Holub II CIA-Severnyj - Piotr Wroński - ebook

Holub II CIA-Severnyj ebook

Piotr Wroński

3,0

Opis

Cześć druga książki Holub opowiadająca o wspólnych akcjach wywiadu i kontrwywiadu Niemiec, USA i Polski przeciwko służbom rosyjskim. Obie książki mają wiele warstw. czytelnik niech wybierze swoją.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1325

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
1
0
0
0
1

Popularność




 

 

Projekt okładki – Piotr Michał Wójcik

Ilustracja końcowa – Paweł Dorian Bunny Sas

Korekta – Katarzyna Kasperkiewicz

Cezary Śliwakowski

Kompilacja eBook – Piotr Wroński

ISBN 978-83-66341-08-1

 

© Piotr Wroński 2020

 

 

Do Czytelnika

Szanowni Czytelnicy!

 

Bez Was ta książka by nie powstała. Chcę podziękować wszystkim tym, którzy wspierali mnie w wyjątkowo trudnym dla mnie czasie i którzy dopingowali mnie bym pisał. Szczególnie dziękuję Tadkowi Mirkowi, dzięki któremu przeżyłem Norwegię. Osobne i gorące podziękowania pragnę przekazać Loni i Zbyszkowi Wołejszo, gdyż bez ich pomocy wylądowałbym na bruku i nigdy nic nie napisał. Chcę, na koniec, podziękować mojej żonie i synowi, którzy znoszą wymuszone przez panoszące się zło rozstanie.

Pamiętajcie, Czytelnicy, że „Holub” nie jest romansem szpiegowskim. Ta książka ma wiele smaczków i warstw. Może, zresztą, lepiej dać sobie z nią spokój i nie polecać jej? I tak nie dostanę nagrody Nobla! I bardzo dobrze.

Aha! To nie jest książka dla purystów językowych. Bohaterowie mówią wzniośle, slangiem, potocznie i nie przejmują się jakąkolwiek poprawnością. Jak w życiu.

 

 

 

 

 

 

 

 

„Godzien jesteś wziąć księgę i jej

pieczęcie otworzyć, bo zostałeś zabity”

Apokalipsa 5.9

 

 

 

Rozdział 1

„I ujrzałem: oto biały koń, a siedzący na nim miał łuk.

I dano mu wieniec, i wyruszył jako zwycięzca, by (jeszcze) zwyciężać.”

Apokalipsa 6.2

 

- Boisz się Piotruś? – głos przytulonej do mojego ramienia Yvety obudził mnie z drzemki.

- Nie, kochanie. – odpowiedziałem – Nie boję się. Czuję coś w rodzaju niepokoju pomieszanego z ciekawością.

- A ja się boję ich reakcji! – ścisnęła lekko moje ramię – Pewnie mają do nas żal. Tyle lat! Opłakali nas już i…

- Mówiliśmy, moja śliczna, że może tak być, żeby nas nie szukali – pocałowałem ją w policzek. – Pamiętasz nasz ostatni obiad?

- Pamiętam, ale mimo to boję się.

- Omawialiśmy to już – przypomniałem. – W sumie nie wracamy pani Riverson.

- Wracamy nie wracając, panie Riverson! – sprostowała.

 

Stewardessa zapowiedziała lądowanie w Pradze. Lecieliśmy z Londynu. Był czwartek, godzina osiemnasta, dwudziestego października dwa tysiące jedenastego roku. Minęło równo dziesięć lat. Byłem podstarzałym, pięćdziesięcioczteroletnim facetem, który nadal uwielbiał ostrego rocka. Yveta miała trzydzieści osiem lat, wyglądała tak samo, jak w chwili, w której ujrzałem ją po raz pierwszy dwanaście lat temu w gabinecie mojego dyrektora i nie cierpiała, gdy mówiłem o sobie „starszy pan”. „Jaki z ciebie starzec?” – upominała mnie – „Żadnego siwego włosa na głowie! No może na piersiach i tam, no wiesz, na dole, ale tam tylko ja zaglądam i nic nie widzę, to znaczy widzę, lecz nie owłosienie, bo energię masz nadal jak dwudziestolatek. Do pracy też!”. Jak zwykle zgadła o czym myślę, bo oznajmiła:

 

- Jeszcze raz pomyślisz o sobie, jak o staruszku, to będę mówiła do ciebie publicznie „dziadku”!

- Rozkaz, wnuczko! – powiedziałem i dostałem kuksańca – Pamiętaj! Mówimy w trakcie odprawy tylko po angielsku.

 

Praktycznie nic nie mówiliśmy, bo znudzona urzędniczka celna rzuciła tylko okiem na nasze amerykańskie paszporty i otworzyła bramkę. Poczekaliśmy na bagaże, dwa duże plecaki, po czym wyszliśmy przed salę przylotów. Yveta poczekała, aż wypalę papierosa i zawołała taksówkę. Zarezerwowaliśmy apartament w hotelu „Savoy”.

 

- Pamiętasz, jak przekradłaś się do mnie w czasie realizacji „Holuba”? – spytałem, gdy weszliśmy do lobby.

- Oczywiście, kochanie – roześmiała się. – Wszystko pamiętam. Widziałeś! Praga zmieniła się trochę. Więcej świateł, a ile galerii!

 

Hotel też zdawał się być nowocześniejszy. Szybki Internet, nowe meble, duży telewizor LCD w pokoju. Tylko wanna z urządzeniami do masażu przypomniała nam stare czasy. Zamówiliśmy kolację do apartamentu, wykąpaliśmy się i zmęczeni położyliśmy się spać. Nie od razu, oczywiście, bo chciała sprawdzić czy jeszcze energia mnie rozpiera. Puściłem na głośnik iPhone „Thin Lizzy” z koncertu i potańczyliśmy w świetle księżyca, chociaż jakość odtwarzania była do niczego.

 

- Nie mamy broni – szepnęła mi do ucha, zasypiając.

- Będziemy musieli ukraść albo zabrać policjantom – zażartowałem.

- Dobrze, ale jutro – zgodziła się i zasnęła.

 

Jedno nie zmieniło się i nigdy nie zmieni. Nadal kochałem ją niczym szalony nastolatek i zawsze byliśmy razem. Wiedziałem, że Yveta kocha mnie tak samo. Tylko to pozwoliło nam przetrwać.

 

Wstaliśmy koło ósmej. Poszliśmy na szybkie śniadanie do restauracji i wróciliśmy do pokoju, by przygotować się do wyjścia. Yveta marudziła strasznie. W łazience czesała się, malowała jakieś pół godziny. Potem wybierała ubranie. Wreszcie usiadła na łóżku tylko w majtkach i bluzce od mojej piżamy. Przyglądała się swoim stopom.

 

- Popatrz jakie piękne mam stópki! – oświadczyła, prostując nogę w moim kierunku.

- Prześliczne, jak cała reszta. – pocałowałem ją w stopę – Zbieraj się guzdrało!

- Ojejku! Po co się tak spieszyć?

- Nie rozumiem cię, kochanie. – roześmiałem się – W Korei nie bałaś się w ogóle, a tu guzdrzesz się, a mamy tylko spotkać się z przyjaciółmi.

- Po dziesięciu latach milczenia. Poza tym wcale się nie boję – wydęła wargi, ale w końcu zaczęła się ubierać. – Najpierw jedziemy do tatinka. – dodała.

 

Na cmentarzu było zupełnie pusto. Październikowo-listopadowy wiatr, kręcący zeschłymi liśćmi na ulicach i chodnikach zdawał się zatrzymywać przed bramą cmentarza tak, jakby bał się zakłócić spokój zmarłych. Staliśmy przed tablicą, przykrywającą niszę, w której spoczywała urna z prochami Vaclava Chrala, ojca Yvety, zabitego przez Rosjan, mojego teścia, a przede wszystkim genialnego pisarza.

 

- Dawno nas nie było, tatinku – mówiła Yveta, gdy zapalałem znicze. – Zakręciło nami strasznie. Pewnie widziałeś z góry co wyprawiamy. Nie musisz się nas wstydzić. Pomściliśmy ciebie i mnie. Piotruś jest wspaniałym mężem, ale to wiesz od dawna. Napisz tam o nas kilka słów! Może nas nie wrzucą do dziury?

- Ktoś często odwiedza Vaclava – zauważyłem. – Patrz, kochanie, świeże kwiaty, a ten znicz zgasł nie tak dawno. To dobrze! Nie jest sam.

- Nigdy nie był – Yveta przytuliła się do mnie. – Ma nas i naszych przyjaciół.

 

Z cmentarza zrobiliśmy sobie spacer do naszego kiedyś praskiego mieszkania. Zadzwoniliśmy domofonem, ale nikt nie odbierał.

 

- Pewnie są w pracy – zasmuciła się Yveta.

- Dlaczego uważasz, że ktoś tu mieszka? – spytałem – Popatrz na okna. Wydaje mi się, że stoi puste.

- Przecież Joana i Vasek mieli przepisać je na siebie, gdy nie wrócimy przez kilka miesięcy – przypomniała Yveta. – Zresztą? Może masz rację? Może czekają na nas?

- Oj, kotku! – roześmiałem się – Boisz się, boisz!

- Niczego się nie boję! – wzruszyła ramionami – Chodź sprawdzimy! Masz przecież szperaki!

- Przecież nie włamiemy się do naszego byłego domu! – śmiałem się – Jedziemy do Vaska.

 

Yveta była zdenerwowana, gdy wychodziliśmy z taksówki przed blokiem, w którym mieszkał kiedyś Vasek sam, a potem z Joaną. Tym razem nie użyliśmy domofonu, bo drzwi otworzyłem szybko szperakami. Stanęliśmy pod mieszkaniem przyjaciela. Yveta westchnęła kilka razy, nabrała powietrza i zadzwoniła. Ja też byłem zdenerwowany, chociaż nadrabiałem miną. Po chwili w progu ujrzeliśmy starszą kobietę.

 

- Przepraszam! – zaczęła Yveta – Czy zastaliśmy Joanę albo Vaska? Jesteśmy ich przyjaciółmi, przyjechaliśmy z zagranicy i nie mamy ich numerów telefonów.

- O! – powiedziała kobieta – Oni tu nie mieszkają od sześciu lat! Mąż dostał to mieszkanie po nich, a oni znaleźli większe. Pani Joana była w ciąży!

- Nie wie pani, gdzie mieszkają? – pytała moja żona – Co im się urodziło?

- Podobno jesteście przyjaciółmi i nie wiecie? – kobieta zrobiła się nagle podejrzliwa – Co z was za przyjaciele?

- Marnotrawni – stwierdziłem i pociągnąłem Yvetę do schodów.

 

Zeszliśmy na dół w milczeniu, Yveta była zła i dopiero odezwała się po angielsku w taksówce:

 

- Dlaczego mi przerwałeś? – słyszałem złość w jej głosie – Jeszcze trochę i wyciągnęłabym z niej adres!

- Jesteś śliczna, gdy się złościsz! – pocałowałem ją w policzek – Kochanie! Nerwy, złość zasłaniają ci rzeczywistość. Kim jest Vasek?

- No właśnie! – pokiwała głową po chwili i złość minęła – Musiał zabezpieczyć się przed takimi dziwnymi wizytami. Tylko jak go znajdziemy? Nie pójdziemy do niego do biura.

- Sam nas znajdzie – powiedziałem. – Co powiedziała ta kobieta? Jej mąż dostał mieszkanie po Vasku, a Vasek mieszkał w…

- …służbowym lokalu BIS, więc mąż tej kobieciny też tam pracował i pewnie pracuje – dokończyła za mnie. – Nerwy to zły doradca.

- W dodatku, przed naszym starym mieszkaniem jest monitoring – uzupełniłem. – Założę się, że kazał informować o dziwnej parze, dobijającej się do mieszkania.

- Pewnie będzie nasz szukać po hotelach i nie znajdzie – zmartwiła się Yveta.

