich nie wspo­mi­na – po­dej­mu­ję szep­tem, w dal­szym ci­ągu obej­mu­jąc spoj­rze­niem wła­sne sto­py. – Nie wiem, w ja­kim są wie­ku. Jak mają na imię, jak wy­gląda­ją. Nie mamy w domu żad­nej ich fo­to­gra­fii – uty­sku­ję. – Nie wi­dzia­łam ich ani razu. Dla­cze­go?

– Nie mam po­jęcia, dla­cze­go An­to­nia zde­cy­do­wa­ła się ze­rwać częścio­wo kon­takt z ro­dzi­ca­mi i opu­ścić Ho­ne­ze. Nie znam po­wo­du, dla któ­re­go za­bra­nia im kon­tak­tu z tobą. Ni­g­dy nie po­dej­mo­wa­li­śmy tego te­ma­tu, bo mama tego nie chcia­ła.

Znów ki­wam gło­wą.

– Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że przy­pra­wiam wam masę pro­ble­mów – przy­zna­ję otwar­cie, za­ska­ku­jąc tym wy­zna­niem w ta­kim sa­mym stop­niu sie­bie, jak i Oli­ve­ra.

Po­ci­ąga­jąc ręka­wy bluz­ki do knyk­ci, uno­szę za­mglo­ny wzrok. Za­wie­szam go na za­pe­łnio­nym zdjęcia­mi bli­źnia­ków frag­men­cie ścia­ny, tuż nad nie­wiel­kim, pła­skim te­le­wi­zo­rem.

– Nie jest wam ła­two, wiem, ale czy to po­wód, żeby mnie ode­słać? – py­tam nie­co ci­szej od szep­tu. Sły­szę drże­nie wła­sne­go gło­su i czu­ję łzę spły­wa­jącą po mo­ich trzęsących się war­gach.

– Nie, Ca­den­ce. My­ślę… – Milk­nie, gdy nie­spo­dzie­wa­nie po miesz­ka­niu roz­no­si się od­głos prze­kręca­ne­go zam­ka w drzwiach.

Prze­ły­kam gwa­łtow­nie śli­nę. Na­ci­ągam jesz­cze moc­niej je­den z ręka­wów i po­śpiesz­nie osu­szam nim oczy w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym mama wcho­dzi wol­no do sa­lo­nu. Po­miesz­cze­nie wy­pe­łnia za­pach je­dze­nia i pły­nu de­zyn­fek­cyj­ne­go.

– Głod­ni? – zwra­ca się do nas z py­ta­niem, wol­no uno­sząc ma­te­ria­ło­wą tor­bę dzie­rżo­ną w dło­ni. Wy­gląda na zu­pe­łnie wy­czer­pa­ną. Do­szczęt­nie wy­zu­tą z sił. Jej pi­ęk­ne sar­nie oczy po­zba­wio­ne są bla­sku. – Pie­czo­ne­go kur­cza­ka?

– Nie, dzi­ęku­ję – od­po­wia­dam nie­mal na­tych­miast. – Ja­dłam nie­daw­no ko­la­cję.

– Na pew­no? – ma­glu­je mnie, po­dejrz­li­wie świ­dru­jąc wzro­kiem.

– Tak. Nie kła­mię – za­pew­niam. Tym ra­zem szcze­rze.

– Zje­dli­śmy wszy­scy ra­zem – po­twier­dza Oli­ver, fleg­ma­tycz­nie uno­sząc się z ka­na­py. – Ale ten kur­czak pach­nie tak pi­ęk­nie, że ja chy­ba sku­szę się na odro­bi­nę – do­da­je z pro­mien­nym uśmie­chem i przej­mu­jąc tor­bę, sub­tel­nie mu­ska usta­mi skroń mamy. – Zjesz ze mną? – pyta, a kie­dy ona od­ma­wia, uda­je się do kuch­ni w celu roz­pa­ko­wa­nia za­ku­pów. Wio­dę za nim wzro­kiem, do­pó­ki nie opusz­cza sa­lo­nu.

