Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Początkujący pisarz odkrywa, że nie panuje nad postacią, którą stworzył. Agent żyjący w świecie postapo wpada na trop spisku, który może doprowadzić do wybuchu czwartej wojny światowej. Młody gladiator wierzy, że jest zbawicielem świata. Kaszubom, i tylko im, objawia się Jezus. Co łączy losy tych i innych bohaterów „Grota”?
To nie jest zbiór opowiadań, choć z początku może się tak wydawać. Historie, które na pierwszy rzut oka do siebie nie pasują, zaczynają się przeplatać. Swoją rolę odgrywają w tym teoria równoległych wszechświatów i odrobina filozofii, ale też kałamarnice, dinozaury, papież oraz latające spodki.
To książka, która zapewnia czytelnikowi mnóstwo rozrywki, ale przy okazji robi mu w głowie bałagan i zmusza do zakwestionowania najbardziej podstawowych prawd o świecie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 284
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla H., która kazała mi dokończyć tę cholerną książkę*.
Wszystkich oburzonych odsyłam do niej. Rekompendo!
*Dziękuję
Prolog
Dowcip: Przychodzi Grot do lekarza, a lekarz też ma na imię Grot.
***
Mężczyzna przed trzydziestką, ani przystojny, ani odpychający, usiadł na tapczanie, wziął do rąk laptopa i odpalił darmowy program do pisania. Tapczan miał obicie w kolorze zakrzepłej krwi i stał równolegle do ściany pokrytej brzydką pomarańczową farbą (przywodziła na myśl tanie słodycze).
W pokoju były jeszcze trzy takie ściany – zamykały się w kwadrat i podtrzymywały sufit w kolorze bitej śmietany. Do tego dwa fotele, czarny stół i podstawowe meble. W kącie siedział bury kot, najpospolitszy z pospolitych, choć jak każdy kot patrzył na świat z przekonaniem o własnej wyjątkowości.
Mężczyzna był umaszczenia gniadego, czyli brunet. Oczy miał zielone – w kolorze suszu konopnego. Siedział w czerwonych bokserkach i granatowym podkoszulku typu „żonobijka”.
Przerwał pisanie i powiódł wzrokiem po monitorze laptopa. Mężczyzna przed trzydziestką, ani przystojny, ani odpychający, usiadł… – przeczytał na głos swój tekst.
Jezu, jakie to słabe – pomyślał i odłożył pisanie na kilkanaście miesięcy. W tym czasie zdążył wyprowadzić się ze znienawidzonej Warszawy, wziąć ślub i adoptować kolejnego kota. Niestety pewnego zimowego, choć wyglądającego jesiennie, dnia znów wpadł na durny pomysł, by spróbować coś stworzyć. Ponownie włączył laptopa. Na pulpicie znalazł stary dokument tekstowy. Odpalił go, przeczytał tekst, po czym stuknął palcem w „enter”, później w „tab” i zaczął tak:
„Urodziłem się…”
***
„…dziewiętnastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku w Gdańsku”.
– Ekscelencjo? Dostaliśmy niepokojącą wiadomość dotyczącą wstrząsów sejsmicznych na Morzu Bałtyckim. – Głos księdza Nerona Paoliniego wyrwał papieża Juliusza Sergiusza II z rozważań nad lekturą.
– Poziom skażenia? Radioaktywna chmura? – Ojciec Święty liczył się z tym, że wystrzelenie rakiet w dno oceanu pociągnie za sobą jakieś konsekwencje.
– Nic z tych rzeczy, wasza świątobliwość – odparł Neron. – Tylko wstrząsy. Może na miejscu było tsunami, ale nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. Można jednak z dużą dozą pewności założyć, że pociski nie zostały wystrzelone.
– A więc wykonało się – odrzekł papież. – Zupełnie tak, jak napisano w tej książce.
– Znów ten Szymon Grot, wasza świątobliwość? Bodajby się ten wieszcz złej nowiny nigdy nie narodził…!
– Czy posłaniec jest winny treści wiadomości, mój Neronie? – zapytał Juliusz Sergiusz II. – Martwi mnie jednak, że jeszcze żadnej z tych strasznych przepowiedni nie udało się nam powstrzymać. Tak, musimy odnaleźć tego chłopca, chłopaka, mężczyznę lub starca i go unicestwić. Nie możemy go jednak nienawidzić.
Hanza 2.0.
1.
Stolem przejeżdżający ulicą Obrońców Wybrzeża zatrząsł całym falowcem. Remus odruchowo chwycił za broń przyczepioną do magnetycznej kabury przy udzie i wytężył słuch. W kieszeni przetartych dżinsów miał zbyt mało nośników, by stać go było na jakąś sensowną łapówkę.
Wyjrzał przez brudną szybę na ulicę. Srebrno-granatowy kolos sunął po czarnym asfaltowym dywanie, oparty na dwóch gąsienicach niczym sanie na płozach. Na szerokim dachu Stolema groźnie pobłyskiwała korona czerwonych i niebieskich świateł.
Ten widok trochę go uspokoił. Gdyby kogoś szukali, nie wysyłaliby oznakowanego wozu. To prawdopodobnie był tylko zwykły patrol.
Sprawdził godzinę. Było po pierwszej, co oznaczało, że i tak musi się stąd powoli zawijać.
Po naciśnięciu guzika jego posłanie zmieniło się w niewielki plecak. Na czarny t-shirt nałożył czarną bluzę z kapturem i jedną kieszenią na podbrzuszu. Kapturem zasłonił twarz.
Chwilę później był już na klatce schodowej. Po ostatniej akcji wiedział, że winda zawsze jest złym pomysłem. Zanim dotarł do drzwi, na zewnątrz już solidnie lało.
– Ala pieklëszcze jo! – zaklął pod nosem po kaszubsku, ale szybko się zreflektował. Deszcz działał na jego korzyść, bo zacierał ślady.
Skręcił w lewo i skierował się w stronę olbrzymiej Oliva Tower, na której właśnie wyświetlała się ruchoma reklama jakiegoś sopockiego kasyna. Obok drapacza chmur znajdował się Stary Uniwersytet, a za nim ogrodzenie pod napięciem i szeregi zabytkowych kamienic z czerwonej cegły – obóz dla naukowców. Tam właśnie był umówiony z jednym jajogłowym.