- Założę się, że od razu wytypuje „Savoy”. Zna nas, a jak sprawdzi kto zameldował się wczoraj, to będzie wiedział, że państwo Riverson to my. Imion nie zmieniliśmy – pocieszyłem ją. – Gdzie jedziemy?

- Do dealera – odpowiedziała Yveta, prosząc kierowcę o zmianę kursu. – Dostałam esemes, że nasz samochód już czeka.

 

Samochody zawsze kupowała Yveta. Twierdziła, że ja wybieram „zabawki dla podstarzałych inwalidów po zawale”, toteż każdy nasz pojazd był ryczącym potworem. Przed podróżą kupiliśmy w Stanach samochód, opłaciliśmy odbiór w Pradze i w ten sposób mieliśmy ciemnogranatowego Dodge Ram 5,7, zarejestrowanego w Minneapolis, gdzie teoretycznie mieszkali państwo Riverson, więc wszystkie dokumenty pochodziły ze stanu Minnesota. Mieszkaliśmy tam przez pół roku. Znaliśmy to miasto.

 

Dealer miał swój sklep na ulicy Vitosska. Samochód rzeczywiście już czekał. Yveta załatwiła wszystkie formalności i po pół godzinie wracaliśmy do centrum.

 

- Ale fajnie! – cieszyła się Yveta – Dam ci poprowadzić, jak nie będziesz się wyzłośliwiał.

- Nie będę, ale obiecaj, że następne nasze auto będzie Peterbiltem 587.

- Chciałbyś! – roześmiała się – Dobrze się nim jechało! Prawie podbiliśmy Panamę. Jedziemy teraz do sklepu. Musimy kupić coś dla dziecka.

 

Znaleźliśmy nową galerię. W sklepie z zabawkami i ciuchami dla dzieci zastanawialiśmy się jakiej płci jest dziecko Joany i Vaska. „A jak mają bliźniaki?” – zastanawiała się Yveta. W końcu nakupowaliśmy klocków Lego. Potem wróciliśmy do hotelu. Właściwie nie do hotelu, bo zaparkowaliśmy na ulicy Pohorelec i poszliśmy do restauracji, z której było dobrze widać wjazd w ulicę Keplerova. Usiedliśmy przy oknie i czekaliśmy na Vaska. Było koło piętnastej. Obliczyliśmy, że już go zawiadomiono, więc spodziewaliśmy się go w każdej chwili. Przy okazji postanowiliśmy zjeść obiad. Nie dokończyliśmy jedzenia, bo po pół godzinie pod hotel podjechała czarna Skoda.

 

- Jest – pokazałem Yvecie Vaska, który wyszedł z samochodu i coś mówił kierowcy.

- Osiwiał całkiem – zauważyła Yveta. – Przytył trochę, ale to ten sam Vasek.

 

Samochód odjechał. Vasek wszedł do hotelu. Wtedy zapłaciliśmy za obiad i poszliśmy do „Cafe Kepler”, z której można było wejść do hotelu przez korytarz z windami. Tak zrobiliśmy. Vasek siedział w lobby i obserwował drzwi wejściowe.

 

- Cześć Vasek! – zawołaliśmy jednocześnie, podchodząc do niego.

 

Odwrócił się, wstał błyskawicznie, otworzył usta, lecz zamiast powiedzieć cokolwiek, roześmiał się i objął nas oboje, kręcąc głową.

 

- Nareszcie! – usłyszeliśmy ulgę w jego głosie. – Wiedziałem, wszyscy wiedzieliśmy, że żyjecie!

- Bałam się, że macie do nas pretensję – uśmiechnęła się Yveta. – Naprawdę nie mogliśmy!

- Byliśmy trochę źli, ale rozumiemy – Vasek nie puszczał naszych dłoni. – Sami wytłumaczycie Joanie.

- A ona wie? – spytałem.

- Wie, że jesteście. Piotrze! Brakowało mi twoich operacyjnych zagrywek! Nawet nie zauważyłem, że zrobiłem tak, jak zaplanowałeś dziś! Wiedziałeś, jak mnie zawiadomić!

- Niezbyt chcieliśmy zawracać ci głowy w biurze – wytłumaczyłem. – Nie wiedziałem, czy …

- Nie byłoby żadnego kłopotu – przerwał. – Wszystko i wszyscy na was czekają. Tyle lat! Tyle lat! Nic się nie zmieniliście.

- Zmieniliśmy – westchnęła Yveta. – Może tego nie widać od razu, ale zmieniliśmy się. Tylko jedno zostało w nas takie samo. Chodźmy do nas do pokoju. Pogadamy spokojniej.

- Nie! – zaprzeczył stanowczo Vasek – Dzwonię po samochód i jedziemy do nas. Joana czeka z kolacją. Poznasz małego Petra!

- To twój syn? – spytaliśmy razem.

- Tak! – odpowiedział dumnie – Ma pięć lat.

- I nazwałeś go Petr? – raczej stwierdziłem niż spytałem.

- Jakby była córka nazwalibyśmy ją Yveta – roześmiał się. – Gdyby nie wy…Zresztą, nieważne!

- Dobrze! – zgodziła się Yveta – Pojedziemy do ciebie, ale naszym samochodem. Z prezentami! Dla dziecka, oczywiście!

- Nawet nie chcę zgadywać, co za potwora macie obecnie! – po Vasku było widać, że cieszy się z naszej obecności.

- Jeśli chodzi o potwory, to Yveta nie zmieniła się w ogóle – zauważyłem.

- Nie narzekaj gadżeciarzu, bo pojedziesz taksówką i będziesz wracał na piechotę, bo pijaków nie wożę! – odpowiedziała i wzięła mnie za rękę, po czym wszyscy, roześmiani, wyszliśmy z hotelu.

 

W samochodzie Vasek podał adres, a Yveta wprowadziła go do „nawigacji”.

 

- Vycpalkova 12 w dzielnicy Chodov – wyjaśnił nasz przyjaciel. – Wziąłem kredyt i kupiliśmy domek do remontu jakieś siedem lat temu. Joana po rozwodzie dostała cały majątek, sprzedała swój dom w Cieszynie i rozpoczęliśmy wszystko od nowa w Pradze.

- Ministerialna pensja ci starcza? – roześmiałem się.

- Ach! Jak mi tego brakowało! – Vasek także uśmiechnął się – Teraz będziecie wymyślać mi od ministrów!

- Tobie nie – skomentowałem poważnie. – Ty nie zmieniłbyś się w polityka. Nie masz ochoty znów popracować jak kiedyś?

- A co? – odpowiedział pytaniem – Jakieś propozycje?

- Niestety, żadne – powiedzieliśmy z Yvetą jednocześnie.

 

Dom Vaska był zwykłą, wcale nie „wypasioną” willą, pochodzącą z lat sześćdziesiątych. Mały, zadbany ogródek sprawiał wrażenie spokoju i ciszy. Zaparkowaliśmy przed wejściem. Yveta poszła pierwsza z Vaskiem, a ja zabrałem z samochodu torby z prezentami dla dziecka. Zamknąłem auto i wszedłem przez furtkę. W progu Yveta i Joana obejmowały się i płakały głośno. Vasek trzymał na rękach pięcioletniego, szczupłego blondynka.

 

- To ciocia Yveta i wujek Piotr – powiedział do zaniepokojonego płaczem matki synka. – O nich zawsze opowiada wujek Wiktor.

- Cześć mały! – uśmiechnąłem się do dzieciaka i podałem mu paczki z klockami – Nie wiedziałem, co lubisz, więc kupiliśmy ci wszystkiego po trochu.

- On nie rozumie po polsku! – roześmiał się Vasek i wytłumaczył dziecku co jest w torbach, a malec złapał prezenty i wbiegł do domu.

- Nabeczałyście się już? – powiedziałem śmiejąc się do Joany i Yvety.

- Piotrek! – Joana przykleiła się teraz do mnie – Tyle lat! Tyle lat! Jak się cieszę, że w końcu jesteście!

 

Wyściskaliśmy się, wycałowaliśmy wszyscy, po czym Vasek wprowadził nas do dużego salonu na parterze i posadził przy zastawionym stole, na którym, pośród innych napojów stała oszroniona litrowa butelka „Luksusowej”.

 

- Co się dziwisz? – Vasek skomentował moją minę – Ta jest sprzed dziewięciu lat. Co roku, w rocznicę waszego wyjazdu do Stanów spotykamy się z Kasią, Wiktorem i Stefanem. Wiktor zawsze przywozi butelkę, która ma czekać na ciebie. Wyjechał dziś rano. Minęliście się.

- Przyjechaliśmy wczoraj wieczorem – powiedziałem autentycznie wzruszony. – Gdybyśmy wiedzieli…

- Zobacz! – odwróciłem się w kierunku Yvety, która weszła do pokoju wraz z wielkim kotem na rękach – To Kizia! Poznała mnie! – rzeczywiście musiała poznać, bo w ogóle nie była przestraszona i mruczała tak, jak kiedyś.

- Mnie chyba też – stwierdziłem, głaszcząc mruczącego kota.

- Zaraz usiądziemy i nagadamy się do woli – wtrąciła Joana. – Jeszcze ktoś przyjdzie.

 

Nie byliśmy zdziwieni, bo spodziewaliśmy się, że Vasek zawiadomi Stefana. Po dosłownie minucie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi i serdeczny głos Batora.

 

- Gdzie oni są! Dawać ich tutaj!

- Witaj panie pośle! – roześmiała się Yveta, a ja wraz z nią.

- Znowu mi będziecie ubliżać! – śmiał się serdecznie Stefan – Wiedzieliśmy, że kiedyś wrócicie! Yveta, Piotr, cieszę się, że jesteście!

 

Znów wycałowaliśmy się i uściskaliśmy. Vasek nalał po kieliszku wódki, podał nam, lecz nie wypiliśmy.

 

- Nalej i dla Wiktora – poprosiłem. – Zadzwoń do niego i daj mi słuchawkę.

 

Vasek nalał, połączył się z Remilem swoją komórką i podał mi telefon.

 

- Cześć! – usłyszałem znajomy głos – Czegoś zapomnieliśmy Vasek?

- Wypić. – powiedziałem spokojnie, a w słuchawce zapadła cisza.

- Rany Boskie! – krzyknął Wiktor po chwili – Pierdzielony ubolu! Gdzie, kurwa, jesteś?

- A ładnie to tak kląć, panie pośle? – roześmiałem się – U Vaska pierdzielony solidaruchu!

- Kiedy wróciliście?

- Wczoraj wieczorem. Skąd wiesz, że Yveta jest ze mną?

- Samego by cię nie puściła, ani ty jej. Zawracam i będę za jakieś kilka godzin! Nie wypij wszystkiego!

- Dziewięciu litrów „Luksusowej” nie dam rady. Nie ta wątroba – odpowiedziałem z żalem. – Spokojnie. Jedź do domu prześpij się i jeśli chcesz i możesz, to przyjeżdżajcie wszyscy. Zostaniemy w Pradze trochę.

- Jutro po południu wyjeżdżamy i w nocy będę – oznajmił. – Już ja sobie z wami pogadam! Dawaj mi Vaska.

 

Oddałem telefon. Vasek skończył rozmawiać i usiedliśmy do kolacji. Kizia położyła się między Joaną, a Yvetą. Przez następne dwie godziny jedliśmy, piliśmy, słuchając opowieści Joany, Vaska i Stefana o tych dziesięciu latach.

