Grzech. Wodząc na pokuszenie. Tom 1 - Gabriela L. Orione - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Grzech. Wodząc na pokuszenie. Tom 1 ebook i audiobook

Gabriela L. Orione

4,0

137 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat wielkich pieniędzy, erotycznych ekscesów i mężczyzn, z którymi nie ma żartów.

Olivia poznaje Salvatore przy drinku w nocnym klubie. On wierzy w przepowiednię znajomej wróżki o pojawieniu się tajemniczej kobiety i stara się przychylić jej nieba – nie oczekując niczego w zamian.

Uległy Włoch nie wie, że Olivia prowadzi podwójną grę, bo jej serce zdobył już tajemniczy Simone, Albańczyk zanurzony we włoskim światku przestępczym. Uwikłana w miłosny trójkąt Olivia na własne życzenie zostaje wciągnięta w porachunki na śmierć i życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 259

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 9 min

Lektor: Gabriela L. Orione

Popularność




…i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego.

PRZEDMOWA

Grzech to historia opowiadająca prostym językiem o nieco bardziej skomplikowanej rzeczywistości. Główni bohaterowie trafiają na siebie przypadkiem, ich skrajnie różna codzienność zaczyna się przenikać, tworząc wspólną przestrzeń. Przestrzeń albańsko-polsko-włoskich paradygmatów w świetle nocnego życia. Historia, jakich wiele, a jednak rozwój wydarzeń zaskakuje.

W Twoje ręce przekazuję pierwszą część serii, pełną zupełnie ludzkich chęci, emocji i wyborów.

Życie każdego z nas w jednym niespodziewanym momencie, w jednej nieoczekiwanej chwili może się diametralnie zmienić i tylko od nas samych zależy to, czy pozwolimy się uwieść na pokuszenie.

Wodzeni jesteśmy bezustannie, czasem tylko nie mamy tego pełnej świadomości.

Gabriela L. Orione

Samochód zatrzymałem przecznicę wcześniej, przy Corso Alfieri, i dalej postanowiłem iść pieszo. Maurizio nie odbierał telefonu, nie wróżyło to niczego dobrego. Powietrze było wilgotne, ulica kompletnie opustoszała, ciemna i mokra. Stojące przy chodniku latarnie rzucały wątłe światło. Jaśniejszy wydawał się sam księżyc, który bacznie obserwował wydarzenia dzisiejszej nocy i przez cały czas mi towarzyszył.

W głowie miałem chaos. Zaangażowałem się w coś, co na chwilę obecną było zupełnie niedorzeczne. Miałem jasno określony cel, od którego dzieliło mnie tak niewiele. Wszystkie puzzle, które do tej pory kompletnie do siebie nie pasowały, mozolnie analizowane w końcu zaczynały tworzyć jasny obraz. Powinienem najpierw zamknąć ten rozdział, a dopiero później pozwalać sobie na uczucia.

„Uczucia” – powtórzyłem w myślach. Stały się dla mnie pojęciem zupełnie obcym. Byłem jak zimna maszyna nastawiona na określone działanie, od czasu do czasu poddając się zupełnie ludzkim bodźcom fizjologicznym. Lubiłem otaczać się pięknymi kobietami, ale tylko dla zaspokojenia moich chwilowych potrzeb. Nigdy nie myślałem o tym, by się zaangażować.

Z nią było inaczej. Wiedziałem, że nie chcę jej jedynie wykorzystać. Zależało mi na tym, żeby o nią zadbać i ją ochronić. Byłem świadkiem rozdziewiczania fizycznego i mentalnego najbardziej poukładanych i pewnie broniących swoich wartości. Jej chciałem tego oszczędzić. Skażony brutalnym przestępczym światem, rządzącym się prawem niemającym nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, zastanawiałem się, czym jest normalność. Czy gdzieś jeszcze jest normalnie? Ona była moją nadzieją na to, że ludzie mogą jednak tacy być.

Nocne łatwe życie wciąga szybko jak markowy młynek do kawy mielący na proszek wszystkie najtwardsze ziarna. Zmienia jednostki w jednolitą masę. Taki się stałem i ja. Jak oni wszyscy, z tym, że ja zrobiłem to świadomie. W oddali słyszałem echo swoich szybkich kroków, byłem wściekły do granic możliwości, ale działałem racjonalnie. Wiedziałem, że nie mogę inaczej.

W końcu dobiegły mnie głosy, zwolniłem, wyciągnąłem broń zza paska. Odbezpieczyłem pistolet i nasłuchiwałem. To był ten moment, w którym byłem gotów na wszystko.

I

Chwiejnym krokiem na niebotycznie wysokich szpilkach schodziłyśmy po stromych schodach w dół lokalu. Z każdym stopniem robiło się coraz ciemniej. Rozbawione stanęłyśmy w końcu przy loży managera sali, żeby się zameldować.