Trójmiasto – stolica Nowej Hanzy – żyło nawet nocą. Remus spędził całe lato na Gotlandii i odzwyczaił się od takiego gwaru.
Ludzie tłoczyli się wzdłuż falowca jak roślinność wzdłuż koryta rzeki na wyschniętym terenie. Kogo tu nie było? Ukraińskie i rosyjskie prostytutki liczące na to, że będzie tędy przejeżdżał jakiś bogaty biznesmen z Sopotu, kaszubscy dilerzy dragów i niemieccy sprzedawcy broni. Najwięcej było oczywiście warszawiaków z Gdyni – śniadych, nieznających języka, za to znających specjalistów od wszystkiego. Sporo było również Polaków, którzy udawali przypadkowych przechodniów, ale jasne było, że chcą powymieniać się podejrzanymi nośnikami.
Nie interesowali go. Dość szybko pokonał ten odcinek i znalazł się przy szklanych uniwersyteckich budynkach. Dzień wcześniej znalazł słabiej strzeżony fragment ogrodzenia.
Zdjął plecak, który znów miał formę podłużnego śpiwora. Przerzucił go przez stalową siatkę. Materiał nie przewodził prądu i wycięto w nim otwory, dzięki którym mógł teraz posłużyć za drabinę.
Gdy znalazł się po drugiej stronie, poczuł tak silne uderzenie adrenaliny, że przez sekundę zakręciło mu się w głowie.
Szybko pobiegł pomiędzy drzewa. Czekał go jeszcze długi marsz do Archikatedry w Ogrodzie Oliwskim, gdzie znajdowało się główne laboratorium. To tam miał czekać jego naukowiec.
Musiał zdobyć mundur ochroniarza.
Pod drzewem stał dobre dziesięć minut, zanim zjawił się jakiś samotny osiłek. Bez większych problemów skręcił mu kark. Nie mógł strzelać, bo nawet z tłumikiem narobiłby zbyt wiele hałasu.
Przeszukał kieszenie draba. Z przydatnych rzeczy była legitymacja (martwy mężczyzna nazywał się Daniel Pawłowicz, czyli był Polakiem) i kilka nośników, które Remus z chęcią przygarnął. Nie zawierały żadnych drogocennych informacji – kilka ciekawostek z najnowszej historii i lokalne wiadomości z ostatniego tygodnia – ale dostanie za to kawę i śniadanie. Na szczęście nie było zdjęć żony ani dzieci.
Mundur pasował. Swój plecak schował pod bluzę uniformu, przez co wyglądał jak lekko brzuchaty strażnik. Idealnie wtapiał się w tłum snujących się jak zombie ochroniarzy.
Ciało zostawił na drzewie, zamaskowane materiałem w kolorach moro.
W kieszeni spodni trzymał jeszcze jedną rzecz zabraną Pawłowiczowi. Miała mu się przydać później.
Na marsz i przejścia przez kolejne bramki stracił dobrą godzinę. Archikatedra znajdowała się przy najlepiej strzeżonej, zewnętrznej części ogrodzenia. Przechodząc tamtędy, zaoszczędziłby czas, ale było to zbyt ryzykowne.
Jego cel znajdował się w małej kapliczce mariackiej – jedynym pomieszczeniu w budynku, które wciąż pełniło funkcję sakralną. Reszta została przebudowana na ogromne laboratorium.
Wejście do środka byłoby niemożliwe, gdyby nie zawartość jego kieszeni. Sięgnął do spodni i wyjął wyłupane trupowi oko. Przystawił je do czytnika i drzwi Archikatedry rozwarły się przed nim.
Wnętrze było całe białe: ściany, wyposażenie, ubiór pracowników – wszystko w kolorze kredowej bieli. W miejscu ław kościelnych ustawiono białe biurka zawalone mikroskopami, tabletami i stosami papierów. W miejscu tabernakulum stał sejf, w którym zapewne znajdowały się najcenniejsze nośniki.
Strażników nie było wielu, ale opanowanie pozwoliło Remusowi nie zwracać na siebie uwagi.
Wszedł do pomieszczenia znajdującego się za marmurową głową Jana Pawła II. Kiedyś był w posiadaniu nośnika z historią tego człowieka, ale wymienił go na całkiem przyzwoity obiad. Sądził, że może był to jakiś polski król, rosyjski car albo zbrodniarz wojenny.
Matka Boska na ołtarzu także była ubrana na biało. Remusowi jej strój skojarzył się z kitlami pracowników laboratorium. Na ścianach namalowane były okna z witrażami. Podejrzewał, że z lewej strony kiedyś rzeczywiście były otwory, lecz po umiejscowieniu tu ośrodka badawczego zostały zamurowane. Ściany i sufit pokrywały malunki.
Usiadł w czarnej ławce i czekał. Zmówił nawet krótką modlitwę – urodził się w kaszubskiej rodzinie, co równoznaczne było z katolickim wychowaniem. Tradycja religii była żywa nawet w czasach, w których już dawno nie było Watykanu, a papież ukrywał się gdzieś na terenie Cesarstwa Rzymskiego lub Kalifatu Hiszpańskiego.
– Syn Wilczycy? – Ktoś bezszelestnie usiadł w ławce za nim i chrypiącym półszeptem wymówił jego pseudonim operacyjny.
– Mysz Kościelna? – odpowiedział Remus, wypowiadając równie cicho ksywę osoby, z którą miał się tu spotkać.
– Mamy mało czasu – powiedział człowiek z ławki za nim. – Nie wiemy, gdzie nastąpi przerzut nośników, ale wiemy, że w Sopocie żyje człowiek, który jest w posiadaniu tej informacji. Nazywa się Sokrates Brzeziński. Mieszka w willi Biała Mewa.
– Ala pieklëszcze jo! Zakładam, że ten Brzeziński nie czeka tam na mnie ze sznapsem i tabaką, co?
– Niestety. W falowcu mieszka Polak, Borys Kowalski. Powinieneś go kojarzyć. To agent, choć od dłuższego czasu nieaktywny. Przewozi rumuńskie sprzątaczki z Gdańska do Sopotu. Spróbuj się z nim zabrać.
– Masz dla mnie jakieś dëtczi1? Wątpię, żeby udało mi się to wszystko zrobić za darmo.