– Chłop­cy już śpią?

Kie­ru­ję uwa­gę na mamę opie­sza­le przy­sia­da­jącą na kra­wędzi ka­na­py. Ty­łem do mnie.

– Tak. Mamo? – za­czy­nam nie­pew­nie.

– Hm? – mru­czy, wci­ska­jąc ple­cy w opar­cie ka­na­py. Roz­ma­so­wu­je kark.

– Mo­że­my po­roz­ma­wiać o moim wy­je­ździe? Na spo­koj­nie. Bez krzy­ków.

– Je­stem zmęczo­na, Ca­den­ce. Poza tym wszyst­ko już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne. W so­bo­tę wy­la­tu­jesz na mie­si­ąc do Fran­cji.

– Ale, mamo, ja…

– Nie chcę już nic wi­ęcej sły­szeć na ten te­mat – wtrąca, kła­dąc kres nie­wy­god­nej kon­wer­sa­cji.

Roz­wie­ram usta w sprze­ci­wie, ze szcze­rym za­mia­rem wy­ra­że­nia nie­za­do­wo­le­nia, lecz gdy tyl­ko to ro­bię, po­now­nie tra­cę głos. Tra­cę reszt­ki od­wa­gi, ja­kie jesz­cze we mnie po­zo­sta­ły.

Ka­pi­tu­lu­ję. Znów. Pod­da­ję się, nie wi­dząc sen­su w dal­szym ubła­gi­wa­niu. Choć do­kład­nie ta­kiej od­po­wie­dzi się spo­dzie­wa­łam, tli­ła się we mnie ta wstręt­na iskra na­dziei, że może jed­nak tym ra­zem będzie ina­czej. Przez krót­ką chwi­lę wie­rzy­łam, że uda mi się od­wie­ść mamę od po­my­słu z wa­ka­cja­mi w Ho­ne­ze. My­li­łam się. Nie pierw­szy już raz.

– Idę do sie­bie – de­cy­du­ję pó­łgło­sem, osta­tecz­nie nie znaj­du­jąc wi­ęcej po­wo­dów do prze­by­wa­nia w jej to­wa­rzy­stwie. Cho­ćby jed­ne­go, dla któ­re­go ona chcia­ła­by, abym po­sie­dzia­ła obok. – Do­bra­noc.

– Do­bra­noc – od­po­wia­da, nie pa­trząc na mnie, i si­ęga po pi­lot le­żący na nie­wiel­kim me­ta­lo­wym sto­li­ku.

Wy­cho­dzę z sa­lo­nu, czu­jąc bo­le­sne ukłu­cie nie­po­wo­dze­nia w pier­si. Osa­mot­nio­na mimo nie­daw­ne­go to­wa­rzy­stwa.

Oci­ęża­le prze­cho­dzę przez krót­ki, wąski ko­ry­tarz. Na pal­cach mi­jam po­kój bli­źnia­ków. Pcham lek­ko dia­bel­nie skrzy­pi­ące drew­nia­ne skrzy­dło i wcho­dzę do sie­bie. Sta­ram się za­mknąć za sobą drzwi naj­ci­szej, jak to mo­żli­we, a na­stęp­nie kie­ru­ję się w stro­nę uchy­lo­ne­go okna. Po ciem­ku. In­stynk­tow­nie pod­cho­dzę do usta­wio­ne­go pod nim biur­ka. Przy­sia­dam na brze­gu wy­słu­żo­ne­go krze­sła ob­ro­to­we­go i za­nim si­ęgnę do włącz­ni­ka lamp­ki sto­jącej na bla­cie, spo­glądam przez przy­bru­dzo­ną szy­bę na mia­sto. Na Ca­stle Vale po­grążo­ne w atra­men­to­wym mro­ku nocy.

