Hokej, duma i uprzedzenie - Riley Lia - ebook

Hokej, duma i uprzedzenie ebook

Riley Lia

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Tucker Taylor, bramkarz drużyny Austin Regals, musi wyleczyć kontuzję i odpocząć od hokeja. Postanawia więc odwiedzić siostrę, która mieszka na angielskiej prowincji. Tam na skutek wypadku wpada do lodowatej wody. Budzi się w 1812 roku, w świecie, w którym nie ma telefonów, hokeja ani burgerów. Jest za to poirytowana piękna, błękitnooka dziewczyna w lawendowej sukni.

Lizzy Wooddash marzy o interesującym życiu pełnym książek - ale bez męża. Jednak w Anglii w epoce regencji tylko kobieta o statusie wdowy ma szansę na odrobinę wolności i samodzielności. A jedynym sposobem, by szybko zostać wdową, jest poślubić umierającego mężczyznę lub zabić zdrowego męża. Niestety, żadne z tych rozwiązań Lizzy nie odpowiada. Tymczasem presja ze strony rodziny, by dziewczyna w końcu wyszła za mąż, rośnie z każdym miesiącem.

Nieoczekiwanie Lizzy uświadamia sobie, że przystojny dżentelmen z przyszłości może się dla niej okazać prawdziwym wybawieniem. Planuje, że po ślubie znajdą sposób, by Tuck wrócił do swoich czasów - jego nieobecność pozwoli upozorować śmierć i uczyni Lizzy wdową. Prosty plan. Wydaje się idealny.

Tyle że serce rzadko trzyma się planu.

Cel: sama, wolna i niezależna. Plan: zostać wdową!

Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 391

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Lia Riley

Hokej, duma i uprzedzenie.

Przekład: Olga Kwiecień

Tytuł oryginału: Puck and Prejudice Tłumaczenie: Olga Kwiecień

ISBN: 978-83-289-2142-9

Copyright © 2024 by Lia Riley

Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved.

Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.

Original interior text design by Diahann Sturge-Campbell Hockey puck illustration © Vector Tradition/Stock.Adobe.com Open book illustration © ~Bitter~/Stock.Adobe.com

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

editio.pl/user/opinie/hokejd_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Dla MYG: 👍 Przyszłość będzie dobra

I dla Lexi: Za zaprzyjaźnienie się znieznajomą osobą w internecie ilubienie tylu ważnych rzeczy

Rozdział 1

Tucker Taylor stąpał po lepkiej podłodze, niosąc do stolika drugą kolejkę. Najlepsze dni tego pubu minęły prawdopodobnie kilka wieków temu, ale zdawało się to nie przeszkadzać jego towarzyszkom, których głosy dobiegały z tonącego w półmroku zakątka sali.

Jego młodsza siostra, Nora, skinęła krótko głową, sięgając po kufel piwa, i kontynuowała swoją tyradę:

– Bez wątpienia wpływ Jane Austen jest najbardziej dalekosiężny. Jej spostrzeżenia dotyczące kwestii społecznych znacznie wyprzedzały epokę, a analizy klasowe i społeczne pozostają równie aktualne dziś, co w dziewiętnastym wieku.

– Daj spokój! – Jej przyjaciółka Pip opadła na oparcie, wykrzywiając piegowatą twarz. – Siostry Brontë były literackimi buntowniczkami. To one dały nam pana Rochestera, pierwowzór niegrzecznego chłopca, i Heathcliffa, który zapoczątkował ideę związku bez zobowiązań.

Obie kręciły się w kółko, już od czterdziestu minut dyskutując o nieżyjących pisarkach. Tuck osunął się na swoje miejsce i po raz kolejny bezmyślnie sprawdził telefon. Może wyskoczy coś ciekawego, jak podwodne triki hokejowe, filmiki z ratowania kociąt albo zwyczaje godowe peruwiańskich stonóg olbrzymich. W tym momencie zadowoliłby się nawet zwykłą prognozą pogody.

– Wolisz ponuractwo i katastrofizm od dowcipu, uroku i stabilności finansowej? – prychnęła Nora. – Po co ci szalona namiętność, skoro możesz mieć wygodne małżeństwo z odrobiną przekomarzania? Stary… – Wykonała w kierunku Tuckera gest, jakby ważyła coś w dłoniach. – Kogo byś wybrał: szefa, który cię molestuje i na pewno nie trzyma żony zamkniętej na strychu…

– …czy – wtrąciła Pip – nadętego dupka, który wstydzi się swojego zauroczenia tobą?

– Co? – Tuck znieruchomiał, mając nadzieję, że nie wygląda jak sarna złapana w światła reflektorów. – Żadnego z nich?

Obie kobiety jęknęły i jednocześnie przewróciły oczami, po czym wróciły do swojej dyskusji.

Nora, studentka literatury brytyjskiej na Uniwersytecie w Bath, zaplanowała już krótki wyjazd ze znajomymi do wioski Hallow’s Gate, kiedy Tucker niespodziewanie postanowił ją odwiedzić. Nalegała, by do nich dołączył. Tego wieczoru cała grupa wybrała się do pubu Ye Olde King’s Head na rynku, by świętować Jul, przesilenie zimowe.

– Co się stało z głową nowego króla? – wymamrotał Tucker, gdy zaparkowali przed pubem. Pip, koleżanka Nory z wydziału, odpowiedziała mu wymuszonym uśmiechem, ledwo poruszając mięśniami twarzy. Tucker postanowił więc się wyłączyć, słuchając jednym uchem dyskusji o tym, która z literackich ikon jest najlepsza… Jane Austen czy siostry Brontë.

Kogo by wybrał na najlepszego bramkarza? Brodeura? Nie, pewnie Haška. A najbardziej ekscentrycznego? Trudno powiedzieć. Może Bryzgałowa – ten gość to istny wariat w bramkarskim stroju. Z równym prawdopodobieństwem mógł zacząć gadać o niedźwiedziach, co rozważać podróże w czasie.

Pociągnął łyk piwa i bursztynowy płyn zniknął w jego gardle, gdy ocierał pianę z górnej wargi. Nie minęło dużo czasu, zanim jego umysł znów przeszedł w tryb samolotowy.