– Jak wyjdę, policz do dziesięciu i sięgnij pod ławkę – powiedział głos jeszcze ciszej niż przed chwilą. Naukowcom nie wolno było przechowywać nośników. – Masz kilka lekcji z historii najnowszej, które powinny wystarczyć na jedzenie. Na poważniejsze łapówki masz trzy wyniki jeszcze nierozwiązanych śledztw kryminalnych. Użyj ich w ostateczności, bo kogoś dociekliwego mogą doprowadzić do Archikatedry. To wszystko.
Po tych słowach głos zamilkł. Remus policzył do dziesięciu i sięgnął pod ławkę. Znalazł tam foliową torebkę z nośnikami.
Przez resztę nocy udawał, że patroluje teren obozu dla naukowców. Za ogrodzenie wyszedł wraz z resztą nocnej zmiany.
Deszcz wciąż lał się z nieba. W górze krążyły statki badawcze sprawdzające poziom skażenia. Gdyby teraz na ulice wyjechała grupa oznakowanych Stolemów nawołujących z głośników do ukrycia się w mieszkaniach, oznaczałoby to, że chmury przyszły z południa i opady mogą być trujące. Najwidoczniej jednak był to „zdrowy” deszcz znad morza.
Zatrzymał się przed falowcem. Miał nadzieję, że Borys Kowalski trwa w gotowości i już nie może się doczekać kolejnej misji zleconej przez Kurię. W innym przypadku nie miał pojęcia, jak dostanie się na teren Sopotu – zamkniętej dzielnicy Trójmiasta, dostępnej jedynie dla bogaczy.
2.
– Nie ma, kurwa, mowy!
Borys Kowalski był wąsatym, delikatnie brzuchatym facetem po trzydziestce. Nietrudno było go znaleźć, ponieważ jego adres wyświetlał się na ruchomych reklamach przymocowanych do ścian falowca. Niestety nie okazał się skory do pomocy.
– Ni chuja – kontynuował Kowalski. – Przez siedem lat nikt się do mnie nie odzywał. Zdążyłem się ożenić. Nadia właśnie wyszła do pracy. Mam pięcioletniego syna, Borysa Juniora. Mam firmę. Zapisałem się nawet do systemu Stolemów, żeby chronili moją dupę i dupy moich bliskich. Po siedmiu latach, kurwa, przysyłają mi Kaszuba z tajną misją. Kurwa, nie ma takiej opcji.
Remus rozejrzał się po mieszkaniu Borysa. Duży płaski telewizor zajmował prawie całą ścianę. Meble zapewne były używane, ale z tych droższych. W ramkach ustawionych na szafkach wyświetlały się ruchome zdjęcia Borysa, jakiejś kobiety i małego chłopca. W takiej sytuacji sam pewnie też by nie ryzykował. Nie miał jednak wyboru, musiał przekonać Kowalskiego.
– Ala pieklëszcze jo! Te diachły2robią ogromny przerzut nośników. Część z nich może zawierać bardzo niebezpieczne informacje. Nie chcę, żebyś włamywał się ze mną do Białej Mewy. Nie chcę też, żebyś później brał udział w przejęciu nośników. Masz mi tylko pomóc dostać się do Sopotu. Nic więcej.
– Skoro to nielegalny przerzut, to dlaczego nie powiadomicie władz Hanzy? Przeprowadzą śledztwo, zrobią nalot i przymkną skurwieli. Wystarczy anonimowy donos, przecież robiliśmy tak w przeszłości.
– Prałatura uważa, że w akcję mogą być zaangażowani niektórzy przedstawiciele władz państwowych. Możliwe, że siedzą w tym również niektórzy członkowie Episkopatu.
– Ja pierdolę, kurwa. Nie wierzę. I ja mam się w to mieszać? Przecież jak mnie złapią, to mogą mnie nawet odjebać za zdradę stanu – panikował Kowalski. – Wiesz, że podpisując kontrakt ze Stolemami, nie tylko zyskuje się ochronę, ale też zobowiązuje do działania w granicach przepisów? To zgoda na przyjęcie kary, jeśli złamię prawo, a mówimy tu o przemyceniu pieprzonego agenta na teren Sopotu!
Remus jeszcze raz spojrzał na ruchomą fotografię. Borys Junior szczerzący się ze zdjęcia miał uśmiech po matce, a oczy i nos po sąsiedzie, którego Remus mijał na klatce schodowej. Odwrócił wzrok ku byłemu agentowi.
– Jeśli przerzut dojdzie do skutku, to twój uroczy synek pożyje jeszcze dwa, może trzy lata, a później czeka go takie samo piekło jak to, które wydarzyło się na południu.
– Co jest na tych nośnikach, do chuja?! – Oczy Kowalskiego rozszerzyły się tak bardzo, że Remusowi przypomniało się, jak kilka godzin temu wyłupywał oko temu biednemu strażnikowi. Odpowiedział ściszonym głosem:
– Broń. Instrukcja złożenia broni. Przetransportowana z Moskwy, Waszyngtonu albo innego dawno już nieistniejącego miasta. – Kowalski usiadł. Ta informacja wgniotła go w czarny skórzany fotel. Remus kontynuował. – Nie wiemy, czy nośniki mają tylko umocnić wiarygodność Banku Federalnego, taka informacja na pewno podniosłaby kurs państwowych nośników, czy też ktoś naprawdę chce zbudować broń. Druga opcja może ściągnąć na nas czwartą wojnę światową! – Chcąc przekonać Polaczka, postanowił wytoczyć jeszcze potężniejsze działo. – Poza tym na nośnikach może być zapisana mapa do tego sukinsyna.
– Szymona Grota? Jaką możecie mieć pewność?
– Żadną. Pytanie, czy chcesz ryzykować.
Kowalski widocznie walczył ze sobą. Głowę trzymał w dłoniach, palcami nerwowo stukał po skroniach. Zaczął pociągać nosem z dużą częstotliwością. Remus nie potrafił ocenić, czy był to szloch, czy nagły atak kataru.
– Boże, dobra. Pojedź do Kartuz i zatrudnij się w firmie „Gosk” – powiedział szeptem Borys. – To hydraulicy, a firma należy do Kaszuby, Zygmunta Neubauera. W piątek zabieram ich razem z moimi dziewczynami do Sopotu. – Głos miał roztrzęsiony, a w oczach łzy.