 

Stefan wybrał politykę. Został posłem. W parlamencie przewodniczył czeskiej komisji do spraw służb i miał stałe kontakty z Vaskiem, który najpierw kierował BIS, a cztery lata temu objął funkcję ministra i zarządzał wszystkimi służbami mundurowymi. Joana wróciła do swojego zawodu. Uczyła najmłodsze klasy. Jej szkoła połączona była z przedszkolem, do którego chodził Petr. Reczka zmarł dwa lata temu na serce w całkowitym zapomnieniu. Przebywał cały czas w areszcie domowym i spowiadał się ludziom Vaska. Zabójca Vaclava, menel, dostał dożywocie, lecz po czterech latach odsiadki popełnił samobójstwo. Vasek mrugnął do mnie i do Yvety opowiadając nam o tym. Zrozumieliśmy od razu. Jeśli chodzi o Stvila, to dwa lata po otrzymaniu wyroku Rosjanie wymienili go na oficera łotewskiego, aresztowanego przez nich pół roku wcześniej. Stvil płakał w trakcie wymiany i cały czas bronił się przed nią. Reszta była taka sama. Rosjanie szpiegowali, Vasek i Stefan walczyli z nimi, z politykami, czasem z sojusznikami, bo świat miał inne priorytety. Nikt już nie podstawiał oferentów. Sprawa kryptonim „Holub” była łabędzim śpiewem prawdziwego kontrwywiadu. Technologia zastąpiła inteligencję i wszystko stało się policzone, zważone i rozproszone.

 

- Mane tekel fares – uśmiechnąłem się słuchając ich narzekań.

- Tego mi brakowało – skomentował moje słowa Stefan. – My gadamy, ale co działo się z wami? Spodziewam się, że niewiele powiecie, ale coś niecoś podejrzewamy. Wiemy, że dorwaliście Demirieva. W kilku amerykańskich akcjach widać twoją rękę, Piotrek i wasze działanie. Jeśli ktoś was poznał, to widzi to…

- Stefan! – przerwała Yveta – Ty też posłuchaj Vasku. Wyjaśnijmy sobie jedno. Piotrek i ja nigdy nie zgodziliśmy się na żadną współpracę z kimkolwiek. To prawda, że pracujemy czasem dla Amerykanów i nie tylko, ale…Nie wiem, jak to wyjaśnić, Piotruś?

- Kochani! – uzupełniłem słowa Yvety – Nigdy nie szpiegowaliśmy i nie będziemy szpiegować was ani Polski. Amerykanie o tym wiedzą i to szanują. Dotrzymali słowa…

- To, że nie szpiegujecie nas, to akurat wiemy – przerwał mi z kolei Vasek. – Za dobrze was znamy! Szczególnie ciebie, stary! Takiego beznadziejnego romantyka-patrioty, to ze świecą szukać! Powiedzcie nam jednak choć troszkę! Jak zginął Demiriev? Co robiliście potem? Kim teraz jesteście?

- Kim? – spojrzeliśmy z Yvetą na siebie, po czym stwierdziłem – Kimś w rodzaju Columbo pomieszanego z Indianą Jonesem.

- No nie! – roześmiali się wszyscy.

- Tak poważnie, to stanowimy parę czegoś w rodzaju konsultantów, czarterowanych przez różne dziwne organizacje, którym nie podoba się to, co robią Rosjanie – wyjaśniła Yveta. – Rozwiązujemy zagadki, szukamy ludzi, neutralizujemy skutki. Czasem to strasznie nudne!

- A czasem męczące! – wtrąciłem – Na ogół prowadziliśmy niezbyt zdrowy tryb życia!

- A jak było z Jurijem? – spytał ponownie Stefan.

 

Yveta uśmiechnęła się smutno i zaczęła opowiadać o naszym pobycie w Dallas, o wzroku Demirieva, gdy podrzynałem mu gardło, o naszej ucieczce, o dwóch Dodgach i o tunelu. „Teraz ty, kochanie!” – szepnęła do mnie, gdy doszła do tego momentu. Zamknąłem oczy, wypiłem kieliszek wódki i zacząłem mówić. Obrazy pojawiły się znów przed oczyma.

 

- Wjechaliśmy do tunelu, wyjąc z Donem McLeanem refren, w dłoniach mieliśmy wycelowane w siebie nawzajem pistolety z jednym nabojem i śmialiśmy się w głos. W tunelu nic się nie zdarzyło, a gdy z niego wyjechaliśmy, ujrzeliśmy zwykłego Forda, stojącego na poboczu. O samochód opierał się John. Minęliśmy go i zatrzymaliśmy się jakieś dwieście metrów dalej. W lusterku zobaczyłem dwa Dodge. Stanęły obok Forda, a wtedy Sadovsky ruszył w naszym kierunku. „Co robimy?” – spytała Yveta. „Nic. Czekamy, kochanie!” – pocałowałem ją i każde z nas przygotowało się do oddania strzału. „Nie róbcie głupstw!” – usłyszałem Johna, krzyczącego do nas. Zbliżył się do samochodu. „Nikt was nie chce zatrzymać! Wiem, że macie po jednym naboju i chcecie zakończyć sprawę w typowo polski sposób.” – powiedział – „Nie ma sensu! Przestańcie mierzyć w siebie i pogadamy chwilkę!”. Popatrzyliśmy na siebie z Yvetą, westchnęliśmy i postanowiliśmy zaryzykować. Odłożyliśmy broń na siedzenie, po czym wyszliśmy z samochodu. „Te Dodge, to nie tylko moja obstawa, ale i wasza eskorta. To FBI z Waszyngtonu.” – poinformował nas Amerykanin – „Możecie jechać do Meksyku w każdej chwili, a potem wracać do siebie. Tylko zastanówcie się, co będzie dalej? Rosjanie was szukają, wasi przyjaciele nie będą bezpieczni, bo wy będziecie koło nich. Wiecie przecież, jaka jest cena waszych akcji? Poza tym wy nie potraficie żyć jak stare małżeństwo, statecznie i normalnie, a działać z pozycji Pragi będzie wam bardzo trudno jeszcze przez kilka lat.” – roześmiał się na końcu. Milczeliśmy przez chwilę. „Masz trochę racji.” – stwierdziłem w końcu, wiedząc, że Yveta myśli podobnie. „Rzeczywiście! Staliśmy się toksyczni i możemy zatruć naszych przyjaciół.” – dodałem. „Co proponujesz, John?” – spytała Yveta. „Na pewno nie współpracę jakiej nigdy nie chciał i nie chce Piotr, a i ty też.” – John był spokojny – „Proponujemy wam pracę i konsultacje dotyczące szeroko rozumianego kierunku rosyjskiego i jego pochodnych. Nigdy nie będziemy wymagać od was nic, co może być użyte przeciwko waszym krajom. To wam obiecuję oficjalnie.”. „A jeśli znajdziemy rosyjskiego agenta w Polsce lub Czechach?” – przerwałem mu. „Sami zdecydujecie!” – odpowiedział szybko – „Zawiadomimy wasze kontrwywiady, albo załatwicie to bez nas.”. „No dobrze!” – odezwała się Yveta – „Kim więc mamy być?”. „Najpierw trochę odpoczniecie. Pouczycie nas i FBI. Wierzcie mi! Młodzi nie znają prawdy o waszym regionie. Później zapraszamy was do siebie jako kogoś w rodzaju konsultantów przy konkretnych problemach. Nie agentów! Piotrze, nie rób takiej miny!” – roześmialiśmy się wszyscy – „To będą pewnie różne sprawy, bo sposób waszego myślenia jest całkowicie nowatorski”. „Nie chwal nas tak, bo nigdy ci nie uwierzymy!” – wtrąciłem. „Nie chodzi o to byście uwierzyli, ale o to byście zrozumieli.” – odpowiedział – „Na świecie jest wielu takich Demiriewów i jeszcze gorszych skurwysynów. Chcecie pozabijać się nawzajem, a im pozwolić na niszczenie niewinnych? No jak? Zgoda?”. „Zaryzykujemy.” – odpowiedzieliśmy po dłuższej chwili, a ja dodałem: „Wy też takich macie, ale wy nie zabijacie dzieci i nie gwałcicie dziewczynek.”. „Taak.” – westchnął John – „Polityka to nie pensja dla niewinnych panienek, ale masz rację. Są pewne granice, chociaż łatwo je przekroczyć. Dlatego potrzebni nam są tacy ludzie jak wy, bo wy nigdy tych granic nie przekroczycie. Cieszę się, że doszliśmy do porozumienia. Tu macie adres pod Waszyngtonem. To wasze mieszkanie. Bez podsłuchów, kochani!” – znów się roześmieliśmy – „Chcecie, to lećcie samolotem, chcecie, to jedźcie samochodem i pozwiedzajcie Stany. Za tydzień spotkamy się w centrali, a teraz wpuście mnie do auta i podwieźcie do samochodów, bo nie chce mi się w tym upale wracać na piechotę.”. Wpuściliśmy go, zawróciłem do tunelu, stanąłem przed wjazdem i Sadovsky wyszedł na drogę. „A co z tym z FBI?” – krzyknęła do niego Yveta. „Nic. Jest tylko przestraszony i mówi, że tak delikatnych rosyjskich zabójców nigdy nie widział. Siedzi w drugim Dodge i klnie na czym świat stoi, ale nie ma pretensji.” – John pomachał nam na pożegnanie, a my wróciliśmy przez tunel do Dallas. Do hotelu. Potem pojechaliśmy do Waszyngtonu. Cóż? Ćwiczyliśmy z Amerykanami, uczyliśmy ich, trochę rozrabialiśmy i w końcu jesteśmy na chwilę w domu.

- Widzicie! – dokończyła za mnie Yveta –Piotruś też uważa Pragę za dom, chociaż ciągle śni o Warszawie. Wczoraj kilka razy puszczał mi tę piosenkę.

- Szkoda, że nie możecie, albo nie chcecie opowiedzieć o jakichś waszych akcjach! – z żalem w głosie powiedział Stefan.

- Jeszcze pogadamy! – uśmiechnąłem się.

- Czy…- zaczął Vasek.

- Tak! – przerwała mu Yveta – Zabijaliśmy także o ile ktoś zasługiwał na rozliczenie. Na przykład grupa likwidacyjna SWR, która zabiła agenta CIA wraz z trzyletnim dzieckiem. Nie myślcie też sobie, że komplementy Sadovskiego wynikały wyłącznie z podziwu dla nas. Grał trochę, bo musiał. Po prostu potrzebowali nas i to wszystko. Potrzebują nadal. Jedno muszę przyznać. Zachowali się uczciwie wobec nas, co nie oznacza, że nie pozbędą się kłopotu, gdy będą musieli. Pragmatyzm.

- Oni wiedzą, że my wiemy, że wiedzą! – zażartowałem.

- Nie o to mi chodziło! – Vasek tłumaczył się przed nami – Nie myślcie, że was potępiam. Domyśleliśmy się, że po likwidacji Demirieva nie chcecie sprowadzać zagrożenia na nas. John miał całkowitą rację.

- Prawdę mówiąc, to trochę wam zazdroszczę! – zakończył temat Stefan.

- O reszcie pogadamy, jak przyjedzie Wiktor – dodałem. – Ostatecznie jesteście ciekawi, dlaczego po tylu latach przyjechaliśmy do Pragi i to na lewych nazwiskach.

- Właśnie! – kiwnął głową Vasek – Gdybyście chcieli zostać na stałe, to użylibyście prawdziwych. Nadal Polacy pytają się o ciebie, Piotrze. Niby przypadkiem, nieoficjalnie, ale pytają, a ja im mówię tylko jedno: zniknęliście i dobrze, bo tylko kłopot był z wami.

- I wierzą ci? – spytała Yveta.

- Jeśli mówisz to samo przez tyle lat, to każdy uwierzy – roześmiał się głośno, a my razem z nim. – Wasze mieszkanie czeka na was – zmienił temat. – Nic z nim nie zrobiłem. Wpadamy do niego regularnie i pilnujemy porządku. Kiedy się wprowadzacie?

- Widzisz…- zaczęła Yveta – Szkoda, że go nie sprzedałeś…

- Nie możemy w nim zamieszkać – wyręczyłem ją. – Przecież zauważyłeś, że nie jesteśmy w Czechach oficjalnie. Poza tym…- przerwałem.

- Poza tym…- dokończyła moja żona – Nie chcemy wracać do przeszłości!