Godzinę później Nora i jej koleżanka wciąż były pogrążone w rozmowie. Tucker spędził ten czas, zajadając się smażoną rybą z grubymi, złocistymi frytkami – przepraszam, tutaj zwało się je chips – oraz purée z groszku, a na deser pochłonął olbrzymią porcję lepkiego puddingu toffi. W międzyczasie dyskretnie wysyłał wiadomości do kolegów z drużyny.

Tysiące kilometrów stąd zaczynał się właśnie mecz – Austin Regals przeciwko Denver Hellions – a on znowu nie grał. Powinien teraz jeść swój szczęśliwy przedmeczowy posiłek: makaron kokardki z masłem, zapijając colą i mając na sobie swoje szczęśliwe bokserki z kreskówkowymi aksolotlami. Koledzy z drużyny zawsze się podśmiewali z tych jego przesądów, ale po cichu je szanowali. W końcu bycie bramkarzem dawało ciche przyzwolenie na dziwactwa. Żadne rytuały nie przygotowały go jednak na to, że lekarz drużyny zeszłej wiosny znajdzie guzek pod jego pachą, ani na diagnozę chłoniaka Hodgkina w stadium 1A. Dobra wiadomość? Łatwo go wyleczono. Ale terapia była piekłem i przez większość tego sezonu, jeśli nie przez cały, będzie musiał odpoczywać.

– Hej. – Nora szturchnęła go lekko. – Nudzimy cię, co?

– Nie, wszystko w porządku. – Powstrzymał potężne ziewnięcie. – Po prostu nie mam wiele do dodania.

Pip wykrzywiła usta w grymasie.

– Wolałbyś nam opowiedzieć, jak mocno uderzyłeś krążek?

Nie mógł się zdecydować, czy ona żartuje, czy po prostu go wkurza. A może jedno i drugie.

– Właściwie to moim zadaniem jest go zatrzymać – odparł.

– Dajcie spokój, ludzie – błagała Nora, pokazując znak pokoju. – Jestem pewna, że znajdziemy jakiś wspólny język na tym diagramie Venna naszej rozmowy.

Tuck wymienił krótkie spojrzenie z Pip i oboje w milczeniu się zgodzili, by potraktować kwestię dzielących ich różnic podobnie jak zagadkę skarpetek ginących w praniu – jako coś tajemniczego i niemającego rozwiązania.

– A może wy dwie zostaniecie tutaj i będziecie kontynuować swoje literackie dyskusje do woli, a ja wrócę do pensjonatu i trochę się zdrzemnę. Spotkamy się rano na crumpetach czy czymkolwiek innym, co tu podają na śniadanie.

– Naprawdę? – Nora zmarszczyła brwi. – Pip i ja też możemy już iść. Rzeczywiście wyglądasz na zmęczonego.

– Nie, wszystko w porządku – skłamał gładko. Miał okazję nabrać w tym wprawy.

– Wiem, że zawsze wybrałbyś hokej zamiast South Hampshire – powiedziała Nora, obejmując go na chwilę jednym ramieniem. – Ale cieszę się, że razem pozwiedzamy. Nie miałeś zbyt wielu okazji, żeby zobaczyć świat poza lodowiskiem. Uwierz mi, tu jest naprawdę fajnie.

– Brzmi to jak plan. – Żartobliwie pociągnął ją za jeden z warkoczy.

Nora dyskretnie przesunęła dłoń w jego stronę. Zajęło mu chwilę, zanim zorientował się, że podaje mu kluczyki do swojego samochodu.

– Nie – odpowiedział stanowczo. – Przejdę się.

– Wyświadczyłbyś mi przysługę – przekonywała Nora. – Musimy wypić znacznie więcej, zanim przejdziemy do poetów romantycznych, a ty wypiłeś ledwie półtora piwa.

– Przynajmniej zgadzamy się co do tego, że Percy Bysshe Shelley jest najgorszy – mruknęła Pip do swojej szklanki.

– Odebrał dziewictwo swojej drugiej żonie, Mary, na grobie jej matki – wyjaśniła Nora, jakby to wszystko tłumaczyło. – A potem ta sama Mary napisała Frankensteina.

– Hmm. – Nie ma co się oszukiwać, było coś fajnego w tym, że miało się w rodzinie chodzącą encyklopedię.

– Ale zbaczam z tematu. Weź samochód. – Ton Nory był stanowczy. – Później napiszę do ciebie SMS-a, żebyś mógł po nas wrócić.

– Umowa stoi. – Zacisnął dłoń na kluczykach. – Uważaj na siebie. I nie gadaj z nieznajomymi.

Nora uniosła dwa kciuki w górę.

– Jeśli ktoś zaoferuje nam cukierka, kopnę go w piszczel.

Tucker utrzymał uśmiech na twarzy, dopóki nie przekroczył progu. Na zewnątrz wsunął ręce do kieszeni dżinsów, a rytmiczny stukot jego kroków odbijał się echem od brukowanego placu. Nisko wisiała nocna mgła pełna zapachu dymu z kominów i gnijących liści – zupełnie odmiennego od woni lodu i chloru, do których przywykł. Otaczające go z czterech stron ceglane kamienice mogłyby pochodzić z bajki, gdyby tylko wierzył w baśnie. Ale on znał jedynie twardą prawdę, która dręczyła jego umysł.

Nie powinno mnie tu być.

Nie powinno mnie tu być.

Podszedł do mini coopera Nory. Samochód był kwadratowy jak toster. Otworzył drzwi i zmarszczył brwi, patrząc na fotel pasażera. Cholera. Nie ta strona. Obchodząc auto, powtarzał w myślach: „Jechać lewym pasem”.

Wewnątrz samochodu jego kolana uderzyły o kierownicę, gdy wkładał kluczyk do stacyjki. Musiał opuścić głowę niemal do piersi, żeby się zmieścić. Prychnął. To był bardziej wózek golfowy niż samochód. Sięgając po pas bezpieczeństwa, podskoczył, gdy łokciem przypadkowo nacisnął klakson. Poprawka – to była cyrkowa atrapa!