– Dziękuję. – Nic innego nie przyszło Remusowi do głowy. Co jeszcze mógł mu powiedzieć? Nie był najlepszy w kontaktach z ludźmi.
– Nie dziękuj. Przewiozę cię legalnie, jako pracownika. Jeśli się nie wyrobisz, to z Sopotu wyjedziemy bez ciebie, a następnego dnia zgłoszę twoją nieobecność. Będziesz zdany tylko na siebie.
– To i tak wiele. Będę ci winien przysługę.
– Nic mi nie będziesz, kurwa, winien, bo nigdy się nie spotkaliśmy, zrozumiano? Teraz wypierdalaj.
*
Do Kartuz przyleciał Gryfem, statkiem należącym do największego przewoźnika w środkowej części Nowej Hanzy.
Kartuzy były miastem czysto kaszubskim i raczej parszywym. Mało kto trudnił się tutaj legalną robotą. Był środek nocy, a on potrzebował noclegu i napitku. Po kilkunastu minutach odnalazł lokal „Tobaka” – szynk połączony z motelem. Na tyle obskurny, że nie musiał obawiać się dekonspiracji.
Za pokój zapłacił jednym nośnikiem z historyczną ciekawostką. Dostał jeszcze resztę w postaci prognozy pogody na jutro. Ponieważ rano ta waluta będzie już bezwartościowa, postanowił zejść do baru znajdującego się w piwnicy.
– Jeden czeliszk „Danziger Goldwasser” ë jedna riga tobaczi.3 – Złożył zamówienie przy barze i przeniósł się do okrągłego stolika stojącego w rogu piwnicy.
Po drugiej stronie sali stały automaty do gier. Oczywiście grano na nośniki. Młodzi Kaszubi zlatywali się do nich niczym ćmy do lampy. Kończyli tak samo źle jak owady. Obok jego stolika kłóciła się jakaś para.
– A kùszni mie w rzëctë kùrcu! Të mie nick nie gôdôł, że të môsz miemiecczi pòchòdzënk!4
Remus mimowolnie parsknął śmiechem nad szklanicą gdańskiej wódki. Szybko udał, że to kichnięcie po mocnej kaszubskiej tabace, ale i tak nikt nie zwrócił na niego uwagi. Nośniki z historią drugiej wojny światowej rozeszły się po Hanzie w tylu kopiach, że obecnie nie dało się za nie kupić nawet kromki chleba.
– Do szwernóta, Regina! Të môsz na nôzwëskò „Neubauer”. Jes të gwës, że të téż ni môsz miemiecczigò pòchòdzënkù?5 – Chłopak zbytnio podniósł głos. W tych stronach był to błąd. Kilku młodzików odwróciło się od automatów i zaczęło obserwować całą sytuację. Napięcie zeszło z nich dopiero po klaszczącym dźwięku, który towarzyszył spotkaniu otwartej dłoni dziewczyny ze zdziwioną twarzą chłopaka. Remus odnotował w pamięci nazwisko tej pannicy; być może była spokrewniona z Zygmuntem Neubauerem.
– Zawrzij flabã ë karúj sã të kùrcu! Búten z tobą Franc. Wszëtkò, co naju miało parłãczóné to bëło blós cëgaństwò. To je ju kùńc6 –Remus musiał przyznać, że był to najgłupszy powód zerwania, o jakim kiedykolwiek słyszał. Dzieciaki stawały się coraz radykalniejsze.
– Jaczi kùńc? – krzyknął chłopak. Jeden z drabów siedzących przy automatach zdjął zegarek i schował go do kieszeni; inny zaczął wyłamywać sobie palce ze stawów. – Dëdasz të, że të mòżesz tak mést rzec „kùńc” ë jô ùceknã, jak jaczi scyrz?! 7 – Po tych słowach wymierzył dziewczynie siarczystego liścia.
Sekundę później trzech osiłków wlokło go w stronę wyjścia. Remus nie sądził, żeby go zabili, ale był pewien, że w jakiś sposób go naznaczą. Może straci palec albo dwa. Nie zamierzał się do tego mieszać.
Skinieniem dłoni zamówił jeszcze jedną szklankę „gdańskiej” i przysiadł się do chlipiącej Reginy. Jeśli jej stary był właścicielem firmy „Gosk”, to może mogłaby załatwić mu zatrudnienie. Wyglądała na tępą, więc nietrudno będzie ją podejść. Neubauerów wśród Kaszubów było jak psów, więc szanse na to, że miał aż takie szczęście, były nikłe, ale warto było spróbować. Nie potrafił flirtować. Rozmowę zaczął tekstem tak drewnianym, że aż poczerwieniały mu uszy.
– Chto to bëł? Dlôcze nen dołemón sã tak pieklił?8 – zapytał Remus.
– Wëlezła z niegò miemieckô roda. Nié je to jegò wina9 – odpowiedziała tonem rasistki-naukowca rozpłakana dziewczyna.
– A skądka të wiész, że òn mô miemiecczi pòchòdzënk?10 –zapytał Remus, przeczuwając, że odpowiedź może go rozłożyć na łopatki.
– Òn sã nazéwô „Poniatowski”. Jô to wëczëta w jaczis knidze, że to je miemiecczé nôzwëskò.11
Remus omal nie wypluł wódki. Na taką bombę nie był przygotowany.
– Në jo. Je to dëcht richtich recht12 – odpowiedział jej, po czym jeszcze pochwalił jej piękne północno-słowiańskie nazwisko i zapytał o historię rodziny.
Później już poszło z górki. Okazało się, że Zygmunt to nie jej ojciec, tylko ojciec chrzestny. Remus napomknął o tym, że wrócił do tej części Hanzy na dłużej i szuka pracy. Po jeszcze kilku kieliszkach „Goldwasser” zdobył kontakt.
Gdy odprowadzał Reginę na przystanek, kątem oka zauważył, jak sanitariusze zabierają Franca Poniatowskiego do karetki. Ruszał się, więc żył.
*
Zygmunt Neubauer okazał się całkiem sympatycznym starszym panem. Mieszkał w bloku na osiedlu, które od tak dawna było w Kartuzach nazywane „Mścichujem”, że nikt już nie pamiętał pierwotnej nazwy.