– Znowu jesteście spóźnione! – oznajmił Andrea, spoglądając na wielki zegar wiszący za jego plecami i pukając w blat długopisem, który chwilę wcześniej wyciągnął zza ucha, żeby wpisać godzinę naszego przybycia. – Franco obetnie wam to z wypłaty – dodał, badając nas wzrokiem od stóp do głów i oceniając nasz dzisiejszy strój. Ewidentnie szukał czegoś, do czego mógłby się przyczepić.

– Mam to w dupie – wymamrotała ostro wstawiona Pati.

– Cicho! – Szturchnęłam ją lekko w bok.

– Andrea, Andrellino, Andrutto! To już na pewno ostatni raz. – Próbowałam ratować sytuację. – Aaa poza tym więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę – ciągnęłam, czując, jak wypite wino zdecydowanie przejmuje nade mną kontrolę. – Rozmawiałam z mamą przez telefon – rzuciłam, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, kiedy Pati zaczęła nadymać policzki i lekko zezować, naśladując mało atrakcyjną twarz Andrei.

– Jestem Andrea i nie ma od tego zdrobnień, więc darujmy sobie uprzejmości – uciął. – Przecież widzę, że jesteście pijane, więc obstawiam bar po sąsiedzku – dodał, znowu stukając w blat długopisem.

Wtedy naszą pogawędkę przerwał niewysoki starszy mężczyzna, ubrany w ciemne spodnie od garnituru i kremową koszulę rozpiętą do połowy klatki piersiowej. Na lekko owłosionym torsie wisiał typowy złoty łańcuch, w jakich lubują się Włosi. „Zamiast wypastowanych czarnych butów powinien mieć sandały i skarpetki frotté” – pomyślałam, mierząc go wzrokiem. Widać było, że w lokalu jest już dłuższą chwilę i bawi się znakomicie.

– Andrea, a cóż to za spóźnione principessy[1]? – zagadnął do managera, spoglądając raz na Patrycję, która wyprostowała się jak do odśpiewania hymnu w czasie obozów harcerskich, a raz na mnie.

– O, matko. – Szturchnęłam ją ponownie. – To ten facet, na którego wpadłyśmy, wychodząc na górze z łazienki. – Uprzytomniłam sobie, że kilkanaście minut temu wpadłam na niego, zanosząc się śmiechem po przeczytanej przez Patrycję SMS-owej anegdocie. Chwilę później z toalety wytoczyła się na niego Pati.

– Ooo, ten sam – powiedziała, wytrzeszczając na niego oczy.

– Polki – stwierdził mężczyzna, uśmiechając się pod nosem. – Zapraszam do stolika i zapłacę za spóźnienie, powiedzmy, że na górze rozpoczęliśmy już wspólny wieczór i to, że nie stawiły się o czasie, biorę na siebie – wyjaśnił, wysuwając ręce tak, abyśmy mogły złapać go pod ramiona.

Zadowolone, kręcąc tyłkami, ruszyłyśmy z nim, odwracając się jednocześnie do Andrei. Pogroził nam palcem, rzucając pogardliwe spojrzenie.

Dotarłyśmy do stolika, przy którym siedziało kilku innych mężczyzn i garstka lokalowych koleżanek. Wypadało po dwie na każdego pana. Nasz nowy znajomy miał swoje kompanki, więc usadził nas obok starszego, samotnego blondyna z lekkim zarostem.

– Ciao, jestem Olivia – rzuciłam, siadając obok i podając dłoń. Słowo „ciao” opanowałam do perfekcji, gorzej było z podtrzymywaniem konwersacji. Nie znałyśmy z Patrycją języka włoskiego, a tylko nieliczni Włosi płynnie porozumiewali się po angielsku.

– Michele – odpowiedział, uśmiechając się lekko.

Pijana Pati niemal usiadła mu na kolanach, całując go delikatnie w policzek, nim zajęła swoje miejsce. Nasz towarzysz nie wydawał się specjalnie rozmownym człowiekiem. Po chwili kelnerzy wnieśli coolery z trzema butelkami Dom Pérignona i półmiski z owocami. Spojrzałyśmy na siebie z Patrycją, nie ukrywając zadowolenia. Od tygodnia, a może nieco dłużej, za sprawą znajomej bawiłyśmy się w jednym z większych lokali nocnych w Turynie. W ramach kontraktu dostałyśmy piękne mieszkanie na poddaszu kamienicy w samym centrum miasta i siedemdziesiąt pięć euro dniówki za meldowanie się codziennie o dwudziestej trzeciej i zapewnianie towarzystwa gościom lokalu.