Może lepiej było iść pieszo. Nawet pomimo zimna.

Redukując bieg i zwalniając sprzęgło, wjechał ostrożnie w pustą uliczkę. Para na szybach ograniczała widoczność. Z niechętnym grymasem uchylił okno i przygotował się na lodowaty podmuch grudniowego powietrza, który wdarł się do środka niczym nieproszony gość. Przejeżdżając przez kamienny most nad strumieniem na obrzeżach miasta, sięgał właśnie do pokrętła radia, gdy nagle przez szum wody przebił się czyjś okrzyk.

Z gospodarstwa na wzgórzu wypadł jak burza pies pasterski. Pędził prosto na drogę, a tuż za nim biegł chłopak we flanelowej piżamie i za dużych gumowych butach. Tucker poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła, gdy gwałtownie nacisnął hamulec. Cholera. Gołoledź. Pies i dzieciak, oświetleni reflektorami, zamarli przed nim z szeroko otwartymi oczami. Opony zapiszczały. To się nie uda. Uderzy w nich. Bez namysłu gwałtownie skręcił kierownicę w prawo, i zjechał gwałtownie z drogi niczym kowboj podczas rodeo niesiony przez oszalałego byka. Podskakiwał i trząsł się, tracąc kontrolę i sunąc przez śnieg w kierunku zamarzniętego stawu.

Z głuchym łoskotem samochód przewrócił się na bok od strony kierowcy. Rozległ się trzask pękającego lodu. Lodowata woda wlała się przez otwarte okno. Tucker zacisnął i rozluźnił pięści, starając się opanować. Skupił się na uczuciu paznokci wbijających się w dłonie – lekki ból pomagał mu zachować przytomność umysłu. Uspokój się. To nic takiego. To jak terapia zimną wodą, którą fizjoterapeuci kazali mu robić po ciężkich meczach. Musiał oddychać powoli i miarowo. Szybkim ruchem odpiął pas bezpieczeństwa, i to w samą porę. Samochód błyskawicznie zanurzał się w lodowatej toni.

Odepchnął od siebie tę myśl, szarpiąc za klamkę. Zablokowane. Cholera. Będzie musiał przecisnąć się przez okno.

Jako zawodowy sportowiec był przyzwyczajony do intensywnych treningów – skoków przez przeszkody, ćwiczeń na drabince koordynacyjnej, sprintów i jazdy na rowerze, które utrzymywały jego kondycję na najwyższym poziomie. Jednak w zeszłym tygodniu, gdy wyszedł na jogging, musiał zwolnić do marszu już po niecałych czterystu metrach.

Pieprzyć raka.

Mimo wszystko zachował zimną krew. W końcu płacono mu za to, by nie tracił głowy w stresujących sytuacjach. Musiał wyobrazić sobie, że siedzi przy trzaskającym ogniu, suchy i ciepły, opowiadając tę historię Norze. Powtórzył to sobie w myślach, zwizualizował tę scenę i z determinacją wczołgał się w wąski otwór okna. Był już w połowie drogi, gdy nagle jego pasek o coś zaczepił.

Próbował się odepchnąć, ale ręce miał jak z waty. Czuł, że z każdą sekundą opuszczają go siły.

Porażka nie wchodziła w grę. Nie mógł się tak łatwo poddać. Nie po tym wszystkim, co przeżył. Zacisnął zęby, skupiając się z całych sił. Musiał kontrolować każdy ruch i wykonywać go precyzyjnie – nie było miejsca na błędy czy zmarnowany wysiłek. Liczyła się tylko skuteczność.

Serce waliło mu jak młot pneumatyczny, gdy w końcu się uwolnił i zaczął płynąć ku powierzchni. Wtedy wierzchołek jego głowy uderzył o lodowy sufit. Nie do przebicia. Bez wyjścia. Wszystko było tak zimne, a jednak jego płuca płonęły jak w pożarze, piekąc z dziką intensywnością. Uderzał gwałtownie pięściami. Jego knykcie ocierały się o lodową ścianę. Paznokcie rwały się i łamały. Żadnego wyjścia. Cholera! Czuł, jak opuszczają go siły, gdy komórki jego ciała krzyczały o tlen. Czarna woda naciskała ze wszystkich stron. Nie mógł się oprzeć. Musiał zaczerpnąć powietrza. Gdy odruchowo wciągnął oddech, ciemność wtargnęła do środka. Ogarnęła go intensywna pustka połączona z wirującym chaosem, poczuciem, że to koniec wszystkiego. A potem… nastała nicość.

Rozdział 2

Moje najbardziej zaniedbane dziecię,

chwytam za pióro, by odnieść się do wymownego milczenia, jakie nastąpiło po moim poprzednim liście. Mogę jedynie przypuszczać, że Twoje rozrywki pozostawiły Ci niewiele czasu na korespondencję.

W zeszły poniedziałek miałam przyjemność odbyć spacer po Ogrodach Kensington wtowarzystwie Lavinii Throckmorton. Pośród kwitnących kwiatów droga Lavinia podzieliła się ze mną zadziwiającą nowiną – jej Augusta, mając zaledwie osiemnaście lat, zaręczyła się. To prawdziwy cud, zważywszy, że Ty, moja droga, ukończyłaś już dwadzieścia siedem wiosen, wciąż ciesząc się samotnym blaskiem.

Z właściwą sobie delikatnością Lavinia dopytywała oTwoje samopoczucie. Zapewniłam ją, że wiejskie powietrze działa na Ciebie niezwykle ożywczo. Moja droga uciekinierko, wyruszyłaś wtę sielską podróż do kuzynki zobietnicą, że wrócisz po dwóch tygodniach. Minął już jednak miesiąc, aCiebie wciąż nie ma.

Pod Twoją nieobecność Twój brat (po raz kolejny) podjął się zadania znalezienia odpowiednich kawalerów, którzy – wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu – wciąż pozostają wolni. Nie muszę Ci przypominać, że szanse na zawarcie związku maleją zkażdym dniem. Zniecierpliwością oczekuję Twojego rychłego powrotu.