- To przecież wasz dom? – zdziwił się Stefan – Twoje książki, Piotrek, twoja muzyka.

- Przez te wszystkie lata mieszkaliśmy w wielu miejscach – Yveta posmutniała. – nauczyliśmy się, że dom to my, to spotkanie z wami, a nie ściany i przedmioty. Te łatwo zyskać i jeszcze łatwiej stracić. Zawsze można kupić nowy telewizor, nową płytę, ale bardzo rzadko można oglądać program lub słuchać muzyki z kimś, bez kogo każda ściana zawali się szybko – pocałowała mnie.

- Książek mi rzeczywiście żal, płyt też, ale na szczęście mamy technologię i Internet – postanowiłem rozluźnić ich trochę i pokazałem im Iphone. – Jest wszystko!

- Nie przesadzaj! – uśmiechnęła się Yveta – Nawet FBI podziwia twoje zbiory!

- To jednak macie jakiś dom? – spytała Joana.

- Mamy miejsce składowania naszych hopli, czyli efektów naszych wariactw – wyjaśniła Yveta. – Kupiliśmy pod Waszyngtonem dwupiętrowy dom, w którym czasem mieszkamy kilka dni, albo tygodni. Jest pełen płyt, książek, moich torebek i innych niepotrzebnych rzeczy. W nim nosimy prawdziwe nazwiska. Jak nas nie ma, to opiekuje się nim FBI. Tam odpoczywamy, a Piotrek czyta mi wszystkie książki, które kupił i wysłał do naszego składziku w trakcie naszej nieobecności. Nie patrzcie na mnie, jak na wariatkę!

- Nie patrzymy tak! – Joana przytuliła ją – Nie dziwię się, że sformułowaliście całkiem nową definicję domu. Jutro pójdziemy na zakupki, a faceci sobie pogadają!

- Nie pogadają, bo Piotrek pójdzie z nami – stwierdziła Yveta. – Vasek też może iść i Stefan, jak chce, ale same nie pójdziemy!

- Od Helsinek jesteśmy zawsze razem i w zasięgu wzroku – wyjaśniłem zdziwionej Joanie. – Nawet u lekarza.

- Jeśli, któreś z nas znów porwie ciemność, to drugie go wyciągnie – dodała Yveta. – Teraz to już myślicie, że nam zupełnie odbiło, a nawet Amerykanie przyzwyczaili się i szanują to!

- Nie myślimy tak! – zaprzeczył stanowczo Stefan. – John był w Pradze kilka lat temu i opowiadał nam o Helsinkach i Rammstein. Oni rzeczywiście was podziwiają, bo takiego czegoś, takiego…uczucia nie widzieli nigdy.

- Zazdrościmy wam raczej! – powiedział Vasek, a Joana kiwnęła głową.

- Dobra! – uśmiechnąłem się – Dość już tego mazgajstwa. Jutro pojedziemy na te zakupki, ale nie o świcie. Musimy też szybko wynająć mieszkanie, bo państwo Riverson mają hotel tylko do niedzieli. Vasek! Mam prośbę! Jak wynajmiemy, zabierzesz moje książki i płyty? Resztę wywal bądź sprzedaj. Baretta, jeśli jeszcze tam jest, dajcie komuś. Przepisz mieszkanie na siebie i zrób z nim co chcesz. My nie możemy się w nim pokazać. Raz tylko zaryzykowaliśmy dziś i wystarczy!

- Skoro tak chcecie, to tak zrobię – zgodził się. – Żyjecie, jesteście, więc już nie musimy na was czekać. Chcieliśmy musieć! – poprawił się.

- Dzięki! – uścisnąłem go i wypiliśmy kolejny kieliszek – Wiktor przyjedzie pewnie jutro w nocy. Dacie radę spotkać się w niedzielę? Do tego czasu wynajmiemy jakieś mieszkanie. Słyszałem, że nie ma z tym w Pradze kłopotu.

- Nawet od ręki, umeblowane bardzo ekskluzywnie i drogo – potwierdził Stefan – Kwestia ceny. Dam ci adres takiego apartamentowca i załatwicie od razu. Chyba, że… - roześmiał się.

- Lepiej nie kończ! – odpowiedziałem w tym samym tonie – Pogadamy w niedzielę.

 

Upiliśmy się wszyscy poza Yvetą i Joaną. Około drugiej w nocy moja żona odwiozła Stefana do domu i dopiero na parkingu hotelowym pozwoliła uwolnić mi się z pasów. Przed snem kazała mi włączyć „Heavy Horses”, bo zanosiło się na burzę.

 

- Nie spytali po co przyjechaliśmy tak nagle! – szepnęła mi przed snem.

- Są zawodowcami, ale nam ufają – przytuliłem ją.

- Kochają nas! – ziewnęła.

 

Anderson śpiewał o ćmach lecących do lampy. Zasnęliśmy.

 

Wstaliśmy dość wcześnie, bo już o ósmej. Jet lag jeszcze nas trzymał trochę, więc zwalczaliśmy go kawą. Około dziewiątej pojechaliśmy do agencji wynajmującej mieszkania, której adres podał nam Stefan. Miał rację. Wszystko było kwestią ceny. Po pół godzinie wybraliśmy mieszkanie całkowicie urządzone, położone koło mostu Legii na nabrzeżu Malostranskim, na ostatnim piętrze starego, narożnego budynku przy zbiegu z ulicą Vitezna. Z zszokowaną niemarudzącymi klientami pracownicą agencji pojechaliśmy na „wizję lokalną”. Mieszkanie było dwupoziomowe. Dół stanowił ogromny salon w kształcie trapezu, gabinet, kuchnia i łazienka. Góra składała się z trzech sypialni, ogromnej łazienki i była po prostu przerobionym strychem. Z salonu okna wychodziły na Vitezną i nabrzeże Malostranskie, a trzecie, narożne, na most. Okno z kuchni pokazywało podwórko. W dodatku lokal miał własne miejsce parkingowe wliczone w cenę. Meble były nowe, telewizor i kino domowe też. Kuchnia i łazienka były całkowicie wyposażone. Yveta znalazła nowy odkurzacz i komplet naczyń oraz zastawę stołową. Był nawet ekspres do kawy. Bez wahania podpisaliśmy umowę na rok. Dziewczyna z agencji, prawie że całowała nas po rękach. Według naszej legendy ja byłem finansistą z Detroit, a Yveta analitykiem rynków finansowych. Zajęcia nudne, lecz kojarzące się z bogactwem i tak hermetyczne, że było mało prawdopodobne, by ktoś z przypadkowo spotkanych osób wiedział o co w tym chodzi. Dla panienki od mieszkań byliśmy typowymi przedstawicielami bogatej Ameryki. W myślach już liczyła swój zarobek od tej transakcji i decydowała co sobie kupi i jakie długi spłaci. Odwieźliśmy ją do biura, wróciliśmy do hotelu, rozliczyliśmy się, po czym pojechaliśmy do mieszkania. Wypróbowaliśmy sypialnię i koło pierwszej ruszyliśmy po Joanę i Vaska. Dziewczyny szalały po sklepach w nowo otwartej galerii, a my wlekliśmy się znudzeni. Petr też się nudził, więc Vasek zabrał go do zabawkowego, bo ja nie mogłem zostawić Yvety samej. Przed jednym ze sklepów była kawiarnia, więc nie musiałem wchodzić. Usiadłem tak, by dokładnie widzieć wnętrze. Za chwilę dołączył do mnie Vasek z Petrem, który trzymał w rękach duży model samochodu terenowego.

 

- Joana znowu powie, że go rozpuszczam! - stwierdził, siadając koło mnie.

- I rozpuszczaj – uśmiechnąłem się. – Ciebie i mnie nikt nie rozpuszczał i zobacz co z nas wyrosło? Z ciebie minister, a ze mnie nie wiadomo co. Niech przynajmniej Petr będzie normalny!

- Tylko nie przekazuj tej filozofii Joanie, bo nie zostawi na tobie suchej nitki! – roześmialiśmy się, a po chwili Vasek spytał – Nie potraktuj mojego pytania podejrzliwie, ale muszę je zadać. Powiedz! Nie przyjechalibyście, gdyby nie jakieś zlecenie, prawda?

- Prawda – skinąłem głową. – Przyjechalibyśmy pewnie na stałe, ale za jakieś dziesięć lat. Na emeryturę. Teraz skłoniono nas, a właściwie mnie, do zajęcia się pewną sprawą. Nie bój się! Nie dotyczy to was i powiem wam o co chodzi jutro, gdy będzie Wiktor.

- Wszystko? – zauważyłem leki odcień ironii w jego głosie.

- Vasku! A ty mi odpowiesz na wszystkie pytania? – odpowiedziałem – Pamiętasz, że nie chciałem, by Reczka opowiadał mi o czeskich sprawach? Pamiętasz, że zawsze prosiłem, byście mi nie mówili o rzeczach, które nie dotyczyły Holuba?

- Masz rację, przepraszam – zmitygował się. – Funkcja robi swoje, niestety! Czy będziecie chcieli od nas, myślę o BIS, jakiejś pomocy? Może tylko ode mnie? Dostaniecie ją. Tu nic się nie zmieniło u mnie i u Stefana. U Wiktora także.

- Kiedy ostatni raz strzelałeś? – skomentowałem jego propozycję.

- Wiesz…Ostatnio nie mam dużo czasu!

- A my byliśmy na strzelnicy na dzień przed odlotem do Pragi – uśmiechnąłem się. – Kiedy ostatni raz chodziłeś pod obserwacją, włamywałeś się, kradłeś samochody albo niszczyłeś mieszkanie Kacapa?

- Nie bądź okrutny! – westchnął głośno – Przecież wiesz, że na stołku taka praca jest niemożliwa!

- A chciałbyś?

- Jak cholera, bo dość mam tych pieprzniętych polityków! – roześmiał się.

- Coś się załatwi! – wybuchnąłem śmiechem – Nie bój się. Jeśli będziesz chciał, to skorzystamy z twojej pomocy, ale w inny sposób. Nie możemy przecież namawiać fajnego ministra do włamów!

- Okej – kiwnął głową. – Pewnie będziecie potrzebować broni?

- Tym się nie przejmuj – zapewniłem go. – Jakoś załatwimy. Jutro powiem wam czego chce od nas CIA – powtórzyłem.

- A oni nie będą mieli do was pretensji?

- Przecież oni dobrze wiedzą, że tak zrobię – wzruszyłem ramionami. – Akceptują, bo umówiliśmy się, że ambasady unikamy jak ognia. Nawet w przypadkach alarmowych. I tu mam do ciebie prośbę! Spotykasz się z łącznikiem CIA. On może mieć coś dla nas. Nie powie nic głośno, ale zostawi kopertę z napisem „H12”. Czasem i my zostawimy coś dla niego. Wybacz, że używam cię jako łącznika, ale i twoje służby też coś ugrają.

- Zaciekawiasz mnie coraz bardziej! – powiedział Vasek.

- Pogadamy u nas jutro – zakończyłem temat. – O! Dziewczyny idą!

 

Szły obładowane torbami, wesołe i pełne życia. Yveta nie zmieniła się prawie w ogóle. Włosy miała troszkę krótsze, ale nadal sięgały jej do bioder. Więcej nie pozwalałem jej skrócić. Joana troszkę zaokrągliła się po dziecku, ale nadal była piękną, zgrabną kobietą.

 

- Kupiłam ci spodnie, koszulę, nawet kilka, kurtkę i takie tam. Sobie też kupiłam takie tam, bo trzeba przecież włożyć coś do tych szaf. Pościel też kupiłam. Trzeba jeszcze iść po kołdry i poduszki, ale jak wniesiemy to do samochodu. Joana z Vaskiem zostaną, a ty Piotruś, łap paczuszki i zaraz wracamy – Yveta wyznaczyła szybko, co kto ma robić.