Przez krót­ką chwi­lę po­dzi­wiam roz­gwie­żdżo­ne nie­bo i ró­żno­ko­lo­ro­we punk­ci­ki skry­wa­jące się w roz­ło­ży­stych ko­ro­nach wie­lo­let­nich bu­ków. W cie­płym świe­tle sto­jącej nie­opo­dal la­tar­ni do­strze­gam ruch li­ści. Płyn­ny. Nie­zwy­kły. Lek­ki wiatr po­ru­sza li­sto­wiem, wy­wo­łu­jąc ci­chy sze­lest. Sze­lest ten tłu­mią od­gło­sy tęt­ni­ące­go noc­nym ży­ciem mia­sta.

Przy­my­kam po­wie­ki i bio­rę głębo­ki wdech. W moje płu­ca wraz z daw­ką świe­że­go po­wie­trza wdzie­ra się na­miast­ka tak sil­nie w tym mo­men­cie po­żąda­ne­go spo­ko­ju. Ulgi. Dwa ko­lej­ne wde­chy zdu­sza­ją ne­ga­tyw­ne emo­cje. Spy­cha­ją cier­pie­nie w naj­ciem­niej­sze za­ka­mar­ki du­szy. Oczysz­cza­ją. Nio­są chwi­lo­we wy­tchnie­nie.

Tkwię w ta­kiej po­zy­cji jesz­cze przez ja­kiś czas, po czym za­pa­lam lamp­kę i wyj­mu­ję z szu­fla­dy no­tes. Wci­skam zgi­ętą w ko­la­nie lewą nogę pod po­śla­dek i opie­ram ka­jet na udzie. Mu­skam drżący­mi opusz­ka­mi wierzch twar­dej, błękit­nej opra­wy, roz­my­śla­jąc o wy­da­rze­niach mi­nio­ne­go dnia, o sło­wach, któ­re pa­dły z ust mo­ich ro­dzi­ców.

Przy­wo­łu­jąc w pa­mi­ęci gniew mamy i znie­sma­cze­nie ojca na wi­dok mo­ich ocen ko­ńco­wych, zer­kam w stro­nę le­żące­go przy lamp­ce wy­mi­ęte­go świa­dec­twa szkol­ne­go. Sku­pie­ni na roz­cza­ro­wa­niu nie do­strze­gli za­do­wa­la­jących stop­ni z języ­ka an­giel­skie­go i fran­cu­skie­go. Moje drob­ne po­wo­dze­nia nie mają dla nich zna­cze­nia. Li­czy się tyl­ko to, że nie spe­łni­łam ocze­ki­wań. Po­win­nam być do­sko­na­ła. Pod ka­żdym względem. Za­wsze. W moim ży­ciu uchy­bie­nia nie po­win­ny mieć miej­sca. Nie po­win­ny, a jed­nak mają.

Ro­dzi­ce wy­ma­ga­ją, bym była ide­ałem, za­po­mi­na­jąc, że sami nimi nie są. Może by­ła­bym taka, gdy­by po­da­ro­wa­li mi odro­bi­nę bli­sko­ści, gdy­by po­ka­za­li, co to zna­czy ko­chać. Praw­dzi­wie. Bez­gra­nicz­nie. Dziec­ko to ko­kar­da sple­cio­na z naj­sil­niej­szych wstęg du­szy mat­ki i ojca. Lecz trze­ba pa­mi­ętać, że na­wet naj­wspa­nial­szy ma­te­riał, raz szarp­ni­ęty, nie jest w sta­nie ca­łko­wi­cie po­wró­cić do pier­wot­nej for­my. Im wi­ęk­szej pod­da­wać go będzie­my pró­bie, tym trud­niej przyj­dzie mu łączyć ze sobą nici. Tym ci­ężej będzie mu utrzy­mać w ry­zach ca­ło­ść.

Wzdy­cham ci­cho, otwie­ra­jąc no­tes. Prze­rzu­cam kil­ka stron i za­wie­szam spoj­rze­nie na ostat­niej za­pi­sa­nej kart­ce. Z uwa­gą prze­bie­gam pal­ca­mi po po­chy­łych, bla­do­nie­bie­skich li­te­rach umiej­sco­wio­nych mi­ędzy wąski­mi li­nia­mi. Sunę opusz­ka­mi po sło­wach, któ­re spi­sa­łam wczo­raj…

26 lip­ca 2020

Choć co­dzien­nie wy­da­ję z sie­bie roz­dzie­ra­jący krzyk, nikt mnie nie sły­szy.

Choć co­dzien­nie go­rące łzy ście­ka­ją po mo­ich po­licz­kach, nikt ich nie do­strze­ga.

Je­stem cie­niem. Opusz­czo­nym czło­wie­kiem. Umęczo­nym dziec­kiem, któ­re­go nikt nie chce dźwi­gnąć z po­ra­nio­nych ko­lan.

Posłowie

Cza­sa­mi ste­reo­ty­py, przy­zwy­cza­je­nia czy uprze­dze­nia są tak po­tężne, że tłam­szą praw­dę, za­nim zdo­ła­my ją do­strzec. Cza­sa­mi trze­ba po­zwo­lić na to, aby ta praw­da ude­rzy­ła w nas nie­spo­dzie­wa­nie, za­miast ze­zwo­lić do­jść do gło­su uprze­dze­niom po­tra­fi­ącym sku­tecz­nie za­śle­pić czło­wie­ka – wła­śnie te sło­wa po­win­ny zna­le­źć się w tym miej­scu jako pierw­sze. War­to jest cza­sem nad­sta­wić po­li­czek praw­dzie w taki spo­sób, w jaki zro­bi­ła to Ca­den­ce.

Na­stąpił ko­niec po­wie­ści. Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że wie­le osób będzie mi mia­ło za złe śmie­rć Lar­ry’ego. I słusz­nie! Sama po­cząt­ko­wo by­łam na sie­bie wście­kła za to „mor­der­stwo”. Hi­sto­ria ta jed­nak nie mo­gła za­ko­ńczyć się w inny spo­sób.

Wy­la­łam nie­ma­ło łez przy pi­sa­niu tej ksi­ążki. Po­wo­dem była praw­da, jaką prze­pla­ta­łam mi­ędzy zda­nia­mi. Opi­sy­wa­nie nie­któ­rych scen było dla mnie tak ci­ężkie, że mo­men­ta­mi po­trze­bo­wa­łam kil­ku­dnio­we­go od­po­czyn­ku. Pła­ka­łam prak­tycz­nie przez wi­ęk­szą część two­rze­nia tek­stu, a te ostat­nie roz­dzia­ły były dla mnie nie­mal za­bój­cze. Roz­pacz Ca­den­ce była dla mnie nie­mal za­bój­cza. Przy­zna­ję, za bar­dzo zży­łam się z bo­ha­te­ra­mi i do­tych­czas żad­na na­pi­sa­na prze­ze mnie ksi­ążka aż tak mną nie wstrząsa­ła.

Mam na­dzie­ję, dro­gi czy­tel­ni­ku, że przy­mknąłeś okno na moje prze­wi­nie­nie i da­łeś się po­rwać tej pi­ęk­nej hi­sto­rii. Mam na­dzie­ję, że wzbu­dzi­ła ona w To­bie wie­le emo­cji.

Do zo­ba­cze­nia w mo­ich ko­lej­nych po­wie­ściach.

Ści­skam!

Ba­sia

Przypisy

1 Ho­ne­ze – fik­cyj­na wieś miesz­cząca się na po­łud­niu Fran­cji, nie­da­le­ko Cer­bère.

Co­py­ri­ght © for the text by Bar­ba­ra Sta­roń

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Ewe­li­na Do­bosz, Ka­mi­la Po­la­ńska

Przy­go­to­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-01-0

Spis treści

Przedmowa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Posłowie

Przypisy

Punkty orientacyjne

Okład­ka