Z najgłębszą czułością inutką matczynego zniecierpliwienia

Twoja kochająca matka

Nutką? Nutą! Lizzy prychnęła i opuściła list na kolana. Na litość boską. Jej samozwańcza „kochająca matka” była gotowa wymalować na prześcieradle napis „Proszę, poślub moją córkę” i wywiesić go w oknie rodzinnego domu w Mayfair.

Zacisnęła dłonie na kocu, na którym siedziała, powstrzymując się od wymachiwania pięściami w stronę kaczek pływających w stawie u podnóża wzgórza. Kaczki krzyżówki spokojnie żerowały wśród rukwi wodnej, zajęte swoimi sprawami. Jej matka mogłaby wziąć z nich przykład.

Najwyższy czas, by ta kobieta znalazła sobie jakieś hobby. Może łucznictwo? Albo subtelna sztuka akwareli? A może pocieszenie w dobrze dobranej lekturze, najlepiej skandalizującej? Cokolwiek, byle tylko odwrócić uwagę od tematu perspektyw matrymonialnych jej córki, a raczej ich braku.

Jej kuzynka Georgie miała więcej szczęścia. Choć pochowała męża, zyskała wolność. Tu, w Hallow’s Gate, wiodła niezależne życie wesołej wdowy, stanowiąc jaskrawy dowód na to, co było możliwe. Poprzedniego wieczoru, podczas kolejnego z legendarnych przyjęć Georgie Lizzy doznała olśnienia przy daniu rybnym. Uderzył ją fakt tak boleśnie oczywisty, że pochyliła się do swojej przyjaciółki Jane i szepnęła: „To niepisana prawda, że każdy majętny kawaler byłby mile widziany jako potencjalny mąż dla rozsądnej kobiety chcącej zostać wdową”.

Jane zakrztusiła się kęsem pstrąga w kaparach i kopnęła ją pod stołem czubkiem buta – to było nieme ostrzeżenie, by się opanowała.

Ale gdzie tu było kłamstwo? Choć żałobna czerń nie była jej ulubionym kolorem, szybki przegląd faktów uświadomił jej, że wdowieństwo niesie ze sobą wiele korzyści.

Po pierwsze: niezależność finansowa. Szczęśliwe wdowy mogły odziedziczyć majątek i dochody, a następnie samodzielnie zarządzać swoimi sprawami. Koniec z proszeniem brata, matki czy – co gorsza – przyszłego męża o kieszonkowe.

Po drugie: szacunek społeczny. Wdowy mogły podróżować i prowadzić życie towarzyskie z mniejszą kontrolą i ograniczeniami.

Po trzecie: wolność. Wdowy mogły samodzielnie podejmować decyzje dotyczące swoich gospodarstw domowych, finansów i życia towarzyskiego. Nie podlegały już władzy męża ani uciążliwym obowiązkom małżeńskim. Miały możliwość pozostania samotnymi do końca życia, jeśli tylko tego pragnęły.

Oczywiście jeśli pozwoliłoby się emocjom wziąć górę, doświadczenie wdowieństwa mogłoby zostać zabarwione żalem lub strachem, jak w przypadku jej matki po nagłej śmierci ojca dziesięć lat temu. Mama, nie wiedząc, jak sobie poradzić bez męża, wyszła ponownie za mąż za zamożnego, choć zarozumiałego biznesmena, Rufusa Alby’ego, tym samym zaprzepaszczając szansę na niezależność.

Należy też przyznać, że małżeństwo z mężczyzną o skromniejszych środkach stawiałoby przyszłą wdowę w niekorzystnej sytuacji. Dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem było poślubienie kogoś o odpowiednim majątku, a następnie…

Co? Czekać, aż umrą?

Lizzy nerwowo przygryzła dolną wargę. Cóż, z pewnością nie była morderczynią. Wręcz przeciwnie – nie potrafiła nawet zabić pająka.

Czy mogłaby poprosić brata, by ograniczył poszukiwania do mężczyzn o słabym zdrowiu? To dopiero byłaby niezręczna rozmowa.

Henry, znajdź mi proszę bogatego męża, ale bądź tak miły iupewnij się, że cierpi na zaawansowaną gruźlicę, dobrze?

Oparła się wygodnie na łokciach, nie przejmując się kosmykami włosów wymykającymi się z niedbałego koka na karku. Ugryzła jabłko, które wcześniej zwinęła z piwnicy.

Angażowanie Henry’ego byłoby fatalnym błędem. Bez wątpienia pobiegłby z tą informacją prosto do mamy, a ona nie dałaby nam spokoju, roztrząsając temat w nieskończoność.

Lizzy wzięła kolejny kęs, krzywiąc się przy przełykaniu. Miąższ jabłka miał mączystą konsystencję, smakował bardziej jak odległe wspomnienie owocu. Żucie dawało jej jednak zajęcie, które pomagało rozładować napięcie, jakie czuła w środku – to, które chciało złamać zasady trzymające ją niczym kanarka w ozdobnej klatce.

Niesprawiedliwe było, że musiała wracać do Londynu i udawać zainteresowanie nudnymi mężczyznami, którzy nie potrafili rozmawiać o niczym poza pogodą, polowaniami czy menu kolacji. I to w najlepszym wypadku. W gorszym scenariuszu czekało ją wysłuchiwanie wywodów o hodowli koni lub, co najgorsze, o dolegliwościach dżentelmenów – czy to o podagrze, czy rozwolnieniu.

Mózg się lasuje od takich rzeczy.

Georgie hodowała psy i organizowała przyjęcia tylko dla kobiet, w czasie których nie zachęcano wyłącznie do delikatnego skubania z talerzy. O nie, tutaj jadło się z rozmachem. Niedawno urządziła lunch składający się wyłącznie z deserów! Stół uginał się pod ciężarem trufli, galaretek, makaroników, tortów wszelkich rozmiarów, blancmange, syllabubów i crème brûlée. Popijały to wszystko irlandzką whisky, maderą i rumem, aż w końcu jedna z pań wyciągnęła skrzypce i zagrała skoczną melodię, która porwała je do nieskrępowanego tańca pozbawionego jakichkolwiek właściwych kroków. Skończyły, osuwając się na ściany lub rozciągając na podłodze, a ich śmiech i sapanie odbijały się echem w wirującym pokoju.