Remus na umowie podpisał się jako Maks Weber – kiedyś miał tak podpisany nośnik, który wymienił na dobrą kaszubską tabakę w Kilonii. Nie miał pojęcia, kim był pierwszy posiadacz tej godności, ale na pewno od dawna już nie żył. Na dodatek „Weber” to popularne nazwisko w tym rejonie.
*
W piątek czekał na przystanku ubrany w granatowy uniform roboczy, a wraz z nim czekali trzej inni Kaszubi: Ildefons Bronk, Tadeusz Szreder i Fryderyk Nietzsche. Same postawne chłopy o kryminogennych obliczach. Fryderyk miał nawet twarz pokrytą tatuażami; można by sądzić, że uciekł z więzienia na Bornholmie i ukrywa się w tej części Hanzy przed wymiarem sprawiedliwości.
Statek Borysa, stary model niemieckiej produkcji, wylądował pięć minut przed czasem. Była czwarta dwadzieścia pięć. W środku było już dość tłoczno z powodu sześciu kobiet. Ich ubiór świadczył o tym, że firma Kowalskiego raczej nie zajmowała się sprzątaniem, choć jedna z pań rzeczywiście była przebrana za pokojówkę.
Polak nawet nie spojrzał w stronę Remusa. Rzucił tylko „cześć”, na które Kaszubi odpowiedzieli „mojn”, i nie odzywał się już więcej przez całą drogę do Sopotu.
Lot nie trwał długo. Wylądowali przed białymi murami strzeżonej dzielnicy, a statek wysunął koła. Na terenie Sopotu panował zakaz latania i wszystkie obiekty wznoszące się ponad linię muru zostawały zestrzeliwane przez specjalny system tarcz antywłamaniowych, które Stolemy oferują bogatszym klientom.
Gdy dojechali do wysokiej srebrnej bramy, podbiegła do nich grupka strażników w czarnych mundurach.
Mundurowi sprawdzili dokumenty robotników. Żaden nawet nie mrugnął podczas oglądania legitymacji Maksa Webera. Więcej czasu poświęcili Ildefonsowi Bronkowi i Fryderykowi Nietzschemu.
Po pięciominutowej naradzie przepuścili dalej Fryderyka („Nietzsche? Skądś kojarzę. To chyba kaszubskie nazwisko”) i zatrzymali Ildefonsa w stróżówce. Za co? Za dziwne imię. Nie mogli uwierzyć, że jacyś rodzice naprawdę nazwali tak dziecko.
*
Po wjeździe za mur Remus doznał szoku. Wiedział, że Sopot to dzielnica dla bogaczy i że zapewne różni się od Gdańska czy Gdyni, ale nie sądził, że jakieś miejsce w Hanzie może być tak olśniewające.
Wszystkie budynki były śnieżnobiałe: same kamienice i zabytkowe wille. Uwagę agenta od razu zwrócił brak graffiti na murach. Taka czystość była w Hanzie niespotykana. Remus tylko raz w życiu kochał się z kobietą, której ciało nie było pokryte tatuażami. Gdy powiódł wzrokiem po domach sopocian, nagle wróciło do niego wspomnienie tamtego poranka, i to z taką siłą, że przez chwilę zdawało mu się nawet, iż czuje zapach jej perfum.
Później nie mógł już pozbyć się z głowy tego skojarzenia: zdobienia murów i wzory balkonowych barierek przywodziły mu na myśl jej koronkową bieliznę; odbicie słońca w wypolerowanych oknach – błysk w jej szarych oczach.
Dopiero rozdzierający wrzask mewy wytrącił go z zadumy i przypomniał o zadaniu. Odłączył się od grupy i wąską uliczką poszedł w stronę lasu.
Non stop spoglądał na pracowniczy zegarek, do którego Neubauer wgrał mu mapę Sopotu, z zaznaczonymi na czerwono domami właścicieli, którzy zamówili usługę hydrauliczną.
Biała Mewa nie należała do tego grona, ale szybko odnalazł ją na GPS-ie. Sokrates Brzeziński mieszkał na osiedlu Zajęcze Wzgórze, daleko od morza, za to w środku lasu.
Idąc brukowaną ulicą, Remus mijał mieszkańców Sopotu. Byli… czyści. Czyściutcy. Czyściejsi od ludzi, których spotykał do tej pory. Bez kolczyków w uszach, tatuaży na twarzach czy farbowanych włosów. Mężczyźni mieli gładkie, ogolone twarze, a jeśli któryś z przechodniów nosił wąsy albo brodę, to niemal geometryczne – tak starannie były przystrzyżone. Makijaże dorosłych mieszkanek Sopotu były mniej wyzywające niż tapety przyklejone do twarzy dziewczyn z Kartuz.
Spodziewał się czegoś z deka innego. To przecież dzielnica milionerów tonących w nośnikach, dzielnica kasyn i banków – Remus sądził, że typowi mieszkańcy takiego miejsca to paker na sterydach z przedłużonym chirurgicznie kutasem i bździągwa w wieku średnim, która naciągniętą skórą twarzy i silikonowymi cyckami chce oszukać czas.
Poczuł satysfakcję, gdy przypomniał sobie, że wjechał tu statkiem wypełnionym kurtyzanami. Nie są tacy święci, na jakich wyglądają – pomyślał. Rozmyślając nad tym wszystkim, nawet nie zauważył, że dotarł do ogrodzenia okalającego dużą działkę, na której stała Biała Mewa.
– Mòjn – przywitał się ze stróżem, który patrzył na niego podejrzliwie z budki przed bramą. - Jestem przed czasem, ale to chyba nie problem? Szybciej się uwinę.
– Przed ja-jakim czasem? Czasem na co? – zapytał zdezorientowany Janusz Furgoń, jak przedstawiał go napis na odznace stróża.
– Wyciek w piwnicy. Dostaliśmy zgłoszenie. Proszę zobaczyć. – Remus pokazał stróżowi swoją legitymację Maksa Webera. Pokazał również zlecenie dla firmy „Gosk”, które własnoręcznie podrabiał wczoraj. – To co? Mogę już wchodzić?
– Czekaj pan. – Furgoń chwycił go za ramię. – Ja tu nie wiem nic o-o-o jakichś, ten no, na-na-naprawach dzisiaj.
– Pan Brzeziński jest w domu? – Na tej informacji Remusowi zależało najbardziej. – To on jest autorem zlecenia.
– No, nie ma ich właśnie. Przecież polecieli na Bo-bornholm, na jakiś ba-bankiet – rzucił stróż rozeźlonym tonem. Nie zauważył, że „Maks Weber” odetchnął z ulgą.
– Pa-anie, ja naprawdę nie mam czasu, a w kalendarzu nie mamy więcej te-terminów – zaczął naśladować akcent Furgonia. Ze szkolenia wiedział, że to zawsze odpręża rozmówcę. – Te-eraz tego nie zrobię, to-o Brzeziński wróci i będzie miał, ten no, powódź.
– Cho-cholera, ten no, pokaż pan tę le-egitkę. Kurza twarz, Maks Weber. No, brzmi to normalnie. Kaszëba, jo? – Widać było, że machineria w głowie stróża jest na skraju przegrzania. – Dobra, dobra. Właź pan. Ma-asz pan, ten no, klucz.
Remus nie mógł uwierzyć, że poszło aż tak łatwo. Ucieszył go fakt, że nie musiał zabijać Furgonia. Na biurku za jego plecami zauważył zdjęcia żony z dwoma synami.
– Za godzinę wy-wy-wysyłam chłopaków, żeby sprawdzili, czy pan, ten no, pracujesz. – Stróż pogroził Remusowi palcem.
3.
Wnętrze Białej Mewy było tak samo białe jak cały Sopot. Wszędzie marmur. Remus rozejrzał się wokół i stwierdził, że wystrój mu się nie podoba. Pod każdą ścianą stała jakaś rzeźba. Naga kobieta bez rąk, pulchne dzieci – również nagie, fontanna z wyrzeźbionym sikającym chłopcem… Ala pieklëszcze jo! To jakiś zboczony typ! – pomyślał agent.
Remus zaczął się zastanawiać, gdzie Brzeziński mógł ukryć informację o przerzucie. Bał się, że wszystko znajduje się tylko w głowie bogacza – wtedy byłby udupiony. Miał jednak nadzieję, że pan Sokrates nie miał pamięci do współrzędnych i zapisał wszystko na jakimś nośniku.
Wszedł do salonu. Na ścianie wisiały obrazy – tym razem kolorowe – które również nie zdobyły jego uznania. Dziwne kanciaste postacie, chyba kobiety, których uszy, nosy i oczy znajdowały się nie tam, gdzie powinny.
Zerknął na podpis przymocowany do ramy: Pablo Picasso. Może to syn Brzezińskiego i biedak wiesza te bohomazy na ścianie, żeby nie zrobić mu przykrości – pomyślał.
Zaczął przeglądać szafy i szuflady, ale nic nie znalazł. Wszedł na górę i sprawdził kolejne pokoje. Też nic. Powoli zaczynał panikować – stróż zaraz wyśle „chłopaków”.
Kolejne drzwi były zamknięte na klucz, ale szybko sobie z tym fantem poradził. Otworzył je i wtedy serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.
To była ogromna sypialnia: marmurowa podłoga, białe ściany, a na jednej z nich obraz z jakąś kobietą trzymającą dziwne zwierzę – coś pomiędzy kotem a wiewiórką. W centrum pokoju stało łóżko, a na nim… spała kobieta!
Szybko zamknął drzwi. Jakim cudem nie obudziła się, gdy majstrował przy zamku? Ala pieklëszcze jo! – zaklął w myślach.
Kto to? Seksniewolnica Brzezińskich? Bogacze ponoć bywają popieprzeni, a ten jeden ma na dole rzeźbę przedstawiającą kobietę z oderżniętymi rękoma. To nie mój interes – pomyślał.
Postanowił, że zejdzie teraz do piwnicy (może jest tam sejf!), będzie zachowywał się bardzo cicho, a o tej kobiecie (dziewczynie?) zapomni.
Drzwi do piwnicy odnalazł dość szybko – w ogóle rozkład pomieszczeń w budynku był tak typowy, że poruszał się po nim bardzo intuicyjnie. Powoli zaczął schodzić po schodach.
Miał coraz mniej czasu. Na plecach poczuł zimny pot, na rękach ciarki, a na potylicy… czubek lufy pistoletu? Co jest do ch…?! Po chwili poczuł, że ktoś zasłania mu usta.
– Mojn drëchù – za plecami usłyszał głos Fryderyka Nietzschego. – mdzesz të rëczôł?13
Remus przecząco pokręcił głową. Stojący za nim mężczyzna odjął mu dłoń od ust. Agent gorączkowo myślał, co może zrobić. Czasu miał zapewne coraz mniej.
– Czëj mie terô – powiedział chrapliwym głosem Fryderyk. – Chùtkò mie rzëknji chto të je, chto ce mô tuwò wësłóné, ë òsoblëwò: dze je prowadnik?14
– Maks Weber – Remus grał na czas. – Mie tuwò wësłôł pón Zygmunt Neubauer. Jô nick nie wiém ò niżódnim prowadnikù!15
– Drëchù mòj… Wic të je Maks Weber, jo?16
– Kò doch, jo!17
– Të je ùrodzon òb tësąc dzewiãcset dwadzestnëm rokù, jo? Të je słôwnim miemiecczim filozófã! Të wiész, że jô téż?18
Remus głośno przełknął ślinę. Ostatni raz wymyślałem swój pseudonim operacyjny, inspirując się jakimś nośnikiem – pomyślał. Co robić? – zaczął zastanawiać się w panice.
Możliwe, że rzeczonym pilotem jest dziewczyna śpiąca w pokoju na górze. Możliwe nawet, że nie spała, tylko była podłączona do Łoża Śnieżki. Oczywiście możliwe też, że była to jakaś porwana przez Brzezińskiego ćpunka. Ala pieklëszcze jo!
– Môsz mie –zaczął Remus. – Môsz za przëmùsz, dëcht recht. Maks Weber to je cëgaństwò.19
– Në, drëchù mój. To terô mie rzëknij, chto të je pò prôwdze.20
– Mòje miono je Marcin Wipler. Mój wark je déf. Jô òd dôwna marzëł ò akcëji w tim gardze…21 – Remus zaczął spontanicznie tworzyć historyjkę, która wydawała mu się wiarygodna. Zanim zdążył dojść do żony i dzieci, pociemniało mu przed oczami.