– Burdel w białych rękawiczkach – skomentowała Pati, kiedy Kinga opowiadała nam, jak wygląda praca.

Trudno w to uwierzyć, ale zmęczone polską rzeczywistością i piętrzącymi się tam problemami, postanowiłyśmy wziąć wolne i zobaczyć, jak się sprawy potoczą.

Patrycja, szczupła i wysoka platynowa blondynka, za sprawą pieprzyka na lewym policzku urodą przypominała Marilyn Monroe. Była niespełnioną zawodowo magister farmacji w wiecznej separacji z mężem Markiem nadużywającym alkoholu, miała trzyletnią córkę. To właśnie dla Nikoli Patrycja na stałe związała się z Markiem. Ojciec dziewczynki bardzo szybko okazał się daleki od ideału, którego szukała Pati. Niemniej jednak z ich namiętnego wakacyjnego romansu, o którym rozpisywała się nawet gminna kilkustronicowa gazeta plotkarska, narodziła się Nikola. Moja przyjaciółka zaszła w ciążę w październiku, na ostatnim roku studiów, które naturalnie ukończyła z wyróżnieniem. Wraz z dyplomem i małym dzieckiem powróciła do rodzinnej podwarszawskiej wioski, gdzie chwilę później za namową rodziców i przyszłych teściów wyszła za mąż. Często przyjeżdżała z Nikolą do Warszawy i zatrzymywały się u mnie. Odwiedzałyśmy zoo, chodziłyśmy na lody, przesiadywałyśmy przy placach zabaw. Nigdy nie lubiłam dzieci, ale mała Nikola była wyjątkowo grzeczna. Rozkochała w sobie nie tylko mnie, lecz także matkę Patrycji, która przeszła na wcześniejszą emeryturę, żeby móc więcej czasu spędzać z wnuczką. Babcia entuzjastycznie przyjęła pomysł wyjazdu, licząc na to, że może z dala od małomiasteczkowego gadania córce uda się coś osiągnąć. Nakazała Patrycji pakować walizki, a sama obiecała zająć się Nikolą.

Ja miałam bardzo bogatego, powiedzmy, ekschłopaka, który idąc śladami swojego ojca, zawsze wybierał najwyższe stanowiska, a obecnie robił karierę kierownika jednej z większych galerii handlowych w centrum Londynu.

I tak Patrycja z potrzeby, a ja z chęci ucieczki postanowiłyśmy polecieć do Mediolanu, skąd odebrał nas Francesco, właściciel lokalu. Postawił nam kawę i wyciągnął papiery do podpisania. Dokumenty były po włosku, więc nie rozumiałyśmy ani słowa. Wiedziałam jednak od mojego eksfaceta prawnika, że zgodnie z międzynarodowym prawem o umowach cywilnoprawnych, jeśli będziemy chciały się wycofać, umowy nie będą dla nas wiążące. Podpisałyśmy więc grzecznie dokumenty i pojechaliśmy do naszego apartamentu. Zakochałyśmy się w otaczających nas klimatach.

Turyn, mimo że uchodzi za industrialną stolicę Włoch, jest piękny. Położony u podnóża Alp nad rzeką Pad, od razu zachwycił nas mnóstwem tętniących życiem parków i ogrodów. Jednym z antycznych mostów pamiętających czasy rzymskie z willowego brzegu rzeki przejechałyśmy do centrum pełnego niesamowitej architektury.

Miasto wydało nam się bardzo zadbane i eleganckie. W czasach studiów na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, na którym za namową mamy skończyłam kulturoznawstwo, natknęłam się na książkę jednego z badaczy całunu turyńskiego. Wszyscy zajmujący się tym tematem wykluczają jego fałszerstwo, ale nikt nie jest w stanie potwierdzić autentyczności znaleziska. Całun, fabryka Fiata, Juventus oraz ojczyzna Lavazzy stawały się naszym nowym domem. Ubogo wyposażone wnętrze apartamentu, położonego na ostatnim, piątym, piętrze oraz brak windy rekompensował olbrzymi taras na dachu. Francesco zostawił nam klucze i nakazał, żebyśmy równo o dwudziestej drugiej trzydzieści były na dole i czekały na srebrnego mercedesa, który zabierze nas do lokalu. Miałyśmy obserwować drogę, bowiem z pracy i do pracy powinnyśmy chodzić same. Ponieważ tamta noc miała być naszym debiutem, a nie znałyśmy miejsca, postanowił zadbać o to, byśmy bezpiecznie i na czas dotarły do lokalu. W zasadzie chyba tylko tej pierwszej nocy byłyśmy punktualnie. Każdego następnego wieczoru miałyśmy solidne spóźnienie, a jako że szybko nawiązałyśmy serdeczną relację z właścicielem niewielkiego baru znajdującego się tuż obok lokalu, byłyśmy zarówno spóźnione, jak i pijane. Alkoholem dodawałyśmy sobie odwagi w starciu ze światem, który do tej pory był nam zupełnie obcy. Piłam także po to, by nie myśleć o Alanie, z którym od dawna powinnam poważnie porozmawiać, ale jakoś nigdy nie było ku temu sprzyjających okoliczności.