W innej wiosce w południowym Hampshire ich przyjaciółka Jane nie tylko pisała książki, ale nawet jedną wydała: Rozważną iromantyczną. Wprawdzie oficjalnie została ona wydrukowana pod pseudonimem „Pewna Dama”, by chronić jej prywatność, ale jednak tego dokonała. A ponieważ Jane była przemiła, nadała swojej najnowszej głównej bohaterce takie samo miano jak Lizzy.

Elizabeth Bennet.

W zeszłe Boże Narodzenie Jane przeczytała jedno z krótkich opowiadań Lizzy zapisanych w jednym z jej licznych notatników. W Zaczarowanym ogrodzie młoda, niezwykle inteligentna dama, lady Geneviève Devereux, przybywa do posiadłości, by spędzić tam lato. Niesie ze sobą brzemię oczekiwań rodziny, która naciska, by zawarła korzystne małżeństwo. Pewnego wieczoru, spacerując w świetle księżyca po ogrodach, lady Geneviève przypadkiem odkrywa ukrytą bramę prowadzącą do zaczarowanego ogrodu. Tam znajduje błyszczącą fontannę, która podobno spełnia życzenia. Gdy lady Geneviève zastanawia się nad naturą swojego życzenia, spotyka tajemniczego mężczyznę – nie lorda czy bogatego dżentelmena, a jedynie skromnego, lecz przystojnego ogrodnika…

Jane powiedziała, że jej bazgroły „mają potencjał”, a Lizzy ukryła ten komplement w zakamarku swojego serca.

Potencjał.

Mogłaby go zrealizować, gdyby los nie skazywał jej z góry na wegetację w jakimś zakurzonym domu, gdzie miałaby jedynie ogrzewać łoże mężczyzny. Niestety, wydawało się, że samo przeznaczenie spiskuje, by ten scenariusz stał się nieunikniony.

Z frustracją krzyknęła i cisnęła ogryzkiem jabłka w zarośla, po czym znieruchomiała, przechylając głowę. Usłyszała dziwny dźwięk. Co to było? Kaczka? Umierająca kaczka?

Bardzo duża, bardzo umierająca kaczka?

Jej umysł zalały obrazy nędznego, miotającego się ptactwa wodnego, sprawiając, że przeszły ją ciarki.

Jak ona nienawidziła kaczek.

Zerwała się na nogi i uniosła spódnicę, wyciągając szyję, by zajrzeć w trzciny kołyszące się na wysokich, zielonych łodygach. Ich aksamitne, brązowe główki wesoło kiwały się na wietrze.

Napięte mięśnie jej pleców nieco się rozluźniły. Nieważne. Może to był tylko podmuch wiatru. Albo jakieś echo ze wsi. Albo…

I znowu to samo.

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

To nie brzmiało jak kaczka. Chyba że ta kaczka była jęczącym mężczyzną.

– Halo? – Zrobiła niepewny krok do przodu, czując suchość w gardle. – Wszystko w porządku?

Absurdalne pytanie. Ktokolwiek wydał ten dźwięk, znajdował się w mętnym stawie. Oczywiście, że nie było w porządku. Wręcz przeciwnie.

Powstrzymała się od zmarszczenia brwi. Czyżby jakiś farmer wypił za dużo piwa w pubie Ye Olde King’s Head? A może ktoś wcześniej poślizgnął się na zboczu i wpadł do wody?

Nie było sensu się wahać. Wsunęła list za dekolt i ruszyła naprzód. Skoro już się w to wpakowała, to może równie dobrze iść na całość.

Podkradła się do brzegu, odpędzając natrętną ważkę, podczas gdy jej lniane buty chlupotały w błocie, uniemożliwiając ukrycie jej zbliżania się. Gęsia skórka pokryła jej ramiona, a ona powstrzymała pokusę, by się rozejrzeć, jakby ktoś miał przyjść i uwolnić ją od tego obowiązku. Nieważne. Poradzi sobie z tym świetnie. Jeśli pojawi się coś niebezpiecznego, to… to… walnie to prosto w nos. Georgie uczyła ją boksu. A przynajmniej powtarzała, że powinna się tego nauczyć.

Lizzy wstrzymała oddech, gdy rozchyliła ramionami trzciny. Jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem mężczyzny wyglądającego na brutala. Twarz o kanciastych rysach miał umazaną krwią, co wraz z mrocznym, skierowanym w górę spojrzeniem nadawało mu surowy i groźny wygląd.

– C-co się stało? – wydusiła z siebie z trudem, ostrożnie, ale wyraźnie.

Z wyraźnym wysiłkiem podniósł się do pozycji siedzącej i dotknął końca nosa, krzywiąc się przy tym.

– Dostałem cholernym jabłkiem prosto w twarz.

Ten akcent. To charakterystyczne brzmienie, jakby szarpnięcie gitary. Słyszała go już wcześniej w mieście, ale rzadko.

Amerykanin.

I na dodatek olbrzymi. Mogłaby się założyć, że gdyby wstał, górowałby nad nią o głowę, a ona sama wcale nie była drobną istotką.

Pytania zaczęły się mnożyć. Dlaczego ściął włosy tak krótko? Jego kurtka była czarna, ale dlaczego materiał wydawał się tak osobliwy – zbyt błyszczący i bardzo puchaty – z dziwnymi metalowymi zębami łączącymi ją wzdłuż środkowego szwu? A jego długie, rozstawione nogi były obleczone w wytrzymale wyglądający materiał w głębokim granatowym kolorze.

Z kolei on wpatrywał się w jej lawendową suknię spacerową, a jego wyraz twarzy zmieniał się od chłodnego niezadowolenia do niedowierzania, gdy prześlizgiwał się intensywnym spojrzeniem w górę i w dół jej sylwetki. Głębia jego skupienia wywołała w niej niespodziewany dreszcz. Nigdy wcześniej nie była obiektem tak jednoznacznej uwagi. To uczucie sprawiło, że poczuła się dziwnie bezbronna, a jednocześnie podekscytowana. Oparła się chęci poskromienia swoich dzikich włosów, ignorując fakt, że jej fryzura prawdopodobnie przypomina wężową grzywę Meduzy. Zamiast tego utrzymała jego spojrzenie, a między nimi zawisło nieme wyzwanie, gdy napięcie rosło. Liczyła w myślach: raz… dwa… trzy… cztery…

Pod ciemnym cieniem zarostu pokrywającego jego szczękę drgnął mięsień, przerywając bezruch.

Lizzy pierwsza spuściła wzrok. Nie rozumiała, dlaczego nagle poczuła, że jej twarz płonie.

– Proszę pana. – Zawahała się, przełykając ślinę, by opanować drżenie głosu. – Czy na pewno wszystko w porzą…?

– Co ty masz na sobie? – wypalił.

Rozdział 3

– Co ja mam na sobie? Pan wybaczy, ale to chyba sytuacja jak z tego przysłowia: przyganiał kocioł garnkowi. – Kobieta zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów, jakby to on był tu nie na miejscu.

W uszach Tucka rozległo się ciche brzęczenie przypominające dźwięk linii wysokiego napięcia. Co tu się, do cholery, stało?

Kobieta wciąż mówiła, zasypując go pytaniami, słowa wylatywały z jej ust z prędkością karabinu maszynowego. Tuck nie mógł się jednak skupić. Nagle fala mdłości powaliła go na czworaka. Żołądek skręcał mu się boleśnie, jakby ktoś wyżymał go jak mokrą ścierkę. Zaczął się krztusić i wymiotować wodą o smaku mułu i glonów.

– Na litość boską! – kobieta wydała stłumiony okrzyk. – Tylko nie to. O rany, chyba zaraz… – Odwróciła się gwałtownie, podpierając się rękami na biodrach i zaczęła się dławić.

– Dziewczyno? – Tucker usiadł na piętach i otarł usta, gdy dotarło do niego kilka twardych faktów: był dzień, ciepło zamiast zimna, był przemoczony do suchej nitki, a otoczenie wyglądało jakoś inaczej. Stary kamienny most zamienił się w drewniany i choć dom na wzgórzu wydawał się ten sam, zniknęły latarnie uliczne i znaki drogowe. Samochodu Nory też nigdzie nie było widać.

Odwróciła się z powrotem, marszcząc nos z niesmakiem.

– Skończył pan już? Mało brakowało, a zwróciłabym cały lunch.

Spocił się pod pachami. Delikatna bryza niosła zapach świeżej trawy. Ptak zanurkował i usiadł na czubku trzciny. Szarobrązowe pióra? Pomarańczowa pierś? Jakiś europejski rudzik? Serce waliło mu za mostkiem. To były letnie zapachy. Letnie widoki. Świat był zbyt gorący, zbyt jasny.

Gdzie się podział śnieg? Lód? Zimna noc? Czy to jakieś halucynacje? A może utonął w tym cholernym stawie?

– Czy ty jesteś… – Osłaniając oczy przed słońcem, z trudem utrzymał dłoń w miejscu. – Czy jesteś jakimś aniołem?

Miała uderzającą urodę – lisie oczy, długie rzęsy i okrągłe policzki.

– Jeśli marzy pan o karierze poety, radzę się bardziej postarać. – W jej niskim głosie pobrzmiewało rozbawienie, choć wyraz twarzy pozostawał niepewny. – Ta oklepana fraza nigdy nie działa.

No dobrze, przynajmniej nie jest martwy. Mentalnie skreślił tę opcję z kurczącego się spisu możliwości.

– Co tu się właściwie dzieje? – Jego frustracja sięgnęła zenitu. Musiał jakoś to wszystko zrozumieć. Tę nagłą zmianę pór roku. I ją. Nagle wpadł na pewien pomysł i uczepił się go, jakby ta idea mogła go przywrócić do rzeczywistości. – Czekaj. – Pstryknął palcami. – Czy to jedna z tych historycznych rekonstrukcji? Wiesz, gdzie przebieracie się za postacie z dawnych epok i prowadzicie kuźnię czy coś w tym stylu?

– Kuźnię? – Uniosła brwi. – Jak mocno musiałam pana uderzyć tym jabłkiem?

Drgnął mu mięsień w szczęce. Musi sobie z niego żartować.

– Dobra, załapałem – warknął. – Świetna robota. Jesteś niezła w tym, co robisz. Występ na dziesiątkę. Ale skończ już z tą szopką. Gdzie jest wóz? Muszę znaleźć moją siostrę.

– Wóz? – Spojrzała na niego tępo. – Ma pan na myśli powóz, proszę pana?

– Nie, oczywiście, że nie. – Westchnął sfrustrowany. – To niemożliwe, żeby był teraz środek lata.

Pulsujący ból z tyłu głowy przypominał mu uczucie po zderzeniu ze słupkiem bramki.

– Dziś jest dzień przesilenia letniego.

Mdłości powróciły ze zdwojoną siłą.

– Gdzie, do cholery, podział się grudzień?

Cmoknęła z dezaprobatą.

– A może gdybym sprowadziła lekarza i…

– Nie! – Uniósł rękę w geście protestu, próbując zebrać myśli i zrozumieć sytuację. – Czekaj! Dobra, załóżmy na chwilę, że nie jesteś aktorką i naprawdę jest lato. Ale to wciąż Anglia, prawda?

– Zgadza się. Jesteśmy w Hallow’s Gate, proszę pana. To mniej więcej w połowie drogi między Ropley a Bentworth.

Dobrze, dobrze. Miejsce się zgadzało. Wiedział, że następne pytanie sprawi, że wyjdzie na kompletnego głupca. Ale musiał je zadać.

– K-który mamy rok? – wydukał.

– Stroi pan sobie ze mnie żarty? – warknęła.

– Gdybym próbował, to przyszłoby mi do głowy z tuzin lepszych sposobów, które nie wymagałyby moczenia tyłka i zadawania głupich pytań.

– Racja – odparła, rozważając jego słowa, po czym lekko wzruszyła ramionami. – Mamy rok tysiąc osiemset dwunasty.

Dziwne elektryczne brzęczenie ustało. Świat zamarł w bezruchu – słychać było tylko wiatr, śpiew ptaków i plusk wody o brzeg stawu. Jeśli to był sen, lepiej, żeby się z niego obudził, i to szybko.

– Nie wygląda pan na zadowolonego z tych wieści – stwierdziła.

– Nie, ja… – Zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia, ale lepsze to niż wybuch gniewu. – Nie powiedziałbym, że jestem zadowolony.

– Potrzebuję chwili, żeby zebrać myśli. – Szarpnęła za kok, uwalniając długie fale ciemnobrązowych włosów, które opadły jej na ramiona, gdy zaczęła nerwowo chodzić tam i z powrotem. – Wymiotował pan i nie wie, który mamy rok. Ale nie wygląda pan na szalonego ani odurzonego.

– Odurzonego?

– Zalanego w trupa. Pijanego w sztok. Narąbanego jak szpadel. – Przerwała, stukając się w podbródek. – Wygląda na to, że stało się coś bardzo dziwnego.

– Niedopowiedzenie roku! – Skrzywił się w gorzkim uśmiechu. – Ale masz rację. Pochodzę z nieco późniejszych czasów.

Przetrawienie tej informacji zajęło jej chwilę; niemal słyszał, jak jej umysł mieli jego słowa.

– Skąd? Z tysiąc dziewięćset dwunastego?

Skok o sto lat.

Prychnął i podrapał się w tył głowy.

– Dorzuć jeszcze ze sto lat i trochę drobnych.

– Och. – Z jej twarzy odpłynęła krew, ale szybko się opanowała. – Niech pan to udowodni.

– Jak? – prychnął. – Chcesz, żebym wyciągnął gazetę z kieszeni? – Wskazał na swój strój. – Czy ludzie tutaj ubierają się tak jak ja?

– Nie. – W tej kwestii przynajmniej nie było żadnego wahania.

Wyrzucił ręce do góry sfrustrowany.

– Więc?

– Rzeczywiście, jest pan dość osobliwie ubrany. Jednak dziwaczny strój nie czyni z pana człowieka z przyszłości. Musi się pan bardziej postarać, jeśli chce mnie przekonać.

– Nie jestem żadnym magikiem. – Wsunął ręce do kieszeni kurtki, a jego oczy rozszerzyły się nagle. – Czekaj. Już wiem. – Wyciągnął telefon i dotknął ekranu, który rozbłysnął. – Tak – mruknął, bardziej do siebie. – Moje etui jest praktycznie niezniszczalne. – Zaśmiał się cicho. – Nadal mam osiemdziesiąt dziewięć procent baterii. Oczywiście Wi-Fi nie działa. Zasięg komórkowy też padł. No jasne.

Kobieta zbliżyła się o krok.

– Co to jest? – zapytała.

– Telefon. Można nim dzwonić do ludzi. Naciskasz cyfry, o tak, i widzisz? To numer mojej siostry, Nory. Jeśli nacisnę ten zielony przycisk, zadzwonię do niej i będziemy mogli porozmawiać. Albo mogę zrobić tak… – Otworzył wiadomości. – Piszę tutaj i wysyłam jej wiadomość. Zazwyczaj tak robimy. Nikt nie lubi niespodziewanych telefonów.

Spojrzała na telefon, potem na jego twarz i znów na telefon.

– Ja… Obawiam się, że nie rozumiem – powiedziała niepewnie.

– Chwileczkę. – Uniósł telefon i zrobił zdjęcie. – Patrz, potrafi też to.

Gdy pokazał jej zdjęcie na ekranie, osunęła się bezsilnie, obejmując kolana ramionami.

– Naprawdę jest pan z przyszłości? – wyszeptała. – Jak udało się panu tu przybyć?

– Tak. I nie wiem.

Trwali tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w siebie pustym wzrokiem. W końcu dziewczyna westchnęła ciężko i wyprostowała się, przygładzając dłonią włosy.

– No cóż, nie może pan przecież zostać w stawie farmera Pennycooka, prawda? Najlepiej będzie, jak zaprowadzę pana prosto do mojej kuzynki. Georgie na pewno będzie wiedziała, co robić. Ona zawsze ma jakieś pomysły.

Kobieta miała rację. Nie mógł tu zostać.

– Zaraz! – Uniosła palec ostrzegawczo, gdy zaczął się poruszać. – Chwilka. Muszę panu znaleźć jakieś ubranie, prawda? I gdzie ja to niby znajdę? Czy pan musi być aż taki wielki? – W jej głosie słychać było irytację, jakby jego wzrost był osobistą zniewagą. – Nieważne – ciągnęła dalej, i nie był pewien, czy mówi do niego, czy do siebie. – Ale nie może się pan pokazać w tych ciuchach.

Zerknął na swoją puchową kurtkę, dżinsy i adidasy. No tak. Będzie się wyróżniał.

– A nie palą tu czasem ludzi na stosach za czary w tym tysiąc osiemset dwunastym roku… prawda? – zapytał z wahaniem.

– Jakie czary? – Spojrzała na niego z kompletnym niezrozumieniem. – Proszę się wziąć w garść. To nie są lata tysiąc sześćsetne. A teraz, za pozwoleniem, próbuję coś wymyślić. Ale jeśli będzie mi pan dalej przerywał, to może mi przyjść do głowy, żeby poszukać siekiery i zachować się jak Henryk VIII.

Spojrzenie, jakie mu posłała, było ostrzejsze niż jego ulubiony sos chili. Ale paradoksalnie wzbudziło jego zaufanie – wiedział, że jest gotowa znaleźć rozwiązanie.

Zapadła długa cisza, zanim znów na niego spojrzała.

– Nie ma innego wyjścia – oznajmiła stanowczo. – Musi tu pan poczekać, aż wrócę.

– Żartujesz sobie? Mam tu stać w tym błocie i co? Gapić się na rybki i liczyć na cud? Zapomnij. Chcę pomóc.