 

Poszliśmy na parking, zapakowałem wszystko do bagażnika i wróciliśmy po naszych przyjaciół. Kupiliśmy jeszcze kołdry, poduszki, koce, dwa płaszcze dla Yvety, torebkę i buty. Wreszcie pojechaliśmy do naszego wynajętego mieszkania. Vasek i Joana pochwalili nasz wybór. Potem pojechaliśmy do Fleka na obiad.

- Tutaj Piotrulek zdał sobie sprawę, że mnie kocha! – oznajmiła Yveta, gdy kelner odszedł z zamówieniem – I ja też sobie z tego zdałam sprawę, a właściwie nie zdałam, tylko zrozumiałam, że nie ma się czego bać.

- Oj, Yveta, Yveta! – roześmiałem się – A kto wściekł się na mnie za ten pocałunek przy bruderszafcie?

- Ja? – kręciła przecząco głową – No! Może troszkę, bo Stefan patrzył!

- A ja byłem na ciebie zły – dodał Vasek. – Bałem się o Yvetę, ale szybko mi przeszło.

- Dajcie już spokój tym wspominkom! – zażądała Joana – Zaraz powiem co Yveta mówiła o Piotrze i dopiero będzie wesoło!

- Ciekaw jestem co i kiedy? – spytałem ze śmiechem.

- Po waszym pierwszym spotkaniu w Warszawie – Joana uciekła z ręką, za którą usiłowała złapać ją Yveta, śmiejąc się także – Zadzwoniła do mnie i opowiadała, że poznała faceta, który nie zauważa i nienawidzi kobiet, ale ją zauważył i jest strasznie mądry i fajny i nie boi się nikogo i niczego i zakochała się w nim od razu! Nie czerwień się Yvetko! Tak było.

- E, tam! – wzruszyła ramionami moja żona – To Piotruś mnie męczył od pierwszego wejrzenia. Ja tylko poddałam się również od pierwszego wejrzenia.

- Tak było! – kiwnąłem głową – Vasek! Pamiętaj! One zawsze mają rację! - wybuchliśmy wszyscy śmiechem.

- To były takie fajne czasy! – Yveta pocałowała mnie w policzek – I nadal są fajne, bo jesteśmy razem i tyle się wydarzyło.

 

Kelner przyniósł jedzenie i przerwaliśmy rozmowę. Potem już tylko żartowaliśmy sobie, unikając tematów z przeszłości. Na koniec odwieźliśmy Joanę, Vaska i Petra do domu. Umówiliśmy się, że jutro około dwunastej będą u nas z Wiktorem i jego rodziną. Po drodze do naszego mieszkania zrobiliśmy jeszcze zakupy spożywcze, bo przecież nic w nim do jedzenia nie było.

 

- Już rozumiem, dlaczego opierałeś się tyle czasu przed powrotem – powiedziała Yveta, przytulając się do mnie w łóżku. – Zauważyłeś coś?

- Tak, kochanie – pogłaskałem ja po włosach. – Fascynacja nieoczekiwanym powrotem minęła i nasi przyjaciele zastanawiają się po co oni w ogóle przyjechali.

- Ale cieszą się, prawda?

- Cieszą, moja śliczna – uspokoiłem ją. – Nadal są naszymi przyjaciółmi i będą nadal lojalni. Po prostu wypadliśmy z ich życia na dziesięć lat. Oni też muszą przesunąć się w czasie, bo jeśli chodzi o nas, to stanęli w momencie naszego pożegnania. Nie uczestniczyliśmy w ich sprawach, oni w naszych. Wszechświat przesunął się o dekadę i teraz dopiero to zauważyli. My byliśmy na to przygotowani, oni nie. Mają swoje życie, swoją stałą codzienność z nami w tle, ale w dość historycznym odcieniu, a tu nagle okazuje się, że jesteśmy teraźniejszością. Trzeba czasu, by się do tego przyzwyczaić. Każdy, kto zdobędzie jakiś stopień stabilizacji, boi się nagłych zakłóceń. Nawet, jeśli uznaje je za wspaniałe. Nie obawiaj się! – pocałowałem ją – Nie będzie już tak jak wtedy, ale na pewno będzie wspaniale. Oni już wiedzą, że i my to wszystko rozumiemy.

- Kocham cię, gdy tłumaczysz mi wszystko, Piotruś – Yveta zaczęła pieścić mnie odważnie. – John miał rację. Po tym wszystkim, nie potrafilibyśmy żyć tak, jak oni. Wspaniały ten „Dream Theater” – westchnęła i zajęła się mną całkowicie, a ja podążyłem za nią poprzez nocne koszmary, które należy pamiętać, aż do zburzonych fortec, straszących nas niekiedy w lustrze, lecz zawsze wiedzieliśmy, że były to najlepsze z czasów z jakimi przyszło nam mierzyć się prawie codziennie.

 

Byliśmy jeszcze w proszku, gdy około jedenastej wpadł Wiktor z Vaskiem.

 

- Dawać mi tu tego pierdzielonego ubeka! – wrzasnął Remil w progu, po czym wpadł na mnie niczym taran, uścisnął mnie, przerzucił się na Yvetę i znowu na mnie. – Nareszcie jesteście! Tylko mi nie mówcie, że nie macie żadnych podejrzanych spraw, bo nie uwierzę!

- Mamy – powiedziałem spokojnie. – O tym później. Gdzie Kasia i Natalia?

- Zostały z Joaną – odpowiedział – Przyjadą później, bo domyśliły się, że chcecie pogadać o sprawach nie dla wszystkich.

- Dobrze wyszkoliliście żony – skomentowała Yveta i zaczęła robić dla nas wszystkich kawę, tym bardziej, że i Stefan przyszedł przed czasem.

- Moi drodzy! – zacząłem, gdy wreszcie wszyscy usiedliśmy za stołem – Wiem, że szczerze cieszycie się z naszego powrotu. Wiem też, że jesteście jednocześnie ciekawi, po co wróciliśmy.

- Znowu zaczyna! – przerwał mi Wiktor.

- Nie przerywaj, stary – uśmiechnąłem się. – Dzięki, Wiktor, że nie pytasz, co z nami się działo, bo też jesteś ciekawy powodu naszego nagłego pojawienia się w waszej rzeczywistości…

- Tylko nie filozofuj po swojemu i powiedz w końcu o co chodzi! – Remil przerwał znowu – Na opowieści będziemy mieli jeszcze czas.

- Właśnie! – skinąłem głową – Kochani, powtórzę to, co wczoraj mówiłem Stefanowi i Vaskowi, a ty Wiktor musisz zrozumieć, że ich sytuacja jest inna niż twoja. Jestem na ich terenie, nie ukrywam, że wynajęło nas oboje CIA. To sojusznicy, ale jednocześnie obcy wywiad. Sprawa dotyczy tylko i wyłącznie Polski, lecz muszę działać stąd, z Pragi. Oni, CIA i … - przerwałem na chwilę – Powiedzmy, że ktoś nad CIA, więc oni wiedzą, że zawiadomię was o tym, bo to był jeden z warunków mojej zgody na ten kontrakt.

- Namawiali Piotrka i mnie na zajęcie się tą sprawą od ponad roku – wtrąciła Yveta. – Piotrek nie chciał, stawiał warunki, niektóre idiotyczne, a oni wszystko akceptowali. W końcu zgodził się i jesteśmy. To naprawdę nie dotyczy Czech. No, może tylko w jednym punkcie!

- Z tego co mówisz, Yvetko, wynika, iż Amerykanom bardzo, nawet więcej niż bardzo, na czymś zależy – zauważył Stefan. – Zatrudnili kogoś, kto zna dobrze oba kraje, kto zna Rosjan i kto potrafi działać niekonwencjonalnie, a jednocześnie nie wpieprzy w kanał swoich przyjaciół.

- W dodatku, sprawa jest polityczna, ale politycznie nie może być rozwiązana, czyli kolejna operacja z serii dziwnych i prawie prywatnych, w której „prawie” oznacza „nic o tym nie wiemy w razie czego”. Mam rację? – dodał Vasek.

- Masz! – roześmiałem się – Też „prawie”, bo w Ameryce słowo „prywata” w kontekście polityki nie istnieje. Po prostu, oficjalne dochodzenie jest niemożliwe, zbyt wiele implikacji, więc trzeba kombinować. Reszta się zgadza.

- Powiedz wreszcie, co to za sprawa – odezwał się cicho, milczący dotąd Wiktor. – Chyba domyślam się.

- Dobrze się domyślasz – kiwnąłem do niego głową. – Smoleńsk.

- Oni też! – westchnęli Czesi, a Vasek powiedział – I czego będziesz szukał? Trotylu, bomb jonowych, czy bałaganu?

- Oni tego nie rozumieją – wyjaśnił Wiktor. – Już zdążyliśmy pokłócić się wielokrotnie.

- Nie chodzi o to czy to był zamach czy nie, ale o to, że nie jest to nasza sprawa – stwierdził Stefan. – Nie możemy mieszać się w politykę wewnętrzną Polski i żadnego innego państwa. Gdybyśmy coś wiedzieli, to pewnie przekazalibyśmy oficjalnym kanałem. Czego będziesz szukał, Piotrze?

- Śladów, cieni i duchów – odpowiedziałem. – Tak, wiem, że to nie wasza sprawa i dlatego chcemy prosić was tylko o to, byśmy mogli działać stąd spokojnie. Obiecuję, że gdy pojawi się jakiś czeski ślad, to i wy będziecie mieli uzysk operacyjny. Wybaczcie, że traktuję was wyłącznie jako zaplecze logistyczne, ale bez tego nic nam się nie uda. Jeśli nie zgodzicie się, to sprawy nie ma, a my wyjedziemy za jakiś czas.

- Oj, głupoty gadasz! – obruszył się Stefan – Za dużo nas łączy i za dużo dla nas zrobiliście, by odmówić wam. Przecież wiem, że w nic nas nie wpieprzycie, a może i my coś ugramy. Potrzebujecie miejsca i łączności, więc macie to. Z Vaskiem ustalcie szczegóły i jak was zabezpieczyć.

- Wszystko, oczywiście, nieoficjalnie – przypomniała Yveta. – Łączność jest prosta. Wczoraj Piotr wspomniał Vaskowi o niej. Zabezpieczenia na razie nie potrzebujemy i pewnie potrzebować nie będziemy. Może jakieś lewe dokumenty? To wyjdzie „w praniu”.

- Pytałeś ich o… - Stefan zwrócił się do Vaska.

- Pytałem – przerwał mu szef BIS. – Powiedzieli, że nie potrzebują, ale gwarantuję ci, że jak się spotkamy za dwa dni, to będą uzbrojeni po zęby! – roześmiał się na koniec.

- To mamy jasność! – zakończył temat Bator – Yvetka, mówiłaś o jednym punkcie stycznym z nami. Chodziło o tą informację?

- Tak – potwierdziła Yveta. – Czy to prawda, że na kilka dni przed dziesiątym kwietnia przekazaliście Polakom informację o możliwym zamachu na samolot prezydencki?

- Nic o tym nie słyszałem! – wykrzyknął Wiktor.

- O wielu rzeczach nie słyszałeś jeszcze, stary – powiedziałem smutno.

- To była niepotwierdzona informacja o możliwości zamachu na jakiś polski samolot, w którym będzie leciał ktoś z rządu – Stefan odpowiedział na pytanie Yvety. – Źródło było wiarygodne, więc przesłaliśmy informację, zaznaczając, że jest niepotwierdzona.

- Czy to źródło, to człowiek czy technika? – spytałem.

- Człowiek – odpowiedział tym razem Vasek. – Sprawdzony, Rosjanin z ciekawymi układami w Moskwie. Sam się przestraszył tej informacji.

- Nie mogę prosić o spotkanie z nim, ale czy możecie raz jeszcze przepytać go? Może powie coś więcej? – poprosiłem.

- Niestety – pokręcił głową Bator. – Pewnie spotkałbyś się z nim, ale to nie możliwe. Jakow Bezariew zginął trzy miesiące temu w wypadku samochodowym na terenie Niemiec. Niemcy dotąd nie odpowiedzieli na nasze pytania, a my nie naciskamy, bo przecież był naszym agentem.

- Dacie mi coś o nim? – spytałem. – Chyba mamy kolejny punkt styczny, ale to zostawmy na później.

- Damy – zgodził się Vasek. – Może przy okazji wyjaśnicie tą śmierć?

- Chyba będziemy musieli – oświadczyła Yveta.

- Dobrze! – Stefan wstał – Muszę się zbierać. Vasek mnie odwiezie, jadąc po Joanę i Kasię, a wy sobie pogadacie spokojnie.

 

Pożegnaliśmy się ze Stefanem, a gdy obaj Czesi wyszli, Wiktor wyjął z torby butelkę „Luksusowej”, poprosił Yvetę o szklanki, po czym nalał po połowie i wypiliśmy. Był bardzo zdenerwowany.

 

- Kurwa! – przeklął w swoim starym stylu – Piotrek! Ty nawet nie wiesz co się u nas dzieje! Smoleńsk zmienił wszystko, a władza niszczy każdego, kto nie zgadza się z wersją Ruskich i tej komisji w Polsce. Wiesz, tej rządowej! Amerykanie zdecydowali się pomóc? Mają nagrania, zdjęcia…

- Nie podniecaj się – przerwałem mu. – Amerykanów gówno obchodzi czy był to wybuch, czy coś innego. Mówisz zdjęcia. Mają i co z tego? Tylko oni mogą je zinterpretować, a nie chcą oficjalnie wtrącać się do tego. Uznali, że to nasza sprawa i koniec.

- Ale przecież taki samolot nie rozwali się o drzewko! – ekscytował się Remil.

- Wiktor! Nie dyskutuj ze mną o sprawach technicznych! Nie tego szukam, bo nikt nic nie znajdzie. Nie obraź się, ale CIA nie interesuje się śmiercią polskiego prezydenta, bo nie była zagrożeniem dla USA. Zrozum! Prezydent dał się we znaki Kacapom, ale nie miało to wpływu na Amerykę.

- To po co cię przysłali? – zirytował się.

- Zaraz się dowiesz – nalałem kolejne „pół szklanki”. – Najpierw powiem ci, dlaczego się zgodziłem. Może niech Yveta powie. Będzie bardziej wiarygodna.

- Rzeczywiście namawiali Piotrka od końca kwietnia 2010 – powiedziała Yveta. – Obiecywali złote góry, godzili się na wszystko i w końcu, jakieś trzy miesiące temu, Piotrek zgodził się na ten kontrakt, bo stwierdził, że przy okazji wyjaśni co stało się w Smoleńsku. Jak to zwykle on, jak wtedy. Połączył sprawy służbowe z osobistymi, ale prowadzącymi do jednego celu.

- Teraz to mnie skołowaliście zupełnie! – stwierdził Wiktor.

- Widzisz! – wyjaśniłem – Dla nas, Polaków, śmierć prezydenta jest najważniejsza, bo był to koniec niezłej polityki wobec Ruskich, skutecznej i wbrew pozorom pragmatycznej. Dla Amerykanów to nie miało znaczenia. Na pokładzie tej „Tutki” zginął ich wieloletni agent, uplasowany dość wysoko od dawna wśród polskich, nazwijmy to „elit” i w miejscu, z którego mógł kontrolować interesy USA, paraliżować wchodzenie w nie Ruskich oraz Niemców, a także przedłużać dla wygody Ameryki niektóre rozwiązania. Był bardzo ważnym agentem.

- Co ty, kurwa, pierdolisz! – krzyknął Wiktor – To jakaś ściema!

- Uważasz, że nie ma amerykańskich agentów w Polsce? – uspakajałem go – Pamiętasz nasze ustalenia i rozmowy? Wieczną wściekłość, że kontrwywiad nic nie robi? Zmitologizowaliście każdego, kto zginął. Jak to jest, że wystarczy umrzeć nagle i w niejasnych okolicznościach, by zostać bohaterem?

- Przepraszam cię! – Wiktor był przygnębiony – Od dawna nie pracuję w kontrwywiadzie i czasem myślenie życzeniowe, mitologiczne wręcz, zastępuje podejście operacyjne. Kto to był? Masz dowody? Amerykanie musieli ci powiedzieć, skoro przyjąłeś ten kontrakt!

- Powiedzieli i pokazali nam papiery – wtrąciła Yveta. – Piotrek pił potem trzy dni i nie mogłam go uspokoić. Wiesz, jaki on jest! Szpieg to szpieg i nieważne dla kogo pracuje. Najgorsze było to, że on, łowca szpiegów, ma szukać zabójców kogoś, kogo sam by wsadził.

- Uważasz, że to takie miłe? – nalałem kolejną porcję wódki – Poznać dowody na rozgrywanie twojego własnego kraju przez wszystkich naokoło? Przez te lata unikaliśmy spraw polskich. Nikt od nas tego nie żądał, aż wreszcie nadeszła ta cholerna tragedia i wtedy zobaczyłem, że nic nie znaczymy, że nikogo nie obchodzi polski prezydent, a liczy się tylko dobrze uplasowany agent. Co miałem zrobić? Zgodziłem się w końcu na swoich warunkach. Amerykanie wiedzą, że będę chciał dojść do tego, kto i co stoi za Smoleńskiem, a ten pieprzony agent to tylko pretekst – robiłem się wściekły tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy CIA pokazało mi akta.

- Ale kto to jest? – Wiktor nalał znowu.

- Nie powiem ci teraz – wypiłem jednym haustem. – Nie! Jedno ci powiem. Wyobraź sobie człowieka, który został w 1982 roku zwerbowany przez wojskowych i wysłany do Ameryki na stypendium. Tam odwróciło go CIA i stworzyło mu warunki do uzyskania dobrej pozycji w Polsce. Budowali mu tą pozycję od roku 1990. Powiem ci kto to był, ale nie teraz. Teraz nie wolno ci powiedzieć nikomu o tym ani słowa. Wiktor! Mamy szansę znowu porozrabiać, bo do takiej operacji musieli mieć źródła po wszystkich stronach. W otoczeniu prezydenta też!

- Wiem! – powiedział smutno Wiktor – U nas nie można o tym mówić, bo to niepolityczne, ale gdybym był w kontrwywiadzie…

- Masz szansę być w nim znowu, ale prywatnie i nieoficjalnie. Jesteś ze mną?

- Czego od ciebie chcą Amerykanie? – zapytał i spojrzał na mnie uważnie.

- Od nas, bo my zawsze jesteśmy razem – sprecyzowała Yveta. – Chcą, byśmy znaleźli czy i jak został zdekonspirowany ich agent, kiedy i dlaczego postanowiono go zabić. Tego nie da się wyjaśnić bez wyjaśnienia przyczyn tej katastrofy. Jesteś z nami?

- Jak, kurwa, możecie wątpić! – zaperzył się Remil i zmitygował natychmiast – Przepraszam Yvetko!

- Nie szkodzi! Piotrek przez trzy dni klął tak, że nawet ja nie rozumiałam i dobrze – uśmiechnęła się.

- Jesteś z nami? – spytałem – To nie będzie bezpieczna zabawa.

- Wiem! – wzruszył ramionami – Z wami i bezpieczne zabawy! Oksymoron! Jestem, stary, jestem!

- Pamiętaj! – uprzedziłem go raz jeszcze – Tylko my o tym wiemy i nikt więcej! Działamy jak kiedyś, o ile ci twoja poselska dupa nie urosła za bardzo!

- Zaraz ci pokaże poselską dupę! – roześmiał się – Pić możemy jak dawniej, więc nic się nie zmieniło! Jak myślisz? Kto za tym stoi?

- Rosjanie? Może Rosjanie i Niemcy razem? Może sami Rosjanie? Za tydzień przyjedziemy do Polski. Możesz wynająć jakiś domek z dala od Warszawy? Pogadamy wtedy.

- Nie potrzebuję wynajmować. Mam działkę na Mazurach z domkiem. Dam ci później adres i tam się spotkamy.

- To jesteśmy umówieni – Yveta zabrała nam butelkę. – Przestajecie pić, bo zaraz Vasek z dziewczynami i dziećmi przyjedzie, więc pijaków nam tu nie potrzeba!

- Zupełnie jak w „Baszcie”! – roześmieliśmy się obaj.

 

Pokazaliśmy Wiktorowi całe mieszkanie. Remil utykał trochę, ale po wydarzeniu sprzed ponad dziesięciu lat nie pozostało praktycznie żadnego śladu. Zadzwonił dzwonek do drzwi i cały dom wypełnił się płaczem, piskami, powitaniami oraz śmiechem. Przyjechała Kasia z Joaną i z dziećmi. Joana przywiozła Kizię, która odważnie zwiedzała mieszkanie. Witałem się i ja, lecz obserwowałem jednocześnie Wiktora, który nie mógł się uspokoić. W pewnej chwili, wziął butelkę, kiwnął na mnie i wszedł do gabinetu. Poszedłem za nim.

 

- Zajęci są sobą – stwierdził. – Nie zauważą naszego zniknięcia.

- Nie zamykaj drzwi – poprosiłem. – Muszę widzieć Yvetę, a ona mnie.

- Vasek mówił mi, że zachowujecie się…niekonwencjonalnie – skomentował, ale pozostawił drzwi otwarte.

- Po Helsinkach tak postanowiliśmy i tak jest cały czas – powiedziałem. – Nawet Amerykanie przyzwyczaili się do tego.

- W sumie to piękne – westchnął – Zabiłeś mi ćwieka, Piotrek!

- Nie martw się! – wypiłem łyka z butelki tak, jak Remil – Jeśli się uda wszystko, to naruszymy ten system.

- Cieszę się, że jesteście! – uśmiechnął się do mnie – Naprawdę! Od czego zaczniesz?

- Od rozmowy z tobą w przyszły weekend – odpowiedziałem – Możesz przygotować mi wszystkie informacje, do jakich dotrzesz o organizacji tego lotu? Nawet plotki. Interesuje mnie w szczególności kto robił listę delegacji, kiedy i jakie były zmiany.

- Jest wiele plotek i teorii – westchnął Wiktor. – Postaram się.

- Interesuje mnie również Maurycy Zarzycki i jego delegacje przed Smoleńskiem. Możesz zdobyć coś na ten temat?

- Kto?! – wykrzyknął i domyślił się – Nie pierdol!

- Zapomnij to nazwisko, nie wymieniaj go nigdy, chyba, że rozmawiasz ze mną – powiedziałem zimno. – Poszukaj dokumentów na jego temat oraz rodziny. W przyszłą sobotę przyjedziemy rano i pogadamy.

- Jest to możliwe! – Remil skomentował swoje myśli raczej niż moją prośbę – Boże! Jesteśmy ślepi!

- Raczej zaślepieni, stary – podszedłem do drzwi. – Chodźmy do reszty. Masz dość na dziś. Pomyśl teraz jak ja się czułem, gdy przeczytałem kwity Amerykanów. On sprzedał im własną siostrę, wszystkich przyjaciół i sprzedawał cały czas. Nie mieli o nim zbyt dobrej opinii jako o człowieku, ale był dobrym agentem.

- Trudno o tym nie myśleć – odpowiedział smutno i dodał. – Rzeczywiście, Yveta cały czas kontrolowała, gdzie jesteś, a ty też robiłeś tak samo.