*
Obudził się z potężnym bólem głowy. Ktoś skrępował go tak mocno, że nawet nie mógł rozejrzeć się po pomieszczeniu. Prawdopodobnie jednak znajdował się w salonie Sokratesa Brzezińskiego, bo ustawiono go tak, że musiał patrzeć na jakąś pokrakę, którą ktoś (pewnie ten cały Picasso) naniósł na płótno.
Nic nie rozbudza tak jak kopniak w twarz – pomyślał i poleciał gdzieś w bok. Szczęśliwie upadł na coś miękkiego, dzięki czemu nie rozbił sobie głowy. Nieszczęśliwie było to jeszcze ciepłe ciało Janusza Furgonia, który zdawał mu się całkiem sympatyczny.
– Okej, të cwôni kùrcù – rozbrzmiał za nim głos Fryderyka Nietzschego. – terô takô wëzgódka. Fardich?22
Remus nie był „fardich”. W tym stanie nie potrafił niczego ściemnić na poczekaniu. Nie miał też żadnego pomysłu, jak wydostać się z tej przykrej przygody.
– Prosti déf mòże weńc do Białej Mewy –zaczął wytatuowany zwyrol. – To je mòżebné, bò nen grëbi dołemón to bëła psizda, niżóden starżnik.23
Remus udawał, że słucha, a tak naprawdę całą energię wkładał w to, by jakoś sięgnąć do kieszeni Furgonia. Daremnie – Fryderyk (pewnie nazywa się zupełnie inaczej) to zauważył i za włosy zaciągnął go w drugi kąt pokoju. Nawet nie przestał mówić.
– Dejade, ni dô sã wedolmaczëc tewò, że nen prosti kradélc òtemknął pancerné dwiérze, chtërne są na przãtrze.24
No tak – pomyślał Remus. Jak w ogóle mógł sądzić, że ten typ nie sprawdził domu, podczas gdy on drzemał. Masz dziewczynę. Czemu mnie po prostu nie zabijesz? – zastanawiał się.
– We jizbie bëło Łoże Śnieżki. Pùsté.Dze je prowadnik? Dze gò môsz ùkrité?25 – na końcu pytania wyraźnie wybrzmiała złość, ale Remus wyczuł tam też coś jakby… bezradność? Strach? Ktoś stał za tym człowiekiem, i był to ktoś, kogo Nietzsche panicznie się bał. Jeśli przeżyje, to może mu się to przydać. Tak wtedy myślał, bo sądził, że torturujący go zwyrodnialec pożyje trochę dłużej.
Kątem oka, po lewej stronie, zarejestrował ruch. Fryderyk również i zdziwiony odwrócił wzrok.
W tym momencie rozległ się huk. Po ułamku sekundy agent oberwał odłamkami czaszki swojego oprawcy. Cały był we krwi człowieka, który jeszcze przed chwilą go torturował.
Dziewczyna-pilot podbiegła do leżącego ciała i zaczęła przeszukiwać kieszenie granatowego uniformu – lewą ręką, bo w prawej trzymała pistolet, z którego lufy wciąż jeszcze unosił się dym. Zachowywała się tak, jakby go nie widziała.
Przyjrzał się jej. Blada cera mogła świadczyć o tym, że od dawna była zamknięta w Białej Mewie. Ubrana była w błękitną koszulę nocną, taką, jakie nosi się w szpitalach, a na prawym przedramieniu miała fioletowo-zielonego siniaka i ślady po wenflonie – rzeczywiście musiała być podłączona do Łoża Śnieżki.
Jeżeli wcześniej, przed – jak mniemał – porwaniem przez Brzezińskiego, pozbywała się całego owłosienia na ciele poza tym na głowie, jak czynią to kobiety w tej części Hanzy, to po włoskach na nogach i pod pachami oceniał, że spędziła tu dobry miesiąc.
– Rozrzeszësz mie?26 –zapytał zachrypniętym głosem i na wszelki wypadek powtórzył to samo po polsku oraz po niemiecku.
Dziewczyna odwróciła głowę w jego stronę. Była naprawdę piękna. Miała lekko zadarty nos upstrzony piegami, trochę trójkątną, kocią twarz i niesamowite oczy – wielkie i szare. Spojrzenie trwało ułamek sekundy.
Nic nie odpowiedziała.
Jeszcze przez trwającą wieczność chwilę grzebała przy zdekapitowanych szotganem zwłokach.
Najwyraźniej nie znalazła tego, czego szukała, bo prychnęła jak kotka i odwróciła się z powrotem w stronę Remusa.
Podeszła do niego i zaczęła przeszukiwać kieszenie jego roboczego uniformu. Znalazła w nich tylko papiery z firmy hydraulicznej i trefną legitymację. Nachyliła się mocniej – poczuł jej oddech, nieświeży, jak u osoby, która dopiero wstała z łóżka – rozpięła jego roboczą koszulę, pod którą ukrywał swój drogocenny plecak. Wyszarpnęła go spod więzów i zajrzała do środka.
Nie znajdziesz tam nic o Kurii – pomyślał Remus. W środku było jednak parę rzeczy, których wolałby nikomu nie pokazywać.
Zaczęła wyciągać przedmioty i grupować je na ziemi: zaplombowaną strzykawkę z narkotykiem, który znacznie poprawiał sprawność i koncentrację – można było dzięki niemu wytrzymać minimum trzy doby bez snu; mały pistolet przyczepiony do magnetycznej kabury, który zazwyczaj nosił przy udzie, ale zbytnio odznaczał się pod roboczym uniformem; plastikową torbę z nośnikami; drugą plastikową torbę zawierającą kilka pamiątek, takich jak srebrny krzyżyk, kilka nośników, których nie zamierzał sprzedawać, i zdjęcie kobiety z jego przeszłości.
Nieznajoma na sekundę podniosła na niego wzrok. Oczy miała tak samo szare jak postać ze zdjęcia. W jej spojrzeniu było coś dzikiego.
Wróciła do przeglądania zawartości plecaka. Gdy całkowicie go już opróżniła, zaczęła bawić się jego opcjami. Naciskała kolejne guziki, a plecak zmieniał się w śpiwór, wojskową drabinkę, kamizelkę odporną na pociski wystrzeliwane z tradycyjnej broni…
Gdy opcje zaczęły się powtarzać, sprawnie cofnęła się do wersji „plecak-śpiwór”, rozłożyła go na ziemi, a następnie przeturlała nań Remusa. Spód śpiwora był wykonany ze śliskiego, izolującego materiału, dzięki czemu z łatwością przeciągnęła go na nim do korytarza, a później do jakiegoś ciemnego pomieszczenia.
Nieznajoma włączyła światło i okazało się, że są w łazience. Obróciła go tak, że leżał nogami zwróconymi w stronę drzwi i tyłem do reszty pomieszczenia.
Słyszał, jak gorączkowo przetrząsa szafki. Znów prychnęła jak kotka. Załatwiła potrzeby fizjologiczne i kilka razy zwymiotowała, co było normalne po odłączeniu od Łoża Śnieżki. Umyła zęby i wzięła prysznic, który w odczuciu Remusa trwał całe wieki.
Gdy do niego wróciła, zamiast błękitnej koszuli miała na sobie męski szlafrok. Znów miał okazję dłużej zawiesić na niej wzrok. Długie czarne włosy pofalowały jej się od wody, a oczy zdawały się jeszcze większe przez to, że worki pod nimi delikatnie się wygładziły.
Parsknął śmiechem, gdy zauważył, że ogoliła nogi. Obróciła głowę w jego stronę tak nagle, że ochlapała go wodą z mokrych włosów. Zmarszczyła brwi – ni to w zamyśleniu, ni to w gniewie.
– Rozwiążesz mnie? – spróbował znowu. – Mówisz po polsku?
Dziewczyna-pilot postanowiła dalej trzymać się polityki ignorowania go. Zaczął się powoli denerwować. Minęło mu już oszołomienie spowodowane ciosami w głowę, które zadał mu obecnie martwy Fryderyk Nietzsche.
– W końcu będziesz musiała się odezwać – rzucił do niej z podłogi. – Zabijesz mnie? Zostawisz tu? Brzeziński na pewno jest w systemie Stolemów, więc wsadzą mnie przynajmniej za włamanie.
Nic. Nie dała nawet po sobie poznać, że go słyszała. Więzy zaczęły go nagle uwierać bardziej niż wcześniej. Poczuł też odrętwienie całego ciała. Która godzina? Jak długo jestem związany?
– Dobrze. Więc ja będę mówił za nas oboje. Wolisz po polsku, abò pò kaszëbsku?27 Pratar du svenska?28 Deutsch?29 Ala peklëszcze jo! – krzyknął. – Znasz którykolwiek z języków hanzeatyckich?
Podeszła do niego i… zakleiła mu usta! Skąd w ogóle miała taśmę?! Znów zniknęła mu z oczu. Chwilę później wróciła, trzymając w dłoni jakąś gąbkę. Szybkim ruchem przyłożyła mu ją do twarzy.
Nie mogąc oddychać przez usta, mimowolnie wciągnął nosem wyciśnięty płyn. Moja śluzówka płonie żywym ogniem – pomyślał agent. I odpłynął, zanim zdążył dodać w głowie: ala pieklëszcze jo!
1Dëtczi – pieniądze w języku kaszubskim
2 Diabły (jęz. Kasz.)
3 Jeden kieliszek gdańskiej wódki „Goldwasser“ i kreskę tabaki (jęz. Kaszubski)
4 A pocałuj mnie w dupę ty chuju! Nic mi nie mówiłeś o swoim niemieckim pochodzeniu (jęz. Kaszubski)
5 Do cholery, Regina. Ty masz na nazwisko „Neubauer“. Jesteś pewna, że też nie masz niemieckiego pochodzenia? (jęz. Kasz.)
6 Zamknij ryj i spieprzaj chuju. Spierdalaj Franc. Wszystko co nas łączyło było tylko kłamstwem. To już koniec.
7 Jaki koniec? Myślisz, że możesz po prostu obwieścić „koniec“ i odejdę jak jakiś pies?! (jęz. Kaszubski)
8 Kto to był? Dlaczego ten idiota się tak pieklił?
9 Wyszła z niego niemiecka natura. Nie jego wina
10 A skąd wiesz, że on ma niemieckie pochodzenie?
11 On się nazywa „Poniatowski“. Przeczytałam w jakiejś książce, że to niemieckie nazwisko
12 No tak. To jest całkowita najprawdziwsza prawda.
13 Witaj przyjacielu, będziesz krzyczał? - j. Kaszubski
14 Słuchaj mnie teraz. Powiedz mi szybko kim jesteś, kto cię tu przysłał, i przede wszystkim: gdzie jest pilot? - j. Kaszubski
15 Maks Weber. Mnie tu przysłał pan Zygmunt Neubauer. Ja nic nie wiem o żadnym pilocie – j. Kasuzbski
16 Przyjacielu mój. Więc jesteś Maksem Weberem, tak?
17 No, tak!
18 Ty się urodziłeś w 1920, tak? Ty jesteś słynnym niemieckim filozofem! Wiesz, że ja też?
19 Masz mnie. Masz absolutną, całkowitą rację. Maks Weber jest kłamstwem.
20 No, przyjacielu. To teraz mi powiedz kim naprawdę jesteś.
21 Na imię mam Marcin Wipler. Z zawodu jestem złodziejem. Już od dawna marzyłem o akcji w tym mieście…
22 Okej, cwany chuju. Teraz taka zagadka. Gotów?
23 Zwykły złodziej może wejść do tego domu. To jeszcze możliwe, bo ten gruby idiota to była pizda, a nie żaden strażnik.
24 Jednak, nie da się wytłumaczyć tego, że ten zwykły złodziej otworzył pancerne drzwi, które są na piętrze
25 W pokoju było Łoże Śnieżki. Puste. Gdzie jest pilot? Gdzie go ukryłeś?
26 Rozwiążesz mnie? - kaszubski
27 Czy po kaszubsku? - kaszubski
28 Mówisz po szwedzku? - szwedzki
29 Niemiecki? - niem.
Redakcja: Mariusz BartnikKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Szymon Grot 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-51-7
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
Hanza 2.0.