– Nie może się pan tak pokazać! – Machnęła ręką, wskazując na jego ubranie. – Cała wioska nie mówiłaby o niczym innym przez tygodnie. Nie, proszę tu zaczekać i nie wydawać żadnego dźwięku, panie… – urwała. – Przepraszam, nie dosłyszałam pańskiego nazwiska.

– Taylor. Tucker Taylor. Ale możesz mi mówić Tuck. Większość ludzi tak robi.

– Tucker Taylor – powtórzyła jego imię z lekkim grymasem, jakby smakując dziwną, nową potrawę. – Jakże… amerykańskie.

Z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.

– A ty to…?

Wyprostowała się.

– Panna Elizabeth Wooddash. Moi przyjaciele mówią mi Lizzy, ale panna Wooddash w zupełności wystarczy, panie Taylor. – Otrzepała dłonie o spódnicę i odwróciła się, by odejść. – Wrócę za godzinę. Jeśli ktoś się zbliży, proszę udawać żabę i rechotać.

Rozdział 4

Lizzy przycisnęła dłonie do rozpalonych policzków, spiesząc w stronę wiejskiej drogi, która w rzeczywistości stanowiła niewiele więcej niż wąską ścieżkę obramowaną omszałymi kamieniami. Pole usłane było barwnym kobiercem dzikich kwiatów, a w pobliskim lesie stały na straży dęby i brzozy, lecz ona ledwie zauważała ich urok, tak bardzo odbiegający od zgiełku Londynu.

Jej serce waliło jak młotem, a rytmiczne uderzenia odbijały się echem w uszach. Niemal spodziewała się, że z pobliskich domków ktoś wyjdzie zaciekawiony tym grzmotem, jakby przez okolicę maszerował cały regiment. Niecierpliwie szarpnęła wilgotny stanik. Doprawdy, jej gorset miał jedno zadanie – podnieść i uwypuklić biust – ale teraz wydawał się służyć bardziej do zbierania jej potu. Wilgotne powietrze przylegało do jej skóry niczym koc, wystawiając na próbę skuteczność jej mydła.

Zwolniła do marszu, dysząc ciężko i starając się nie wiercić z dyskomfortu. A co, jeśli zacznie śmierdzieć jak stajnia w towarzystwie jednego z najprzystojniejszych dżentelmenów, jakich kiedykolwiek spotkała?

Krótko przycięte włosy Tucka mogły się wydawać nietypowe, ale pasowały do wyrazistej struktury jego twarzy – tych blisko osadzonych oczu, zdecydowanej linii brwi i prostych, lśniących zębów. A do tego dochodziła jeszcze jego postura – szerokie ramiona, masywne dłonie z grubą blizną na jednym z knykci, zarys obojczyka widoczny, gdy nieświadomie szarpał za kołnierzyk koszuli. Lizzy poczuła dziwne mrowienie w brzuchu. Naprawdę, jak ktoś może mieć aż tak białe i idealne zęby?

Zacisnęła usta. Czy mogła być jeszcze bardziej śmieszna? Jeszcze tego ranka jej największym zmartwieniem był malejący kawałek mydła owinięty w skrawek jedwabiu, pachnący lawendą i tymiankiem. Zastanawiała się, czy poprosić o przysłanie nowego z miasta, czy może lepiej tego nie robić, by nie prowokować Mammy do napisania kolejnego listu o tym, jak niezamężna kobieta powinna być oszczędna, by nie obciążać innych. Perspektywa wysłuchania takiego wykładu wydawała się równie przyjemna, co drzemka na gnieździe os.

Po wysmarowaniu się miodem.

Nago.

Kogo obchodziłyby wygórowane ceny mydła, skoro człowiek z przyszłości wyłonił się ze starego stawu? Jej życie w ciągu kilku minut zmieniło się diametralnie i nie mogła już wrócić do tego, co było wcześniej. W powietrzu wyczuwało się subtelną zmianę, pulsowało energią nieodkrytych możliwości, szeptało o magii na wyciągnięcie ręki, o przygodzie, która się właśnie rozpoczynała. Włoski na jej rękach stanęły dęba. Po raz pierwszy w życiu mogła szczerze powiedzieć, że nie ma pojęcia, co przyniesie jutro. I nie była pewna, czy ta myśl ją ekscytuje, czy przeraża.

Co to w ogóle za imię Tucker Taylor? Może całkiem powszechne w Ameryce. Ale tutaj? Cichy, nerwowy śmiech wyrwał się z jej ust, gdy dotarła do drogi. Równie dobrze mógłby się nazywać Bożydar Łasiczka.

Wiatr muskał jej twarz, gdy oblizywała spierzchnięte usta, starając się skupić na żwirze kłującym ją w stopy przez cienkie podeszwy bucików. Musiała poczuć grunt pod stopami, by opanować zawroty głowy, które groziły, że jej serce wywróci się do góry nogami.

Zaraz, zaraz…

Nagle wpadła jej do głowy nowa myśl. Przecież nie zwariowała do reszty i nie wymyśliła tego wszystkiego, prawda? To niemożliwe. Wsunęła dłoń pod gęste sploty włosów i zaczęła rozmasowywać napięte mięśnie karku. Po pierwsze, szaleni ludzie nie zastanawiają się, czy są szaleni. Po prostu zaakceptowaliby podróżnika w czasie ze wzruszeniem ramion i poszli pleść wianki z kwiatów.

Nie musiała się szczypać, ryzykując siniaka. Rzadko śniła, a w tych nielicznych przypadkach, gdy poddawała się marzeniom sennym, jej sny dotyczyły wypadających zębów lub latania wokół Westminsteru, nie zaś przypadkowego trafienia jabłkiem w twarz podróżnika w czasie.

Jedynym sensownym wyjściem było uznanie jego szalonej opowieści za prawdziwą i udzielenie mu pomocy w rozwiązaniu problemu. Posiadłość Georgie znajdowała się w odległości niecałej mili. Skuteczne doprowadzenie tam Tucka bez incydentów zależało od jej zdolności do wyczarowania odpowiedniego męskiego stroju. Jak miała to zrobić? Pstryknięciem palców? Dzięki jakiemuś niezwykle szczęśliwemu uśmiechowi losu?