 

Nie skomentowałem jego słów i dołączyliśmy do pozostałych. Reszta dnia upłynęła bardzo miło. Rozmawialiśmy, jedliśmy, dzieciaki bawiły się razem, Kizia polowała na coś. Okazało się, że Joana zostawi ja u nas na kilka dni. Pozornie wszystko było jak dawniej. Pozornie, bo my byliśmy już inni. Kasia wróciła do pracy i była teraz naczelnikiem jednego z wydziałów prewencji w Komendzie Głównej. Mieszkanie zmienili na większe. Przeprowadzili się na nowy Wilanów. Wiktor pisał i działał w polityce. Przegrał w 2007, lecz nadal był posłem. Nie rozmawialiśmy o służbach powstałych po likwidacji UOP. Nie chcieliśmy mówić o tym teraz. Remilowie chcieli jechać w poniedziałek rano, bo we wtorek musieli być w pracy. Joana i Vasek także zaczynali zwyczajny tydzień. Umówiliśmy się z Vaskiem na wtorek, a z Wiktorem na sobotę rano na Mazurach i około dwudziestej pierwszej zostaliśmy sami. Nie do końca sami, bo z Kizią. Yveta była milcząca, ja też. W pewnej chwili, gdy puściłem „Grand Canyon Suite”, zaczęła płakać. Moratz grał, Yveta płakała, a ja mogłem tylko przytulić ją i poczekać, aż się uspokoi.

 

- Nie pasujemy tu! – powiedziała w końcu przez łzy – Jest fajnie, ale to jakiś dziwny, obcy świat! Nie rozumiem ich problemów, nie rozumiem ich życia!

- Tłumaczyłem ci to już, kotku – odpowiedziałem cicho. – Przyszliśmy z innego wymiaru i tylko Kizia to rozumie, bo i ona przechodzi pomiędzy wymiarami. Oni żyją tak, jak powinni żyć i cieszmy się ich szczęściem. To także nasze szczęście. Pamiętasz tego Kacapa w Londynie?

- Tego, który zabił Jakowlewa z córką? – raczej potwierdziła niż spytała.

- Tak! Jego oczy, gdy zrozumiał, że zamiast przyjemności czeka go piekło.

- Patrzył na mnie pożądliwie do samego końca – uśmiechnęła się. – Dopiero, gdy zobaczył twój nóż wychodzący przez jego piersi, poczuł ból i zrozumiał, że staje się wyłącznie kupą gnijącego mięsa.

- Spojrzeliśmy w otchłań i otchłań nas obserwuje – zauważyłem smutno.

- Już dobrze Friedrichu Wilhelmie – pocałowała mnie. – Przeszło mi i wszystko będzie dobrze, a z otchłanią zawsze sobie radziliśmy, więc poradzimy i teraz.

 

Zajęliśmy się sobą, a ściany kanionu waliły się na nas fortepianem i głosem Lee Jacksona. Kizia mruczała zadowolona w nogach łóżka, rozpychając się niesamowicie.

 

W poniedziałek pojechaliśmy po broń. Zorganizowano nam skrytkę, którą musieliśmy po prostu obsłużyć. Yveta wprowadziła dane do GPS i ruszyliśmy. Cel naszej podróży znajdował się niecałe dwadzieścia kilometrów od Pragi. Zatrzymaliśmy się na małym parkingu, właściwie na rozjechanym placyku, który zamieniał się w leśną dróżkę przy wjeździe do miejscowości Trebotow. Naprzeciwko był przystanek autobusowy.

 

- Kiedyś to szedłem sobie spokojnie, a tu muszę bawić się telefonem! – narzekałem, ustawiając specjalną aplikację na swoim Iphone – Cholerna technologia!

- Aktywowali znacznik? – spytała Yveta.

- Tak! Wczoraj wieczorem – kiwnąłem głową, wprowadzając swój identyfikator i hasło. – Będzie aktywny do wieczora.

- To nie marudź! Idziemy!

 

Wyszliśmy z samochodu, rozejrzeliśmy się wokoło i weszliśmy w las. Prowadził nas specjalny program, który CIA wgrało w mój telefon. W skrytce był znacznik emitujący sygnał przeznaczony tylko dla nas. Aplikacja była widoczna wyłącznie dla tego, kto o niej wiedział. Skrywała ją jakaś idiotyczna gra. Trzeba było przejść dwa proste lewele, a potem zalogować się do tak zwanej „społeczności”. Nazwa użytkownika i hasło powodowało, że ekran zmienił się w szczegółową mapę, na której migająca strzałka wskazywała drogę do celu. Wystarczyło nacisnąć przycisk „power” w telefonie, by powrócić do ekranu gry. Jeśli stało się tak przed odebraniem kontenera, to centrala zaczynała poszukiwania, bo oznaczało to, że ktoś wpadł w kłopoty. Znacznik w schowku wyłączał się po nałożeniu na siebie dwóch punktów: jego własnego i telefonu. Od aktywacji mieliśmy dobę na obsługę. Najlepsze było to, że w trakcie dojścia telefon działał normalnie, odbierał i dzwonił, „usypiał się”, wzbudzał. Byle tylko nie naciskać „powera”. Mapa pokazała, że mieliśmy do przejścia pięćset metrów.

 

- Daj mi się pobawić! – poprosiła Yveta i dałem jej telefon.

- Gdyby było cieplej, to byśmy wykorzystali okazję do namiętnej randki! – objąłem ją.

- Ba! – roześmiała się Yveta i pokazała starą ambonę, stojącą przy małej polance. – To tam. Przynajmniej to ustrojstwo miga coraz szybciej.

- Ambona też się nadaje, kochanie! – powiedziałem namiętnie.

- Do roboty, świntuchu! – rozkazała.

 

Doszliśmy do ambony. Strzałka uspokoiła się, gdy stanęliśmy nad drewnianym wspornikiem w kształcie skrzynki, koło schodków prowadzących na podest dla myśliwych. Wspornik zbudowany był z bali drewnianych. Wiedziałem jednak, że drugi bal od dołu jest ruchomy na poziomie piątego szczebla. Yveta oparła się o drabinkę, zacząłem ją całować namiętnie i jednocześnie wymacałem szczelinę otwierającą drewnianą belkę. Wyjąłem ze środka trzy owinięte w folię paczki. Każda miała kształt grubej książki. Schowek musiał być duży, chociaż nie był całkowicie wydrążony. Bal otwierał go i zamykał.

 

Zamknąłem schowek, włożyłem paczki do plecaka i wróciłem do całowania Yvety, której też nie spieszyło się zbytnio.

 

- Wracamy kochanie – szepnąłem. – Odbijemy sobie w domu.

 

Spojrzałem na telefon. Po najściu na siebie obu znaczników, aplikacja wyłączyła się sama i powrócił ekran gry. Doszliśmy do samochodu. Tym razem ja prowadziłem, a Yveta rozpakowywała paczki.

 

- Kiedyś to bym postawił kredą znak, że obsłużyłem schowek, a teraz robi to za mnie telefon! Po cholerę im człowiek? – stwierdziłem.

- A kto obsłuży telefon, głuptasku? – Yveta dotknęła mojego ramienia – Oj, coś dzisiaj marudek z ciebie! Jak zawsze, gdy zaczynamy! Otwieram przesyłki.

 

Pierwsza paczka zawierała SIG Sauera P228 M11. To była nowość i miał wejść na stan wojska w przyszłym roku, ale Yveta lubiła testować nowe zabawki. Ja zresztą też, więc i na mnie czekała również nowość: Glock 19 czwartej generacji. Był w drugiej paczce wraz z trzema „dziewiętnastoosobowymi” magazynkami. W trzeciej paczce były nasze kabury, rotacka zrobiona dla mnie w Stanach i oryginalny KA-BAR, prezent od Ricka, który dał mi go, gdy wróciliśmy z Iraku w 2004. Zatrzymałem się na parkingu przed stacją benzynową. Włożyliśmy magazynki do pistoletów, a same pistolety do kabur. Yveta schowała swój do torebki, a ja pod kurtkę, po czym poszliśmy na kawę. Po drodze wyrzuciliśmy resztki opakowania do pojemników na śmiecie. Teraz dopiero czuliśmy się bezpiecznie, bo w ciągu ostatnich dziesięciu lat bardzo rzadko chodziliśmy bez broni tyle czasu.

 

- Co robimy dalej? – spytała Yveta pijąc gorącą kawę – Masz jakiś plan?

- Jutro pogadamy z Vaskiem i chyba wyjedziemy w czwartek do Niemiec na jeden dzień - odpowiedziałem. – Musimy zobaczyć, gdzie zginął ich uchol. Może coś znajdziemy?

- Dobrze. Stamtąd pojedziemy do Polski – zgodziła się. – Ciekawe, co znajdziemy w Niemczech?

- Może nic – pokiwałem głową. – Nie wiem. Niewątpliwie to dziwny zbieg okoliczności z tym agentem.

- Coś czuję, że ta sprawa pełna jest zbiegów okoliczności – zgodziła się Yveta. – Pij, Piotruś i jedziemy do domu. Pomieszkamy trochę.

 

Vasek wpadł do nas nazajutrz w południe. Podał mi teczkę z dokumentami agenta „Wadim”, czyli Jakowa Bezariewa, kiedyś pułkownika KGB, potem chwila w SWR, a na końcu „Gazprom”. „Typowa ścieżka kariery.” – skomentowałem w myślach.

 

- To tylko wycinek – zaznaczył Vasek. – Rozumiesz chyba.

- Oczywiście! – wzruszyłem ramionami – Jak go zwerbowaliście?

- To też efekt „Holuba” – uśmiechnął się. – Po tej akcji w Rosji zrobił się niezły bałagan. Dodali dwa do dwóch, czyli nasze pozostałe akcje i wyszło im, że nie są tacy genialni. Putin wzmacniał FSB, bo ich ludzie nie byli zamieszani w tę całą awanturę. To oczywiście odbiło się na obu wywiadach. FSB zaczęło przejmować przykrycia i eliminować takich jak Bezariew. Udało mu się, bo miał niezłe układy u nas. To znaczy znał kilku ważnych polityków. Obserwowaliśmy go, podeszliśmy, uświadomiliśmy mu, że możemy szybko zakończyć jego znajomości i był nasz. Trochę graliśmy nim, trochę wykorzystywaliśmy informacyjnie. To, co mówił potwierdzało się, więc po pewnym czasie uznaliśmy go za wiarygodnego.

- Czy o możliwym zamachu na polski samolot powiedział z własnej inicjatywy? – spytała Yveta – Jak to odebraliście?

- Z własnej. To było w marcu. Na początku. Tu jest notatka – pokazał nam dokument. – Był tydzień w Rosji. Mieli doroczne zebranie dyrektorów regionalnych. „Gazprom” urządza takie spędy raz do roku. Wrócił i wywołał spotkanie. Zdał relację z pobytu i na koniec przekazał plotkę na temat polskiego samolotu i jednego z polityków, a właściwie wyższych urzędników z waszego MSZ.

- Wymienił nazwisko? Jakieś szczegóły? – zapaliłem papierosa.

- Nie – odpowiedział Vasek. – Tylko tyle. Usłyszał to w kuluarach od ludzi z Kremla. Podobno jeden z waszych miał przeszkadzać Rosjanom w jakimś kontrakcie zbrojeniowym. Tak powiedział. „Kontrakt zbrojeniowy”. Po dziesiątym kwietnia nie wracaliśmy do tego, a Bezariew jakby zapomniał o tym.

- Jakby? – wtrąciliśmy oboje.

- Kilka razy wspomniał o waszej „tutce”, ale tak, jakby chciał dowiedzieć się od nas, czy coś wiemy więcej. Musicie zrozumieć, że nie podejmowaliśmy żadnych działań. Polskie służby też o nic nie prosiły, więc uznaliśmy, że same coś robią. To naprawdę nie jest nasza sprawa!

-Wiem, Vasku – uspokoiłem go. – Nie o to chodzi. Moim zdaniem facet musiał coś skojarzyć i badał reakcję. Chyba nie tylko waszą. Jak zginął?

- Wyjeżdżał ze stacji benzynowej. Tu masz namiary. Włączał się do ruchu i uderzył w niego TIR z Ukrainy. Była trzecia nad ranem. „Wadim” zginął na miejscu, ale jego żona miała szczęście. Przeżyła i leży w niemieckim szpitalu. W teczce są wszystkie dane. Kierowca TIR został przesłuchany i zwolniony za kaucją. Jechał długo, był zmęczony, jakiś inny samochód zasłonił mu widok. Podobno wrócił do siebie. Takie są wyjaśnienia Niemców.

- Nie wierzysz im – stwierdziła Yveta.

- Nie wierzę, ale to moje prywatne zdanie – zastrzegł się Vasek. – Po pierwsze, nikt nie widział na drodze żadnego innego samochodu. Po drugie, kierowcę tylko przesłuchali i pozwolili mu szybko wyjechać po wpłaceniu kaucji 2000 euro. Śmieszna suma! Po trzecie, kierowca pracował dla polsko-ukraińskiego przedsiębiorstwa „GazInstall”, zajmującego się instalacjami urządzeń kontrolujących terminale przesyłowe rosyjskiego gazu. Co on robił w Niemczech? Ta firma nie wykonuje nic na terenie Niemiec. Jest jeszcze czwarty powód. Jakieś trzy miesiące przed wypadkiem Bezariew poinformował nas, że podeszli do niego ludzie z BND. Zaproponowali współpracę, a on zaczął grać na zwłokę, bo potrzebował konsultacji z nami. Kazaliśmy mu odmówić kategorycznie i poprzez łącznika zasugerowałem Niemcom, że Rosjanin jest w kontakcie z nami. Jeśli chcą jakieś informacje od „Wadima”, to poprzez nas. Normalna natowska rutyna. Nie odpowiedzieli nic, ale odczepili się od niego. Potem był ten wypadek. BND było bardzo pomocne! Aż za pomocne, bo nie pytani powiadomili nas o wynikach ich ustaleń. Notatka jest w tych materiałach!

- Noo tak! – westchnąłem – Wygląda to wszystko nieciekawie. Masz absolutnie rację, że nie wierzysz Niemcom. Widzę, że czeka nas dużo roboty.

- Może uda się coś wam znaleźć – powiedział Vasek. – Oficjalnie sprawa jest dla nas zamknięta, więc Niemcy, jeśli czegoś pilnują, to rutynowo.

- Jedziemy w czwartek rano – oznajmiła Yveta, kończąc temat. – Załatwisz nam jutro jakąś strzelnicę?

- A co? – roześmiał się Vasek – Już jesteście uzbrojeni, czyli miałem rację!

- Miałeś – przytaknąłem. – Powiem ci, jak zdobyliśmy broń, ale tylko tobie. Takie skrytki nie są wyłączną domeną CIA i warto, byście delikatnie zaczęli poszukiwania podobnych urządzeń.

 

Pokazaliśmy mu pistolety, opowiedziałem o naprowadzaniu przez GPS i ukrytych programach. Ostatecznie Vasek był naszym przyjacielem, a ja traktowałem Czechy jak Polskę. Przypuszczam też, że CIA wiedziało, iż powiem BIS o skrytce. Może nawet chciało wykorzystać mnie w tym celu? W tym biznesie nieoficjalne kanały są zawsze najcenniejsze.

 

- I tak musimy pogadać z Amerykanami o sprzęcie do wykrywania takich bajerów – powiedział Vasek. – My sami nie mamy takiej technologii. W każdym razie, dziękuję za informacje. Ruskie pewnie też stosują już takie sposoby i przyjrzymy się im pod tym kątem.

- Poproś oficjalnie CIA o pomoc – poradziłem mu. – Oni też powinni być zainteresowani waszymi poszukiwaniami. Wciąż kontrolują poziom technologiczny Rosjan. Uwierz mi, nie należy nie doceniać Kacapów.

- Wiem o tym dobrze, Piotrek! – skomentował moje słowa Vasek – Jak dobrze, że znowu możemy popracować razem! – dodał – Może nie wszystko teraz mogę zrobić, ale czuję, że znów narozrabiamy!

- Oj, ministrze, ministrze! – roześmialiśmy się wszyscy – Nawet nie wiesz jak my się cieszymy!

 

Vasek dotrzymał słowa i na drugi dzień pojechaliśmy wszyscy na strzelnicę antyterrorystów. Zauważyłem, że nasz minister ćwiczy częściej niż się do tego przyznał.

 

- Tak – domyślił się Vasek. – Odstresowuję się tu czasami, ale widzę, że i wy jesteście w znakomitej formie!

- Lata praktyki! – uśmiechnęła się Yveta.

 

Potem podjechaliśmy na kawę do małej kafejki, odległej o kilka przecznic od pracy Vaska.

 

- Jak przewieziecie broń do Polski? – spytał – Mogę was zwolnić na granicy, ale…

- Nie trzeba! – przerwałem mu – Nas nie ma i nie może być żadnych widocznych powiązań z wami, ale dziękuję.

- Zaryzykujemy – dodała Yveta. – Amerykanów raczej kontrolują pobieżnie. Przynajmniej w Europie. Jedziemy przez Niemcy. Chcemy zobaczyć miejsce wypadku twojego agenta.

- Tylko uważajcie! – uśmiechnęliśmy się wszyscy, bo Vasek zdał sobie nagle sprawę, że taka rada dla nas może być wyłącznie wyrazem troski o przyjaciół, a nie instrukcją, jaką wydaje się zwykle pracownikom.

- Będziemy! – odpowiedzieliśmy oboje.

 

Wieczorem odwieźliśmy Kizię do Joany, pożegnaliśmy się, potem schowaliśmy broń w siedzeniach Dodga i w środku nocy wyruszyliśmy do Niemiec.

 

Filmy sensacyjne, seriale telewizyjne i literatura kryminalna oraz szpiegowska oferują całą gamę sposobów na przemycanie broni przez granicę. Czasem oglądaliśmy lub czytaliśmy takie produkcje, śmiejąc się w głos, bo nauczyliśmy się, że aby bezpiecznie przemycić broń do innego kraju musisz mieć szczęście, albo spełnić, któryś z trzech warunków: polityczny, operacyjny lub finansowy. Często wszystkie trzy warunki łączą się, bo wszystko zależy od zleceniodawcy i odbiorcy. W pozostałych przypadkach liczy się tylko szczęście wsparte odrobiną psychologii. Yveta spała na siedzeniu obok, a ja prowadziłem i rozwijałem w myślach swoją przemytniczą teorię. Każde państwo handluje bronią na ogromną skalę. Świat widzi tylko kontrakty oficjalne i nie zauważa tych, które pomagają w prowadzeniu polityki, zdobywaniu tajnych sojuszników, a także uzależnianiu marionetkowych często rządów od dostawców podstawowych narzędzi utrzymania władzy. Istnieją konwencje, zakazy, instrumenty kontrolne, ale kto by się nimi przejmował! Waszyngton, Moskwa, Pekin, Londyn czy inna znana stolica, robiły zawsze wszystko, by ominąć restrykcje. Wszyscy pilnowali tylko tego, by żadna ze stron nie przesadziła. Wtedy, gdy przekroczono granice lub zaistniała potrzeba polityczna uderzenia w przeciwnika, dziennikarze mieli o czym pisać! Na co dzień, transporty przechodziły przez granicę spokojnie, chronione państwowymi dokumentami oraz państwowym immunitetem.

 

Politykę koncesjonowanego przemytu broni ochraniały, oczywiście, wywiady, załatwiając przy okazji swoje własne interesy, o których nie zawsze wiedziała władza, finansująca te instytucje. Agentura, korumpowanie urzędników, a także schowki, podobne do tego, który obsłużyliśmy pod Pragą, zabezpieczały działania i dawały odpowiednią, dopuszczalną proporcję pomiędzy ryzykiem, a bezpieczeństwem operacji. Największym wrogiem w takich przypadkach był kontrwywiad, ale tak zawsze jest w tej pracy. Szacunek maksymalnie dopuszczalnych strat wyznaczał wszystkie stałe i zmienne, a także określał środki oraz użyte do konkretnego działania siły. Tu też rządziła ekonomia wsparta przez politykę, lecz przede wszystkim każdy element konkretnego projektu operacyjnego wyznaczał stopień zagrożenia dla interesu państwa, przeprowadzającego konkretną operację. To, dla każdego wywiadu, był zawsze główny determinant działania. No, prawie dla każdego!

 

Mafii i innym amatorom przemytu pozostawało jedynie skorumpowanie urzędnika na granicy. W przeciwnym razie musieli liczyć na łut szczęścia. Wybraliśmy z Yvetą „łut szczęścia”, bo przy obecnych możliwościach kontroli jawnej i tajnej nie było sensu bawić się w jakieś specjalne skrytki lub kamuflaże. Po prostu, schowaliśmy pistolety do pojemników pod przednimi siedzeniami, nóż i rotaczkę włożyłem do schowka na dokumenty, po czym zdaliśmy się na Schengen oraz naszą amerykańską tożsamość. Na tym, bowiem, polega wspieranie szczęścia psychologią. Pomiędzy państwami Unii kontroli nie było prawie w ogóle, a Amerykanów traktowano często jak „święte krowy”, co było widać szczególnie w nowych państwach unijnych. Na to właśnie liczyliśmy. Co prawda, alternatywą była „zielona granica”, lecz uznaliśmy, że to byłoby bardziej ryzykowne niż normalne, zwyczajne podróżowanie drogami, po których poruszali się „normalni” ludzie. Nie pomyliliśmy się. Na granicy czesko-niemieckiej nie było nikogo. Pozostały jedynie ślady z czasów „przedunijnych”. Yveta spała i nawet nie zauważyła, że wjechaliśmy do Niemiec.

 

- Dojeżdżamy, kochanie – obudziłem ją delikatnie. – Za pół godziny będziemy na miejscu.

- Która godzina? – ziewnęła. – Zatrzymaj się, kotku. Teraz ja poprowadzę.

 

Zatrzymałem się na poboczu. W trakcie zmiany miejsc pocałowaliśmy się mocno na przywitanie i ruszyliśmy dalej. Za dwadzieścia minut stanęliśmy na parkingu stacji benzynowej przy Göteborger Straße w mieście Lutzen. Wypadek zdarzył się koło trzeciej w nocy. My pojawiliśmy się tam o drugiej trzydzieści pół roku później.

 

Oboje pomyśleliśmy to samo i zaskoczeni usiedliśmy na kawie w malutkim pustym barku niewielkiej stacji benzynowej. Kawa była dostępna tylko z automatu. Obrzydliwie śmierdziała tekturowym kubkiem. Zatankowaliśmy przedtem. Śpiący za ladą niemiecki pracownik był wyraźnie niezadowolony. Popatrzył na nas wściekle, przyjął gotówkę i burknął coś, wskazując automat z kawą i dwa barowe stołki. Nie była to wielka stacja, nie było na niej TIRów, ani dużego ruchu. Zbudowano ją przy jednej z głównych ulic, ale ciężarówki praktycznie nie jeździły tą drogą. Przy stacji był jeszcze zamknięty sklep ze sprzętem AGD i mały, otwarty „sklep z napojami”, w tym z alkoholem. Poza nami i obsługą na stacji nie było nikogo.

 

- Ach! – wzdrygnęła się Yveta i włożyła swoje dłonie w moje – Ogrzej mnie, kochanie!

- Też jesteś zaskoczona? – spytałem, rozcierając jej ręce, po czym przechyliłem się i pocałowałem ją w usta.

- On tu był mniej więcej o tej porze – odpowiedziała. – Z żoną. Po co? Jeśli jechali z Polski, to nawet nie jest po drodze. Mieszkali w Berlinie.

- Vasek nie mówił nic o planowanym spotkaniu – uzupełniłem. – A Bezariew musiał tu przyjechać w jakimś celu.

- W dodatku z żoną, Piotruś. Może nie był aż tak lojalny albo do czegoś go zmuszono – rozejrzała się w około. – I raczej TIRy tędy nie jeżdżą.

- Nie jeżdżą – kiwnąłem głową. – Ale mają legendę postoju. Ten sklep AGD. Dostawy są chyba z tyłu, samochodów stąd nie widać…Tylko dlaczego…