Klientami Mon Amour byli głównie znudzeni życiem, mniej lub bardziej bogaci panowie w wieku pięćdziesiąt plus. W weekendy, jak wynikało z opowieści dziewczyn, przychodziło również sporo młodszej klienteli, ale ja po kilku dniach „doświadczenia zawodowego” zdecydowanie wolałam tych starszych, tatusiowatych, którzy nie byli namolni, nachalni ani pijani jak młodzi mieszkańcy Italii. Nasi włoscy równolatkowie wpadali jak wataha młodych bogów i traktowali nas jak kupiony na czas towar. Zasada była taka, że panowie wybierali sobie kompankę do wspólnego wypicia drinka. Płacąc czterdzieści euro, otrzymywali dwadzieścia minut naszego towarzystwa. W tym czasie ci starsi starali się dowiedzieć czegoś o nas, a ci młodsi zbajerować tak, żebyśmy szybko na chusteczce z serwetnika zapisały swój numer telefonu i już następnego dnia umówiły się na lunch, a najlepiej na drinka przed rozpoczęciem pracy w pakiecie z szybkim bzykaniem w barowym kiblu. Młodzi Włosi niezwykle siebie kochają i oczekują, że wszyscy będą ich kochać. Narcyzm mnie brzydzi i właśnie tego nie lubiłam w Alanie. Wydawał się powściągliwym mężczyzną, ale po pewnym czasie jego południowy samozachwyt zaczął mocno przeszkadzać w naszym związku.

Patrycja ze słownikiem w dłoni próbowała zagadywać Michele, kiedy ten płynnym angielskim zwrócił się do mnie.

– Będziesz dla Salvatore. – Wskazał mi mężczyznę, który nas tu przyprowadził i obecnie był zajęty rozmową z nadętą Iriną, piękną czarnowłosą Rosjanką. Dziewczyna patrzyła na nas z góry i zwykle spędzała wieczory w loży, samotnie popijając szampana i przeglądając coś w telefonie.

– Nie rozumiem… – Spojrzałam na niego pytająco.

– Zrozumiesz we właściwym czasie – powiedział, uśmiechając się lekko.

Kiedy butelki szampana na naszym stoliku robiły się puste, natychmiast pojawiały się kolejne. DJ grał na zamówienie naszych towarzyszy, a my tańczyłyśmy, piłyśmy i świetnie się bawiłyśmy.

– Uwielbiam naszą pracę – rzuciła Patrycja, ściągając szpilki tuż przy łóżku i zalegając na nim bezwładnie.

– A tyle miałaś wątpliwości – powiedziałam, kręcąc głową. – Spadaj pod prysznic – dodałam. – Śmierdzisz alkoholem i papierochami.

– Święta się znalazła – skwitowała, kiedy wiązałam włosy w kok i ściągałam sukienkę.

– No ja właśnie idę doprowadzić się do porządku, a ty zaraz po mnie. Inaczej śpisz na kanapie w kuchni – oznajmiłam, udając się do łazienki. – Kochana, dawaj, dawaj – ponaglałam. – Jest piąta trzydzieści! Pamiętaj, że dziś obiecałaś mi, że wstaniemy wcześniej i pójdziemy na siłownię. Przez te bąbelki pite co noc będziemy grube! – ciągnęłam, kiedy zorientowałam się, że mojego monologu słuchają jedynie puste ściany.

Pati spała jak suseł zwinięta w kłębek na naszym łóżku. Zapach wypacanego alkoholu i papierosów zmieszany z J’adore Diora był dla mnie nie do zniesienia, więc zabrałam koc i położyłam się na sofie w kuchni. Otworzyłam potężne drewniane drzwi balkonowe i patrzyłam na dachy ciągnących się w dali budynków. Niedługo powinno wstać słońce, Turyn miał budzić się do życia, a my właśnie kładłyśmy się spać. Naciągnęłam wełniane skarpety do kolan, kaptur bluzy na głowę, opatuliłam się kocem i zasnęłam.

[1] Wł.: księżniczka.

II

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Przedmowa
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Małgorzata Święcicka

Redakcja: Justyna Mrowiec

Korekta: Małgorzata Lach

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © conrado/Shutterstock.com

Wyklejka: © Patty Chan/Shutterstock.com

Copyright © 2020 by Gabriela L. Orione

Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-43-3

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek